Opowieści cz.6

VIII
Michał Kidd był to bardzo młody człowiek o bardzo starej twarzy w obramowaniu kruczo-czarnych włosów i czarnej muszki krawata,twarzy wysuszonej do cna jego własną gorliwością. Kidd występował w Kijowie jako wysłannik obszernego dziennika polskiego. Szpalty “Wieści”/licencja poetica autora dramatu/ wypełniały najbardziej uroczyste tematy podane w najbardziej farsowy sposób. Alfred znalazł się w hotelu Vernon zupełnie przypadkiem. Kijowski klub inteligencji ogarniał sobą wyborowe towarzystwo. Tego popołudnia w hotelu Vernon prócz Kidda znalazł się także ksiądz Brown, który opowiadał profesorowi Crake, znakomitemu kryminologowi historię człowieka o dwóch brodach.
-Widzi pan-tłumaczył ksiądz Brown-głębokie,mroczne średniowiecze pragnęło stworzyć naukę o ludziach dobrych. A nasz wiek humanizmu i oświecenia interesuje się jedynie nauką o ludziach złych. Jeżeli mój wygląd zdradzał pewne roztargnienie,proszę o przebaczenie. Muszę się przyznać, że myślałem właśnie o człowieku, którego kiedyś znałem. Był to morderca, ale nie wiem, w której przegródce pańskiego muzeum można by go umieścić. Nie był wariatem i zabijanie nie sprawiało mu przyjemności. Nie czuł także nienawiści do człowieka, którego zabił. Zaledwie go znał i nie miał powodu do zemsty,a zabił dla bardzo dziwnego powodu, może jedynego w historii ludzkości.
-To bardzo interesujące-zagadnął profesor. Nowe życie nam zesłane. Bóg zostawił nam dobrą wolę. Gdyby inaczej było, Ducha ludzkiego, własną wolą wyrabiającego się, by nie było- gdzieżby się podziała zasługa, którą on zasługiwa się w czasie? A jakżeż się umiera, jeśli się nie zwątpi? Jestem człowiekiem na to, by umierać. Gdy Boży duch połączy się z naturą człowieka, życie Boże grób ludzki rozwala. My w grobie…mylę się- my już za grobem! Więc patrzmy uważnie, znaki śmierci przemieniamy nagle w znaki zmartwychwstania…
-Cywilizacja się poczęła w chwili, gdy wiara konała- kontynuował ciekawy temat ksiądz Brown. Chrystus przebudził z uśpienia, objawił dobro. Naszym jedynie użytek, jaki czynimy z tych udzielonych nam zasobów.
-Zasłużyliśmy na to- ciągnął ufną rozmowę profesor- by być warunkiem, dopelnieniem dwu okręgów równych sobie: ludzkość na planecie i nieśmiertelność każdego osobnika za grobem.
-Jeśli pan pozwoli, moim zdaniem, objawienie Syna Bożego musi więc przechodzić wiekami, ze stanu idealnego do stanu uwidomienia i rzeczywistości, na takim ruchu postęp zasługi ludzkiej, postęp człowieczeństwa zależy. Gdzie dalej iść idei chrześcijańskiej? Oczywiście w sferę niedotkniętą, nieprzerobioną dotąd.
-W zgodzie z tą koncepcją Napoleon jawi się być ‘drugim aniołem’-odparł atak profesor.
-W umyśle istnieje niedokładność. Nasi poprzednicy pojmowali raczej zwierzchnictwo Kościoła nad świeckim bytem, aniżeli pojednanie się zupełne. Polityka zupełne pogańską się stała, idea wszechmiłości zapomniana.
-Moja jest wnętrzna siła wyleczenia się -odrzekł profesor. Płciowość, polarność jest prawem powszechnym. Jedna i taż sama siła w naturze, lub idea w Duchu objawia się na dwóch ostatecznych końcach swoich niby to sprzecznie, a wtedy między temi dwoma końcami powstaje działanie i oddziaływanie ciągłe, czyli ruch i życie tejże siły, tejże idei. Nadchodzący postęp historii i jak mogę powiedzieć ogólne przewidzenie musi najwierniej we mnie zajaśnieć.
-Więc duch mój upadł w tę próżnię zwątpienia-wyznał otwarcie ksiądz Brown i jakiś zamyślony dorzucił: Ach żyłem, żyłem w tej przepaści długo, zanim nastąpiło we mnie rozszerzenie obecności Bożej.
W tym momeńcie włączył się w rozmowę z drugiego końca sali, niczym prorok tejże chwili, Michał Kidd:
-“Duch twój już nigdy nie skona, Polsko moja przemieniona! Ponad ziemskich szum zawiei. Tyś się wzbiła w kraj idei! Inni pomrą bez nadziei śród otchłani lub w dolinie, lecz ty stoisz na wyżynie! U stóp twoich czasu fala niech się pieni i przewala: wszystko przejdzie na potoku,wszystko zniknie na głębinie, co widome tylko oku, lecz idea nie przeminie!”
-I mnie się zdaje, że powinniśmy zrezygnować nie tylko z idei przyczynowości, lecz również z idei motywacji- ksiądz Brown jakby żywszy kontynuował urwaną rozmowę odsłaniając myśl inną. Rzekomy motyw nie ciąży na mej decyzji;przeciwnie, to moja decyzja nadaje mu jego siłę. Ostatecznie nie ma tedy niczego, co by mogło ograniczyć wolność poza tym, co ona sama z własnej inicjatywy ustanowiła jako granicę. Podmiot ma tylko taką zewnętrzność, jaką sam sobie nadaje. Wybór dokonuje się tedy między scjentystycznym rozumieniem wolności, nie dającym się pogodzić ze świadomością, a afirmacją absolutnej wolności, dla której to co zewnętrzne nie istnieje. W imię wolności odrzuca się ideę czegoś dokonanego,ale wtedy wolność staje się czymś pierwotnie dokonanym, niejako naszym stanem natury. Ponieważ nie musimy jej tworzyć, jest ona uczynionym nam darem nieposiadania żadnych innych darów. Ta natura świadomości, która polega na nieposiadaniu natury, nie może w żadnym wypadku wyrazić się na zewnątrz ani uobecnić w naszym życiu. Znika tedy idea działania, nic nie może z nas przejść do świata, ponieważ nie jesteśmy czymś określonym i ponieważ niebyt, który nas konstytuuje, nie może przeniknąć w pełnię świata. Istnieją tedy tylko intencje, po których natychmiast następują skutki. Jesteśmy bardzo blisko kantowskiej idei intencji tożsamej z czynem, idei, której już Scheler przeciwstawia to, że kaleka pragnący uratować tonącego i dobry plywak, który go ratuje rzeczywiście, nie mają tego samego doświadczenia autonomii. Sama idea wyboru znika, ponieważ wybierać -to wybierać coś, w czym wolność widzi, przynajmniej przez chwilę, jakieś godło siebie samej. Wolny wybór występuje wtedy tylko, gdy wolność stawia siebie samą w swoich decyzjach na kartę i ujmuje sytuację, którą wybiera, jako sytuację wolności. Wolność, która nie musi się dokonywać, ponieważ jest nabyta, nie mogłaby zaangażować się w ten sposób. Trzeba stwierdzić, że świadomość jest nawiedzana przez widmo chwili…Nie byłoby wyrywania się, gdyby wolność nie była pogrążona w czymś i nie zamierzała usadowić się gdzie indziej. Sensowny charakter wyboru jest wykluczony. Tylko ból i zmęczenie mają zawsze pewien sens, wyrażają moją postawę wobec świata. Zauważmy, że wolność wymaga uprzedniego zaangażowania się. Wolność nie utożsamia się z abstrakcyjnymi decyzjami woli ścierającej się z motywami lub namiętnościami. Cokolwiek ma sens i wartość, ma je tylko dla mnie i poprez mnie. Moja wolność nie sprawia tedy gotowego rozwiązania. Nasza wolność wymaga uprzywilejowanych sposobów rozstrzygania jej.
W tym czasie Michał Kidd podszedł do towarzystwa.
-Niekiedy brak zdolności umysłowych zmusza do bezinteresownego użycia rozumu. Skądinąd wiemy, że zadaniem rozumu- tej części nas samych, która stwierdza i zaprzecza, która wydaje sądy, jest tylko podporządkować się. A pełnia uwagi jest tylko w skupieniu religijnym. Nigdy jeszcze nie zrobiono gruntownych filozoficznych porządków na terenie religii kastolickiej. Żeby tego dokonać trzeba by być jednocześnie wewnątrz i na zewnątrz codziennych spraw. Tak więc, wszystko co uznaję za prawdziwe, jest mniej prawdziwe od tych rzeczy, którycvh prawdziwości nie mogę pojąć, ale które kocham. Święty Jan od Krzyża wiarę nazywa nocą. U ludzi, którzy otrzymali chrześcijańskie wychowanie, niższe części duszy przywiązują się do tych tajemnic wtedy, kiedy nic ich jeszcze do tego nie upoważnia. Złączenie z prawdą, dobrem miłośnie i bezinteresownie- ten okres warto odryć później już w równoległej a dojrzałej relacji do tych tajemnic. Dlatego potrzeba im oczyszczenia, którego etapy opisuje Św. Jan od krzyża. Ateizm, niewiara stanowią odpowiednik tego procesu oczyszczenia.
Zabrał głos profesor:
-Nie wierzę wcale w ludzką logikę, lecz w naturalną skłonność uczuć ludzkich, wybieg instynktu. Jeżeli nie ma nadziei, żeby twoja miłość została przyjęta, powinieneś okryć ją milczeniem. Powiedziałem ci już, że ból jednego człowieka wart jest tyle co ból całego świata. A miłość jednej kobiety, choćby najgłupszej, waży nie mniej niż Mleczna Droga i wszystkie gwiazdy. Oto mój statek, oto wyprawa na pełne morze: groźne ramię miłości. Miłość jest dyspozycją nadprzyrodzonej części duszy. Trzeba też ujarzmić ciało, aby słuchało tylko najwyższej części duszy. Ponieważ wiara jest dyspozycją wszystkich części duszy Bóg tak nas stworzył, że zmuszeni jesteśmy zwracać się do niego z błaganiem. W ten sposób zaś możemy zbliżyć się do wieczności. Kiedy ściskam cię w ramionach Michale, to czuję jakby wypukłość burty mego statku…
-Zgoda na zupełną i wieczną nieobecność wszelkiego dobra jest tym jedynym aktem duszy, który może być bezwarunkowy- przez jakiś czas milczący odezwał się ksiądz Brown. Godzić się, aby nie być, to godzić się na pozbawienie wszelkiego dobra, a taka zgoda jest posiadaniem pełnego dobra. Przywołajmy tutaj ewangeliczną przypowieść o miłosiernym Ojcu. Zamożny właściciel, taki, który ma wiele sług-najemników, słyszy pewnego dnia dziwne żądanie młodszego syna, dotyczące wydania mu, zgodnie z Prawem Mojżesza /Pwt 21,17/ trzeciej części przyszłego spadku po ojcu. Nudziło mu się w domu ojca. Ojciec bez słowa daje mu to, o co go ten prosił. Żyje tam rozrzutnie, dosłownie: w sposób zgubny, przeciwny ocaleniu siebie czy majątku/ grec.asotos/. Uzna potem dwukrotnie swe postępowanie za grzeszne: całkowita utrata majątku, głód, pasanie nieczystych zwierząt, konieczność podkradania świniom strąków. Zauważamy etapy degradacji: wreszcie, że traktowany przez właściciela gorzej niż trzoda chlewna/ nierogacizna/ , Powstawszy/ grec.anastas/ ma już subiektywne poczucie kontrastu, przekonanie, że może wrócić do ojca. Trzeba już nie mieć nic, żeby się zwrócić do Ojca. Ponure, pełne ograniczeń życie często bardziej upadla nam duszę niż bogactwo i władza. Syn marnotrawny/ inaczej szczodry/ ‘nosił się’ z bankiem dla dziedzictwa energii. Energia ku dobru, owa energia uzupełniająca jest tą częścią dziedzictwa, jaką wziął ze sobą syn marnotrawny. Ta energia musi być zużyta. Pogodzony z ojcem syn marnotrawny znów dostał od niego złoto i znów odszedł, i znów wrócił. Ale okresy jego nieobecności stawały się coraz krótsze. “Gdy był jeszcze daleko”, pewnie każdego dnia po pracy, pod wieczór, wychodził Ojciec na drogę i patrzył; co więcej rozpoznał go od razu /wbrew regułom orientalnym-grec.splens/. Starszy syn ‘wchodzi w wydarzenie’ w chwili pouczenia ewangelicznego, ‘powraca z pola’, jest niepokonalnie nachalny i ciekawy spraw bieżących. Uzyskawszy naukę ojcowską: ty także winieneś się cieszyć, przyjął to zajście-mniemam- z głębszą świadomością, że tak trzeba było, że my wszyscy winniśmy się cieszyć. Zbiegły z domu syn musi wydać swoją część w towarzystwie prostytutek; nie zbliży się do ojca, jak długo będzie mieć w kieszeni choćby grosz. Gdyby umieścił
pieniądze tak, aby mu dawały procent, nie wróciłby nigdy do ojca, który raczył na niego czekać. Więc energia woli musi zostać zużyta nieodwracalnie i bez reszty. W tym celu wola powinna się kierować ku rzeczom dla niej nieosiągalnym, z pogardzaniem sobą włącznie. Jest charakterystyczne, że kiedy wyczerpana zostaje energia woli, bezsilne już teraz pragnienie kieruje się ku tym samym ziemskim celom; dusza woła o pewne rzeczy, których pragnie, tak jak nie umiejące chodzić dziecko /to pierwszy etap powrotu do dzieciństwa/. Ale nikt jej nie słyszy, potem patrzy …i nie wie co wybiera: wybór jest tajemnicą. Trzeba przepalić się, aby nie została z woli ani odrobina: jeżeli syn marnotrawny, uzyskawszy przebaczenie, idzie do miasta z pieniędźmi, to już nie jako syn, ale jako niewolnik. Człowiek, który poddaje się namiętnościom nie jest synem marnotrawnym, ale synem który swoją część składa do banku. Nie zazna głodu, nie wróci do Ojca…Stąd mniemam, trzeba wysokich wymagań. W opowieści Jezusowej “były wysokie wymagania, bo wrócił syn”. Tak więc depozyt trzeba umieścić tak, aby procentował. Dusza buntuje się przeciw kierowaniu pragnień do Boga, bo ten kontakt wypala całe zawarte w nich zło. W świadomości nadprzyrodzonej /bo jej nie odpowiada żadna naśladująca ją cnota/ chcę być cały poddany Twojej woli Boże, jak martwe przedmioty. Pragnienie doskonałości czyni mniej niedoskonałym. Wystarczy nie mieć wolnej woli, aby dorównać Bogu. Humanizm już nie raz przeżywał się, dziś trzeba tworzyć nowe rycerstwo. Jeśli wszystko dzieje się inaczej, jeśli Bóg jest milczeniem, zamilczeć potrzeba. W podejmowaniu zaś prób w celu urzeczywistnienia chrześcijaństwa, dzisiaj chrześcijaństwo trzeba na nowo zdobywać. Żyjemy dziś w godzinie mroku, w godzinie tęsknoty, gdy obnażyła się otchłań i opadły wszystkie zasłony. W przyjętym systemie wartości trzeba tolerować wolność swoich przeciwników.
Profesor nie wytrzymał i zacytował biblię:
Będzie na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy. Jeśli Bog jest milczeniem, gdy wszystko dzieje się inaczej, zamilczeć potrzeba.

Ale powróćmy do pana Boulnois, który zabił człowieka. Można zacząć tę historię w jadalni bogatej rodziny nazwiskiem Borhart, mieszkającej w dzielnicy podmiejskiej. Pan Borhart zapraszał nas nie raz na farmę.
-Bardzo panu dziękuję-powiedziałem-ale jestem zmuszony odmówić. Za chwilę muszę być w kościele na błogosławieństwie.
-W takim razie może pan Smith będzie panu towarzyszył–rzekł Carver z niecierpliwością w głosie.
Mały człowiek potrząsnął głową i odpowiedział z dobrodusznym uporem:
-Pamiętam, jak dziesięć lat temu jechałem tą samą drogą w takiej cudacznej maszynie.
-Dwa tysiące lat temu jeździło się wozem zaprzężonym w woły. Czy pan sobie wyobraża, że przez dziesięć lat nie zmieniły się ani auta,ani drogi? -drwił John Bankes-W mojej maszynce nawet pan nie poczuje, że koła się obracają. Będzie się panu zdawało, że pan fruwa.
W tym miejscu ksiądz Brown odpoczął, po czym zwrócił się do profesora.
-Niech pan nie myśli, że moim zdaniem pan Boulnois nie mógł być zdolny do takiego występku. Każdy jest zdolny, w zakresie zależnym od jego własnej woli. Możemy kierować swoimi zachciankami w dziedzinie moralnej, ale nie możemy zmienić instynktownych skłonności i właściwych sobie sposobów działania. Kiedy powiedziałem to panu Boulnois spojrzał niezmieszany, ale na szerokim jego czole wystąpiła czerwona pręga. Tak więc mówiłem dalej, często trzeba wybrać. Dla pana natury wybranie jest może nawet bardziej obce niż morderstwo. Małe grzechy ciężej nieraz wyznać niż wielkie, ale dlatego wyznanie ich ma tak wielkie znaczenie. Takie samo przestępstwo jak pan, popełnia wielkoświatowa dama sześć razy na tydzień, a jednak w panu tkwi jakaś niesłychana potworność…
Chcemy wprowadzić jakiś nowy zwyczaj na pamiątkę opowiedzianego tu wydarzenia. Jeśli czytelniku, spotkasz kiedy członka wytwornego klubu, gdy zdejmuje swoje zielone okrycie w hotelu Vernon, spiesząc na doroczny obiad klubowy, to pamiętaj, że Księdzu Brown też się poszczęściło.
/ wszystkie postaci i zdarzenia i imiona własne są jedynie wymysłem autora dramatu/

Opowieści cz.5

Jeszcze nie powiedzieliśmy,że to kijowskie osiedle,w którym mieszkali Korczaginowie nazywa się Szepietówka. Ma ono jezioro w dole. Jest to ulubiony zakątek Toni, którą Pawka poznał niedawno. Pewnego upalnego dnia Alfred tam też ją zastał.
-Przestraszyłem panią,co? Nie wiedziałem, że pani tu jest,trafiłem tu niechcący.-I rzekłszy to Alfred chwycił się ręką za występ skalny.
-Pan wcale mi nie przeszkadza.Jeśli macie ochotę,możemy nawet porozmawiać. Alfred ze zdumieniem patrzał na Tonię. Lecz o czym właściwie będziemy rozmawiać? Tonia uśmiechnęła się.
-Czegóż więc pan stoi? Może pan usiąść ,ot tutaj- i wskazała mu kamień.-Niech mi pan powie,jak się pan nazywa.
-Alfred Korczagin.
-A mnie na imię Tonia.Ot,i zawarliśmy znajomość. Alfred z zażenowaniem miętosił cyklistówkę.
-Więc pan nazywa się Alfred? Fredziu, tak właśnie będę pana nazywać
-Niech mi pan powie,gdzie się pan nauczył tak po mistrzowsku bić?-niespodzianie zapytała Tonia…Niech mi pan powie,dlaczego przestał pan się uczyć?-pytała Tonia.
-Wylali mnie ze szkoły.
-Za co?- Nasypałem prefektowi do ciasta machory,więc mnie wylano.Prefekt był zły,żyć mi nie dawał.-I Alfred opowiedział jej o wszystkim…Przecież czas mi już iść do pracy.-Do widzenia ,panienko,teraz muszę gnać całą parą do miasta. Tonia szybko wstała i włożyła żakiet.-Pobiegniemy razem na prześcigi-dodała Tonia.

Odtąd Alfred prowadził podwójne życie. Często był w domu sam. Matka wyjechała a to do starszej córki, której mąż pracował jako maszynista w cukrowni, Artur zaś pracował jako kowal w sąsiedniej wiosce zarabiając młotem na chleb. W tym czasie Alfred nie raz był w areszcie. Pewnego majowego dnia przesadziwszy siódmy parkan Korczagin zatrzymał się. Nie miał już sił biec dalej…Po chwili zawrócił w stronę parkanu, lecz bylo już za późno:za plecami usłyszał wściekłe szcvzekanie. Pierwszy atak został odparty jednym kopniakiem. Lecz pies przygotowywał się do następnego.Kto wie, czym skończyłaby się ta walka, gdyby znajomy Alfredowi, dźwięczny głos nie zawołał nagle:
-Trezor,leżeć! Ścieżką biegła Tonia…Chwilę patrzyła na niego i czując przypływ współczucia,gorącej tkliwości,trwogi i radości,ściskała mu ręce: Fredziu miły, miły mój, drogi mój,dobry…Kocham cię…Słyszysz?…Ty uparte moje chłopaczysko…Nie puszczę cię za nic w świecie. Na drugi dzień w domu Toni Artur stanął we drzwiach. Ręce Artura tak mocno porwały Alfreda w objęcia,że aż zatrzeszczały mu kości.-Braciszku kochany!
Powzięto decyzję:Alfred wyjedzie nazajutrz. Artur umieści go na parowozie. Artur tak zazwyczaj surowy,stracił tym razem równowagę ducha,znękany niepokojem o brata, o którego losie nic nie wiedział.Teraz był ogromnie szczęśliwy. -A więc o piątej z rana…pożegnał się i odszedł.

W domu cisza.Żadne z dwojga młodych nie myśli o śnie:za sześć godzin będą musieli się rozstać…Cóż może być milszego od rąk ukochanej, które oplotły się wokół szyi, i od pocałunku tak palącego jak elektryczny prąd. W ciągu całej ich przyjaźni jest to drugi pocałunek. Nikt prócz matki nie pieścił jeszcze Alfreda,lecz za to wiele bito. I tym mocniej odczuwał tę pieszczotę. Czuje zapach jej włosów i wydaje mu się, że widzi jej oczy.
-Tak cię kocham,Toniu.Nie mogę nawet wyrazić ci tego, nie umiem. Gdy skończy się ta cała zawierucha, na pewno zostanę monterem. Jeżeli się mnie nie wyprzesz,jeśli istotnie myślisz o mnie poważnie,a nie traktujesz mnie jak igraszkę, będę dla ciebie dobrym mężem. Nigdy nie będę cię bił, niech skonam, jeśli cię kiedykolwiek skrzywdzę. Bojąc się zasnąć w objęciach rozeszli się. Nie chcieli zresztą,by ujrzała ich matka i pomyślała coś złego. Gdy po solennej obietnicy, że nigdy o sobie nie zapomną, zasnęli, wstawał już świt.

VI
Nim wybuchły zamieszki,Artek niepokoił się, czy aby nie byl zbyt surowy i czy nie zniechęcił brata. Przybycie czerwonych nie zaskoczyło Artka. Pewnego wieczora szybciej niż zwykle zatupotały pod oknem buty Artura, który pchnąwszy drzwi zawołał jeszcze na progu:-Są wiadomości od Alfreda!
” Drogi braciszku ,Artku-pisał Alfred-Donoszę ci, kochany bracie, że żyję, aczkolwiek niezupełnie jestem zdrów. Kula ugodziła mnie w biodro, lecz wracam do zdrowia. Doktor mowi, że kość nie jest uszkodzona. Nie lękaj się o mnie, wszystko minie. Być może,dostanę urlop, to przyjadę po wypisaniu się ze szpitala. Do matki nie dotarłem, a tak się stało, że jestem teraz czerwonoarmistą brygady kawaleryjskiej imienia towarzysza Kotowskiego, znanego wam niewątpliwie ze swego bohaterstwa. Takich ludzi jeszcze nie widziałem i do kombriga/dowódcy brygady/ mam wielki szacunek. Czy przyjechała nasza mamusia? Jeżeli jest w domu, oddaj jej serdeczne pozdrowienia od młodszego syna. I proszę wybaczyć mi, że przyczyniłem wam tyle niepokoju. Twój brat. Artku, wstąp do leśniczego i opowiedz o liście”.
W innym liście Alfred opowiedział o ‘bólu’ zadanym żądłem ośmiornicy. Ośmiornica ma wypukłe, matowoczerwone oko wielkości kociej głowy;zielony jego środek lśni i mieni się żywym światłem. Ośmiornica pełza przy pomocy dziesiątków macek; wiją się one niczym kłębek żmij,ohydnie szeleszcząc łuską skóry. Ośmiornica porusza się. Widzi ją niemal tuż przy swoich oczach. Macki pełzną po jego ciele, są chłodne, a jednocześnie parzą jak pokrzywa. Ośmiornica wypuszcza żądło, które wpija się w głowę jak pijawka, a kurcząc się konwulsyjnie wsysa w siebie jego krew. Czuje, jak krew z jego ciała przelewa się w napęczniałe cielsko ośmiornicy. A żądło ssie i ssie i ból głowy w miejscu, w którym utkwiło, jest nie do zniesienia. Gdzieś daleko,daleko słychać ludzkie głosy…Po trzynastu dniach Korczagin odzyskał przytomność. Młode ciało nie chciało umrzeć i powoli wracały sily. Niejednokrotnie pytał, kiedy będzie mógł się wypisać. Wreszcie wypisał się ze szpitala. Po dwutygodniowym pobycie w domu Alfred wrócił do towarzyszy. Pewnego razu otrzymał list od Artka. Brat pisał mu, że wkrótce odbędzie się jego wesele, i prosił Alfreda, by przyjechał za wszelką cenę.Młodość zwyciężyła. Tyfus nie zabił Korczagina.Alfred po raz czwarty przebrnął graicę śmierci i wracał do życia. Dopiero po miesiącu chudy i blady stanął na chwiejących się nogach i trzymając się ściany próbował przejść się po pokoju. Podtrzymywany przez matkę doszedł do okna i długo spoglądał na drogę. Kałuże pobłyskiwały od tającego śniegu. Na dworze była pierwsza przedwiosenna odwilż.

Artek mieszkał u rodziny swojej żony. Rodzina była uboga,chłopska. Alfred wstąpił jakoś raz do Artka. Na małym brudnym podwóreczku biegał umorusany zezowaty chłopaczek. Zobaczywszy Alfreda bezceremonialnie wybałuszył nań oczęta i w skupieniu dłubiąc palcem w nosie zapytał:
-Czego tu chcesz?Przyszedłeś może kraść? Lepiej idź sobie stąd, bo matka nasza bardzo sierdzista!! W starej niskiej chałupie otworzyło się malusieńkie okno i Artek zawołał:- Wejdź, Alfredzie! Przy piecu krzątała się z pogrzebaczem w ręku starucha o pożółkłej jak pergamin twarzy. Na moment zatrzymała na Alfredzie nieuprzejme spojrzenie i przepuściwszy gościa załomotała żelaznymi garnkami. Dwie dziewczynki-podlotki z krótkimi warkoczykami szybko wlazły na piec i wyglądały stamtąd z ciekawością dzikusek. Artur siedział przy stole trochę zażenowany. Ani matka, ani brat nie pochwalali jego żeniaczki. Dziedziczny proletariusz Artur nie wiadomo z jakiego powodu zerwał trzyletnią przyjaźń z piękną krawcową Halą, córką kamieniarza, i poszedł ‘gospodarzyć’ do niepozornej Steszy, z rodziną składającą się z poięciu gęb, w czym ani jednej osoby zdatnej do roboty. Tutaj po pracy w remizie całą swą siłę wkładał w pług, uzdrawiając podupadłe gospodarstwo. Posiedzieli, zamienili ze sobą kilka małoznaczących zdań, jakich używa się zwykle przy spotkaniu, i Alfred zamierzał odejść. Artur zatrzymał go:
-Zaczekaj, zjesz z nami, Stesza przyniesie zaraz mleka. A więc odjeżdżasz jutro? Słabiutki jeszcze jesteś, Alfredzie!
Do pokoju weszła Stesza, przywitała się i zawołała Artka do stodoły, by pomógł jej coś przenieść. Alfred został sam na sam z małomówną staruchą. Do okna doleciał głos cerkiewnego dzwonu. Starucha odstawiła pogrzebacz i mruknęła niezadowolonym głosem:
-Jezu Chryste! Przy tej diabelnej pracy nie ma nawet kiedy się pomodlić! Alfred wstał i odszedł, nie doczekawszy się brata. Zamykając furtkę zauważył w bocznym okienku głowę staruchy.Śledziła go.
“Co za licho wciągnęło tu Artura? Teraz to się już do samej śmierci stąd nie wydostanie.- A ja właśnie zamierzałem wciągnąć go do politycznego życia”.
Alfred cieszył się, że jutro wyjedzie stąd do wielkiego miasta, gdzie przebywają jego przyjaciele i drodzy mu ludzie. Wielkie miasto wabiło go swoją potęgą i żywotnością, nieustanną krzątaniną ludzkiego mrowia, łoskotem tramwajów i głosem samochodowych klaksonów.

VII
Na dworzec przyszedł sam.Namówił matkę,by została w domu, nie chciał widzieć jej łez przy pożegnaniu. Wszyscy wtłoczyli się przemocą do pociągu. Alfred zajął wolną półkę na samej górze i stamtąd obserwował krzykliwych i podnieconych ludzi w przejściach. Wciąż tak samo dźwigali worki i wpychali je pod ławki. Gdy pociąg ruszył,uspokoili się i jak to zawsze w takich wypadkach bywa, zabrali się żarłocznie do jedzenia. Alfred wkrótce zasnął…W mieście zamieszkał u Okuniewa. Pracował w warsztatach jako pomocnik elektromontera…Okuniew wprowadził Korczagina do klubu…
-Towarzysze!Zanim przystąpimy do obrad nad kolejnymi sprawami organizacyjnymi, pewien towarzysz prosi tutaj o głos i my z Tokariewem sądzimy, że należy głosu mu udzielić.
Na sali rozległy się aprobujące okrzyki i Okuniew palnął jednym tchem:
-Zebranych powita Alfred Korczagin.
Przynajmniej osiemdziesiąt procent obecnych znało Korczagina,toteż gdy na skraju rampy zjawiła się znajoma postać i wysoki,blady młodzieniec przemówił, sala powitała go radosnymi okrzykami i burzliwymi owacjami.
Drodzy towarzysze!
Korczagin mówił spokojnym głosem, lecz nie potrafił ukryć wzruszenia.
-Przyjaciele,stało się tak,że wróciłem do was i zająłem znów miejsce w szeregach. Szczęśliwy jestem, że wróciłem. Widzę tu wielu moich przyjaciół. Przeczytałem u Okuniewa, że na Słomience bractwo nasze powiększyło się jeszcze o jedną trzecią, że w warsztatach i w remizie z podżegaczami rozprawiono się na amen i że z cmentarza parowozów wyciąga się trupy celem gruntownej naprawy. Oznacza to, że kraj nasz się odradza i nabiera sił. Jest po co żyć na świecie! Czyż mogłem w takim czasie umrzeć?- I oczy Korczagina zaskrzyły się szczęśliwym uśmiechem. Przy powitalnych okrzykach Korczagin zszedł na salę kierując się ku miejscu, gdzie siedziały Anna i Tala. Szybko uścisnął kilka dłoni.Przyjaciele posunęli się i Korczagin usiadł. Ręka Tali legła na jego ręce i bardzo mocno ją uścisnęła. Szeroko rozwarte są oczy Anny,rzęsy nieco drgają, a w spojrzeniu jej maluje się zdziwienie i pozdrowienie.

Opowieści cz.4

III
Właściciel bufetu na dworcu, człowiek w podeszłym wieku,blady, z bezbarwnymi oczyma, obrzucił przelotnym spojrzeniem stojącego z boku Pawkę.
-Ile ma lat?
-Dwanaście-odparła matka.
-Cóż,niech zostanie.Warunki są takie:osiem rubli miesięcznie i wikt w dni robocze; dobę ma pracować, dobę w domu- i żeby mi nie kradł.
-Co też pan mówi,co też pan mówi!Kraść nie będzie, ręczę za niego-lękliwie powiedziała matka.
-A więc, niech zacznie pracować już dziś-rozkazał gospodarz i obróciwszy się ku stojącej obok niego za ladą bufetowej poprosił ją:-Zina, zaprowadź chłopca do pomywaczek, powiedz Frosieńce,by dała mu pracę zamiast Griszki. Bufetowa rzuciła nóż, którym krajała szynkę, i skinąwszy Pawce głową poszła przez salę torując sobie drogę do bocznych drzwi wiodących do zmywalni. Pawka poszedł za nią. Matka idąc szybko razem z nimi szeptała doń pośpiesznie:
-Słuchaj,Pawłuszka,staraj się, nie rób mi wstydu.
I odprowadziwszy syna smutnym spojrzeniem, poszła ku wyjściu.
W zmywalni robota szła na całego:góry talerzy, widelców i noży piętrzyły sę na stole, a kilka kobiet wycierało je przerzuconymi przez ramię ścierkami. Rudy chłopiec ze zmierzwionymi, nieuczesanymi włosami, nieco starszy od Pawki, manipulował przy dwóch ogromnych samowarach. Zmywalnia pełna była pary buchającej z dużego szaflika z wrzątkiem, w którym zmywano naczynia, i Pawka z początku nie mógł rozpoznać twarzy pracujących tu kobiet. Stał na środku izby nie wiedząc, co robić i gdzie się podziać. Bufetowa ina podeszła do jednej z kobiet, która zmywała naczynia, i ująwszy ją za ramię powiedziała:
-Oto,Frosieńko, macie nowego chłopca zamiast Griszki. Wytłumacz mu,co trzeba robić. Zwracając się następnie do Pawki i wskazując na kobietę, którą przed chwilą nazwała Frosieńką, Zina rzekła:
-Ona jest tu ‘starszą’. Rób, co ci każe- po czym odwróciła się i odeszła do bufetu.
-Dobrze-cichym głosem odparł Pawka i wyczekująco spojrzał na stojącą przed nim Frosię, która wycierając pot z czoła spoglądała na niego z góry na dół, jak gdyby oceniając jego zalety, i zakasawszy zsuwający się jej z łokcia rękaw, powiedziała przedziwnie przyjemnym,piersiowym głosem:
-Pracę będziesz miał,mój drogi, nietrudną:ot ten kocioł, znaczy się, zagrzejesz rankiem, żebyś zawsze miał w nim wrzątek. Oczywiście musisz narąbać drew. A potem te samowary-to też twoja robota. Oprócz tego w razie potrzeby będziesz czyścił nożyki i widelczyki i wynosił pomyje. Pracy jest dość,mój kochany,spocisz się- mówiła swoim dialektem z akcentem z akcentem na ‘a’- i od tego jej dialektu oraz widoku oblanej czerwienią twarzy z zadartym noskiem zrobiło się Pawce jakoś raźniej…Pomyślał i nabrawszy śmiałości zwrócił się do Frosi:
-A teraz co mam robić,ciociu? Rzekł i urwał.Głośny śmiech pracujących w zmywalni kobiet zagłuszył ostatnie jego słowa.
-Cha-cha!-głośniej od wszystkich śmiała się sama Frosia.
Zupełnie już zmieszany, obrócił się do chłopca i zapytał:
-Co mam teraz robić? Lecz w odpowiedzi na pytanie chłopak tylko zachichotał.
-Zapytaj lepiej ciotki, ona ci wszystko wygarnie, bo ja tu jestem tymczasowo. -I odwróciwszy się wybiegł przez drzwi wiodące do kuchni.
-Chodź tu, pomóż wytrzeć widelce- usłyszał Pawka głos jednej z pracownic, niemłodej już pomywaczki.
-Czego parskacie? I cóż takiego powiedział ten chłopaczyna? Masz,weź no- podała Pawce ścierkę-jeden koniec weź w zęby, a drugi naciągnij brzeżkiem do góry.Ot, i czyść widelczyk ząbek po ząbku, przesuwając nim tam i z powrotem, tylko tak, żeby mi na nim brudu nie zostało. U nas pod tym względem jest bardzo surowo. Goście oglądają widelce, a gdy zauważą brud- wtedy bieda, gospodyni w mig wypędzi.
-Jak to gospodyni? – nie zrozumiał Pawka.- Przecież macie tu gospodarza, tego, co mnie przyjmował.
Pomywaczka zaśmiała się.
-Gospodarz nasz,synku,jest czymś w rodzaju mebla-to pantoflarz. Wszystkim kieruje gospodyni. Dziś jej nie ma. Ot, popracujesz, to przekonasz się.
Drzwi wiodące do zmywalni otworzyły się i weszło trzech kelnerów niosąc stosy brudnych naczyń. Jeden z nich,barczysty, zezowaty, o masywnej czworokątnej twarzy, rzekł:
-Ruszajcie się tam prędzej.Zaraz dwunasta, przyjedzie pociąg, a wy tu się guzdrzecie. Spojrzawszy na Pawkę zapytał:
-A to kto taki?
-To nowy- odparła Frosia.
-Aha,nowy-rzekł.-A więc- ciężka jego ręka legła na ramieniu Pawki i pchnęła go ku samowarom-żebyś je zawsze miał przygotowane. Pawka nie mówiąc ani słowa zajął się samowarami.
Tak rozpoczęło się jego życie człowieka pracy. Nigdy Pawka nie pracował tak gorliwie jak owego pierwszego dnia roboczego. Zrozumiał, że tu nie jest dom, gdzie mógł nie słuchać matki.Zezowaty wyraźnie powiedział, że jeśli nie będzie słuchał-to w mordę.
Z brzuchatych, mieszczących w sobie cztery wiadra wody samowarów leciały iskry, gdy Pawka rozdmuchiwał je naciągnąwszy na rurę but zdjęty z nogi. Chwytając wiadra z pomyjami biegł do rynsztoka, podkładał pod kocioł z wodą drwa,suszył na wrzących samowarach mokre ścierki, robił wszystko, co mu kazano. Późnym wieczorem, zmordowany, udał się na dół do kuchni. O siódmej rano Pawka zmęczony bezsenną nocą i ciągłą bieganiną, oddał wrzące samowary pod opiekę chłopcu o tłustej buzi i bezczelnych oczkach, który przyszedł na zmianę. Ten spojrzał na Pawkę z lekka białawymi oczami z pogardliwą wyższością i rzekł tonem nieznoszącym sprzecviwu:
-Hej,ty,ofermo! Jutro przyjdź o szóstej godzinie na zmianę.
-Dlaczego o szóstej?-zapytał Pawka.-Przecież zmiana jest o siódmej.Bezczelny ton i wyzywające zachowanie się chłopaka zgniewały Pawkę.
-No,dobrze,zobaczymy- tamten mruknął.

IV
Poranne słońce leniwie wynurzało się spoza masywnego tartaku. Wkrótce ukaże się domek Pawki. Tu oto, zaraz za dworem :Leszczyńskiego.- Matka na pewno nie śpi, a ja wracam z pracy-myślał Pawka i przyspieszył kroku pogwizdując.-To nie jest takie już nieszczęście, że wylano mnie ze szkoły. I tak ten przeklęty pop nie dałby mi spokoju, a teraz gwiżdżę na niego-pomyślał Pawka zbliżając się do domu. Matka krzątała się na podwórzu przy samowarze. Ujrzawszy syna zapytała z niepokojem:
-No,jak tam?
-Dobrze-odparł Pawka.
Matka chciała go o czymś uprzedzić.Zrozumiał- przez otwarte okno pokoju widać było szerokie plecy brata Artiema.
-Co, przyjechał Artiem? zapytał zmieszany.
-Wczoraj przyjechał i ma tu zostać. Będzie pracować w warsztatach kolejowych. Pawka z pewną nieśmiałością otworzył drzwi wiodące do pokoju. Olbrzymia postać,siedząca przy stole tyłem do niego,obróciła się i surowe oczy brata spojrzały na Pawkę spod gęstych czarnych brwi.
-Aha,przyszedłeś machorkowiczu?No,no,ładnieś się spisał! Rozmowa z przybyłym do domu bratem nie wróżyła Pawce nic dobrego.
‘Artiem już wie o wszystkim-pomyślał Pawka-Artiem może nawymyślać i zbić. Pawlik zawsze bał się trochę Artiema. Lecz Artiem nie miał widocznie zamiaru go bić; siedział na taborecie z łokciami opartymi na stole i patrzył na Pawkę- nie odrywając od niego oczu- ni to ironicznie,ni to pogardliwie.
-Mówisz więc, że ukończyłeś już uniwersytet i odbyłeś wszystkie nauki, a teraz zabrałeś się do pomyj?-rzekł wreszcie. Utkwiwszy oczy w popękanej desce podłogi Pawka uważnie badał wystającą główkę gwoździa. Lecz Artiem wstał od stołu i poszedł do kuchni. ‘Obejdzie się widocznie bez lania’-odetchnął Pawka z ulgą.Gdy pili herbatę,Artiem spokojnie jął rozpytywać Pawkę o to,co zaszło w klasie. Pawka opowiedział o wszystkim.
-I co z ciebie wyrośnie,jeżeli już teraz jesteś takim chuliganem!-ze smutkiem rzekła matka.-No i co z nim robić?W kogo on się wrodził? Mój Boże, co ja się już z tym chłopakiem nacierpiałam-skarżyła się. Artiem odsunął pustą filiżankę i powiedział zwracając się do Pawki:
-A więc słuchaj,mój bratku. Jeśli już tak się stało,to miej się teraz na baczności, przy pracy nie rób miżadnych kawałów i spełniaj wszystko jak należy. Jeśli i stamtąd cię wyleją,to tak cię zamaluję, że popamiętasz. Weź to sobie do serca. Nie waż mi się dręczyć matki! Czegokolwiek diabeł tknie się, wszędzie nieporozumienie,wszędzie coś nabroi. Ale teraz dość już tego! Popracujesz roczek-poproszę,by wzięto cię na naukę do warsztatów,bo wśród tych pomyj nie wyrośniesz na człowieka. Trzeba uczyć się rzemiosła. Teraz jesteś jeszcze za mały, lecz za rok poproszę-być może,przyjmą. Przenoszę się tutaj i tu będę pracować. Matka służyć już nie będzie. Dość już zginała kark przed wszelkim draństwem,lecz ty,Pawka, bądź człowiekiem.
Wstał,wyprostował swą ogromną postać, włożył wiszącą na oparciu krzesła marynarkę i zwrócił się ku matce:
-Wyjdę na godzinę załatwić pewną sprawę-i schyliwszy się w drzwiach wyszedł.
Już na podwórzu,mijając okno,rzekł:
-Przywiozłem dla ciebie buty i scyzoryk, matka ci je da.

V
Bufet na stacji czynny był bez przerwy całą dobę. Węzeł kolejowy łączył sześć linii. Tu, na stacji,spotykały się i rozbiegały w różnych kierunkach setki pociągów. Jechały z jednego frontu na drugi. Dwa lata uwijał się już Alfred na tej robocie. Kuchnia i zmywalnia-oto wszystko,co widział w ciągu tych dwóch lat. Zajrzał Alfred w głąb życia, w samo jego dno,do studni, z której na chłopca, spragnionego wszystkiego,co nieznane i niezbadane,tchnęło zatęchłą pleśnią i bagienną wilgocią. Arturowi nie udało się oddać brata na naukę do warsztatów kolejowych: nie przyjmowano tam chłopców poniżej piętnastu lat. Alfred nie mógł doczekać się dnia, kiedy wyjdzie z bufetu-pociągał go ten ogromny,zakopcony murowany budynek. Często bywał tam u Artura, razem z nim oglądał wagony i starał się w jakikolwiek sposób być mu pomocnym. Zrobiło mu się szczególnie smutno, gdy przestała pracować Ewa. Nie było już roześmianej,wesołej dziewczyny i Alfred tym silniej odczuł,jak bardzo się z nią zaprzyjaźnił. Przychodząc z rana do zmywalni i słuchając kłótliwych wrzasków uciekinierek doznawał uczucia pustki i osamotnienia.
Służba Alfreda skończyła się wcześniej,niż się spodziewał, a skończyła się w sposób zupełnie przez niego nie oczekiwany. Pewnego mroźnego styczniowego dnia Alfred poszedł do gospodyni i oświadczył, że odchodzi do domu, lecz ta nie puściła go. Z nastaniem nocy był już zupełnie wyczerpany. Podczas przerwy trzeba było nalać wody do kotłów i zagotować ją w oczekiwaniu na pociąg, który przybywał o godzinie trzeciej. Alfred odkręcił kran-wody nie było. Widocznie pompa przestała działać.Kran pozostał otwarty,a on położył się na drwach i zasnął-znużenie go pokonało. Po kilku minutach kran zabulgotał, zasyczał i woda polała się do zbiornika.Napełniwszy go po brzegi zaczęła spływać po kaflach na podłogę zmywalni. Wody wciąż przybywało. Krzyki się wzmogły. Pobity chłopiec ledwie dowlókł się do domu.
Z rana Artur,posępny i nachmurzony,rozpytywał Alfreda o szczegóły zajścia. Alfred opowiedział dokładnie o wszystkim…Wieczorem Artur nie wrócił z warsztatów. Matka dowiedziała się, że Artur siedzi w oddziale żandarmerii. Po sześciu dniach,wieczorem, gdy matka już spała,Artur wrócił. Podszedł do siedzącego na łóżku Alfreda i tkliwie zapytał:
-No,jak tam,wydobrzałeś, bratku?-Usiadł obok niego.-Bywa i gorzej. I po krótkim milczeniu dodał:
-To nic,pójdziesz do elektrowni,mówiłem już o tobie. Tam nauczysz się fachu. Alfred obydwiema rękami mocno uścisnął ogromną dłoń Artura.

W roku 1910 pierwszego dnia każdego tygodnia przed świtem,można było zauważyć kilkudziesięciu mężczyzn i kobiet wchodzących do elektrowni. Kiedy dzień wstawał, a oni śpiewali pieśni podróżne, Artek rozglądał się dokoła i myślał:’ niewielu tam mędrców według ciała,niewielu możnych’. Artek wiedział,co przeszli niektórzy z nich. Wydaje się, że Bóg wybrał jeszcze bardziej nieprawdopodobny,surowy materiał. Artek mógł w pamięci odtworzyć,czym byli uprzednio niektórzy jego przyjaciele: uwodziciele, rozpustnicy,rozpustnicy,nierządnice. W domu wymienia homoseksualistów obu typów, pięknych chłopców i sodomitów, którzy się nimi posługiwali, jak również złodziei,chciwców, pijaków,szantażystów, bezczelnych oszczerców i oczywiście czcicieli bożków. Moralność, której nauczał Artek w elektrowni,a wprowadzali w życie ‘nowi wyznawcy’, była kontrastowo różna od dawnej oportunistycznej moralności starego świata. Była niekonwencjonalna, głosiła miłość do ludzi bez względu na ich rasę, przebaczenie zła zamiast urazy, radość zamiast ponurego znoszenia przeciwności lub przemocy. Ale w elektrowni Artek miał też zagorzałych przeciwników. Biograf musi tu wybrać między zatrzymaniem się w trzęsawisku konfliktowych prawdopodobieństw, które nie mogą być nigdy rozstrzygnięte, a pchaniem się odważnie naprzód groblą domysłów. Wybrałem tę drugą drogę i nie zbaczając z niej dla przedyskutowania wszelkich alternatyw, opowiadam tę historię tak, jak ją widzę. Kolejne osiemnaście miesięcy życia Artka i Alfreda potoczyły się zapewne jak następuje,choć ton pewności, jaki ma to opowiadanie, nie może zaslonić faktu, że niektóre moje wnioski mają charakter propozycji i podlegają dyskusji. Do małego miasteczka jak wichura wdarła się oszałamiająca wieść:’Obalono cara!’. W miasteczku nie chciano wierzyć. Dnie mijały na dyktowaniu najnowszych wieści,każdy ustęp wymagał głębokiego przemyślenia. Artek poruszył wiele tematów, wysuwał trudne zagadnienia, przeżywał moc wzruszeń. Gdy Artek obmyślał najstosowniejsze słowa mające obalić tę dręczącą tymczasowość Alfred wracał z elektrowni. Już od roku pracował tam jako pomocnik palacza. Szosą szedł mężczyzna niosąc na każdym ramieniu po karabinie.
-Wujku,powiedz,gdzieś dostał?-podbiegł do niego Alfred.
-A tam, na Wierzchowinie,rozdają. Potem natknął się na chłopaka dźwigającego ciężki karabin z bagnetem używany w piechocie.
-Skąd masz ten karabin?-zatrzymał go Alfred.
-Naprzeciwko szkoły rozdają. Rozdawali całą noc, teraz stoją już tylko puste skrzynie…Nagle,olśniony jakąś myślą,gwałtownie zawrócił i dopędziwszy trzema susami oddalającego się chłopca,z całej siły wyrwał mu z rąk karabin.
Po mieście gruchnęła wieść:-Niemcy idą…Na placu w środku miasta Niemcy ustawili się w czworobok. Uderzyli w bęben.Zebrała się niewielka ciżba co śmielszych mieszczan…Alfred zamierzał w pierwszej chwili zataić posiadanie karabinu, lecz nie chciał kłamać bratu i opowiedział o wszystkim. Poszli razem do komórki.Artek wyciągnął ukryty za belkami karabin,wyjął z niego zamek,zdjął bagnet i ująwszy karabin za lufę zamachnął się i z całej siły uderzył nim o płot. Kolba rozleciała się w kawałki. Szczątki karabinu wyrzucone zostały daleko, na pustkowie za ogródkiem. Bagnet i zamek wrzucił Artek do ustępu. Uporawszy się z tym Artek zwrócił się do brata:
-Nie jesteś już dzieckiem, Alfred ,rozumiesz chyba, że broń nie jest do zabawy. Mówię ci stanowczo-nie przynoś nic do domu.Wiesz przecież, że teraz można to przypłacić życiem. Pamiętaj,nie oszukuj mnie, bo jeśli przyniesiesz-znajdą i mnie pierwszego rozstrzelają. Ciebie smarkacza nie ruszą.Czasy są teraz pieskie.Rozumiesz? Alfred obiecał, że nic nie będzie przynosił. Gdy szli obaj przez podwórze do domu, przed bramą Leszczyńskich zatrzymał się powóz. Wysiedli z niego adwokat z żoną oraz dzieci ich-Nelli i Wiktor.
-Przyleciały ptaszki-rzekł ze złością Artek.
Korczagina była bardzo wystraszona nocnym najściem patrolu. Była sama. Alfred ,jak zwykle, pracował w nocy w elektrowni i przyszedł do domu wczesnym rankiem. Wysłuchawszy opowiadania matki o nocnej rewizji i o tym, że szukano Artura, poczuł, jak całą jego istotę wypełnia przytłaczająca trwoga o brata. Pomimo różnicy charakterów i pozornej surowości Artura bracia bardzo się kochali. Była to surowa miłość bez słów, ale Alfred wyraźnie uświadamiał sobie, że nie ma takiej ofiary, której by nie był gotów ponieść bez wahania,gdyby tylko była potrzebna bratu. Nie odpoczywając wcale pobiegł na stację do warsztatów…wrócił z niczym do matki, runął zmęczony na łóżko i natychmiast pogrążył się w niespokojnym śnie.

Opowieści cz.3

-O Chryste miłościwy! co to jest?! Z wysokiego okienka w przybramnej wieży ozwały się jakieś, zaledwie z początku dosłyszalne dźwięki lutni. Przypomniały mu się chwile młodzieńczych porywów, pieśni dworskie , które słyszał zwłaszcza przy jesiennych ogniskach. I dlatego ten głos lutni po nocy, wzburzył w nim w jednej chwili serce. Wydało mu się, że on te dźwięki zna , rozróżnia zaś je dziś możliwie najbardziej doskonale. Więc padł na kolana, złożył ręce jak do modlitwy i dygocąc jak w gorączce słuchał. Nagle fala bólu, łez, tęsknoty, niedoli wezbrała mu w piersiach, więc rzucił się twarzą w śnieg i jął w uniesieniu wołać ku niebu w duszy jakby w dziękczynnej modlitwie:
-O Jezu! dyć słyszę jeszcze dobrze!o Jezu!!…I szlochanie poczęło targać jego olbrzymim ciałem.
Rankiem gruby, brodaty knecht duchowny począł krzyczeć do leżącego przy bramie rycerza.
-Wstawać!…Brama otwarta i Czcigodny ojciec Rudolf podaje ci strawę dzienną. Ojciec święty może Cię przyjąć, pokutniku, nazajutrz.
Henryk zbudził się jakby ze snu. Nie chwycił knechta za gardło, nie skruszył go w żelaznych rękach, twarz miał cichą i niemal pokorną; podniósł się i nie mówiąc ni słowa włożył chleb do ust. Jednocześnie ozwał się zgrzyt łańcuchów i most zwodzony począł podnosić się do góry, w samej zaś bramie spadła ciężka żelazna krata.
Dano mu dzień zwłoki-pomyślał. Henryk usiadł przy swym koniu i pozwolił wejść do siebie nieskończonym orszakom zadumy. Dokoła stały wielkie drzewa, przedwieczne, zdawało się, jak to miejsce. Skupiły się tam, w nocy podobne do wież gotyckich. Było coś niewymownie pięknego w tym wstrzymaniu się puszczy parkowej od wkroczenia na czysty, placyk, gdzie rosła tylko niska trawa. Kanossa przypominała miejsce jego dzieciństwa. Jako /nieudolny/ poeta siedemnastoletni/ile miał lat wtedy?/ chodził w identyczne miejsce składać rymy i dumać. Zdawało mu się wtedy, że stare drzewa myślą nad tajemnicami życia/szermierka moskiewska/ i śmierci, patrząc przez długi szereg lat w grunt obnażony, gdzie tkwią ich korzenie, w grunt, co osłania się milczeniem wiekuistym, który jak sknera- wszystko ziemskie pochłania i gnoi w tym jednym celu, ażeby wykarmiać tylko dzikie fantazje swoje-drzewa. Widziało mu się wówczas, że drzewa/jakie?/ mają swe własne twarze, usta i oczy patrzące w niebiosa, skąd o poranku przychodzi słońce, skąd się dobywa wartki wicher, skąd ciągną chmury wytrząsające ze siebie ożywczą/ze mnie-opisać to/ wodę i skąd zlata nagły a niespodziewany piorun, który w mgnieniu oka uderza, przeszywa i zabija dęby stuletnie.
Po pięknym odwieczerzu noc była ciemna i bezksiężycowa. Rzadkie, szare chmury zasnuły firmament i przepuszczały słaby jedynie półbrzask gwiazd, ukrytych dla oka. Ciągły wiatr chwiał draperią , która przysłaniała okna w grubym bardzo murze wybitymi/usiłowanie morderstwa-to opisać=coś pośrodku między zamiarem a czynem- poza którą bywały postawione we wgłębieniu dwa taborety miękkie/.Henryk spojrzał z boku… W mętnym przestworze nocnym zauważył szczyty i boczne gałęzie bliskiej topoli oraz dwie wyniosłe korony pięknej jodły. Dalej czerniała ruchoma, falista, nastrzępiona linia wierzchołków, złączonych między sobą. Całe połacie gałęzi kołysały się od wiatru, raz silnie, jakby/gdyby/ nadciągała burza, to znowu tak cicho, że dawał się wyróżnić szept każdego drzewa z osobna. W jednym punkcie słychać było niestrudzony, cichy klekot twardych i grubych liści nadwiślańskiej topoli, gdzie indziej sepleniły delikatne i czułe listki brzozy. Od zgodnego szelestu ten gwar nocny wzmagając się potężniał aż do głuchego szumu świerków i do stękania konarów, które zdawały się opiewać smutek i przeczucia śmierci.
Henryk nie spał,ale i nie czuwał. Zmysły miał pogrążone w grze wyobraźni tak mocnej i lotnej, że go unosiła całkowicie w dalekie strony, chociaż ani na chwilę nie stracił z oka ruchu gałęzi przez wiatr miotanych. Widział z całą dokładnością małe miasteczko na płaszczyźnie między wzgórzami. Wspomnienie pewne gnało go tutaj…/rozwinąć/Chwycił ją w ramiona i zaczął okrywać całusami jej piękne usta. Odtąd codziennie powtarzało się to samo, idąc aż do kresu. Wyjechał wkrótce i zapomniał tak zupełnie, jak człowiek dużego imienia i fortuny zapomina o tego rodzaju epizodzie młodości. Jeżeli wyobraźnia nasunęła mu kiedy osobę dziewczęcia z Kanossy, to chyba w pozie nagiej, rozkosznie przegiętej kochanki. Skądże teraz Sophili ukazała mu się jako szczęśliwa panienka ze skromnym uśmiechem na młodych wargach, ciągnąc ku sobie nie tylko zmysły, ale i całą duszę?
Nie był to wcale wyrzut sumienia, lecz jakieś zgłębianie rzeczy ukrytych w ciemności. Dusza pięknej dziewczyny przyszła z mroku, stanęła przed nim jako byt plastyczny i odsłoniła/stuła=został/ wszystką brzydotę swego nieszczęścia, całą tragedię opuszczenia i sieroctwa tak bezgranicznego, że Henryk zadrżał. Wtedy także rozległ się w jego uchu płacz zwiedzionej, placz, którego w rzeczywistości wcale nie słyszał, gdyż wyjechał był bez pożegnania, w sekrecie. Zasłuchany w tę dziwaczną melodię, oglądał swój uczynek niby widmo przedmiotu odbite w wodzie i przypatrywał mu się ze spokojem badacza. Był pewny, że wkrótce zniknie, ustępując miejsca czemuś innemu. Do zaobserwowania wszystkich szczegółów, wszelkich cech tego zjawiska przynaglała go pilna ciekawość, istotna żądza wiadomości złego i dobrego. I oto w rzeczy samej myśl o Sophili usunęła się. Został tylko w uchu odgłos nie milknący cichego, nocnego jej płaczu. Patrząc na konary drzew odrysowane w mglistym powietrzu, Henryk rozważał. Czuł jak przez sen, że zupełnie podobny jest do drzewa, które nie wie, jakie miejsce, jaki obszar z prawej czy lewej strony pnia zajmą jego konary, gdzie będzie stał jego wierzchołek. Czuł, że nie wie o sobie nic, jaka namiętność z duszy jego wystrzeli, w którą stronę się zwróci. Czy owocem jej będzie dobro czy zło, cnota czy niegodziwość? Czy w sercu kryją się i wyjdą zeń kiedyś sprawy cnotliwego czy dzieła zbrodniarza?
Ten jakby kaprys i wybieg rzeczywistej miłości, ruchomość gruntu własnego jestestwa, poczęły go męczyć i przejmować szczególną zgrozą.. W marzenie to, niby ostrze noża, wbijała się ciągła myśl, jak straszliwie niepewną, jak wątpliwą jest władza człowieka nad sobą, nad instynktami duszy. W dziwnym zmaganiu się jaźni z ukutymi a wygładzonymi od częstego użycia pewnikami rozumu spędził Henryk część nocy. Wiatr się nie zmniejszał. Tylko za odległą nawałą drzew począł się nieżywy, rudy brzask, jakby światło gromniczne. To późny księżyc wschodził w mokrych oparach.
Nazajutrz Henryk znalazłszy się na podwórzu zamkowym nie wiedział zrazu dokąd iść, gdyż knecht, który go przeprowadził przez bramę, opuścił go i udał się ku stajniom. Dokoła twarze były tak zuchwałe, a spojrzenia tak szydercze, iż łatwo było rycerzowi odgadnąć, że mu drogi nie wskażą, a jeżeli na pytanie odpowiedzą, to chyba grubiaństwem lub zniewagą. Spostrzegłszy drzwi większe od innych, nad którymi wykuty był w kamieniu Chrystus na krzyżu, udał się ku nim w mniemaniu, że jeśli ojciec Rudolf i dostojnicy kościelni znajdują się w innej części zamku lub w innych izbach, to go ktoś przecie musi z błędnej drogi nawrócić. I tak się stało. W chwili gdy Henryk zbliżył się do owych drzwi, obie ich połowy otworzyły się nagle i stanął przed nimi młodzianek z wygoloną głową jak klerycy, ale przybrany w suknię świecką, i zapytał:
-Wyście, miłościwy panie, Henryk cesarz niemiecki?
-Jam jest.
-Pobożny ojciec Rudolf rozkazał mi prowadzić was. Pójdźcie za mną. I począł go wieść przez sklepioną wielką sień ku schodom. Przy schodach jednak zatrzymał się i obrzuciwszy Henryka oczyma, znów spytał:
-Broni zaś nie macie przy sobie żadnej? Kazano mi was obszukać.
Po oględzinach przewodnik zniżył głos i rzekł prawie szeptem:
-Tedy strzeżcie się gniewem wybuchnąć, boście pod mocą i przemocą.
-Aleć i pod wolą boską- odpowiedział Henryk.
Doszli do sali na piętrze, w której Henryk miał stanąć przed obliczem Ojca świętego. Cesarz wszedł i znalazł się w obszernej komnacie, bardzo ciemnej, gdyż sdzklane, oprawne w ołów gomółki przepuszczały niewiele światła, a przy tym dzień był zimowy, chmurny. W drugim końcu komnaty palił się wprawdzie na wielkim kominie ogień, ale źle wysuszone kłody mało dawały płomienia. Dopiero po niejakim czasie Henryk dostrzegł w głębi dostojników Kościoła z Ojcem świętym Długi czas trwało milczenie, albowiem pragnęli się nasycić widokiem męża, którego przedtem po prostu się bali, a który teraz stał przed nimi ze suszczoną na piersi głową, przybrany w zgrzebny wór pokutniczy, z powrozem u szyi, na którym wisiała pochwa miecza…
Ojciec Rudolf spojrzał z tryumfem po obecnych i rzekł:
-Patrzcie, jak moc Boża zwycięża złość i pychę.
-Daj tak Bóg zawsze!-odpowiedzieli obecni.
A Henryk wyciągać począł tajemnicę swego serca.
-Bóg widzi, że moja hardość została za bramą tutejszą. Bóg widzi i będzie sądził, czy hańbiąc mój stan rycerski nie pohańbiliście się i sami.Nastąpiła głęboka cisza, po czym odprowadzono jęńca do zaimprowizowanego miejsca odosobnienia. Henryk nie mógł zapomnieć tego, co się stało, a wyobraźnia zdawała się ogarniać bujne opowiadania młodości. Wtedy, niby rozstrzygnięcie wszystkiego, ukazała się Henrykowi myśl inna, straszna. Stanął przed nim obraz ośmiornicy, która ma wypukłe, matowoczerwone oko wielkości kociej głowy; zielony jego środek lśni i mieni się żywym światłem. Ośmiornica pełza przy pomocy dziesiątków macek; wiją się one niczym kłębek żmij, ohydnie szeleszcząc łuską skóry. Ośmiornica porusza się. Henryk widzi ją niemal tuż przy swoich oczach. Macki pełzną po jego ciele, są chłodne, a jednocześnie parzą jak pokrzywa. Ośmiornica wypuszcza żądło, które wpija się w głowę jak pijawka, a kurcząc się konwulsyjnie wsysa w siebie jego krew. Czuje, jak krew z jego ciała przelewa się w napęczniałe cielsko ośmiornicy. A żądło ssie i ssie i ból głowy w miejscu, w którymn utkwiło, jest nie do zniesienia. Gdzieś daleko, daleko słychać ludzkie głosy…Ośmiornica znikła, lecz ból zadany jej żądłem trwa. Usiłuje otworzyć oczy, lecz powieki ociężałe są do takiego stopnia, że nie ma sił ich rozewrzeć. Dlaczego jest tak gorąco? Widocznie matka napaliła w piecu…
Kiedyś za bytności w Paryżu widział był w ogrodzie wielką misę kamienną pełną wody, w której leżało całe towarzystwo krokodylów. Jeden z nich, wielki, płowy zbój z pyskiem jak grot olbrzymiej włóczni, przypatrywał się widzom tkwiąc grzecznie, bez ruchu, w płytkiej wodzie niby kłoda. W owej chwili stanął w pamięci Henryka wyraz jego oczu, a właściwie okrutny brak jakiegokolwiek wyrazu. Były to wielkie ślepia bez połysku, dawno zgasłe, patrzące nie wiadomo jak, bo ani żarłocznie,ani ciekawie, a przecie w taki sposób, że to wejrzenie na zawsze, aż do śmierci ryło się w oku i mózgu. Były to dwie gały z ołowiu, posiadające siłę widzenia, widzenia do gruntu, z bezgraniczną szczegółowością a z przeraźliwym niedbalstwem. ‘To są oczy powszechnej natury stworzeń…’-myślał z bolesnym złamaniem w sercu…
/koniec części I/

II

Kiedy skoczył opowiadać zwrocił sie znowu do chłopcow:
-Ktory z was, nicponie, pali?
Wszyscy czterej cicho odrzekli: My nie palimy, ksieże.
-Nie palicie, łotry, a skąd tyle trocin na podłodze? Nie palicie? Zaraz sie przekonamy! Wywroćcie kieszenie!No,prędzej! No mówię do was!Wywracajcie! Trzech malców zaczęło wykładać na stół zawartość swych kieszeni.Ksiądz uważnie oglądał szwy szukając śladów tytoniu,lecz nic nie znalazł.Zabrał się więc znowu do czarnookiego,w szarej koszulinie i granatowych porciętach z łatami na kolanach.
-Aha,nie masz kieszeni!A te żółte palce to co, o czym świadczą?Sądzisz, że i nadal pozostaniesz w szkole?Nie,mój drogi,to ci nie ujdzie bezkarnie. Poprzednim razem zostałeś jedynie na skutek poróś twojej matki,no,ale teraz-koniec z tym.Precz z klasy!-Chwycił chłopca mocno za ucho,wyrzucił na korytarz i zamknął za nim drzwi.Klasa ucichła i dzieci skulily się.Jedynie Sierożka Bruzżak,kolega i przyjaciel Alfreda,widział,jak chłopiec nasypał do ciasta wielkanocnego garść machorki,tam,w kuchni,gdzie księdza oczekiwało sześciu źle uczących się uczniów.Musieli odpowiadać z lekcji już w mieszkaniu prefekta.
Wypędzony Alfred usiadł na ostatnim stopniu ganku.Zastanawiał się nad tym,jak ma wrócić do domu i co powiedzieć matce,tak bardzo troskliwej,która pracowała od rana do późnej nocy,jako kucharka u inspektora akcyzy.Alfreda dusiły łzy.Myślał:”I cóż teraz pocznę?A wszystko przez tego księżynę.I po jakiego diabła nasypałem mu machorki?Na pewno wyleją…Od dawna już trwa ten wrogi stosunek między nim a prefektem.Pewnego razu pobił się Alfred z Leszkiem i pozostawiono go bez obiadu.By wisus nie dokazywał w pustej klasie,nauczyciel zaprowadził go do starszych,do drugiej klasy.Alfred usiadł na ostatniej ławce.Nauczyciel,chuderlawy człowiek w czarnej marynarce,opowiadał o ziemi i o planetach.Alfred słuchał z rozdziawionymi ze zdumienia ustami o tym, że ziemia istnieje już wiele milionów lat i że gwiazdy są również czymś w rodzaju ziemi. To,co usłysał,zadziwiłogo do tego stopnia, że zapragnął nawet wstać i powiedzieć nauczycielowi:”W podręczniku do nauki religii jest napisane co innego”, lecz obawiał się,żeby za to czasem nie oberwać.Z religii ksiądz zawsze stawiał Alfredowi piątkę.Wszystkie psałterze jak również Nowy i Stary Testament znał Alfred na pamięć:doskonale wiedział,co i w którym dniu Bóg stworzył.Postanowił zapytać o to księdza prefekta.Zaraz na pierwszej lekcji religii,zaledwie ksiądz usiadł w fotelu,Alfred podniósł rękę i gdy pozwolono mu mówić,wstał:
-Księże,a czemu nauczyciel w wyższej klasie mówił, że ziemia istnieje milion lat,nie zaś-jak w podręczniku religii-pięć tysięcy-i od razu urwał,ogłuszony piskliwym krzykiem prefekta.
-Co powiedziałeś,łotrze?To ty tak się uczysz słowa bożego!Alfred nie zdążył nawet pisnąć,gdy prefekt chwycił go za uszy i zaczął walić jego głową o ścianę.Po chwili zbitego i wystraszonego chłopca wyrzucono na korytarz.Niemało oberwał Alfred i od matki.Nazajutrz poszła do szkoły i ubłagała księdza prefekta,by przyjął syna z powrotem.Od tej pory Alfred z całej duszy znienawidził prefekta.Nienawidził go i jednocześnie bał się.Nikomu nie wybaczał swych małych krzywd;nie wybaczył również i prefektowi niezasłużonej chłosty-zeźlil się i przyczaił.
Nikt nie rozumiał,czemu Alfreda Korczagina wyrzucono ze szkoły…Lekcja się skończyła,dziatwa wybiegła na podwórze i otoczyła Alfreda,który posępnie milczał.Sierożka Bruzżak nie wychodził z klasy.Czuł,że również zawinił,lecz w niczym nie mógł pomóc koledze.Przez otwarte okno pokoju nauczycielskiego wysunęła się głowa kierownika szkoły.Na dźwięk głębokiego jego basu Alfred drgnął.
-Przyślijcie mi tu zaraz Korczagina!-zawołał kierownik.I Alfred z mocno bijącym sercem udał się do pokoju nauczycielskiego.

Opowieści

Twarz prefekta poczerwieniała, zajął najwygodniejszą pozycję za stołem i przyciszonym głosem począł mówić dalej:
-Świt począł właśnie bielić drzewa, ścieżynę i bryły wapienne rozrzucone tu i ówdzie po polach, gdy najęty przewodnik idący przy koniu cesarza Henryka zatrzymał się i rzekł:
-Pozwólcie mi odetchnąć, miłościwy panie, bom się zasapał. Odwilż jest i mgła, ale to już nie daleko…
-Doprowadzisz mnie dp gościńca, a potem wrócisz- odrzekł cesarz.
-Z pagórka zaraz zamek ujrzycie. To rzekłszy chłop począł ‘zabijać’ ręce, to jest uderzać dłońmi pod pachy, gdyż był zziąbł od rannej wilgoci, po czym przysiadł na kamieniu, bo się przy tej robocie jeszcze bardziej zasapał.
– A nie wiesz, jest-li Namiestnik Chrystusowy w zamku?- zapytał cesarz.
-Gdzieby zaś miał być, kiedy chory?
-Coże mu?
-Ludzie mówią, że go rycerze Kanossy sprosili-odrzekł stary chłop. I w głosie jego czuć było jakby pewne zadowolenie. Był poddanym cesarskim.
Dworski przewodnik wstał i począł znów iść przy koniu. A tymczasem minęli pustać pokrytą utulonymi bryłami wapienia i weszli w las, który w zarannym świetle wydawał się siwy i od którego bił surowy, wilgotny chłód. Rozedniało już zupełnie; inaczej trudno byłoby Henrykowi przejechać leśną drożynę idącą nieco w górę i tak ciasną, że miejscami olbrzymi jego bojowy koń zaledwie mógł się przecisnąć wśród pni. Lecz borek skończył się wkrótce i po upływie kilku pacierzy znaleźli się na szczycie białego pagórka, którego środkiem biegł wyjeżdżony gościniec.
-To i droga-rzekł chłop-traficie teraz, panie, sami.
-Trafię-odrzekł cesarz.-Wracaj, człeku, do domu. I sięgnąwszy ręką do skórzanej torby przymocowanej na przedzie siodła wydobył z niej dwa srebne pieniądze i podaj go przewodnikowi. Chłop oczom prawie nie chciał wierzyć i porwawszy pieniądz przypadł głową do strzemienia cesarza i objął je rękoma.
-O Jezusie, Maryjo!- zawołał.- Bóg zapłać waszej wielmożności!-Ostawaj z Bogiem.
-Niech was boska moc prowadzi. Kanossa przed wami. To rzekłszy raz jeszcze pochylił się do strzemienia i zniknął. Cesarz został na wzgórzu sam i spoglądał we wskazanym mu przez wieśniaka kierunku na szarą,wilgotną oponę mgły, która zasłaniała przed nim świat. Za tą mgłą krył się ów złowrogi zamek, ku któremu popychała go przemoc i niedola. Blisko, już blisko! a potem co się ma stać i spełnić, to się stanie i spełni…Na tę myśl w sercu Henryka zrodziło się nowe, niesłychanie gorzkie a nie znane mu dotychczas nigdy uczucie upokorzenia. Oto on, cesarz Henryk, na którego wspomnienie drżeli pograniczni mnichy, księża i inni watykańscy dygnitarze,jechał teraz na ich rozkaz z powinną głową. On, który tylu ich zwyciężył i podeptał, czuł się teraz zwyciężonym i podeptanym. Nie zwyciężyli go wprawdzie w polu, nie odwagą i rycerską siłą, niemniej jednak czuł się zwyciężonym. I było to dla niego czymś tak niesłychanym, iż zdawało mu się, że cały porządek świata został wywrócony. On jechał ukorzyć się przed Namiestnikiem Chrystusowym na ziemi., on, który mówił:biskupów tak potrafię obuzdać, jako innych, poddani moi są.
Nosił wsobie jednakże od młodości wielką tajemnicę, której nie chciał nigdy się sprzemierzyć. W przeciwnym razie wolałby sam jeden potykać się ze wszystkimi zakońskimi siłami. Alboż nie trafiało się, że pojedyńczy rycerz mając wybór między sromotą a śmiercią uderzał na całe wojska? A on czuł, że może mu się przygodzić i sromota, i na myśl o tym wyło w nim serce z bólu, jak wyje, wilk uczuwszy w sobie grot. Lecz był to człowiek mający nie tylko ciało, lecz i duszę z żelaza. Umiał łamać innych, umiał i siebie.
-Nie ruszę się-rzekł sobie-póki nie spętam tego gniewu…I wraz schwycił się jakby za bary ze swoim hardym sercem, ze swoją zawziętością i żądzą boju. Kto by go widział na onym wzgórzu, we zbroi, bez ruchu, na ogromnym koniu, rzekłby, że to jakiś olbrzym ulany z żelaza, i nie poznałby, że ów nieruchomy rycerz toczy w tej chwili najcięższą ze wszystkich walk, jakie kiedykolwiek w życiu stoczył. Lecz on zmagał się z sobą póty, póki się nie zmógł i póki nie poczuł, że wola go nie zawiedzie.
Tymczasem mgły rzedły i jakkolwiek nie rozproszyły się do cna, jednakże zamajaczyło w końcu w nich coś ciemniejszego. Cesarz odgadł, że jest pod murami Kanossy. Na ten widok nie ruszył się jeszcze z miejsca, ale począł się modlić tak gorąco i gorliwie, jak modli się człowiek, któremu na świecie pozostało już tylko boskie miłosierdzie. I gdy wreszcie ruszył koniem, poczuł, że w serce poczyna mu wstępować jakowaś otucha. Gotów był teraz znieść wszystko, co go mogło spotkać. Zwolna poczęła się w nim budzić nawet i nadzieja. Duchowni pewnie wywrą na nim pomstę za wszystkie klęski, jakie im zadał, za hańbę, która spadała na nich po każdym spotkaniu, i za strach, w jakim przez tyle lat żyli. Ale to właśnie dodawało mu ducha. Myślał tak:jego skują niechybnie i nie chcąc trzymać w pobliżu wyślą do jakich odleglych zamków, gdzie może do końca życia przyjdzie mu jęczeć w podziemiu, ale tajemnica z mojej stanie się bożą. I nadzieja ogarniała go coraz potężniej., jakoże w Kanossie bywa najgłośniejszy władca dusz i ciał. Mury rysowały się we mgle coraz wyraźniej, bliska już była godzina ofiary, więc zaczął się jeszcze pokrzepiać i tak do siebie mówić:
-Jużci, że wola boska! Gościniec stawał się nie tylko coraz szerszy, ale się i zaludniał. Ciągnęły ku miastu wozy z drzewem i słomą. Skotarze pędzili bydło. Od jezior wieziono na saniach zmarzłą rybę. W jednym miejscu czterech łuczników wiodło na łańcuchu chłopa, widać za jakieś przewinieniem, na sąd, gdyż ręce miał z tylu związane, a na nogach kajdany, które zawadzając o śnieg ledwie pozwoliły mu się poruszać.Ze zdyszanych jego nozdrzy i ust wychodził oddech w kształcie kłębów pary, a oni popędzając go śpiewali. Ujrzawszy Henryka poczęli spoglądać na niego ciekawie, dziwiąc się widocznie ogromowi jeźdźca i konia, ale na widok złotych ostróg i rycerskiego pasa popuszczali kusze ku ziemi na znak powitania i czci. W miasteczku było jeszcze ludniej i gwarniej, ustępowano jednak z pośpiechem zbrojnemu mężowi z drogi, ów zaś przejechał główną ulicę i skręcił ku zamkowi, który otulony w tumany podnoszące się z fosy zdawał się jeszcze spać. Lecz nie wszystko naokół spało, a przynajmniej nie spały wrony i kruki, których całe stada wichrzyły się na podniesieniu stanowiącym dojazd do zamku, łopocąc skrzydłami i kracząc. Henryk podjechawszy bliżej zrozumiał powód tego ptasiego wiecu. Oto obok drogi wiodącej do bramy zamkowej stała obszerna szubienica, na niej zaś wisiały ciała czterech chłopów.. Nie było najmniejszego powiewu, więc trupy, które zdawały się spoglądać na własne stopy, nie kolysały się, chyba wówczas gdy czarne ptactwio siadało im na ramiona i na głowy, przepychając się wzajem, trącając w powrozy i dziobiąc o pospuszczane głowy. Niektórzy wisielcy musieli wisieć już od dawna, gdyż czaszki ich były całkiem nagie, a nogi niezmiernie wydłużone. Za zbliżeniem się Henryka stado zerwało się z wielkim szumem, ale wnet zawróciło w powietrzu i poczęło się sadowić na poprzecznej belce szubienicy. Cesarz przejechał mimo czyniąc znak krzyża, zbliżył się do przekopu i stanąszy w miejscu, w którym nad bramą wznosił się most zwodzony, uderzył w róg. Po czym zatrąbił raz, drugi, trzeci i czekał. Na murach nie było żywej duszy i zza bramy nie dochodził żaden głos. Po chwili jednak ciężka, widoczna za kratą klapa, wmurowana w pobliżu zamku bramy, podniosła się ze zgrzytenm i w otworze ukazała się brodata głowa duchownego knechta.
-Kto tam-zapytano szorstkim głosem.
-Jam cesarz, we własnej osobie!-odpowiedział Henryk.
Po tych słowach klapa zamknęła się na nowo i nastało głuche milczenie. Czas począł płynąć. Za bramą nie słychać było żadnego ruchu, tylko od strony szubienicy dochodziło krakanie ptactwa. Henryk stał jeszcze długo, zanim podniósł róg i uderzył weń powtórnie. Ale odpowiedziała mu znów cisza. Wówczas zrozumiał, że trzymają go przed bramą przez niezbadane wyroki Opatrzności, który wobec zwyciężonego nie ma granic. Odgadł też, że przyjdzie mu tak czekać może aż do wieczora albo i dłużej. Więc w pierwszej chwili zawrzała w nik krew; chwyciła go nagła chęć zsiąść z konia, ponieść jeden z głazów, które leżały prtzed przekopem, i rzucić nim w kratę. Ale wspomniawszy, po co tu przybył, opamiętał się i powstrzymał.
‘Zalim się nie ofiarował za dziecko?’- rzekł sobie w duszy. I czekał. Tymczasem w wyzębieniach murów poczęło coś czernieć. Ukazywały się futrzane nakrycia głów, ciemne kapice i nawet żelazne blachy, spod których spoglądały na rycerza ciekawe oczy. Przybywało ich z każdą chwilą, bo już też ten groźny Henryk wyczekujący samotnie pod Kanossy bramą był dla załogi nie byle widowiskiem. Kto go dawniej ujrzał przed sobą, ujrzał śmierć, a teraz można było patrzeć na niego bezpiecznie. Głowy podnosiły się coraz wyżej, aż wreszcie wszystkie wyzębienia bliższe bramy pokryły się knechtami. Henryk pomyślał, że zapewne i starsi muszą na niego spoglądać przez kraty okien w przybramnej wieży, i podniósł wzrok ku górze, ale tam okna powycinane były w głębokich murach i patrzeć przez nie było nie podobna, chyba w dal. Za to na blankach czereda, która z początku spozierała na niego w milczeniu, poczęła się odzywać. Ten i ów powtórzył jego imię, tu i ówdzie ozwały się śmiechy, ochrypłe głosy pokrzykiwały jak na wilka coraz głośniej, coraz zuchwalej, a gdy widocznie nikt nie przeszkadzał ze środka, poczęto wreszcie miotać na stojącego rycerza śniegiem.
Przyszło południe, mury opustoszały, gdyż knechtów odwołano na obiad. Nieliczni ci, ktorym przypadło stróżować, jedli jednak na murach, a po spożyciu strawy zabawiali się znowu ciskaniem na głodnego rycerza ogryzionych gnatów. Poczęli też przekomarzać się z sobą i zapytywać się wzajem, który podejmie się zejść i dać mu po karku pięścią albo drągiem oszczepu. Inni wróciwszy z obiadu wołali na niego, że jeśli zmierziło mu się czekać, to się może powiesić, gdyż na szubienicy jest jeden wolny hak z gotowym powrozem. I wśród takich szyderstw, wśród nawoływań, wybuchów śmiechu i przekleństw zbiegały popołudniowe godziny. Krótki zimowy dzień chylił się stopniowo ku wieczorowi, a most wisiał wciąż w powietrzu i brama pozostawała zamknięta.. Lecz pod wieczór wstał wiatr, rozwiał mgły, oczyścił niebo i odsłonił zorze. Śniegi uczyniły się modre, a później fioletowe. Nie było mrozu, ale noc zapowiadała się pogodna. Z murów zeszli znów ludzie, prócz straży, kruki i wrony odleciały od szubienicy ku lasom. Wreszcie poczerniało niebo i cisza nastała zupełna.
‘Nie otworzą przed nocą bramy’- pomyślał Henryk. I na chwilę przeszło mu przez głowę, by nawrócić ku miastu, ale zaraz porzucił tę myśl. ‘Chcą tego, bym tu stał- mówił sobie w duszy.- Jeśli nawrócę, jużci nie puszczą mnie do dom, jeno otoczą, pojmają, a potem rzekną, że mi nic nie powinni, bo mnie siłą wzięli,a choćbym zaś po nich przejechał, to i tak muszę wrócić…’ Choć głód począł mu już od dawna skręcać wnętrzności,a zamróz wieczorny przeniknął przez pokryty blachami kożuch, postanowił czekać, choćby miał skonać pod tą bramą. Nagle jednak, nim jeszcze zapanowała zupełna noc, usłyszał za sobą chrzęst kroków na śniegu. Obejrzał się: szło ku niemu od strony miasta sześciu ludzi zbrojnych we włócznie i halabardy, w środku zaś między nimi szedł siódmy podpierając się mieczem.
‘Może im bramę otworzą i z nimi wjadę-pomyślał Henryk.-Siłą nie będą mnie przecie chcieli brać ni zabić, bo ich za mało; gdyby wszelako uderzyli na mnie, to znak, że nie chcą niczego dotrzymać, i wtedy- gorze im!’ Ó w zaś siódmy, który wydawał się starszym, wyciągnął spiesznie przed siebie lewe ramię i zwróciwszy dłoń do góry palcami ozwał się:
-Wyście,rycerzu, cesarz Henryk?
-Jam jest…
-Chcecie-li wysłuchać, z czym mnie przysłano?
-Słucham.
-Silny i pobożny ojciec Rudolf von Speerbach każe wam powiedzieć, panie, że póki nie zsiądziecie z konia, brama nie będzie wam otworzona.
Henryk pozostał chwilę bez ruchu, następnie zsiadł z konia, po którego w tej chwili poskoczył jeden z włóczników.
-I broń ma nam być oddana- ozwał się znów człowiek z mieczem. Cesarz zawahał się. Nuż potem uderzą na bezbronnego i zadźgają go jak zwierzę, nuż chwycą i wtrącą do podziemia?Lecz po chwili pomyślał, że gdyby tak miało być, to by ich jednak przysłano więcej.Tak pomyślawszy rzucił naprzód topór, następnie miecz, następnie mizerykordię- i czekał/co mógł mieć cesarz/. Oni zaś chwycili to wszystko, po czym ów człowiek, który do niego przemawiał, oddaliwszy się na kilkanaście kroków zatrzymał się i począł mówić zuchwałym, podniesionym głosem:
-Za wszystkie krzywdy, któreś Kościołowi wyrządził, masz z rozkazu ojca Rudolfa przywdziać na się ów zgrzebny wór, który ci zostawiam, przywiązać u szyi na powrozie pochwę od miecza i czekać w pokorze u bramy, póki ci łaska ojca nie rozkaże jej otworzyć. I po chwili Henryk pozostał sam w ciemności i ciszy. Na śniegu czerniał przed nim pokutniczy wór i powróz, on zaś stał długo, czując, że mu się w duszy coś rozprzęga, coś łamie, coś kona i mrze i że oto po chwili nie będzie już cesarzem, nie będzie Henrykiem, lecz nędzarzem, niewolnikiem bez imienia, bez sławy, bez czci. Więc upłynęły jeszcze długie chwile, nim zbliżył się do pokutniczego woru i począł mówić:
-Jak mogę inaczej postąpić? Czy mam odwrót? Po czym pochylił się, wdział na się wór, w którym były poprzecinane otwory na głowę i ręce, następnie u szyi zawiesił na powrozie pochwę od miecza- i powlókł się przed bramę. Nie zastał jej otwartej, ale teraz było mu już wszystko jedno, czy mu ją prędzej, czy później otworzą. Zamek pogrążył się w milczeniu nocy, straże tylko obwoływały się kiedy niekiedy po narożnikach. W wieży przybramnej świeciło wysoko jedno okienko, inne były ciemne.
Godziny nocy płynęły jedna za drugą, na niebo wzbił się sierp księżyca i rozświecił posępne mury zamku. Cisza uczyniła się taka, że Henryk mógłby słyszeć bicie własnego serca. Ale on zdrętwiał i skamieniał całkiem, jakby z niego wyjęto duszę, i nie zdawał już sobie sprawy z niczego. Nagle drgnął i rozbudził się zupełnie:

Opowieści 116

NA SZEROKIM ŚWIECIE
/dramat współczesny w jedenastu fragmentach/

Najdroższej Matusi przeznaczam to dzieło, jak i nierównym, którzy potrzebują siebie

“Chciałem wiarę utracić lecz spokój był dalej, gwiazdę zgasić- nie drgnęła cała reszta świata;
ptakom lato przedłużyć= została sikorka, jasnoniebieska zawsze na początku zimy.
Chciałem działać, pozmieniać- napomniał mnie kamień: czyżeś zgłupiał do końca- aktywni czas tracą.
Chciałem zwątpić- w zwątpieniu znalazłem milczenie, to od czego się wiara z powrotem zaczyna” /ks.J.Twardowski/

Osoby:
Alfred, Artur, Adam

Wprowadzenie

Świat starożytny był doszedł do ostatnich wyników historii swojej, w religii do zupełnego zwątpienia, w filozofii do zupełnego obalenia zasad politeizmu. Krytyka rozumu zniszczyła wszelką wiarę dawną, wszelkie życie,żywiące wśród ludów, a nic równie żywotnego lub żywotniejszego na to miejsce nie postawiła. Gdzie tylko spojrzeć w świecie ducha ruiny,swawola,rozstrój. Epikureizm, stoicyzm,platonizm, przechadzały się, jak mary, po owdowiałych piersiach ludzkości. Z tylu wojen, proskrypcji i rewolucji wielkie znużenie było się zostało w sercach, wszystkie wiary polityczne spełzły na niczym. I blebejani Mariusz i patrycjusz Sulla nie zdołali urzeczywistnić myśli swoich. Cezar Germanom pokaże błękit niebios greckich pod Farsalą.
Krzyknie Brutus:cnota jest także złudzeniem! Dusza zabijającego się Brutusa to najprawdziwszy obraz duszy świata całego naonczas. Słabość, niepewność, gorączkowa żądza czegoś lepszego i gorączkowe przerażenie po każdym czynie dokonanym, który do pożądanej przemiany nie doprowadził, oto są duszy takiej piętna. I z tych znamion łatwo rozpoznać, że świat ten bliski dnia sądu i przeobrażenia swego. A lat niewiele później któż zaczął stąpać po tej bitej drodze? Że nowe życie jest zesłane…Bóg zostawił nam dobrą wolę. Gdyby inaczej było, ducha ludzkiego, własną wolą wyrabiającego się, by nie było, gdzieżby się podziała zasługa, którą on zasługiwa się w czasie? A jakżesz się umiera, jeśli się nie zwątpi? Człowiekiem na to, by umierać. Gdy Boży Duch połączy się z naturą człowieka, życie boże grób ludzki rozwala. My w grobie? Mylę się: my już za grobem! Więc patrzcie uważnie, a znaki śmierci przemienią się wam nagle w znaki zmartwychwstania! Cywilizacja się poczęła w chwili, gdy wiara konała. Chrystus przebudził z uśpienia, objawił…Naszym jedynie użytek, jaki czynimy z tych udzielonych nam zasobów. Dlatego chcemy być warunkiem, dopełnieniem dwu okręgów równych sobie: ludzkość na planecie i nieśmiertelność każdego osobnika za grobem. Jako albowiem członki ciała ludzkiego są widomemi i rozmaitemi cząstkami niewidzialnego ‘Ja’ ludzkiego, które je wszystkie spaja i im wszystkim panuje, zechcemy tutaj rozpoznać wolność chwały, niewypowiedzianą wolność jaką ma Bóg, choć wiemy że w naturze to jest niemożliwe.

Z tym zamiarem wychodziłem jak rak wieczorem, długo nienawrócony Nikodem, i umierałem niedbale, trzymałem się oburącz trzeźwej rozpaczy.Jednocześnie podziwiałem motyle,które miały wielkie oczy i wciąż jeszcze tyle przeraźliwego milczenia/tyle pytań bez odpowiedzi jeszcze/. A był to dzień bez kochanej ręki, z cierpieniem tędy owędy. Jeden piec mnie zrozumiał, zwłaszcza gdy kładłem serce do zimnego łóżka, że wszystko dzieje się inaczej. Ponieważ ciało wciąż oddala/ oby tylko zasłaniało-że to lepiej/
jak zadyszana pszczoła o wiele ciszej obmywałem nogi, bo ta jesień /była/ lekko chora po tej stronie świata.W tym czasie przeczułem tylko to jedynie misterium o bólu, które wyzwala:tak więc za mną tupanie nogą z bólu, otwarta książka zamknięta powoli, nie posłany stąd daleki list, milczenie przy stole,chodzenie tam i nazad dookoła prawdy, dotknięcie ust samotnych łyżeczką herbaty, to co niemożliwe jeszcze nie ostatnie, ta sama miłość kończąca się długo. A pewnego razu wyszedłem na zawsze z domu Matusi, by pozbyć się tego co boli, by wróciło do mnie. Więc słuchałem co innego, nie tłumaczyłem do końca, a zachęcałem do malowania tylko mojej piękności ręką, w której tyle pierwszego zdziwienia. Zamykałem Jezusa w tabernakulum zawsze z cząstką czyjegoś płaczu, spostrzegałem kamienie nie rozumiejąc ich, że można pić mszę ustami, że konfesjonałowi stale odrastają uszy. Modliłem się, żeby nigdy nie być ważnym. Jak świerszcz pochylałem głowę i kładłem dziub na ziemi jak czajka. A mówiono, że można szukać prawdopodobieństwa i utracić prawdę. Słowa sprawiają, że się widzi tylko połowę…Nie wiedziałem jeszcze gdzie prawda się zaczyna, a gdzie rozum, brakowało mi wyobraźni. Król niewidzialny się zjawił i krzyż ogromny ustawił między tobą a mną. Czy nie przychodziłem stale wczorajszy? Z wspinaczką przyszło teraz bezsilne pragnienie, wołanie o pewne rzeczy, nie słyszą. Więc patrzę i wybieram tajemnicę, aby wrócić i pozbyć się tego, co boli, depozyt ostatni wybrać! Depozyt trzeba umieścić tak, aby procentował. Dusza buntuje się przeciw kierowaniu pragnień do Boga- bo ten kontakt wypala całe zawarte w nich zło. Dlatego z świadomością nadprzyrodzoną, bo jej nie odpowiada żadna naśladująca ją cnota naturalna, z pragnieniem doskonałości, które czyni mniej niedoskonałym, zanurzyłem się cały w Chrystusie.
Chryste,dziękuję Ci za tyle bólu, żeby sprawdzać siebie; za pytania tak wielkie, że już nieruchome, one wracają z chmur…Dziś jeszcze udam może, że ich nie widziałem…Zatem zapragnąłem się ku Tobie przybliżyć.

Gdzież dalej iść idei chrześcijańskiej?Oczywiście w sferę niedotkniętą, nieprzerobioną dotąd. Należało by życzyć sobie głębszego zrozumienia ich, wyższego ich uwielbienia. Idea wszechmiłości zapomniana. Duch Polski uczuł się teraz narzędziem wybranym w historii do posunięcia jej postępu dalej. Płciowość, polarność jest prawem powszechnym. Jedna i taż sama siła w naturze, lub idea w Duchu objawia się na dwóch ostatecznych końcach swoich niby to sprzecznie, a wtedy między tymi dwoma końcami powstaje działanie i oddziaływanie ciągłe, czyli ruch i życie tejże siły,tejże idei. Więc duch mój upadł w tę próżnię zwątpienia, ach żyłem, żyłem w tej przepaści długo. Nadchodzący postęp historii i ‘ja’ pozostaje jedynym wezwaniem. Gdzież więc musi najwierniej zajaśnieć przewidzenie tej przyszłości? Zaprawdę, że w Ja dostępujemy rozszerzenia obecności Bożej. Moje ‘ja’ przyszło tu od Pana Boga. Wydaje się, że przekroczyło obraz dawny: anioł stróż już na reńcie, bo i świat się zawalił; a mały Jezus prosi cichutko jak świerszcz, aby słowo nie bylo nagle milczeniem. Co więcej, z przypowieścią o Miłosiernym Ojcu i szczodrobliwym Bracie, zdaje się że wzrosły wymagania ewangeliczne, jest mniej widzów a więcej ludzkich pragnień- bo wrócil Syn. Wystarczy nie mieć wolnej woli, aby dorównać Bogu… Ponieważ mam ręce suche i ciepłe, za słabe, żeby wyprowadzić mnie z tego świata, chcę być cały poddany Twojej woli Boże, jak martwe przedmioty.
Miłość jest dyspozycją nadprzyrodzonej części duszy. Wiara jest dyspozycją wszystkich części duszy. W drodze przez ziemię doświadczyłem nawyku propagandy przeciw objawieniu boskości. Ale trzeba też ujarzmić ciało, aby słuchało tylko najwyższej części duszy. Bóg tak nas stworzył, że zmuszeni jesteśmy zwracać się do Niego z błaganiem. Zgoda na zupełną i wieczną nieobecność wszelkiego dobra jest tym jedynym aktem duszy, ktory może być bezwarunkowy. Godzić się na to, aby nie być, to godzić się na pozbawienie wszelkiego dobra, a taka zgoda jest posiadaniem pełnego dobra. Objawienie Syna Bożego musi więc przechodzić wiekami ze stanu idealnego do stanu uwidomienia i rzeczywistości. Albowiem na takim ruchu postęp zasługi ludzkiej, postęp człowieczeństwa zależy.

I
“Rozwarła się wielka brama…Z głębi murów olbrzymich, zadymionych sadzą, wyszedł na ulicę wielki ludzki tłum. Wyszedł od razu, wywalił się jak bryła. Powiewała nad nim czerwona chorągiew, płótno we krwi maczane. Proste drzewo tkwiło w jakowyś dłoniach wyschniętych, sękatych, z czarnymi pazurami. Zdawało się, że dłonie te to szpony ptasie, co pochwyciły i trzymają zdobyty łup. Poniżej dłoni widać było na suchych gnatach dwa brudne mankiety z ordynarnymi spinkami. Dolny brzeg i koniec czerwonego płótna lewą ręką unosiła ku górze kobieta obwiązana chustką wełnianą. Na prawej ręce dźwigała niemowlę, którego główka wyłaniająca się z chusty tkwiła ponad odkrytymi głowami. Wokół sztandaru tłoczyły się w pośpiesznym marszu figury sczerniałe, rude, pożółkłe, ludzie o skórze lic tęgo wydębionej dymem, kwasami, sadzą i smrodem. Szli mężowie o oczach doskonale wyżganych pracowitymi igłami porządnej pracy, o trzewiach wyżartych od chorób, o nerwach, których szaleństwo ucisza wódka. Wszyscy byli odziani w tandetne miejskie gałgany, kupione w sklepach starzyzny. Ich tużurki, marynarki, żakiety były gałgańskim naśladowaniem odzieży ludzkiej, podobnie jak ich głowy, złupione przez pracę, obrzydłe od biedy, spotniałe od trudu, byly karykaturą kształtu ludzkiego. Skoro się pojawili w ludnej ulicy, gdy na jej tle bezbarwnym zakwitł krwawy kwiat, ludzie normalni, ‘obywatele’, zaczęli pomykać na prawo i na lewo, w tył i naprzód. Jedni zapadali w bramy, inni sunęli wzdłuż murów niepodobni do samych siebie. Dookoła idącego zastępu zatoczyła się pusta sfera powietrza. Szli sami w majowym słońcu. I sami naturalną siłą tworzyli ze siebie krąg coraz bardziej spoisty. Kiedy niekiedy i z tego kręgu odpadał człowiek. Maszerujący dalej ściskali się korpusami ciał coraz szczelniej, coraz mocniej, coraz bardziej. Wsparli się ramiony i szukali podniety w ich dreszczu. Bicie serc stało się jedno. Pieśń o czerwonym sztandarze zlatywała z ich warg zdrętwiałych i rwała się raz wraz. Na przodzie, o krok przed tłumem, szedł oberwany szewc, w krótkich portkach, wygniecionych kolanami, wygniłych w kroku, w smokingu, na jedwabnej ongi podszewce, spiętym na brzuchu agrafką, i w czerwonym szaliku na szyi. Pijacka jego twarz była zsiniała, nos popielaty, oczy skostniałe z zachwycenia. Śmiał się raz szczerze, za całe swe sobacze życie. Wołał wymachując zzieleniałym kapeluszem ku górnym piętrom, ku widzom z balkonów. Kobieta idąca w środku i ręką podtrzymująca sztandar miała na twarzy wyraz spokoju, jasności…wyraz łaski. Widać było z daleka jej twarz natchnioną i milościwą. Podnosiła coraz wyżej rękę i coraz wyżej, pewnie odruchowo, podnosiła dziecko. Czemuż je miała kryć?ŻEby żyło bez powietrza, bez światła…Miała czekać, aż podrośnie i stanie się zeń młodociany włóczęga. Któż wie? Może w onej chwili wzdychała, że woli go zanieść na krwawą ofiarę czystego ciałem i duchem, dzieciątko jasne, zanim je świat odedrze od łona, pochwyci w szpony. Zupełna pustka stała się w ulicy…Popchnięty od ducha zachwytu, natchniony posłannictwem tłum zrósł się w jedną brylę. Wybuchła pieśń. Tłum stał się męstwem, które śmiercią pogardza. Szedł niezachwiany, wyniosły, ślepy i głuchy, żywy pocisk, torujący drogi wolności.”/ S.Żeromski/

II
/Szkoła elementarna w Kijowie-1905 r./

-Niech wstaną ci, którzy byli u mnie przed świętami i odpowiadali z zadanych lekcji. Ojciec Nikodem był to bardzo młody człowiek o bardzo starej twarzy w obramowaniu kruczo-czarnych włosów, twarzy wysuszonej do cna jego własną gorliwością. Otyły człowiek w sutannie, z ciężkim szyjem na szyi, groźnie spojrzał na uczniów. Małe, złe oczki, jak gdyby świdrowały sześcioro dzieci- czterech chłopców i dwie dziewczynki- które wstały z ławek. Poprzednio rozśpiewane dzieci z lękiem spoglądały na człowieka w sutannie.
-Siadajcie- skinął ksiądz w stronę dziewczynek. Dziewczynki szybko usiadły odetchnąwszy z ulgą. Oczki ojca Nikodema spoczęły teraz na czterech malcach.
-Chodźcie no tu,moi drodzy! Który by opowiedział o reformie kościelnej papieża Grzegorza VII? Trzech malców zaczęło wertować szybko podręcznik do historii. Ksiądz uważnie oglądał salę, lecz nic nie znalazł. Zabrał się więc do czwartego, czarnookiego, w szarej koszulinie i granatowych porciętach z łatami na kolanach.
-A ty,czemu stoisz jak bałwan? Czarnooki,patrząc z ukrytą niewiedzą, głucho odparł:
-Nie mam kiedy zasiąść do lekcji, robota czeka w mieście- i przeciągnął rękoma po zaszytych szwach spodni.
-Więc sądzisz, że nie wiem, jak się do tego tematu zabrać. Z rozbrajającą śmiałością rzekł :
Żeby mi było to po raz ostatni- i kazał malcom usiąść. Natenczas zaczął przedziwną historię:
-Ogromne znaczenie dla rozwoju programu reformy gregoriańskiej miał fakt włączenia się w nurt reformatorski papieży. Nastąpiło to dopiero w poł.XI w. Od imienia najgłośniejszego z papieży tej epoki, Grzegorza VII/1073-1085/, określa się całą jedenastowieczną reformę kościelną nazwą reformy gregoriańskiej. Papiestwo było w pełni świadome znaczenia teraz oddolnych sił społecznych. Grzegorz VII decydując się na bezwzględną walkę w imię reformy Kościoła, nie waha się odwoływać do mas ludności chrześcijańskiej. Miało to kolosalne znaczenie, umacniało bowiem wśród najszerszych kręgów społecznych atmosferę fermentu. Nie poprzestając na reformie moralnej, a w oparciu o praktykę uciekania się pod protekcję Stolicy Apostolskiej/egzemcję/ różnych środowisk kościelnych:mnichów, kanoników, świeckich, papież podejmuje zasadniczą reformę ustrojową. Obecnie głośno się mówi: że inwestytura świecka/ czyli nadawanie godności kościelnych przez świeckich feudałów/ stanowi korzeń zła toczącego ówczesne chrześcijaństwo. Na kolejnych synodach/1074,1075/ potępił ponownie świecką inwestyturę, a w programowym piśmie ‘Dictatus papae’ zawarł doktrynę wyższości władzy papieskiej nad cesarską i wszystkich płynących z niej konsekwencji stwierdzając, że papież może zwalniać od przysięgi na wierność, złożonej niegodnemu władcy. Bezpośrednio potem rozpętała się walka. Tej walki nie można było uniknąć. Od niepamiętnych czasów królowie i książęta korzystali z przysługującego im prawa mianowania dogodnych dla siebie kandydatów na stanowiska duchowne. Zakwestionowano cesarzom ziemskim to prawo z całą bezwzględnością. Pozbawiono ich świeckiej inwestytury w odniesieniu do dygnitarzy duchownych., co obalało jedną z najsilniejszych podstaw ich władzy. Henryk IV, który w r.1075 zasiadł na tronie Ottona I, nie mógł uznać orzeczeń pap. Grzegorza VII. Toteż musiała się rozpętać walka o inwestyturę. Na pocz.1077 r. wydawało się, że cesarz poniósł stanowczą klęskę.

Felietony

Powieść Waligóry
1.„Bóg chce być przyjacielem jedynym albo w ogóle nim nie być” /M. Luter/
2.”Wyraziłem pogląd, że wiara w Boga jest tylko wiarą człowieka w siebie samego, że człowiek czci i miłuje w bogu tylko swoją własną istotę, i że właśnie dlatego jest rzeczą konieczną, jest dzisiaj naszym zadaniem tę nieświadomą, opaczną, fantastyczną cześć i miłość dla człowieka przemienić w cześć i miłość świadomą, bezpośrednią, rozumną” /L. Feuerbach/
3.”Walter zrozumiał Aldonę, udał się za nią w milczeniu…
Alf z wajdelotą pojechał, dotąd nic o nich nie słychać.
Biada, biada, jeżeli dotąd nie spełnił przysięgi;
Jeśli, zrzekłszy się szczęścia, szczęście Aldony zatruwszy…
Jeśli tyle poświęcił i dla niczego poświęcił…”/A. Mickiewicz, Powieść Wajdeloty/
4.”Bóg nie tylko nie podlega żadnej konieczności, lecz jest także panem i sprawcą; ponieważ bóg jest istotą, która może wszystko, co chce, więc nie czyni nic ani z konieczności przyrody, ani z mocy prawa, wszystko jest dla niego możliwe, nawet to, co konieczne” /bp Nemezjusz/
5.”Bóg jest szczęśliwy, lecz Bóg nie chce być szczęśliwy tylko dla siebie”/L.Feuerbach/
6.”Kto wierzy, że Bóg jest Stwórcą, który z niczego potrafi stworzyć wszystko, ten z konieczności musi także przyjąć i ten wniosek, że Bóg potrafi też przywrócić życie zmarłym” /M. Luter/

1.Próba całego pokolenia
2.Wierność idei a humanizm
3.Opatrznościowy stróż natchnień

1.Próba całego pokolenia

Jeżeli spochmurniałeś na moje nazwisko, to dlatego że oddaliłem się od świata na taką dalekość, kiedy mi się niepotrzebną stała przyroda. Lecz ledwie śniegi ponikły, jakem pierwszy zanucił skowronek. Jestem znowu w Rząśni. Ledwie nie czulej go powitałem niż za pierwszym razem. Od zimowego referatu/idzie o moją sztukę „Kuzyn latającego eskadronu/, wyprawionego do ciebie z Polski, wiele już miesięcy upłynęło. Przez ten czas wyjeździłem Wrzosową krainę wzdłuż i w poprzek, a w przeszłym miesiącu obszedłem rodzimą stronę gaju, której drugą część dawniej przejechałem. Opisywać tej podróży nie będę. Byłem w pośrodku krakowskiej teraźniejszej fortecy najuroczystszego piękna. Co się u nas w sercu dzieje, kiedy o tobie myślimy, gadamy, kiedy to piszę, niech tobie powie twoje serce .
Z nikczemnych dolin przychodzień , z niematerialnego szlaku mroku pielgrzym, wciąż oczekuję pod skałą w lśnieniu jedynej błyskawicy. Nie ulega wątpliwości , że w obliczu największej próby całego pokolenia miałem żywą świadomość, jak błahe i bez znaczenia są moje własne nie znane nikomu przeżycia; kiedy młodość beztroska i żarliwa, przekształca się w bardziej świadomą i dojmującą fazę dojrzalszego życia. Lecz miałem poczucie samego siebie, chociaż w niezmiernie różnej skali- jak jedna kropla przeciw burzliwemu ogromowi gorzkiego oceanu. Tylko prawdziwy przyjaciel mógł się do tego stopnia unieść; obowiązkiem naszym jest stawiać czoło zarówno przeciwnościom losu, jak własnym błędom, a nawet drażliwością sumienia…Inaczej bowiem z czymże byśmy walczyli? Wszystkiego, wszystkiego musi się człowiek uczyć. Klątwa bezwładu/ skorpiona nowego stulecia/ znowu zawisła nad nami…Jestem zbyt przeświadczony o istnieniu w świecie czegoś zdumiewającego, by dać się kiedykolwiek zafascynować czymś nadnaturalnym. Jest prawdą, jak to ostrzegał jedyny rodak: „Wszelką prawdę może człowiek zdradzić na ziemi. Miarą wielkości cnoty jest głębia podłości jej zdrajcy” / zob.S.Żeromski, Róża, Warszawa 1956,s.20/.Chwytasz ,szpiegu, stąd i zowąd strzępy prawdy, ażeby sobie sukienkę zeszyć i okryć nagość podłości. Im dłużej czeka w męczarni sztylet woli ,tym okrutniej pożąda pochwy ran. Im cierpliwiej, im bezsławniej, im podlej w siebie się włoży, w sobie samym zmieści i zamknie, tym straszliwszy stwarza w sobie wysiłek nienawiści /por.tamże/.Ale ”syk węża” tonie w dialogu rajskiej pary. ”Ilekroć złą myśl w duszy dobra przezwycięża, tylekroć święty Michał strąca z niebios Węża”/A. Mickiewicz/. Tęsknota, której przedmiot nieustannie i nieuchwytnie ucieka w dal. A obłok znów na szczycie legł, miłości dać ofiarę pragnie. My więc jesteśmy tym pokoleniem szczęśliwym, które sandał oparło na moabskiej górze i własnymi oczyma oglądać może Hanaan, obiecaną ziemię. Za nami zostało czerwone morze ojczystej krwi i pustynia zasiana kościami. My więc jesteśmy dziedzicami wszystkiego. Zstąpimy w wyśnioną dolinę i orać będziemy, zasiewać i żąć. Co wypłakali z męczeńskich dusz krwawymi łzami, co błogosławiły aż do ostatka tchnienia ich serca, włócznią przemocy przebite, to my ujmiemy rękami.

2.Wierność idei a humanizm

Stałeś się równy własnemu złudzeniu. ”Wyszedłem szukać Ciebie o świcie i w trwodze,
nie znajdując, myślałem, żem szedł drogą kłamną; i spotkałem Cię, kiedym odwrócił się w drodze, bowiem przez całe życie krok w krok szedłem za mną!”/L. Staff/…”Czarne czasu koła jedne w drugie wplecione, czyn pociąga czyn i noc. A z nocy tej jak gdyby nikt nie wołał, nawet o łaskę, odpuszczenie win” /K.K.Baczyński/. Wkraczamy teraz w nimb świetlanej łaski spotkania Boga. Nasz Pan większy jest niż cały świat, nasz Pan jest tak potężny, że wystarczy jego słowo, aby powstała jakakolwiek rzecz. I czegóż mamy się obawiać, jeśli On jest nam przychylny. „Bóg czyni tak, jak sobie życzy ten, kto weń wierzy”/L. Feuerbach/…”Wystarczy, że Chrystus powie: bądź zdrowy, a będziesz zdrowy. Chrystus nie potrzebuje więc żadnego lekarstwa, uzdrawia bowiem samym tylko słowem” /M. Luter/. „Bóg jest szczęśliwy, lecz Bóg nie chce być szczęśliwy tylko dla siebie”.
Wierność stwarza coraz piękniejsze kręgi dla nadziei i mimowolnie darzy wszelkim szczęśliwym wzrastaniem idei. Możemy zdradzić inną prawdę. Przyjdzie dziecko o niewiadomej godzinie i straszliwymi oczyma zajrzy w mrok tajemnicy. Przyniesie nieznaną, wiecznie odmienną zgoła nową miarę idei i pocznie nią mierzyć w milczeniu. Nawet zdarzyło się, że zasłyszawszy o Matce Cudotwórcy zeszło z drabiny obowiązku i zaczęła się jego wspaniała przygoda z Jezusem. Stajnia stała się znakiem jedynego przymierza młodzieńczych marzeń z życiową pasją , by wszystkich doprowadzić do pełni zbawienia. Dzieci dają szczególne miejsce w swym sercu dla Jezusowej prawdy: A mogło to być tak:„Czy ktoś was widział?” –pytanie, od którego rozpoczęło się spotkanie młodości z odwieczną prawdą. W ten przepiękny akord od początku też wkradły się dysonanse. Przyroda nie nadaje żadnych praw, ale też żadnym nie jest posłuszna…Przebrzmiał deszcz, daleki słychać grzmot, jadowity, wszystko przenikający wybuch wiatru, szybki i nagły zapadł zmrok; rozchodził się dokoła zapach rezedy; zaczęła się biesiada natury z kapelą jesiennych świerszczów. „Jak niegdyś za różanozłotych dni dzieciństwa , w czasach, które na ziemi pono-istniały, a teraz umarłe i nieznajome leżą w zaklęsłej pamięci, śpiewało w ciemne noce tę pieśń wszystko powietrze, otaczające ekstazę serca w jego jaskółczym śmiganiu ku krańcom bytu, tak znowu dziś, jeszcze raz, po gradusach i przegubach tej polnej gędźby lecą nieunoszone ciosy serca na bezdroża ciemnej nocy” /zob.S.Żeromski, Róża/. Ziemia, obmokła, ujmuje stopy uściskiem; ramiona, ręce, żebra ogarnia radość mroku. Oto w lokalnej społeczności rozległ się apel jak zakaźne wołanie człowieka, rzucony w kraje wieczności. Rozciął ciszę jak uniwersał wstrzymujący wszystko. W tej nieprzejrzystej ciemnicy tonów życia na nowo ocknął się wicher muzyki młodzieńczych marzeń. Rzęsista jego melodia popędziła duszę człowieka na jakoweś samotne drogi, gdzie szum potoku do uszu nie dolata. Lecą niepostrzeżenie ciche myśli; kracze orzeł śmiertelnym odę do młodości. Młodzi poznają przedsmak niebiańskiej biesiady. Jakże niepojęty, a jak wciągający w swój wir stał się dialog muzyki serca! Oczy napęczniałe od wysiłku wpatrują się w krąg miesiąca daleki…”Rozedrzesz się ty, ciszo, na dwoje! Skonasz, milczenie!” Gaj jedyny, jestestwo życia, tajemnicę siłoczucia każdego krzewu i każdej trawy wydałaś, o błyskawico! Drzewa, zastygłe w nieruchomości, zatrzęsły się i wzdychają. Zamieć nic nie wiedzących tonów muzyki młodzieńczego dnia przeszywa jasne brzozy; drzewa słuchają. O ileż bardziej rozróżniają siebie, o ileż więcej stają się wolne. Lecz oto, gdy najbardziej spracowane było serce i w walce swej granicy dosięgło, ucichł głos nagle przodowniczy przyrody; grają sami dwaj młodzi adepci wiary, zatoczyły dusze ich śpiewny krąg. Podbił się sam mocą swoją z zachodu na wschód, z nocy ku jutrzni, zatoczył krąg drugi, wyższy. W stanie upojenia Jezusem młodzi wyszli na kalwarię. „A zasłona przybytku rozdarła się do połowy”. Zabito Boga. Chcą żeby umarł. ”Naprawdę nie wiem”. Idzie w dół tajemnica przyszłości, odpływa z duszy wszelkie cierpienie, wstaje w duszy szczęście. „Poznali go przy łamaniu chlebem”. Znak niemocy przeobraża Apostołów w mężnych krzewicieli wiary Jezusowej. Dusza zwleka ze siebie ciało ,niczym uwolniona światłość błąka się między złotymi błyskawicami. Objąwszy się westchnieniem z nieznanymi duszami-siostrami idzie po zawrotnych gzymsach dobrowolnych wyrzeczeń się, jakby po stromych górach /por. S. Żeromski, Róża/.

3.Opatrznościowy stróż natchnień

Trudno dochować wierności marzeniom młodości. Więc był mi potrzebny Bóg. Jak zauważył L. Feuerbach:” Jednostka nic nie zdobędzie ani nie stworzy, jeśli nie posiada siły do zajmowania się przez jakiś czas wyłącznie tym, czego chce dokonać; tak samo i ludzkość w pewnych okresach musi dla jednego zadania, dla jednej sprawy wszystkich innych poniechać, jeśli chce dokonać czegoś doniosłego, doskonałego …Otóż precz z takim bogiem, który żyje tylko dla siebie i którego istota polega tylko na myśleniu/por. Wykłady o istocie religii, Kraków 1953/. Weźmy przykład z przyrody: podobnie jak niektóre żuki zależą od ekskrementów zwierzęcych, tak pewne rośliny wymagają soli, inne zaś amoniaku i saletry. Żadna z naszych roślin zbożowych nie potrafi wydać nasion zawierających mąkę, jeśli ziemia nie ma dostatecznej ilości kwaśnego fosforanu, magnezu i dostatecznej ilości amoniaku; zboża zależą więc od uryny i od ekskrementów, gdyż bez ich składników nie są w stanie wytworzyć ziaren. Bóg jest usamodzielnioną i zobiektywizowaną istotą ludzkiej wyobraźni; taki bóg potrafi zdziałać wszelkie cudy, do jakich zdolna jest ludzka fantazja i życzenia człowieka / por. tamże,s.154/. Wiara w boga chrześcijan pociąga za sobą wiarę w cuda. Dla Feuerbacha istota życzenia jest ważna: Chrystus uzdrawia chorych; uzdrawianie chorych nie jest jednak żadnym cudem; ale Chrystus uzdrawia w taki sposób, w jaki chcieliby być uzdrowieni, tzn. natychmiast, bez długich, kłopotliwych i kosztownych zabiegów, nieodłącznych przy naturalnych sposobach leczenia. „Wystarczy, że Chrystus powie: bądź zdrowy, a będziesz zdrowy. Chrystus nie potrzebuje więc żadnego lekarstwa, uzdrawia bowiem samym tylko słowem” /M .Luter/ .Aby przejść ponad przyrodą do boga, muszę dać susa, muszę dokonać skoku. „Bóg nie tylko nie podlega żadnej konieczności, lecz jest także panem i sprawcą; ponieważ Bóg jest istotą, która może wszystko, co chce, więc nie czyni nic ani z konieczności przyrody, ani z mocy prawa, wszystko jest dla niego możliwe, nawet to, co konieczne” /Bp Nemezjusz/.

Wzburzone morze pięknie symbolizuje bogactwo człowieka. Oto z dala płyną chmury bezgranicami nieba. Wysławiają człowiekowi cudowną o nim samym legendę, wierne o nim podanie, o nim, bohaterze i duchu wolnym, który niegdyś istniał, panował nad okręgiem ziemi szczęśliwej, pióropusz skrzydeł nosił u ramienia szlachetnego, cnocie służący miecz piastował potężną dłonią, pasował się na śmierć z mocami wrogimi, zginął walecznie i Ninie leży w zapomnianej, niewiadomej, zaklęsłej mogile. Głuchy gniew, głuchy poryw żłobi w chmurach tej dawnej pieśni każdy przelot błyskawicy. Skądże i czemu nawraca znów…pytanie: jakże świętość wydostać z ludzkiego rodu? Kto się odważy? Kto ujmie młot? Kto na się weźmie posłannictwo odkupiciela? Świat rozwarł kwiecistą dolinę, wraca się wciąż do tej samej zawsze odpowiedzi: nigdy! /wolna parafraza z Żeromskiego/.
Jakże piękną maksymę przekazała nam tradycja: każdy, kto stąpił na ziemię polską, wolnym jest. Rodzi się pytanie: czy każdy cudzoziemiec? Czy ten, który nigdy nie służył w wojskach polskich, w legiach państwa romantyzmu również? Co nie znał siły przysięgi i przedziwnego honoru, z którym rodziły się i umierały pokolenia?…Wojska polskie zostaną zapewne „rozpuszczone” na mocy dekretu tak zwanej „siły” i ustanie walka ich o całego człowieka, o wyrwanie ducha, leżącego pod męką ciała. Bo jak niegdyś z romantycznego państwa szło się na Sybir cielesny, tak teraz idzie się w stokroć gorszy Sybir-ducha. A człowiek musi umrzeć za swoją sprawę! I ten człowiek, co z moich rzeczy albo z mojej nauki skorzysta- i on także umrze…A w tym wszystkim jest ‘myłka’. Wszyscy ludzie ,nim umrą, mają wielką korzyść ze swoich rodziców i poprzedników. Wszyscy ludzie przed śmiercią pracują dla swoich potomków, żeby mieli co jeść. Tak się robi cały świat. Trzeba umieć z każdego natchnienia korzystać. Jak mówił czternastoletni Michałek Michałem „Róży” Żeromskiego: to by też łatwo wiedział i jak zostać bohaterem. „My by oba z Michałem chcieli choć w życiu napotkać takiego człowieka, żeby my przez niego mogli zrobić…Sam człowiek nie potrafi , bo jest ciemny i grzeszny. Ale żeby się choć na całej ziemi znalazł taki człowiek! Modliłby się człowiek do niego , ażeby też popełniał za koleją , do cna” /naśladował go: por. S .Żeromski, Róża,s.193/. Z tej to uronionej realizacji jedynego pragnienia ślę Tobie,Opatrznościowy stróżu moich natchnień, wezwane –alert: oby wieczna muzyka młodości całe późniejsze twoje dzieło, wydane z trzewików tysiąclecia, oderwane z wieczności zatrzymała na wieki ,zwłaszcza przed duszami czujących istot i wstępujących w życie .Hej, Sokoły! Przyszłość resztę pokaże, natenczas skończyłem o was piosenkę.

Ząbkowice, dn.27 kwietnia 2003r.

Wybór poezji cz.6

Samotność

Siedzieć na skałach, dumać o katakliźmie
I upajać się powoli widokiem szlaku w zacienionym lesie,
Gdzie rzeczy nie są własnością człowieka,
A śmiertelna stopa nigdy albo wcale nie była;
Wspinać się po bezdrożnych górach niewidzialnych dotąd,
Z dzikim stadem, które nigdy nie potrzebuje zamknięcia;
Samotnie stepami i spienionymi zapadlinami dążyć;
To nie jest samotność; też trzeba rozmawiać
Z urokami natury i dojrzałymi historiami jej piękna.
Też pomiędzy tłumem ,buczeniem, szokiem ludzkim,
Słyszeć ,widzieć, czuć ,mieć na własność,
I wędrować naprzód, niczym zmęczony mieszkaniec świata,
Nie z tym kto nas błogosławi, którego my błogosławimy;
Nie z faworytami chwały kurczącej się od strapienia!
Niczym pokrewieństwo świadomości końca,
Jeśli nie będziemy zdawać się przynajmniej uśmiechać
Do wszystkiego co nam pochlebiało,w czym uczestniczyliśmy,
Do czego dążyliśmy i o co prosiliśmy;
To jest bycie samotnym; to jest samotność!

/z Lorda Byrona/
Walerian Rębowicz
2002-09-24
Dzień w ciemnych dolinach

Był chyba sierpień r.1996, kiedy zdobyłem się na spisanie w pamięci faktycznej moje określone pragnienia : uczyć abecadła, prosić o błogosławieństwo, dotykać słowem, zbierać agrest, groch, podziwiać kaktusy na parapecie, iść na bal, kupować balsam, nisko śpiewać, cukierki- beczki kupować, pracować w bibliotece, prać bieliznę, czytać biografie, bluzę nosić, czyżyka kupić, wchodzić na drzewa, mieć farby, płaskorzeźby, popiersia, powóz, skały, szerokie ścieżki, twierdzę z zapewnionym stanowiskiem.

Przepaść
Nazwałem już wiele spraw choć jeszcze nie syty, targany myślami też wielkie ambicje mający, chwytam po raz kolejny za pióro geniuszu, by utrwalić to wiekom co niewyrażalne. I mnie przypną emblemat, który mnie zakreśli; zanim to uczynią chcę tworzyć, dorośli niech wiedzą o mych buntach i chęci wielkości, jak próbowałem umrzeć- „żyć dla jegomości”.
Jeszcze budzę się do nowych lotów, widzę dzisiaj wyraźniej przestrzeń nieosiągalną, a jednak możliwą , określenie ‘stąd dotąd’, przestrzeń tkaną z codziennych ofiar. Przed dziewięciu laty nie było tej osobności, byliśmy z mateńką, najukochańszą istotą jednym i nierozerwalnym ciałem…Teraz widzę wyraźniej miłość twórczą, owianą nutą teraźniejszości.
15.02-1999r.

Tajemnica
Jeszcze się nie spełniła moja tajemnica, a życie toczy się normalnym nurtem…
Kocham urywane chwile i każdą radość, jestem wolny, więc tworzę prawdę,
Jednak daleko mi do jej realizacji. Chciałbym być geniuszem i dobroczyńcą zarazem, obdarzonym talentem budowania lepszego świata. Czy to ode mnie zależy?
Kłaniam się własnemu domowi, ale ile w nim jeszcze nie poukładanych spraw, rzeczy.
Pragnę, tęsknię za dniem w którym wszystko będę miał poukładane, na swoim miejscu. Kolejny dzień minął z bagażem myśli mniej lub bardziej utalentowanych.
Panie daj mi myśli zdrowe, żywe treścią, porywające mnie do optymalnej prawdy życia. To co było złe dzisiaj zabierz, przede wszystkim chcę dziękować za wszelkie dobro jakie dopuściłeś na mnie dnia tego. Kocham Cię za tę drogę, którą dla mnie wybrałeś. A ten podwójny zakon jaki odczuwam w sobie, samotności zarazem altruizmu życia- wyprostuj…Uwielbiam Cię za ciszę tej nocy. Pozostań ze mną Chryste na zawsze. Albowiem chcę trzymać się twej łaski i jednocześnie kierować swym życiem. Tylko czy mi sił, zdrowia, starczy. Bądź wola Twoja, nie moja wola. Pozwól ,że odpocznę w przechodnim pokoju.
Ząbkowice 19.09-1998r.

Macierzanka
Zbliżają się wielkimi krokami święta Wielkiej Nocy, nie posunąłem mojej pracy twórczej do przodu, jestem narwańcem i kawalerem zarazem, a tyle ideałów nie do zrealizowania…Panie daj, żebym z głodu nie pomarł, bym znalazł przyjaznego patrona, a w sobie wykrzesał dość siły do urzeczywistnienia wszystkich talentów.
31.03-1999r.

Wiara
Rozpoznaję kolejny ranek: jak go przeżyć; nieprzemyślanym ruchem acz napiętym szukam telewizora, choć pragnąłem codziennej Mszy św. ,więc zdobywam się na określenie mojej wieczności. Z zapasem wczorajszego dnia, jakby pewniejszy odsłaniam ludziom okna, poruszam się w jedynej skali. Jak przeżyć dar słonecznego dnia? Będę szukał kontaktu z człowiekiem, zacznę od pieniążków, pieniążków skończę na zatrzaśnięciu drzwi.
Płynę okazją do większego miasta, wreszcie nerwowa przechadzka po mieście, bo trzeba dla mnie żwawszej godziny. Idę zatem gdzie mnie nie czekają, jak dziad z przepisami drogowymi na bakier. Załatwiam sprawę połowicznie, powtarzam sobie utarte slogany i wracam do siebie. Zimno i brudno w chatce, ale mam zapas ‘rozrywkowego’ dnia. Rozścielam łóżko i włączam telewizor. Wiaro malutka, czy potrzeba ci większej wiary ponad każdy dzień.
Listopad 1999r.

W stronę formy życia
Mamusiu ,nie mogę iść do Ciebie, zbyt dużo dzisiaj narobiłem głupstw i po prostu nietaktów; co więcej w niewielkim przeciągu czasu…To, co mam ci do powiedzenia złożyłem na sercu do jutra. Z jednej strony jestem już zbyt dorosły, a z drugiej brak mi cierpliwości i innych pomniejszych cech, tak charakterystycznych dla wieku dojrzałego. Boli cię Mamusiu noga, pokazywałaś mi jak ci napuchła- to za moje uparte dojrzewanie…Co ja w życiu osiągnąłem? Chyba tylko uczucie to jedno, które nas łączy. Poza tym, wszystko inne wydaje się być nicością. Działka z chatką i moimi przybudówkami ma niepewną przyszłość; chyba że nauczę się konsekwencji w życiu.
30.04-1998r.

Kanarek

Ujrzałem dziś o świcie wybrańca poranku,kiedy wertował skrzydełko zamyśliłem się…
Mam już ubranie do górnolotnych charców,nawet się czasem otwieram do codziennego boju;
Choć czasem jeszcze nie wiem, co począć z ‘nóżkami’,za dużo przy nich palców, za długie ‘pazurki’. Ciekawy świat sobie tworzę, świat nierozpoznany, ale jakże porywający;
I ‘skrzydełka’ sobie oczyściłem, choć może pozostał nietrwały meszek; mam swój skrawek darni, drążek do codziennej toalety, z którym biorę się w zapasy; czasem też chodzę po ścianie naturalnych zachwytów, by pokazać sobie niewystarczalne nieskończoności bytu.
Z niedosytem uczuć jedynych, przychylam się ku elicie ostatniego świadka,
Zarazem przesuwam się do przodu wreszcie, by zatroszczyć się o innych.

Wybór poezji cz5

Z rękoma-płomieńmi, z oczami wygnańca
Kroczę nie znajdując winy…
Widzę dojrzałe drzewa syte dłuta,
ale Człowiek jest daleko:
„Wiem tylko, żem zgubiony, o, ten czas bez ludzi,
to bez twarzy zwierciadło, które z wolna studzi
jakieś płomienie mroczne, kształty w siebie zbiera,
i ja w nim bez odbicia, i ja w nim umieram”.
Jam wyszedł dopiero w świat, a ludzie daleko,
Dlatego zachowaj mię Panie zbawionym,
„abym człowiekiem chodził między tymi ludźmi”

„Tak wzrastamy, idziemy przez czas i kochanie.
Bogu nie dowierzamy, ludzie kłamią nam.
Jeszcze rok, jeszcze życie, a co pozostanie,
Kiedy u blasku przystaniemy bram?
Nikt z nas nie jest bez winy. Kiedy noc opada,
Wasze twarze i moja ociekają krwią
I własne ciało jest jak duszy zdrada,
I nienawistne ćwieki własnych rąk…
O spłyń, aniołem spłyń …
…I przywróć nam moc pokochania,
sosnowy, prosty dom i potok żywych lat”.
/dn. 8 maja 2002 r./

Pozostawiłeś mi Panie czterdziestoletnie wybory.
Ponieważ za wiele miłości, za mało ukochania-
Niech będę jak człowiek…

Chcę być kościołem
I zaistnieć niczym „Ja w sobie”,
Zarazem odtworzyć się na pełne
Wtargnięcie w naturę…
Pragnę stwarzać nieobecność czegoś,
Odkryć relację bezgraniczną z Tobą.
Bo jeszcze mam doświadczenie ,
A już dążę do konfrontacyjnej mocy sprawdzianu.
Prześwietlony kształtem sztuki
Nie przestaję wynajdywać dzieła.
Odnawiam teraźniejsze a powszechne
Z Tobą spotkanie.
Przeżywam drogę każdego człowieka,
Jednak nie zbaczam z drogi swego życia,
By szukać Boga.

Walerian Rębowicz

Wybrańcy Boga

Konstruujemy rzeczywistość,
By możliwa była w niej wolność.
Bo „życie trzeba ujmować
Jako stałą jego walkę przeciw biegowi
Przyrody i dążenie, by wbrew temu
Biegowi obronić własną tożsamość”.

Określamy się tylko przez siebie,
W spojrzeniu na absolutny początek-Boga.
Niczym filozof i artysta obcujący z absolutem,
Sytuujemy się poza obszarem potocznej świadomości
I dostępnego wszystkim sposobu działania w świecie.
Bo podziwiamy porządek narzucający się człowiekowi
Swoją koniecznością i mocą istnienia-świat wytworów sztuki,
wymykający się kontroli świadomości.

„Sztuka stanowi więc dla filozofa wartość najwyższą,
ponieważ jak gdyby otwiera przed nimi najświętsze
sanktuarium, gdzie w wiecznym i pierwotnym zespoleniu
jakby płomieniem goreje to, co w życiu i działaniu,
podobnie zresztą jak w myśleniu, samemu sobie
wiecznie musi się wymykać”.
Tak więc zaświadczamy o jedności wiedzy i bytu.

Walerian Rębowicz
„Był zmierzch ,a nazajutrz o świcie ostała się na drodze jedna, jedyna ocalona metafora. „I może schowana do kieszeni zaowocuje pokoleniową pełnią. Mamusiu ,trzymaj się dzielnie i bądź szczęśliwa./ 28.05-2002r./

W drodze

Tęsknimy do innych dni ,do tych pierwszych marzeń,
Które nigdy przecież nie przyjdą, bo już lato mija.
Do słów czystych :gdzie jesteście domy, zielone ogrody…

Będę chodził ,będę wspominał wakacje,
Podróżami wiało z tamtej strony,
Tam powrócę przez las i tę stację,
„Jak ta myśl, co mi duszę przewierca,
Że w trzech milach ziemi kwadratowych
Nie można zamknąć serca”-
Które dalsze od gwiazd.

Będę łowił te błahe wspomnienia,
Które odkładałem przezornie na przyszłość,
Kiedy to każdy hotel i blok wysoki
Jakoś chciałem przeskoczyć bystro.

Jesteśmy podróżnikami, którzy nocą trwożną
W przerażeniu widzą świat mniejszy od serca,
A uciec z niego inaczej, jak przez śmierć, nie można.

Cel wędrówki
Przyciągającymi wciąż jeszcze oczyma
chętnie w notach i pamiątkach szperam.
Temu rok – gorączkę artykułów trzymam,
Podróże do Międzyrzecza ,które miewam…
A wojaż ów drogi wspomnień melancholią.

A coraz więcej szeptów, że mam serce chore,
„Że cierpienie nie wzmacnia ,miłość nie nasyca,
A dalekie podróże i jazdy-bez celu”.
Tak więc zachować poetyczność jakąś chcę tedy,
Której wyrazić do końca nie potrafię.

Czekam szczęśliwy czasu nowej wiosny,
Pewnych potęg sprzyjających nynie ,
Drgnienia w pełniącej się ciszy sosny,
Zapomnienia o pozie w duszącym dymie,
Wody, która otworzy ziemię w swej mocy
Co nie zgasi ust a zwiększy oczy.

Chyląc się ku ziemi-jak noc-prawdziwej,
Sycąc się nocą-jak gwiazdą -zwodną,
Dążę do większych uniesień i jedynych uściśnień.

Ku wam, którzy zbieracie skowronki
Ślę ten łabędzi śpiew szeroki:
Jeszcze nie wszystko we mnie jest dla mnie znajome,
Z jakimś majem na słonecznym podwórzu,
O gołębie moje, lufciki kotami pełne,
O róże…róże…

Zdążamy w nieznane
Ku spotkaniom wiekuistym,
Ku temu, który nie zszedł,
Nie podał czaszy, nie ukazał się,
Ścieżki nie naznaczył,
A jest potwierdzeniem wieczności
Dla wszystkiego, co jest moje i mną.
Wiosna

Zanurzam się chyba w cieniu tego,
Co najprawdziwsze…
Choć noc mnie wspiera;
Nieugięty w potędze dostrzegam
Coraz bardziej ukryte gesty,
Coraz więcej ciszy:
Te świtania, dla których jakby
Nie istniały tajemnice,
Nieugaszony widzę kroplę deszczu
Przeciskającą się do ziemi,
Ptaki i wiosnę, co śpiewają
O tym samym tego roku.

Ponieważ nie ręczono za mnie,
Otwarty na niemoc wiele potrzebuję;
Dlatego poruszam się w dali dalekiej,
Nieskończonej, w miejscu przy Tobie- bracie!
Co to chciałeś wiosnę jedną mieć w życiu.
Mówię, bo słuchasz, a masz sporo czasu dla siebie…

Daję już dziwnie ochłodę spojrzeniem
Niespiesznego gościa,
Oczekuję zaś potwierdzenia
I kroczę z chwilą życia,
Której nie mogę ofiarować nikomu.
Nawet bawię się pustym śmiechem
I chcę żyć w pięknie;
W tym, co może istnieć-pragnę być!
Choć jeszcze nieśmiało zataczam kręgi
Dla własnych słów, to jednak porywam czasem,
Albowiem pragnę wiedzieć, gdzie lepiej,
Co niektórzy zechcą…
A trzeba dalej za chlebem!

Nieudawana obecność się kłania…
A tu za mało chcenia,
Za dużo widzialnej niemocy-
A „trzeba jeszcze podnieść oczy za widnokres,
Gdzie nie rozkwita najmniejszy nawet ból”.
A trzeba dalej za chlebem!
Dlatego też nie przestaję jednoczyć
posłuchem odwiecznej pieśni gór.

Stanisław Barszczak, Wybór poezji cz4

Za późno
„Jedynie człowiek myśli, jedynie człowiek mówi”…
Obecnie ludzkość kształci się i za to jej chwała,
Kochamy wciąż jedynie dla jakości nienaturalnych, zapożyczonych-
I ja nie kochałem, bo byłem- śmiem twierdzić- żądny miłości.
Wreszcie zauważyłem, iż rosnące pragnienie prawdy
Zależy od tajemnicy istnienia,
Że nie można już więcej pragnąć.
Dziś chcę jedynego uproszczenia, żałować materii życia,
Odtworzyć dobre zmysły mego bycia,
Tym samym ukazać część prawdy o Jezusie, synu Boga,
Odtworzyć sztukę utraty swego czasu…
Otóż poznajemy rozumem, a nie przez zmysły-
Nasz skomplikowany mózg
Śledzi nawet kierunki złej wiary-
I tak pojawia się niezawiniony często błąd.
Zarazem to, co dowiadujemy się przez zmysły
nie jest śmiałe ostatecznie-
Człowiek egzystuje jako koniec w sobie,
Ma jednak pragnienie nieskończone, a jego wyrazem słowa:
„Kto się poniża będzie wywyższony”…
„Do jakiego punktu wierzymy Bogu?
Czy rzeczywiście żyjemy o zmierzchu wiary chrześcijańskiej?”
Ja wciąż pragnę podać Jezusowi kubek źródlanej wody,
Oczekuję pełnego dostępu do Jego tajemnic-
Opisać ludzkie umieranie,
Śmierć wybraną przeze mnie i innych równocześnie…
Za mną umarłe lata, w których chciałem pokonać morze człowieka,
Wiek męski, a przecież nie chłopięctwo,
Ale kilka wewnętrznych wizji sprawiło,
Że jestem tym, kim jestem.
Chcę widzieć czarno-biało społeczność ludzką,
A jeśli w kolorach, to chcę rozjaśnić marzenie mej generacji możliwie najpełniej,
Bo na krzyżu Jezusa „wszystko się wykonało”…
Teraz mocno wierzę w to, żeby moje marzenia były niezapomniane, ostatnie.
Zaczynam Jezu na nowo odsłaniać ciebie w mym życiu-
Oblicze dzieciństwa, oblicze młodzieńcze, oblicze dojrzale,
Oblicze śmierci, oblicze zmartwychwstania-
A odtworzyć wszelki czyn, wszelkie szczęście,
to domaga się zapomnienia, zarazem świadectwa,
Pragnę więc Jezu opłakując Twoją śmierć,
przyjąć Cię w bliźnim, nawet wtedy gdy przychodzi najpóźniej,
uczynić siebie i innych wieczystym trwaniem.

Mdłe godziny

Czekam waszych rąk na mojej twarzy
I waszych czystych palców na niej…
Czekam, że anioły umyją
moje letnie jedynie oczy,
Że anioły z lodu zwilżą me spojrzenia,
Martwe ziele moich wejrzeń,
Gdzie tyle baranków w nieładzie.
A mam stare pragnienia, które mijają,
Pozostawione sny,
Marzenia które się męczą,
Dni nadziei minionych…
A tu nie ma już żadnej gwiazdy,
Dla znudzenia jedynie lód-
Ani błękitnych linii na księżycu.
Są za to jeszcze szlochania wzięte w sidła-
Zobaczcie więc choroby bez ognia,
Baranki skubiące śnieg…
Zlituj się bynajmniej, mój Boże!
Czekam trochę przebudzenia,
Czekam trochę senności,
Czekam odrobiny słońca
Na mych rękach, które księżyc oziębia!
(z Maeterlincka)

Ku jakiej Kalwarii?
Zrodzić wiarę, pieścić jedyny obraz-
Miasteczko mojej naiwnej miłości,
gdzie w zimie dusze nie pokutują w czyśćcu
„Zwyciężyć przypadkowe słowo przez słowo”/…/
„Magali, uszczęśliwiasz mnie!…
Lecz widząc ciebie,
spójrz, jak straciły gwiazdy blask
na nocnym niebie!”

Matko Boża Mrzygłodzka,

Tyle już lat jak byłaś ukoronowana,
A ja mało o Tobie pamiętam.
Dziś jedyne wspomnienie mnie ogarnia:
O niezrealizowanej nigdy przeze mnie miłości.

Dalej każdy dzień kosztuje mnie dużo siły,
Choć nie wpadłem w rutynę, to jednak
oglądam się za odchodzącymi generacjami
z niepokojem, brakuje złożenia się ufnego przyszłości;
nadal pragnę nie patrzeć życiu w oczy,
Za to już usiłuję przebijać się ku szczęśliwcom losu.

A przecież Ty byłaś przy mnie
jeszcze nie tak dawno;
gdy cieszyłem się matusią ziemską,
domkiem z ogrodem, młodym wiekiem.

Dlatego obiecuję Ci zawrócić z mych dróg,
Rozradować się Twym Mrzygłodzkim obliczem,
Zebrać potrzebne łaski do dalszego życia;
Dla dobra mej ojczyzny, Kościoła
i wszystkich ludzi dobrej woli-
Jako owoc Twej nieskończonej miłości.

O myśli polska, czyliś już oceniona?
Twórczy Duchu, zwól z wiarą wieków podjąć czyn
A na tym grobie, wspólnym domie,
niechże mi wichr gałązki łomie,
Tak samo będę słuchał w grobie,
jak deszcz po świecie pluszcze sobie,
jak słucham deszczu za tą ścianą – –
Niech kto chce grudę ziemi ciśnie,
aż koniec mnie przywali.
Gdy mnie ujrzycie, takim lotem
że postać mam już jasną,
podejmę może po raz wtóry
ten trud, co mnie zabijał
Jeżeli kiedy w tej mojej krainie,
Gdzie po dolinach moja Ikwa płynie,
Gdzie góry moje błękitnieją mrokiem,
A miasto dzwoni nad szmernym potokiem,
Bez echa kona słowo próżnej dumy,
Więc pochowałem to serce moje…
Jest w tym ogrodzie jakaś róża trzecia,
Której purpura przetrwa snów stulecia,

Z lat dziecinnych

Przypominam zabawy,
Spacery z mamą,
Spotkania u przyjaciół,
Zatokę jeziora ‘pogoria’
Dróżkę ‘nad strugę’
Polanę w lesie,
Jeżdżenie windami w mieście,
maskę samochodu w ogrodzie,
piłkarzy wielkoludów,
Postać pewną z bliska…
‘I to czujne, bezbrzeżne z całych sił – istnienie!’

Trzeba nas

Jeszcze nie ma nas- najbardziej znikomych,
„umiera po kawałku
Rodzaj emocjonalnej anemii.”
Za to czasem wspomną
Wydrążonych, chochołowych ludzi.
Gdyż nasze serce wciąż jeszcze
przewyższa nas samych, jak tamci.
I nie możemy za nim
podążyć poprzez obrazy, co je łagodzą,
Ani przez boskie ciała.
A przed nami dookoła „motłoch brudnych,
silnych, nieatakowanych dzieci
bardzo biednych ludzi.”

Ponieważ oni posiądą…ziemię,
choć ich zdradzono-
Pragnę sławić przed aniołami świat,
pokazać im rzeczy zwykłe
I teraz chcę spojrzeć na ziemię moją-
Kiedyś bezimiennie przystałem na ciebie,
z najdalszych oddali.
Tyś zawsze miała słuszność.
Ziemio wybrana-
Ja już powinienem
chcieć innej sprawiedliwości.

Wiara w wiosnę (pamięci H. Poświatowskiej)

Pragnę cię ogrzać, więc przysiadam się do ciebie,
Chcę pobyć z tobą dłużej, tykać cię z ostatnią dbałością,
Mieć za sobą szkołę odczuć zakrytych;
Oddać ci anioła, naprawić los okrutny.
Okrzyczeć wojnę przeciw skazanej na śmierć miłości-
Nigdy nie odejść, zdążyć zapełnić twe myśli,
Niemocy i konieczności uniknąć pewnie,
Nie ugiąć się a wreszcie spotkać wiązkę uczuć twoich.

Po lunchu- H. Pinter

A po południu dobrze ubrane stworzenia
Wywąchują śmierci dokoła
I zasiadają do lunchu
A (wtedy) wszystkie dobrze ubrane stworzenia oczyszczają
Napęczniałe avocados z nalotu
I pozbywają minestrone przypadkowych kości
A po lunchu
Rozwalają się i próżnują
Smakując czerwone wino w dobranych czaszkach

Przepis na zdrowie

„W nie najlepszym humorze powrócił do domu
doktor Paweł Obarecki z winta”
Z uwagi na świetną gwiazdę Warszawiaka
Teodora Bijakowskiego podobny zawód
Spotyka syna Dominika Cedzyny doktora Piotra
Chyba jedynie doktorowi Judymowi
Z „nędzy grzechu” udało się spojrzeć
W przepaść miłosierdzia.

„Zawalone przez wrogów
lub przez naszą własną gnuśność,
płyną w ciemnościach mroku czyste
wody naszej narodowej kultury.
Mamy pod nogami czarodziejskie zdroje,
o których nikt nie wie i z których nikt nie pije”
Ci obcy przyszli bić się na naszej ziemi
O naszą i waszą wolność…
Jednym z nich jest Franciszek Nullo,
Który poległ 5 maja 1864 roku
I został pochowany na olkuskim cmentarzu,
niestety „przypieczętowaliśmy jego śmierć
za naszą wolność głuchością niewiedzy.”

Siedem krajobrazów

Noszę pod sercem krajobraz Ząbkowickiego odpustu
Z pierwszego dzieciństwa na ulicy Gospodarczej,
Odpust przychodził znaczony kolejnym rokiem,
końcem roku szkolnego, a kończył się
koloniami w Niechorzu nad naszym Bałtykiem.
Następnie noszę krajobraz skrytego za wzniesieniami
Huciska koło Nienadowej, do którego długo
Jechaliśmy z mamą, najpierw pociągiem, a potem
jednym z dwóch autobusów na dzień,
Na który długo również na dworcu w Przemyślu
Z mamą wyczekiwałem; na miejscu zaś były długie
Siedmiokilometrowe przechadzki do parafialnej kaplicy.
W młodości nawiedzaliśmy z mamą miejsca
Jej służby na gospodarstwie w Barwałdzie koło Kalwarii.
Pamiętam długie spacery torami, by zwiedzić
posiadłość ojca na Pniakach. Tam obecność Ojca w kuchni
nic w mym życiu nie zmieniło. Z czasem jak gdyby
w zamian, zostałem obdarowany przez los innym, równie
górzystym krajobrazem, z okolic Bielska Białej,
z drewnianym kościółkiem i polską, śląską kolędą.
Moim kolejnym krajobrazem jest obraz Częstochowy,
Mój pobyt w Szkole na Piotrkowskiej,
Przeplatany wędrówkami pod szczyt Jasnej Góry.
A potem przyszedł czas na mglisty Kraków
I lata Seminarium pod Wawelem, słuchanie radia
I magnetofonu; kontakt z żywą historią.
Zachowam na zawsze też w pamięci
Moje wikariuszowanie, jedyną oazę, podróże
na rowerze w parafii Konopiska.
Do tego wspaniałego krajobrazu
Dołączam krajobraz ostatni,
Apostołowanie samochodowe w Rząśni.
Tak więc wymieniłem tutaj długą listę odebranych łask,
Wszystkim nie sposób spamiętać, a są nimi m.in.:
Matka, Wujek, nowy wiek, pragnienie wiedzy
i oazowej przygody, spotkania z ludźmi,
wierny stróżnik- budnik z Ząbkowic,
dwa skrzydła wiary z Konopisk,
szczery nauczyciel- gracjan z Rząśni,
poznanie człowieka z twarzą,
rozstanie z przyjacielem,
niebieska procesja Bożego Ciała.

Św. Wincenty

Pokłoniłem się naszemu patronowi z Jędrzejowa
Przewodniczyłem Mszy św. w kaplicy św. Wincentego
I trwałem z widokiem na ławki, z daleka od drzwi do zakrystii,
przechodziłem obok wzruszających tutejszych ołtarzy-
Albowiem pragnąłem jedynego rozmodlenia…
„Panie: już czas. Tak długo lato trwało.
Rzuć na zegary słoneczne twój cień”
Więc wiarą moją powiało…
Nasz patron porzucił stolicę, by spocząć tutaj
za zamykaną z wieczora wiekową kratą.
On jednak z twoją pomocą może przemówić:
„Wszystko, do czego się przykładam,
bogaci się na mnie i trwoni mnie.”
Panie, oczy twoje słowo rubaszne porzucają tkliwie.
I choć cień twój upada jeszcze na czyste drzwi wiary,
To umykaj, ratuj poetę jutra i rzuć twój cień na szpalty
katolickich, dzisiejszych gazet, niech przebudzą się na czas inny,
niech wskażą pęknięcia i blizny dzisiejszego globu,
odsłonią odwieczną prawdą i dumną historię
chrześcijańskich, ludzkich słońc.