The betrayed times, 1

stanislaw Barszczak —The betrayed times—

As from 31 July to 10 August 2010, I went with the Brothers of St. Gabriel from Częstochowa on a journey in the footsteps of St. Louis Marie Grignon de Montfort in

France at the international conference, whose theme could be the motto of the speeches of the givings a lecture in Saint Laurent-sur-Sevre, “I want you to make happy.”

We may be in the aura of beginning of the seventeenth century era, staying under the overwhelming influence of that holy as the patron of our difficult times, so I

would like here to cite a few dates and scenes from his life. He was born January 31, 1673, Montfort-sur-Meu, France and died April 28, 1716, St. Laurent-sur-Sevre.

French priest who promoted the devotion to the Virgin Mary and who founded the religious congregations of the Daughters of Wisdom and the Company of Mary (Montfort

Fathers). Ordained priest in 1700 at Paris, Montfort went to the French town of Nantes as a rural preacher and then to Poitiers, where he reorganized a hospital for

the poor and began the Daughters of Wisdom, a congregation dedicated to the care of needy children and the sick. In 1705 he founded the Montfort Fathers to continue

his mission and retreat work and to spread devotion to Mary. Named apostolic missionary for France (1706) by Pope Clement XI, he spent the rest of his life preaching

parish missions in western France. A fine square tower is the centre and truly the soul of a harmonious set of buildings known as “St. Gabriel’s Boarding School”.

There some 1,500 boys prepare for life, taught and guided by teachers who understand them and whom they love: the Brothers of St. Gabriel.
Those religious are known and loved in many a parish, in Boarding Schools and in Institutes for Deaf and Blind children, some of whom are both deaf and blind at the

same time. On a neighbouring hill, can be seen still another bell tower and a large house belonging to the Fathers of the Company of Mary, also called Montfortian

Fathers. It is all those churches that account for what is so special about St Laurent-sur- Serve. This is where an extraordinary, although very simple man died while

preaching a Mission over 250 years ago, a man who had devoted his whole life to Jesus and Mary, a man who by his words and examples had converted thousands of people,

Saint Louis Marie Grignion de Montfort. It was a matter of time before he acquired that great love for the Blessed Virgin which ranks him among the greatest devotees

of Our Lady. It was from his earliest years that his heart turned towards Mary, as if naturally. Whatever reminded him of her: stories, statues at street corners,

pilgrimages. delighted him. Already, when still quite young, he used to call her “his Mother”. ‘His Good Mother”. And he meant it really. He prayed to Mary not only a

fixed times, but he associated her with his whole life, with whatever he thought and did. He appealed to her with childlike trust and asked her for all his needs both

spiritual and temporal. Still more, he spoke of the constantly to his brothers and sisters and to all his small companions. To all of them he was a leader both by word

and example, bringing them to Jesus through Mary. Louis Marie conquered his father by meekness. He was to be a Priest. A good lady from Paris who had come to Rennes on

legal business boarded in Sir Grignion;s house and promised him a Scholarship at St. Sulpice Seminary in Paris. So he determined to go there.
He was 20 years old. His good mother gave him a bundle containing a new dress and some spare linen. His father gave him ten crowns. Then he set out on foot for Paris,

not knowing that he was starting a series of journeys on foot that would last till the end of his life. It is hard to part from our dear ones for years and Louis Marie

felt the wrench very keenly. It was the end of life at home for him. Wrestling with his grief, he held his Rosary more tightly and began a popular hymn.
Soon after parting from his dear ones who had come to set him on his way. he met a wretch in rags. He gave him his precious bundle and resumed his journey with lighter

steps. A little further, behold another pauper, beggng for alms. He gave him his ten crowns and joy filled his heart. Still further, he met another beggar. Now his

hands were empty… He thought: What about his own good clothes? He swapped them for the tramp’s rags. Now, after giving everything, his heart over flowed with joy. He

fell down on his knees and made to God the vow of never possessing anything of his own. Now, he could follow Jesus. since according to the Gospel, he had given all

that he had. Now it was rain that drenched him, a cold wind that froze him. Still he sang. And while his body toiled and hunt, the Blessed Virgin be came so gentle and

motherly with him that his soul overflowed with joy. All the same, he looked rather pitiful when he approached the capital city. It was ten days since he had left

Rennes. Drenched, covered with mud, grown leaner, shivering in his rags. he sought shelter in a stable. Starvation raged in Paris in 1693. Louis Marie’s small Boarding

fees could not be paid regularly. The seminarians were hungry and the Superior did not know how to feed them. Plate in hand. Louis Marie queued up with other beggars

to whom an allowance of food was doled out at some corners. He even managed to share his meagre fare with those who were still poorer or less successful than he in

getting help. So our Seminarian went out 3 or 4 nignts every week, to watch corpses. The wake lasted 8 hours. He divided his time thus: first four hours on his knees.

prayinq for the departed soul. Next two hours of spiritual reading and lastly two hours to read his study notes Then, just as if he had slept the whole night, he went

back o the Seminary to begin a new day. From those wakes. he learned the shortness and emptiness of human joys and fame the ravages of death and the wisdom of clinging

to God alone and working for eternity. Already at Rennes, he had shown real gifts for drawing. painting and sculpture. With practice, those gifts developed. And at St.

Laurent-sur-Sevre and elsewhere, his Daughters of Wisdom are keeping statues of Our Lady carved by him. Day after day. Mary showed herself his Mother more and more and

the object of his tenderest love. So it was a great joy to him when he was asked to represent his Seminary on a pilgrimage to Our Lady of Chartres…

W przeddzień Wniebowzięcia

Stanisław Barszczak—Homilia na niedzielę 15 sierpnia 2010—

Teolog wschodniego kościoła Włodzimierz Lossky medytuje w ten sposób jeśli chodzi o Zaśnięcie i

Wniebowzięcie Dziewicy Marii, Matki Boga. Chodzi o dwa momenty odrębne ale nierozdzielalne dla wiary

Kościoła: śmierć i pochowanie Matki Boga; i jej rezurekcja i jej wniebowstąpienie. Koniec obecności

widzialnej Chrystusana ziemi. Wyniesienie Świętej Dziewicy do nieba po jej śmierci. Pragniemy zapytać

jaka jest rola Maryi w tajemnicy Rezurekcji. Ortodoksyjny Wschód zechciał uszanować charakter

tajemniczy tego wydarzenia, które odwrotnie do rezurekcji Chrystusa nie stało się przedmiotem

przepowiadania apostolskiego. W istocie rzeczy chodzi o tajemnicę, która nie była przeznaczona dla

uszów ‘tych z zewnątrz’, lecz objawia się w świadomości wewnętrznej Kościoła. Dla tych, którzy są

utwierdzeni w wierze w zmartwychwstanie i wniebowzięcie Pana, jest oczywiste, że jeśli Syn Boga przyjął

na siebie naturę ludzką w łonie Dziewicy, to ta która usłużyła Wcieleniu musiała czy powinna z kolei

być wyznaczona do chwały swojego Syna zmartwychwstałego i podniesiona do nieba. Powstań Panie, w twoim

wypoczynku, ty i Arka twojej świętości (ps. 131 wielokrotnie przywoływany w liturgii o Zaśnięciu).

Trumna i śmierć nie mogły być zachowane. Matka życia, ponieważ jej Syn przeniósł ją do życia przyszłego

wieku.(kondakion liturgii bizantyjskiej). Kres widzialnej obecności Chrystusa na ziemi. Związek natury

ludzkiej boskiej i natury ludzkiej w tej samej osobie Jezusa Chrystusa. Kult publiczny, który obejmuje

całość modlitwy Kościoła i celebracji sakramentalnych. Prawda wiary niedostępnej samemu ludzkiemu

rozumowi. Edukacja zgodnie z doktryną zawartą w objawieniu. Centrum wiary i nadziei chrześcijańskiej.

Stan tych, którzy żyją w przyjaźni z Bogiem. Maria w misterium Wcielenia. Uwielbienie Marii jest

konsekwencją bezpośrednią upokorzenia przyjętego przez Syna: syn Boga przyjmuje ciało z Dziewicy Marii

i staje się “Synem człowieczym”, zdolnym, by umrzeć, podczas gdy Maria, stając się Matką Boga otrzymuje

“chwałę, która przynależy się Bogu” i uczestniczy jako pierwsza pośród bytów ludzkich w ubóstwieniu

finałowym stworzenia. “Bóg staje się człowiekiem, żeby człowiek stał się przebóstwiony”, powtarzają

Ojcowie Kościoła: święty Ireneusz, święty Atanazy, święty Grzegorz z Nazjanzu, Święty Grzegorz z Nyssy.

Znaczenie wcielenia Słowa ukazuje się w ten sposób przy końcu życia ziemskiego Marii. “Mądrość jest

usprawiedliwiona przez swoje dzieci”: chwała wieku, który ma przyjść, koniec ostatni człowieka już się

zrealizował, nie tylko w hipostazie boskiej wcielonej, lecz także w osobie ludzkiej przebóstwionej. To

przejście ze śmierci do życia, z czasu do wieczności, z uwarunkowania ziemskiego do błogości

(błogosławieństwa) niebieskiego ustanawia Matkę Bożą, poza ogólnym zmartwychwstaniem i Sądem

Ostatecznym, ponad i poza Paruzją, która podejmie koniec w historii świata. Święto 15 sierpnia jest

drugą Wielkanocą tajemną, jaką Kościół celebruje przed końcem wieków, niejako początki tajemne jej

eschatologicznego zużycia, spełnienia. Ale co powiedziałaś Mario? W dniu Zwiastowania anielskiego?

Jesteś na dobre z nami. Znasz granice możliwości ludzkich. Bóg prosi Cię o nieprawdopodobne i odkrywa

przed Tobą, że nic dla niego nie jest niemożliwe.”Niech mi się stanie według tego słowa”(Łuk 1.38)

Mario, co powiedziałaś w dzień wizyty u krewnej Elżbiety? Ty jesteś córką Izraela. Z twojego serca

wytrysnął czyn łask, który wyśpiewały już wieki wyśpiewały, o czym czytamy w Piśmie świętym, i który w

każdy szabat przyjmowałaś i medytowałaś w twoim sercu. Mario, co powiedziałaś w dzień Betlejemu? Jesteś

na boku jeśli chodzi o śpiew nieba i jesteś na dobre z nami, szczęśliwa mama, która pokazuje pasterzom

twojego syna w tym żłóbku. Radość z nowego życia! Twój duch jest pełen radości.(Łuk 2.17) Mariom, co

powiedziałaś przez dwanaście lat jego dzieciństwa? Dałaś. Nie jesteś już młodą córką Zwiastowania,

jesteś matką w tej rodzinie. Dlaczego zatem o tym mamy mówić? To jest tajemnica miłości, która

rozkwitła między wami, Jezusem i tobą. To co w ten sposób dzielimy z Bogiem, to jest łaską nieopisaną,

o której można mówić jemu samemu. Mario, co powiedziałaś przez dwadzieścia lat jego młodości? Temu,

Który chodził i przychodził wraz z Józefem w pośrodku wiórów; on przypomniał Ci, że jest u swojego Ojca

z nieba. Lecz ty wiedziałaś, że cały jego jestestwo, wypływające z twojego, żyło w jedności z Bogiem.

Dlaczego masz go zastąpić, zamieniasz się z nim, który jest Słowem, które Bóg nam dał?(Łuk 51 i 52)

Mario, co powiedziałaś w dzień Kany? Kobieta uważna na radości, które mogły stracić blask, ty

zaprowadziłaś go do sług, żeby on uczynił im dar tego cudu. Jak pasterzom przedstawiasz go ludziom.

“Uczyńcie wszystko, co wam powie.” (J 2. 5) Mario, co usłyszałaś dnia w Kafarnaum? Twoja rodzina

doprowadziła Cię do Twojego Syna. Ale wiesz, że on musi być aferami zajęty swojego ojca. Nie

powiedziałaś mu nic i usunęłaś się. On przytaknął na twoją wpłatę, donację. Jesteś na zawsze jego

matką, ponieważ czynisz wolę Bożą, jak on wypełni ją w dzień Golgoty. (Łk 8. 19) Mario, co usłyszałaś w

dzień Kalwarii? Krzyki wrogości, nienawiści i tak mało miłości. Jest to miecz bólu przepowiedziany

trzydzieści lat temu, który boli Cię dzisiaj. Pewnie poza wszelką wątpliwością przypomniałaś sobie:

“Niech mi się stanie według tego słowa.” I usłyszałaś o twojej nowej misji, twojej nowej donacji w

głosie, który słabł w obliczu śmierci: “Niewiasto, oto syn Twój.” (J 19. 26) Mario, co powiedziałaś aż

do twojego Zaśnięcia? Przecież ty nie umarłaś, jak głoszą inni. Jeżeli niektórzy celebrują twoją śmierć

tak głośno, to nie znaczy, że my jesteśmy pośród tej grupy. W końcu wypada tylko powtórzyć synom

naszym, że On powierzył Ci to, co ty przechowywałaś już w twoim sercu, żeby oni z kolei zobowiązali się

strzec tego i to powtórzyć. Ty opowiedziałaś im twoje Magnificat dla Boga, aby oni mogli śpiewać je i

żyć nim z tobą z pokolenia na pokolenie. Mario, możemy i my też wypowiedzieć te same słowa, przeżywać

te same myśli w naszym codziennym życiu, chyba że wyśpiewamy z tobą w pełni to Magnificat w naszej

wieczności.(por. homilie Ojca Jacquesa Fournier)

July 23, 2010

Stanislaw Barszczak —-In the Tatras —-

The heart yearns for mother’s memory upwards, towards the sky where the heaven look at us with its towers, to express admiration of time and difference of space.
High, rising into the sky rocks are around, some niche, certainly after a god of the past. And despite the fact that climbing in the mountains toward Summit of

‘Rysy'(Features) is not too clever feat and an achievement, such a perfect unity of life is impossible, we can not only join in a perfect obedience of the road, but

this time the nature lends of the place for grace. There is arising such a beautiful, sunny day in the life of a single man. Can there be a moment of pure presence in

the experience? Achieving all it seems to experience beyond time, beyond the possibility. Because we still will not say the last word ..But we recently gained Top of

‘Rysy’ again, not very hospitable to the lack of place. The other peaks can no longer enter the queue. But there is an iron cross in front of us, beautiful views all

around, close to five meters, nothing short of some perspective, appears to be about four meters above the summit ‘Rysy’ of Slovakia, here we sit a group of about half

an hour, phones are out of network coverage, a sudden downpour, begins the return of Polish descent, harder edge, using the same strings, escape before the storm …

What is our road, four adventurers, including two fellows, I have an obligation to go forward, not waiting, quickly go down there with a chain attached to rocky trail,

glacier from his morning chill as if melted, but the rain intensifies. We exit the new shelter at ‘Morskie oko'(the Naval eye), and after eleven hours of hiking in the

number of six persons to move from Lysa Polana to a village of Ząb, come in the highland house. Now I wonder, do you feel today, what I felt when we walked hand in

hand, in the spirit of this land better, this one, we would say, Rome and the May afternoon. We sang, I took a thought, which I know she tormented me for many times. I

had a picture before the eyes of the cave, “Belinsky” near Smokovec in Slovakia, where there are eight types of bats mocking our way … Now, help me hold on to here,

where even the stones are like the ruins of Roman buildings and some weeds. With had chocolate resting on ‘Morskie oko’ (the Marine eye), that an emerald mountain lake

is memorable, with its fish, sleeping with a view of an infinite pile of feathery grass on a pane Tatra basin, peace and passion, joy and peace, the eternal washing of

the air, the heat around, as if the spirit of the Roman had descend now here after his fall … And over it in half an hour, like the next degree of huge a staircase

to the sky stretches ‘Czarny staw’, Black pond with a water in the rocks a bit smaller. Piling up steeply slavish, though not as popnot so broken, but the white, bare

rocks seem to symbolize the third degree, a last, but very suddenly a high one of Tatras ladder toward human destiny … This is the only force present mountain road,

so climbing out from under the Black pond for three hours up a long walk in advance of Lysa Polana near the roar of mountain water, ‘Wodogrzmoty of Mickiewicz’, the

left side of the Sea of the eye, then ‘Czarny staw’, the Black pond. And before us the wonders of nature are in the game, yet some flowers, crocuses, small fish,

ducks, and our permission to the nature of her way, though increasingly intervenes in the person already here, where the sky looks from its towers! One carriage horse

with tourists attests to the continuity of my memory, for thirty years ago there was the huge traffic around …How do you say that? Let me be a soul not ashamed,let

the soul be naked as the earth under the sky at the top … the truth it is, or slow, you can, whether it is under our control to love or not love you… Mother

Nature, I want you to be for me always, you who are so much, not more, not yours, not mine, not a slave, not free. Tell me where is the faul? What is the kernel of my

wounds, the essence of things since it must already be? I want to adopt your will … look into my eyes, hear with your heart beating, drink my fullness in soul of

spring of yours. I grab the heat of your soul, strikes off the rose of eternal dreams. Now, once again coming down from the top I am going faster, skidding off the

track … I was under the influence of the phone’s silence, someone is turning my voice on the trail … but a love this moment may terminate a lot better than the

language … When I am far away from this minute, when a man was at the time, in other words, how could I clean up the river of Eger today, Hungarian town … Here I

go on, even as the thistle grow driven by the direction of light. And this time I seemed to learn exactly human, and there is still only the infinite passion and pain

of finite hearts. Although now he can still hear the words of tiny people, and you, like the human character of God’s victory: Be with God! Thinking of Poland in

polish so we must not forget the humanity of our heavenly homeland. A random, senseless, incoherent modernity, if you can live to be able to live with the polish and

dangerous mountain, with its eternal song of the fetters will.

23 lipca 2010

Stanisław Barszczak—-W Tatrach—-

Tęskni serce na pamięć matki ku górze, ku niebu spozierającemu na nas z jego wież, by wyrazić podziw czasu i różność przestrzeni. A dokoła niebosiężne skały, jakaś

wnęka, z pewnością po jakimś bogu z przeszłości. I mimo faktu, że spinaczka ku Rysom w Tatrach nie jest osiągnięciem nazbyt możebnym, doskonała jedność takiego życia

jest niemożliwa, nie możemy złączyć się w jedynym a najdoskonalszym posłuchu tej drogi, to jednak czasem natura użycza miejsca łasce. Powstaje taki piękny, słoneczny

dzień w życiu pojedyńczego człowieka. Czy może być jakiś moment czysto obecny w doświadczeniu? Osiągnięcie wszelkie wydaje się doświadczeniem poza czasem, poza

możliwością, ponieważ wciąż nie powiemy ostatniego słowa…Ale my ostatnio zdobyliśmy raz jeszcze Szczyt Rysów, niezbyt gościnny z braku miejsca -na inne szczyty gór

można już wjechać kolejką. Za to przed nami żelazny krzyż, piękne widoki dokoła, w pobliżu na pięć metrów, niczym skrót jakiejś perspektywy, jawi się o cztery metry

wyższy szczyt Rysów słowackich, tu siedzimy grupą jakieś pół godziny, telefony są poza zasięgiem sieci, nagle ulewa, zaczyna się na powrót zejście polskim,

trudniejszym zboczem, przy pomocy tych samych łańcuchów, ucieczka przed burzą…jaka ta nasza droga, czwórka śmiałków, w tym dwóch zuchów, mam nakaz iść przodem, nie

czekam, szybko schodzę przy pomocy zamocowanych tam łańcuchach po kamienistym szlaku, lodowiec ze swym porannym chłodem jakby stopniał, za to ulewa wzmaga się.

Opuszczamy schronisko nowe pod Morskim okiem, by po jedenastu godzinach wędrowania ruszyć w szóstkę z Łysej Polany ku Zębowi, zawitać w góralskim domu. Zastanawiam się

teraz, czy czujesz dzisiaj to, co ja czułem, gdy szliśmy ręka w rękę, w duchu lepsi przez tę krainę, tego jedynego, powiedzielibyśmy, rzymskiego i majowego popołudnia.

Śpiewaliśmy, ja objąłem myśl, która to wiem, dręczyła mnie po wielekroć. Miałem przed oczami obraz jaskini “Bielińskiej” koło Smokowca, gdzie żyje osiem rodzajów

nietoperzy kpiących z naszej drogi…Teraz pomóż mi trzymać się tutaj, gdzie są jeszcze kamienie niczym ruiny rzymskich budowli i pewne chwasty. Z podarowaną czekoladą

wypoczywamy nad Morskim okiem, szmaragd tego górskiego jeziora jest niezapomniany, z jego rybką, z widokiem uśpionym nieskończonego runa pierzastych traw na tafli

tatrzańskiego akwenu, cisza i pasja, radość i pokój, odwieczne obmywanie się powietrza, upał wokół, jakby duch rzymski stąpił teraz tutaj po jego upadku…A nad nim w

pół godziny drogi, niczym następny stpień ogromnych schodów do nieba rozciąga się Czarny staw, akwen wodny w skałach nieco mniejszy. Piętrzące się stromo w górę

słowiańskie, choć nie takie popękane, ale białe, nagie skały zdają się symbolizować trzeci, ostatni, ale jakże nagle wysoki stopień tatrzańskiej drabiny ku kolistemu

przeznaczeniu człowieka…To jedyne życie przedstawia górską drogę, a więc wspinanie się spod Czarnego stawu przez trzy godziny w górę, długi spacer wcześniej z Łysej

Polany w pobliżu huku górskiej wody, Wodogrzmotów Mickiewicza, lewą stroną Morskiego oka, potem Czarnego stawu. A przed nami cuda natury uperfumowane w grze, jeszcze

jakieś krokusiki, małe rybki, kaczki; i nasze zezwolenie na natury jej drogę- choć coraz interweniuje także tutaj już człowiek, gdzie niebo patrzy z jego wież! Jeden

powóz konny z turystami zaświadcza o ciągłości mej pamięci, wcześniejszym bo sprzed lat trzydziestu olbrzymim ruchu dokoła…Jak mówisz? Pozwól być niezawstydzoną

duszy, niech będzie jak ziemia naga pod niebem u góry…po prawdzie jak to jest, czy wolno, można- czy jest pod naszą kontrolą kochać czy nie kochać?…Matko Naturo,

chcę, żebyś była dla mnie, ty która jesteś tak bardzo, nie więcej, nie twoją, nie moją, nie niewolnicą, nie wolną w pełni. Powiedz, gdzie leży wina, błąd? Jakie jest

jądro rany mojej, od kiedy ona musi już być? Chcę adoptować twoją wolę…popatrz w moje oczy, wysłuchaj serca bijącego przy twoim, wypij moją pełnię w wiosnach twojej

duszy. Chwytam ciepło twojej duszy, zrywam różę marzeń wiecznych. Teraz raz jeszcze schodząc z góry gnam szybciej, zbaczam z szlaku…jestem pod wpływem telefocznej

ciszy, ktoś mnie zawraca głosem na szlak…choć miłość tę chwilę obecną może wypowiedzieć dużo lepiej, jak język…Jak jestem daleko od tej minuty, kiedy człowiek był

w czasie, innymi słowy- jak mógłbym oczyścić rzeki dzisiejszego Egeru…Oto muszę iść dalej, rosnąć jeszcze jak oset gnany przez kierunek światła. I tym razem zdawałem

się dokładnie uczyć czlowieka, a rozróżniam nadal tylko nieskończoną pasję i ból skończonych serc. Choć już słyszy się jeszcze może maleńkie słowa o ludziach, o was,

niczym znak ludzkiego zwycięstwa Boga: Ostańcie z Bogiem! Myśląc o Polsce po polsku trzeba więc nam nie zapominać o Ojczyźnie niebiańskiej naszego człowieczeństwa. O

losowa, bezsensowna, niespójna nowoczesności, naucz się żyć z tą polską a niebezpieczną górą, z jej odwieczną pieśnią o pętach woli.

Na wakacje

Stanisław Barszczak; Rzymskie lato Patryka.
W ostatnim dniu maja w początku lat dwudziestych naszego dwudziestego pierwszego stulecia, koło szóstej wieczorem, pan Patryk usiadł pod dębem poniżej tarasu swego domu w Olsztynie. Czekał na muszki kąsające go na krótko przed porzuceniem glorii popołudnia. Jego szczupła, brązowa ręka, z błękitnymi żyłami, trzymała koniec cygara w stożkowatych, zakończonych długimi paznokciami. Gładko wypolerowany paznokieć przetrwał z nim z wcześniejszych solidarnościowych dni, kiedy dotykanie niczego, nawet końcami palców, pozostawało cechą wyróżniającą. Jego wypukłe czoło, wielkie białe wąsy, chude policzki i długa, chuda szczęka, były skrywane przed zachodzącym słońcem poprzez stary, zielony kapelusz Panama. Jego nogi były skrzyżowane, w całej jego postawie była pogodność i rodzaj elegancji j starszego człowieka, który każdego ranka polewał wodą kolońską swą jedwabną chustkę. U jego stóp leżał o wełnianej sierści brązowo-biały pies, przejawiający swój pomorski rodowód; pies Baltazar, z czasem między nim i panem Patrykiem pierwotna niechęć zamieniła się w przywiązanie latami. Blisko jego krzesła była huśtawka, na której siedziała jedna z lalek Sandry, nazywała się „wiedźma Ala” – ze swym korpusem opadającym na nogi i żałosnym nosem pochowana w czarnej spódnicy. Nigdy nie była w niełasce, dlatego pozostawało jej obojętne, jak ona siedziała. Pod dębem trawnik zrównywał się z ławką, wyciągnął się ku paprotnii, a poza tą wyrafinowaną sceną ścieliły się jeszcze pola, schodząc ku stawowi, zagajniki; właśnie widok „piękny i godny jedynego wejrzenia” posiadłości Chwiałkowskich, spod tego drzewa, chował sprzed pięciu laty, kiedy zjechał tutaj z Ireną, by obejrzeć dom. Pan Patryk słyszał był o ekspoatacji tego gruntu przez jego brata, to gospodarzenie teraz zostało przywołane okrągłą rocznicą objęcia w posiadanie posiadłości przez niego samego. Wojtek odszedł, zmarł w listopadzie ubiegłego roku, w wieku zaledwie siedemdziesięciu dziewięciu lat. Odżyła wątpliwość, czy Chwiałkowscy mogli żyć na wieki, który z nich powstał pierwszy, kiedy ciotka Anna odeszła. Wojtek umarł! A pozostał tylko Leszek i Jerzy, Robert i Mikołaj i Tymoteusz, Julia, Helena i Zuzanna! I pan Patryk zamyślił się: Osiemdziesiąt pięć lat! Nie czuję ich- z wyjątkiem, kiedy przejmuję ich ból…Kontynuował badanie swej pamięci. Nie czuł swego wieku od kiedy kupił nie lubiany przez swojego bratanka Szymona dom i zamieszkał w nim tutaj w Olsztynie przed z górą trzema laty. Od tej chwili czuł się coraz młodszy każdej wiosny, na tej ziemi z synem i jego wnukami- Juliuszem i jego dziećmi z drugiego małżeństwa, Antosią i Władzią. On teraz zamieszkiwał niedaleko Częstochowy, a towarzyszła mu powszechnie uznana wieść o „Zmianie” u Chwiałkowskich, wolnej od jakiegoś anektowania gruntów; żył w przepysznej atmosferze laby i wszelkiej gry, za to z dużą ilością zajęcia w doskonaleniu i upiększaniu domu i jego dwudziestu hektarów, w uleganiu kaprysom Antosi i Władzi . Wszelkie węzły i zbzikowania, które nagromadziły się w jego sercu podczas trudnego życia Roberta, pożycia z Ireną, jego żoną, i ubogimi młodymi, Tymoteuszem i Mikołajem, teraz zostały wygładzone. W końcu i Roberta rzuciła melancholia – świadka tej podróży w Hiszpanii, jaką przedsiębrał z ojcem i macochą. Jednak niezwykle wszędobylski pokój ustąpił był przez ich wyjazd; błogi, wciąż jeszcze pusty, ponieważ jego syna tam nie było. Leszek nigdy nie był autentyczny, komfort i przyjemność nie odstępowały go. Był sympatycznym facetem, ale kobiety –jakkolwiek nawet najlepsze- denerwowały się dopóki on oczywiście nie podziwiał je. Kukułką zwany, leśny gołąb gruchał z pierwszego wiązu na polu, i jakie stokrotki i jaskry wyrosły po ostatnim koszeniu! Wiatr kierował się na południowy zachód, powietrze było pyszne, świeże! Przesunął do tyłu swój kapelusz i pozwolił, by słońce padło mu na brodę i policzki. Jakkolwiek, dzisiaj, pragnął towarzystwa, tęsknił za śliczną twarzą, którą mógłby adorować. Ludzie traktowali Patryka jak gdyby nic od niego nie chcieli. I z nie-Chwiałkowskich filozofią, jaka kiedykolwiek zaniepokoiła jego duszę, pomyślał: „Oni nigdy nie mieli dość. Człowiek z nogą w grobie będzie czegoś chciał, czy nie powinienem się dziwić!” Zstąpiwszy tutaj, gdzie z daleka od gorącej amplitudy spraw są jego dziadkowie i kwiaty, drzewa, ptaki jego tylko upodobania, nie mówiąc już nic o słońcu i księżycu, i gwiazdach ponad nimi, powiedział: “Otwórz się, sezamie,” dla niego w dzień i w nocy. I sezam otworzył się, i to jak bardzo, ale on być może tego nie wiedział. On był zawsze czujny na to, co oni nazywali „Naturą”; instynktownie, niemal religijnie odpowiadający życiu, nigdy nie tracił cudu przywoływania zachodu słońca jak też widoku, a właśnie one mogłby go wzruszyć. Ale ostatnio Natura uczyniła mu ból, tak to ocenił. Każdy z tych cichych, jasnych, przedłużonych dni, z ręką Sandry w jego ręce, i pies Baltazar na pierwszym planie, węszący uważnie za tym, co on nigdy nie znalazł; a on sam spacerował oglądając otwierające się róże, wyrastające z pączków owoce na murach, światło słoneczne rozjaśniające dębowe liście i sadzonki w zagajniku; spoglądając na rozłożyste i błyszczące liście lilii wodnych, na srebne młode zboże jednego pola pszenicy, nasłuchując szpaków i skowronków; a oto krowy żują pokarm strzepując wolno czernicę z ogonów. I każdy jeden z tych pięknych dni bolał go nieco z uwagi na dzieloną z powyższym jego miłość wszystkiego, bo odczuwał być może głęboki upokorzenie, że on już dłużej nie będzie mógł się tym właśnie się cieszyć. Myśl, że być może nie za dziesięć lat, może nie pięć, ale cały ten świat będzie mu zabrany, wpierw jeszcze zanim wyczerpał jego moce kochania go; wydawała mu się w naturze niesprawiedliwą produktywnością idącą poza jego horyzont. Jeśli coś przychodzi po tym życiu, nie byłoby to, co on chciał; nie Olsztyńkie wzgórze, kwiaty i ptaki i śliczne twarze- to jest mało, nawet teraz, tych świadectw o życiu! Z upływem lat jego niechęć do oszustwa wzrosła; ortodoksjię obnosił w latach osiemdziesiątych, gdy nosił bokobrody z czystej nadobfitości, ale już dawno ją porzucił, pozostała mu cześć do trzech tylko rzeczy – piękno, prawe prowadzenie się, i poczucie własności, a największą z nich jest obecnie piękno. On zawsze miał szerokie zainteresowania, a nawet może jeszcze czytać “The Times”, ale jest w stanie w każdej chwili odsunąć go, gdyby tylko usłyszał śpiew kosa. Prawe prowadzenie się, własność– jakkolwiek były męczące, ale ani kosy ani zachody słońca nigdy go nie męczyły, tlko dawały mu jedyne uczucie, że on nie mógł nacieszyć się nimi. Wpatrując się w mocny blask wczesnego wieczoru, na iskry złota i białe kwiaty na trawniku, przyszła mu myśl: ta pogoda jest jak muzyka z “Orfeusza”, którą niedawno usłyszał w Covent Garden. Piękna opera, nie była tą Meyerbeera, ani nawet zupełnie Mozarta, ale na swój sposób, może nawet piękniejsza; coś klasycznego a przy tym jakby rodem ze Złotego Wieku, czysta i łagodna, i Ravogli “niemal godny dawnych dni’- najwyższą pochwałę otrzymał. Porzucił jednak tęsknotę Orfeusza za pięknem, który dla swej miłości stąpił do Hadesu, w życiu miłość i piękno podobnie czynią – tęsknota była wyśpiewywana i biła z tej złotej muzyki, mieszała się zarazem z przewlekłym pięknem świata tego wieczoru. I czubkiem swego buta elastycznie i jednostronnie mimo woli liczył żebra swego psa Baltazara, powodując, że zwierzę budziło się i atakowało swoje pchły, choć nikt i nic nie mogło wyjaśnić tego faktu. Baltazar nie ustawał w pracy, a kiedy skończył potarł miejsce, które się zarysowało po bucie swego pana. Wreszcie usiadł ponownie z pyskiem na czubie niepokojącego go buta. Oto na myśl panu Patrykowi przyszło nagle wspomnienie –oto twarz, którą widział w operze trzy tygodnie temu – Irena, żona jego bratanka Jerzego, tego człowieka magnata włości! Nie spotkał się z nią od dnia jego pobytu w swoim starym domu, kiedy w czerwcu obserwował flirt wnuczki Sandry z młodym Adamem; ponieważ zawsze ją podziwiał, przypomniał sobie ją od razu- -stworzenie bardzo ładne. Po śmierci młodego Adama, którą pani miała za zasługującą na potępienie, on słyszał, że Irena odeszła od razu. Dobry Bóg tylko wiedział, co ona robiła była od tego czasu. Widok jej twarzy – widok z boku – z przodu, zostały dosłownie tylko jedynym przypomnieniem tych trzech lat, kiedy ona żyła. Nikt nigdy nie mówił o niej. I tylko Mikołaj powiedział mu coś raz – co zupełnie zbiło go z tropu. Chłopiec te wieści miał od Jerzego, był przekonany, że widział Adama we mgle tego dnia, kiedy został przejechany. I potwierdza to czyn Jerzego pod adresem jego żony – szokujący akt. Mikołaj widział ją raz na chwilę, a jego opis pozostawiał długi ślad w umyśle pana Patryka- ‘dzika i stracona’-mówił o niej. Jerzy pewnego dnia też zniknął. Tragiczna działalność zupełnie! Jedno było pewne –Jerzy nigdy nie był w stanie podnieść rękę na swą żonę. I mieszkał teraz w Łodzi, i wędrówki w górę iw dół – montaż losu, stał się człowiekiem nieruchomości! Pan Patryk kiedyś przyjął z ulgą wiadomość, którą usłyszał o zniknięciu Ireny. A teraz Jerzy. Przede wszystkim Irena, to było szokujące, aby myśleć o jej więzieniu w tym domu, do którego teraz musiał wędrować z powrotem; wędrował z powrotem na chwilę – jak zranione zwierzę do otworu po obejrzeniu wiadomości “o tragicznej śmierci architekta ” na ulicy. Wówczas raz jeszcze zobaczył ją. Jej twarz wydała mu piękniejsza. W pierwszej chwili zobaczył maskę, ale co się dzieje pod nią. Młoda kobieta wciąż jeszcze – być może dwadzieścia osiem lat. Ah, no! Najprawdopodobniej miała już innego kochanka. Miał teraz tyle wywrotowych myśli, nagle spojrzał na głowę psa Baltazara. Mądry zwierzak wstał i spojrzał w oczy stary Patryka. ‘Chodź’, zdawał się mówić, a stary Patryk dopowiedział: ’Chodź, staruszku!’ Powoli, tak jak było w ich zwyczaju, przeszli wśród konstelacji jaskrów i stokrotek, starzec wszedł do paprotni. Oczami sprawdził poziom drugiego trawnika; który sprawiał wrażenie obecności nieprawidłowości, a więc kwestii ważnej w ogrodnictwie. Następnie spojrzał na skały i ziemię ukochanego psa. Pieczarka była zamieszkana przez ślimaki. Wychodząc z paprotni otworzył furtkę, która nie tylko doprowadziła do pierwszego pola, dużej części parku gdzie, w murach z cegły, był rzeźbiony ogród warzywny. Pan Patryk unikał tego, co nie odpowiadało jego nastrojowi. Naraz Baltazar skoczył do wody. Kiedy dotarł do brzegu stary Patryk już tam stał, zwracając uwagę na liście lilii wodnej otwarte od wczoraj…Sandra była z nim prawie cały dzień. Kiedy szła do szkoły bardzo mu jej brakowało. Poczuł ból, który często mu dokuczał, gdy trochę przeciągał się po swej lewej stronie. Naprawdę biedny, młody Adam; podjąłby niezwykle dobrą pracę w domu, zrobiłby to bardzo dobrze dla siebie, gdyby żył! A gdzie on teraz? Być może nadal prześladuje go pech, w miejscu jego ostatniego dzieła, jego tragicznej miłości. Kto może to powiedzieć? Teraz pies był już u jego zabłoconych nóg! Naraz przeniósł się do zagajnika. Jakby płaty nieba spadały między drzewa, z dala od słońca. Opatrzył krowy i kury. Od kurnika na nowo zainstalowanegp prowadziła ścieżka do grubości drzewek. Baltazar, poprzedzając go jeszcze raz, wydawał niski pomruk. A że nie było miejsca do przejścia, i włosy zjeżyły się Baltazarowi na tle jego czarnej wełny. Właśnie Irena wyszła im naprzeciw. “Nie pozwól, aby twój pies dotykał sukienki”, powiedział, “on ma mokre stopy. Chodź tu, ty !” Ale pies Balthasar szedł dalej w kierunku tak zacnego gościa. Sandra położyła rękę w dół i pogłaskała go po głowie. Stary Patryk powiedział szybko: “Widziałem cię w operze drugiej w nocy, ty mnie nie zauważyłaś.” “Oh, yes! Ja.” Wspaniała opera- zaczął bawić się jedyni pochlebstwami pod adresem opery. A jej postać kołysała się lekko, jak w najlepszym stylu francuskim. Zauważył, dwa lub trzy srebrne nici w kolorze bursztynu w jej włosach, dziwne te włosy z jej ciemnymi oczami, z twarzą kremowo-bladą. Nagle z ukosa, jej aksamitne, brązowe oczy przeszkadzały mu. Wydało mu się, że pochodzą z nieodgadnionej głębi i tajemniczej dali, niemal z innego świata. Mechanicznie powiedział: “Gdzie mieszkasz teraz?” “Mam mieszkanka w Częstochowie.” Nie chcę słyszeć, co robi, nie chcę słyszeć. Wtedy przewrotne słowo wyszło z ust Patryka: “Sama? Skinęła głową. To była ulga wiedzieć, że tak jest w istocie. Wskazał na krowy. Wszystkie- mruknął- dają najlepsze mleko…cdn

Początek wakacji

Stanisław Barszczak…. Niewidzialne miejsca…. Powinieneś zacząć czytać Stanisława Barszczak. Inny pisarz zaraz powie: chciałbym płynąć pod prąd czasu, chciałbym usunąć skutki pewnych zdarzeń i przywrócić stan początkowy. Ale każda chwila mojego życia niesie ze sobą narastającą falę nowych faktów, a każdy z tych nowych faktów przynosi nowe skutki, więc tym bardziej staram się wrócić do pierwszego momentu, z którego wyszedłem, choć teraz chcę jeszcze dalej od niego odejść . Być może dopiero wtedy zdam sobie sprawę z wagi, bezwładności, nieprzejrzystości świata – cech, które przyklejają się do pisania wszelkiego od samego początku, jeśli nawet znajdzie się jakiś sposób na ich obejście. Ta chwila pozwala nam działać, nie zapominając o tym , co chcieliśmy zrobić, aby stawać się nie przestając być, i być nie przestając stawać się. Masz zamiar rozpocząć czytanie tej opowieści Stanisława Barszczak może w zimowej nocy samotnie. Proszę się odprężyć. Skoncentruj się na lekturze. Rozwiej wszelkie inne myśli. Niech światy wokół ciebie znikają. Najlepiej zamknąć drzwi, telewizor jest zawsze w pokoju obok. Powiedz innym od razu: Nie, nie chcę oglądać telewizji! Szansa na sukces -że nie usłyszy nikt niczego. Czytam, a nawet nie chcę autorowi przeszkadzać! Zaczynam czytać nową opowieść Stanisława Barszczak! Lub jeśli wolisz, nic nie mów: tylko miej nadzieję, że oni zostawią cię w spokoju….Czy jest możliwe powtórzenie czyjegoś życia? Czy możliwe jest naprawienie jakiegoś błędu? Takie pytania stawia K.Kieślowski w filmie „Czerwony”. Widząc czerwone pióropusze Gwardii Szwajcarskiej, spacerujące gołębie po placu św. Piotra, zaglądając na stadion Dioklecjana czy Maksencjusza, ale wcześniej niejako, przede wszystkim zatrzymując się w kościółku „Quo vadis”, którego niewielka bryła wieńczy starożytną drogę appijską („Via Appia”), następnie wchodzą na teren „Forum Romanum”, niegdyś najważniejszego miejsca dla zinstytucjonalizowanego Rzymu, odzywa się moje sumienie w nowej szacie, które wydaje się koniecznie obwieszczać wszem i wobec: nie ma człowieka! Bo albo zginął w opałach codzienności, albo jeszcze się narodził. Z końcem czerwca zawitałem po raz szósty w Wiecznym Mieście. Powiedziałem sobie, Częstochowa to dobre miasto, ale ja muszę iść do innego miasta, gdzie stale to, co inne z interesujących mych przeszłości oczekuje mnie. Miasto jednak nie mówi o przeszłości, choć zawiera ją jak linie ręki. Idę szeroką ulicą otwierającą na przestrzeń Watykanu, Via Conciliazione…Kiedyś nie ominąłem żadnego antykwariatu, by nie wejść w najgłębszą dziurę i nie obejrzeć półki z interesującymi mnie książkami. Tym razem nie było tutaj ważnych dla mnie pozycji. Kiedy przed rokiem znalazłem się był w Rzymie, to mogłem widzieć na witrynie sklepowej przynajmniej książkę Księdza M. Hellera. Dzisiaj widać najczęściej fotografie ostatnich papieży….Przychodząc do każdego nowego miasta komiwojażer znajduje znów przeszłość, o której nie wiedział, że z nim ona istnieje, mianowicie cudzość, z którą ty dłużej nie jesteś albo z którą dłużej nie posiadasz związków, która wypatruje z tobą obcych, nieposiadanych miejsc. I tak stało się tym razem. Po przylocie z Wrocławia na lotnisko Ciampino dzięki tygodniowemu biletowi na miejskie środki lokomocji mogłem kolejno szybko zamieszkać w zarezerwowanym pokoju w Domu Polskim na Via Cassia 1200, następnie zażywać morskich kąpieli pod słonecznym niebem w pobliżu stacji metra Stella Polare, bywać w gronie polskich księży na Via Cavallini i u Sióstr Nazaretanek na Via Machiavelli, rozmawiać o polskich sprawach w Instytucie Polskim na Via Colonna. Kiedyś planowałem opowiedzieć o Rzymie, o tym co w swych podróżach widziałem, ale zamysł nigdy w pełni nie został zrealizowany. Obecnie w swym ‘niewidzialnym’ zdobywaniu wiecznego miasta zaszedłem wreszcie na plac Navona i do włoskiego Panteonu. Plac jest urzekający obecnością renesansowych rekwizytów. W tym czasie pięciokrotnie widziałem się z Ojcem świętym Benedyktem XVI, zwłaszcza w Bazylice św. Pawła za murami i z racji Uroczystości św. Piotra i Pawła w Watykanie. Papież zaskoczył mnie wyjściem do okna po Mszy świętej z nałożeniem paliuszy na nowych Arcybiskupów. Paliusz symbol Dobrego Pasterza. W ogóle Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła jest we Włoszech świętem państwowym….Rzym jest dla mnie idealnym miejscem, zatem takim, w którym można mieszkać najbardziej naturalnie jako cudzoziemiec-powiedziałby Italo Calvino. Miasta, jak sny, utkane są z pragnień i lęków, nawet jeśli nici ich dyskursu są niejawne, ich przepisy są absurdalne, ich perspektywy przewrotne, a wszystko kryje coś innego. W mieście ludzie są obcy. Na każdym spotkaniu, wyobrażają sobie tysiące rzeczy o sobie; spotkań, które mogłyby mieć miejsce między nimi, rozmowy, niespodzianki, pieszczoty. Ale nikt nie wita nikogo, zamykają oczy na chwilę, a następnie, szukając innych oczu, nie zatrzymując się … dziewczyna przychodzi, kręcąc parasol na ramieniu, widać jej lekko zaokrąglone biodra. Kobieta w czerni przychodzi, pokazując pełny wiek, niespokojne oczy pod welonem, usta drżące. Z tatuażem gigant wchodzi na rynek, młody człowiek o białych włosach, kobieta karzeł, dwie dziewczyny, bliźniaki, ubrane w koralowe ciuchy. Wśród nich coś działa, wymiany spojrzeń, rysunki które wymieniają nawzajem z innymi, strzałki, gwiazdki, trójkąty, wszystkie kombinacje są używane w tym momencie, a inne znaki się na pokaz: ślepiec z psem chappi na smyczy, kurtyzana ze strusim piórem, efeb. I tak, kiedy ludzie się znajdują razem, przyjmując schronienie przed deszczem pod arkadami, zatrzymują się też, by posłuchać handlarki z rynku, zespołu na placu, znaki wśród nich wymieniane bez słowa, nie dotykając niczego palcem, prawie bez oka czytelne. Powiedzmy tutaj coś ważnego, Chrystus ukochał człowieka, a człowiek kontynuuje to jedyne nawrócenie. Raz zamierzyłem usuwać ciężkość życia. Ale potem zrozumiałem słowa Chrystusa o tym, że krzyż jest drogą. Nasz krzyż, to finalizowanie wszystkich spraw w rodzinie. W przypadku gdy ludzkość wydaje się skazana na ciężar, myślę, że należy latać do innego miejsca. To nie oznacza ucieczki w marzenia lub w nieracjonalne. Chodzi mi o to, że muszę zmienić swoje podejście, patrzeć na świat z innej perspektywy, z innej logiki i poznania nowych metod i weryfikacji. Kim jesteśmy, każdy z nas , jeśli nie połączeniem doświadczeń, informacji, książek. Każde życie jest encyklopedią,(mając trzynaście lat otrzymałem pierwszą encyklopedię) biblioteką, spisem przedmiotów, szeregiem stylów i wszystko stale się tasuje, tak że można to wszystko w każdy sposób sobie wyobrazić. Jak dobrze byłbym pisał, gdybym nie był tutaj-pisał Italo Calvino, Włoch urodzony w Hawanie. Jeżdżąc metrem i autobusami w wiecznym Mieście na każdym kroku spotykamy cudzoziemca, tym samym przed umysłem przewijają się także skrywane do niedawna emocje i wspomnienia o pełni życia, o człowieczeństwie człowieka, ale też o nieskończoności ludzkiego świata…. Kiedyś czytałem o książce Italo Calvino pt. Baron na drzewach. Akcja opowieści toczy się w XVIII stuleciu, wtedy były jeszcze rody szlacheckie, baronowie. I właśnie dzieci pewnego barona zamieszkiwały na drzewach. Finał tej opowieści jest taki, że największa nawet miłość nastolatków nie oddzieliła ich od natury. Cosimo mieszkał nadal na drzewach. Wydaje się, że niektórzy z nas nie zejdą z drzew, choć towarzyszy im ciągłość (cudowność) życia, nieuchronność śmierci. W związku z tym pomyślałem, żeby kolejne moje opowiadanie umieścić na cmentarzu i przedstawiać żywoty nieboszczyków, ukrytych pod wiekowymi grobowcami…. Mój pobyt w Rzymie wieńczy nominacja nowego Nuncjusza dla Polski w osobie Abpa Celestyna Migliore. Mieszkam obecnie w Olsztynie, gdzie stał ongiś piękny zamek. W związku z tym ostatnio zaprezentowałem pewną fotografię zachowanego podobnego zamku w Hiszpanii. Może ktoś odbuduje kiedyś przynajmniej w miniaturze nasz zamek, z którym przecież złączone były losy osiemnastu generacji Polaków. A każdy wybór ma swój awers, czyli odstąpienia od umowy, stąd nie ma różnicy między aktem wyboru i aktem wyrzeczenia. Ongiś w środku gęstego lasu nie było zamku, który dawał schronienie dla wszystkich podróżnych, wyprzedzonych przez noc w podróży: panowie i panie, i ich świty królewskie, lokaje i służący. Następnie pobudowano zamek, który cieszył okolicę. Dlatego nie bądź zdziwiony, jeśli widzisz moje oczy zawsze tułacze. W rzeczywistości jest to mój sposób czytania świata, zdaje mi się, że to tylko w ten sposób jego wszelkie czytanie okaże się owocne dla mnie. A za mną kolejna wizyta w Rzymie. I właśnie z nią jestem pełen nadziei, że być może to teraz będzie mój jeszcze jeden moment, w którym być może jeszcze raz odkryję moc ludzkiego ducha albo też- nie zrozumiem nic; nawet z tego, że Południe Afryki z Mistrzostwami świata w piłce nożnej, mówi w tych gorących dniach kolejnej generacji Ziemian, o pięknie sportu i wyśpiewuje odwieczną pieśń o szczęściu ludzkiego życia.

iść za Chrystusem

Stanisław Barszczak—-Kroczyć zupełnie za Chrystusem—-
Pójdę za tobą gdzie pójdziesz
Niedzieli ostatniej, on powiedział był, by iść za nim, dorzucając “Ten, kto chce zachować swoje życie, straci je…”Obecnie żąda wszystkiego. „Nie patrz w tył! To wszystko, jego prośba wydaje się nieludzka, ponieważ to jest w całości naturalne i w prostej linii tego, co musimy dać w związku z tym swojej rodzinie kiedy ją pozostawiamy:” Obejmij swego ojca i swą matkę.” Co jest bardziej naturalne i więcej znaczące odnośnie poznania związku, który łączy nas z nimi, mianowicie danie swemu ojcu ostatniego gestu miłości w momeńcie kiedy śmierć nam go zabiera. Ponieważ to jest gest przyjaźni i miłości, powiedzieć coś ostatniego na do widzenia wszystkim tym z którymi dzieliliśmy tyle przyjaźni i tyle miłości. „pójdę za tobą gdzie pójdziesz”. Wkroczyć na drogę, która nas prowadzi do najbardziej zupełnego zaprzeczenia: „Nie mam kamienia, żeby głowę swą położyć!” Lecz on zna także nasz sposób dzielenia naszej donacji. Dajemy, lecz w tym patrzymy trochę na nas, to nas porywa do denaturacji daru zupełnego nas samych dla innego. Miłość, przyjaźń, wolność mogą stać się pretekstami. „Skoro Chrystus nas wyzwolił, to znaczy, że jesteśmy prawdziwie wolni. Ta wolność nie jest pretekstem.”(Gal. 5,1-3)
Bóg nas powołuje. Eliasz położył płaszcz na tego, którego nazwał, by zmienić jego horyzont przeszłości. „Jeśli chcesz objąć rodziców, idź, lecz powiedziałem Ci nie licz na więcej, gest, który uczyniłem nie jest już niczym, jakbym już ci niczego nie uczynił.” Powrócić bez zerwania z przeszłością, jakby to był czas prezentu, to zapomnieć, że Bóg wzywa nas do życia nowymi dzisiaj nieustannie odnawiający się, co otwiera nas na „jego przyszłość”(Boga). Bóg nas zawsze prowadzi. Być może dlatego, że nie jesteśmy na jego drodze i że nasze spojrzenie kieruje się na inne horyzonty jak jego(Boże). On poprowadzi nas aż do dnia, w którym będziemy na jego drodze.. On był w ten sposób na niej w dniu Transfiguracji(przemienienia), kiedy Jezus poprowadził trzech apostołów na drogę jego życia ziemskiego, który idzie przez jego krzyż i jego śmierć. Kiedy Jezus wstępuje do Jerozolimy i obwieszcza swym uczniom, że ona będzie jego pasją i jego rezurekcją, Piotr chce zatrzymać go , ale On czyni mu wyrzut, odwraca drogę niejako: „Odejdź Szatanie”, mu powie. Piotr chce pozostać w tej drodze w stadium obecnym, w którym apostołowie żyją z Jezusem i nie dzielić przygody dla ich przeszłości, ponieważ nadzieja przyszłości nie realizuje się jak oni to sobie wyobrazili, Chrystus bierze ich na bok ich doraźnej chwili, przejmuje ich krok z nimi, i powoli odkrywa przed nimi to, czym jest jego cudowna droga do Ojca, przez jego słowo i jego gest eucharystyczny łamania chleba. Oni podejmą tę drogę paschalną: „Wypadało, żeby Chrystus cierpiał, by wstąpić w swej chwale.”(Łuk 24)
Bóg jest zawsze drogą
On jest drogą ponieważ bierze nas zresztą i inaczej jak my o tym sądziliśmy. To jest w ten sposób, że odnajdziemy drogę wolności. To w ten sposób w całej ludzkiej miłości, w miłości, którą wymieniają zaślubieni i rodzice wobec ich dzieci. Pokój, który tutaj smakujemy i kosztujemy w tej kwestii, radość, którą teraz odczuwamy, wytryskują zawsze darem siebie, który czynimy bez rezerwy dla innego. A to jest więcej i bardziej prawdziwe w miłości z Bogiem, przeżywanej z furą braci. To jest więcej jak spojrzenie podzielane, jak wola, która się wiąże tutaj. To jest komunia, która nas prowadzi do intymności Boga, z Bogiem, „królestwo Boga”. „Żyjcie pod prowadzeniem Ducha.”(Gal 5,18).” Nie mam już większego szczęścia jak tylko Bóg!(psalm tej niedzieli). Gdybyśmy mogli zrozumieć pokój, który zakosztowujemy tutaj, kiedy ‘nie podejmujemy rezerwy’ z Bogiem. Zostaw twoją przeszłość, która jest dobra albo zła, bogata albo biedna. Nie powracaj nigdy do tego sposobu życia za drugim razem i kiedykolwiek. Chrystus wzywa nas zawsze „do lawendy”, wola na „przyszłość”.

po śladach matczynych

Stanisław Barszczak—-Po śladach matczynych —-
Tą przedmową napisaną jako posłowie pragnę wyrazić wdzięczność każdemu z tych, którzy byli od początku dla mnie inspiracją dla owocnej pracy. Wielkie dzięki składam moim Przyjaciołom. A zawieram tutaj niczym nie upiększoną prawdę o wydarzeniach, które wstrząsnęły całą myślącą częścią mego życia…
Pod koniec lata czciliśmy krzyż Chrystusa, to jest wspominaliśmy w kościele „podniesienie świętego krzyża”. Pamiętam wówczas, że gorąco pragnąłem pomagać najsłabszej mamie, która dopiero co wróciła z pracy w Hucie. Mieszkaliśmy u Pana W. Nanusia. Koło domu z jednej strony stał zawsze kasztanowiec, a z drugiej dom Państwa Antosów. Za największego sąsiada mieliśmy kościół, w obliczu którego przyszło mi wzrastać. Kuchnia i pokój wychodziły na podwórze. To tutaj ach! Przez wiele lat szukałem szczęścia, szukałem miłości. Poznałem tylu ludzi, stale się biłem w piersi, że ich nie rozumiałem. Nieme stworzenia, jak dobrze wiadomo, są znacznie lepszymi sędziami tożsamości i charakteru niźli my sami. Chodowałem koty i gołębie. Ale potem Beatlesi byli wielkimi naśladowcami naszej wówczas jedynej młodości. Natomiast w życiu dojrzałym współpracowałem także z przepysznymi artystami: muzykami, artystami, dyrektorami, wydawcami. Pojawili się bogowie w moim panteonie. Najpierw ks. Z. Szmigiel przyszedł do mnie w zakrystii, i w tem coś błysnęło mi ostro, piekąco pod powiekami. Uderzył mnie silnie w twarz, bo „wcinałem hostie”. Następnie wujek J.Wartak miał ogorzałą twarz i śmiał się bez przerwy…Ks. T. Horzelski nauczył mnie jak ważne jest odsłaniać głos na każdej stronie moich prac. Profesor J. Mikołajtis nauczył mnie, jak krytycznie istotne jest włożenie uczucia w każdą linijkę naszych codziennych notatek. Mama tworzyła dla mnie pragnienie wypowiedzenia prawdy. Ks. J. Tischner nauczył mnie jak ufać tajemnicy. Kochać kogoś, to widzieć cud niewidoczny dla innych, to wybrać olbrzymi choćby błąd. W szybko pędzącym pociągu życia wszyscy jesteśmy równi. W pierwszej dekadzie naszego kurczącego się stulecia „tysiące ludzkich ambicji zdążyło doznać zawodu, tysiące ludzi-nasycić się i nadąć pychą, tysiące-znaleźć spokój w objęciach śmierci. Ileż to orderów przypięto, ile zdjęto; ile różowych trumień i półciennych całunów! I wciąż z mimowolnym drżeniem i zabobonnym lękiem patrzą w jasny wieczór obcy ze swego obozu na czarną , zrytą ziemię naszych bastionów, okopów świętej Trójcy…W końcu znalazłem Boga…Był rok 1995. Już dziesięć dni upłynęło od chwili, jak zadecydowałem o wykupieniu posesji w Ząbkowicach. Wówczas stałem u boku Ks. Z. Peszkowskiego w pobliżu ołtarza polowego w Skoczowie, a podszedł do nas papież Polak, mogliśmy serdecznie uścisnąć jego dłoń…Z tym dniem wróciłem w myślach do czasu młodości. Nikt się specjalnie nie cieszył spotykając na bulwarze kolorową manifestację. Na szczęście dla mnie Ryszard był w świetnym humorze. Było tak przyjemnie spacerować w tym towarzystwie, że zapomniałem o różańcu…Zrobiłem się szczególnie dumny i pewny siebie po wczorajszej nocy spędzonej wśród kolegów…A czasem słychać było wstrząsający jęk czy okrzyk…Przypomniałem sobie pewne osoby i ich otoczenie, to jest właśnie przemknęły mi one w wyobraźni w świetle dziwnie przyjemnym i różowym, więc uśmiechając się do tych wspomnień, dotknąłem ręką kieszeni, gdzie leżał tak miły dla mnie różaniec…Rankiem jasne wiosenne słońce wzeszło nad pozycjami Ząbkowickich robotników szkła i nawozów, przeszło przez fabryki, potem na miasto i jednakowo radośnie przyświecając wszystkim, zniżało się teraz ku dalekiej Wygiełzowskiej dolinie, która, falując rytmicznie, grało srebnymi blaski. Tak , w oknach szkół widnieją pierwszo-majowe plakaty, na domach wiszą biało-czerwone flagi…Kiedy spoglądam z naszej górzystej Kamionki na moje miasteczko pięknie słońce zniża się z przezroczystego nieba w dół, a niebieski lazur błyszczy, kołysząc kilka barankowych chmurek, w złotych promieniach słońca. Tysiące ludzi tłoczy się, patrzy, rozmawia i uśmiecha do siebie nawzajem…Nazajutrz wieczorem znowu grała na bulwarze orkiestra, robotnicy i młode kobiety spacerowali jak w święto dokoła pawilonu i w dolnych alejkach wśród rozkwitłych i pachnących białych akacji…We wrześniu przyszły pierwsze chłodne noce, potem i dni zrobiły się chłodne, liście na drzewach w parku zaczęły zmieniać barwę i wiedzieliśmy już, że lato się skończyło. Tej jesieni śnieg spadł bardzo późno. A my z matusią nie mieszkaliśmy razem. Wiara zwyciężyła uczucie. Zima ustaliła się, dni były pogodne i zimne, a noce mroźne. Śnieg leżał wszędzie…Zaledwie przekroczyłem próg swojego domu, zupełnie inne myśli wypełniły mi głowę…Po raz setny opowiedziałem matusi niewiele o swej drodze…zaraz wstałem też, i nie odpowiadając na ukłon sąsiadki, zapytałem ją o coś z upokarzającą grzecznością i sztucznym, oficjalnym uśmiechem…Na podwórku znów poczułem się jednak samotny; teraz zaś wymieniwszy ukłony z kilkoma panami- do jednych nie chciałem podchodzić, do innych się krępowałem…i oto jakiś chłopiec tutaj zbierał niebieskie polne kwiaty…Tym bardziej z dziwną rozkoszą poczułem się ponownie w domu u siebie…choć nie czułem się bezpieczny…miałem dziwne przeczucie osamotnienia…Dlatego wyszedłem na ulicę i zacząłem chodzić po niej bez celu tam i z powrotem…W drodze nie chciałem się z nikim spotkać. Ani rusz nie mogłem pojąć, jak to się stało, że dwukrotnie dałem się opanować niewybaczalnej słabości; zły byłem na siebie i pragnąłem znowu poddać się próbie…Nagle usłyszałem z bulwaru melodię cygańską…zjawiła się w wyobraźni matusia, którą kochałem,; nstępnie przypomniałem sobie człowieka, któregom znieważył- a jednocześnie z tymi i tysiącami innych wspomnień ani na moment nie opuszczało mnie poczucie rzeczywistości. Teraz chcę coś dopowiedzieć nowego. Jeszcze nie szedłem z Ojcem mym przez życie. Dlatego w tym roku wyruszyłem raz jeszcze do Barwałdu, bo tam „na Pniakach” stał jego dom. Wszedłem wreszcie w tutejszy dębowy las, jakże przypominający legendarną podróż w środek puszczy po kwiat paroci. Jest zielony, z bijącym źródłem pośrodku. 50 hektarów lasu, Matusia zawsze dużo o nim mi opowiadała, że nie powinien przejść pod kuratelę Państwa, lecz być moją własnością. Ale i tutaj widać ślady polskich wichur z ostatnich lat. Sterczały tutaj kikuty drzew i potrzaskane pnie…Otóż powiedziałem tutaj to, co chciałem powiedzieć. Może nie należało tego mówić. Co jest w tej powieści wyrazem zła, którego należy unikać, a co wyrazem dobra, które należy naśladować? Kto jest w niej łajdakiem, a kto bohaterem? Czy wszyscy są dobrzy i wszyscy źli…Wydaje się, że bohaterem mojej powieści, którego kocham ze wszystkich sił duszy i którego chciałem odtworzyć w całej jego krasie, a który zawsze był, jest i będzie piękny- jest prawda… Ale powiem też więcej. To znaczy, potem wracałem długo do Ząbkowic…A że życie i jego sąsiadka, śmierć, są lepsze. Przyszła chwila, iż w roku 2005 Matusia odeszła daleko. Piękny był to maj. Następnego roku odniesiono wiele zwycięstw. Był w Polsce papież Benedykt XVI. Niestety na wiosnę 2010 roku bez czwórki setka świeżych, okrwawionych ciał ludzi, którzy przed dwiema godzinami pełni byli różnorodnych, wzniosłych i marnych nadziei i pragnień, leżały z zesztywniałymi kończynami w rosistej, kwitnącej dolinie pod Smoleńskiem. Nikt nam nie zagwarantuje szczęścia wokoło, kiedy chwalimy Boga, poświęcamy się mu! Ponieważ z byłego buntu grzeszymy, dlatego powinniśmy zachęcać się do jakiejś jedynej odpowiedzialności, która podąża za nami przez kolejne generacje…To nic, że jesteśmy zamknięci w jakimś wiecznym konflikcie. Albowiem możemy być szczęśliwi, gdy będziemy słuchać Boga! A Bóg odpowiada na naszą wiarę, nie na uczucia…Tak więc patrzcie, wróciłem do prawdy.

poemat 84

Ku czarnej kropli nieskończoności—-

Poeta Zbigniew Herbert powiedział kiedyś:
„Był sobie raz cesarz. Miał żółte oczy i drapieżną szczękę… Nikt go nie kochał… Ale fotografował się z dziećmi wśród kwiatów… Nie była to ścieżka prawdy… traciła swą jedność i odtąd już w życiu cele nasze niejasne Na prawo było źródło… Na lewo było wzgórze… Czy naprawdę nie można mieć zarazem źródła i wzgórza idei i liścia… zastukał pazur mrozu w okno oko otwiera się na ogród… z rombów trójkątów ostrosłupów odbudowano mądry ogród… by marzeń wszystkich naszych atom z powietrzem znowu się połączył… Układała swe włosy… mijały epoki… mocnymi palcami upewniała glorię nad swoją głową trwało to tak długo że kiedy wreszcie rozpoczęła rozkołysany marsz ku mnie serce moje tak dotąd posłuszne stanęło… co będzie kiedy ręce odpadną od wierszy… Upadł z jej kolan jak kłębek włóczki. Rozwijał się w pośpiechu i uciekał na oślep. Trzymała początek życia. Owijała na palec serdeczny…. Nigdy już nie powróci na słodki tron jej kolan. Wyciągnięte ręce świecą w ciemności jak stare miasto… kraj, do którego tęsknię… ojczyzna jabłek…. Niestety wielki pająk rozsnuł na nim swą sieć i lepką śliną zamknął rogatki marzenia…. anioł z ognistym mieczem, pająk, sumienie…. Dwa może trzy razy byłem pewny że dotknę istoty rzeczy… czarną kroplę nieskończoności…. współczesny Jonasz…. Nie ma czasu westchnąć … uratowany postępuje chytrzej… nie można iść dalej… w końcu zostanie kamień na którym mnie urodzono…. jesteśmy prawdziwi… nie giniemy…. Na koniec wierność rzeczy otwiera nam oczy… więc znowu las…. Odgarnij liście … złóż ręce tak by pamięć czerpać umarłych imion wyschłe ziarno… „—-
Żyliśmy w bieli… mieliśmy dwa słowa… Pana od polskiego… w jasnym pokoju z okrągłym stołem pośrodku na wprost od wejścia… Przyszło spełnienie marzenia o rozświeconym mieście… I teraz jeszcze jest cisza, ‘ a to powietrze a to powrócę’… niestety brakuje perspektywy…. choć jest głos jako jedyne a niebłagane światło źródeł.

the tale

Stanislaw Barszczak; The fortnight’s holiday.

Our Director and a group of volunteers were gone for a fortnight’s
holiday to China. We manage on behalf of him the “House of Retreat.” We are accepting children and adolescents in the school activities. Do bypass us never the guests from all over Poland here. But I gathered the memories once more. When the front door had shut them out and the Sister Caroline had turned back into the dark heavy hall, I began to live. I stood in front of the inclosure door, listening until I heard the engine of the taxi die out along the our parking. Sister Caroline could go anywhere, even through the green baize door to the pantry or down the stairs to the basement living-room. But I also felt a stranger in my home because I could go into any room and all the rooms were empty. You could only guess who had once occupied them: the rack of pipes in the smoking-room beside the elephant tusks, the carved wood tobacco jar; in the bedroom the pink hangings and pale perfumes and the three-quarter finished jars of cream which Sister Caroline had not yet cleared away; the high glaze on the never-opened piano…

Today I have tried a drive in the country at that time. As every other night sister listened to me going round the house, locking the doors and windows. I was head clerk at Export Agency, and lying in bed I would think with dislike that my home was like my office, run on the same lines, its safety preserved with the same meticulous care, so that I could present a faithful an account to the managing-director in the next future. Regularly
every Sunday the christians had been made such thing. For example Reverend Mister Wladyslaw presented the account to the parish priest, accompanied by his wife and two daughters, in the little church near the ruins of our castle. They always had the same pew, they were always five minutes early, and her father sang loudly with no sense of tune, holding an out-size prayer book on the level of his eyes. “Singing songs of exultation” — he was presenting the week’s account (one household duly safeguarded) — “marching to the Promised Land.” When they came out of church, the looked care about the poor men…

Reverend Mister Richard had taken a couple of hours away from the church
Ministry to see whether his house was still standing after the previous night’s raid. He was a thin, pale, hungry-looking man of early middle age. All his life had been spent in keeping his nose above water, lecturing at
night-schools and acting as temporary English master at some of the smaller public schools, and in the process he had acquired a small house, a wife and one child, a rather precocious girl with a talent for painting who despised him. They lived in the country, his house was cut off from him by a little distance of the centre of Olsztyn. He visited the house titled ‘Fate’ now hurriedly twice a week, and his whole world was now the Ministry for the poor, disabled, cripple on the town. The high heartless building with complicated lifts and long passages like those of a liner and lavatories where the water never ran hot and the nail-brushes were strongly chained yet. Central heating gave it the stuffy smell of mid-Atlantic except in the passages where the windows were always open
for fear of blast and the cold winds whistled in…

I have already written to you about my trip to India, where I was invited by the Hindu priest, Reverend Professor Sebastian. So, we found in extra-built-up. A long train journey on a late December evening 2009, in this
new version of peace, is a dreary experience. I suppose that my fellow traveller and I could consider ourselves lucky to have a compartment to ourselves, even though the heating apparatus was not working, even though the lights went out entirely in the frequent tunnels and were too dim anyway for us to read our books without straining our eyes, and though there was no restaurant car to give at least a change of scene. It was when we were trying simultaneously to chew the same kind of dry bun brought from Mumbai, that my companion and I came together. Before that we had sat at opposite ends of the carriage, both muffled to the chin in
overcoats, both bent low over type we could barely make out, but as I threw the remains of my cake under the seat our eyes met, and he laid his book down. By the time we were half-way to Ujjain we had found an enormous range of subjects for discussion; starting with buns and the weather, we had gone on to. He was still asleep, and I lay down again with my eyes on my fellow. It amused him to imagine that it was himself whom he watched, the same hair, the same eyes, the same lips and line of cheek. But the
thought soon palled, and the mind went back to the fact which lent the day importance. It was the eleven of December…

I could hardly believe that a year had passed since the Director had given his last children’s party for an occasion child’s day. There was a family festival. There were fun, games, tournaments, matches in our “wilderness” in the fresh air that have had no end. There were disabilities also. Francis turned suddenly upon his back and threw an arm across his face, blocking his mouth. Peter’s heart began to beat fast, not with pleasure now but with uneasiness. He sat up and called across the table, “Wake
up.” Francis’s shoulders shook and he waved a clenched fist in the air, but his eyes remained closed. In the close Sunday a family june feast in the parish’s gardens it organizes Community Office, and all our priests…

There is in our town ice cream parlor and pastry shop. When the confectioner had shut his shop for the night he went through a door at the back of the hall that served both him and the flats above, and then up two flights and a half of stairs, carrying an offering of a little box of pills. The box was stamped with his name and address: Pilsudskis Square, olsztyn. He was a middle-aged man with a thin moustache and scared, evasive eyes: he wore his long white coat even when he was off duty
as if it had the power of protecting him like a king’s uniform. So long as he wore it he was free, as it were, from summary trial and settle friendship. On the top landing was a window: outside Olsztyn spread through the spring evening: the peevish noise of innumerable bicycles, the gas works, beyond the bakers and confectioners, like paper frills. A door was marked with a visiting card, Mr. Nicholas Ferenz, confectioner…

I’ll be back for a moment to the time of my youth. The Communists were the first on my life to appear. They walked quickly, a group of about a dozen, up the alley which runs from Olsztyn to Czestochowa. I still have the image in memory; a young man and a girl lagged a little way behind because the man’s leg was hurt and the girl was helping him along. They looked impatient, harassed, hopeless, as if they were trying to catch a train which they knew already in their hearts they were too late to catch.
The proprietor of the café saw them coming when they were still a long way off; the lamps at that time were still alight (it was later that the bullets broke the bulbs and dropped darkness all over that quarter of Czestochowa), and the group showed up plainly in the wide barren third alley. Since sunset only one customer had entered the café, and very soon after sunset firing could be heard from the direction of Olsztyn…

There were roads in my youth by which drove a black car and took up the parents of children. I remember that movie I watched on TV titled “The brigades tiger”, with a panoramic view of Paris a hundred years ago. There is the case for the Defence. It was the strangest murder trial I ever attended. They named it the Paris murder in the headlines, though Boulevard Street, where the old woman was found battered to death, was not strictly speaking in town. This was not one of those cases of circumstantial evidence, in which you feel the jurymen’s anxiety, because mistakes have been made, like domes of silence muting thecourt. No, this murderer was all but found with the body; no one present when the Crown counsel outlined his case believed that the man in the dock stood any chance
at all…He was a heavy stout man with bulging bloodshot eyes. All his muscles seemed to be in his thighs. Yes, an ugly customer, one you wouldn’t forget in a hurry and that was an important point because the somobody proposed to call four witnesses who hadn’t forgotten him, who had
seen him hurrying away from the little red villa in Boulevard Street. The clock had just struck two in the morning…

There are special duties. Reverend Father Joachim lived in a great house in Gardens Square. One wing was occupied by his wife, who believed herself to be an invalid and obeyed strictly the dictate that one should live every day as if it were one’s last. For this reason her wing for the last ten years had invariably housed some Jesuit or Dominican priest with a taste for good wine and whisky and anemergency bell in his bedroom. He looked after his salvation in more independent fashion. He retained
the firm grasp on practical affairs that had enabled his grandfather, who had been a fellow exile with others, to found the great business of Joachims family in a foreign land. God has made man in his image, and it was not unreasonable for Father Joachim to return the compliment and to regard God as the director of some supreme business which yet depended for certain of its operations on Joachims family. The strength of a chain is in its weakest link, and Reverend Father Joachim did not forget his responsibility.