Moje życie 108

Stanisław Barszczak- List do „moich przyjaciół”

Kim albo czym jest dla mnie pobyt w Ząbkowicach, kiedy wspólnie z wami, tj. ząbkowicką młodzieżą sprawowałem w swej kaplicy ofiarę Mszy świętej czy też gdy w zimę przetaczaliśmy po kolei mój samochód? Kochani młodzi przyjaciele, właśnie o jakąś głębszą odpowiedź na tę poważną sprawę dla życia pewnej wspólnoty ubiegacie się bardzo. No dobrze, mógłbym porównać ten czas między innymi do wydarzeń, które już ktoś przeżył. Georg Büchner (zm.1837) przedstawia takie zdarzenie, które postaram się teraz odtworzyć w naszym języku: „Dwudziestoletni Lenz przeszedł przez Górę. W śniegu szczyty i górskie obszary, doliny poniżej szare kamienie, zielone tereny, skały i jodły. Było dżdżysto, woda pomywała skały poniżej i przelewała się na drogę. Gałęzie jodeł zwisały się ciężko w wilgotnym powietrzu. Na niebie były szare chmury, ale wszystkie tak gęste- a potem pokazała się mgła, ale ona nie wisiała na jego drodze, wnet jednak znalazła się z boku poniżej. Nie poczuł żadnego zmęczenia, tylko było mu czasami nieprzyjemnie, że on nie mógł iść na głowie. Początkowo ściskało go to w piersi, kiedy kamienie tak spadały, szary las pod nim poruszał się a mgła wnet uplotła formy, które ona odsłoniła jako mocne członki; ściskało go od wewnątrz, poszukiwał czegoś, niczym utraconych marzeń, ale nic nie znalazł. Wydawało mu się wszystko takie małe, takie bliskie, takie mokre; zapragnął, żeby ziemia znajdowała się za piecem. Nie pojmował, że on potrzebował tak dużo czasu, aby zejść w dół po stoku, aby daleki punkt osiągnąć, uważał, wszystko można paroma krokami odmierzyć.” W gruńcie rzeczy wspinanie się Lenza, bohatera Büchnera, nazwano historią utraty Boga, a także historią utraty świata. W rzeczy samej ten Lenz traci na tych małych stronach, jakie zapisał Büchner, swoją relację do Boga, relację do natury i swoją relację do siebie samego. Pozostał mu zaledwie czas, aby się rozwinąć, chyba aż czy zaledwie ten czas. Niemcy określają to w ten sposób: „ihm blieb ja kaum Zeit, sich zu entwickeln.”

Jak się dowiedzieliście z mojej nieoficjalnej strony internetowej, kochani młodzi przyjaciele, urodziłem się w szpitalu w Tarnowskich Górach, w nadzwyczajnie trudnych warunkach. Dzisiaj powiedziałbym zostałem był zrodzony gdzieś w ukrytych górach, w górach z jakąś wadą nową. Od pewnego czasu urodzić się zaczęło znaczyć dla mnie- urodzić się z ułomnością pewną, z nowym kijem podarowanego życia. Odtąd moja droga idzie przez most. Opłatę za przejazd przez ten most spłacam ja osobiście, ale i wszyscy ludzie mego zaistnienia. Polskie staropolskie słowo na tę opłatę jest „myto”. To jakby taryfa życia każdego z nas. W życiu w górach, na halach, zobaczyłem raz staw górski, choć pozbawiony połysku, zmatowiały. Ponieważ urodziłem się „w takim domu” nieustannie zamykałem się na odważne wartości mego żywota. Mama miała ze mną gehennę. Albowiem dopiero później zacząłem otwierać się na życie z zewnątrz. Hindusi by powiedzieli, że rozpoznawałem wówczas takie a nie inne swoje wcielenie. Długo też nie pojmowałem, że inni również potrzebowali tak dużo czasu, aby zejść w dół po stoku ich życia. Dzisiaj wiem co to znaczy ociągać się, czekać, kto to jest człowiek splamiony, zepsuty, czy też „psujący się”. Kiedy w Ząbkowicach hodowałem zwierzęta i ptaki-mógłbym powiedzieć- nie słyszałem jeszcze śpiewu czyżyka, nie widziałem dzierzby, choć miałem jedyny znak z niebios, który niczym sztandar obwieszczał mi prawdę, że jednak człowiek może wyschnąć, wyczerpać się…Wydaje mi się, że w tamtym czasie – mam na myśli szczególnie lata 1995-2004 – byłem samemu. Zaś my razem- a więc młodzi przyjaciele- nie pojmowaliśmy, że tak dużo czasu należało mieć, aby przejść po zboczu, tym właśnie a nie innym stokiem góry, aby jakiś daleki punkt osiągnąć. Za to sądziliśmy, że moglibyśmy wszystko parą kroków odmierzyć. Nie wiedzieliśmy, że każde słowo jest „rzęrzeniem, charczeniem jakiejś ofiary”, charczeniem biedaka. Dlatego bijmy się w piersi. Powiedzielibyśmy coś jeszcze bardziej i lepiej…Człowiek Rewolucji Francuskiej Jerzy Jakub Danton- według Büchnera- mówi tedy jeszcze do kata, który chce go zatrzymać, gdy ten zamierza po raz ostatni objąć w uścisku swoją przyjaciółkę: „Możesz przeszkodzić, żeby nasze głowy ucałowały się na dnie kosza?” Możemy tutaj zapytywać się: skąd pochodzi zło w człowieku? Dlaczego ta właśnie ludzkość tonęła nieustannie we krwi? Co się dzieje w nas wewnątrz?

Oficjalnie pytanie brzmi tak, jakimi wątpiącymi(verzweifelte) nieraz stworzeniami jesteśmy?
Wierzę- Büchner powiedział- że istnieją ludzie, którzy są nieszczęśliwi, nieuleczalni, pozbawieni czegoś, tylko dlatego, że są. Otóż w naturze człowieka znajduję okropne porównanie, w ludzkich relacjach nie dający się uniknąć gwałt, użyczony wszystkim i żadnemu z nas. Pojedynczy, samotny człowiek unosi się tylko, niczym szumowiny na fali, dla większości przypadków mosiężne, brązowe prawo panowania geniusza życia jest niczym gra marionetek, zaś dla największej ilości, by to prawo opanować, to jest niemożliwe. Dlatego kochani „nie czytajcie moich listów, bo to są zimne, leniwe słowa.” Trzeba być tej nocy dla każdego…Lektura wymaga nadzwyczajnego czasu życia każdego z was. Bo też dopiero później pojmiemy nowinę naszych słów…W miłości zdarza się, że kochanek przebija nożem narzeczoną, ponieważ widzi się oszukany lub też dlatego, że ostatnio w siebie zwątpił…Innym razem giną ludzie dlatego, że przykładowo jak masoni nie mają ziemi, gruntu pod stopami…Tutaj więc mówię też niejako za was. Albowiem to uczucie rozdartego Ja człowieka, jest właściwie bardzo współczesnym uczuciem…Powiem wam coś w ukryciu, jedno mi zatem pozostało (das Einziges)- ot taka mała wyspa miłości, która niedawno została mi podarowana. Podobną wyspę Chorwaci wciąż nazywają Krapanj…Umyślnie nie powołuję się tutaj na naszą więź z Chrystusem. Pozostawiam rozważanie na ten temat na inną okazję.

Georg Büchner napisał: „Był raz biedny chłopczyk, który nie ma żadnego ojca ani żadnej matki, dla niego wszystko umarło, już był nikim na tym świecie. Wszystko umarło, ale on poszedł sobie w siną dal, błądził dzień i noc. Skoro nie było nikogo już na ziemi, dziecko zapragnęło iść do Nieba, a Księżyc zerka na nie tak pokojowo i ono w końcu wybrało się na Księżyc. Potem stało się kawałkiem spróchniałego drewna i udało się w drogę do Słońca. Skoro przybyło na Słońce stało się zwiędłym słonecznym kwiatem, a gdy (wreszcie) osiągnęło gwiazdy, tam były małe, złote komary, które były przyszpilane przez dzierzbę i nakłuwane na cierń tarniny…W końcu dziecko zapragnęło (wrócić) z powrotem na ziemię, ale ziemia była portem nieosiągalnym, i dziecko wtedy pozostało zupełnie samo. I teraz usiadło sobie, by dalej błądzić i siedzi tam jeszcze (dzisiaj) zupełnie samo.” Chrześcijanie miejsce, w którym znajdują się dzieci określają „limbus puerorum”. W poezji niemieckiej nie ma „Małego księcia”, ale istnieje biedactwo, biedne dziecko, które ma przynajmniej jeszcze jego koszulę. Kiedy ono potem ubierze swą koszulę, przybywają gwiazdy z Nieba, lecą na niego i wpadają do wnętrza jego koszuli (por. mitologiczna suknia Dejaniry albo biblijny obraz niewiasty, która chciała dotknąć się szaty Jezusa). W istocie biedny przedstawiony tak charakterystycznie przez Büchnera przychodzi- jak on sam wyraził się w tym względzie- właśnie ze Wschodu! To on dźwiga balast wszystkich biednych ze sobą. Uderza w nas to Büchnerowskie odkrycie małego w każdym z nas, a także nieco makabryczny ton jego prozy. Ale i dziś mówimy, gdy ktoś coś zbroił: powieszę cię na suchej gałęzi- Büchner powiedziałby- powieszę cię za twe najdłuższe włosy. Za to niezaprzeczalnym osiągnięciem jego działalności pozostanie wyjawienie mowy ruchu, miny, pietyzmu uczuć do najbliższej osoby, dzięki którym nasze obecne wysiłki przedstawienia ludzkich emocji stają się czymś bliższym i bardziej możliwym. Inną przesłanką z lekcji z Büchnerem jest fakt, że jeszcze nie możemy pomyśliwać tego świata jako całości(als Ganzes). I nasz współczesny świat!(obecny także) jest również takim doświadczeniem poszarpanego świata! I tak Büchner widzi księżyc jako symbol morderstwa, jako krwiste żelazo na niebie. Mógłbym zapytywać się teraz- czy także w naszej epoce? Osobiście nigdy nie zapomnę dużego księżyca ujrzanego wieczorem w Ząbkowicach. To jedyny obraz życia naszej generacji. Pozdrawiam serdecznie każdego z was, życząc wielkiej wiary równocześnie by żyć i wielkiej wiary by umrzeć.

Moje życie 109

Stanisław Barszczak – Mucha
Obecnie pragnę powrócić do okresu mojego gospodarzenia w domu mamy w Ząbkowicach na ulicy Związku Orła Białego 36 (dawnej Waryńskiego, a wcześniej Komornej). Mój Boże, wtedy to musieliśmy wcześnie wstawać! Mroźne ciemne poranki, rosa na bruku, jeszcze dzisiaj czuję ten chłód…Wszystkie przedmioty, które widziały moje oczy dziecięce, były tutaj wciąż takie same i stały niejako w magicznych miejscach mego dzieciństwa, choć przeobrażone były już przez niszczący upływ czasu…Znałem tę ulicę z dzieciństwa, ponieważ z mamą dużo wówczas spacerowaliśmy po Ząbkowicach. Raz zawitaliśmy u stolarza na ulicy Ludwika Waryńskiego…Pan Korab to najstarszy z wszystkich najstarszych ludzi i najstarszych zwierząt lądowych i wodnych, wyciągnięty do góry brzuchem na swym odwiecznym hamaku z powroźniczego sznura, boso i w swej legendarnej pidżamie z surowej bawełny, wyglądem bliższej tunice pątnika z wielkoczwartkowej procesji. Wzrok miał wbity w sufit, ale ledwie nas usłyszał, zwrócił ku nam głowę i zamarł przyglądając nam się swymi żółtymi, przezroczystymi oczami, póki nie rozpoznał mojej matki. Gdy zamieszkałem na Związku Orła Białego mogłem wspomnieć sobie szkolne wakacje nad pobliskim zbiornikiem wodnym. Jeździliśmy tam z kolegami, a z Adamem pływaliśmy tam w kajaku i na rowerach wodnych. Potem myślą nieraz wpływałem na rozlewisko „Pogoria”, jeden z mitów mojego dzieciństwa. Przepływałem je wielokrotnie. “Bagien rozlewiska nie trzeba się bać, lecz darzyć je i owszem respektem”, powiedział mi kiedyś ks. Emil C. opowiadając o tych nieprzewidywalnych wodach, które potrafiły zachowywać się jak staw, ale i jak nieposkromiony ocean. W porze deszczowej rozlewisko zdane było na łaskę i niełaskę burz. Od grudnia do kwietnia, gdy pogoda powinna być łagodna, deszcze wzburzały wody rozlewiska do tego stopnia, że każda noc stawała się ryzykowną przygodą. Tej nocy, na szczęście, wody były spokojne…Południowe rozjaśnienie pozwoliło nam zobaczyć jeszcze za dnia wąziutką mierzeję świetlistego piachu oddzielającą „ośrodki wczasowe” skomasowane po przeciwległej stronie „morza”, od rozlewiska; rozwieszone na plaży sieci i wymizerowane, zapuszczone dzieciaki kopiące piłki ze szmat…Dla mnie było to miejsce historyczne: gdy miałem osiemnaście lat, podczas mojej kolejnej podróży na „Pogorię”, ksiądz Emil, trzymając mnie za rękę, poprowadził mnie poprzez to rozżarzone pustkowie, idąc szybko, nie mówiąc mi, gdzie idziemy i po co, aż nagle stanęliśmy przed rozległą przestrzenią zielonych wód, wypluwających z siebie co i raz strużki piany. – To jest „morze” – powiedział mi. Rozczarowany, zapytałem go, co jest na tamtym brzegu, a on bez najmniejszego wahania odpowiedział: – Z tamtej strony nie ma brzegu. Odebrałem tę opowieść jako dziecięcą halucynację. Jeszcze za pierwszej bytności w Ząbkowicach, a więc przed 1976 rokiem, nawiedziliśmy z mamą „magiczne podwórko” między nieistniejącymi już kamienicami od ul. Gospodarczej 8 i ul. kościelnej 75, przy którym mieszkał pan Kmita, nasz ząbkowski krawiec.
Pan Kmita pomógł mi ściągnąć marynarkę i w trakcie tej czynności zauważył jak parowało ciepło z mojego wysportowanego ciała. Spod przepoconej koszuli przebijały sutki. Potem stanął za mną i zmierzył odległość od kołnierza do pasa. Żaden z nas się nie odzywał. Z doświadczeń pana Kmity wynikało, że tacy chłopcy jak ja lubią być mierzeni. Musiało to mieć związek z dotykaniem. I znowu od kołnierza zmierzył całą długość pleców, jak zwykle uważając, by uniknąć kontaktu z pośladkami. Nadal bez słowa zmierzył szerokość barków, a później odległość od nich do łokcia i mankietu. Stanął obok mnie, dotknął łokci, by je unieść, i przeciągnął miarę pod pachami na wysokości sutków. Panu Kmicie nie przychodził do głowy żaden rozsądny temat do rozmowy… Zdejmował kolejną miarę, znowu obwód klatki piersiowej, ale tym razem łącznie z opuszczonymi ramionami. Zwykle nie robił tego pomiaru, ale pamiętam nie byłem zwykłym klientem…Krawiec wbił wzrok w przepocony pas struksowych spodni. Otoczył taśmą moją talię. W pewnym momencie na zazwyczaj pogodnym obliczu pana Kmity zagościł poważny wyraz intensywnego skupienia. Przesunął się na lewo od mnie, otoczył taśmą pośladki, przesunął ją do najbardziej wydatnego punktu i zapisał coś w notesie. Pochylił się, żeby zmierzyć nogawkę od zewnątrz, wyprostował się i jak słabnący pływak dał kolejnego nura. Jego głowa znalazła się na wysokości prawego mojego kolana…Przyjmując ułożenie lewostronne, ale nie chcąc ryzykować, przytknął mosiężny koniec taśmy do prawej strony rozporka, starannie unikając kontaktu z tym, co znajdowało się za nim. Następnie lewą ręką pociągnął taśmę aż do podeszwy buta, ciężkiego i wielokrotnie reperowanego. Po odjęciu dwóch centymetrów i zapisaniu wyniku wyprostował się śmiało, by natknąć się na parę wpatrzonych w niego ciemnych oczu. Miałem wrażenie, jakby zajrzał do luf nieprzyjacielskich dział. – Przepraszam, niech pani mówi dalej. Słowa mamy docierały do krawca, a zwłaszcza do jego żony, jakby z oddalenia i mieszały się z innymi głosami z włączonego telewizora…nie było tylko odgłosów ruchu ulicznego. Za to ja zapragnąłem znaleźć się teraz na podwórku z rówieśnikami i być wolnym…Wydaje mi się, że pan Kmita niczego nie słyszał. Stał z opuszczoną głową i ze złączonymi stopami, niemy i głuchy. Otrząsnął się i podniósł moje ramię do poziomu barku. Zgiął je, żeby dłoń spoczywała płasko na klatce piersiowej. Przycisnął końcówkę taśmy do środkowego punktu na plecach i poprowadził ją wokół łokcia do nadgarstka…Ten sam pomiar po raz drugi. Od środka pleców do nadgarstka, ale z wyprostowanym ramieniem. Przyłożenie taśmy do ramienia, sztywne, drewniane ruchy. Zakładałem marynarkę. Niech sam to zrobi, z pewnością pomyślał krawiec, tłumiąc wieczny impuls usłużności…Wsunąłem rękę za pazuchę, wyjąłem przygotowane a podarowane mi przez mamę pieniążki, co pan Kmita zauważył już wcześniej, i podałem mu…Miał wówczas na sobie kamizelkę z plisą, więc wsunął kopertę do kieszeni spodni, tej z notesem…Zeszli z mamą na inne tematy, w tym czasie najwspanialszy sąsiad jakiego w mym życiu poznałem, pan Stefan K., przyniósł pani Kmitowej dwa wiaderka węgla, by mogła przyrządzić smaczny obiad. Zadzwonił telefon. Gdy nagle pan Kmita podniósł słuchawkę pamiętam, że klientka przez telefon robiła przerwy, które dłużyły się jak pobyt w więzieniu. Wizyta miała się ku końcowi, w telewizji zdaje mi się śpiewał pan Mieczysław Fogg albo była „Wielka gra” z Stanisławą Ryster albo program Ireny Dziedzic „Tele-echo”. Krawiec zdjął roboczy garnitur i z przyzwyczajenia powiesił go na wieszaku, spodnie na metalowych zaciskach, marynarkę równo i porządnie. A wybrał teraz jasnoniebieski jednorzędowy garnitur z moheru, który uszył sobie przy muzyce promującej majowy kolarski Wyścig Pokoju i nigdy jeszcze go nie założył, obawiając się, że jest zbyt elegancki. Odbicie twarzy w lustrze zaskoczyło go pewnie swoją normalnością. Czemu nie zmieniła ona koloru, kształtu, wielkości? Co jeszcze ma się wydarzyć, żeby zaszła na niej jakaś zmiana?
Był rok 1972. Z piramidy puszek w sklepie spożywczym ręczny napis ogłaszał stan wyjątkowy: Już teraz zrób zapasy! Trzy krawaty na wystawie obwieszczały z pewnością dzień jakiegoś zapomnianego świętego…Ale osobiście zdaje mi się, że wówczas tylko plakaty mówiły. Prowadziły swoją pozorną wojnę z drzew i latarń, wisiały na różnych wysokościach, jakby nakazywał to jakiś przepis; zadrukowane neonową farbą, przybite do płyt pilśniowych, udrapowane girlandami czerwonych chorągiewek, nacierały na mnie, gdy spiesznie przechodziłem obok…Była najpiękniejsza pora roku, do tego sobota, dziewiąta rano. Wyjazd z Huty Szkła Gospodarczego, „Bramę nr 1”, blokowały samochody biorące udział w proteście, wzdłuż chodników wisiały fotografie przywódców politycznych, a nad jezdnią transparenty: „Niech się święci 1-maja”. Pan Bronek i pan Niedzielski stali unieruchomieni w samym środku długiej kolumny, a wokół nich trwał nieprzerwany koncert na klaksony. Zaczynał się na przedzie i przemieszczał powoli do tyłu. Ryk przelatywał nad głowami jak samolot, czasem unisono, kreska, kropka, kreska. Czasem po prostu każdy trąbił jak chciał, dostrajając się do symfonii…Pani K. czuwała na portierni, z wypiętą piersią, mocnym biciem ząbkowickiego serca. Stała. Tyle później sobie przypomniałem. Stała a telefon podłączony do wewnętrznej linii dzwonił. Sięgała po coś, usłyszała dzwonek, więc odwróciła się, nachyliła, podniosła słuchawkę z biurka i powiedziała: “Portiernia” albo może “Konarzewska”. Trochę ostro mówiła swoje nazwisko, to pamiętam na pewno: pamiętam, że jej głos brzmiał obco i szorstko…dokładnie za pół godziny miał się rozpocząć pochód pierwszo-majowy. Po prawej stronie, w czerwonym volkswagenie siedziało troje studentów, dwóch chłopców i dziewczyna. Kierowca miał skórzaną kurtkę i długie włosy. Wpatrywał się uważnie w samochód stojący przed nim, wąską dłoń trzymał na kierownicy czekając na sygnał, żeby nacisnąć klakson. Pozostała dwójka całowała się zapamiętale, spleciona w uścisku…Pan Bronek Ziębiec był porządnym, trochę staroświeckim facetem, jakich niewielu zostało na świecie, warto było się z nim przyjaźnić, ale nawet synowskie oddanie Pawła miało swoje granice. Teraz próbował rozmawiać o nowym rowerze, którego kupił synowi za „trzynastkę”, bezcłowo i z dziesięcioprocentowym rabatem. Podziwiał go, jego zalety i wyposażenie, aż do mdłości, a w zamian za swoje poświęcenie otrzymał tylko burknięcie…U bramy wjazdowej flaga, wciągnięta jakimś tajemnym zrządzeniem losu najwyżej jak tylko było mnożna na maszcie, zwisała niecodziennie nad stadkiem policjantów. Dwóch policjantów zeszło z chodnika, żeby zwrócić uwagę wielkiemu rolnikowi w mercedesie dieslu. Facet najpierw opuścił szybę i krzyknął na nich, potem otworzył drzwi i znów na nich krzyknął. Niespodziewanie policjanci wycofali się. Rozczarowany pan Bronek ziewnął…,popatrzył ze smutkiem na plakaty. Póki nie nadszedł Pan Niedzielski, jego przyjaciel. I poszli sobie. Szli teraz bliżej siebie, a mężczyzna na przedzie nadal się nie oglądał… Podskakując po cegłówkach na jezdni, ślizgając się po mokrych szynach tramwajowych, nie zwracając uwagi na światła, odkryty wóz zniknął za zakrętem. Zdawało mi się po chwili, że oto naszą ulicą przejechał tramwaj z siatką na szybach. Pojedynczy dzwon kościelny zaczął monotonnie wydzwaniać rekwiem cnót chrześcijańskich w pustym mieście. Jakiś policjant, nie ruszając się z miejsca, przysłuchiwał się uważnie oddalającym się krokom. Zatrzymały się; znów ruszyły szybciej – a może to jego wyobraźnia zadziałała? – z większym przekonaniem. Przez chwilę rozmyślał… Wyjął notatnik, starannie zapisał czas, miejsce i naturę wydarzenia. Nie był człowiekiem bystrym, ale ceniono go za solidność…Klaksony znów rozpoczęły dziką pieśń; kolumna ruszyła do przodu i nagle stanęła, warcząc i piszcząc na różną nutę… Pogoda była cudowna. Bezkształtna mgła, jak ślad oddechu na lustrze, ustąpiła przyfabrycznej zabudowie, którą pokazała w majowej barwie. Pochód ruszył, patrzyliśmy na wielkie budynki, pozbawione wyrazu bloki fabryczne…Przeszliśmy pod mostem w pochodzie, trzymając biało-czerwone szturmówki, na drugą stronę Ząbkowic. Ustawiono nas przed Gmachem „Domu Kultury”, który zbudowano już po okupacji hitlerowskiej. Jego kształt uchwycił precyzyjnie nastrój pozbawionej wdzięku prostoty. Nigdy nie znalazłem odpowiedzi na pytanie, dlaczego wtedy tam stałem. Obowiązek szkolny…Na dobrą sprawę powinienem siedzieć zgarbiony za biurkiem w czwartej klasie, ostatecznie rozlepiać plakaty w oknach naszej „Kolejówki” od ulicy Stefana Żeromskiego na drugim piętrze. A niebo w maju zaskakiwało mnie wówczas nieustannie swą czystością i jedyną głębią. Ludzi wówczas nie znałem, ale wydaje mi się, że byli bardziej serdeczni. Może dopiero z nowym stuleciem w wyobraźni niektórych Ząbkowiczan wzniósł się mur obcości, podczas gdy ja znajdowałem się wówczas po jego drugiej stronie. Nigdy bynajmniej nie zapomnę akademii pierwszo-majowej w Ząbkowickiej „Muszli” z lat osiemdziesiątych-jak by powiedział mój profesor polonista- poprzedniego stulecia, wyjątkowego „puszczania z klatek” setkami pocztowych i innych gołębi. Zaczynam mówić do siebie: aż żal, że dziś nie jesteś już nawet muchą na ścianie. Jesteś częścią ściany…

Jeszcze dzisiaj gdy prowadzę już światowy tryb życia powracam bardzo mocno do tych Ząbkowickich dni sprzed laty. Nawet jak spaceruję brzegiem Sekwany w Paryżu i wypatruję najciekawszej pozycji książkowej na tutejszych stoiskach. Przypomniał mi się w tym miejscu obraz ‘Krakidałów’ z wspomnień Jerzego Janickiego. „To była podszewka prawdziwego antykwarycznego handlu, jego kulisy i po trosze – kuchnia… Krakidały to także eldorado zbieraczy, kolekcjonerów i różnej maści maniaków. Nabyty bowiem na Krakidałach towar, wydobyty przez potrzebujących na wojenne przeżycie gotówki niegdyś zamożnych lwowskich burżujów i łyków, dawał nadto bezapelacyjną gwarancję, że jest jedynym, niepowtarzalnym, unikatowym towarem, egzemplarzem, którego inny zbieracz czy kolekcjoner, choćby nawet na głowie stawał, z całą pewnością na pewno nie ma w swych zbiorach. Że to – jak mawiali pejsaci kupcy z Krakidałów – sam cymes, pikes, delikates…A może chociaż na moment, na chwilę, jeśli dziś z aktualnym przewodnikiem i planem Lwowa w ręku zapędzisz się pomiędzy ulice Czornowyła, Kulisza, Jarosława Osmomysła lub Utysława, Udatnoho albo Nalewajki, wiedz, że tak naprawdę to krążysz po Pełtewnej, Rzeźniczej, Starotandetnej i Węglanej, że brodzisz po cmentarzu czarodziejskich nazw i pogorzelisku może i swoich własnych wspomnień.” Teraz mam podjąć życiową decyzję, mianowicie sprzedania „naszych dwunastu arów”, domu na Związku Orła Białego 36. “Wolałabym umrzeć”, powiedziała mi matka w dniu, w którym pojechałem sprzedać ten dom. I rzeczywiście usiłowała to zrobić, zamknięta przez trzy dni o chlebie i wodzie w swoim pokoju „za przeszklonymi drzwiami”. –Sprzedasz po mojej śmierci- w końcu te słowa z jej ust uprosiłem. Dziś już nie ma śladu po drugim domu mojego dzieciństwa, na tym miejscu stanęła okazała willa Państwa Ryszarda i Danuty T. Nie ma domu Ojca, nie ma domu Matki. Ale chęć zamieszkiwania w trzecim „własnym” domu w przyszłości, tym razem domu Poety, nie opuszcza mnie ani na krok.

Moje życie 110

Stanisław Barszczak- Kupno domu
Mama uległa raz pełnemu szacunku lękowi, powierzyła swoją przyszłość kartom pani Wojciechowskiej, która niestety nie potrafiła naprowadzić ją na żaden trop co do jej przyszłości. Za to wywróżyła jej, że w związku z tym, iż karty nie zapowiadają żadnych przeszkód, czeka ją długie i szczęśliwe życie u boku znajdującego się daleko mężczyzny. Mama zawsze powtarzała, że to opór rodziny spowodował, iż wreszcie puściły wszystkie tamy powstrzymujące dotąd potok wzbierający w jej sercu od owej nocy, kiedy ni stąd, ni zowąd porzuciła swego adoratora… Raz też wybrała się na wesele Jańci, mojej siostry ciotecznej, córki jej brata Wojtka.…Mama nie potrafiła znaleźć jakiejkolwiek wymówki usprawiedliwiającej jej nieobecność na tej, nieomalże rodzinnej, uroczystości…Nie była w stanie opanować drżenia serca, gdy dowiedziała się o kradzieży gorzałki weselnej. “Krew pulsowała we mnie tak mocno, że już sama nie wiedziałam, czy to z wściekłości czy z przerażenia”, powiedziała mi. Bywaliśmy z mamą przyjmowani bardzo serdecznie przez Ząbkowiczan, zwłaszcza przez państwo Irenę i Bronisława Zębców na ul. ORMO 5. Jedyną estymą cieszył się w Ząbkowicach ks. proboszcz Edward Liszka. Szacunek, jaki wzbudzał ów duchowny, był tak niepospolity, iż wielu wiernych myliło to ze świętością, a duża ich część uczestniczyła w odprawianych przezeń mszach jedynie po to, by sprawdzić, czy rzeczywiście w chwili podniesienia ksiądz unosi się parę centymetrów nad ziemią. W Ząbkowicach miał też szczególne wzięcie długoletni rekolekcjonista ks. Tadeusz Matras. Raz mama siedziała z panią Janiną T. w głównej nawie, gdy do jej uszu doszedł andaluzyjski stukot obcasów księdza proboszcza Tadeusza Horzelskiego. Po chwili zobaczyła, jak przechodzi tak blisko, iż poczuła ciepły powiew jego wody toaletowej. Moja matka tak bardzo tęskniła za domem. Z mamą dużo spacerowałem po Ząbkowicach.
Przyszedł czas, że zawarliśmy serdeczną znajomość z Państwem Chwiałkowskimi z Tucznawy. Na pierwszy rzut oka ich dom, schowany za innym od frontu, miał niewiele wspólnego z moimi wspomnieniami i tyle co nic z moja nostalgią. Odwiecznie pozamykany przez lata ganek na przedzie i ogrodzony sad stanowiły nieomylne znaki jego tożsamości. Dom stał zupełnie pod gołym niebem. To, co pozostawało pod ogniem słońca nie miało więcej niż trzydzieści metrów fasady: połowa budulca i dach pokryty papą, druga połowa z nieheblowanych desek. Zapukałem powoli w zamknięte drzwi, później nieco mocniej, przez drzwi zapytałem: – Czy jest tam kto? Drzwi bardzo powoli się odchyliły i z półmroku rozległ się kobiecy głos: – Czym mogę służyć? Moja matka odpowiedziała najpierw głębokim zamilczeniem, a po chwili dodała: – Jest pan Chwiałkowski? Drzwi wówczas całkiem się otworzyły i koścista i blada kobieta w szlafroku spojrzała na nas z innego życia. Teraz, gdy już znam panią Chwiałkowską jedynie z pamięci, nie jestem w stanie odtworzyć jej rzeczywistego wyglądu, bo widzę ją wciąż taką jaką, nie znając jej wcale, wzniosłem, kamień po kamieniu w swojej wyobraźni. Zaraz też z głębi korytarza wyskoczył stary już mężczyzna pełen zawsze gościnnych uczuć. Taki był dom państwa Chwiałkowskich, w którym zawsze stół czekał zastawiony, choćby i nikt nie wiedział, kto akurat przyjedzie pociągiem. Pamiętam, jak innym razem nagle otworzyły się drzwiczki od drewnianej wygódki postawionej w kącie, i pojawił się w nich pan Józef, podciągając płócienne kalesony. W moich oczach był jak zjawa z innego świata w białej, szpitalnej koszuli, blade, kościste widmo o żółtych, jak u psa z piekielnych czeluści, oczach, które spojrzały na mnie raz na zawsze. Jego dom stał się moim osobistym widmem. Gdy musiałem gdzieś sam pójść, obchodziłem w myślach z daleka jego dom. Jeśli byłem z dorosłymi, odwagi starczało mi zaledwie na rzucenie okiem na korytarz. W wyobraźni potem nieraz widziałem żonę pana Józefa skazaną niejako na dożywocie za piecem i jego też widziałem przez okno sypialni, jak buja się w hamaku, od ściany do ściany, i od tego rzutu oka dostawałem gęsiej skórki…Ostatnie pozostałości strachu, jakie wzbudzał we mnie w dziecięcych latach ten gospodarz, szybko się rozwiały podczas gdy z matką wysłuchiwaliśmy jego świadectwa na temat pracy przy budowie kościoła, jak też codziennych obowiązków, jakie spełniał w hucie Gospodarczej. Potrafił mówić tak obrazowo i z tak niezwykłą mocą, iż wszystko, o czym opowiadał w salonie, niemal stawało się widzialne w rozrzedzonym od skwaru powietrzu i to samo wydarzało się jakby zaraz za oknem.
Byliśmy najemcami, którzy po wielu latach zaproponowali kupienie domu, ale ani nie wyglądaliśmy na kupujących, ani dom nie był w stanie zainteresować kogokolwiek. Zgodnie z ‘telegramem’ otrzymanym przez moją matkę przybyliśmy obejrzeć gospodarstwo pana Józefa. Wizyta była ustalona po rozmowie mamy z panem Józefem w zakładzie pracy. Ale jedyną rzeczą pewną było to, że nie było żadnych wcześniejszych ustaleń. Mama, wyczerpana niedorzecznością sytuacji i potwornym upałem, rozejrzała się wokół i westchnęłą, po czym wyrwało jej się: – To mój syn Stasio, który pragnie kupić jakiś dom na własność. Pan Józef zawyrokował z góry: -Ten dom nie zawalił się i nie zabił nas tylko dlatego, że ciągle go remontowaliśmy za własne pieniądze. Chwiałkowscy mieli listę czekających dom napraw. Moja matka, osoba zawsze zbyt łatwo reagująca na wzruszenia, potrafiła zarazem być przerażająco stanowcza, kiedy należało stawić czoło pułapkom życia. Dobrze się targowała o każdą rzecz, ale ja nie wtrącałem się, bo już od pierwszego naszego potknięcia zrozumiałem, że ci właściciele we wszystkim mają rację. Z ‘telegramu’ wcale nie wynikała ani data, ani sposób sprzedaży, za to wyraźnie było tam napisane, że i jedno, i drugie należy uzgodnić. Była to typowa sytuacja wynikająca z rodzinnego zamiłowania do domysłów. Moja mama i pani Chwiałkowski sprawdziły wszystko punkt po punkcie od początku i w niespełna pół godziny doszliśmy do wniosku, że do żadnej transakcji nie dojdzie. W końcu odezwała się żona pana Józefa:- Ten dom nie jest na sprzedaż – powiedziała. – Musimy zdać sobie sprawę, że tu się wszyscy urodziliśmy i tutaj chcemy złożyć swe kości…Resztę popołudnia spędziliśmy na zbieraniu nostalgii po widmowym domu. Mogliśmy wyjść na zewnątrz, dom stał przed nami otworem, ale w użytku była jedynie wychodząca na ogród wynajmowana część, gdzie niegdyś mieściły się oficyny dziadka Chwiałkowskich. Pozostała część była skorupą przegniłych ścianek i całkiem zardzewiałych dachów oddanych na pastwę szczurom. Pokoje były skromne i niczym się między sobą nie różniły, ale rzut oka mi wystarczył, by zrozumieć, że każdy z niezliczonych detali znajdujących się w poszczególnych pokojach zawiera najistotniejsze chwile w życiu gospodarzy. Pierwszy pokój służył do przyjmowania wizyt pełniąc zarazem funkcję osobistej a gospodarskiej kancelarii. Znajdowało się w nim biurko, obracający się fotel, elektryczny wentylator i biblioteczka z kilkoma tylko książkami. Do niego przylegała kuchnia, w której zazwyczaj toczyło się codzienne życie. W kuchniach, które nawiedzałem z mamą zawsze panował hermetyczny raj tych wszystkich kobiet, które w latach mojego dzieciństwa przewinęły się przez domy, już to rezydując tam na stałe, już to pojawiwszy się tam przelotnie. Gospodarze wprowadzili nas do jasnego salonu. Mój Boże, świat kuchni z dzieciństwa i świat salonu. Byłem jedynym przedstawicielem płci męskiej, który dostąpił przywileju korzystania z dóbr obu światów…Za salonem zaczynał się mityczny świat sypialni. Sypialnia z dużymi drzwiami wychodzącymi na ogród i z wyciętymi w drewnie kwiatami i datą budowy: 1925. W salonie znajdował się również ołtarz z postaciami świętych naturalnej wielkości, dzięki czemu więcej w nich było realizmu i niewinności jak u świętych w kościele…
Zjedliśmy z gospodarzami obiad o smakach charakterystycznych dla tych stron i którego prostota nie wynikała z ubóstwa, lecz ze wstrzemięźliwości przez pana Józefa wyznawanej i głoszonej nie tylko w odniesieniu do stołu, ale i względem wszystkich życiowych aktów. Poczuwszy smak zupy zacząłem odnosić wrażenie, ze uśpiony świat budzi się w mojej pamięci. Smaki mojego dzieciństwa utracone z chwilą opuszczenia przeze mnie Ząbkowic, powracały teraz po latach z każdą łyżką, nietknięte, i ściskały serce. A przy okazji gospodarz z mamą wzniecali w czasie obiadu różne wzniosłe chwile z przeszłości, włącznie z miesiącami Solidarności. Myślisz, że jestem szalony- dorzucił w pewnym momencie i spojrzał na mnie mimochodem pan Chwiałkowski- „Ja naprawdę nie oszalałem, a co więcej, nigdy nie byłem bardziej zrównoważony. Całkiem po prostu odczułem właśnie swoją bezsilność.” Ta wyostrzona świadomość jest tym, co gospodarza wyróżnia od reszty ludzi…On zdaje się powtarzać: ”Ludzie odchodzą nieszczęśliwi”(A. Camus, Kaligula, akt I, scena IV). Oto cesarz Kaligula odkrywa w tragedii Camusa, że istotą życia ludzkiego jest absurd…Księżyc jest dlań symbolem niemożliwości, do której będzie odtąd dążył – ponieważ to, co jest, jest nie do zniesienia…ludzie jednak bez większego niepokoju żyją tak, jak żyli dotychczas…Tchórzliwość ludzi napawa Kaligulę wstrętem. Czyli wszystko wokół mnie jest zakłamane (akt I, scena IV) – woła rozczarowany. Nie zadowala go krańcowość, jaką zamierza wprowadzić we własne życie, chce narzucić ją swoim poddanym…Kaligula jest nauczycielem życia autentycznego…Nieautentyczne sposoby istnienia, czy to heideggerowskie „się” czy sartre’owski „duch powagi” i „zła wiara”, właściwe są zdecydowanej większości ludzi, którzy zamiast odkrywać na własną rękę prawdę o własnej kondycji, pogrążają się, głównie ze strachu przed bolesną świadomością prawdy i z lenistwa, w wygodnych iluzjach: ponieważ są inni, żyjący podobnie jak ja, mam taki a taki charakter, więc on będzie mówił mi, jak mam postępować itd. Autentyczność, jako przeciwieństwo egzystencji zakłamanej, to dla egzystencjalistów, także dla Camusa, wyzwanie, jakie stoi przed każdym, kto chce swoje życie przeżyć w prawdzie. Bohater Camusa jest jednak przekonany, że władza, jaką daje mu jego urząd, pozwoli mu narzucić innym prawdę za pomocą dekretu i wyegzekwować ją siłą…Kaligula pozbawia życia bez powodu i z kaprysu. Chce stać się ucieleśnieniem czystego zła, zła,… Ten świat jest pozbawiony znaczenia, a kto to pojmie, zdobywa swoją wolność (akt I, scena X)… Jego zamiarem jest zasiać w sercach ludzi niepokój, który ich przybliży do prawdy. Jego marzeniem jest zburzyć istniejącą hierarchii wartości…Dam temu wiekowi dar równości (akt I, scena XI) – powiada…ten człowiek wywiera niezaprzeczalny wpływ. Zmusza do myślenia. Zmusza wszystkich do myślenia. Niepewność – to właśnie ona zmusza do myślenia. Wpływ Kaliguli – można by stąd wysnuć taki wniosek – polegał głównie na rozsiewaniu strachu…Niepodobieństwo. Szukałem go na krańcach świata, na kresach samego siebie. (resp. Kaligula, akt IV, scena XI). Dziś kiedy w naszych czasach „zgotowano nam tyle nienawiści” wokół, dalej nie przestaję zastanawiać się, jak to możliwe, iż ten miły i nostalgiczny pan z niedalekiej Tucznawy był największym strachem mojego dzieciństwa. A tym strachem była chęć przedstawienia nowego formatu pokoleniowego człowieczeństwa. Żeby tylko w tej dziedzinie zapanował porządek. Podróż do Chwiałkowskich została przez mamę zaplanowana jako podróż zapomnienia…Jedna z zachowanych w salonie z tamtych czasów fotografii przedstawiała gospodarza jako młodzieńca o zupełnie mylącym wyglądzie zubożałego paniczyka. Nosił ubranie z ciemnej tafty, z obcisłą, zgodnie z ówczesną modą, marynarką zapinaną na cztery guziki, koszule ze sztywnym kołnierzykiem, szeroki krawat i słomkowy kapelusz…Przy końcu wizyty mama podskoczyła na krześle. “Mój Boże – powiedziała. – Całkiem zapomniałam, pocośmy tu przyjechali”. – Musimy już iść.
Obecnie pragnę powrócić do okresu mojego gospodarzenia w domu mamy w Ząbkowicach na ulicy Związku Orła Białego 36 (dawnej Waryńskiego, a wcześniej Komornej). Wszystkie przedmioty, które widziały moje oczy dziecięce, były tutaj wciąż takie same i stały niejako w magicznych miejscach mego dzieciństwa, choć przeobrażone były już przez niszczący upływ czasu…cdn

Wybór poezji

Stanisław Barszczak- Piekło
Policja znalazła pacjenta o północy podobno w domu matki, jeszcze w poniedziałek tułającego się na nadbrzeżu w pobliżu mostku na Warcie. Przewieziono go na posterunek, sądząc, że jest pijany lub pod wpływem narkotyków; określony jako zagubiony, zdezorientowany, posłuszny. Przywieziony do szpitala karetką o trzeciej rano. Podczas wpisu chory kilkakrotne usiłował położyć się na biurku. Wydawało się, że bierze je za łódź albo tratwę. Chory przyzwoicie ubrany, ale nie przebierał się od jakiegoś czasu. Nie wydawał się ani zgłodniały, ani spragniony. Miał na sobie spodnie i sweter, ale ani pieniędzy, ani dokumentów; żadnych dowodów tożsamości. Zdaniem policji jest ofiarą rabunku. Wykształcony. Dostał dwie dawki librium, ale nie zasnął. Za to mówił głośno…teraz przedstawiał na łóżku obraz osobliwej kreatury, która nagle znalazła się u wejścia do pieczary, przed zstąpieniem do piekieł. Przeniesiony został na mały Oddział Obserwacyjny Szpitala centralnego, ponieważ przeszkadzał innym…Pielęgniarka nocna o szóstej rano relacjonuje: chory ma wciąż wrażenie, że znajduje się w drodze. Zdaniem policji to pewno podróżnik amator albo żeglarz. Wreszcie został poinformowany o nowym pacjencie lekarz dyżurny. Ten podchodzi do nowego pacjenta i mówi:
Doktor: ”Dobrze pan spał?
Chory: Drzemałem chwilami, ale nie mogę, nie powinienem.
Doktor: Ale dlaczego? Ja chcę, żeby pan zasnął.
Chory: Zsunąłbym się w głąb wzburzonego morza.
Doktor: Ależ skąd. Leży pan na bardzo wygodnym posłaniu, które stoi w miłym, cichym pokoju.
Chory: Posłaniu morza. Bardzo głębokiego morza.
Doktor: Pan nie jest na tratwie. Pan nie jest na morzu. Pan nie jest żeglarzem.
Chory: Nie jestem żeglarzem?
Doktor: Pan jest w Szpitalu Centralnym, w łóżku, pod opieką lekarską. Musi pan odpocząć. Chcemy, żeby pan spał.
Chory: Jeśli zasnę, umrę.
Doktor: Jak się pan nazywa? Zechce mi pan powiedzieć?
Chory: Jonasz.
Doktor: Wczoraj był Jazon. Nie może pan być i jednym, i drugim.
Chory: Wszyscy jesteśmy żeglarzami.
Doktor: Ja nie jestem. Jestem lekarzem w tym szpitalu.
Chory: Jeśli ja nie jestem żeglarzem, to pan nie jest doktorem.
Doktor: No, dobrze. Ale pan się ogromnie męczy tym ciągłym kołysaniem. Niech się pan spokojnie położy. Niech pan odpocznie. Niech pan spróbuje tyle nie gadać.
Chory: Ja przecież nie gadam do pana. W koło i w koło i w koło i w koło i w koło i w koło i w koło i w koło i w koło i w koło i w koło…”
I znowu lituje się nad pacjentem pielęgniarka: „Zawróci się panu w głowie. Pan się już tyle godzin kręci w koło i w koło, i w koło. Czy pan o tym wie?
Chory: Godzin?
Pielęgniarka: Jestem na dyżurze od ósmej rano i za każdym razem, kiedy tu do pana zaglądam, pan się kolebie w koło w koło w koło.
Chory: Na wachcie.
Pielęgniarka: W koło i w koło czego? Gdzie? No, proszę się odwrócić.
Chory: Jest bardzo gorąco. Znajduję się niedaleko równika.
Pielęgniarka: Więc pan jest ciągle na tratwie?
Chory: A ty nie!
Pielęgniarka: Ja na pewno nie jestem na tratwie.
Chory: Więc jak możesz ze mną rozmawiać?
Pielęgniarka: Proszę spróbować leżeć spokojnie. Nie chcemy, żeby się pan tak strasznie męczył. My się bardzo o pana martwimy, czy pan wie? Chory: Przecież to jest w waszych rękach?
Pielęgniarka. W moich? Skądże znowu?
Chory: Powiedziałaś My. Ja wiem, co to „My”. To jest kategoria wspólnoty. Moglibyście to zrobić bez trudu.
Pielęgniarka: Ale co pan chce, żebym zrobiła?
Chory: Ty jako my. Nie ty jako ty. Poderwij mnie w górę, poderwij mnie w górę, poderwij! Przecież możesz to zrobić bez trudu, na pewno. Oczywiście. Użyj swojej… mocy, czy czegoś. Rzuć mną tam.
Pielęgniarka: Gdzie?
Chory: Dobrze wiesz, gdzie. Skieruj mnie na południe twoim białym skrzydłem.
Pielęgniarka: Moim białym skrzydłem. To mi się podoba!
Chory: Nie możesz być jedną z nich. Gdybyś była, musiałabyś wiedzieć. Oszukujesz mnie.
Pielęgniarka: Przykro mi, że pan tak myśli.
Chory: Albo może chcesz mnie sprawdzić. Tak, to jest możliwe.
Pielęgniarka: Może jest.
Chory: Chodzi tylko o to, żeby się wydostać z prądu północno-równikowego i wejść w południowo-równikowy, zamiast z wskazówkami zegara to odwrotnie.
Pielęgniarka: Jasne.
Chory: Więc dlaczego tego nie zrobisz?
Pielęgniarka: Nie wiem jak.
Chory: Czy nie chodzi o jakieś hasło? Kim jest ten człowiek, co tu był wczoraj?(pacjent przywołuje w myślach doktora)
Pielęgniarka: Chodzi panu o doktora? Przychodził do pana z wizytą.
Chory: On się za tym kryje. On wie. To życzliwie niesubordynowany człowiek.
Pielęgniarka: Życzliwy. Nie powiedziałabym, że niesubordynowany.
Chory: Ja tak powiadam, więc czemu ty nie możesz?
Pielęgniarka: A dzień przedtem był pan ordynator.
Chory: Nie pamiętam żadnego doktora.
Pielęgniarka: Pan ordynator zajrzy późnym popołudniem.
Chory: Gdzie zajrzy?
Pielęgniarka: Niech pan spróbuje leżeć spokojnie i spać. Niech się pan postara.
Chory: Jeśli zasnę, to umrę i będę skończony. Przecież musisz to wiedzieć, inaczej nie byłabyś żeglarką.
Pielęgniarka: Jestem Alicja Korzewska. Już to panu mówiłam. Nie pamięta pan? Tej nocy, kiedy pan do nas przyszedł.
Chory: Jakkolwiek się nazywasz – umrzesz, jeśli zaśniesz.
Pielęgniarka. No dobrze, dobrze, już cicho, spokojnie… No, biedaku, aleś się dorobił… Proszę leżeć i… spokojnie, spokojnie. Cicho, ciiiichutko, o, tak, spać, spać, spaaać…”
Pielęgniarka dała za wygraną, lecz ‘modlitwa’ pacjenta trwała jeszcze bardzo długo. On zdaje się czuł końcem nosa, iż prawdziwe przeszkody miał dopiero przed sobą. Dlatego przez dobre dwadzieścia minut wciąż jeszcze koncertował i nie ustawał w głośnym mówieniu o nich, o tych, z którymi zetknęło go ostatnie życie. Lecz przy końcu tego okresu cicho urwał się ten dialog bez zakończenia.

Wybór poezji 111

Ja Koloseum (parafraza poematu E.A. Poe’ego)

Ja antycznego Rzymu! Bogaty relikwiarz

Podniosłej kontemplacji przekazanej Czasowi

Przez pochowane stulecia przepychu i mocy!

Ja długością, długością- po tak wielu dniach

Wyczerpującej pielgrzymki i palącego pragnienia,

(Pragnienia za wiosnami wiedzy, nauki, która jest we mnie)

I ty Poeto pochylasz się, zmieniony i spokorniały człowiek,

Pośród mych cieni i tak wypijasz od wewnątrz

Twoją prawdziwą duszą moją wspaniałość, mój mrok, i chwałę!

Rozległość! i Wiek! i Pamięci Dawnego!

Ciszę! i Spustoszenie! Jako też niejasną Noc!

Czujesz mnie teraz: czujesz w mojej sile!

O szychty(wyrażenia) bardziej pewne jak kiedykolwiek

Żydowskiego króla, uczącego w ogrodach Getsemanii!

O uroki bardziej skuteczne jak nagłe Chaldei,

A kiedykolwiek schodzące ze spokojnych gwiazd!

Tutaj, gdzie bohater poległ, (teraz) kolumna upada!

Tutaj, gdzie naśladujący (leniwie) orzeł wpatrywał się w złoto,

Czuwanie o północy sprawuje (teraz) ciemny nietoperz!

Tutaj, gdzie tamy Rzymu ich złocistym włosem

Falowały na wietrze, teraz faluje trzcina i oset!

Tutaj, gdzie w złotym tronie rozwalał się monarcha,

Ślizgając się niczym widmo w swym marmurowym domu,

Oświetlony słabym światłem rogatego księżyca,

niczym szybka i cicha jaszczurka kamieni!

Ale stańcie! te mury- te porosłe bluszczem arkady-

Te ruchome cokoły-te smutne i poczerniałe trzony kolumn-

Te nieuchwytne, nieokreślone belkowania-te pokruszone fryzy-

Te zgruchotane, zniszczone gzymsy- rudero, ruino-

Czy te kamienie, które pozostają mną! Czy te szare kamienie-

Czy one nie pochodzą wszystkie-wszystkie

Z osławionej i kolosalnej lewicy

Poprzez żrące Godziny Przeznaczenia i twoje mój Poe?

„Nie wszystkie- echa odpowiadają tobie- nie wszystkie!

Prorockie i głośne dźwięki, wstają z nas na wieki,

I z wszystkich Ruin, na mądrość,

Jako melodia zanoszona od Memnona ku Słońcu.

Rządzimy sercami najmężniejszych mężczyzn -panujemy

Z despotyczną władzą nad wszelkimi olbrzymimi umysłami.

Nie jesteśmy jacyś bezsilni- my blade kamienie.

Nie wszystka nasza moc odeszła- i nie wszystka nasza sława-

Nie wszystka magia naszego wzniosłego odnawiania się-

Nie wszystek cud, który nas otacza-

Nie wszelkie tajemnice, które są w nas złożone-

Nie wszelkie pamięci, które wiszą i przylegają wokół nas jak część garderoby,

Ubierając nas w suknię stale bardziej aniżeli chwała.”

Clemens Brentano: W dniu przed wieczerzą

Co czynię, co myślę,

Wszystko, co ze mną się dzieje

Panie! Prowadzę według twego oka

Co na moją drogę patrzy.

Wiosna

Wiosną trzeba się słodkimi spojrzeniami

Zachwycać i oczarowywać,

Latem owocami i mirtami

ugaszczać, na nowo opasywać.

Jesienią, powinieneś uczyć się prowadzenia domu,

Odczuwać brak, pragnąć,

A ty zimo ucz mnie umierać,

gnicia, by (w końcu) odziedziczyć wiosnę.(koniec)

Tak daleko jak świat,

Tak olbrzymi sens,

Tak moc obczyzny trzyma on objętą,

Tak moc ojczyzny jest mu wygraną.

Prymicja

Chodzi za mną jak wiedza o czujności,

Wciąż jeszcze pragnę szczęścia

I szukam przyjaźni…

Chcę „z wiarą wieków podjąć czyn”,

Otwieram się nadal na mojego anioła…

Więc przemieniam ciszę na piękno

I zgadzam się na jedyne odejście,

Bo serce to nie wszystko, Panie,

Rusz mnie, by po prostu kochać,

Przyjmij losu gdybanie.

Ojczyzna

Sięga Krymu, po Inflanty…

Jest ojczyzna dziećmi zdążającymi na lekcje geografii,

Z nadrzecznymi wierzbami, skrywanym jeziorem,

Z ludźmi pełnymi wyrozumiałości dla grzechów dzieciństwa…

Widzę ją z lotu sokoła i codziennie przechodzę.

Ona nie daje się porwać białemu wielorybowi świata,

Już mówi choć niewiele i zaczyna śpiewać pieśń o miłości:

Od opróżniania siebie z bytu, przez wysłowienie-

Wreszcie teraz chce nucić siebie, pozwolić być!

Czyż nie jest litością, współczuciem, przebaczeniem i bliskością?

Jutro prawdopodobnie wyeksponuje to, co piękne i konieczne…

I jeśli stanie się podatna i uległa wszystkiemu,

Zakwitnie okazale pozbawiona swego bytu.

Pieśń o potędze

Zebrały się nocą unijne flagi:

„flaga fladze dodaje odwagi, no, no, nie bądź taka zmartwiona

Nie pomogą i moce piekła, jam ciebie, tyś mnie urzekła,

Nie zmogą cię bombą ni złotem,

I nigdy nie będziesz biała, i nigdy nie będziesz czerwona.”

Ale zebrały się raz jeszcze tym razem w dzień jasny

Na szumną naradę o mądrości i wytrwałości,

Prawią głośno trzy pierwsze flagi

Nic po nas, rządzi więc jaśniejsza jak zorza spalona,

odsłonięta na kiju biało-czerwona…

Czy mamy się poddać w zaraniu niemocy

I tak tożsamość naszą ratować-zaczęły się podnosić-

Nie, nie, trzeba jej zwycięską ciszę obudzić

Dosyć już Termopil, nawet warszawskich Powstań,

A trzeba pokazać nowy wszelki cud

Spojrzeć w sierpniowe słońce Europy,

Po poważnych obradach flagi wybrały

Jednakoż ową, która nie była w sali rano,

spośród siebie najczarniejszą,

by jasność powszechnego jutra

nieustannie wchłaniała

Dzień

Dzień, w którym będziemy starzy, Ale my rzekniemy, zabierz mnie na koniec świata, jesteś piękniejszy niż niebo i morze. A przed nami obraz nasz rodem z Hellady i Rzymu, który nie jest obrazem człowieka. Otwiera się przed nami przedmiot nadziei- Mesjasz czy też zbawienie…

Dzień, w którym wyznam, że potrzebuję historii i otworzy się przed nami rzeczywistość postsekularna społeczeństwa obywatelskiego. Ale my wołamy o konieczne zmiany…

Dzień, odległy, z jednym jeszcze marzeniem, dzisiaj opiszę bardziej samą naturę, jak człowieka. Ale ponieważ zbawienie przychodzi od Innego, trzeba mi przyjąć preferencje Innego, powierzyć swe życie w ręce Innego, skrywającego się za jednym z pasm gór, który je tak bardzo kocha…

Dzień, w którym będziemy się śmiali z naszych minionych obietnic, w którym śmiech będzie częścią w dyskursie, w jakim zwracamy się do siebie, ale ktoś nam przypomni, oto pełnia czasu, więc trzeba wyjść, trzeba nam zacząć od realizowania piękna naszego życia…

Dzień, dzień opatrzony w słońce lub słotny poranek i tego dnia tam pomyślę o innej

Wartości i w moim sercu twoje cierpienie będzie nową ignorancją, wielbioną szramą, użytecznym doświadczeniem, odsuniętą przeszłością, zabliźnioną szramą na mojej obolałej skórze…

Dzień, w którym nie będziemy już ci sami i zamarzymy o innych żywotach, które nie są naszymi. Tym bardziej wówczas stwierdzimy, iż żadna śmierć nie może przyjść bez zmartwychwstania…

Dzień, którego kolor, zapach, odcinanie, krój czyni mnie obojętnym, ponieważ one są nosicielami negacji i akceptacji. Niech nie będzie to dzień zbrodni, lecz ostatniej rezurekcji.

(pomysł zaczerpnąłem od Samuela Coelho)

Wiara

Tam gdzie życie jest najmilsze gnają mnie zmysły,

Tam, gdzie ludzie mówią do siebie w sentencjach,

Tam, gdzie wiosna jest wiosną nadal chodzę,

Jakby odwrócony od najpiękniejszej wieczności-

A trzeba mi tylko jedynego świadectwa…

Jeszcze wciąż skrywam świadomość skargi,

Jeszcze nieustannie wychodzę na dziecinną redutę,

Chronioną chyba tylko przez matusi słowo-

Redutę prawdy, wolności, szczęścia i radości.

A przecież to co było już nie powróci,

Choć tą samą twarzą pokazuję mą redutę dzieciom.

Niech jednak powinność i ostatni wybór życia

Nastąpi najpóźniej- niech trwa najdłużej serdeczna pieśń

O nieśmiertelnej wierze każdego przeznaczenia.

Pamięci V.Hugo

Jestem oprawcą, olbrzymem,

z drugiej strony świata słońcem wychodzącym,

świat to niewiedza o mnie.

Bracie napij się…

Na śmiertelnych spadła noc:

mamy tyranów, bo sami nimi jesteśmy.

Ale zostanie on,

jasność oblicza sędziego,

złoty sierp na polu gwiazd.

Mówiłem ci to przez chmury,

Mówiłem ci to przez drzewo morza

Przez każdą falę, przez ptaki w płatkach kwiatów

Przez kamienie hałasu

Przez boskie ręce

Przez oko, które stawa się brązowym obliczem, pejzażem

I słońcem, które sprawia, że pejzaż odmienia się niebem kolorów

Przez noc skrywaną zasłoną

Przez szyfr ulic

Przez otwarte okno na odsłonięty fronton

Mówiłem do ciebie przez te myśli, przez te słowa

Albowiem wszelka delikatność, wszelka ufność przeżywają

(Paul Eluard)

Ku Betlejem

Za smugami karawan
chodziła jasna nowina-

Powiła Panna Syna.

Śpiewali Mu ochoczo,

Skakały pastusze melodie.

Cherubiny krągłą ziemię chylili nad Małym-

Nie śpi Dziecię, glob ziemski rączkami otula,

W czas pierwszego kazania nóżkami ku górom wywija-

Nie rezygnuje ze swych bamboszy,

Podnosi główkę i nóżki zarazem,

składa się w ostatnią kołyskę szczęścia.

Przy stajence

Z szeptu mój opłatek, przyjdą nagłe gwiazdy,

Matka pełna uśmiechu i chemii
dłonie zamyślała w balii
co wieczór…
a nad dłońmi tymi
trzej królowie spóźnieni płakali.

Woda nie była zwykła. Ze źródeł,
gdzie kadzidło rośnie i mirra,
palma także.

Przychodziły do niej z pustyni lwy płowe
gasić czerwone języki,
po głosie ich, po tęsknocie ich – człowiek
zjawiał się śpiewny i zwykły.
Na sianie szemrzącym, na szmerze
obok róży i bydła (On) leżał.

Trzej królowie chłostali zwierzęta,
ramionami ku gwieździe śpiewali,
zamyśliła dłonie matka uśmiechnięta,
wonne płótno (chyba zbyt pośpiesznie kołysała w balii)

Joseph Karl Benedikt Freiherr von Eichendorff:

Modlitwa

Boże, żaliwie chciałbym się modlić,

ale oto pozostają obrazy ziemi

zawsze między tobą i mną,

a ja duszę muszę z świtem, brzaskiem,

trwogą, jak w otchłani widzieć,

Mocny Boże, lękam się ciebie!

Ach! Znów z tej racji łamię łańcuchy!

By wszystkich ludzi ocalić,

Zaszedłeś w gorzką śmierć.

Błądząc przy drzwiach Piekła,

Ach! jak szybko bywam stracony,

czyż nie ulżysz w mojej potrzebie!

Moje serce jest przelewające się z radości i czuję się zawsze silniejszy, dzisiaj duch był podmiotem…

Pieśń o potędze

Zebrały się nocą unijne flagi:

„flaga fladze dodaje odwagi, no, no, nie bądź taka zmartwiona

Nie pomogą i moce piekła, jam ciebie, tyś mnie urzekła,

Nie zmogą cię bombą ni złotem,

I nigdy nie będziesz biała, i nigdy nie będziesz czerwona.”

Ale zebrały się raz jeszcze tym razem w dzień jasny

Na szumną naradę o mądrości i wytrwałości,

Prawią głośno trzy pierwsze flagi

Nic po nas, rządzi więc jaśniejsza jak zorza spalona,

odsłonięta na kiju biało-czerwona…

Czy mamy się poddać w zaraniu niemocy

I tak tożsamość naszą ratować-zaczęły się podnosić-

Nie, nie, trzeba jej zwycięską ciszę obudzić

Dosyć już Termopil, nawet warszawskich Powstań,

A trzeba pokazać nowy wszelki cud

Spojrzeć w sierpniowe słońce Europy,

Po poważnych obradach flagi wybrały

Jednakoż ową, która nie była w sali rano,

spośród siebie najczarniejszą,

by jasność powszechnego jutra

nieustannie wchłaniała

(ks. Stanisław Barszczak)

Orzech

Piszę te słowa, gdy siedzę obok okna w pociągu z Ząbkowic do Częstochowy,

Choć nie zaliczam się do pisarzy, albowiem tak bardzo wysoko oceniam pisanie.

Chyba nigdy nie pracowałem choć służyłem ziemi,

Nie wiedziałem, kochałem jezdnie, drzewa, kwiaty, kosmos,

Słońce, deszcz, czarną noc, chmury, śnieg,

Miałem przyjaciela mamy, taty, ołowiane niebo, życie dzieci-

Gdy mamy lat osiemnaście cenimy najmniejsze…

W czasie stosownym miałem emocje, wczesne tworzenie,

Wcześnie nauczyłem się mowy Muzyki.

Powstała ostatnia sztuka życia,

Kiedyś zniszczą owszem to.

Tak ucząc się życia i wierząc w końcu zadrżałem,

Czy rzeczywiste dojście do sztuki może być tylko emocjonalne,

Czy sztuki korzenie pochodzą ze zwątpienia w nietrwałość, przemijalność.

Czy sztuka przychodzi nie z mogę, ale z muszę…

Więc odkryłem- sztuka jest ostatnią możliwością człowieka.

Powiedzieli mi nadto, kiedy odwracamy się od Boga

Tracimy naszą stwórczość i człowieczeństwo,

Problemem człowieka nie jest ignorancja, ale rebelia,

Czcząc stworzenie i negowanie nawet siebie

A nie czcząc Stwórcy, tworzymy chaos

I trwamy w podróży bez powrotu.

Dzisiaj trzeba mi przejść to wszystko,

Są takie obrazy, które musimy kupić,

To w niedzielę pokazali mi słońce i jestem odtąd szczęśliwy.

Dlatego wniosłem tutaj sprzeciw,

Albowiem choć orzech jest nadal, to ja już muszę być świadomy,

To nic, że nie jestem jeszcze świadomy

i nadal nie otwierają się przede mną światowe katedry,

Trzeba mi odczytać początek, zenit i koniec w rozumieniu tej epoki,

Teraźniejsze uczucie końca palca.

Muszę poważnie rozważać życie, ja sezonowy podmiot,

Albowiem życie waży ciężej.

Nie wiedziałem, kochałem jezdnie, drzewa, kwiaty, kosmos,

Słońce, deszcz, czarną noc, chmury, śnieg…

Ale my musimy smutek ziemi już teraz odczuć

Skoro zamierzamy powiedzieć- kochałem,

Tak więc musimy żyć ze świadomością, że nigdy nie umrzemy.

Nazim Hikmet:

Jestem w świetle(jasności, przezroczystości), które nadchodzi,

Moje ręce są całe pełne pragnienia

Świat też jest piękny

Moje oczy nie przestają oglądać drzew

Drzewa są zielone, drzewa tak pełne nadziei

Ścieżka odchodzi przez drzewa morwy

Ja jestem w oknie infirmerii

Nie czuję zapachu lekarstw

Goździki musiały otworzyć się (jakby) gdziekolwiek

(jak gdziekolwiek otwierają się oczka do sznurowadeł)-

Na byt schwytany (jakby na uwięzi), tam gdzie nie istnieje problem

A chodzi jedynie o niepoddawanie się właśnie

(otóż nie trzeba iść dokądś)

Ten świat rośnie zimno

Gwiazda pośród gwiazd

Jedna z najmniejszych

Ten wielki świat jako nasz

Złocisty pyłek w błękitnym aksamicie.

I ten świat urośnie zimno pewnego dnia,

Już nawet nie jakakolwiek sterta lodu,

Czy też nieżywa chmura,

I więcej potoczy się, jak pusty włoski orzech walnie dokoła

W zapadającą ciemność na wieki.

Stąd dzisiaj musisz twardo czuć ten ból,

I znieść tę posępność,

Albowiem ten świat jest tak kochający,

Że możesz aż nawet powiedzieć,

‘Żyłem’. (Nazim Hikmet- listy do Kemala Tahira z Więzienia, luty 1948)

Podarowano mi mięczaka.

On wyśpiewuje to

(jakby) morze obu półkul

otóż woda zapełnia moje serce

Z tymi małymi rybkami

Cienia i srebra

(Federico Garcia Lorca)

Św. Wincenty

Pokłoniłem się naszemu patronowi z Jędrzejowa

Przewodniczyłem Mszy św. w kaplicy św. Wincentego

I trwałem z widokiem na ławki, z daleka od drzwi do zakrystii,

przechodziłem obok wzruszających tutejszych ołtarzy-

Albowiem pragnąłem jedynego rozmodlenia…

„Panie: już czas. Tak długo lato trwało.
Rzuć na zegary słoneczne twój cień”

Więc wiarą moją powiało…

Nasz patron porzucił stolicę, by spocząć tutaj

za zamykaną z wieczora wiekową kratą.

On jednak z twoją pomocą może przemówić:

„Wszystko, do czego się przykładam,
bogaci się na mnie i trwoni mnie.”

Panie, oczy twoje słowo rubaszne porzucają tkliwie.

I choć cień twój upada jeszcze na czyste drzwi wiary,

To umykaj, ratuj poetę jutra i rzuć twój cień na szpalty

katolickich, dzisiejszych gazet, niech przebudzą się na czas inny,

niech wskażą pęknięcia i blizny dzisiejszego globu,

odsłonią odwieczną prawdą i dumną historię

chrześcijańskich, ludzkich słońc.

Życiorys

Stanisław Barszczak Olsztyn, dn. 21.11-2007
ul. Św. Puszczy 6
42-256 Olsztyn
Centrum Spotkania i Dialogu Młodych
Tel./034/ 324-50-98
Tel.kom. 0669945423
e-mail:cassiacum@poczta.fm

życiorys

Urodziłem się 3 stycznia 1961 roku w Tarnowskich Górach. Później ojca widziałem raz, a mama przyjęła się do pracy w Hucie Szkła Gospodarczego w Ząbkowicach Będzińskich. Ponieważ mamie nie było łatwo opiekować się mną, znalazłem się w Domu Dziecka w Lasku Cygańskim w Bielsku Białej i Sosnowcu na ul. Szczecińskiej. Po zamieszkaniu z mamą w Ząbkowicach Będzińskich Szkołę Podstawową im. F. Dzierżyńskiego ukończyłem w 1976 roku. Maturę obroniłem w roku 1980. Następnie poszedłem do Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie, z którego wyszedłem w roku 1986, z dyplomem magistra teologii. W latach 1984-85 napisałem pracę magisterską z historii Kościoła pod kierunkiem Ks. Prof. Dra hab. Jana Związka, Rektora naszego Seminarium Pt. „Dzieje parafii Zagórze”. W 1991 roku uzyskałem licencjat z filozofii na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie po przedstawieniu pracy filozoficznej napisanej pod kierunkiem Ks. Prof. Nadzw. Dra hab. Józefa Tischnera pt. „Symbolika zła w pracach hermeneutycznych Paula Ricoeura”. Jako ksiądz pracowałem w Konopiskach, Dąbrowie Górniczej, Rząśni, Sosnowcu, Krakowie, Blachowni, Radomsku, Bogdanowie, Częstochowie. W swym życiu bardzo wiele zawdzięczałem mojej mamie, dlatego w roku 1995 otrzymałem zgodę, by pójść do Domu Księży Emerytów w Częstochowie. Równocześnie przez dziewięć lat zamieszkiwałem w „domu matki” w Ząbkowicach. W dniu 15 maja 2005 roku zmarła moja mama. Od lutego 2002 roku moje losy związały mnie z Centrum Spotkania i Dialogu Młodych w Olsztynie koło Częstochowy, na szlaku Orlich Gniazd, ul. Św. Puszczy 6. Tutaj też obecnie przebywam.

Pozostaję księdzem Archidiecezji Częstochowskiej. Przyjęta na wiosnę 2005 roku przez Ks. Prof. Dr Hab. Józefa Dołęgę praca doktorska nosiła tytuł ‘Ludzki heroizm i jego podstawy metafizyczne u Księdza Józefa Tischnera’. Jej oficjalna obrona miała się szybko odbyć na Uniwersytecie Kard. Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Niestety Ks. Profesor przestał pełnić urząd dziekana filozofii. W trakcie mojej pracy kapłańskiej wydałem pięć książek: Szermierz Boga- eseje filozoficzne, Zabliźniona rana-dramaty i opowiadania, Chabry wolności-studium myśli Księdza Józefa Tischnera, Przyjaciel kocha w każdym czasie, Droga krzyża. Mogę się poszczycić innymi opowiadaniami i artykułami, które ukazywały się m.in. w „Tygodniku Częstochowskim”, w „Biuletynie Częstochowskim”/kwartalnik dla nauczycieli/. Recenzje moich książek ukazały się m.in. w „Dwutygodniku kulturalnym Częstochowy”. Moje opowiadanie pt. „Ballada o dumnym rycerzu” zostało przetłumaczone na sześć języków (rosyjski, niemiecki, francuski, angielski, hiszpański, włoski). Tłumaczyłem również moje inne teksty i serie kazań. Wiele z moich pism znajduje się w bibliotekach świata. Jeśli chodzi o teksty przesłane przez Internet, to otrzymałem bardzo wiele podziękowań za otrzymane książki( m.in. z Rzymu, Paryża, Londynu. Kanady). Moje teksty znalazły się w redakcjach czasopism rozsianych po całym świecie. Otrzymałem za nie podziękowania (m.in. z Rzymu, Niemczech, Francji, Australii). Miałem zaszczyt wygłaszać wykłady w Akademii Polonijnej, także na Wydziale Zarządzania Politechniki Częstochowskiej.

Moje zainteresowania filozofią Ricoeura i Levinasa sięgają czasów seminaryjnych. Pamiętam mój pobyt na sympozjum filozoficznym w Lublinie w 1981 roku. Wówczas też brałem czynny udział w spotkaniach interdyscyplinarnych organizowanych przez Ks. Prof. Michała Hellera i Ks. Prefekta Studiów naszego Seminarium Ks. doc. dra hab. Józefa Życińskiego, które odbywały się w Kurii Metropolitalnej w Krakowie na ul. Franciszkańskiej, w apartamentach Ks. Kardynała Metropolity na pierwszym piętrze. Przybywali na nie zaproszeni goście z zagranicy. W Krakowie również bywałem na sympozjach filozoficznych w Seminarium Krakowskim na Podwalu i u Księży Misjonarzy na Stradomiu. Tutaj też na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia w Hotelu Royal poznałem Profesora Paula Ricoeura. Dowiedziałem się gdzie mieszka. Byłem w Instytucie Francuskim na ul. Św. Jana, do którego wcześniej uczęszczałem na lektorat języka francuskiego, na spotkaniu z sławnym Myślicielem, który przedstawił filozofię osoby w oparciu o dopiero co wydane swe dzieło „O sobie samym jako innym”. Potem w liście po francusku opisałem Panu Ricoeurowi moje zainteresowanie się jego filozofią. Paul Ricoeur był wtedy prawdopodobnie w Hanowerze na jakimś sympozjum, na które i ja się wybierałem. Pani Sekretarz napisała do mnie list z podziękowaniami. Wiem, że list ten Myśliciel otrzymał. Kiedy zawitałem w r. 2000 do Paryża, to w rozmowie telefonicznej nawiązywałem do naszej wcześniejszej znajomości, tłumaczyłem się brakiem czasu, iż nie jestem w stanie zawitać w Malabry, w jego domu. Emanuela Levinasa nigdy nie poznałem osobiście, ale „twarz Drugiego” –pojęcie zaczerpnięte z jego filozofii- nieprzerwanie towarzyszy mi od zarania mojego życia. Pragnę wspomnieć tutaj o Księdzu Prof. Józefie Tischnerze, którego poznałem w Klasztorze Augustianów w październiku 1980 roku. Na jego Seminarium uczęszczałem regularnie co tydzień, wpierw do św. Anny, a potem na Frańciszkańską, na Papieską Akademię Teologiczną, od 1980 roku do 1992 roku. Mówił o swoich kontaktach z Ricoeurem i Levinasem. Czytałem wiele jego tekstów o Levinasie. W latach 1992-2007 różnie układała się moja praca duszpasterska, niemniej nigdy nie odszedłem od filozofii, czytałem książki, wertowałem strony internetowe z których czerpałem wiadomości o różnych sympozjach tischnerowskich, levinasowskich i ricoeurowskich, czego wyrazem są moje obecne starania naukowe. W dniu 14 listopada 2007 roku miała miejsce prezentacja mojej pracy doktorskiej z E. Levinasa i P. Ricoeura na Seminarium Pana Profesora dra hab. Krzysztofa Wieczorka na Uniwersytecie Śląskim. Tytuł pracy brzmi: Koncepcja podmiotu posiadającego: wyzwanie aksjologii Emanuela Levinasa i Paula Ricoeura

BIBLIOGRAFIA moich prac :
Stanisław Barszczak

Pragnę wspomnieć, że od piętnastego roku życia prowadziłem dziennik. Mój pamiętnik z czasem zamienił się w pierwsze większe teksty o wizycie Papieża Polaka w ojczyźnie w 1979 roku, inne opowiadanie nosiło tytuł „Nie lubię poniedziałku”. W Wyższym Seminarium Duchownym w Krakowie, w lokalnej gazetce, ukazał się w 1983 roku mój tekst o wizycie w murach naszej uczelni Pana Profesora Hashimoto z Japonii. Za swój dojrzały debiut literacki zawsze uważałem wiersz Waterloo z r. 1997; za swój debiut eseistyczny- artykuł rodem z Maurycego Mochnackiego z r. 2000. Pamiętam, że w r. 1996 przekazałem na ręce Pana Redaktora Naczelnego „Tygodnika Powszechnego” J. Turowicza teczkę z moimi najwcześniejszymi elaboratami. W moim archiwum posiadam pismo z „Tygodnika Powszechnego”, jakie otrzymałem w lutym 1997 roku od Pana Janusza Poniewierskiego. W latach 1997-2004 napisałem moc artykułów na maszynie, które znajdują się w szufladach księżowskich i nie tylko. Pamiętam tytuły tylko niektórych: Koncert Jankiela, Konstytucja czystej subiektywności itd. Po napisaniu artykułu pt. „Złota jesień polska” otrzymałem pozytywną odpowiedź Pana Marka Króla z „Wprost”. Od 1996 roku- mogę powiedzieć- napisałem wiele tekstów i nadal piszę; obecnie najczęściej od razu są wysyłane do redakcji różnych czasopism, miesięczników naukowych i religijnych. Niektóre zaadresowałem przez Internet jedynie do konkretnych osób, za te teksty otrzymuję najczęściej pochwały ustne.

1. Artykuły w „Tygodniku Częstochowskim”(1995-96)
2. Autobiografia-Hortensjusz (1995)
3. Poezje (wiersze z lat 1996-2000), m.in. Waterloo, Duch Adama i skandal itd.)
4. Wybór pism drobnych ( przekazany „Tygodnikowi Powszechnemu, 1996)
5. Zabliźniona rana (dramaty i opowiadania)
6. Szermierz Boga (eseje filozoficzne)
7. Chabry wolności (studium myśli ks. Józefa Tischnera)
8. Przyjaciel kocha w każdym czasie (czwarta książka)
9. Droga krzyża (kazania z mojego zbioru kazań pt. „Strumyczek”, refleksje biblijne i większe studia)
10. Ideał sięgnął bruku ( przekazany „Rzeczpospolitej” )
11. Złota jesień polska (przekazany „Wprost”)
12. Kazania (m.in. na dwudziestą rocznicę moich prymicji)
13. Klucz do Biblii (przekazany „Tygodnikowi Powszechnemu”,2006)
14. Tłumaczenia współczesnych kazań (m.in. ks. Jakuba Fournier)
15. Potrzebujemy Boga (zbiór esejów)
16. Chwila prawdy (wspomnienie z podróży do Ziemi świętej w sierpniu 2007 roku)
17. Ekspresem do nieba (esej filozoficzny)
18. Niech zstąpi Duch

Moja strona internetowa to: http://sbarszczak.blox.pl/html

Prace naukowe z filozofii:

– Wczesne eseje filozoficzne (Kredyt odpowiedzialności z wiosny 1999 r., Przyświadczenie albo pewność, Dostępność do prawdy), zamieszczone w „Przyjaciel kocha w każdym czasie”
– Szermierz Boga. Eseje filozoficzne, Wyd. WOM, Częstochowa, Aleja Jana Pawła II, wiosna 2004, nakład 550 egz.
– Chabry wolności. Studium myśli ks. Józefa Tischnera, Wyd. Garmond, Częstochowa, ul. św. Jadwigi, 18 maj 2005, nakład 500 egz.
– Przyjaciel kocha w każdym czasie, Eseje filozoficzne i opowiadania, Wyd. Garmond, Częstochowa, ul. św. Jadwigi, 7 styczeń 2006, nakład 450 egz.
– Droga krzyża. Kazania „Strumyczek”, refleksje biblijne i większe studia, Wydanie introligatorskie, ss. 240, Częstochowa, jesień 2006, nakład 10 egz.
– Zabliźniona rana. Dramaty i opowiadania, Wyd. WOM, Częstochowa, Aleja Jana Pawła II, wiosna 2004, nakład 550 egz. Tylko tej książki mam oryginalną recenzję „filozoficzną” Pana Sławomira Burszewskiego zamieszczoną w Dwutygodniku Kulturalnym Częstochowy:”aleje3”, styczeń-luty 2006,ss.46-47, któremu odpowiedziałem w mej książce „Droga krzyża”
– Ideał sięgnął bruku ( przekazany „Rzeczpospolitej” )
– Złota jesień polska (przekazany „Wprost”)
– Zwycięstwo daru wolności, esej z 14 sierpnia 2004 r.
– Złote brylantowe wyznania (opowiadanie rodem z Augustyna), Częstochowa 2005
– Andernfalls als Umhüllung (artykuł po niemiecku “Inaczej niż skrywanie”-19.02.2006)
– Otherwise than serving (artykuł po angielsku “Inaczej niż służba”)- 17.02. 2006
– Potrzebujemy Boga , Częstochowa 2007
– Ekspresem do nieba. Ten esej filozoficzny z r.2006 znajduje się w „internetowym” zbiorze esejów, zatytułowanym ad hoc „plusminus”
– Kreatywność chrześcijańska jako wyczuwalna przyjaźń, 23 kwiecień 2006
– „Oto człowiek”, Częstochowa 2006
– Poprzez kontynenty, cz. I i II (albo inaczej W barwach kreatywnych niedopytań)
– Koncepcja podmiotu posiadającego-wyzwanie aksjologii Emanuela Levinasa i Pawła Ricoeura ( prezentacja mojej pracy doktorskiej)

Większość moich tekstów filozoficznych „nie ujrzało” światła dziennego, „leżą” w szufladach księżowskich albo w domach moich przyjaciół, począwszy od bardzo interesujących-moim zdaniem- najwcześniejszych esejów z lat 1997-2001 (np. Koncert Jankiela, Wyznania wieczorowej woli itp.) m.in. z Kierkegaarda, Weil, Condillaca, następnie artykułów z „Drogi krzyża”(m.in. W barwach kreatywnych niedopytań), przez kolejne eseje wysyłane drogą e-mailową do różnych Redakcji i Wydawnictw rozproszonych po całym świecie, aż po ostatnie filozoficzne eseje z stale powiększanego zbioru „plusminus”(Bliskość Boga, bliskość człowieka, Wy nie wiecie co macie, W tym najpiękniejszym roku)

Inne prace:

– Artykuły w „Tygodniku Częstochowskim”(ok. dziesięć esejów, 1995-96)
– Autobiografia-Hortensjusz (1995)
– Poezje (wiersze z lat 1996-2000), m.in. Waterloo, Duch Adama i skandal itd.)
– Wybór pism drobnych, przekazany „Tygodnikowi Powszechnemu, z podziękowaniem Pana Janusza Poniewieskiego, luty 1997
– Opowiadania (Pieśń o Rolandzie, Aria z Zorzą, Trzęsacz, Zapalniczka i scyzoryk, Księżyc z Montreux, Obietnica obutego wzgórza, Pożegnanie wigilijne) w „Przyjaciel kocha w każdym czasie”
– „Strumyczek”, kazania w oparciu o myśli św. Ojca Pio, Częstochowa jesień 2005-wiosna 2006
– Kazania (m.in. na dwudziestą rocznicę moich prymicji), Częstochowa 18 maj 2006 r.
– Klucz do Biblii (przekazany „Tygodnikowi Powszechnemu”,2006)
– Legenda o kramarzu (opowiadanie), wiosna 2006
– Afrykańskie rodeo, Częstochowa 2006
– Pieśń o stworzeniu (opowiadanie), Częstochowa 2006
– Życie Tołstoja (z R. Rollanda), Częstochowa 2006
– Tłumaczenia współczesnych kazań (m.in. 20 homilii ks. Jakuba Fournier) z lat 2006-2007
– Chwila prawdy (wspomnienie z podróży do Ziemi świętej w sierpniu 2007 roku)
– Łódka duszy, listopad 2007
-Opowiadania i szkice (Kraj rodzinny, Pielgrzymka do Saint Petersburga, W krainie wiary, Smak brzoskwini, Nowy rok bieży, Miasteczko w lutym, Prości ludzie, Legenda wieków, Jak czyniłem zakupy w księgarniach, Na święta, Nie byłem Emilem, Zamek wspomnień, Polska i świat) tomik z r. 2007
– Niech zstąpi Duch, słowo do „Życia parafii”, biuletynu parafii Ducha świętego w Ząbkowicach , grudzień 2006
– Wybór poezji, przekazany przez Internet (Ckni mi się Panie, Sytuacja patowa, Cmentarz rzepiński, Popielec, Puszcza nasza, Nie umiem chodzić po świecie, W górach, Moje przedpołudnie, Moje popołudnie, Witam w nowym dniu, Wiosna, Elegia o ziemi rodzinnej, Magowie, Trzeciego krzyża nie było, O matce, Przeprośna Górka, Popielec, Byłem na jedynym pogrzebie, W mojej wiosce kresowej, Moje południe, Pielgrzymka do Saint Petersburga, Za późno, Mdłe godziny), tomik z r. 2007
– Moje tłumaczenia (Kruk Poe’ego z 5 listopada 2006 r., z Rilkego: O życie, życie, Co zrobisz, Panie, gdy ja umrę, z Blissa Carmana: Kochałem ciebie, Z V. Hugo: Podróż w góry Pireneje, Most, Modlitwa Maeterlincka, z Adalberta von Chamisso: Wiosna, Zima, Źródło, z St. Mallarmego: Śpiąca na wieki, z E. Zoli: Miłość pod dachami, Wielkanoc R. Crashawa, Poszkodowane miasto O. Goldsmitha, Jeśli podróżny zimową nocą Italo Calvino, Stefan J. Pipera, Pole Waterloo W. Scotta) tomik z r. 2007
-Le lai d’un chevalier fier (tłumaczyłem na jęz. francuski moje opowiadanie pt. Ballada o dumnym rycerzu), Częstochowa 2006
-Ein Lied über einen stolzen Ritter (tłumaczyłem to opowiadanie na jęz. niemiecki), Częstochowa 2006
-The lay of a proud knight (tłumaczyłem na jęz. angielski), Częstochowa 2006
Miałem swe tłumaczenia „Ballady o dumnym rycerzu” również w języku rosyjskim (korekta Pani Wacławy Nowak), włoskim i hiszpańskim.

moje życie 112

Stanislav Barszczak: Mistrz wiekuisty-Prometeusz jutra

Po skończonym przedstawieniu Piotr czuł, jak krew tętni mu w żyłach, i wiedział, że nie zazna snu w tę niespokojną noc, że będzie musiał czuwać jak człowiek zakochany bez wzajemności. Powtarzał w myśli wiersze obłąkanych poetów. Cienie obecnych zniknęły i pozostał sam na sam z rozświetloną nocą…- Koniec nocy nie został stworzony do dyskusji – podsumował sytuację Jakub. Wszyscy odeszli…Po wyjściu z dziedzińca w jednym z narożników przedzamcza usłyszałem cudowne słowa obcokrajowca-profesora, który mi teraz zawsze towarzyszy:„Niech będzie błogosławiony trud, bowiem pomiędzy tymi górami i lasami można odpoczywać poprzez trud i zmęczenie! (…)W górach obecne jest pewne podstawowe słowo, pewien wewnętrzny rozkaz: iść. Ale razem z tym słowem współistnieje jeszcze inne: oddychać”. Potem profesor powiedział, że między tymi dwoma słowami istnieje związek: nie można iść, nie oddychając. Jezus jest drogą, która daje nam także ducha. Duch Święty jest naszym boskim oddechem. W ten sposób nasza ludzka droga staje się boską. Profesor mówił dalej, że cały świat jest pełen piękna: „Patrzę dzisiaj z bliska na te skały i szczyty i kontempluję wspaniałą panoramę. Trudno jest cokolwiek porównywać, gdyż niewątpliwie cały świat jest pełen pięknych rzeczy, ale ta wasza ziemia, ten wasz pejzaż jest jednym z najpiękniejszych widoków na całym świecie”.
Idziemy stokiem pagórka zazielenionego. Trawa, kwiatuszki na trawie. „Niebo zamglone, już błękitniejące. Widok na inne wzgórza rozlega się w ciszy. Jakby tutaj nie było żadnych kambrów, sylurów, skał warczących na siebie, wypiętrzonych otchłani, żadnych nocy w płomieniach i dni w kłębach ciemności. Jakby nie przesuwały się tędy niziny w gorączkowych malignach, lodowatych dreszczach. Jakby tylko gdzie indziej burzyły się morza i rozrywały brzegi horyzontów. Wszystko na swoim miejscu i w układnej zgodzie. W dolince potok mały; ścieżka w postaci ścieżki od zawsze do zawsze. Las pod pozorem lasu na wieki wieków i amen, a w górze ptaki w locie w roli ptaków w locie. Jak okiem sięgnąć, panuje tu chwila. Jedna z tych ziemskich chwil proszonych, żeby trwały.” Wracamy w środku dnia z tej przeuroczej krainy, z Podzamcza ogrodzienieckiego zamku, z mojej Góry Zamkowej, którą mógłbym teraz nazwać- moja Góra Przeczysta. Przy gościńcu spotykam dzieci i młodzież, które wyszły już bardzo zmęczone ze szkoły. One wszędzie są poddawane traumie…Razem z przyjacielem-nauczycielem zaglądamy do pobliskiego baru-kawiarni za wzgórzem, za którym dzieci bawiły się kiedyś jak walczyć a nie zabijać. Spotykam tutaj bardzo przyjacielskie twarze i swojskie ubiory. Kobieta w kasie z bufetową na przemian coś wykrzykują. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę, potem mężczyźni wrócili do swojej kwatery. Z pewnością jeden z „moich, dalekich krewnych” przechodzi obok nas i kruszy trochę lepkiego, czarnego tytoniu na dłoni. Następnie tytoń wędruje do pustej bibułki papierosowej połączonej z filtrem, która na koniec zostaje skręcona. Dostaję papierosa na dobrą noc, po czym następuje coś nieoczekiwanego. Dym jest ostry i ma korzenny zapach, nie pali w ustach, nie drażni płuc, podnosi mój nastrój, zagęszcza go, ale nagle dzieje się coś, co od czasów palenia środków odurzających w latach szkolnych nigdy mi się nie zdarzyło: strach się materializuje. Strach, który toczy się ku mnie ulicą, idzie przez podwórko, zstępuje ze ścian, kumuluje się nad moim posłaniem. Nagle wszelki strach, jaki kiedykolwiek panował w tym mieście, kieruje się na mnie. Nie mogę go znieść, nie pozwala też na żadną dyskusję. Być może jego zadaniem jest wstrząsnąć mną i mi zagrozić…Jeśli miejscowości również są zakrzepłymi doświadczeniami, jeśli składają się ze wszystkiego, co kiedykolwiek było w nich odczuwane, to ów strach jest czymś w rodzaju objawienia. Ogrodzieniec daje się poznać. Na delikatnym obrazie miasteczka wycisnęły swe piętno onegdaj ataki bombowe i ostrzały rakietowe, gwałty, tortury i mordy…Na podwórzu zalega ciemność. W nocy słychać tylko szczekanie psów i od czasu do czasu odgłos przejeżdżającego samochodu. Jest to całkiem inna noc, przesycona grozą, noc, podczas której tak wielu ludzi leży w strachu, w powracającej traumie. Jest to strach żołnierzy na widok rany, chwila, w której się staje ofiarą, destrukcja świadomości w obliczu przerażenia. Strach jest mocno związany z siłą żywotną. Odczuwam oddalenie geograficzne, czas, który byłby mi potrzebny, aby się znaleźć w ramionach najbliższych. Myślę o nim, myślę krajobrazami. Strach się przebija, strach bezprzedmiotowy. Dopiero po paru godzinach wszystko się rozpływa w zdumieniu wywołanym tym wszystkim, co może głowa, nie tym, co myśli, tylko tym, z jaką intensywnością ucieleśnia emocje w wewnętrznym, nieuniknionym uczuciu, które nagle staje się rzeczywistością.
Jak podaje mit na skalistym wybrzeżu Kaukazu bóg ognia, Hefajstos przyglada się, jak Kratos i Bia, Przemoc i Siła, przykuwają do głazu milczacego Prometeusza, który patrzy teraz w dolinę i zmaga się z przeznaczeniem i wolą bogów, winą i karą. Wydaje mi się, że podobnie chyba dzieje się na górzystej Kamionce, skąd rozpościera się widok na stuletni już tutejszy kościół i urozmaicony w oddali łagodnymi wzniesieniami krajobraz. Tutaj w pobliżu Ząbkowickiego cmentarza, za pokoleniowymi lipami, „przemieszczają się” wciąż ludy z epok dalszych i bliższych. O tych czasach zaświadczają kominy hut szkła, hal chemicznych, zakładów: „Erg”, „Henglein”, ostatnio „Waty szklanej”. Niemniej najbliższa cmentarza jawi się sylwetka skomasowanych tutaj wydziałów „Huty Katowice”, z jej kominami, wystawnego pomnika mojego dzieciństwa. Już odszedł w mym życiu jedyny przyjaciel, mama, a po niej odchodzą po nagrodę wieczną kolejni kochani mieszkańcy i parafianie z Ząbkowic. Oni nie mogli już żyć. Natomiast nieustannie odjeżdża pociągiem z naszej stacji stary nauczyciel, profesor, nowy ale już „rozkuty prometeusz” jutra. Ja wciąż go oglądam, to on w życiu nie przestaje uosabiać wszystkich mych mistrzów, którym winienem dozgonną wdzięczność za to, że pokazali mi Chrystusa i teraz mogę się cieszyć mym szczęśliwym, spełnionym człowieczeństwem.
fin

moje życie 113

Nazajutrz pamiętam wybraliśmy się we trzech do Rząśni w powiecie pajęczańskim. Obejrzeliśmy kościół ks. Rocha Nieszporskiego. Po przejściu przez bramę mogliśmy ujrzeć okazałą Plebanię, która jest dziełem jednego z tutejszych proboszczów. Sama Plebania zdaje się pamiętać czas kiedy rezydował w Polszcze sam Napoleon Bonaparte. Jeszcze dzisiaj mam w uszach słowa przewodniczek. „Zbudowano ten dwór przed stu laty, w stylu, który nazywa się klasycystycznym. Historyk sztuki zrobiłby następujący opis: dwór jest murowany, położony w głębi dużego parku w stylu angielskim. Park bardzo zaniedbany. Budynek piętrowy, postawiony na planie prostokąta z półkolistym ryzalitem od ogrodu. Układ wnętrza dwutraktowy, na osi sień i owalny salon. Na zewnątrz kondygnacje są oddzielone gzymsem kordonowym, pod okapem znajduje się gzyms na kroksztynach. Na osi fasady widać joński portyk kolumnowy, zwieńczony trójkątnym szczytem. Dach czterospadowy. Pod trzema środkowymi oknami pierwszego piętra biegnie malowany fryz przedstawiający gryfy z wazami. W klatce schodowej kolumnada z romantycznym pejzażem, na suficie piętra putti w chmurach. W salonie owalnym plafon z Cererą w ramie z rocaille’ami. W pokoju przylegającym do salonu malowane supraporty z wazami i kwiatami, owocami i liśćmi akantu. Na piętrze w bibliotece owalny plafon, przedstawiający Zeusa na Olimpie, w ramie o dekoracji pompejańskiej. Większość pomieszczeń ma dębową boazerię, biblioteka i sala balowa całe są wyłożone dębowym drewnem. Lecz nam potrzebny będzie inny opis. Pod portykiem z jońskimi kolumnami wchodziło się do wielkiej, mrocznej sieni, z ogromną latarnią żelazną zawieszoną na ciężkim łańcuchu. W sieni znajdował się czarny stół i dwie długie ławy. Po lewej ręce, w pobliżu frontowego wejścia wąski korytarzyk prowadził do kuchni, po drodze mijało się troje drzwi wiodących do pokojów: zielonego, żółtego i czerwonego. W głębi klatki schodowej były schody na piętro oraz wejście do owalnego salonu. Po prawej stronie na parterze znajdowała się duża sala balowa ze wspaniałym klasycystycznym kominkiem. Na piętrze po lewej stronie mieściła się biblioteka z kominkiem i dwa pokoje: dawny gabinet pana dworu i jego sypialnia. Po prawej zaś stronie, nad salą balową, było pięć niedużych pokojów, dwa z nich w amfiladzie, a trzy z samodzielnym wejściem, z głównego korytarza i małego korytarzyka…”
Gdy wracaliśmy z dalekiej podróży wóz zatrzymał się na Podzamczu niedaleko Ogrodzieńca. Weszliśmy na zamkowe wzgórze. Powtarzałem sobie w pamięci daty z historii tego miejsca. Pierwsze umocnienia stanęły tu za panowania Bolesława Krzywoustego i przetrwały do 1241 roku, kiedy to najazd tatarski zrównał je z ziemią. Na ich miejscu w połowie XIV wieku zbudowano zamek gotycki – siedzibę rodu rycerskiego Sulimczyków. Warownia była doskonale wkomponowana w teren: z trzech stron osłaniały ją wysokie skały, a obwód zamykał kamienny mur, wjazd prowadził wąską szczeliną między skałami. XVI-wieczna przebudowa, gdy właścicielami zostali krakowscy Bonerowie, przekształciła zamek w renesansową rezydencję. Warownia składała się z rozbudowanego, trzywieżowego zamku górnego oraz obszernego przedzamcza. Następnie zamek przechodził w ręce Ligęzów oraz Firlejów. W 1655 roku podczas potopu szwedzkiego zamek został zdobyty przez wojska szwedzkie, które stacjonowały w nim prawie dwa lata, rujnując znaczną część zabudowań. W 1702 roku również nie oparto się szwedzkiemu szturmowi. Pożar strawił wówczas ponad połowę zamku. Praktycznie nie podjęto już jego odbudowy. Ostatni mieszkańcy opuścili zrujnowaną warownię około 1810 roku. Po II wojnie światowej postanowiono zadbać o zachowanie zamku w formie trwałej ruiny. Prace konserwatorskie przeprowadzono w latach 1949-1973, a ich efekty możemy podziwiać do dziś. Zdaniem niektórych badaczy zjawisk paranormalnych Zamek Ogrodzieniec jest miejscem nawiedzonym, gnieżdżą się tu siły mroczne i potężne. Oto czarny pies pojawia się niekiedy nocami, biegnąc po murach i wokoło ruin zamku. Wedle relacji osób, które miały okazję widzieć owo widmo, jest to czarny pies, wielkością znacznie przekraczający psa, nawet bardzo dużego, jego oczy płoną, a biegnąc ciągnie za sobą ciężki łańcuch. Zjawa ma ponoć być duszą kasztelana krakowskiego Stanisława Warszyckiego.
Nic się nie zmieniło, zupełnie jakby wyszedł stąd wczoraj: okrągły pokój, miedziane naczynia, drewniane krzesła o siedzeniach z plecionej słomy, po kątach nieliczni, znani klienci pijący herbatę i ubijający interesy. Spoza drzwi i wielkiego okna widać bezkresną pustkę. Mrok jest gęsty, nierozjaśniony żadnym promykiem, panuje przeraźliwa cisza – jeśli pominąć urywane śmiechy dobiegające z zewnątrz. Suchy, rześki prąd powietrza między oknem a drzwiami jest silny i czysty jak pustynia…Weszliśmy do kawiarenki na dziedzińcu zamkowym. Piotr wziął od chłopca kubek herbaty i podniósł do ust. – Jak robota? – spytał, pochylając się ku Tarzanowi. Ten z niesmakiem wydął dolną wargę: – Coraz rzadziej spotyka się ludzi, na których można polegać. – Złych nie sieją, sami się rodzą. – Durni, niczym urzędnicy państwowi. Piotr prychnął pogardliwie…Piotr z zadowoleniem dopił herbatę. Wyprostował swą niewysoką, ale muskularną, szczupłą postać i podszedł do okna. Wiatr wydymał poły marynarki jak żagle. Spojrzenie Piotra pobiegło w pustkę, która rozpostarła się nad ziemią, pogrążoną w absolutnej ciemności. Gwiazdy na czystym niebie wyglądały jak ziarenka piasku, a kawiarnia przypominała wyspy na oceanie albo samolot na tle chmur. U podnóża wzniesienia, na którym ją zbudowano, ogniki papierosów ćmionych przez siedzących w mroku amatorów świeżego powietrza poruszały się jak spadające gwiazdki. Na zachodzie, ponad horyzontem, widać było dalekie świetliki tutejszych zieleńszych pól. Ich oddalenie pozwalało odczuć, jak bardzo ta kawiarnia wysunięta jest w głąb pustyni ludzkiej. Zamyśliłem się, chyba od tej chwili ta pustynia stanie się świadkiem twojej zręczności…Piotr z kolei wychyliwszy się z okna, słyszał głosy ludzi, którzy porozsiadali się dookoła wzniesienia szukając odpoczynku na tej pustyni. Chłopiec schodził właśnie do nich…Przerywana śmiechem rozmowa toczyła się żywo. Jakiś młody człowiek, w którego głosie pobrzmiewało zadowolenie, rzekł: – Pokażcie mi przynajmniej jedno naprawdę spokojne miejsce na ziemi…
Nie ma nic bardziej okrutnego niż nieodwzajemniona miłość. Na zamku byliśmy świadkami jedynego przedstawienia z epoki szwedzkiej. Nad zamkiem latały ptaki, które wcielały się w role z sprzed lat. Warszyckiego grał Piotr. Zacisnął zęby i pomacał ukryty w kieszeni rewolwer. Barbara, córka Warszyckiego, niczym Biała dama ukazała się w drzwiach nieprzygotowana na czekającą ją niespodziankę; ujrzawszy go, zatrzymała się w miejscu oniemiała z wrażenia. Popatrzył na nią przeciągle i uśmiechnął się. Wyglądała na szczuplejszą niż dawniej, jej twarz ginęła zupełnie pod warstwą tłustego pudru. Była podniecająca w białej sukience, która z krzyczącą bezwstydnością przylegała do jej ciała, odsłaniając ramiona i łydki. Krótkie włosy Barbary potargał wiatr. Podbiegła ku niemu i ich ręce spotkały się. – Bogu dzięki, żeś zdrów i cały…Smutne spojrzenie Barbary było dowodem jej porażki, ale tylko…Piotr potrafił to wyczytać. Wszyscy jesteśmy łobuzami — kontynuował. — Nie mamy pojęcia o moralności. Prześladuje nas okropny demon o nazwie „odpowiedzialność”. Wszyscy jesteście łobuzami na miarę tej epoki! Szukacie schronienia w haszyszu i w fałszywych rojeniach…Starał się nie patrzeć w kierunku Barbary, a rozbawione diabły chichotały w jego duszy…Teraz zwrócił się do nas: -Uciekasz przed nałogiem i absolutem. Prześladuje cię świadomość własnej miernoty…
Komary pojęły w końcu sekret ich zgubnej fascynacji światłem lampy…Słychać było bulgotanie wody w kotłach, połyskującej w świetle księżyca. Pojawił się Warszycki o jakim chcieliby śpiewać trubadurzy: szlachetny, śmiały, przystojny, dobrotliwy dla dzieci i szarmancki wobec kobiet, a do tego obdarzony pięknym głosem. Przyjmuje w komnacie króla Jana Kazimierza i królową Marię Ludwikę…Barbara, której chwilowo odebrało mowę, pokręciła tylko głową. Anastazja zsunęła jedwab sukni z jej ramion. Przeciągała czubkami palców po plecach młodszej kobiety, przyprawiając ją o dreszcze i gęsią skórkę. Część umysłu Barbary przerażona była intymnością tego dotyku, część buntowała się przeciw niemu. Mimo to pozostała nieruchoma, choć jej lewa ręka sięgnęła między uda…Srebrne łańcuszki złożone z setek maleńkich, perfekcyjnie ukształtowanych ogniw, zaszeleściły na jej nadgarstku. Spojrzała w okno i ogarnęła gestem ogród i budynek. Zarazem zdawała się myśleć…Niestety, może to jest pożyteczny władca dla państwa, dla senatu, ale nie jest to najlepszy kasztelan dla nas i ludu. Następnie Stella, o czterdzieści lat młodsza żona Warszyckiego szła przed Piotrem z lampą. Po kilku sekundach znaleźli się w pokoju. Piotr teraz był mężczyzną wysokim, barczystym, tęgim, z potężnym brzuchem, który opinała elegancka i wygodna bluzka i kaftan świadczące o dobrym smaku, dostatku, a nawet luksusie. Czarne włosy w nadzwyczajnym porządku ułożone po obu stronach przedziałka, pierścień z ogromnym brylantem i złoty zegarek były tego potwierdzeniem. Twarz miał pociągłą, skórę jędrną, elastyczną, rysy wyraźne, zdecydowane. Była to piękna twarz, mówiąca o silnej osobowości. Oczy miał duże, niebieskie, wielki, dumnie sterczący nos współgrający wielkością z resztą twarzy, duże usta o pełnych wargach, wspaniałe, gęste wąsy z końcami zawiniętymi dokładnie tyle, ile trzeba…Stella wyszła na kilka minut z pokoju i wróciła z miednicą i dzbankiem. Miednicę postawiła u stóp mężczyzny, a sama, w pełnej gotowości, stanęła obok z dzbankiem; Piotr, nie wstając, wyprostował się, wyciągnął ręce, a ona polała na nie wodę. W ten sposób umył ręce i twarz, przetarł mokrymi rękami włosy i długo płukał usta, potem wziął ręcznik i wycierał nim twarz, włosy i ręce, Stella zaś zabrała miednicę i wyniosła ją do sieni. Była to jej ostatnia usługa w ciągu dnia w tym wielkim domu, obowiązek, który wykonywała już od ćwierć wieku zawsze z ochotą, nawet z entuzjazmem i radością, nigdy zmęczona czy zniechęcona. Jak podaje legenda zresztą z takim samym entuzjazmem przystępowała do innych domowych obowiązków, krzątała się od wschodu do zachodu słońca i z tego też powodu sąsiadki nadały jej imię Pszczółka. „Teraz wróciła do pokoju, zamknęła drzwi, wyciągnęła spod łóżka małą matę, położyła ją przed kanapą i usiadła na niej po turecku, jako że nie wypadało jej usiąść obok męża. Minął ja kiś czas, a ona siedziała, milcząc. Nigdy nie zaczynała mówić, dopóki jej nie zachęcił; Piotr opadł plecami na oparcie kanapy, zmęczony po długiej wieczornej hulance. Powieki mu ciążyły, kąciki oczu były zaczerwienione z przepicia, dyszał ciężko pijanym oddechem. Pił wino co wieczór, często w nadmiernej ilości, aż do upicia się, przywykł do tego, jednak nigdy nie zdecydował się wrócić do domu, dopóki nie osłabło działanie alkoholu i nie wróciło panowanie nad sobą, dbał bowiem o swój autorytet i wygląd w oczach domowników…Hulanka bowiem nie kończyła się wraz z powrotem do domu, ale kontynuowała żywot w jego wspomnieniach i w jego sercu, które nieopisana siła namiętności ciągnęła do uciech życia. Ciągle miał przed oczyma dobrane towarzystwo…Duszę przepełniała radość, ciało tańczyło, poruszały się ręce i głowa, zmysły szalały…Wystarczyło, żeby ze strzępka mi wspomnień przypłynęła jedna z tych piosenek, by wpadał w upojenie, poruszał rytmicznie głową, strzelał palcami, a twarz rozjaśniał mu uśmiech radości i rozkoszy; śpiewał, nucił, nawet kiedy był sam.”cdn.

moje życie 114

W kantorku panowała atmosfera przytłaczającej nudy. Robotnicy huty szkła siali nudę- muszę powiedzieć to-pozostawali dla mnie niejako z innej planety, z czego wówczas nie zdawałem sobie sprawy. W kącie kantoru, nad gazem, zaczął szumieć czajnik. – Panie Arturze, może pan dać mi herbaty? Artur przyniósł herbatę i zatrzymał się na chwilę. – Co panu jest? – zapytał go pan Artur, który z nim znał się bliżej. – Nic – odparł krótko i powlókł nienawistnym spojrzeniem po hutmistrzu, który rozwijał z celofanu kolejną kanapkę. – Wyglądasz pan bardzo źle. – Panu Czarkowi nie służy fabryka. Po salonach trudno mu się przyzwyczaić do kantoru i do roboty. – Bydlę albo inny parszywiec może się łatwo przyzwyczaić do jarzma, ale człowiekowi trudniej – syknął ze złością, ale tak cicho, że hutmistrz nie zrozumiał słów, spojrzał uważnie, uśmiechnął się tępo i szepnął: – Panie Czarku! Panie Czarku! Może pan dyrektor spróbuje, jest tu kombinacja szynki z pulardą, bardzo dobra, moja żona jest sławna z tego. Pan Cezary odszedł, usiadł przy biurku i błądził spojrzeniem po murach czerwonych, po oknach… Daj mi pan jeszcze herbaty. Artur chciał go wybadać, herbatę zaraz przyniósł i nie podnosząc ócz zawrócił się do odejścia. – Panie Arturze, może pan za jakie pół godziny przyjdzie do mnie? – Dobrze, panie dyrektorze. Ja nawet miałem interes i w tym celu jutro się wybierałem do pana. A może pan teraz zechcesz wysłuchać? Fabryka po chwilowym odpoczynku podwieczorkowym pracowała znowu z jednaką energią. Pan Cezary wyjrzał na świat z okien swojego gabinetu, bo poszarzało nagle i zaczął padać śnieg nadzwyczaj gęstymi płatami i pobielił ściany fabryk i dziedziniec. Spostrzegł Artura stojącego za domkiem portierni, przez który było jedyne wyjście z fabryki. Artur rozmawiał z tą samą kobietą, która mu za coś dziękowała z uniesieniem i chowała jakiś papier za stanik. – Panie Arturze! – krzyknął wychylając przez lufcik głowę. – Miałem przyjść właśnie do pana – odezwał się Artur zjawiając się po chwili. – Coś pan radził tej babie? – zapytał surowym dosyć głosem, patrząc w okno. Artur zawahał się przez mgnienie, rumieniec powlókł jego dziewczęco piękną twarz, a w niebieskich, dobrych oczach zamigotał płomień. – Kazałem jej iść do adwokata, niechaj wytoczy proces fabryce o odszkodowanie, bo wtedy prawo zmusi ich do zapłacenia. – Co to pana obchodzi? – zaczął lekko bębnić palcami po szybie i przygryzać usta. – Co mnie obchodzi? – zamilkł na chwilę. – Bardzo mnie obchodzi wszelka nędza i wszelka niesprawiedliwość, bardzo…- Czym pan tutaj jesteś? – przerwał mu ostro i usiadł przed długim stołem. – No, jestem praktykantem kantorowym, pan dyrektor przecież wie najlepiej – odpowiedział zdumiony. – No to, panie Arturze, pan nie skończysz tej praktyki, jak mi się zdaje. – Wreszcie, to mi jest już wszystko jedno – szepnął dosyć twardo. – Ale nam nie jest wszystko jedno, nam – fabryce, w której pan jesteś jednym z miliona kółek! Przyjęliśmy pana nie na to, żebyś tutaj produkował się ze swoją filantropią, a tylko, abyś robił. Pan wprowadzasz zamęt, gdzie wszystko polega na najdoskonalszym funkcjonowaniu, na prawidłowości i zgodności. – Nie jestem maszyną, jestem człowiekiem…
Maszyny huczały bezustannie i bezustannie świstały transmisje, uczepione pod sufitem i niosące siłę do innych sal, wszystko się poruszało w rytm tych olbrzymich pudeł, metalowych suszarń, które odbierały towar mokry z drukarni i wypluwały go suchym i stały w tej olbrzymiej, czworokątnej sali, pełnej smutnych barw i smutnego światła dnia marcowego, smutnych ludzi, niby kapliczki boga-siły, rządzącego wszechwładnie. Pan Cezary czuł się rozstrojonym i z roztargnieniem oglądał towar, czy nie jest zbytnio przesuszony lub spalony. W takim był właśnie nastroju przechodząc przez oddział, gdy mu jeden z robotników zastąpił drogę. – Czego? – zapytał krótko, nie zatrzymując się. – A to nasz majster, pan Stefan, powiedział, że od pierwszego kwietnia będzie nas piętnastu ludzi mniej robiło. – Tak. Ustawi się nowe maszyny, które tylu ludzi nie potrzebują do obsługi co stare. Robotnik miął czapkę w ręku, nie wiedząc, co powiedzieć i nie śmiejąc, ale zachęcony spojrzeniami, które błyskały zza maszyn, zza sągów materiałów, zapytał idąc za nim: – A co my będziemy robili? – Poszukacie sobie roboty gdzie indziej. Pozostaną tylko ci, którzy dawniej u nas pracują. – A i my robimy już po trzy roki. – Cóż ja wam poradzę, kiedy maszyna was nie potrzebuje, bo zrobi sama. Zresztą, do pierwszego może się jeszcze co zmieni, jeśli będziemy powiększali blich – odpowiedział spokojnie i wszedł na windę, która zaraz z nim zapadła się w głębi ściany. Robotnicy spoglądali na siebie w milczeniu, niepokój świecił im w oczach, niepokój przed jutrem bez roboty, przed nędzą. – Ścierwy nie maszyny. Psy, psiakrew – szepnął robotnik i kopnął z całą nienawiścią w bok jakiejś maszyny. – Towar idzie na ziemię! – krzyknął majster. Chłop prędko nadział czapkę, przygiął się nieco i ze spokojem automatu odbierał barchan czerwony z maszyny.”
Pamiętam majowy dzień. „Słońce świeciło jaskrawo nad Ząbkowicami, nad kominami, co stały w ciszy niedzielnego odpoczynku i w czystym, przejrzystym powietrzu; nie zaciemnionym dymami, rdzawiły się niby potężne pnie sosen. opłynięte błękitnawym, wiosennym powietrzem. Masy robotników, poubieranych świątecznie w letnie jasne ubrania, w krzyczące kolorowe krawaty. w czapki o mocno błyszczących daszkach lub wysokie, niemodne kapelusze, z parasolami w rękach, zalewało ORMO, ciągnęli sznurami z bocznych ulic i tłoczyli się na trotuarach tym ciężkim ruchem masy, która z biernością poddaje się wszelkiemu parciu; robotnice w cudacznych jaskrawych kapeluszach, w sukniach do figury, w jasnych pelerynkach, to znowu w chustkach kraciastych na ramionach, z włosami gładko przyczesanymi i świecącymi pomadą i szpilkami złotymi, czasem wetkniętym sztucznym kwiatkiem, dreptały wolno, rozpierając się łokciami w tłumie, ochraniając często w ten sposób sztywne, mocno wykrochmalone suknie albo rozpięte nad głowami parasolki, które jak wielkie motyle o tysiącach barw chwiały się nad tą szarą, wciąż płynącą rzeką ludzką, wzbierającą po drodze nowymi przypływami z bocznych, poprzecznych ulic. Podnosili oczy ku słońcu, oddychali wiosną, jaką czuć było w powietrzu, i szli naprzód ociężale, krepowani świątecznym ubraniem, tą względną ciszą ulicy, swobodą, niedzielnym wypoczynkiem.”
Gdy wszedłem do gospody w naszej „Zagłobie” było ludzi pełno. Wielkie, niskie pokoje o ciemnych ścianach i żółtych stiukowych sufitach, udających drzewo, napełniał hałaśliwy gwar…Wrzawa podnosiła się bezustannie napływającymi ludźmi i wykrzykiwaniem…Gospoda do której przyjechał pan Artur poszukując robotnika, znajdowała się w głębi podwórza, obstawionego, niby kamiennymi pudłami, czteropiętrowymi oficynami z trzech stron, bo czwartą zakończał mały ogródek, odgrodzony zielonymi sztachetkami i przyparty do tyłów olbrzymich, nagich czerwonych murów jakiejś fabryki. Mała oficynka parterowa stała w głębi pod samym murem i buchała oświetlonymi oknami i wrzaskliwą, podobną do ryczenia osłów wrzawą…Ludzie potem mówili, że pan Artur „zapił się na śmierć” i nie wrócił rowerem do domu. A na jego pogrzebie była większość mieszkańców Ząbkowic i robotnicy z sąsiednich miejscowości. Ja natomiast nigdy nie zapomnę atmosfery tej gospody.
I oto pewnej niedzieli niedawno wchodzę do kościółka Świętego Ducha w Ząbkowicach przeżywającego swój setni jubileusz. Już w prawej kruchcie słyszę tylko kaznodzieję, podchodzę bliżej. Moje przekonanie, że to Ksiądz Zdzisław mówi kazanie teraz przelewa się na całe prezbiterium. W jego słowach jest wszystko to, czego oczekiwałem po wystąpieniu w dniu dzisiejszym. Jest przykład, nabożność, konkretność, ludzka solidarność i wiara ostatnia w prawdę życia. Dźwięk tych słów wywoływał we mnie radosne uczucia. Widziałem przed sobą szczerość tak jasną, jak źrenice mówcy. Całe jego ciało otwierało się na słowo Chrystusa. Z jego uroczyście błyszczących oczu spłynęły nieme łzy śmiejące się na wietrze wirującym w kątach salonu. Każdy wers był drogą, która wzywała jego duszę. Uśmiech rozjaśnił mu twarz. Wołała go boska dobroć. Konary figowca, prąd rzeki, morską bryzę, Emilię, dziecko, które będzie z nią miał, gwiazdy w kosmosie, latawce na niebie, smutny śpiew cykad, wszystko, wszystko stworzył Bóg. Na zewnątrz słońce eksplodowało na rogach ząbkowickich ulic i wszystko było jakieś inne. Przyjąć Jezusa to jakby narodzić się ponownie w tym samym życiu. Jego cel to być teraz szczęśliwym, by móc zmieniać świat zgodnie z naukami Pana. Cud nawrócenia odmienił całą jego fizjonomię. We wszystkim czuł pokój. Doznanie szczęścia, które nawiedziło Emilię, również było czyste i nieskalane. Przyszłość nastała, by zamieszkać w jego piersi…Po Mszy świętej jako goście zaproszeni zostaliśmy do „Remizy” na skromne przyjęcie. Niestety Księdza Zdzisława nie widać. Ktoś zauważył więc: –„Jak gość może tak się zmyć i nawet nie pożegnać się z kolegami? Zawsze uważałem, że był z lekka stuknięty, kapujesz? Nic mu nie pasowało, zawsze musiał z czymś wyjechać w połowie zabawy, wszystkiego się bał…”.cdn

moje życie 115

Stanislav Barszczak- Mistrz wiekuisty- Prometeusz jutra
Dwa lata przed śmiercią mama dała mi ostatnią czekoladę. Muszę powiedzieć tutaj, że niestrudzona energia mamy sprawiała, że nasze mieszkanie zdawało mi się zawsze krainą zaczarowaną. To nic, że z czasem wyczuwałem w nim obecność też umarłych skrzatów, mogłem się wsłuchać w jedyną ciszę ludzkiego człowieczeństwa. W życiu z mamą miałem migawki szczęśliwego życia ludzi. Albowiem mama była nadzwyczaj mądra, a ja niestety byłem złym uczniem, bardzo wolno uczyłem się życia. Nie słuchałem wskazówek owego ziemskiego mistrza. Tym samym dalekie pozostawały dla mnie nauki jedynego mistrza ludzkości, Jezusa z Nazaretu. Co prawda los sprawił, że poznałem przez te lata kilku nauczycieli. Ale byłem niepojętym uczniem. Oni mi przekazywali naukę o rzeczach prawdziwych, jak też o Jezusie. Ale ja przemieniałem się w Jezusa bardzo wolno. Może dopiero dzisiaj mogę powiedzieć, że znam mistrza Jezusa. To, co po latach uznałem za wszechogarniającą melancholię i tajemnicę, to w dzieciństwie odczuwałem jedynie jako nudę, przygnębienie, otępiającą monotonię. Już wówczas uciekałem od tych doznań w świat fantazji. Ponieważ my nie znamy naszych słabości, dlatego też od najmłodszych lat musimy niejako „porównywać się” z Bogiem. Jeszcze pamiętam, jak w życiu uciekałem od niezrozumienia, domowych kłótni, rozstań z mamą i przyjaciółmi. W związku z tym mógłbym powiedzieć, nie ukształtowało mnie prawdziwe życie, lecz własna wyobraźnia. Pragnę teraz, by Czytelnik mógł się zidentyfikować z tymi problemami, które są mi najbliższymi. Drodzy czytelnicy, którzy mają teraz przed sobą tą książkę, powinni pamiętać, że zawsze miałem skłonność do wyolbrzymiania wydarzeń. Ale przecież tak samo jak dla artysty malarza nie jest istotna rzeczywistość, tylko kształt przedmiotów, tak dla nowelisty nie liczy się kolejność wydarzeń, lecz ich kompozycja, a dla autora wspomnień – ich symetria, nie prawdziwość. Dziękujmy Bogu za ciekawość. Jestem typem człowieka, który lubi uczyć się wielu rzeczy samodzielnie, w taki też sposób poznawać świat. Studiowałem filozofię, później skończyłem teologię, ale muszę przyznać, że nie nauczyłem się zbyt wiele w szkołach. Moim źródłem poznania były książki, chodziłem do antykwariatów, księgarń, bibliotek, żeby móc czytać, by dużo się dowiedzieć. Jestem szczęśliwy, jeśli spotykam człowieka przepełnionego ciekawością jak kot i wiernością jak pies.
I tak jeśli kochacie jakieś miasto i dużo po nim spacerujecie, wasze ciało, nie wspominając już o duszy, uczy się rozkładu ulic, tak że w chwili smutku, gdy smętnie sypie śnieg, nogi same niosą was na ulubione wzgórze. Część z tego, co się w tym miasteczku, przyłączonym obecnie w opłotki Dąbrowy Górniczej, tego co się w nim nieustannie dzieje, już opisałem, ale może opiszę coś jeszcze. Moje relacje z tym miejscem na ziemi są bardziej przyziemne. Nidy go nie wybielałem, choć uszlachetniałem jego smutek. Staram się o nim mówić tak, jak inni mówią o swoich dłoniach. Nie mówię: “Oto moja ręka, jest wyjątkowo ładna”. Nie, ja mówię: “Oto ręka. Żyje mi się z nią dobrze, bo jest moja”. Dla mnie istotna jest nie tyle historia, ile kultura jako ciągłość procesów. „Ubóstwo, religie, sekularyzacja, polityka, problemy narodowościowe, bogactwo kultury, siła państwa – to są kwestię, które mnie zajmują.” Jakie uczucia wywołuje we mnie krajobraz Ząbkowic? To uczucie zbliżone do melancholii, o której już napomknąłem. I według mnie to jest istota tego miejsca. To uczucie można porównać do japońskiej szlachetnej ułomności, tego, że niemożliwe jest osiągnięcie bezwzględnego sukcesu, bo żyje się we wspólnocie, w której każdy od kogoś zależy i nawzajem się ogranicza. W tym momencie powiedziałbym, że jako wieczny student mam ograniczone doświadczenie życiowe i czerpię je z przeżyć innych. To jednak, nie chciałem być kimś takim…nie udaję, iż piszę powieść jak Balzak czy Stendhal. Albowiem to ja wymyśliłem ten oto świat i on jest mój… Dlatego tutaj przedkładam kolejne wyjaśnienie. Najgorsze jest zasuszenie, życie jako sterowana mumia…Życie towarzyskie polega na daremnych próbach zbliżenia. Są one równie nieśmiałe, jak człowiek jest odważny, a rzeczywiście taki jest, bo wie, jak bardzo jest samotny…Wszystko jest dla mnie przysłonięte jedną postacią, którą znałem zbyt dobrze, bezsensownie głęboko, tak jak to umie tylko psychoanalityk: była to mama; ochoczość mojego ucha doprowadziła do uzależnienia będącego nałogiem, a zarazem do znajomości rodziny aż do ostatniego pokolenia…Teraz słowa same mnie znajdują. Być może wiąże się to z tym, że od lat ich nie używałem. Może słowa dobrze odpoczęły i zgłaszają się pokrzepione: jestem, jeszcze jestem, jestem bardziej niż kiedykolwiek: popatrz na mnie, użyj mnie.
Jestem w rozterce, pisząc o Ząbkowicach: było to całe życie, mieszczące się między Wcześniej a Później i właściwie wystarczające za wszystko. Pamiętam ze szkoły dzień kiedy przyszedł do naszej klasy Leszek Z. Nowy z piegami na skórze, uroczyście wprowadzony na lekcję, był to chłopiec ze wsi, lat około dwunastu, inny od każdego z nas. Miał włosy obcięte równo nad czołem, jak wiejski ministrant, minę roztropną i bardzo zakłopotaną. Choć barczysty nie był, jego granatowa bluzeczka wpijała mu się mocno w ramiona, a spod mankietów wyzierały nienawykłe do odzieży, czerwone przeguby. Z żółtawych, wysoko na szelkach podciągniętych spodni wysuwały się nogi w niebieskich pończochach. Grube, źle oczyszczone buty podbite były gwoździami. Nigdy nie zostawał po lekcjach na świetlicy. Zdawał się wykonywać drobne zajęcia codzienne jak koń w kieracie, który kręci się w kółko z zasłoniętymi oczyma, choć zarazem sprawiał wrażenie, że jest święcie wszystkowiedzący. To można by coś tutaj powiedzieć o naszym dojrzałym życiu. „Starowina” nie zwinął jeszcze manatków, a już ten osiedlił się naprzeciw niby spadkobierca.
Jak już nie raz mówiłem Mama pracowała w Ząbkowickiej Hucie Gospodarczej. Nigdy nie zapomnę moich wyczekiwań na mamę po pracy na portierni. Mama zresztą znała portierki z imienia i z nazwiska. To jest nadzwyczajny okres w mym życiu.
„Pierwszy wrzaskliwy świst fabryczny rozdarł ciszę wczesnego poranku, a za nim we wszystkich stronach miasta zaczęły się zrywać coraz zgiełkliwiej inne i darły się chrapliwymi, niesfornymi głosami niby chór potwornych kogutów, piejących metalowymi gardzielami hasło do pracy. Olbrzymie fabryki, których długie, czarne cielska i wysmukłe szyje-kominy majaczyły w nocy, w mgle i w deszczu – budziły się z wolna, buchały płomieniami ognisk, oddychały kłębami dymów, zaczynały żyć i poruszać się w ciemnościach, jakie jeszcze zalegały ziemię. Deszcz drobny, marcowy deszcz pomieszany ze śniegiem, padał wciąż i rozwłóczył nad Łodzią ciężki, lepki tuman; bębnił w blaszane dachy i spływał z nich prosto na trotuary, na ulice czarne i pełne grząskiego błota, na nagie drzewa, przytulone do długich murów, drżące z zimna, targane wiatrem, co zrywał się gdzieś z pól przemiękłych i przewalał się ciężko błotnistymi ulicami miasta, wstrząsał parkanami, próbował dachów i opadał w błoto, i szumiał między gałęziami drzew, i bił nimi w szyby niskiego, parterowego domu, w którym nagle zabłysło światło. ”Mama się obudziła, zapaliła świecę i równocześnie budzik zaczął dzwonić gwałtownie, wskazując piątą. Chwila i mamy nie było w domu. A potem w samo południe z całą klasą piątą zwiedzaliśmy Hutę Szkła Gospodarczego. Pamiętam jak hutmistrz pobiegł w głąb fabryki.„Wpadł pomiędzy nieustannie krążące wózki, maszyny w ruchu, stosy materiałów, które się snuły we wszystkie kierunki sal jak wstęgi różnokolorowe nigdy się nie kończące, w ten las przedziwnych transmisji, pasów, kół, ludzi, turkotu piekielnego, par, co jak obłoki podnosiły się znad pralni; chaosu splątanych szumów, drgań, krzyków, chrzęstów, energii rozdrganej i szalejącej, która porywała wszystko i wszystkich i zdawała się to rozsadzać potężne mury fabryki szalonym natężeniem; zatopił się zupełnie w tym dzikim, porywającym życiu fabryki. Przebiegał sale, oglądał towary, wydawał rozkazy i leciał dalej, do innych sal, zapomniawszy zupełnie o wszystkim, co nie było w związku z fabryką. Po tym ogromnym wyczerpaniu nerwowym dni ostatnich czuł ulgę i z rozkoszą dał się porywać tej strasznej masie siły nagromadzonej dookoła. Wyczerpanie ustępowało, a natomiast czuł się coraz bardziej spokojnym i zrównoważonym wśród tego piekła fabryki, jakby wchłaniał w siebie te niezliczone prądy energii ludzi i maszyn, co biły w niego ze wszystkich stron. Obszedł wszystkie sale i powrócił do “kuchni”. Pan Cezary w małym gabinecie, rozdzielonym od “kuchni” oszklonym przeforsztowaniem, robił jakieś próby na małej maszynie drukarskiej. Próba się nie udawała, bo farba rozlewała się na materiale i zalewała deseń. Anglik był wściekły, uśmiechał się słodko, ale twarz miał szarą ze wzburzenia i wyszczerzał niby buldog długie żółte zęby. Wycierał ręce o fartuch, jakim był opasany, i klął coraz ciszej. Setki robotników, niby ciche, czarne roje, wypełzło nagle z bocznych uliczek, które wyglądały jak kanały pełne błota, z tych domów, co stały na krańcach miasta niby wielkie śmietniska – napełniło ulicę ORMO szmerem kroków, brzękiem blaszanek błyszczących w świetle latarń, stukiem suchym drewnianych podeszew trepów i gwarem jakimś sennym oraz chlupotem błota pod nogami. Zalewali całą ulicę, szli ze wszystkich stron, zapełniali trotuary, człapali się środkiem ulicy, pełnej czarnych kałuż wody i błota. Jedni ustawiali się bezładnymi kupami przed bramami fabryk, drudzy, uszeregowani w długiego węża znikali w bramach jakby połykani z wolna przez buchające światłem wnętrza. W ciemnych głębiach zaczęły buchać światła. Czarne, milczące czworoboki fabryk błyskały nagle setkami płomiennych okien i niby ognistymi ślepiami świeciły. Elektryczne słońca nagle zawisały w cieniach i skrzyły się w próżni. Białe dymy zaczęły bić z kominów i rozwłóczyć się pomiędzy tym potężnym kamiennym lasem, co tysiącami kolumn zdawał się podpierać noc i jakby chwiał się w drganiach światła elektrycznego. Ulice opustoszały, gaszono latarnie, ostatnie świstawki przebrzmiały, cisza, pełna chlupotu deszczu, coraz cichszych poświstywań wiatru, rozwłóczyła się po ulicy.” Niektóre robotnicze twarze znajdowałem potem w naszej gospodzie „Zagłoba”. W jakimś okienku na poddaszu lub w suterynach, do których sączyło się uliczne błoto, błyskały światła.
Tylko w fabryce wrzało życie wysilone, gorączkowe; głuchy łoskot maszyn drżał w powietrzu mglistym i obijał się o moje uszy. Mury drżały ciągle. Fabryka pracowała wszystkimi mięśniami. Windy, osadzone w murach, łączyły dół fabryki z jej piętrami wierzchu. Co chwila rozlegał się głuchy szczęk w innej stronie sali, to winda brała lub wyrzucała z siebie wózki, towary, ludzi…Dzień i do wielkiej sali zaczął zaglądać, brudne światło wciskało się przez małe zapocone szybki, zasnute brudem i parą, wyłaniając z nich zarysy pełniejsze maszyn i ludzi, ale w tym szarozielonawym świetle, po którym pływały długie smugi czerwonych oparów i gdzie pyliły się nimby gazowych świateł – i ludzie, i maszyny wyglądali jak nieprzytomni, jak widziadła porwane straszną siłą ruchu; jak jakieś strzępy pyły, drzazgi, skłębione, splątane, rzucone w wir, który z hukiem się przewalał. Pan Cezary, gdy obejrzał farbiarnię, powlókł się dalej. Przechodził pawilony, podnosił się w górę windami, schodził schodami, sunął się długimi korytarzami, przyglądał się maszynom, oglądał towar, rzucał czasem posępnym okiem na ludzi, czasem rzekł jakieś krótkie słowo, które jak błyskawica oblatywało całą fabrykę, odpoczywał na stosach sztuk, czasem na progach; niknął, aby za chwilę pokazać się w innej stronie fabryki, przy składach węgla, pomiędzy wagonami, których rzędy stały z jednej strony olbrzymiego czworoboku dziedzińca, ogrodzonego niby parkanem murami fabryki. Był wszędzie, a chodził jak noc jesienna ponury i milczący; gdzie się tylko zjawił, gdzie przeszedł, rozmowy milkły, twarze się pochylały, oczy przestawały widzieć, postacie się zginały i kurczyły, jakby chcąc ujść spod promienia jego ócz…cdn