Stanislav Barszczak- Listen to the voice of the children
(to the Power over Roman Polanski)
Roman Raymond Polanski “is a Polish-French film director, producer, writer, and actor. Polanski began his career in Poland, and later became a celebrated Academy Award-winning director of both art house and commercial films, making such films as Rosemary’s Baby (1968), Chinatown (1974) and The Pianist (2002). Polanski is one of the world’s best known contemporary film directors and is widely considered one of the greatest directors of his time. He is also known for his turbulent and controversial personal life. In 1969, his pregnant wife, Sharon Tate, was murdered by the Manson Family. In 1977, Polanski was arrested in Los Angeles and pleaded guilty to unlawful sexual intercourse with a minor, a 13-year-old girl (he was 44 years old at the time). Released after a 42-day psychiatric evaluation, Polanski fled to France, and has had a U.S. arrest warrant outstanding since 1978, and an international arrest warrant since 2005. Polanski for many years avoided visits to countries that were likely to extradite him, such as the United Kingdom, and travelled mostly between France, where he resides, and Poland. As a French citizen, he was protected in France by the country’s limited extradition with the U.S. On September 26, 2009, he was arrested, at the request of U.S. authorities, by Swiss police, on arrival at Zürich Airport while trying to enter Switzerland to pick up a lifetime achievement “Golden Icon Award” from the Zurich Film Festival. After fleeing to Europe following his 1977 U.S. conviction, Polanski continued to direct films, although there was nearly a seven-year break between 1979’s Tess (a romantic drama adapted from Thomas Hardy’s 1891 novel Tess of the d’Urbervilles, dedicated to the memory of his late wife, Sharon Tate) and 1986’s Pirates, an adventure comedy. Later films include Frantic (1988), Death and the Maiden (1994), The Ninth Gate (1999), The Pianist (2002), and Oliver Twist (2005). The most notable of his later films is The Pianist, a World War II-set adaptation of the autobiography of the same name by Jewish-Polish musician Władysław Szpilman, whose experiences have similarities with Polanski’s own (Polanski, like Szpilman, escaped the ghetto and the concentration camps, whilst family members did not). The film won three Academy Awards including Best Director (2002), the Cannes Film Festival’s Palme d’Or (2002), and seven French Césars including Best Picture and Best Director. He has also done occasional work in theatre.” (resp. http://en.wikipedia.org/wiki/Roman_Polanski)
In 1977, he was convicted of unlawful sexual intercourse with a minor, but he subsequently fled the United States and is presently (since 26 September 2009) under arrest in Switzerland pending extradition proceedings…In 1989, after the Ayatollah Khomeini issued his fatwa condemning Salman Rushdie to death for the crime of apostasy, Pamuk (Orhan) was the first writer from a Muslim country to speak out in Rushdie’s defense. During the 1990s he played an increasingly active role in the human rights movement in Turkey. He’s written an article titled “Listen to the Damned”—subtitled “It is not Islam or poverty that succours terrorism, but the failure to be heard.” On many occasions Orhan Pamuk says: ” I’d like to tell your readers this note not to believe anything you say about me, anything you say about any of us. No one could understand us from so far away. But if you would put in what I said, at least your readers will keep a little room for doubt in their minds”/…/ “The problem facing the West today is not to discover which terrorist is preparing a bomb in which tent, which cave, or which street of which remote city, but to understand the poor, scorned majority that does not belong to the western world.” What is needed is to accord them the dignity and respect that all human beings deserve…”(resp. http://www.orhanpamuk.net/biography.aspx) I would like to say: it is not poverty that succours terrorism, weakness but there is the failure to have the voice for a life.
For century I think there is a great problem of ours. Do you know what this summer has meant for me? Constant raptures over Emmanuel Levinas and a whole series of spiritual delights which I’ve never experienced before. No student has ever studied so much on his course, and learned so much, as I have this summer. But am I also an author of a dazzling collection of essays on my life, my city, my work. There is the example as I have been writing other writers. From ordinary obligations such as applying for a passport or sharing a holiday meal with relatives, I take extraordinary flights of imagination; in extreme moments, such as the terrifying days following a cataclysmic earthquake in Italy. Again and again I declare faith of mine’s in fiction, engaging the work of such predecessors as Orhan Pamuk, John Maxwell Cotzee, Audrey Niffenegger, Richard Powers, Haruki Murakami, Roger Willemsen, Steffi von Wolff. For 14 years I have been making a share in a great investment , its fruit is a profound faith in God and man. I am since a glutton for books. Now, I may say I know a relationship between two men, who look for instance like identical twins. So, it becomes a story of the fragility and shifting nature of identity, as the two appropriate each other’s memories and exchange places…
As an artist, a film director, producer, Roman Polanski must bring a burden of visible responsibility so far as it is possible. Nevertheless he is the man of weakness that knows of us nobody. The biography of Polanski is concerned us, concerned for ‘life’. In the course of his travels, Polanski becomes a poor man for many, also altruistic reasons, but first of all he is involved in a truth about family of today, which opens the door to the promise of a life, it affects me to the point that I abandon my studies, turn my back on home and family and embark on a wondrous odyssey. I apply to the powers that be over a polish film director to come to a clement decision for him. Mr Roman Raymond Polanski should have been delivered.
Yours faithfully
Stanislav Barszczak
Category: CV
Szkatułka i tiara cz.5
Jedna tylko część nieba iskrzyła się gwiazdami, druga- większa, zwisająca nad górami, zasnuta była ogromną chmurą, która zlewając się z górami, powoli płynęła dalej i dalej i ostro oddzielała się swoimi wygiętymi krawędziami od głębokiego, gwiezdnego nieba. Słuch naprężał się, oczy mrużyły się, a ręce ściskały mocnie krzyż. Ojciec Święty ujrzał po raz pierwszy ten szary, stalowy błysk w brązowych oczach Kaspera i wówczas powiedział coś niepowtarzalnego:
– Muszę być z tobą szczery, ponieważ jesteś moim przyjacielem- głos miał aż ciężki ze znużenia- Przed rokiem zegar dziejowy wybił ważną w dziejach Europy chwilę. Naród belgijski i polski porwał za broń i stanął do walki z najeźdźcą. Belgia jest uratowana. Ale teraz z Warszawy donoszą mi, że powstańcy wciąż mają gromadzić się w puszczach, tworzyć partie i nadal bić się z Moskwą, choć nad Polską zawisł ponury cień szubienicy. Myślę, jeszcze nie prędko naród polski strząśnie kajdany więzień. Wiesz – uśmiechnął się do Kaspra- możesz przyjeżdżać co niedzielę na lunch i herbatę do Watykanu, a co!
Wchodzili do środka posesji. Kandelabry oświetlały olbrzymi hall, a otaczające fontannę alabastrowe nimfy oglądały swe zwielokrotnione odbicia w lustrach na ścianach.
W odpowiedzi Święty wyszeptał:
-Niech Wasza Świątobliwość wyobrazi sobie, jak bardzo jestem pełen bólu. Zawsze coś mnie zajmowało. Jeszcze w młodzieństwie zastanawiałem się przez dłuższy czas, czemu poświęcić całą siłę swej młodości, która jest niepowtarzalna i która szybko przemija., która nie jest ani siłą umysłu, ani serca, ani wykształcenia, lecz siłą ogromnego entuzjazmu, siłą danej człowiekowi raz w życiu władzy, za pomocą której może ukształtować siebie i cały świat według własnej woli. Wszyscy twierdzą, że nie kochałem jeszcze żadnej kobiety. Przecież wszystko, cokolwiek spotkałem miało na sobie piętno dzikości i wojowniczości. Być może, że mocarstwa uknuły właśnie coś, co w ciągu tygodnia ma zmienić bilans sił na świecie. I zapewnić bezpieczeństwo zrewoltowanej Francji. I pokój na świecie. Na wieczne czasy…
Święty nie przestawał głosić misji. To było jego życie. W jego pamięci przesuwały się zwłaszcza obrazy świąt Bożego Narodzenia od czasów, gdy był dzieckiem, poprzez czasy wygnania, więzienia, do czasów jego prac apostolskich. Święta 1837 roku kończyły się puszczeniem krwi schorowanemu kaznodziei. Znaleziono go w bardzo ciężkim stanie. Umierający był spokojny, a jego twarz wyrażała radość i pogodę. Pogrzeb Świętego Kaspra odbył się dnia 30 grudnia, w kościele parafialnym Sant’Angelo In Pescheria, następnie trumna została przewieziona do Albano. Uroczystej kanonizacji Świętego dokonał Pius XII 12 czerwca 1954 roku. Więzy miłości, bez ślubów zakonnych, są podstawą życia i działalności Zgromadzenia. Grób świętego Kaspra jest obecnie w kościele Santa Maria In Trivio (od 1891 roku), obok słynnej Fontany Trevi w Rzymie.
Oddział idzie brzegiem zapory ogniowej, wsuwając się w leje po pociskach dawnych i ostatnich, wypełzając znowu z zapadniętego traktu. Dwaj żołnierze na pół ciągną, na pół dźwigają pomiędzy sobą trzeciego, kiedy dwaj inni niosą ich trzy karabiny. Ten trzeci żołnierz ma zamiast beretu zakrwawiony bandaż ze szmaty; nogi mu się plączą, głowa się kiwa, pot powolnymi strużkami żłobi błoto zaschnięte na twarzy. Zapora ogniowa przysłania równinę, daleka i nieprzenikniona. Lekki „dookolny stukot” powodują trafiające kule. To natarcie starej gwardii. Od czasu do czasu słaby wiatr nadlatuje znikąd i na chwilę rozrzedza się ciemnobrunatny dym wokół kępy poszarpanych topoli; oddział dochodzi polem nad kanał, wzdłuż którego sterczą strzaskane kikuty drzew symetrycznie ściętych przez pociski na wysokości pięciu stóp. Kapitan, porucznik i plutonowy, wciąż jeszcze stojąc, dumają nad poplamioną mapą. Echo ognia karabinowego dolatuje poprzez blade wiosenne południe, jak brzęk gradu na jakimś bez końca ciągnącym się dachu z metalu.
-Panie kapitanie, on chce zerwać bandaż- mówi jeden z tych dwóch. Sadzają rannego między sobą; kapitan przy nim klęka, rozluźnia bandaż. Zwilża bandaż wodą z manierki, którą podaje plutonowy i przykłada rannemu dłoń do czoła. Plutonowy daje rozkaz marszu…dochodzą do grzbietu wzniesienia.
-Gdzie my jesteśmy- ktoś krzyknął. Zamiast odpowiedzi plutonowy wodzi latarką; w dole, u stóp zbocza, klęczy czternastu żołnierzy. Żołnierz klęczący w środku grupy trzyma Biblię, z której monotonnie coś intonuje. Nad jego głosem wzbija się bełkot rannego, niedorzeczny, jednostajny. Obok widać innych, starszy mężczyzna miał grube, prostackie rysy i wąsik, w twarzy młodszego zaś była jakaś lubieżność, choć jego głowa miała trumnowaty, kanciasto-spadzisty kształt, a oczy wyglądały jak przestrzeliny.
Światowe życie, którym cieszył się Kasper trudno nazwać „używaniem życia”, a już na pewno nie zasługuje na miano „rozpasania”. Nawet hazard bawił go przede wszystkim jako okazja do przestudiowania spraw ludzkich. Był nieuleczalnym optymistą, umiał tylko albo stać w spoczynku, albo lecieć pełnym szwungiem, bez stanów pośrednich. Kiedy był jeszcze na Korsyce nie raz sobie mówił: będę czytał Rousseau, dam sobie spokój z wielkimi ideami, skupię się na uprawianiu winorośli i pracach domowych. Mozolił się strasznie z refleksją, jaką część sensu świętości bezpośrednio przekazać, a jaką zaś przekazać pośrednio przez muzyczność łaski oddziaływującą na wrażliwość ludzi. Wiedział coś o sprawach z pod powierzchni i zza granic. Gdy sprawę jakąś ukryć chce świat cały, mnie dać muszą; zabawić muszą, choć nikt nas nie usłyszał- to podziękowanie. Życie tak fikcję stokrotnie przewyższa. „Któż słyszy działa, zanim zagrzmią jeszcze? Cóż ponętniejsze niż czub chwili łowić?” Życie jednak tak nim pokierowało, że w stosunku do wszelkich środowisk uzyskał pewien dystans. Zdumiewające wyczucie słowa, olbrzymia ciekawość i zdolność obserwacji życia, chwytania go, zarówno intelektem, jak i wszystkimi zmysłami, maska sztukmistrza, a ponadto przedziwny dar „drugiego wzroku”, dar tak niepokojący, zdolność przekazywania wieści odbieranych „skądsiś”. Życiem swoim stwierdza, że chrześcijaństwo i mianowicie katolicyzm
Najbardziej zadowalająco tłumaczy świat, a zwłaszcza świat wewnętrzny, moralny; i tak drogą tych „potężnych i współdziałających” racji widzi się nieodparcie zmuszonym przyjąć dogmat Wcielenia. Widzi, że po większej części ludzie odznaczają się umysłowym lenistwem, brakiem zainteresowań i letniością uczuć i dlatego nie są zdolni ani do mocnego wątpienia, ani do mocnej wiary. Pelagianie kładli szczególny nacisk na wystarczalność ludzkiego wysiłku i pomniejszali znaczenie łaski nadprzyrodzonej. Zmysł przyrodzonej bystrości doprowadza Świętego do jedynej refleksji: trzeba mieć wzrok bardzo jasny, aby widzieć wszystkie zasady, a następnie umysł dość ścisły, aby nie rozumować fałszywie na podstawie znanych zasad.
Kasper wyszedł na ganek i pchnął drzwi prowadzące do sieni posesji w Albano. Emilia
W różowej koszuli odskoczyła z wyrazem przerażenia na twarzy od drzwi i przytuliwszy się do ściany, zasłoniła twarz szerokim rękawem lnianej jedwabnej koszuli, drgnęła i zatrzymała się. Kasper usiadł na leżance i patrzył na niegdyś kremowy sufit ganku, przemyśliwał swój następny krok. Wzgórza ciemniały, w miarę jak zbliżał się do nich myślami. Drogi wspinały się coraz bardziej stromo, szczyty skał i wzgórz były poczerniałe, jakby je opalano. Właśnie ścieliło się przed nim miasteczko z łupkowymi dachówkami, walącymi się ścianami. Prosiaki i kury przechadzały się spokojnie po drodze, jakaś dociekliwa owca spojrzała mu w oczy, nie było człowieka. Nagle rozwarła się szeroka dolina, przecinana promieniami słońca i strumieniami. Z środka usłyszał Emilię grającą dla niego Chopina. Minął tydzień, a my wymieniliśmy jedynie nieważne gesty i każde z nas żyje w swojej własnej, oddzielnej przestrzeni. Wreszcie nie wytrzymał i wszedł do środka, by ją o coś zagadnąć.
-Bywały noce Emilio, kiedy kościół stał rzęsiście oświetlony. Jeśli nawet gdzieś w głębi duszy wierzę w jakiś centralny, podstawowy sens, jakiś Urgeist, to podążam doń raczej drogą estetyzmu- wolę podziwiać jesienne piękno wzgórz a szczególnie Ciebie grającą Haendla, niż się modlić. Może dlatego, że jestem kosmopolitą. Ale Ty byłaś wszystkimi tymi nadziejami, które z sobą noszę. Jastrząb zaniepokojony nagłym krzykiem z ulicy załopotał skrzydłami.
Mgła częściowo unosiła się nad mokrymi trzcinowymi dachami, częściowo zaś zmieniała się w rosę, okrywającą sobą drogi i trawę pod płotami. Dym buchał ze wszystkich kominów. Myśliwi szli razem szeroką, obrośniętą trawą, drogą. Psy biegały z boków, merdając ogonami i oglądając się na gospodarza, księcia. Chmury komarów unosiły się w powietrzu i prześladowały myśliwych. Dookoła pachniało trawą i leśną wilgocią. Goście weszli w głęboki las. Kasper z wiernym stróżem zatrzymali się na polance. Prawie każde drzewo od góry do dołu było owite dzikimi winogronami; w dole gęsto rozrastał się lasek cierniowy. Kołysał się szary szuwar. Miejscami ślady zwierzęce skręcały z drogi w leśną gęstwinę.
-Bażant siadł na gałęzi- szepnął starzec, oglądając się i nasuwając czapkę na oczy.
-Ukryj twarz, bo spłoszysz go- dodał Kasper i zaczął na czworakach posuwać się dalej. Starzec zaczął oglądać drzewo na polanie, gdy Kasper wystrzelił i bażant upadł na ziemię.
-Zuch!-zawołał starzec.
Podniósłszy zabite bażanty myśliwi poszli dalej. Kasper podniecony ruchem i pochwałą wciąż rozmawiał ze starcem.
-Stój! Teraz pójdziemy tam- przerwał mu starzec- wczoraj widziałem tu ślad jelenia. Nagle w lesie rozległ się okropny trzask. Serce Kaspra na chwilę zamarło.
-Rogacz- rzekł stary i z całej siły rzuciwszy karabin na ziemię, zaczął szarpać swą siwą brodę.-Stałem w tym miejscu, a należało podejść do niego z tamtej strony! Dureń ze mnie! Dureń!- I znów szarpał się za brodę. Tętent spłoszonego jelenia, rozbrzmiewający coraz dalej i szerzej, dawał złudzenie, że nad lasem coś przelata.
Dopiero o zmierzchu Kasper zgłodniały i znużony wszedł ze starcem do domu. Obiecywał sobie udanie się samemu na to miejsce, gdzie wczoraj z słabo widzącym starcem spłoszył jelenia, nazajutrz. Po kolacji starzec znów zaczął mu opowiadać o swej młodości, o polowaniu, o dawnych swych przyzwyczajeniach i o beztroskim, junackim życiu. W pewnej chwili zaczął więc zmawiać pacierz w obawie, że umrze, nie uczyniwszy ludziom nic dobrego.
(Opowiadanie jest oparte na motywach zaczerpniętych z różnych autorów, zwłaszcza z dzieła G. Papasogli’ego, Dla Papieża i Kościoła. Życie i czasy św. Kaspra de Buffalo, Kraków 1987. Jest wyrazem ludzkiego pragnienia życia, licencją poetycką jej autora)
Szkatułka i tiara cz.4
Od dwóch tygodni chmury kłębiły się na niebie, wielkie, pierzaste, to znów czarniawe i gładkie, nieco tylko przejaśnione na krańcach. I popadywał nocami deszcz, ale dotychczas szkód wielkich nie wyrządził. Jan Sowicki mieszkał w Aalter, w Niderlandach. Każdego ranka i każdego wieczora obchodził wszystkie groble; śledził, czy się gdzie woda przesącza, próbował, jak trzymają zastawy przy upuście, i z czołem zatroskanym spoglądał na niebo złowróżbne. Ale grobla, choć świeżo podsypana, trzymała się mocno. Gdzie niegdzie tylko cicha, na pozór spokojna woda ziemię kawałkami wygryzła, uderzając krótkimi, niecierpliwymi falami w miejsca najsłabsze, aż się wreszcie jakiś szmat ziemi rozpękł i odwalił, niby odłamany kawał razowca. Tego samego ranka mówił do żony: jeżeli się wiatr nie zmieni, to woda zacznie z wolna opadać. Jeszcze dwie zastawki wyjąłem. Młynarzowa wyjrzała przez okno.
-Koniecznie musisz jechać?- zapytała prosząco. Wiesz dobrze, dziś upływa termin raty. Jak do wieczora nie wpłacę, przepaść może moje prawo, i co? Procesować się będę? Harnowski mądry, już mu od dawna pachnie, żeby nas stąd wysiudać. Ale niedoczekanie jego. Nie potom się mordował tyle lat! Nie po to przetrwaliśmy najgorsze. Teraz dopiero zobaczymy, czyj młyn, kto tu przy stawach zostanie: ja czy on!- Janku…
-No co, no co? Ciągle ty na niego patrzysz, jak na dobrodzieja naszego? Cóż on mi zrobił za łaskę? Że tych trochę desek z lasu? Zobaczymy jeszcze-mruknął.
– Nie ty na tej ziemi siedziałeś! – uderzył pięścią w stół, aż podskoczyły puste szklanki po kawie- Dziesięć lat żyliśmy jak cyganie: bez dachu, bez kąta własnego. Nie po to chyba odbudowałem spalony młyn, nie po to usypałem groble, wstawiłem nowe mnichy, oczyściłem wszystko, od jazu począwszy aż do kanału za turbiną, żeby to teraz oddać, teraz, gdy już gotowe, wielmożnemu panu dziedzicowi tej ziemi. Ja stworzyłem te stawy! Ja postawiłem młyn. Na pięćdziesięciu hektarach wszystko się odmieniło według mojej woli i planu: gdzie były łąki, jest woda, kędy szła rzeczka, jest staw. Gdzie po kamieniach pliszki się tylko uwijały- warczy teraz nowa turbina. Ósma była kiedy wyjeżdżał z domu. Za młynem, na spadzistej starej grobli, syn Michaś zabawiał się ciskaniem płaskich kamyków na pomarszczoną powierzchnię stawu. Padały z ciężkim pluskiem, a czasem odbijały się wielokrotnie, biegły po wodzie coraz szybciej i szybciej, ryjąc za sobą wąski, drgający ślad. „Dzika” woda w rzeczce podniosła się i rozlała szeroko, podtapiając ogromny szmat łąki.
Wzdłuż brzegów, poszarpanych i krętych, rosły wysmukłe olchy, w płytkiej miejscami wodzie przeglądało się już to niebo wiosenne, jasnobłękitne, już to stadko chmur białosinych; zależnie od pór roku i godzin dnia, rzeczka zmieniała barwę: była szafirowa, lub jasno-złota, zarumieniona od refleksów zachodzącego słońca, a czasem zimno ołowiana, niemal czarna. Od niepamiętnych czasów płynęła środkiem łąk ta wąska rzeczułka. Łąki miały spadek łagodny, ciągnęły się długą, zieloną wstęgą aż do miejsca, gdzie ktoś kiedyś, w pradawnych latach usypał groblę. Snać zdziwiona nieoczekiwaną przeszkodą, struga zaczęła szukać nowych dróg: popłynęła w kierunku widniejących na horyzoncie lasów, okrążających niewielkie wzgórze z kępą sosen na szczycie; wysunęła, jakby na rekonesans, lśniący języczek wody wąskim przesmykiem między polami, ale i tam wkrótce napotkała zaporę, obsiane żytem przestrzenie, wydęte kopulasto i nieprzystępnie. Musiała tedy powrócić i wspinać się mozolnie wzdłuż wyznaczonych ręką ludzką granic, aż wreszcie utworzyła niewielki staw, dość głęboki, by swą powierzchnią pokrył sterczące z ziemi i rosochate pniaki po wyciętych w tym miejscu olchach.
Wyjechawszy w pagórkowatą okolicę, Jan Sowicki musiał wstrzymać konia i wlókł się noga za nogą po drodze gliniastej, przez deszcze wiosenne rozmytej, śliskiej i wyboistej. Gniady człapał po błocie, parskając niekiedy i chrapiąc. Czuł już dobrze w zmęczonych nogach przebytą drogę, a na grzbiecie ciężar. Nie mogąc konia przynaglać, Sowicki skulił się w sobie, a głowę jeszcze głębiej zasunął w kołnierz, choć krople rzęsistego deszczu dawno przemoczyły na wskroś ubranie. Jechał zamyślony, niespokojny i zły. W ciszę nie padło żadne słowo. Właściwie nie był to dzień, lecz noc głęboka; chwilami przepastnie czarna, bezksiężycowa noc, zrazu pogrążona w ciszy, a potem dopiero pełna gwaru, tupotu ludzkich nóg, głośnych okrzyków, cichych szeptów, a nade wszystko miliardów światów wirujących podług woli Wszechmocnej woli. On zapala zorze na wschodzie i gasi je, a na najlichszą Rawkę spuszcza rosę, jeśli usycha przed dokonaniem dni swoich.
Tuż za domem szumiał wielki świerkowy las, będący własnością Harnowskiego, a przed oczyma Jana, daleko, jak okiem sięgnąć, srebrzyło się w blasku miesięcznym rozległe, żytnie pole, należące również do Harnówki.- Wszystko to jego, nie moje!- myślał Sowik, wodząc posępnym okiem po bezkresnej przestrzeni- ale gdy zechcę, gdy z całej mocy zapragnę, może być moje. Księżyc z wolna zachodził. Noc bezwietrzna, ciepła i cicha szczelniej otuliła ziemię w szafirowy płaszcz, usiany gwiazdami, przez które, jak przez tysiąc okienek, spoglądał na swój cudownie piękny świat.- Bóg dobry i miłosierny, karzący i sprawiedliwy.
A ja wam powiadam, że w tym pokoju dzieje się coś niedobrego. Ks. Kasper przeżegnał się i nieznacznie splunął za siebie. Mebli nie było tu prawie wcale. W jednej niszy stało zwykłe obozowe łóżko, na którym leżała skórzana poduszka, w kącie stał wielki, zielony kufer, malowany w pomarańczowej barwy kwiaty, a wielki stół na kobylicach i trzy zydle uzupełniały umeblowanie. Towarzysze Ks. Kaspra zapomnieli na chwilę o zniknięciu szkatułki w kolorze wiśni i wpatrzyli się rozpłomienionymi oczyma w twarz jego, jak w tęczę. Stach nie mówiąc ani słowa, przecierał dłonią czoło, na które nagle wystąpił rzęsisty pot. Przytulił głowę do kolan Ks. Kaspra, płacząc cicho, lecz boleśnie. W pewnej chwili ks. Kasper mówić zaczął: na was spoczywa obowiązek zmazania strasznej hańby, jaką na nasze nazwisko rzuciło dziwne zdarzenie w „komnacie upiorów”.
-Panicze jeszcze nie śpią?- zapytał stary przyjaciel dzieła Santa Galla, stanąwszy na dole. Rzeczywiście z pod podłogi strychu dobiegł odgłos stąpania po trzeszczących szczeblach drabiny. W chwilę potem tuż obok nóg Staszka otworzyła się prostokątna, w podłodze umieszczona klapa, wpuszczając na ciemny strych żółtawe światło świecy. Pan Włodarski zbliżył się do chłopców, trącił każdego z nich swym ciężkim buciorem, a gdy ci nie zareagowali na to wcale, zarechotał chrapliwym śmiechem.
– O jaką szkatułkę panicze pytają?- zapytał wreszcie- widzi mi się, że ciekawsze rzeczy możecie znaleźć w lochach kościelnych.
Smukły 17-letni Jakub o ciemnej cerze, a za to jasnych włosach i niebieskich oczach, teraz zaćmionych łzami szczęścia uśmiecha się i patrzy na przyjaciół roziskrzonymi oczami, gdy pan Włodarski skierował się do młodzieńca w półkożuszku:
-Tak, zawiniłeś- stał się teraz brzydki i oczy jego nabrały przy tym jeszcze większego wyrazu dobroci i znużenia.
-Nigdy nie oszukiwałem ani jej, ani siebie samego- Grzesiu zamierzał wtrącić się do rozmowy i złapał się za głowę, lecz ruch ten wcale nie wyraził tego, co chciał powiedzieć.
Zegar wydzwonił godzinę dziesiątą, gdy pan Włodarski przebudził się. Głowa pękała mu z bólu, przed oczyma krążyły barwne płatki, w uszach rozlegał się od czasu do czasu krótki, urywany szum. Chwiejnym krokiem wyszedł na kryty ganek i oparł się o balustradę. Wpatrzył się nieruchomym wzrokiem w czerwone dachy okolicznych domów, Tyber, skrywający teraz na całej niemal szerokości dzienne odbicie Rzymu. Piękny rozciągał się widok: śnieg, który spadł wczorajszej nocy, otulił wszystko puszystą bielą. Kosmate konie zatętniły jasnymi ulicami, mijając jakieś niesamowite domy. Kasztanowate zaś pasły się na idealnie prostokątnych łąkach. Jednak zamiast przyjemności obcowania z przyrodą odczuwał rozpacz. Dlaczego nigdy się tu nie bawiłem jak dziecko?- pomyślał- a te kolory, dlaczego ich nigdy nie namalowałem? Nie mógł napatrzeć się na pięknie zapowiadający się dzień. Tyber płynie wyrzucając szary piasek na niski, obrośnięty szuwarem prawy brzeg. Pod ścianą domu, która dwie godziny temu stała w cieniu, lecz na którą teraz padały palące, ukośne promienie słońca, leżał zmęczony człowiek. Powietrze było ostre, nieruchome i dźwięczne.
Kasper-misjonarz, odczuwał w pełni swe powołanie. Z upokorzenia papieża czerpał siły, by znosić upokorzenia własne, z jego niedostatku, by wyrzekać się wszystkiego. Krok po kroku, przez cały czas Kasper składał Panu jedną ofiarę po drugiej. Ale skromne dzieła założone przed laty stały się przygotowaniem do wielkiej działalności. 6 kwietnia 1814 roku Napoleon ostatecznie abdykował, a 11 kwietnia udał się na wyspę Elbę. W deklaracji z czerwca 1814 roku ksiądz Bonanni zachęcał do rekolekcji dla księży i misji dla ludu rzymskiego, które miały objąć dwanaście największych placów Rzymu. Całe duchowieństwo ożywiało w tym czasie uwielbienie Krwi Przenajdroższej. Oddanie Kaspra dla Jezusa uwidoczniło się w tym czasie pragnieniem wstąpienia do zakonu Jezuitów. Ostatecznie zajął się objęciem posiadłości w Giano. 26 lipca 1815 roku „pracownicy Ewangelii” otrzymali od Ojca Świętego błogosławieństwo dla siebie, dla współbraci i sprawy, której służyli. Już 28 lutego tego roku Kasper pisał:”(…)chcę, by zgromadzenie misjonarzy powstało pod wezwaniem Krwi Przenajdroższej Jezusa, która gładzi grzechy, która zbawia dusze, Krwi, która umacia słowa misjonarzy i czyni je owocnymi, aby ich praca odniosła skutek”. Krew Jezusa- była to krew Zbawiciela i wyraz miłości Boga, który stał się człowiekiem, była nieskończoną wartością, ofiarowaną dla naszego odkupienia. Rozmyślania o Krwi wylanej przez Jezusa na Krzyżu, za nas grzeszników, były dla Kaspra źródłem uczestnictwa w ukrzyżowaniu, a równocześnie radosnym zachwytem.
W tym roku z polecenia Ojca Świętego ksiądz Kasper Del Buffalo apostołował w Benevento. Ale misje się rozszerzają. Oprócz działalności misyjnej powstają nowe „Dzieła w Rzymie”. Kasper zapewnił sobie współpracę dyrektora Bractwa św. Jana. Innym „dziełem dla tłumów” były nauki dla ubogich „z term” w listopadzie 1818 roku. Wzrost działalności apostolskiej sprawił, że Kasper zachorował, nie chciał jednak się do tego przyznać. Osłabienia mijały, a Kasper nie przestawał głosić misji ludowych, które trwały około dwudziestu dni. I tak np., by uniknąć demonstracji, Kasper, z jednym tylko towarzyszem, udał się do Piglio i w Wielką Sobotę, 6 kwietnia 1822 roku rozpoczął misje, przemawiając cztery albo pięć razy dziennie. W maju tego roku poznał w Vallecorsa młodą dziewczynę, Marię De Mattias, córkę burmistrza, która została późniejszą założycielką Adoratorek Krwi Chrystusa. Kasper znał dobrze Leona XII i miał pełne zaufanie do jego intencji i działalności. 26 lipca 1825 roku Kasper przekazał Ojcu Świętemu memoriał, „Pełne szacunku uwagi o Arcybractwie Krwi Przenajdroższej Pana Naszego Jezusa Chrystusa”: „(…)nie wystarcza budzić żarliwość apostolską, by prowadzić i oświecać ludzi kochających już Boga, ale uświadomić dusze całych narodów o niewysłowionej cenie naszego odkupienia i pobudzić je do skruchy i pokuty”. Prawość i łaskawość Piusa VIII były przysłowiowe. Pomimo faktu, że papież miał przemówić do Kaspra: „Wasze Zgromadzenie- jest dziełem pychy”, to jednak obdarzył ich swym zaufaniem. Nowy papież stanął więc w obronie Misjonarzy Krwi Przenajdroższej.
4. W blasku słońca wolności
W dniu 14 października 1831 roku papież Grzegorz XVI udał się do Albano i odwiedził dom i kościół San Paolo, gdzie był obecny święty Kasper. Pojawia się biała postać, nad prawym okiem niedbale zwisa mu kosmyk włosów. Przyjechał się upomnieć o pierwszy z obiecanych posiłków misyjnych. Muzykant kornecista „do woli” hałasuje na swoim instrumencie. Otwierają się drzwi i w ogrodzie pojawia się ksiądz Kasper, wysmukły, w niezbyt białej koszuli, czarnych workowatych spodniach i obrzydliwych butach z koziej skóry. Wraz z sutanną wierzchnie odzienie pretendowało do stylu Watteau. Pospiesznie szedł pod nisko zwisającymi gałęziami drzew, wchodząc i wychodząc ze stożków światła rzucanych przez kiepskie latarnie. Noc była ciemna, ciepła i spokojna. Jedna tylko część nieba iskrzyła się gwiazdami, druga- większa, zwisająca nad górami, zasnuta była ogromną chmurą, która zlewając się z górami, powoli płynęła dalej i dalej i ostro oddzielała się swoimi wygiętymi
Szkatułka i tiara cz.3
W tym okresie dyrektywy Bonapartego szły w dwu kierunkach. Z jednej strony okazywał pogardę mieszkańcom Rzymu i pisał do reprezentanta Francji w Watykanie- Cacault: „należy skończyć w tym starym lisem”. Z drugiej, starał się uspokoić przynajmniej w sprawach zasadniczych dwór papieski. Tak pisał w liście do kardynała Matei:”Cokolwiek by się nie wydarzyło, proszę zapewnić Jego Świątobliwość, że może pozostać w Rzymie bez obaw. Jako pierwszy przedstawiciel religii znajdzie z tego powodu ochronę dla siebie i dla swego Kościoła. Moją szczególną troską jest, by nie spowodować jakichkolwiek zmian religii naszych ojców”. W życiu Kaspra możemy odnotować też kolejne zmiany. W roku 1797, w kaplicy św. Alojzego w Kolegium Rzymskim otrzymał pierwszą komunię św. Rok później przywdziewając strój abatina czyni pierwszy krok na nowej drodze życia. Francuzi w tym czasie wkroczyli już do Rzymu, jako zdobywcy i bojownicy ateizmu. Była to napaść przeciw Chrystusowi i Jego Kościołowi i właśnie wówczas Kasper dokonuje wyboru w kierunku życia duchowego, otwiera się przed nim droga, którą odtąd będzie kroczył.
12 kwietnia 1800 roku otrzymał w bazylice Św. Jana na Lateranie tonsurę, po czym spędził miesiąc w celi klasztoru św. Krzyża Jerozolimskiego w Rzymie. 7 lipca został ostiariuszem i lektorem. 14 września 1801 roku, wstąpił do „Dzieła Pomocy Kościelnej”. Nieco wcześniej, bo 4 kwietnia 1801 roku dostał święcenia egzorcysty i akolity w Bazylice Laterańskiej i wygłosił kazanie w kościele Św. Urszuli. W roku 1804 założył wśród swych rówieśników stowarzyszenie modlitewne. 13 stycznia 1805 roku Kasper został mianowany sekretarzem Dzieła Katechizacji przy Oratorium Santa Maria del Pianto. W roku 1806 został wybrany kierownikiem Stowarzyszenia Santa Galla. 2 lutego 1807 roku został subdiakonem w bazylice św. Jana na Lateranie. Właśnie w tym czasie z wiarą i wytrwałością uczestniczył w życiu Kościoła. 30 lipca 1808 roku został kanonikiem w bazylice Św. Marka, a następnego dnia otrzymał święcenia kapłańskie w kościele Św. Wincentego a Paulo w Montecitorio i wygłosił konferencję o Opatrzności Bożej w bazylice Św. Piotra, przed „Całunem św. Męczenników”. 2 sierpnia odprawił swą Mszę św. prymicyjną w kościele Św. Marka.
18 lutego 1798 w bazylice Św. Piotra odśpiewano Te Deum w podziękowaniu za ustanowienie Republiki Rzymskiej, jednej i niepodzielnej. Rozpoczął się festyn i bal. Od tej chwili ludność Rzymu została pośrednio lub bezpośrednio zmuszona przez władze francuskie do uczestniczenia w dramacie papiestwa. Wkrótce prześladowania dotknęły Ojca Świętego. Bankier szwajcarski Haller, pełniący funkcję generalnego komisarza finansów przy armii francuskiej we Włoszech, przybywszy z wielką pieczęcią Republiki do Watykanu, zażądał kluczy do prywatnej garderoby papieskiej. Pius VI siedział właśnie przy stole, przed którym leżała ozdobna szkatułka.
-Czy w tej szkatułce są klejnoty?- zapytał Haller.
-Panie-odpowiedział pogodnie Pius VI- są w niej tylko biszkopty- a później zwrócił się do stolika: dajcie mu kilka. Umieszczony w karecie wraz z gronem nie znanych nam dygnitarzy papieskich, wyruszył na wygnanie znacznie dalsze i bardziej upokarzające. Wszędzie ludność przyjmowała papieża z entuzjazmem, podczas przejazdu stale powtarzały się demonstracje czci i miłości do Ojca Świętego ze strony ludności. W niektórych zaś miejscowościach, gdy trzeba było przenocować, wśród mieszkańców nie znalazł się nikt, kto otworzyłby drzwi więzionemu papieżowi. W roku 1799 oczekiwano już na nowego papieża. Konklawe w Wenecji wybrało nowego papieża, który 3 lipca 1800 roku przybył do Rzymu. Benedyktyn Chiaramonti przyjął imię Piusa VII. Papież udał się do Paryża na koronację Napoleona. Jednak w miarę upływu lat atmosfera między cesarzem Francuzów i papieżem wyraźnie się zaogniała.
Po dziewięciu latach powtórzył się dramat Rzymu z czasów Piusa VI. Stolica Apostolska miała jako przeciwnika państwo rewolucyjne, jeszcze nie ukształtowane, pełne zamieszek, państwo, którego żadne z mocarstw europejskich nie miało zamiaru uznać. 7 kwietnia 1808 roku oddziały francuskie zajęły Kwirynał i rozbroiły Gwardię Szwajcarską. Papież wydał biskupom włoskim polecenie, by nie składali przysięgi rządowi mieszającemu się do spraw duchowych. Jednak stało się najgorsze. 6 lipca 1809 roku papież ubrany w pelerynę i stułę wszedł do komnaty, gdzie zwykle udzielał audiencji, twarz miał pogodną. Generał Radet zatrzymał się przed Ojcem świętym, blady i drżącym głosem, mozolnie dobierając słowa, powiedział do papieża:
-Mam do wykonania przykre i bolesne polecenie, ale złożyłem przysięgę wierności i posłuszeństwa cesarzowi; nie mogę go nie usłuchać W imieniu cesarza muszę wezwać Waszą Świątobliwość do zrzeczenia się suwerenności doczesnej nad Rzymem i Państwem Kościelnym…Potem sprawy potoczyły się swoim torem. Piusa VII przez Florencję, Grenoble przewieziono do Savony, gdzie przebywał od 17 sierpnia 1809 roku do 7 lipca 1811 roku.
Kasper w tym czasie uczył się sztuki kaznodziejstwa, został mianowany zakrystianinem w bazylice San Marco w Palazzo Venezia. Krążył wśród tłumów, namawiając i zapraszając do życia duchowego. Najczęściej zbierał małe grupy chłopów i robotników wiejskich na Campo Viccino. Wśród wspaniałych, zburzonych świątyń mówił im o Chrystusie. Później poświęcił się potrzebującym pomocy kapłanom, którzy gromadzili się w schronisku przy kościele Santa Lucia dei Ginnasi, także w „Schronisku Stu Księży”. Jego prace i inicjatywy obejmowały już Przytułek Santa Galla dla biednych i nocne oratorium Santa Maria In Vincis. Kasper uzyskał prawo spowiadać dopiero 13 lutego 1810 roku i od tego dnia mógł zasiadać w konfesjonale.
3. „Znak, któremu sprzeciwiać się będą”
W Rzymie z rokiem 1810 rozpoczęła się „selekcja” kleru. Kasper wraz z księciem Paluzzo udał się 12 czerwca do siedziby prefektury w Palazzo Boromeo, by złożyć przysięgę wierności cesarzowi. Ojciec Antoni w pewnej chwili stracił panowanie nad sobą, postąpił krok do przodu i uderzył się ręką w piersi.
-Obywatelu komisarzu-zawołał-rozstrzelajcie najpierw mnie, a potem jego, ale on nigdy nie przysięgnie!
Kasper został skazany na deportację do Piacenzy, a wraz z nim ksiądz kanonik Albertini, wzorowy starszy przyjaciel, ponieważ odmówili złożenia przysięgi. Ten ostatni założył przy kościele San Nicola In Carcere Bractwo Krwi Przenajświętszej, do którego wstąpiło wielu pobożnych ludzi. Miał zostać biskupem w Terracina, Serze i Piperno, konsekrowany dnia 18 kwietnia 1819 roku, umarł kilka miesięcy później dnia 24 listopada tegoż roku. W Piacenzy Kaspra pochłaniała troska nie tylko o wszystkie dzieła pozostawione w Rzymie, szczególnie bolał go los najbardziej potrzebujących opieki, nieporadnych i ubogich. W pierwszych dniach grudnia przeniesiono Kaspra do Bolonii. Tutaj zaopiekowała się wygnańcami rodzina Bentivoglio. W pałacu Kasper poznał wielu możnych, których pozyskał kulturą, postawą i sposobem bycia. 20 października 1811 roku zgasła Matka Kaspra. Nie umiała mu odpowiedzieć, przekonać go. Wierzyła jednak coraz mocniej, że Bóg się w swych wyrokach mylić nie może. I tak szli razem poprzez życie, nierównomiernie uzbrojeni: w Anuncjacie rosła pokora, jak najpiękniejszy krzew, którego owoce nigdy się nie okażą gorzkie i robaczywe- a Kasper był czas, iż we własnej mocy jedynie pokładał nadzieje i ufał tylko swemu ramieniu, że go wydźwignie ku zamierzonym celom. Wystarczyło mu podnieść rękę pod słońce, by dojrzeć czerwień krwi, prześwitującej poprzez skórę, i pomyśleć: oto wlał mi ją w żyły Ten, który „zrania i leczy; uderza i ręce jego uzdrowią. W sześciu ucisków wybawi cię, a w siódmym nie tknie cię złe” (Hiob 5,18-19). Nie nam wypada to rozsądzać-odpowiadała głosem łagodnym, ale dziwnie stanowczym. Bóg dobrze wie, za co karze i dlaczego doświadcza człowieka. Choćbyśmy się czuli bez winy, On nas poucza, że należy z pokorą przyjąć, cokolwiekby nam zesłał. Nieobecność Kaspra spowodowała niepowetowaną pustkę. Pełne strapień tygodnie i miesiące wyniszczyły Anuncjatę, w Rzymie panowali Francuzi i nikt nie przewidywał ich odejścia ani też powrotu Kaspra.
W maju 1812 roku Napoleon zarządził przewiezienie Piusa VII do Fontenebleau. Przez dwa tygodnie nikt w Savonie nie wiedział, że w pałacu nie ma już papieża. W tym czasie wzrastała przestępczość. Obecnie, po zniszczeniu władzy kościelnej i nałożeniu surowych więzów dyscypliny francuskiej mieszkańcy Wybrzeża i Gór poczuli się zwolnieni od wszelkiego obowiązku. Kasper del Buffalo i Misjonarze Krwi Przenajdroższej będą prowadzili z niezmordowaną energią pracę nad zbawieniem bandytów. Jego epistolografia z tego okresu świadczy o głębokich kontaktach świętego z ludźmi konsekrowanymi. 12 września 1812 roku raz jeszcze zażądano od Kaspra złożenia przysięgi. Kasper odmówił. Teraz więzieniem był stary klasztor w Bolonii kanoników regularnych San Giovanni In Monte. W styczniu 1813 roku Kaspra i jego siedmiu towarzyszy przewieziono do Imoli, a stąd 16 marca do jeszcze bardziej surowego więzienia w Lugo, w Romanii, wreszcie na Korsykę. W Rzymie ksiądz Gaetano Bonanni założył dnia 17 czerwca 1813 roku sodalicję „pracowników ewangelii”, której celem było prowadzenie misji. Ta wiadomość uspokoiła i umocniła duszę Kaspra. Po zwolnieniu wszystkich odmawiających złożenia przysięgi w lutym 1814 roku Kasper przybył do Rzymu. I naprawdę był gotów na wszystko. Pragnął wciąż oddać się Bogu, bo to słodycz, ale też poświęcić się jemu, bo to była dla niego konieczność. Zobaczył się na pełnym morzu, oto jest na statku pędzonym wiosłami. Morze tryska przez otwory dla wioseł, wioślarze pracują siedząc w wodzie po kolana. Środkiem wzdłuż kadłuba między dwoma rzędami wioseł biegnie deska, po niej przechadza się dozorca i batem przynagla pracujących do wysiłku. Nad sobą ma linę przyczepioną do górnego pokładu, ima się jej, żeby nie upaść, kiedy okręt mocniej się przechyli. Jest do wiosła przykuty, opasany żelaznym prętem i przymocowany nim do ławki, na lewej kiści łańcuszki, którymi przytroczony jest do wiosła. Pracuje na dolnym pokładzie, dokąd się spycha najgorszych, światło tam przenika tylko przez otwory dla wioseł. Wyobrażasz sobie, jak przez wąziutki luz szpary przeciska się promień słońca, jak drga, kiedy statek zatoczy się na fali.
Szkatułka i tiara cz.2
9 października oświadczył, że ma zamiar zastąpić wszystkie zabobonne i pełne hipokryzji kulty- w których lud się jeszcze utrzymuje-kultem „Republiki i Moralności” i wydać dekret nakazujący zniszczenie wszelkich przedmiotów kultu religii, zakazał „pod karą więzienia” noszenia szat duchownych poza świątyniami i zlaicyzował wszystkie obrzędy pogrzebowe. W tym czasie niektórzy księża wyrzekali się w bluźnierczych słowach swej wiary, wśród oklasków i gwizdów tłumu! W Paryżu, 10 listopada katedrę Notre- Dame ozdobiono górą z masy papierowej, na której, w pobliżu chóru, wzniesiono „świątynię filozofii”. Chłopak i jego mała grupa przejmowali się echami zajść, rozmawiali nocami z osłupieniem o nieopisanych tragediach. Jedna rzecz była zrozumiała dla tych dzieci: wielki i potężny naród zabijał Boga i nakłaniał inne ludy, by uczyniły to samo.
Tymczasem na placu w Rzymie zagrzmiały bębny. Ludzie wracali już z pracy. Słońce schowało się za śnieżnymi szczytami kościołów. Od ziemi do nieba rozciągnął się błękitnawy cień. Nad ciemnymi ogrodami zapaliły się gwiazdy i powoli wszystko uciszyło się w stolicy. Dziewczęta wyszły na ulicę i gryząc pestki rozmawiały ze sobą. Filip z Kasprem jacyś weselsi zbliżali się ku dziewczynom.
-Czemu kurki nie śpiewacie!- krzyknął Filip do dziewczyn- śpiewajcie, powiadam wam, z okazji pomyślnie zdanego przez nas egzaminu z greki.
-Witajcie, chłopcy!- Witajcie, chłopcy!- zabrzmiały powitalne okrzyki.
Kasper podszedł do dziewczyn i zdjął czapkę. Rozmawiał z nimi cicho i spokojnie, lecz w powolności jego ruchów było więcej ożywienia i siły, niż w gadatliwości Filipa. Ten przypominał rozbrykanego źrebaka, który nagle zatrzymał się z podniesionym do góry ogonem. Kasper spokojnie stał obok dziewczyn; oczy jego śmiały się i prawie, że nic nie mówił, patrząc na dziewczyny. Kiedy ujrzał Emilkę, powolnym ruchem zdjął czapkę i zbliżył się do niej, zatknąwszy palce za pas. Emilka w odpowiedzi na jego ukłon schyliła nieco głowę, usiadła na ławeczce i zaczęła gryźć pestki. Kasper patrzał na Emilkę, nie spuszczając z niej oczu.
-Czyście na długo przyszli?- zapytała.
-W godzinę musimy do domu- odparł Kasper.
-Mówią, że dziewczyny będą musiały słać łóżka dla żołnierzy i częstować ich winem-rzekł Filip, wystawiając jedną nogę naprzód jak Kasper i zsuwając czapkę na bakier. Któryś z chłopaków wybuchnął śmiechem i objął siedzącą obok niego dziewczynę.
-Odejdź, smoło!- zapiszczała dziewczyna.
-Rozbeczałabyś się!- zaśmiał się Filip.
Kasper przez cały czas w milczeniu patrzał na Emilkę. Spojrzenie jego mieszało dziewczynę.
-Słyszałem, Emilko, że u was mieszka dowódca żołnierzy?- rzekł Kasper, przysuwając się do niej. Emilka, jak zwykle, nie dała natychmiast odpowiedzi i przeciągłym spojrzeniem spojrzała na młodzieńców. Kasper śmiał się oczami, jak gdyby pomiędzy nim a dziewczyną powstawało coś szczególnego, niezależnego całkiem od rozmowy.
-Mówią, że wkrótce zaczną budować most na Tybrze-rzekła jedna dziewczyna.
-Mnie zaś mówiono- rzekł Filip, podchodząc do Uli- że wkrótce wykopią ogromny dół i zakopią w nim wszystkie dziewuchy za tom, że nie kochają chłopaków. Mówiąc to, zrobił taki śmieszny grymas, że wszyscy roześmiali się…Tę chwilę przerwał Kasper:
Zostanę tu do rana. Daj mi pestek- dodał, wyciągając rękę.
Emilka znów uśmiechnęła się i odsłoniła zlekka koszulę.
-Nie bierz wszystkich-rzekła.
-Tęskniłem wciąż za tobą. Jak „wierzę Bogu, jestem dzieckiem Ojca i bratem dla każdego człowieka”- rzekł szeptem i przysunąwszy się do niej jeszcze bliżej, zaczął zupełnie cicho coś mówić do niej, śmiejąc się przy tym oczami. Nie przyjdę- głośno nagle powiedziała Emilka, odsuwając się od niego.
-Przyjdź, Emilko-wyszeptał Kasper.
Emilka odmownie poruszyła głową, lecz uśmiechnęła się.
-Emilko! Emilko! Mama woła cię na kolację- zawołał, podbiegając mały braciszek Emilki.
-Zaraz przyjdę-odparła dziewczyna; idź, mały, idź sam, zaraz przyjdę.
Kasper wstał i uchylił czapki.
-Na pewno i mnie będzie lepiej pójść do domu-rzekł z udaną obojętnością i , ledwo powstrzymując uśmiech, zniknął za węgłem domu.
Tymczasem zapanowała noc nad miastem. Ciemne niebo usiało się gwiazdami. Na ulicach było ciemno i pusto. Filip został na ławce z dziewczętami, Kasper zaś odszedłszy cichym krokiem od Emilki, zgiął się jak kot i pobiegł w stronę pałacu. Minąwszy dwie ulice i skręciwszy w zaułek, poprawił na sobie mundurek i usiadł w cieniu parkanu. „To ci dopiero święta!- pomyślał- pożartować nawet nie chce!- Poczekaj, dziewucho!” Nagle usłyszał kroki zbliżającej się kobiety. Zaczął więc wsłuchiwać się w nie i roześmiał się. Emilia szła z opuszczoną głową w stronę miejsca, na którym siedział Kasper, który, ujrzawszy ją, podniósł się. Emilka drgnęła i zatrzymała się. Niech cię diabli wezmą! Przestraszyłeś mnie. Czemuś nie poszedł do domu?- zapytała Emilka i głośno roześmiała się. Kasper objął jedną ręką dziewczynę, drugą zaś ujął ją za podbródek.
-Coś ci chciałem powiedzieć…rzekł drżącym głosem.
-Masz tobie, rozmawiać mu się zachciewa w nocy- rzekła Emilka.
I uwolniwszy się z jego objęcia, Emilka zrobiła kilka kroków w tył. Doszedłszy do parkanu swego podwórza, zatrzymała się i zmierzyła dumnym spojrzeniem Kaspra, który szedł za nią i błagał ją, aby nie odchodziła.
-Powiedz, coś chciał powiedzieć, Marku nocny?- i dziewczyna znów roześmiała się.
-Nie śmiej się ze mnie, Emilko! Powiedz słowo, a tak cię będę kochał, że zrobię dla ciebie, co zechcesz. Wierzaj mi!- I Kasper brzęknął pieniędzmi w kieszeni. Teraz będziemy żyli razem. Ludzie cieszą się, a ja cóż mam za pociechę. Żadnej radości od ciebie nie widzę, Emilko. Dziewczyna nic nie odpowiadała, łamiąc szybkimi ruchami palców chrust na drobne kawałki. Nagle Kasper, zacisnął pięści i zęby.
-Po co wciąż czekać i czekać! Czy nie kocham cię, Emilko? Rób ze mną, co chcesz- nagle powiedział, groźnie marszcząc brwi i schwycił ją za obie ręce. Emilka nie zmieniła spokojnego wyrazu twarzy i głosu.
-Nie wariuj, Kasper, lecz słuchaj, co ci powiem. Puść mi ręce. Być może, wyjdę za ciebie za mąż, głupstwa zaś nigdy w życiu nie zrobię- rzekła Emilka, patrząc mu prosto w oczy.
-Za mąż wyjdziesz? To co innego. Pokochaj mnie teraz Emilko- rzekł Kasper, spokorniawszy nagle i z uśmiechem patrząc w jej oczy.
Emilka przytuliła się do niego i pocałowała go mocno w usta.
-Braciszku!- szepnęła przy tym i porywczo objęła go. Potem nagle wyrwała się z jego objęć i pobiegła do domu. Mimo że młodzian błagał ją, aby zaczekała jeszcze chwilkę, Emilka nie zatrzymywała się.
-Odejdź, bo zobaczą!- rzekła- zdaje mi się, że nasz lokator przechadza się po podwórzu.
Kasper zastał Filipa w pobliżu i przespacerowawszy się z nim, poszedł do domu.
Cały ten wieczór spędził z „wujem Jerzym” na ganku swego nowego mieszkania. Przy stole, na którym stały: samowar, butelka wina, z cygarem w ręku słuchał opowiadań starca, który usiadł u jego stóp na schodkach. Dokoła uderzała rozkoszna jasność, bowiem księżyc był w pełni, więc zadomawiał się wszędzie, oświetlając kolumny ganku, stół i białą strzyżoną głowę starca. Ćmy fruwały nad stołem. Wuj wciąż napełniał szklanki, życzył Kacprowi zdrowia i mówił bez końca. „Ach, ludzie nie mają duszy”- opowiadał o swej miłości, o swym przyjacielu, o polowaniu, w czasie którego zabił dwa jelenie i o swej wybrance, która przybiegała do niego po nocach. Stary wszystko to tak żywo i barwnie opowiadał, że Kasper nie spostrzegał się, jak mijał czas.
– Takie to dzieje, mój drogi- mój stary- nie znałeś mnie za złotych moich czasów, a szkoda, bo wiele rzeczy pokazałbym tobie. Obecnie wuj Jerzy zaledwie lizał dzban, dawniej zaś cały pułk o nim mówił, bo któż miał najlepszego konia, najlepszą szablę? Oczywiście, że Jerzy. Kogo wysłano w góry, aby zabił nieprzyjaciela? Oczywiście-Jerzego. Kogo najbardziej kochały dziewczyny? Oczywista rzecz-Jerzego, ponieważ byłem prawdziwym bandytą, pijakiem, złodziejem i śpiewakiem…do wszystkiego byłem zdolny. Teraz nie ma już wojaków. Wprost nieprzyjemnie patrzeć. Od ziemi nie wyrośli. Włoży takie głupie buciska i niewiadomo czemu cieszy się, albo też po świńsku zchleje się jak bela. Ja zaś byłem Jerzy złodziej. Przyjaciółmi moimi był nie jeden, lecz wielu książąt. Przyjaźniłem się z różnymi ludźmi, z każdym człowiekiem bez różnicy, byleby był pijakiem. Ty, powiada, powinieneś wyrzec się rozkoszy tego świata. Miałem przyjaciela setnika, który był niemniejszym zuchem ode mnie. Zabili go, och, kiedy skończy się ta wojna z Napoleonem. Ten ci zawsze twierdził: zdechniesz-powiada- na mogiłce wyrośnie trawa, oto wszystko-Starzec roześmiał się- był z niego kawał straceńca.
-A więc, kiedy umrzesz, wyrośnie trawa? -powtórzył Kasper. Wuj Jerzy widocznie nie chciał wyraźnie wypowiedzieć swojej myśli i zamilkł na chwilę.
-A ty jak sądziłeś? Pij! -krzyknął nagle stary, przykładając z uśmiechem szklankę do ust…
Więc o czym to mówiliśmy?- mówił dalej stary- teraz już chyba rozumiesz co przedstawiam sobą? Jestem myśliwy. Znajdę ci każdego zwierza i ptaka. Wszystko to masz w głowie. Tak siedzi się i rozmyśla. A kiedy nagle w lesie usłyszysz trzask gałęzi łamanych nogami dzików, mocniej coś w tobie uderzy- chodźcie tu! Wywąchają cię, myślisz sobie i siedzisz bez ruchu, a serce: dun! dun! dun! Uderza w twej piersi. Na początku wiosny ujrzałem nagle stado dzików. Zmówiłem więc „Ojcze nasz” i już zamierzałem wystrzelić, gdy naraz samica wydała jedyny dźwięk. Myślałeś, że zwierzę nic nie rozumie? Mądrzejsze jest od człowieka, chociaż nazywa się świnią. Ono wszystko rozumie. Powiedzmy dla przykładu: człowiek może natknąć się na ślad zwierzęcia i nie spostrzeże go, zwierzę zaś, skoro tylko natknie się na ślad człowieka, natychmiast ucieka.; oznacza to, że posiada ono ogromny rozum. Człowiek chce zabić je, ono zaś chce spacerować sobie po lesie. Ty masz swoje prawo, ono zaś swoje. To powiedziawszy starzec opuścił głowę, dziwnie zamyślił się.
Kasper również zamyślił się i zszedłszy z ganka z założonymi w tył rękami, zaczął w milczeniu przechadzać się po podwórzu. Po chwili rozległ się trzask płota. Kasper raz jeszcze dojrzał Emilkę, która zdjęła chustę i usiadła na ławce. I nagle uczucie smutku i samotności, jakiś niewyraźnych pragnień i zazdrości ogarnęło duszę młodzieńca. Ostatnie ognie zgasły, wszystko spało zdrowym, cichym snem. Nagle dobiegły uszu Kaspra dźwięki pieśni, rozbitej na głosy. Podszedł do płota i zaczął słuchać. Młode głosy żołnierzy rozbrzmiewały wesołą pieśnią, największą zaś siłą odznaczał się głos Filipa. Wuj Jerzy nagle podniósł się i spojrzał w twarz Kasprowi.
-Lekko nam duszę zgubić, oh, lekko! Żegnaj, synu, jestem już syty i pijany- dodał po chwili, wstając- czy pójdziesz jutro na polowanie?
-Pójdę.
Starzec wyszedł. Pieśń zamilkła. Rozległy się kroki i zabrzmiała wesoła rozmowa. Po chwili znów dała się słyszeć pieśń, lecz już znacznie dalej i silny głos wuja Jerzego dołączył się do dawnych głosów. „Co za ludzie, co za życie!” pomyślał Kasper, westchnął i sam wrócił do swej izdebki.
Szkatułka i tiara
SZKATUŁKA I TIARA- ks. Stanisław Barszczak
„Począł i urodził nieprawość, a żywot jego gotuje zdrady” -Hiob XVI, 34;
„Oto nie ukróciła się ręka Pańska, aby nie mogła zbawić, ani się obciążyło ucho jego, aby nie usłyszało”- Iz LIX, 1;
„I pokądże takowe rzeczy mówić będziesz, a duch rozliczny mowy ust twoich? Aza Bóg podchodzi sąd? Abo Wszechmogący wywraca sprawiedliwość? Jeśli czystym i prostym będziesz chodził, zaraz ocuci ku tobie, i spokojne uczyni mieszkanie sprawiedliwości twojej…Wczorajszy bowiem jesteśmy, i nie wiemy, że dni nasze na ziemi są jako cień”-
Hiob VIII, 2-9;
„Dni moje przeminęły prędzej, niźli tkacz płótno obrzyna, i wytrawione są bez żadnej nadzieje. Wspomni iż żywot mój wiatrem jest: i oko moje nie wróci się, aby widziało dobra” -Hiob VII, 6;
„Jako wiele mam nieprawości i grzechów, złości moje i występki ukaż mi. Włożyłeś w pęto nogi moje, i strzegłeś wszystkich ścieżek moich, i szladom nóg moich przypatrywałeś się” -Hiob XIII, 23;
„Będą jak plewy przed wiatrem, i jako perz, który wicher rozwiewa. Zachowa synom ich boleść ojcowską: a gdy odda wtedy pozna. Ujrzą oczy jego zabicie, a z zapalczywości wszechmogącego pić będzie”- Hiob XXI, 19;
„I rzekł: żadną miarą więcej nie będę przeklinał ziemię dla ludzi; zmysł bowiem i myśl serca człowieczego skłonne są do złego od młodzieństwa swego; przetoż nie pobiję więcej wszystkiej duszy żyjącej jakom to uczynił. Po wszystkie dni ziemie, siew i żniwo, zimno i gorąco, lato i zima, noc i dzień nie ustaną”- 1 Księga Mojżeszowa VIII, 21;
„Żywot i miłosierdzie dałeś mi, a nawiedzenie twoje strzegło ducha mego. Acz to kryjesz w sercu twoim, wszakże wiem, iż wszystko pamiętasz”- Hiob X, 12;
1. W pałacu księcia Paluzzo Altieri
Rzym ówczesny był pełen teatrów, najczęściej komedii buffo, mieszczących się w dalekich, brudnych zaułkach, zapełniających się tłumem obdartusów i powozami w dniach przedstawień. Wśród wzlotów i upadków , pokusy sławy, Antoniego Del Buffalo, przyszłego ojca św. Kaspra, spotkało wielkie szczęście, które wynagrodziło mu wszystko w nadmiarze: żona, Anuncjata Quartieroni, dobra i piękna. Pochodziła ze skromnej rodziny arystokratycznej. Zawarli małżeństwo 3 września 1781 roku w kościele parafialnym Św. Praksedy i początkowo wynajmowali skromne mieszkanie w okolicy San Martino ai Monti na Eskwilinie, później zostali wyeksmitowani, a wówczas Antoni porosił o mieszkanie wśród służby i otrzymał je w roku 1787. Zajmując mieszkanie w pałacu Altieri, małżonkowie sprowadzili ze sobą dwoje dzieci: Alojzego, urodzonego w 1782 roku i Kaspra urodzonego 6 stycznia 1786 roku. Antoni miał dosyć gwałtowny charakter sportowca. Kasper był dzieckiem bardzo wrażliwym i źle znosił zmiany humoru i wybuchy ojca. Anuncjata cierpiała z tego powodu, lecz rozumiała męża i mu współczuła, Kasper natomiast przestawał jeść. Antoni będąc kucharzem księcia, w rzeczywistości był dobrym człowiekiem, religijnym, przystępował do sakramentów świętych, nie popełniał złych czynów.
Kasper został ochrzczony w drugim dniu swego życia, 7 stycznia 1786 roku w parafii San Martino ai Monti. Był bardzo wątły, bierzmowano go w domu w rok po narodzinach, ponieważ obawiano się, że może umrzeć, chorował przez dwa lata na oczy i niespodziewanie wyzdrowiał. Wszyscy przypisywali ten fakt wstawiennictwu św. Frańciszka Ksawerego. Wchodząc już na stałe w atmosferę i otoczenie pałacu Altieri, małżonkowie Del Buffalo przestali uczęszczać do drogiego im kościoła San Martino ai Monti, a zaczęli chodzić do monumentalnego del Gesu. Gdy miał sześć lat Kasper przystąpił do pierwszej spowiedzi, w kościele del Gesu. Odtąd regularnie przychodził do konfesjonału, coraz ostrzej oceniając swe błędy i grzechy w dążeniu do doskonałości. W dzieciństwie nie był samotnikiem. Zaprzyjaźnił się z córką szafarza w pałacu Altieri Marią, dwa lata starszą od Kaspra. Druga przyjaźń łączyła chłopca z Filipem, który mieszkał naprzeciwko i razem z nim Kasper chodził do szkoły. Rano Filip przychodził po niego i szli razem do pobliskiej szkoły elementarnej ojców pijarów przy kościele San Nicola dei Cesarini. Maria, Kasper i Filip wzruszali się rozmyślając o tym, jak Jezus upadał pod ciężarem Krzyża, jak był policzkowany.
-A ja wam powiadam, Antoni, że w tym pokoju dzieje się coś niedobrego. Stary Sulimo odstawił kubek z miodem, otarł wąsy i wzruszył ramionami.
-At…bajecie! Żali nie powtarzał nieraz ksiądz, że żadnych duchów i upiorów nie ma na świecie?
-Jać nie wiem sam, co o tem myśleć- odpowiedział stary sługa, wpatrując się w miód, przeświecający złociście przez zieloną szklankę. Po chwili milczenia dodał:
-Chociem stary, mam uszy, chwalić Pana Boga, dobre. Nieraz słyszałem w tym pokoju jakieś stukania, szmery…
-Iii…Szczury!- bąknął sceptycznie Sulimo, ujmując swoją szklankę.
-Zali szczury potrafią mówić ludzkim głosem?- odpalił Sowa.
Chłopcy odznaczali się czymś szczególnym. Wszyscy byli świadomi, jakie sprawy są dla nich najważniejsze. Rozmyślali o Bogu, o Chrystusie i gdy tylko czas na to pozwalał, chodzili do kościoła. W domu naśladowali na swój sposób obrzędy święte i procesje. Kasper, Maria i Filip stwierdzili kiedyś, że w Turcji są ludzie nienawidzący Chrystusa i wielu milionom grozi potępienie. Zapadło postanowienie: ”Trzeba jechać”. Jednak sprawa wyszła i nie powiódł się spisek. Mama Marii spostrzegła brak bluzy i spodni jednego z synów. W momencie szukania Maria załamała się. Naturalnie trzeba było powiedzieć wszystko, także i imiona wspólników, którzy, poddani pytaniom wyznali całą prawdę. Jedenasty rok życia Kaspra zaznaczył się w szczególny sposób, otrzymał zezwolenie noszenia stroju abatino, na co ksiądz proboszcz z kościoła San Marco chętnie się zgodził.
W roku 1790 otoczenie pałacu Altieri stanowiło ciasny zaułek, pełen niezwykłych ludzi, jednak odpowiadający fantazji przyszłego świętego, tego dziwnego i pełnego bólu człowieka. Tłum o brudnych brodach, płaszczach w strzępach, z kijami. Włóczący się, wykrzykujący bluźnierstwa i klątwy, ustawicznie wyciągający ręce po jałmużnę. Ich ideałem było tylko kilka groszy czy kawałek chleba, dlatego więc gromadzili się w pobliżu książęcego pałacu i zawsze coś z tego mieli. Kasper, Maria i Filip zawarli z nimi przyjaźń. Rankiem, przed pójściem do szkoły, Kasper i Filip brali swe koszyki ze śniadaniem i opróżniali je częściowo lub w całości, rozdzielając ich zawartość głodnym.
Ponieważ Kasper uczęszczał przez kilka lat do szkoły pijarów, został dopuszczony do infimy (tutaj poznał początki gramatyki i zarys historii rzymskiej po łacinie), wstąpiwszy do Kolegium w latach 1797-1798. Na następne kursy uczęszczał do roku 1802, po czym przeszedł na kursy filozofii, matematyki, fizyki i teologii. Uczęszczał przez sześć lat na te kursy odpowiadające poziomem liceum, a w ostatnich latach uniwersytetowi. Już wtedy zwracał się do Filipa, towarzysza studiów i mówił: „Może pójdziemy do prawdziwej siedziby wiedzy”; skupiał się wówczas i kierował wzrok na wizerunek Krzyża lub obraz Matki Bożej. Zmartwienia przychodziły i odchodziły. Kasper cały swój czas poświęcał modlitwie, nauce i życiu rodzinnemu. Lecz wkrótce otworzyła się przed nim tajemnicza „droga krzyża”: obowiązek uczestniczenia w dziele miłości i apostolstwa oraz kolejne stopnie w życiu duchowym.
2. Rok 1809
Za nami okrutne lata Rewolucji Francuskiej. Bardzo szybko Kasper zaczął pojmować wieści, jakie krążyły po domach i ulicach, gdy nadchodziły nowiny zza Alp, że gwałtowna fala dechrystianizacji wybuchła we Francji i rosła jak rzeka w czasie burzy, szczególnie podczas „drugiego terroru”. W „straszliwym roku” 1793 Fouche celebrował z wielką pompą 10 sierpnia w Nevers cywilny chrzest swej córki Nievre. 100 mil od Nevers zniszczono wszystkie krzyże, kapliczki i celebrowano święto Rozumu. 25 sierpnia przewodniczył odsłonięciu posągu Brutusa ustawionego w katedrze i potępił „sofizmaty” religijne, w tym samym dniu wydał edykt przeciwko celibatowi zakonnemu i kościelnemu, zobowiązując wszystkich duchownych do małżeństwa lub co najmniej do adopcji jednego dziecka albo wzięcia na utrzymanie niedołężnego starca. 9 października oświadczył, że ma zamiar zastąpić wszystkie zabobonne i
Ballada o dumnym rycerzu cz.2
Zawarło w sobie bezpośrednio więcej siły Bożej, niż jakakolwiek inna rzecz na świecie” /zob .Z. Kossak, Król trędowaty, Poznań 1948, s. 346/.
2. Dowód miłosierdzia
Królestwo Franków upadło, przeżyło swój wiek. Emir mylił się. Wiara chrześcijan jest widocznie równie bezsilna i niedoskonała jak każda inna ludzka wiara. Krzyż upadł, Bóg go nie podniósł . Nie ma już co pragnąć poznać, nie ma czego szukać…Czyż to możliwe? Zwycięski sułtan snuje myśli dalej: „Prorok Jezus podobno żąda bardzo wiele. Pragnie ofiary całkowitej, oddania się zupełnego…Jest chciwy dusz. Duszom tym każe przeinaczać się wedle Jego woli…Nie łatwo Go zadowolić…Ale mimo to Prorok Mahomet zwyciężył Proroka Jezusa…Wzdycha ciężko sułtan z żalu, z duchowej rozterki, stęka jak lew z niezaspokojonego łaknienia. Wypatruje w ciemność oczy , jak gdyby czekając znaku…Lichszym się czując niż szakal, nędzniejszym niż żebrak wędrowny, wielki zwycięski sułtan doprasza się Boga o znak”/tamże,s.356/. Natomiast król Baldwin nie czuje się królem, nie czuje się odpowiedzialnym, nie zdaje sobie sprawy z rozmiarów klęski i tego, co ona oznacza. Czuje się po prostu biednym chłopcem, wciągniętym wbrew woli w straszliwy krąg przygód; żali się i skarży jak Hiob- nieśmiertelne ucieleśnienie człowieczej niezawinionej niedoli: „Czemum w żywocie nie umarł, wyszedłszy z żywota nie zginął?!…Panie, któryś mnie stworzył po to, żeby zniszczyć!…Zali nie zsyłasz cierpienia nad siły?…Jak niewolnik pragnę cieniu i nicości. Brzydzą się mnie szaty moje…Na słowa Hioba-człowieka odpowiada przestrzeń wypełniona Bogiem. Szumi niby wielka muszla. Napływa łoskotem niewidzialnych fal….Widziałeśli na on czas, że się masz urodzić, a znałeś liczbę dni twoich?…Straszliwie huczy przestrzeń wypełniona Bogiem. Truchleje od niej serce, zamierają zmysły. Na coś się ważył nikczemny człowieku? Cóż twoja rozpacz, twój ból?…Baldwin unosi się z ziemi: Chryste! Chryste cierpiący! Ty jedyny! Ty, Bóg, co drżałeś i lękałeś się! Ty, co znałeś nędzę ludzką!…Cierpiałeś niezawiniony!Pokorne kładziesz wysoko, a smętne obdzielasz zdrowiem…Aż od sklepienia, czy z głębi własnego zdręczonego serca nadpłynie głos, już nie przerażający huk szumiącej grozy, ale bliski głos człowieczy…-Dlaczego płaczesz? Powstanie w mocy, co siane w słabości. Nieskazitelnym powstanie skażone. Siłą miłości mojej i przymierza ze mną. Te są słowa moje, które nie przeminą, choć światy upadną i zgasną.- Czemu płaczesz? Zmartwychwstaniesz! Toć daję. Czy jest większy cud, o który byś prosił? Czy targujesz się ze mną o nędznych parę chwil żywota dzielących cię jeszcze od chwały? Nie płacz, ale raduj się! Zmartwychwstaniesz!/ por. tamże, s.124/. Znaleźli króla trędowatego w Grobie Pańskim. Był na poły przytomny, ale w oczach miał dawno nie zaznany spokój.
Bywali wówczas wspaniali rycerze. Z najpierwszych rycerzy znaczni tu są Rajmund III. Mądry to rycerz i rozważny. Na radzie ma pierwszy głos. Dalej z rycerzy bardzo możny jest Wilhelm, zwany Długomieczym, ma się żenić z siostrą królewską , a potem po śmierci króla panowanie objąć. Już się k’ niemu ludzie garną a przychlebiają, za następcę tronu uważając. Dalej Baldwin z Ibelinów. Dalej Renald; ten całkiem na Araba patrzy, nie na chrześcijanina.
Słońce skryło się, zapadło gdzieś w odmęty morskie. Płowe barwy pustyni zgasły, zsiniały, stały się zimne i trupie. Pielgrzymi ułożyli się do snu na ziemi, zbijając się dla ciepła ciasno wokół zwierząt, bo noce bywały chłodne. My znów spotykamy emira, którego słudzy otulili w potrójne ciepłe koce i pozostawili samego, jak chciał. Leżąc na wznak patrzył w głębokość nieba utkaną gwiazdami, czekał na nieśpieszny sen i snuł dalej wątek myśli. Matka…Kim była właściwie? Jak się zwała? Jak na nią rodzice wołali? Być może, że wśród swoich pozostawiła męża, synów?Może ktoś z jej rodu mieszka w tym kasztelu? Jak dobrze byłoby móc pójść do niego z wyciągniętą dłonią i powiedzieć:”Bracie! Mamy w żyłach wspólną krew”. Opatrzność postawiła go w orbicie wpływów dwu Królestw:Arabów i Franków, lecz widzi twarze swoje po jednej i po drugiej stronie; choć nie jest mu dane rozumieć słów:Chrystus vincit… To szkoda, że nie zostaje.
3.Przebacz bracie!
Na poły latyńska krew ciągnie go ku Frankom, o których tyle słyszał, których nie zna wcale. Dlaczego właściwie omieszkał tylokrotnie nadarzającą się sposobność poznania? Z lęku, że nie okażą się godni tego, co o nich mówiła matka? Matka! Niepodobna do żadnej innej kobiety, dumna, mądra, wywierająca wpływ na wszystkich, co się z nią zetknęli. Mawiała doń nieraz:”Pomyśl ,synu, zali nie najlepszy dowód, że wasza wiara niższa od mojej, to krzywda, jaką czynicie niewieście? Spójrz na mnie i powiedz, zali nie mam duszy tobie równej?” /por.tamże,s.195/. Zaprawdę, miała ją, nie tylko równą., alewyższą od niejednej męskiej. Rycerską, chrobrą duszę. Lecz stado kobiet obciążonych tobołami, drepczących za karawaną, nie posiadało takiej takiej z pewnością. Prorok nie mógł się omylić.
Nie masz chyba na świecie piękniejszego słowa niż to właśnie:”Bracie!” Słodsze jest od miana kochanki, dziecka, dźwięk ma szlachetniejszy od złota. Jakże cudownie zmieniłby się świat, gdyby wszyscy ludzie pozdrawiali się tym imieniem! Wszyscy ludzie, którzy chwalą Boga i pragną Jego królestwa na ziemi, są braćmi. Choćby pan tego kasztelu / przypomnijmy, że chodzi o średniowieczny zamek/ nie był wspólnej ze mną krwi, pójdę jutro do niego i powiem:”Bracie, powiedz mi o twojej wierze”. Tak uczynię- myślał emir następnego dnia, gdy w żarze słońca, w obłoku wzniesionego kopytami pyłu, kroczyli dalej, a wieże kasztelu Karak widniały coraz to bliższe. Lecz nagle błyska broń. Brzmi wzgardliwa, obca mowa. Na miecz Proroka! To nie lwy! To Franki! Rąbią bezbronnych stłoczonych pielgrzymów, kłują włóczniami, walą oszczepami, tratują powalonych, wpychają się konno w sam środek gromady, odcinają od wielbłądów, by nikt się nie zdołał ratować ucieczką. Kobiety, rzuciwszy juki, wyją z przerażenia. Napastnicy zdzierają im zasłony z twarzy. Wydzierają z ramion matek maleńkie dzieciny. Gaszą bezlitośnieich bezgrzeszne ich bezgrzeszne życie. Zrazu, oniemiały z grozy emir płonie gniewem, rzuca się na pierwszego z brzegu napastnika, przykład jego działa. Lecz daremne ich wysiłki. Aż w końcu dzień gaśnie w oczach emira, jest jednak jeszcze przytomny. Całe życie pragnął poznać Franków, oto ich poznał nareszcie! Oto stoi nieopodal wódz szlachetnego wojska, które napadło bezbronnych pielgrzymów. Niewątpliwie wódz. Nad nim proporzec, na proporcu krzyż. Gdyby mi starczyło sił- myśli emir-wstałbym, by nań plunąć. O matko; matko, taka twoja wiara?! Patrząc nadal z pogardą, z żalem bezmiernym, wyniosłym, widzi, że między szeregi wpada jakiś człowiek. -Przebacz bracie- powtarza stary człowiek tak uparcie, jakby nic innego powiedzieć nie umiał. Łzy kapią z oczu wprost na twarz umierającego. Miałem matkę chrześcijankę. Mówiła, że wasza wiara najlepsza. Kłamała. – Nie! Nie! Ona mówiła prawdę! Bracie, prawdę! – Czemuście tacy podli?! – O bracie, nie wiem dlaczego. Wiara do tego nic nie ma.
Gdzie ludzie, gdzie Bóg! Woła z rozpaczą Wilhelm, arcybiskup Tyru, który co wrócił do Jerozolimy. Może mówić, dowodzić, co chce… Emir, mimo wiadomości o wypowiedzeniu wojny przez Aladyna, już go nie usłyszy.
Kościół wskazując na Chrystusa w tajemnicy jego męki, objawia także swoją własną tajemnicę/ por. dokument Jana Pawła II Ecclesia de Eucharystia/. Jeśli w dniu Pięćdziesiątnicy przez dar Ducha świętego Kościół rodzi się i wychodzi na drogi świata, to momentem decydującym dla jego tworzenia się jest z pewnością ustanowienie Eucharystii w Wieczerniku. W tym darze Jezus Chrystus przekazał Kościołowi nieustanne uobecnianie tajemnicy paschalnej. Kościół katolicki otrzymał Eucharystię od Chrystusa swojego Pana, nie jako jeden z wielu cennych darów, ale jako dar największy, ponieważ jest to dar z samego siebie, z własnej osoby w jej świętym człowieczeństwie, jak też dar Jego dzieła zbawienia. Ofiara ta ma do tego stopnia decydujące znaczenie dla zbawienia rodzaju ludzkiego, że Jezus złożył ją i wrócił do Ojca dopiero wtedy, gdy zostawił nam środek umożliwiający uczestnictwo w niej, tak jakbyśmy byli w niej obecni. “Ofiara Chrystusa i ofiara eucharystyczna są jedną ofiarą” /Katechizm Kościoła Katolickiego,1367/. “Ofiarujemy wciąż tego samego Baranka, nie jednego dziś, a innego jutro, ale zawsze tego samego. Z tej racji i ofiara jest zawsze ta sama./…/Również teraz ofiarowujemy tę żertwę, która wówczas była ofiarowana i która nigdy się nie wyczerpie”/ św.Jan Chryzostom/.
Eucharystia przez swój ścisły związek z ofiarą na Golgocie jest ofiarą w pełnym sensie…jest też darem dla ojca /zob.Encyklika Ecclesia de Eucharistia,s.21/. Św. Ambroży przypominał: “Jeśli dzisiaj Chrystus jest twój, zmartwychwstaje dla ciebie każdego dnia”. A św. Paweł odnosił się do jednoczącej skuteczności uczestnictwa w Uczcie eucharystycznej:”Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba” /1 Kor 10,17/. Jan Paweł II pisze o odradzającej jedność mocy Ciała Chrystusa, dar Chrystusa i Jego Ducha, który otrzymujemy w Komunii eucharystycznej, wypełnia z obfitością gorące pragnienia braterskiej jedności. Z kolei posługa kapłanów ukazuje, że Eucharystia przez nich sprawowana jest darem, który przewyższa zdecydowanie władzę zgromadzenia /s.42/. Chrystus Pan konsekrował na swym ołtarzu “tajemnicę pokoju i jedności”/św.Augustyn/. Niezmierzony dar eucharystii przekracza przeto średniowieczny architektoniczny kształt ludzkiego serca. “Jeśli Eucharystia jest tajemnicą wiary, która przewyższa nasz intelekt, a przez to zmusza nas do jak najpełniejszej uległości Słowu Bożemu, nikt tak jak Maryja nie może być wsparciem i przewodnikiem w takiej postawie” /s.76/. “Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” /J 2,5/. Nadto z uczuciami św. Tomasza z Akwinu: “Bone pastor,panis vere…nakarm nas i strzeż, doprowadź nas do wiecznych dóbr w krainie żyjących” pozwólmy więc, aby i nasza dusza otworzyła się na kontemplację celu, ku któremu tęskni serce spragnione radości i pokoju.
Ballada o dumnym rycerzu
„Ballada o dumnym rycerzu”
1.Czekając znaku
2.Dowód miłosierdzia
3.Przebacz bracie!
1.„Tu niedaleko mam ja sąsiada
co już od serca w proch się rozpada…
ten ci jest śmiercią ode mnie starszy…
i śpi na żmijach głowę oparłszy…/B. Leśmian/
2. „W rozbolałego serca żywą księgę
zapisz na zawsze słowa takiej treści:
jak ruda w ogniu znajduje potęgę
Oczyszczającą, tak człowiek w boleści”/ J. Kasprowicz/
3.”Wskażcie mi jeden lud ,do kroćset czartów,
co by tak zasnął w wielkości obłędzie,
tak był poniechan i przemilczan wszędzie
wszędzie tak był pełen laurowych bękartów,
tak dumny z swoich dawnych malepartów,
A Don Kichotów podległy komendzie” /A.Nowaczyński/
4.”O sułtanie Saladynie powiadają, że ma potęgę, jakiej żaden sułtan nie posiadał od czasów Harun-al- Raszyna, któren z Karolem wielkim przyjacielstwo trzymał. Saladyn ,gdyby zechciał, mógłby państwo jerozolimskie zgnieść, jeno że to ludzki człek, i choć poganin, chrześcijanom przychylny. Rad utrzymuje pokój, tylko że go panowie baroni ustawicznie drażnią” /Z.Kossak, Król trędowaty/
1.Czekając znaku
Moab to pustynna kraina. Na zachód ciągnie się Morze Martwe otoczone wieńcem wzgórz .Sucha, kamienista ziemia dźwięczy martwo pod kopytem, nigdzie śladu zieloności; a z rozpadlin sterczą uwiędłe, gorzkie badyle. Słońce pali żywym ogniem, tak że pancerze rozprażone grzeją nieznośnie ciało. Pył wżera się w usta, w oczy; powietrze drży od gorąca. Wlecze się wolno długi, spieczony dzień. Konie spuszczają głowy i zwidy łudzą wzrok jadących. W rudym od żaru powietrzu ukazuje się miasteczko, bliskie, że kamieniem rzucić. Białe pałace, zieleń trawy, szafirowa toń jeziora…Migocze to, kusi, drga na większą udrękę idących. A trochę dalej na wystającej skale nad gęstymi znieruchomiałymi falami stoi skamieniała postać żony Lota, Moabowej zbyt ciekawej matki. W tych dziedzinach bardziej niż w jakichkolwiek innych znać, że Bóg nie lubi wglądu w swoje sprawy . Krajobraz jest surowy , groźny i nieprzychylny krzykliwym ludzkim małostkom. Wszystko, co się w ciągu wieków na tej ziemi zdarzyło ,zostawia swój trwały ślad. Zamieszkujące tu niegdyś plemię olbrzymów Emim przeorało dziwaczne wąwozy, wyrzeźbiło stromizny gór. Przywleczona przez Asyryjczyków wiara w Baala Peora, ponure bożyszcze żądne krwi ludzkiej, zabarwiła wzgórza czerwono-rdzawym nalotem, że wyglądają odtąd niby zlane zastygłą posoką. Dawno nie ma już olbrzymów, zapomniane imię bożka, lecz góry ich wznoszą się posępnie nad postacią, a wiatr omiata rudy pył zasypujący oczy karawanom. Nawet wieże kasztelu granicznego wynurzające się zza wzgórz, acz niedawno powstałe nabierają w tym kraju pozoru rzeczy wrosłej w grunt, niezniszczalnej na wiek wieków.
Idąc tym krajem, zali można myśleć o czym innym niż o Bogu? Pustynia jest żywiołem, a każdy żywioł tchnie Bogiem. Nie masz tu nic krom Niego – tak myśli emir powracający z pielgrzymki. Choć słudzy prowadzą za nim bogato objuczone wielbłądy , stary emir kroczy pieszo jak wszyscy pielgrzymi. Pogrążony w dumaniach , nie czuje zmęczenia. Ciało słania się od trudu, lecz dusza czuje się lekką. Cóż mnie tu wiąże , wędrowca? Wypełniłem swoje czasy…Darmo , jak uosobienie wdzięku widomego świata, kuszą wzrok złudne, prześliczne obrazy ukazujące się w rozedrganym słońcem powietrzu. Cieniste gaje, fontanny, dachy i wieże, zaklęte miasto, uniesione niegdyś niegdyś powietrze przez duchy. Stary emir patrzy na nie obojętnie. Wokoło emira długą, nie kończącą się gromadą wędrują pielgrzymi. Pod białym turbanem snują swoje myśli. Nie są niczym obciążeni, nie niosą nic. Noszą jednakie czarne, wyrudziałe szaty, lica mają zasłonięte. Nie podniosła ich serca pielgrzymka, w której chociaż obecne, nie brały udziału. Kobietom nie wolno wchodzić do świątyni…Nie mają wszak duszy. Nie ponoszą odpowiedzialności, a Prorok odmówił im także rozróżnienia zła od dobra. Nie rozumieją swych czynów więcej niż osioł lub wielbłąd, a znacznie mniej niźli koń. Emir patrzy na płonące od słońca wieże z trudnym do określenia uczuciem. Na poły latyńska krew ciągnie go ku Frankom, o których tyle słyszał, których nie zna wcale. Ciągnie nie od dziś. Całe życie pragnął w skrytości zbliżyć się ku nim. Nie uczynił tego/ może raz/, a oto teraz dożył wieku, stoi gotów do odejścia i nigdy już pewno życzenia tego nie urzeczywistni. Przed chwilą myślał, że wszystko, co należało wypełnić, wypełnił…
Nie wszystko. Tego mu brak./por.Z. Kossak, Król trędowaty, Poznań 1948/
Rok 1179 dobiegał końca. Rok ten widział zacięte walki między cesarzem Fryderykiem Rudobrodym a księciem Henrykiem Lwem, między antypapieżem Kalikstem a papieżem Aleksandrem, między Rzymianami a Lombardami, między królem angielskim a królem francuskim, nie zmienił jednak w niczym powszedniego trybu życia w ustronnym kasztelu Luzynianów. Jak zeszłej , zaprzeszłej i zadziesiątej jesieni, na podwórzu stało gęste, lepkie błoto, możliwe do przebrnięcia tylko w wysokich skórzniach albo drewnianych chodakach. Krowy idące do wodopoju rozbiły je w równe, wąskie zagony. Pastuch Błażej ciągnął wodę ze studni przeraźliwie skrzypiącym żurawiem. Kawki kołowały z krzykiem nad wieżami. W izbie czeladnej przy świetle skąpego ognia dziewczęta przędły śpiewając. W wielkiej sieni stary pan drzemał siedząc w poręczowym krześle przed kominem. Psy naraz układły się wokół niego. Nic się tutaj nie zmieniło…Nie przyszły tu żadne nowinki, nie uwiądł stary obyczaj. Po dawnemu Bóg był Bogiem, pan panem, poddany poddanym. Nawet znany z dawna kiepski wikt i kwaśne latosie wino stawały się miłe jako dowody owej niezmienności.
W Jerozolimie zaś sułtan, poruszony do żywego zbójeckim napadem pana de Chatillon i śmiercią starego swego wychowawcy, kazał wynieść siedmiokrotny buńczuk przed pałac i powiać nim ku zachodowi.-Dość wiarołomstwa!-zakrzyknął –uczynię wolę moją z królestwa giaurów! Wraz też otrąbiono ‘dżihad’, świętą wojnę z niewiernymi, i ściągnięto pułki z granicy. Położenie królestwa jerozolimskiego stało się groźne jak nigdy.
Król unosi się na łożu, chory ,trędowaty i rzecze: ruszam Saladynowi naprzeciw. Chcę, by Święte Drzewo Krzyża poszło z nami. Skąd się wzięło wojsko Baldwina IV? Ano, uproszeni mieszczanie halasowali na murach, symulując wycieczkę, a gdy cała uwaga oblegających skierowała się na ten odcinek, właściwe wojsko z królem i Świętym Drzewem wyszło niepostrzeżenie z grodu południową bramą…Bracia lazaryści ostrożnie sadzają króla na siodło. Przywiązują mocno wpół pasami do łęku. Bezsilne stopy do strzemion, strzemiona wiążą pod brzuchem bachmata. Ramieniem jeszcze król włada. Jeszcze miecz w górę podźwignie. Ogląda się na biskupa, który trzyma Święte Drzewo. Nieśmiały, łagodny staruszek patrzy dzisiaj nieulękle. Obejmuje świętość oburącz. Relikwiarz jest bardzo ciężki, dźwigający święte drzewo przypina je do siebie pasem. Scena ta ma jakiś sens, ważny sens, wszechpotężny…jakieś stwierdzenie supremacji ducha, a może jeszcze coś więcej?… Król wpija oczy w Święte Drzewo, które dźwigało Odkupienie świata, w obecności którego Muzułmanie widzą się mali, to znowu ogromni, bliscy i nagle dalecy. „Krzyż! Znak o niezmiernej mocy. Wystarczy skreślić go dłonią, a pierzchną moce piekielne. Zbliża niebo, oddala piekło, od początku świata jest przeczuciem lub wspomnieniem prawdziwego Krzyża. Więc jeżeli taką siłę posiada znak, wyobrażenie, ile potęgi kryje samo święte Drzewo, Drzewo na którym zawisło Odkupienie ludzi?…Bo wprawdzie wszystko przyrodzenie Bóg pobłogosławił. Zwierzęta przy żłóbku Narodzenia, kamienie przez złożenie w Grobie. Ale drzewo najbardziej było zaszczycone. Spłynęła po nim Krew Pana i śmiertelny pot. Przyjęło jego ostatni dech. Objęli je dłońmi Jan, Matka i Magdalena. Zawarło w sobie bezpośrednio
Opowieści cz.8
Wdzięczny jestem jednemu robotnikowi z remizy, który wszedł w moje położenie.Dowiedziawszy się,że coś niecoś kapuję w ślusarstwie,wstawił się za mną w dyrekcji,podając mnie za swego siostrzeńca.Sądząc według wzrostu dano mi siedemnaście lat i zostałem pomocnikiem ślusarza. Tutaj pracuję dziewiąty rok.To byłoby wszystko o moim dawnym życiu,a co do teraźniejszego,to sami wiecie.
Artur wytarł czapką czoło i głęboko odetchnął.Trzeba było powiedzieć jeszcze rzecz najważniejszą,dla niego najbardziej przykrą, nie czekając na czyjekolwiek zapytanie. I nasępiwszy gęste brwi kontynuował swą opowieść.
Każdy może mnie zapytać:czemu to nie zostałem bolszewikiem,gdy tylko zapłonął ogień? Cóż mogę na to powiedzieć?Przecież daleko mi jeszcze do starości,a oto dopiero teraz odnalazłem swoją drogę. Nie ma tu co ukrywać.Przegapiliśmy tę drogę. Trzeba bylo zacząć już w osiemnastym, kiedy to strajkowaliśmy przeciwko Niemcom.Żuchraj,marynarz,nieraz nam to mówił.Dopiero w dwudziestym chwyciłem za karabin.Skończyła się zawierucha, pognaliśmy białych do Morza Czarnego,wróciliśmy z powrotem.A potem rodzina,dzieci…Ugrzązłem w domowych sprawach.Lecz,gdy nie stało towarzysza Lenina i partia rzuciła hasło,przyjrzałem się swemu życiu i zmiarkowałem,czego mu brak. Mało jest bronić swej władzy,trzeba jedną zgodną rodziną zastąpić Lenina,żeby władza radziecka stała jak żelazna góra.Musimy zostać bolszewikami,bo przecież to nasza partia!
Po prostu,lecz z głęboką szczerością,zawstydzony niezręcznością swego stylu skończył ślusarz swoje przemówienie,wyprostował się,jak gdyby po zrzuceniu ciężaru z ramion i czekał na pytania.
-Może ktoś chciałby zadać jakie pytanie?przerwał ciszę przewodniczący.Szeregi ludzkie poruszyły się,lecz odpowiedź padła z sali nie od razu.Czarny jak żuk palacz,który przyszedł na zebranie wprost z parowozu,stanowczym głosem zawołał:
-O co tu pytać?Czy my go nie znamy?Dać mu skierowanie i sprawa skończona!
Krępy,zaczerwieniony od gorąca i natężenia kowal Gilaka wychrypiał przeziębionym głosem:
-Taki to nie będzie się wymigiwał ,towarzysz z niego będzie niezawodny…Niech głosuje przewodniczący…!W tylnych rzędach,gdzie siedzieli komsomolcy,wstał jeden,niewidzialny w półmroku i rzekł:
-Niech towarzysz Korczagin nam powie,dlaczego osiadł na roli i czy chłopstwo nie odrywa go od psychologii proletariackiej.Po sali przeszedł lekki szmer niezadowolenia i czyjś głos zaprotestował:
-Mów po prostu!Znalazł miejsce na wygłupianie się…
Lecz Artur już odpowiadał:-Nie szkodzi,towarzysze.Chłopak ten słusznie mówi,żem osiadł na roli.To prawda,lecz nie straciłem przez to robotniczego sumienia.Od dziś basta.Przeprowadzę się z rodziną bliżej remizy,tak będzie pewniej.Bo przez tę ziemię trudno mi już oddychać.Jeszcze raz drgnęło serce Artura,gdy patrzał na las podniesionych rąk i nie czując już ciężaru swego ciała i nie garbiąc się poszedł na swoje miejsce.Z tyłu usłyszał głos przewodniczącego:-Jednogłośnie.
Jako trzeci stanął przy stole prezydencjalnym Zachar Bruzżak.Ten małomówny…kończył cicho,ale tak,że wszyscy słyszeli:
-Trzeba mi podjąć pracę moich dzieci.Nie po to one umierały,żebym se swym zmartwieniem zaśniedział gdzieś w kącie. Nie zastąpiłem ich,dopiero śmierć wodza otworzyła mi oczy.Nie pytajcie mnie o to,co już minęło,bo prawdziwe życie rozpoczyna się dla nas od nowa…Zachar wzruszony wspomnieniami nasępił się ponuro,lecz gdy przyjęto go do partii…oczy mu się przejaśniły,a siwiejąca głowa już się więcej nie opuszczała.
XI
W życiu naszym jest nie tylko walka,lecz i radość pięknego uczucia. W kolika lat później w Rzymie , przy wejściu do Bazyliki św. Piotra Artur mocno ściskał dłoń Alfreda. Brat starszy nie
umiał żyć spokojnie,witać ranek rytmicznie leniwym ziewaniem i zasypiać punktualnie o dziesiątej.Spieszył się żyć.I nie tylko sam się spieszył,ale też przynaglał innych.Nie ustawał rozjaśniać najzawilszy mechanizm kapitalistycznej eksploracji. Pierś łęboko wchłaniała ożywczą świeżość morskiego wiatru.
Każdy nie mógł go zobaczyć. A ten człowiek kończył pokoleniowe ‘przerabianie ludzi’.
Artur uparcie wymawiał się od porzucenia pracy zawodowej celem objęcia stanowiska przewodniczącego rady miejskiej.
Alfred z kolei mówił: ze mną dzieje się coś niedobrego…straciłem wiele sił,a nikt mi jeszcze nie odpowiedział na pytanie,kiedy to się wreszcie skończy….mnie nie tak łatwo wpędzić do grobu.Życia mego starczy w zupełności na trzech ludzi.
Alfred obrał sobie drogę,którą postanowił wrócić do szeregów budowniczych nowego życia….Mam już tego dość.Oddałem część swojej krwi dla nauki,a reszta potrzebna mi jest do czegoi innego.żelazny pierścień został rozerwany.
Rok 1928, maj, spotkanie Ojca świętego Piusa XI z pielgrzymami na placu św. Piotra. Nagle dał się słyszeć strzał zamachowca. Biała postać spoczywała w mercedesie,kiedy Alfred zauważył wyciągnięte nerwowo ręce pielgrzymów…
“Ciemna jesienna jutrznia nie rozwidniała jeszcze ulic Krakowa, a wszystkich zbudziła i popędzała jedna konieczność, konieczność zdążenia na pociąg, który miał być ostatnim z ostatnich. Krzyki, nawoływania, przekleństwa, hałas nieopisany zatrzymanego pośpiechu…W środkowej sali dworca wytworzyło się istne przedpiekle. Stosy kufrów, koszów, tlumoków, pudeł, węzłów- zawaliły całą przestrzeń wolną i spiętrzyły się wysoko. Wszyscy tu zagradzali sobie wąskie przejścia, spotykali się i potrącali, złorzecząc sobie nawzajem….Właśnie z dala nadciągał pociąg-ów ostatni. Gdy przedziały wagonów napełnione, nabite zostały ludzkim materiałem i dobytkiem podręcznym, pociąg ruszył leniwie. Okrążał miasto zwolna, pozwalając ludziom pożegnać je oczyma. Kto może- ciśnie się do okien i jeszcze raz zwraca spojrzenie na miasto. Niemal wszyscy zostawiają tu, co mają najlepszego. Jeden tylko w tym gronie zdaje się nic nie wiedzieć o uczuciu żalu, a przeciwnie, wszystko ze sobą zabierać. Jest to ośmio- czy dziewięcioletni obywatel. Podczas gdy jego rodzina biega w pośpiechu z tłumokami, ładuje do przedziału napotrkanego pakunki-on trzyma i pielęgnuje dużą klatkę, ani na sekundę nie spuszczając z niej oka. Aczkolwiek okryta jest z wierzchu czarną jakowąś zasłoną, można przecież dojrzeć, że więzi wewnątrz dużego czarnego ptaka. Mały nadzorca ewakuuje, widać, wraz ze sobą i tego więźnia. Ale oto wkracza do przedziału, potrącając wszystkich i wszystko, jego matka.
-Należy mi się druga klasa!- woła za urzędnikiem na cały peron.
-Pewnie, że się pani należy…-zgadza się flegmatycznie uroczysty konduktor.
Do tego dialogu miesza się mały opiekun klatki chłodną i kategoryczną uwagą:
-Nie drzyjże się mama tak znowu na cały głos, bo mi mama kosa obudzisz!
Dały się słyszeć właśnie sygnały odjazdu. Pociąg drgnął. Mimo smutku przytłaczającego, oczy wszystkich spoglądają na klatkę z pytaniem, czy kos ewakuowany obudził się w istocie, czy też jedyny z nas wszystkich przespał szczęśliwie tę chwile”.
Zakończenie
Przy pisaniu tej przedziwnej historii skorzystaliśmy obficie z kilku pisarzy: S.Żeromskiego, M.Ostrowskiego, S.Weil, H.Sienkiewicza i Z.Krasińskiego. Wszak byli oni bardziej świadomi poruszanych tutaj problemów naszego życia, więcej sprawiedliwi w ocenie wypadków. Dzieło to rozrosło się na naszych oczach. A chcieliśmy tylko zwrócić uwagę Drogiego Czytelnika na dwa interesujące nas hasła=maksymy: “Powiedziałem ci już, że ból jednego człowieka wart jest tyle co ból całego świata”; “Chciałem wiarę utracić, lecz spokój był dalej”. Jeśli lektura tego dzieła zadowoli zainteresowanych, to już będziemy niekłamanie wdzięczni Opatrzności Bożej.
W Ząbkowicach, w listopadzie 2003 r.
Stanisław Barszczak /Ferdynand Jowialny/
Opowieści cz.7
IX
Kiedy zawiadowca stacji wyekspediowawszy pociąg towarowy wracał na tak zwaną salę klasy drugiej, aby połączyć się z towarzystwem, które przed trzema kwadransami opuścił, i otwarł drzwi wchodowe, z peronu wprost do owej klasy wiodące, oczom jego przedstawił się widok dosyć niezwykły. Zgromadzeni dokoła stołu przedstawiciele pewnego odłamu inteligencji miasta powiatowego tworzyli niby jedno ciało, wywijające mnóstwem rąk i nóg, chwiejące się na krzesełkach w najrozmaitsze strony i wrzeszczące dziwnymi głosami. Dwaj urzędnicy powiatowi, wtłoczeni na małą kanapę i zasunięci stołem, trzymali się nawzajem za guziki od tużurków i co chwila ośliniali w czułym pocałunku. Geometra/drugiej klasy/, z pięścią i oczyma wzniesionymi w kierunku sufitu, oświadczał wniebogłosy, że nie pozwoli, aby mu ktokolwiek, kiedykolwiek, jakimkolwiek sposobem lub uczynkiem ubliżał- chociaż nikt mu nie ubliżył ani przed obecnym posiedzeniem, ani podczas jego trwania. Młody doktor miejscowy, czarny i chudy jak sztalugi Żydek, w niebieskich binoklach- zwany złośliwie przez bogobojne stare panny ‘kościotrupem z bakami’- pluł bez skrupułu na środek stołu w kufle piwa i na kamizelki sąsiadów, mrucząc od czasu do czasu, że będzie pluł i nikt nie może go zmusić do odmówienia sobie tej przyjemności. Ryżawy telegrafista wymiotował melancholijnie na kolano inżyniera powiatowego, który przyglądał się temu procesowi z wyrazem niekłamanej życzliwości. Podtatusiały ‘pan profesor’, pełniący obowiązki filozofa i ateusza powiatowego, pukając palcem w plecy chorego telegrafisty perorował coś na temat ‘konwersji pożyczki’ głosem przerywanym przez czkawkę w sposób tak szczególny, że monolog jego sprawiał literalnie wrażenie gdakania kury chorej na pypcia. Wykwintny w manierach i doborze koloru skarpetek tłumacz sądu pokoju zrywał się co chwila od stołu, klękał i składając uroczyście dwa palce w resztkach sosu na półmisku, przysięgał komuś, że go nie opuści aż do śmierci..
Stosunkowo najtrzeźwiejszy z całego tego grona pan Artek Korczagin,teraz zrujnowany obywatel, obecnie posiadający dom i kilkanaście morgów gruntu tuż pod miastem, “szlachcic” kolosalnych rozmiarów, w butach z cholewami po same pachwiny- nie tyle śmiał się, ile rżał, patrząc na scenę, jaka miała miejsce w ciemnym kącie sali obok pieca. Młody student uniwersytetu Adam Warto- siedział tam na ziemi przed skurczonym kelnerem stacyjnym i wydzierał mu rękę, którą ten, płacząc rzewnie, chopwał do kieszeni. Rzecz tak się miała: Warto zażądał od kelnera zapałki, w zamian za której szybkie udzielenie ofiarował czterdzieści kopiejek. Wzruszony kelner pocałował hojnego studenta w rękę. A potem zaczęli się nawzajem całować. Zawiadowca stacji przyłączył się czynnie do towarzystwa i właśnie sama pani bufetowa krzątać się zaczęła dokoła jego osoby, odkorkowując butelki. Wtem zawołał student:
-Panowie- i wskazał na doktora-ten oto obywatel na własne uszy słyszał, jak ksiądz Piwko z ambony mówił, że wszyscy ludzie równi są na tym padole płaczu. Proponuję, abyśmy księdza Piwkę podnieśli na naszych barkach. Wszyscy zaczęli z miejsc swych powstawać, aby iść po owego księdza Piwkę. Wówczas Korczagin chwycił wpół studenta, nałożył mu pierwszy, jaki był pod ręką, kapelusz na głowę, wyprowadził go z sali i kazał posługaczowi przywołać dorożkę. Za każdym uderzeniem kół bryczki o kamienie i wyboje drogi głowy ich uderzały się znienacka i rozbiegały się w różne strony. Jechali już do Korczaginów, jak poczęli uprzejmie się przepraszać, równocześnie zdejmując cudze kapelusze i wpatrując się w siebie nawzajem uparcie.
Nazajutrz Adam zajął się w domu Korczaginów lekturą jedynej książki, której pod tytuł brzmiał: Wincenty Pallotti kroczył niezwykłymi drogami, którymi jeszcze dzisiaj warto chodzić. I wyczytał w niej słowa, które zapamiętał na całe życie. Żył w Rzymie w pierwszej połowie XIX wieku. Był zwyczajnym, pełnym gorliwości apostolskiej kapłanem, mężem wielkich pragnień i mistykiem zatopionym w Bogu. Św. W. Pallotti pozostaje nie tylko świętym, ale “świętym na czasie”, gdyż pragnienia jego stały się bardziej zrozumiałe, a jego świętość- bardzie pociągająca i godna naśladowania. Wyzwolił się z szablonów swojej epoki i wszedł w nadchodzące stulecie ze swymi nowymi myślami, wielkimi pragnieniami i ideałami, ogarniał wszystko; marzy on o Kościele bez widzów. Wszyscy razem marzymy-pomyślał Adam. Prymicje /1818 r./ zapaliły w nim wewnętrzny ogień. Przez dziesięć lat był korepetytorem z dogmatyki na Papieskim Uniwersytecie ‘La Sapienza’. W r. 1821 otrzymał prawo spowiadania wszystkich. W r.1825 jest już kierownikiem duchowym Rzymskiego Seminarium Duchownego. W Rzymie istniało wówczas wiele oratoriów wieczorowych, św. Wincenty prowadził Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej przez piętnaście lat. Św. Wincenty uważał się za ‘nicość grzechu’- mawiał- “jestem przepaścią dziwaczności, szaleństwa i głupoty”. Od r.1835 był rektorem kościoła neapolitańczyków pod wezwaniem Ducha świętego. Niezmordowany ratował w r.1837 biednych w czasie epidemii cholery;podjął pracę duszpasterską w wojskowym szpitalu Cento Preti. W r.1846 władze kościelne zaproponowały mu mały kościół San Salvatore in Onda wraz z przylegającym klasztorem frańciszkańskim. I tenże zwiastun przyszłości zapukał do sumienia świeckich, jak puka się do drzwi. Wincenty Pallotti jest dziś jeszcze bardziej aktualny niż kiedykolwiek. Zachwyca przyjęciem wielkiego planu zbawienia świata, który nakreślił Bóg. I pozostaje jako wielkie żniwo, kiedy zbierze się razem wszelkie dobro człowieka…
Wieczorem, Adam podziękował Korczaginom za klimat braterskiej pogody, jakim tu mógł oddychać i odjechał.
X
Czas prowadzi nas zawsze tam,gdzie nie chcemy iść. I często już zabiła nas siła ciążenia codzienna. Dlaczego dzieje się tak, że z chwilą, kiedy jakaś ludzka istota okaże, że trochę lub bardzo potrzebuje inne, ta oddala się od niej? W strukturze rzucenia i projektu tkwi z istoty nie-ważność. Jest ona podstawą możliwości nieważności niewłaściwego jestestwa w upadaniu, którym ono zawsze już faktycznie jest. Chcielibyśmy jeszcze tutaj rozjaśniać tę nieważność. Jeśli jesteśmy winni, to równocześnie jesteśmy dłużni względem współczesności i wieczności zarazem. Pozwanie ku byciu winnym oznacza wówczas przyzwanie ku możności bycia. Filozofowie pisali o czasie, że jest abstrakcyjną wzajemną zewnętrznością; a o przestrzeni czyli jedynej punktualności, swoistej negacji negacji, jako o niezapośredniczonej obojętności bycia-na-zewnątrrz-siebie przyrody. Czas Kościoła i bieżąca granica wszechświata jest świadectwem, że Bóg nas kocha…Nie można iść w górę, trzeba tam zostać wciągniętym. Z drugiej strony doświadczamy miłości bez względu na osobiste otwarcie. Dwie rzeczy są czymś danym z zewnątrz: konieczność i dobro. I dane są nam razem. Święci zaś twierdzą więcej: wizje, objawienia i wszystko, co w tym rodzaju można pomyśleć, nie są warte jednego aktu pokory. Alfred odczuł więc, że ktoś mu krzyż ogromny ustawił, doświadczył tego, że nim wrócił był Jezus, mimo to starał się patrzeć na świat swymi małymi oczami, za wielkimi na rozpacz. Z dnia na dzień stawał się był świadomy: nikt duszy nie usłyszy, choć ta woła, patrzy. Owa tajemnica zaowocowała w nim spichlerzem późnego żniwa. Spokojny i milczący zazwyczaj Korczagin mówił gorąco i ostro. Nie słyszał był słów Artura: Wzgardzony jesteś ogromnie. A pycha serca twego zwiodła ciebie, który mieszkasz w jaskiniach skalnych, który na wysokości założyłeś swoją siedzibę, który mówisz w swym sercu:’któż mię strąci na ziemię’? . Choćbyś wzniósł się jak orzeł, i choćbyś nawet między gwiazdami założył swoje gniazdo- stamtąd Ja strącę ciebie-wyrocznia Pana” /Ab 2-4/. Natomiast jakby odpowiadał sobie: “I wkroczą ocaleni na górę Syjon, aby sądzić górę Ezawa. I będzie dla Pana królestwo!” /Abdiasza 21/. Otwierał się był na obfitość dóbr w przyszłości, wdzięczny codzienności. Pragnę-mawiał- opreć swoje pożycie z Talą na zasadach równości…Więc wszystko jest zrozumiale! Dni mijały…
Był to wieczór wspominek i czytania urywków z najbardziej wzruszających książek…przyniosły/Katiusza i Wołyncewa/harmonię i pokój wypełnił się pohukiwaniem głębokich basów i srebnym podźwiękiem wiolinu.Tego wieczora Pawka grał wyjątkowo dobrze, a gdy Pankratow ruszył w tan,budząc podziw wszystkich, Pawka zapomniał się i harmonia zatracając nowy styl, zaczęła ogniście rżnąć:..Harmonia wygrywała pieśń o przeszłości, o płomiennych latach i o dzisiejszej przyjaźni, o walce i o radości.Lecz gdy akordeon przeszedł w ręce Wołyncewa i ślusarz wrzasnął siarczyste ‘Jabłuszko’, w zawrotny tan ruszył nie kto inny;lecz sam elektryk.Korczagin, po raz trzeci i ostatni w swoim życiu tańczył wariackiego ‘hopaka’.
Dwieście-trzysta domków niedorzecznie rozstawionych,gdzie popadło jakby przeżywało tę samą tajemnicę.W żydowskiej dzielnicy po drodze do rzeźni stała stara synagoga…Widocznie coś bardzo złego zaszło w tym roku-pomyślał Alfred-skoro nawet tutaj na takim odludziu młodzież patrzy na rabina bez należnego szacunku…
Pociąg wrócił późną jesienią do rodzinnych warsztatów.Korczagin tak uderzył konia, że ten od razu puścił się cwałem.
W tym roku uroczystości październikowe odbyły się na granicy w niezwykle podniosłym nastroju. Korczagina wybrano przewodniczącym komisji paźdz. w pogranicznych wioskach…W deszczową jesienną noc,gdy listopad miał się już ku końcowi, bandyta Antoniuk i owych siedmiu,co z nim byli,przestali znaczyć krwawymi śladami drogę. Wilcze to plemię wpadło w potrzask na weselu bogatego kolonisty w Majdanie-Willi. Przyłapali ich tam komunardzi chrolińscy. Batalion Korczagina otrzymawszy po manewrach doskonałą ocenę odszedł do Beresdowa, a Korczagin pozostał na dwa dni u matki zupełnie wyczerpany fizycznie. Koń stał u Artura.Alfred spał dwa dni po dwanaście godzin, a trzeciego dnia odwiedził Artka w remizie. Od tego zakopconego budynku tchnęło rodzimym zapachem. Chciwie wciągnął nosem węglowy dym.Poczuł znów nieodparty pociąg do tego,co znane mu było od dzieciństwa,. wśród czego wyrósł i z czym się spokrewnił.Wydało mu się, że odchodząc stamtąd stracił coś bardzo drogiego. Ile to już miesięcy nie słyszał wycia parowozów? Jak marynarza wzrusza turkusowy błękit bezbrzeży za każdym razem,gdy po długiej rozłące wraca na morze, tak samo palacza i montera przywoływał teraz ku sobie rodzimy żywioł. Długo nie mógł w sobie zwalczyć tego uczucia. Niewiele rozmawiał z bratem.Zauważył na czole Artka nową fałdę. Artur pracował przy ruchomym palenisku. Ma już drugie dziecko. Jak widać ciężkie jest jego życie. Artur tego nie mówi, lecz i tak jest to widoczne.Popracowali razem godzinę czy dwie.Rozstali się.Na przejeździe Alfred zatrzymał konia i długo spoglądał na dworzec,po czym smagnął wronego i ruszył z kopyta leśną drogą…
Korczagin żegnał się z rejonem.
Na razie występowała wyłącznie młodzież…’jakże oni wyrośli w ciągu tych lat!’…Precz z odszczepieńcami!Dość!Wystarczy już tego błota!
Wystąpił w końcu Ignacy:Towarzysze!Od dziewięciu dni słuchamy wystąpień opozycjonistów…Trzeba, by młodzież znała historię walki Trockiego…Nie pozwolimy burzyć jedności naszej wielkiej partii.
Rok tysiąc dziewięćset dwudziesty czwarty upamiętnił się wkraczając do historii lodowatym, siarczystym mrozem…Na kolei południowo-zachodniej śnieg zasypał tory. Ludzie walczyli z rozbestwionym żywiołem. Stalowe śmigła pługów śnieżnych wrzynały się w góry śniegowe,torując drogę pociągom. Rozeszła się wieść:Lenin umarł…Prosimy więc przeegzaminować nas na dzisiejszym zebraniu i przyjąć do partii Lenina.
Każdy na sali rozumiał, że dzieje się coś niezwykłego. Tam, gdzie dopiero co stał maszynista, ładował się już Artur.Ślusarz nie wiedział,gdzie podziać długie ręce i ściskał kurczowo czapkę z nausznikami. Jego barani półkożuszek o wytartych wyłogach jest rozchylony,a kołnierz szarej bluzy żołnierskiej,akuratnie zapięty na dwa miedziane guziki, przydaje postaci ślusarza świątecznej schludności. Artur obrocił się twarzą w stronę sali i w przelocie zauważył znajomą kobiecą twarz:Halina,córka kamieniarza siedziała wśród swoich koleżanek z pracowni krawieckiej. Uśmiechnęła się doń; w uśmiechu jej była aprobata i jeszcze coś niedopowiedzianego,ukrytego w kącikach ust.
-Opowiedz swoją biografię,Arturze!-usłyszał ślusarz głos przewodniczącego. Z trudem zaczynał swą opowieść Korczagin-starszy;nie przywykł do wygłaszania mów na wielkich zebraniach.Dopiero teraz poczuł, że nie będzie w stanie podzielić się tym wszystkim,co przyniosło mu życie. Z wysiłkiem dobierał słów,a wzruszenie przeszkadzało mu mówić. Nigdy nie doświadczał jeszcze czegoś podobnego. Wyraźnie zdawał sobie sprawę, że w życiu jego następuje gwałtowny przełom i że jest to jego ostatni krok ku temu,co wniesie ciepło i sens do jego zaśniedziałego i surowego istnienia.
-Miała nas matka czworo-zaczął Artek. Na sali cicho.Sześćset osób uważnie słucha wysokiego majstra o orlim nosie i oczach ukrytych pod czarną frędzlą brwi.
-Matka kucharzyła w pańskich domach. Ojca mało pamiętam,żył z matką w niezgodzie./wlewał w gardło więcej niż należało/.Mieszkaliśmy z matką. Trudno było jej wyżywić tyle gęb. Państwo płacili jej po sześćset złotych na miesiąc, harowała od świtu do nocy. Miałem szczęście chodzić cztery zimy do początkowej szkoły z jednej strony kolei i cztery zimy z drugiej strony, nauczono mnie czytać i pisać, a gdy szło mi na piętnasty rok, matka nie miała innego wyjścia,jak oddać mnie do warsztatu ślusarskiego na terminatora. Bez wynagrodzenia, na cztery lata…Byłem u tego Niemca trzy lata. Rzemiosła mnie uczono, lecz ganiano w gospodarskich sprawach i po wódkę….Każdy usilował mnie kopnąć.,czymś majstrowej nie wygodzę,trzaśnie mnie raz i drugi w mordę. Wyrwiesz się stamtąd na ulicę,ale nie masz dokąd pójść,ani przed kim się użalić. Do matki czterdzieści wiorstw,ale i u niej nie znajdziesz schronienia…W warsztacie nielepiej. Wszystkim rządził tam brat gospodarza.Gad ten lubił żarty sobie ze mnie stroić….Dłużej nie mogłem wytrzymać tej harówki i uciekłem do matki.A ta nie miała gdzie podziać. Zawiozła mnie z powrotem do Niemca,a gdy wiozła,płakała. Trzeciego roku zaczęli mi coś niecoś pokazywać ze ślusarstwa.,lecz mordobicie trwało nadal.Znów uciekłem i ruszyłem do Starokonstantynowa.W mieście tym nająłem się do pracy w wędliniarni i zmarnowałem przy myciu kiszek z górą półtora roku. Właściciel przegrał warsztat, nie zapłacił nam ani grosza za cztery miesiące i zwial. W ten sposób wydostałem się z tej nory.Wsiadłem do pociągu,wylazłem w Żmerince i poszedłem na poszukiwanie pracy.