Pan historii i nasz Zbawca

Stanisław Barszczak— Pod sztandarem Chrystusa (po pielgrzymce do Jerozolimy)—
Czy mogę coś powiedzieć o Polsce, co jej zawdzięczam… Wydaje się, że odcienie piękna i dobra, których świat współczesny nie zna… Bo oto codziennie znajdujemy oszukane grzyby w barszczu. Jako Polacy jesteśmy poza historią współczesną, śmiem twierdzić…Opatrzność podarowała nam papieża Polaka- który był pierwszy z rodu Polaków, ale nie mamy drugiego… To owszem, kochamy się w festynach, balach, memoriałach ulicznych. Ale jaka ta nasza historia stała się biedna, bez historii wręcz. „Wszędzie ruina, terror,” prorok Jeremiasz biadolił nad Jerozolimą. Bo i Jerozolima nie rozpoznała czasu nawiedzenia swojego. I Pan Jezus zapłakał nad Jerozolimą (Łk 19.44). „Coście zrobili z świątyni mojego ojca,” i ja powiedziałbym teraz za Jezusem. Jakkolwiek w moim życiu to miasto święte, Jerozolima trzech religii, pozostaje niekłamaną prawdą mojego życia. A ta Jerozolima, którą w tych dniach obejrzałem po raz czwarty w moim życiu, to miasto Chrystusowe, będę zawsze kojarzył z wielką świątynią Heroda, której budowę rozpoczętą pięć lat przed narodzinami Jezusa, a którą ukończono po kilkudziesięciu latach dopiero. Jakie ogromne te bloki skalne wmontowywano w mury świątyni-Templum, osiemnaście tysięcy robotników pracowało przy wznoszeniu tej ogromnej budowli. Kamienie przylegały do siebie tak, że banknot 50- dolarowy jeszcze dzisiaj nie można przecisnąć miedzy blokami skalnymi, w ten sposób przez wieki kamienie przydały budowli stabilności jeszcze większej aniżeli w czasie ówczesnych robót budowlanych. A Jezus wchodził do świątyni Heroda od strony Łuku Robinsona. W tym czasie miasto miało wspaniałe systemy sadzawek, dla oblucji liturgicznych i nie tylko, pełnych wspaniałej wody, bogatej w składniki, które znajdujemy w ludzkiej krwi. I tak sobie pomyślałem teraz, a gdyby w naszej epoce dziejów, epoce ekumenii, odbudowano Templum Heroda, powiedzmy jako wotum za wielkość i piękno ludzkiej natury… Ale czy Arabowie, z ich olbrzymim Meczetem wyraziliby na to zgodę… Chyba nigdy do tego by nie doszło. Zresztą napisane jest: kto wszedłby do miejsca najświętszego, ten zaraz by umarł. Ja jednak obstaję osobiście przy pisaniu nowej ery Kennedy’ego. W Jerozolimie znajduje się niecodzienna placówka: Kustodia Ziemi Świętej − samodzielna jednostka administracyjna, będąca w praktyce jedną z prowincji Zakonu Braci Mniejszych, zwanych potocznie franciszkanami. Oni sprawują pieczę nad wybranymi kościołami w Ziemi Świętej. Jeszcze raz pozwoliła mi Opatrzność na rozmowę z kochanymi Frańciszkanami z Getsemani. Tym razem osobiście w Łacińskim Patriarchacie pokłoniłem się po raz kolejny Księdzu Arcybiskupowi Fouadowi Tual, jest Patriarchą Jerozolimy i Wielkim Mistrzem Grobu Świętego. Posługę tą sprawuje od 21 czerwca 2008. Pewnego dnia rozmawiałem z Kustoszem Ziemi Świętej Fr. Pierbattista Pizzaballa, w konwencie Franciszkańskim świętego Zbawiciela. Przewodniczyłem Świętej Liturgii na Golgocie i w Getsemani. Towarzyszyło mi piękne słońce. Rzymskokatolicki patriarchat Jerozolimy został utworzony w 1099 r. po zdobyciu Jerozolimy przez krzyżowców. Podczas tej pielgrzymki do Jerozolimy zrobiliśmy sobie zdjęcie, Redaktor Naczelny „The Jerusalem Post”, Pan Steve Linde i ja, a niech mnie kule biją, a co! Odwiedziłem następnie Siostry Elżbietanki i Nowy Dom Polski przy8 Rehov Hahoma Hashlishit, P.O.B. 277, 9100201 Jerusalem. Ten piękny dom prowadzony przez Siostry św. Elżbiety i daje schronienie pielgrzymom, przede wszystkim Polakom, przybywającym do Jerozolimy i do Ziemi Świętej ze wszystkich zakątków świata. A mieszkałem w hostelu przy Uniwersytecie Hebrajskim. Do 1860 teren starego miasta stanowił całe miasto Jerozolimę. Stare Miasto ma tereny o kluczowym znaczeniu religijnym dla chrześcijaństwa, judaizmu, i islamu: Wzgórze Świątynne z Kopułą na Skale, meczetem Al-Aksa i Murem Zachodnim, oraz bazylika Grobu Świętego i wiele innych….I tak sobie przemyśliwam spacerując teraz pod murami miasta wzniesionymi przez Sulejmana I Wspaniałego w XV stuleciu. Ostatecznie jestem przekonany, że choćby powstał ktoś najzdolniejszy, największy w tej epoce dziejów, to i tak nie zdążyłby jako człowiek sam w tym życiu spełnić się, czy taka jest prawdziwa a słuszna zarazem misja Kościołów- ucinać u podstaw godnego życia ciekawą biografię jednostek, szukać jej zbawienia jedynie w wieczności. Czy raczej nie należałoby przyspieszyć zgodnie z wskazówkami Soboru Watykańskiego Drugiego nasze „cywilizacyjne spóźnienie.” Kochamy za późno. „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą,” to powiedział poeta z Polski. I oto ci Żydzi przed wiekami „odważyli się zabić” Ojca swojego. Mam teraz na myśli Mojżesza Patriarchę!… Stąd antysemityzm współczesny czasem także, jak myślę. Niektórzy stwierdzają, iż Mojżesz był adeptem religii Atona, która była religią monoteistyczną. Ojciec narodu Mojżesz, po zakazie monoteistycznego kultu przez faraona, z powodu ustalenia się tradycji politeistycznej kultu zmarłych w Egipcie, postanowił on (zdecydował się) nawracać Hebrajczyków na ten monoteistyczny oryginał atoński. Samo wprowadzenie obrzezania, które datuje się z tej epoki, byłoby tego potwierdzeniem tylko- albowiem ta praktyka miała swe źródło u Egipcjan. Będąc w Jerozolimie postanowiłem siebie pytać: co mogę zrobić w tej sytuacji dziejów ludzkich. Zarazem uświadomiłem sobie, iż muszę wpierw odpowiedzieć sobie na inne jeszcze zapytanie: do jakiej historii dziejów ludzkich przynależę? Czy dziejów ludzkich? Jako Polacy w tej epoce, mam na myśli przełom tysiącleci, mieliśmy najwięcej stanowisk badawczych w dziejach. Studiowaliśmy za granicą wszędzie, zdolna polska młodzież, inżynierowie teraz pracują u obcych, a księża po studiach w Rzymie czy w Jerozolimie powracają najczęściej do ojczyzny. Co z tych naszych studiów pozostało? Tajemnice-misteria, cierpienia, o których wspomina liturgia trzeciej Niedzieli Wielkiego Postu. Bardzo mi przykro, ale może to wszystko słusznie, koniecznie. Moja pamięć-memezis, zarazem podarowane mi życie idą obok mnie, powiedziałbym mocniej, obok mnie zdąża gdzieś zawsze już zapomniane życie. Ja jednak nie pragnąłbym kończyć z praktykowaniem pamięci. Tak więc w Jerozolimie jeszcze raz poznałem moje szczęście. Ja inspektor Colombo na balkonie obcym. A ten kto „zamieszkał” ziemię, tę spaloną słońcem i tę inną, amerykańską, afrykańską czy azjatycką, poznawaną na antypodach także ziemię, ten obejść się nie może bez pomocy bratniej… Więc odtąd i ja ukochałem całe ludzkie plemię. Modlę się więc: zbierz twoje dzieci, Panie historii i nasz Zbawco! Ratuj, bo giniemy. Bo dzisiaj nie liczy się dobro. Złącz nas w jedno, pozwól odczytać na nowo twoje słowa, iść twoimi śladami. Zbierz Panie, umiłowane dzieci Boże! I niech one błogosławią twoje imię. Amen.

Odkrycie Ameryki

Stanisław Barszczak— Pamiętnik Tomasza Memlinga—

Rozdział czwarty
Być może właśnie klimat tamtej epoki sprawił, że jako dziecko też byłem ciekawy obcych krain. Odwiedzałem klasztory, byłem nawet przez jakiś czas sekretarzem biskupim. Ale nawet w Brukseli wzrastałem w domu… Za to teraz jestem przeważnie sam, musze wychodzić do innych ludzi. Tym sposobem w Brugii wreszcie znajdowałem czas na śledzenie polemiki kluniacko-cysterskiej. Czasami coś namaluję, więcej jednak piszę… Jestem dziedzicem 10 tys lat ludzkiego progresu…czy nawet jednooki. Chciałem opisać tajemnicę Czarnej Dżungli, pisać romans, przygodę i sensację, niezwykłe przygody odważnego i urodziwego Hindusa, strzelca polującego w dżungli na tygrysy i węże. Narażając się na śmiertelne niebezpieczeństwa, dzielny Tarzan usiłuje wyrwać z rąk tajemniczej sekty dusicieli, wyznawców okrutnej bogini Kali, piękną młodą Angielkę, Kapłankę Pagody, uprowadzoną podstępnie i ukrytą w podziemiach świątyni.
Innym razem rozpocząłem powieść. Powieść rozpoczynająca trylogię o losach pięknej Marii, córki bogatego mieszczanina, która ma wyjść za mąż za nieślubnego syna lokalnego margrabiego. Niestety, na skutek intryg zamiast stanąć przed ołtarzem u boku narzeczonego, Maria zostaje wtrącona do więzienia i oskarżona o cudzołóstwo. Zgwałcona, upokorzona, zlinczowana i odarta z godności, zostaje wypędzona z miasta. Wyjęta spod prawa i napiętnowana, zmuszona jest dołączyć do grona wędrownych prostytutek. Sprzedając swe ciało Maria nie zapomina o doznanej krzywdzie. Przy życiu utrzymuje ją jedynie pragnienie zemsty. Czy uda jej się odnaleźć swych potężnych wrogów? Czy znajdzie w sobie na tyle siły, by wziąć odwet za wyrządzone jej zło i unicestwić tych, którzy zniszczyli jej życie pozbawiając wszystkiego, co miała i kochała?
Ostatnio zapragnąłem wyśpiewać opowiadanie o papieżu z chilijskiej ziemi, który jeździ wszędzie, i pewnego dnia powraca do rodzinnego domu. A ten dom jeszcze jest piękny, z rynnami w kształcie lejków… Ostatnio odwiedził Kambodżę, krainę z klasztorem Angkor… Czasami jeszcze bynajmniej mi towarzyszą piękne rzeczy w tym życiu, jak choćby trzewiczek z Mediolanu(niem. Schuhchen), teczka z Paryża (niem. Lederhand). Bóg nie domaga się, abyśmy podążali za nim, lecz tylko żąda, abyś spróbował… Nie byłem dzieckiem już, gdy poszedłem do szkół. Owszem, byłem średniego wzrostu, jakkolwiek ambitny to zawsze to było dziecko-sierota. Jestem przyczyną tego, ze wielu nie poszło inną drogą życia. Adrian był najpilniejszym moim uczniem. Zawsze chodził z Biblią pod pachą. Pow¬sta¬nie Bib¬lii ja¬ko księgi dla lu¬du jest naj¬większym dob¬rodziej¬stwem w dziejach ro¬du ludzkiego. Wszel¬kie próby jej zdys¬kre¬dyto¬wania są zbrod¬nią prze¬ciw¬ko ludzkości, jak uważam. Pewnego razu Adrian zgubił jakiś cenny naszyjnik przy rozładowywaniu beczułek w kanale. Zaraz poszedł do pewnej damy w mieście, która podarowała mu nowy klejnot. Najchętniej wspominał jednak pracownię Jana van Eycka, w której usługiwał przed laty. Pewnego dnia przyniósł do pracowni źródła monastyczne. W przeddzień wyraziłem zamiar o wstąpieniu do zakonu, podczas gdy on obwieszczał nadejście Sądu ostatecznego dla świata. Były to traktaty powstałe w XII wieku, napisane w toku burzliwej niekiedy debaty toczonej pomiędzy mnichami z Cluny a cystersami. Tom otwiera Apologia napisana przez Bernarda z Clairvaux do opata klasztoru Saint-Thierry, Wilhelma, krytykująca życie i praktyki kluniackie. Odpowiedzią na nią są trzy kolejne teksty: list 28, napisany do Bernarda z Clairvaux przez opata Cluny, Piotra Czcigodnego, ‘Apologia’, pióra jednego z bliskich współpracowników Piotra, Hugona z Amiens, opata angielskiego klasztoru w Reading oraz traktat anonimowego opata. Tom zamyka natomiast dialog – dysputa pomiędzy mnichem kluniackim a cysterskim. Problemy poruszane we wszystkich dziełach dotyczącą zarówno spraw związanych z życiem codziennym – strojem, pożywieniem, pracą – jak też całym wymiarem duchowym życia monastycznego. Poprzez te zagadnienia główni adwersarze dochodzą do najbardziej fundamentalnych pytań o znaczenie tradycji i jej wierności. A teraz zapytuje się; “Czy tak żył Makary Czy tego uczył Antoni Czy tak postępowali ojcowie w Egipcie Makary żył powściągliwie i wielce pobożnie. Antoni uczył rzeczy wzniosłych i dosyć zdumiewających, a Ojcowie w Egipcie postępowali wspaniale. Także Hugon, Majolus oraz inni przełożeni kluniaccy, nie tylko nauczali pięknego sposobu życia i wspaniałych ideałów monastycznych, ale i nauczając zachowywali je. A chociaż jaśnieli oni wybitnymi cnotami bardziej niż inni, wcale z tego jednak nie wynika, aby oskarżać tych, którzy nie są aż tak doskonali, że nie są mnichami. Chociaż nie mają świętości Makarego, nie prowadzą życia Antoniego pod względem powściągliwości, niezupełnie są podobni do ojców, którzy mieszkali w Egipcie, wcale niesłusznie wnosisz z ich innego sposobu życia, że nie mogą naśladować we wszystkim ideałów monastycznych.
Kanały w Brugii są urodziwe, czyste, dobrze zbudowane, i miłe dla oka i radości ducha. Nabrzeże jest tak ciche jak kraina marzeń, nic światowego tutaj, nic tutaj do zawieszenia w progu i martwienia się o tym… Nie powinieneś machać szablą zanim jej nie wypróbujesz. Przed oczami teraz mam wnętrze naszej ‘cukierni’ przy kościele Panny Marii, sklepienie w kształcie łuków, wygodne kanapy do siedzenia, coś pięknego. Tutaj poznałem Izabelę, córkę hrabiego Roussy, która prowadziła salon towarzyski. Jednak pewnego dnia zaskoczyła mnie informacją, że spodziewa się potomka. A potem była zakonnicą, która uprawiała miłość z jej mężczyzną choć były chwile, ze mogła wycofać się z tego. Stary Roussy, po wielu perypetiach zawodowych związanych z oszustwami jednego z dyrektorów, rezygnuje z posady w zarządzie Towarzystwa Ubezpieczeniowego. Jakkolwiek nie przestał brać udziały w Brugijskiej giełdzie… Trudno rozstać się nagle i ostatecznie z tymi, z którymi obcowało się tyle czasu… „Rolnik mówił mi we śnie: Dość na moim chlebie żyłeś. Sam siej, sam ziemię órz w bruzdy garbate! Tkacz mi mówił: Sam odzież odtąd rób dla siebie! A murarz rzekł: Weź kielnię sam i buduj chatę! I sam, przez wszystkich ludzi porzucon tak wrogo, szedłem wszędy z tą klątwą ich niemiłosierną, i gdym o litość błagał niebo -nade drogą moją- ujrzałem głodnych lwów parę krwiożerną! Budzę się, prawdziwości zorzy nieświadomy. Patrzę: murarz, jak dawniej, buduje nam domy, błyszczą zasiane pola, szumi trud warsztatni. Poznałem moje szczęście: kto zamieszkał ziemię, ten obejść się nie może bez pomocy bratniej, i odtąd ukochałem całe ludzkie plemię.”(Armond Sully Proudhomme) Najpierw naucz się uprawy roli, a dopiero zbieraj żniwo. Pokolenie, które krytykowałem wcześniej za zdradę wartości ogólnoludzkich, staje się teraz według mnie ich nosicielem, krytyce będę poddawał natomiast najmłodszą generację, przesiąkniętą hedonizmem i nihilizmem.
Pewnego słonecznego dnia płynęliśmy kanałami ku morzu, zabrałem do łodzi jakiego podróżnika rodem z Hiszpanii.
-Tylko przy założeniu teorii rozchodzenia się światła jak w karuzeli- zaczął mówić- powstaje ciekawa równowaga fizyczna… Ale i tak rodzą się ogromne trudności. A gdyby świat założył, że prędkość światła może istnieć jako wieczna krzyżówka. Bez tej teorii stałej prędkości światła walą się inne teorie, nie może istnieć na przykład jakaś tam teoria elektromagnetyczna. Załóżmy więc lepiej, żeby prędkość światła była granicą ostateczną. Inaczej wzrastają nie do uniknięcia trudności z rozumieniem świata. Przywołam tutaj informacje, że światło z słońca przybywa do nas starsze na osiem minut, z księżyca starsze o sekundę… Ale to są moje gdybania. Co więcej przy prędkościach bliskich prędkości światła fale światła i fale, które nazwałbym elektromagnetycznymi już bardzo się rozeszły, twierdzę, pędzą w swoją stronę. Nie istnieją więc mocne siły w kosmosie, a tylko słabe… Myślę, że w kosmosie są inne jeszcze fale, nazwałbym je grawitacyjnymi, które jeszcze nie zaobserwowano w ziemskich powiedzmy tunelach laboratoryjnych, jako kosmiczne a niepozorne fale grawitacyjne rozchodzące się w kosmosie jako rezultat czegoś, co nazwałbym czarnymi dziurami kosmosu- w ten sposób potwierdzono by definitywnie powszechną względność życia. -W tym kontekście powiedziałbym-przerwałem ten wywód- lepiej mieszkajmy na ziemi, tu jesteśmy wydaje się najmocniejsi.
-Jeszcze odbywa się na ziemi dramat. Niestety nie liczy się dobro. Kościoły same trzymają wiernych absolutnie. Tak więc, wchodzimy w stadium, które nie zaplanowaliśmy i zajmujemy sobą część czynu, który nie jest naszym dziełem. Każdy z nas jako byt obdarzony charakterem, istniejący w jego własnym dramacie, odgrywa podrzędne części w dramacie innych (ang. the others)-skądinąd każdy dramat krępuje innych. W moim dramacie jestem powiedzmy Hamletem albo Jago albo Gentlemanem albo następnym mordercą (Second Murderer) – a ty jesteś moim Poloniuszem, moim Grabarzem, a zawsze jesteś swoim własnym bohaterem (hero). Każdy z naszych dramatów opiera skrępowania na każdym z innych układając całość różną od części, ale jeszcze dramatyczną (ang. whole different from the parts). Jeszcze stwarzamy dramatyczną całość życia. I nie dopuszczamy głosu biednych obywatelów ziemi. Kościoły złożyły żywego człowieka na następne dwadzieścia lat. Przed wiekami Arystoteles stwierdzał, iż przybywamy znikąd, wspierając się między innymi na intuicji. Wprowadzenie słowa ‘intuicji ‘przez filozofa moralnego zawsze jest to sygnał, że coś poszło naprawdę źle z argumentem. W związku z tym zauważam, nowoczesna modernistyczna polityka nie może być kwestią prawdziwego moralnego konsensusu. A teraz tak jest. Bo nowoczesna polityka to wojna domowa prowadzona jakby innymi środkami … Tak więc my w ciężkim czasie (in hard time) żyjemy, w tym czasie nawet strach i pesymizm staje się luksusem. Co gorsza nie istnieją raz na zawsze ustalone współczesne moralne niezgodności (ang. disagreements), tym samym nie mogą być one definitywnie rozwiązane. Powiązanie między oddzielnie wyraźnie narracyjnym elementem w ludzkim życiu i charakterem wad przechodzi przez przedsionek świadomości (ang. the forefrond).
Rzeczywiście ze stanowiska arystotelesowskiego- kontynuował- nowoczesne społeczeństwo liberalno- polityczne może ukazać się tylko jako zbiór obywateli znikąd, którzy nigdzie nie połączyli się dla ich wspólnej ochrony. W społeczeństwie, w którym już nie jest podzielana koncepcja dobra wspólnoty, koncepcja sporządzana przez to co dobre dla człowieka, w takim społeczeństwie nie może być już dłużej utrzymana jakaś bardzo substancjalna koncepcja tego, co stanowi przyczynek bardziej lub mniej, do osiągnięcia dobra. Tym samym bynajmniej zakładamy pewną wywrotową arbitralność teraz– wydaje się, że ona w końcu zagarnie moralne życie- stawiając na cel, który transcenduje ograniczone dobra praktyk poprzez konstytuowanie dobra całego ludzkiego życia jako jedność. Tym samym nie będziemy zdolni sprecyzować kontekstu pewnych cnót adekwatnie. Modernistyczna systematyczna polityka musi być odrzucona bo nie posiada wrodzonej wierności tradycji cnót. A trzeba szczególnej wierności tradycji cnót. Odrzucamy wierność tradycji… przez politykę. Współczesny myśliciel, konwertyta, akcentuje brak wystarczającego zwrotu moralności w epoce Oświecenia… Co powinniśmy czynić? Tradycja jest konstruowana przez praktyki moralne i sposób rozumienia ich ważności. W biurokratycznej kulturze odkrywamy zakazane a tłumione przesłanki narwańców zycia, usiłując znaleźć założenia dla tego kim jesteśmy i co czynimy. Nierzadko w ten sposób opieramy się znów na profetycznym irracjonalizmie, przejmując subiektywny sens działania. I nie wspieramy się już na magii, irracjonalizm zwycięża jak u mistrza Webera. Wedle tego ostatniego Katolickie Boże Narodzenie zajmuje pozycję mniejszą od protestanckiej, a racjonalnej Wielkiej Nocy. Dzisiaj ludzie nienaganni moralnie są złymi politykami , to zauważył Max Weber. Szkocki filozof, Alisdaire MacIntire twierdzi, że myśliciele zajmujący się naukami społecznymi wydają się być mniej inteligentni od fizyków, naukowców natury…
-Czy uwagi Alisdaire’a MacIntyre’a nie są spóźnione? –zauważyłem…
-Nie mnie o tym przesądzać. Świat się nie cofa przed niczym, idzie naprzód i nie zatrzymuje się. Nie ma lepszego teraz rozwiązania, jak moralność! A skoro zamierzamy realizować teraźniejszość, to już czynimy z siebie męczenników… W modernistycznych moralnościach pytamy o takie czy inne rozwiązanie moralne – tylko nie wprost (by indirection), pytamy tylko, jakie reguły powinny być kontynuowane? Przeszłość czy to naraz konieczna czy też możliwa, powinna być poprawiana i transcendowana, zdaniem MacIntyre’a. W tym kontekście teraźniejszość jest zrozumiana tylko jako komentarz i odpowiedź na przeszłość. A trzeba honoru! Jakim rodzajem osoby staję się? Chodzi o budowanie lokalnych form wspólnoty wewnątrz których cywilność i intelektualne a moralne życie może być podtrzymane, potwierdzone wręcz, przez nowe ciemne wieki- a które są jeszcze przed nami. U zarania moralnego myślenia leżą sądy, wierzenia, dla których żadna, dalsza prawda nie może być dana. O tym pisze Alisdaire MacIntyre w „After virtue: A study in Moral Theory.”
Jesteśmy współautorami naszych narracji. Alisdaire MacIntyre akcentuje tutaj zwłaszcza polimorficzny, wielokształtny charakter przyjemności i szczęścia. Nie istnieje największe szczęście dla największej liczby ludzi. Widok własnej przyszłej przyjemności i szczęścia nie może dostarczyć kryteriów dla rozwiązania problemów czynu indywiduum. Moje szczęście musi … Uczymy się na brzydkich, złych przykładach nieustannie, a zło przemienia się w dobro- choćbym nie wiem co czynił to nawet zło przemienia się w dobro. Może to lepiej… ale gdzie jest honor? Jakiej historii jestem częścią? Alisdaire MacIntyre podąża w naszych rozterkach za Arystotelesem, gdy nie pochwala głupoty- bo ta ostatnia w pewien sposób wyklucza dobro. Dla myśliciela ze Szkocji prawdziwym rodzajem życia nie jest hagiografia, ani saga, ani nawet tragedia. Nie sposób zrozumieć reguł Tabu inaczej jak tylko przy utrzymaniu przy życiu lepiej czy bardziej opracowanego kulturalnego fundamentu. Ponieważ wydaje się nam, że wiemy coś zawsze lepiej od innych , tym samym nie powinniśmy jednak odcinać się od Tabu, od podstaw, szczególnie przy naszym modernistycznym używaniu dobra, posługiwaniu się tym co słuszne, kierowaniu się obowiązkiem.
Światem rządzą władcy. Ale totalitarny projekt zawsze będzie produkował rodzaj sztywności, nieugiętości , i nieskuteczności, która może przyczynić się na długim dystansie do jego porażki. Wszelka moc, czy absolutna czy jeszcze inna, zdąża do trzymania na uwięzi, a absolutna moc trzyma absolutnie. Potrzebujemy pamiętać bynajmniej głosy z piekła rodem, okrucieństwa wojen, tam lała się krew okrutnie (z Auschwitz -po Auschwitz żaden dzień bez daru życia!- głosy z Archipelgu Gułag), które mówią nam dokładnie jak długi jest ten długi dystans. Według A. MacIntyre’a długi nos Kleopatry był u podstaw Cesarstwa Rzymskiego: jego cechy nie były doskonałe w proporcjach, stąd Marek Antoniusz nie był zachwycony, nie sprzymierzył się sam z Egiptem przeciw Octawianowi; nie uczynił tego przymierza, bitwa pod Actium nie była walką- itd. Wydaje się zatem, że wszystkie nasze sytuacje moralne na zewnątrz teraz… Takie mamy masło maślane (pleonexia, pleonazm) , ta wada w schemacie Arystotelesowskim jest teraz przewodnią siłą modernistycznej a produktywnej pracy.
Zagłuszamy, krzyczymy, i deklarujemy wręcz, że każdy jest ubrany w szmaty, gałgany- jak w przeszłości, i cesarz nie ma już stroju dla ubrania jednego człowieka, tylko po to, by w ten sposób zabawiać każdego innego człowieka. Już nie możemy poznać tego, jakie prawa naturalne i ludzkie były kiedyś, bo dzisiaj już nie ma takich praw, wierzeń, i nie wierzy się w takie prawa podobnie jak dawano wiarę kiedyś, jak wierzono w wiedźmy i jednorożce. A tę ostatnią wiarę stawiano przed wiekami na równi z prawami naturalnymi i ludzkimi. Charakteryzacja czynów przed jakąś narracyjną formą bytu, odwróci się zawsze w prezentację jedynie nie powiązanych a chaotycznych części tylko możliwej narracji. Dzisiaj pojęcie osoby, to pojęcie charakteru oderwanego od historii. Należałoby tworzyć narracje, ale takie, żeby skądinąd czyny nas nie zaskakiwały, trzeba by skończyć z późniejszymi wersjami liberalnego indywidualizmu. Dzisiaj lęk jest sporadycznie wytworną emocją, także błędne odczytanie jakichś egzystencjalnych tekstów odwróciłoby rozpacz samą w rodzaj psychologicznego monstrum.
– Nie czyńmy konkluzji, ale też nie skłaniajmy się w beznadzieję, urwałem wywód, bo już podpływaliśmy z beczułkami do brzegu przeładowni w ZeeBrugge.

Rozdział piąty
Jest 10 sierpnia 1494. Postarzałem się. Ale jeszcze raz spaceruję nabrzeżem Dijver, Wollestraat na rynek. Zagrzmiało, wracam i widzę,  robotnicy przy kościele Jezusa Zbawiciela jeszcze pracują…Powróciłem do siebie i zacząłem coś pisać dla potomnych. Będąc pod wrażeniem wczorajszych obrad w ratuszu chwyciłem mocniej za pióro. Ostrzegam przed Wielkim Księstwem Moskiewskim, nabazgrałem. O tym przemyśliwałem już podczas ostatniej maskarady w mieście. W naszym stuleciu za panowania Wasyla II Ślepego oraz Iwana III nastąpiło uformowanie się rosyjskiej odrębności narodowej. Ten ostatni ograniczył feudalny system ziemski i scentralizował administrację państwową. W 1482 z jego rozkazu Mengli-Girej dokonał najazdu na ziemie litewskie paląc m.in. Kijów. Książę Iwan III pojął za żonę bratanicę ostatniego cesarza bizantyjskiego Konstantyna XI Dragazesa Zoe Paleolog. Doprowadziło to do utrwalenia wpływów kultury bizantyńskiej w Rosji oraz do wysunięcia przez władców moskiewskich pretensji do dziedzictwa po cesarstwie wschodnim i przyjęcia jego symboliki… My to dobrze wiemy, że im więcej potęga wschodnia się rozrośnie, tym straszniejszą stanie się nie tylko dla nas samych, ale wkrótce dla całego chrześcijaństwa, stanie się niebezpieczną dla oświaty, dla handlu, dla postępu i cywilizacji. Ostatnio Poseł polski Solimowski na posłuchaniu municypalnym w Ratuszu to samo ostrzeżenie dawał Niemcom wyrzekłszy pamiętne słowa: „Nieprzyjaciel ten odległy, nieprzyjaciel srogi i ambitny, zachęcony, wzmocniony i oświecony przez naszych marynarzy, przedsiębierze rzeczy coraz bardziej zatrważające. On doprowadzi do tego, że wam nie tylko prawa tyczące się handlu morskiego dyktować będzie, ale w ten sposób wpuszczony przez was w środek naszych republik, zmusi was w krótce wystąpić do walki przeciwko niemu pod samymi murami miast waszych, w obronie bezpieczeństwa waszych osób, dóbr, dzieci i praw waszych. Niech was Bóg broni, byście popaść mieli pod jego jarzmo. Nie bez przyczyny dawniej niektóre prowincje cesarstwa teutońskiego wszelkie obelgi Polsce przez tych barbarzyńców wyrządzone, za swoje własne uważały.”
Rozpogodziło się na dworze. Pomyślałem więc o spożytkowaniu ostatnim moich podróży i znajomości. Gdzie ja nie byłem. W Grenoble zdobyłem Bastylię, tym samym zacząłem nową rewolucję pewnie, tylko zastanawiam się czy aby w moim kościele katolickim również. Odprawiłem mszę świętą w kościele świętego Ludwika. Jako ostatni rycerz pomyślałem urządzać turnieje rycerskie na Jasnej Górze w polskiej Częstochowie. Rycerstwo w Europie kwitło od czasów Henryka II, 10 sierpnia 955 rok, do Maksymiliana I, króla Niemiec i arcyksięcia Austrii. Ponad 500 lat. W Częstochowie już 600 lat kwitnie rycerstwo Niepokalanej, z dzieciństwa pamiętam opowieści o próbie zniszczenia obrazu Czarnej Madonny przez Husytów. Ale moja nadzieja na spełnienie moich marzeń w przyszłości nie ustaje, pozostaje niekłamaną. Pewnego pięknego dnia zszedłem z konia w Reaumont, poszedłem ku zamkowi na górze ‘Bayard,’ piękny- z tunelem kolei żelaznej pod nim… Historia kołem się toczy dalej. Ale świat zwariował na punkcie czynienia z ludzi wrogów… Zamierzyłem więc czynić wszystkich braćmi. To dlatego szedłem potem nabrzeżem Bordeaux, ulicami Nantes, w Saint Laurent sur Sevres w Wandei, po plaży Ostendy, pomiędzy kanałami Brugii, w porcie Oslo, Sztokholmu. Przemierzałem Berlin, Frankfurt, Bazyleę, Genewę, Marsylię, la Rochelle, Lizbonę, Madryt, Barcelonę, Porto, Malagę. Kair, Dubai za Ziemią Obiecaną. Niejaki Krzysztof Kolumb dotarł ostatnio do Indii Wschodnich, nadaje nazwy nowym osadom: Melbourne, Adelaide, Kalkuta, San Francisco, Los Angeles, San Diego , Boston, Long Island, Washington, Nowy York. Nowy Amerigo Vespucci. A ja odwiedzam jeszcze Brukselę, Manchester, Hamburg , Monachium. Wiedeń, Pragę. Wspinałem się na zamek w Edynburgu, może wiecie o tym.
Szedłem kiedyś lazurowym wybrzeżem w Monaco i Nicei. Szukałem seminarium w Paryżu, w dzielnicy Mairie d’Issy. Wrześniowym popołudniem zawitałem w wiecznym mieście (a lalo jak z cebra), innym razem po przylocie na Fiumicino, z stacji Ostiense powędrowałem przez Circus Maximus ku Rzymowi…Błądziłem po Bonifacio na Korsyce, płynąłem na Sardynię, a morze było wzburzone, z jednej strony miałem żar słońca, a po przeciwnej stronie wschodził już księżyc ku swej pełni. Kocham urokliwe miejsca, jak np. na polu w Caniggione. Tam witał mnie -rzekłbym- Garibaldi sam. Trzy razy odwiedziłem już siostrzaną Sycylię. W Buenos Aires spacerowałem najszerszą Avenida świata. Pewnego dnia szedłem w Kurytybie ku słońcu, u szczytu drogi na prawo znajduje się kościół Polskiej Misji Katolickiej…Moje Rio de Janeiro to skromny kościółek polski w centrum miasta. A bywałem też nad morzem afrykańskim w Agadirze, Abidjanie, Casablance, szedłem w majowym Kuwejtem, podziwiałem kościoły Kairu, przechodziłem mosty na Newie w Sankt Petersburgu. Szedłem nocą po Sandefiordzie w Norwegii, po Budapeszcie, szedłem fiordem islandzkim, pośród uliczek portów w Tromso, Trondheim. Stavanger. Podziwiałem wieżowce na plaży w Acapulco, domy wczasowe w Hurgadzie nad morzem Czerwonym. Nie zapomnę nigdy trzykondygnacyjnych autostrad w Tokio, Promenady w Bombaju. A msza święta na plaży w diecezji Trivandrum w ślicznej i katolickiej krainie Kerala, południowe Indie- to już chyba szczyt wszelkich moich marzeń. Tam wiara w jutro mojego Kościoła sięgnęła zenitu. I za to Opatrzności Bożej pozostanę wdzięczny do końca moich dni na ziemi matce. Singapur to nasze trójmiasto Gdańsk, Gdynia, Sopot. I ja tam byłem… Opowiem po śmierci co widziałem, bo w żyjących języku nie ma na to głosu, jak pisał w „Stepach akermańskich” wieszcz narodowy. Szedłem już po wielekroć. W tym szczególnym dla Państwa dniu czytania moich pism, chciałbym złożyć bukiet najwspanialszych życzeń urodzinowych: uśmiechu i szczęścia, radości każdego dnia oraz wszelkiej pomyślności! Przecież nie codziennie urodziny! Zaproś starych przyjaciół i ciesz się dobrą imprezą. Autor tak powinien skonstruować przemówienie, tekst, by wyczerpać temat, ale nie wyczerpać słuchaczy, czytelnika. Jeśli straciłeś wszystko, nie masz już nic do stracenia! Wielu ludzi jest nieszczęśliwych, wybaczcie, ponieważ nie potrafi abstrakcyjnie myśleć. Sumienie to świadomość, że istnieje w człowieku trybunat wewnętrzny. Pięknym jest to, co wyobrażane jest bez pośrednictwa pojęcia jako przedmiot powszechnego upodobania. Boskie dzieło stworzenia nigdy nie dobiega końca. Zaczyna się, a potem trwa nieskończenie, w nieustannym trudzie dając początek nowym sceneriom, nowym przedmiotom i nowym światom wreszcie. Koniec

Nazajutrz Tomasz Memling czując zbliżającą się śmierć, poprosił współbraci, aby pozostawili go w samotności. Umarł podczas modlitwy i trwał w pozycji klęczącej około sześciu godzin po śmierci. Odejście mistrza Tomasza Memlinga pogrążyło w smutku całą Brugię. Na pogrzeb przybyły nieprzebrane tłumy ludzi. Trumnę tego, który za życia służył najbiedniejszym ponieśli przedstawiciele bogatych rodów. Ciało złożono w bocznej kaplicy kościoła Matki Bożej, gdzie niebawem wydarzyło się wiele cudów.
(Czytelnik wybaczy, wydarzenia stanowią licentia poetica twórcy- a instytucje pominą ten fakt może… Opowieść wprowadza informacje, osoby i nazwy miast, nie zsynchronizowane z drugą połową XV stulecia. Fabuła ‘wyprzedza’ wypadki, odkrycia i wynalazki cywilizacyjne ludzkości. Ale autorowi zależało przede wszystkim na rozkoszowaniu się pięknem obywatela Brugii, zachowaniu w następnej generacji chrześcijańskiej mądrości.)

 

Burgundzkiej przygody ciąg dalszy

Stanisław Barszczak— Pamiętnik Tomasza Memlinga —

Rozdział trzeci

Wcześnie potajemnie opuściłem dom rodzinny, bo zaledwie w wieku  ośmiu lat. Jak do tego doszło? Pewnego razu u rodziców znalazł gościnę pielgrzym zmierzający do Santiago de Compostela w Hiszpanii. Prawdopodobnie pod wpływem jego barwnych opowieści postanowiłem uciec z domu. Po kilkutygodniowej podróży znalazłem schronienie i opiekę u jednego z mieszkańców Kolonii, którego krewni mieli dom także w Brukseli. W ten sposób w Kolonii opiekę – a później wykształcenie -uzyskałem w rodzinie zarządcy trzód. Zacząłem pracować, osiągnąłem życiową stabilizację. Lecz po brukselskich latach zdecydowałem się porzucić przybraną rodzinę i wstąpiłem do wojska jako ochotnik. Wziąłem udział w walkach mojej epoki. Usunięty karnie ze służby (nie upilnowałem łupów wojennych) chciałem powrócić do Brukseli. Po dwudziestym roku życia opuściłem dom opiekunów, jednak znów po kilku latach się zaciągnąłem na wojnę, tym razem do wojska Karola Śmiałego… 

Jeszcze podczas pobytu w Brukseli, pod wpływem kazania natchnionego kaznodziei, podjąłem radykalną zmianę swego życia. Charyzmatyczny misjonarz nawoływał do wystrzegania się grzechu. Czynił to w tak gorących słowach, że opuściłem kościół dogłębnie poruszony. Jeszcze tego samego dnia porozdawałem potrzebującym dzieła religijne i inne wartościowe przedmioty, którem posiadał. Ogarnięty uczuciem żalu za grzechy głośno błagałem Boga o przebaczenie i wzywałem miłosierdzia Bożego. Po powrocie z dalekiej wyprawy wojennej postanowiłem odwiedzić – po 30 latach – swoje rodzinne strony. Dowiedziałem się wówczas tragicznej prawdy o losie swoich rodziców. Po moim zniknięciu matka zmarła ze zgryzoty, a ojciec – straciwszy i syna, i żonę, polegiwał trochę na hamaku w słonecznej komnacie, następnie wstąpił do klasztoru franciszkanów, tam też świątobliwie dożył swoich dni.  Po latach odwiedzała mnie matka w snach, jako dziewczę lat powiedziałbym szesnastu. Dziewczynka wiosny, położona na drodze. A jej los pozostaje mi  bardzo bliski.

„Żyła w jednej z tych dzielnic, gdzie każdy umiera bogatym, opuściła swoich rodziców, żeby podążać za chłopcem, artystą. Kto wiedział, że tak dobrze powiedzieć ‘kocham Cię.’ I stało się bulwersujące. A ich dwa serca oświetlone promieniami słońca odeszły nie zostawiając adresu. Zabierając jedynie ich młodość i słodycz ich grzechu. Dziecko, dziewczynka lat szesnastu, dziewczynka wiosny, położona na drodze… Ich serca nie miały pór roku i nie chciały być uwięzione, oboje razem żyli, z dnia na dzień, nie zostając nigdy w tym samym miejscu. Ich serca potrzebowały przestrzeni, aby pomieścić taką miłość, jej teraźniejszość jak i przyszłość.  To była ta miłość niezwykła, kto nią wstrząsnął tak jak ta odwieczna pieśń, zatracił swe oczy w niebie… A jego miłość, ona była zbyt wielka, zbyt wielka dla duszy małej dziewczynki. Ona nie żyła jak tylko swoim sercem. A jej serce było całym światem. Ale Bóg nie przyjmuje światów, których nie jest stwórcą. Miłość będąca ich jedynym świętem- zostawił ją dla kilku okruszków, więc jej życie ustąpiło; a dziecko doświadczyło głodu. Dziecko, dziewczynka lat szesnastu, dziewczynka wiosny, położona na drodze…(teraz) martwa…! Aaaoh…”(por. Edith Piaff) Nikt nie jest geniuszem, jakkolwiek każdy nosi twarz matki, która widzi ideał dla syna, córki, a który nie spełnia się na szczęście nigdy. Tak więc i ja cieszę się nie błękitnymi oczyma życia, a jeno w brązowe oczy spoglądam nieustannie, a to z racji na naszą matczyną miłość. Życie przyniosło zaraz nowe chwile, których z odejściem matki bynajmniej nie zostałem pozbawiony. Popełniałem błędy, pokochałem konie i wojenkę. Próbując uciec przed wyrzutami sumienia, nająłem się do katorżniczej pracy przy rekonstrukcji kanałów Brugii.. Później – z nakazu swego spowiednika – wróciłem do mojej pracowni, w której zatrudniałem wielu uczniów i pomocników. W tym czasie począłem rozczytywać się także w książkach religijnych.

Ale żywiołowość, z jaką okazywałem żal za grzechy i duchową przemianę, spowodowała, że posądzono mnie o postradanie zmysłów. Umieszczono mnie w szpitalu dla umysłowo chorych, w którym zetknął się z nieludzkimi sposobami traktowania chorych. Kiedy odzyskałem wolność, podjąłem się na stałe opieki nad chorymi. W Brugii, w szpitalu świętego Jana, przyszło mi tu doświadczyć brutalnych metod, jakie wówczas powszechnie stosowano wobec osób z zaburzeniami psychicznymi. Opiekowali się Murzyni, Mongołowie, których namioty rozbite były w dzielnicy Bourg. Nie skarżyłem się jednak, poczytywałem to sobie za przywilej. Za to z dużą ofiarnością stawałem w obronie swoich towarzyszy niedoli. Doznane cierpienia sprawiły, że dojrzewała we mnie decyzja o założeniu własnego przytułku, w którym chorzy byliby godnie traktowani. Na realizację tego zamiaru nie trzeba było długo czekać. Wtedy ujrzałem rycerza pięknie ubranego, a jego strój świadczył o bogactwie jednostki, osoby, jak zrozumiałem. To była pierwsza nauka moich rodziców, rozpoznałem wreszcie odpowiedzialność rodzicielską. Odtąd nigdy nie pragnąłem być w orkiestrze, tam na podeście mógł ktoś zaśpiewać czy zagrać coś za mnie. Przeciwnie, zapragnąłem wyśpiewywać bogactwo serca każdego z osobna. Oto śpiewam z Tobą, o Tobie i za Ciebie, siostro i bracie. Osoba na pierwszym miejscu- taki obraz łaski Boga zawdzięczam moim Burgundzkim czasom, i ten obraz pragnę przenieść w dzieje. 

grudniu 1465 roku otworzyłem w Brugii małą pracownię malarską, która stała się „zakładem miłosierdzia.” ‘Salon’ utrzymywałem z kwesty. Zaapelowałem wtedy do lekarzy, aby odwiedzali jak najczęściej naszą dzielnicę z kościółkiem Panny Marii, szczególnie osoby chore i kalekie. Robili to za darmo. Prosiłem o pomoc także kapłanów, aby leczyli zarówno dusze, jak i ciała swoich podopiecznych. Organizowałem pomoc, opiekowałem się także sierotami, ludźmi starymi, bezdomnymi, ubogimi i wędrowcami. Z czasem pozyskałem sobie utalentowanych towarzyszy, otwierając na wzór pracowni Jan van Eycka swoją własną pracownię założoną sztalugami, i zawsze żywą.

Pokochałem Brugię i Janowy Szpital, biedny, lecz nowoczesny. Uświadomiłem tu sobie, że Jezus istotnie chciał urodzić się, żyć i umrzeć wśród biednych. Zrozumiałem, że ten szpital, to największa łaska w moim życiu. Ale nie całkowicie oddałem się służbie chorym i nie dobrowolnie skazałem się na życie w ubóstwie pośród najbiedniejszych mieszkańców Brugii. Owszem, dzieliłem się z nimi tym, co otrzymałem za sprzedaż uzbieranego drewna. Zacząłem ich też organizować w grupę ludzi niosących sobie wzajemnie pomoc. A gdy zamożni mieszkańcy Brugii dostrzegli pozytywne efekty tych moich wysiłków, otrzymałem środki na zakup terenu pod „powiększenie szpitala,” tam drzwi dla bezdomnych nigdy się nie zamykały.

Na piętrze wydzieliłem pokoje dla chorych. Ta moja pracownia była bardzo skromna, ale pod względem metod pracy korzystnie odróżniała się od innych ówczesnych placówek. Dbano tu o higienę, powszechnie jeszcze wtedy lekceważoną. Osoby chore psychicznie oddzielałem od reszty chorych i postępowałem z nimi łagodnie, a nie tak, jak mnie kiedyś traktowano, gdy przebywałem na rekonwalescencji w szpitalu. Aby wyżywić swoich podopiecznych, codziennie obchodziłem miejscowe targi przed zamknięciem, chcąc uzyskać od handlarzy niesprzedane resztki towaru. A ponieważ to nie wystarczało, żebrałem wśród bogatszych mieszkańców Brugii. Otrzymywałem pozostałości z posiłków, czasem trochę pieniędzy. Czyńcie dobro, bracia, coraz piękniejsze i coraz więcej niech będzie dobra na ziemi.

Życie moje w Brugii graniczyło z cudem. Przejmującym głosem, jaki posiadłem wówczas, usiłowałem trafić do sumień bogatych mieszczan. Jak potrafiłem wyjaśniałem potencjalnemu darczyńcy, co można zyskać na obdarowywaniu bliźniego. Argumentowałem: dając drugiemu sam siebie obdarowujesz, bowiem swoim uczynkiem zbawiasz własną duszę. Ten sposób rozumowania kruszył opór najtwardszych egoistów. Widząc ogromną pracę na rzecz chorych, ludzie coraz chętniej wspierali moją działalność. Dzięki temu mogłem przenieść swoją pracownię do znacznie wygodniejszej siedziby. A w mojej pracowni malarskiej czyny miłosierdzia osiągały zenitu. W przekazywaniu talentu malarskiego uczniom przywoływałem sceny z Golgoty, ale także z Zwiastowania Najświętszej Panience, wreszcie z życia choćby świętej Małgorzaty. Z pomocą nieba, idąc przez życie z biednymi nigdy nie narzekałem na brak natchnień malarskich. W naszych czasach w szpitalach pracują lekarze, pielęgniarki i personel pomocniczy. Ja sam spełniałem wszystkie ich funkcje. Kiedy trzeba było, na własnych plecach zanosiłem do szpitala ludzi, którzy nie mogli tam dojść.

Zdarzyło się jednak, że w tej pracy nie starczyło mi sił. Kiedyś upadłem pod ciężarem dźwiganego człowieka i nie mogłem ponownie ruszyć w drogę. Wówczas objawił mi się Rafał Archanioł, który mnie wspomógł. Po paru dniach Archanioł zjawił się znowu. Tym razem przybył do szpitala z koszem chleba, gdy ja nie miał czym nakarmić chorych. Dowód wyjątkowego oddania dziełu szpitala i chorym dałem zwłaszcza wtedy, kiedy w Szpitalu św. Jana w Brugii wybuchł groźny pożar. Liczni świadkowie widzieli, podobno po wielekroć wchodziłem do płonącego budynku i wynosiłem stamtąd chorych, którzy nie mogli się wydostać o własnych siłach. Później uratowałem jeszcze część sprzętów. Uznano to za cud. Tak więc nie sztalugi, nawet najpiękniejsze moje obrazy, ale spotkanie z chorymi, uważam za pierwszoplanową misję mojego życia. Chciałem nieść im ulgę w cierpieniu i być im pociechą, sprawić moją miłosierną przyczyną, abyśmy doznali pomocy w naszych chorobach, a wszystkie cierpienia znosili mężnie i wytrwale.  Wierzę, ze pielęgnowałem Jezusa na ziemi służąc chorym. Proszę Cię Jezu, wyproś mi teraz łaskę zdrowia, aby blask Twojej świętości przyświecał wszystkim w żarliwej modlitwie. Przybądź mi z pomocą i polecaj mnie Matce Uzdrowienia Chorych, przez Chrystusa Pana Naszego. Amen.

Księstwo Burgundzkie, to obecna Holandia, Belgia, Luksemburg, Artois, Pikardia, Alzacja, Franche-Comté, Burgundia

Stanisław Barszczak— Pamiętnik Tomasza Memlinga (cd. rozdziału drugiego)—

Modlitwa i uczynki miłosierdzia, a nie tylko współczucia, opromieniały moją Brugię, która w naszym stuleciu przewodzi wielkiemu Księstwu Burgundii. Osobiście nigdy nie wierzyłem w taki czy inny los silnego Księstwa Burgundii. Ale mogę to wam powiedzieć, bo jeszcze wam tego nie mówiłem: na usługach Księstwa Burgundzkiego, którego powstało przed wiekami na terenie Państwa Franków, byłem żołnierzem armii Karola Śmiałego, (historia podaje Zuchwałego ), syna Księcia Filipa Dobrego. I w czasie jednej z ucieczek z pola bitwy znaleziono mnie rannego na progu szpitala św. Jana tutaj w Brugii. Aby odwdzięczyć się za otrzymaną opiekę postanowiłem pozostawać na usługach tej charytatywnej instytucji do końca życia. Miałem szczęście, więc otworzyłem bogatą pracownię malarską, popatrzcie na moje sztalugi. W latach 1473–1475 także mój szpital został rozbudowany i dobudowano do niego kaplicę, w tym miejscu oddaję mnie bezustannie pod opiekę Jezusa, syna Marii, mogę swobodnie się modlić i dziękować Bogu za wielkie łaski, które stały się udziałem całego mego żywota. Bo tutaj też wypielęgnowałem radość moich oczu i ciepło moich rąk, obok tak wspaniałego książęcego dworu.

Fantazję z przepychem, jak nikt inny potrafili połączyć ze sobą książęta kwiatu lilii linii burgundzkiej. Nigdy nie zapomnę widowiska, jakie miało miejsce 3 lipca 1468 roku w mojej Brugii z okazji ślubu władcy Burgundii Karola Zuchwałego z angielską księżniczką Małgorzatą z Yorku. Zaślubiny miały wzmocnić sojusz angielsko – burgundzki skierowany przeciwko Ludwikowi XI z Francji. Znaczącym elementem uroczystości weselnych był wielki turniej. Ci, co z księciem Karolem do pojedynków rycerskich stawali, aż po dzień dzisiejszy pięknie byli odziani i wyposażeni, jak też sam książę. Ubiór z jedwabiu wszystkim był strojny. Było i złoto, i srebro, i wszystko, co jubiler jest w stanie uczynić. Nikomu na dworze księcia niczego nie brakowało, ani damom szlachetnym, ani panom dostojnym. Było i złoto, i perły, były i drogie kamienie. Tak, jakby dostawali to wszystko na życzenie. Nigdy nie słyszałem, że tak tego wszystkiego tu wiele.

Książę Burgundii, któż wie, czy nie najbogatszy monarcha (choć bez korony) owego czasu w Europie, chciał olśnić swojego sojusznika i można przypuszczać, że mu się to udało. Fabuła całego turnieju opierała się na opowieści o panu Florimoncie, zwanym Rycerzem Złotego Drzewa, służącym swym zbrojnym ramieniem Pani Sekretnej Wyspy. Pan Florimont ogłosił, że po długich podróżach dotarł do miejskiego rynku w Brugii i jest gotów bronić przez osiem dni złotego drzewa (specjalnie na tą okazję przygotowanego przez książęcą służbę). Rycerz, który chciał podjąć wyzwanie, podjeżdżał do drzewa, przy którym stali karzeł i olbrzym, po czym był zobowiązany trzykrotnie zastukać w specjalną barierkę. Wtedy ze znajdującego się obok namiotu wychodził herold pytający przybyłego, czego ów żąda. Rycerz się przedstawiał, deklarował chęć stoczenia pojedynku, po czym objeżdżał całe szranki. W tym czasie karzeł dął w róg, co było znakiem dla sir Florimonta, ze znalazł się chętny do skrzyżowania oręża. Obydwaj zawodnicy mieli walczyć, jak długo będą sobie życzyć damy, aczkolwiek nie dłużej niż pół godziny. Zwycięzcą miał być ten, kto skruszy więcej kopii.

Ponieważ  wstępne ceremonie turniejowe, pierwszego dnia po ślubie, przedłużyły się ponad planowany czas, to też owego dnia tylko jednemu rycerzowi, Adolfowi z Cleves, udało się rzucić wyzwanie. Po potyczce, wieczorem, przedstawiono widowisko stanowiące połączenie sztuki teatralnej i żywych obrazów. Między innymi zaprezentowano na nim zwierzęta egzotyczne: wielbłąda, leoparda i lwa. Szczególne miejsce zajmował leopard, jako symbol angielskiego państwa. Drugiego dnia sir Florimont pokonał trzech wyzywających go rycerzy, aczkolwiek dobre wrażenie na widzach zrobił również pan de Chateuguyon, któremu udało się skruszyć aż dziewięć kopii w osiemnastu najazdach. Wieczorne przedstawienie nawiązywało do mitów o pracach Heraklesa. Trzeciego dnia sir Florimont został pokonany przez Anthoine de Hellewin. Swoich sił chciał spróbować również Jean de Louxembourg, hrabia na St. Pol. Jednakże okazało się, że część jego zbroi uległa przed starciem uszkodzeniu i nie mógł stanąć do walki. Podczas wieczornej uczty książę Karol prezentował model swojego nowego zamku, a biesiadującym przygrywali trubadurzy przebrani za zwierzęta. Czwartego dnia w szrankach zjawił się Niewolny Rycerz, który opowiedział o swojej niespełnionej miłości do pewnej damy. Okazało się jednak, ze jego pancerz nie spełnia wymogów turnieju, toteż nie mógł w nim wziąć udziału. Znakomicie się sprawił tego dnia natomiast Jaques de Louxembourg, który pokonał Rycerza Złotego Drzewa o jedną skruszoną kopię. W kolejnym dniu sir Florimont jeden pojedynek wygrał, jeden przegrał i jeden zremisował. Jednak atrakcja dnia były wieczorne pokazy teatralne, podczas których zaprezentowane walkę Hareklesa i Tezeusza z dwiema Amazonkami.

Szósty dzień był najobfitszy w wydarzenia. Wyzwanie synowi księcia Burgundii rzucił lord Scales. Obydwa panowie stawali już naprzeciwko siebie w szrankach rok wcześniej w Londynie. Po tamtym pojedynku jednak złożyli ślubowanie braterstwa, toteż wyzwanie podjął za księcia Adolf de Cleves. Udało mu się wygrać przewagą siedemnastu skruszonych kopii do jedenastu. Podobno sam pojedynek należał do najlepszych w turnieju, a obaj zawodnicy pokazali wielkie umiejętności. Następnie widzowie ujrzeli kolejny z żywych obrazów. Wcześniej przygotowano na polu turniejowym kilkumetrowy model zamku z czterema wieżyczkami. W pewnej chwili wrota zamku się otwarły i widzom ukazał się konny rycerz w pełnej zbroi. Był nim hrabia Roussy, a sam zamek symbolizował Niebezpieczeństwo i Beznadzieję otaczające rycerza. Żeby uwolnić się od nich musiał on stanąć do pojedynku, co też się stało. Przez resztę dnia wyzwania przyjmował inny rycerz, Karol de Visan. Stoczył dwa pojedynki, ale obydwa starcia, przeciwko: hrabiemu Roussy i Jeanowi de Rochefey, przegrał.

Kolejnego dnia, w postny piątek, powstrzymano się od walk, jednak w sobotę starcia wznowiono. Wyzwania podejmował Filip de Poitiers, który spośród pięciu walk wygrał trzy. De Poitiers staną w szranki również w niedzielę, ale odniósł ranę już w pierwszej walce z panem de Contay. Dlatego też jego miejsce miał zająć markiz Ferrara. Niestety, markizowi rumak odmówił posłuszeństwa. Ostatecznie więc, jako przyjmujący wyzwania, w szranki wszedł ponownie de Contay. Przeciwko niemu stanął jeden z angielskich rycerzy, ale przegrał bardzo szybko. Tak mijała sobota, a tematem wieczornej zabawy był znów Herakles i jego prace. Kolejnego dnia sam książę Karol Burgundzki rzucał wyzwania. Podjął je Adolf de Cleves, który zwyciężył w stosunku: jedenaście skruszonych kopii, do ośmiu. Po tej walce rozebrano barierki na środku turniejowego pola i rozpoczęło się starcie dwóch drużyn rycerskich składających się z dwudziestu pięciu wojowników każda. Najpierw zaszarżowano kopiami, a potem poszły w ruch miecze. Podobno rycerze tak się zapamiętali w boju, ze walczących musiał osobiście rozdzielać sam książę.

Kolejne wydarzenie nawiązywało znów do przygód sir Florimonta. Była to kolejna inscenizacja. Przygotowano na brugiijskim rynku trzydzieści ogrodów otoczonych złoconymi płotkami. W centrum każdego ogrodu rosło pozłacane drzewko. Opodal nich zbudowano makietę wieloryba, przy którym panie przebrane za syreny śpiewały pieśń. Dekoracje te stanowiły tło do zaprezentowania walki pomiędzy rycerzami, a olbrzymami. Po zakończeniu pokazu przydzielono nagrody. Pana na Argel wyróżniono za stoczoną walkę, natomiast księcia Karola za cały turniej. Władca Burgundii jednak nagrody nie przyjął, przypadła więc ona bratu królowej Anglii Johnowi Woodville’owi. Poniedziałek miał być dniem kończącym turniej, jednakże ze względu na wielki zapał uczestników zawody przedłużono.(informacje por. Kelly kelly@osti.pl, podkr. autora tekstu)

Takie i inne zabawy radowały serca Burgundczyków. W tym stuleciu moja Brugia przewodziła Księstwu Burgundii. Osobiście nigdy nie wierzyłem w kres Księstwa Burgundii, który stał się faktem za mojego życia. Księstwo Burgundii (1032-1477) było następcą Królestwa Burgundii i zajmowało tereny w centralnej Francji. Było jednym z większych księstw europejskich istniejących w erze nowożytnej. książętom Burgundii, obok francuskiej krainy Burgundii, przez blisko 100 lat podlegały odziedziczone przez nich kraje niderlandzkie oraz w latach 1384-1477 tereny Hrabstwa Burgundii (Franche-Comté). Początki Księstwa Burgundii sięgają roku 880, kiedy Ryszard Sprawiedliwy, sam tytułujący się margrabią (marchio) a później księciem (dux), zjednoczył mniejsze państwa wchodzące w skład Dolnej Burgundii. Jednakże w ówczesnych czasach Burgundia była częścią Francji i po bezpotomnej śmierci księcia Gilberta Burgundia przeszła w ręce Kapetyngów. Od tego czasu państwo uzyskiwało coraz większą samodzielność od Francji. Jednak dopiero w 1032 roku Burgundia oficjalnie stała się księstwem, kiedy król francuski Henryk I nadał Burgundię w lenno swojemu bratu Robertowi I. Ale w 1361 roku, po śmierci Filipa I z Rouvres, księstwo znów przeszło w ręce króla Francji. W 1363 roku księstwo przeszło w posiadanie bocznej linii francuskich Walezjuszy, kiedy Filip II Śmiały otrzymał Burgundię jako szczególne wsparcie od swojego ojca, króla Francji Jana II Dobrego. Jego następcy w kolejnych latach, dzięki małżeństwom i dziedziczeniu, przejmowali władzę w krajach niderlandzkich, m.in. we Flandrii, Brabancji, Holandii, a także w Luksemburgu i innych pomniejszych hrabstwach na terenie Królestwa Francji i Cesarstwa.

Wszystkie kraje, którymi władali książęta burgundzcy, zachowywały odrębność ustrojową, a władcy każdorazowo przyjmowali tytuł właściwy w danym kraju (np. hrabiego Flandrii, księcia Brabancji itd.). Z czasem całość ziem tworzyć zaczęła tzw. państwo burgundzkie, które dzięki takim centrom handlowym jak Brabancja czy Flandria, było jednym z najbogatszych krajów Europy. W 1420, na mocy traktatu w Troyes księstwo Burgundii i inne lenne ziemie, podległe do tej pory królowi Francji, uzyskały niezależność. Jakże w szczęśliwym kraju spędziłem życie. Jeszcze przed kilku laty Księstwo Burgundii odgrywało istotną rolę w europejskiej polityce. Podczas wojny stuletniej władcy Burgundii z czasem opowiedzieli się po stronie Anglii. A w 1477 roku wraz ze śmiercią Karola Zuchwałego pod murami Nancy książęca linia męska wygasła. Doprowadziło to do przejęcia właściwego księstwa Burgundii przez koronę francuską. Odtąd nie mogę ujrzeć nowego słońca na naszym niebie, jakże żałuję tego w dniach szczęśliwych mojego żywota, i jakże miałbym o tym wam nie wspomnieć.

Burgundzka opowieść

Stanisław Barszczak— Pamiętnik Tomasza Memlinga—

Rozdział pierwszy

Ścieżyną na rynek w Brugii „wieźli mnie” na pierwszy mój turniej rycerski. Miałem zaledwie dwa lata i przybywałem z rodziną z dalekiej Hesji na to jedyne widowisko mojego życia. Książę Filip kazał zbudować na rynku cała fortecę z ostrokołem i czterema basztami. Ostrokół z kolei otaczała mniejsza palisada z dwunastoma wieżyczkami. Z ich okien wyglądały bogato wystrojone damy. Z kolei wewnątrz ostrokołu zbudowano fortecę z pięcioma wysokimi wieżami: jedną w centrum, a pozostałymi po bokach. Przed fortecą wzniesiono dzwonnicę i kolumnę, na której stał wyrzeźbiony gryf dzierżący sztandar. Do fortecy droga prowadziła pomiędzy dwiema wieżyczkami, przy których wzniesiono łuk z napisem: “To jest brama do niebezpiecznej i wielkiej przygody.” Jeżeli rycerz chciał podjąć wyzwanie musiał przybyć pod fortecę. Wtedy pojawiała się jedna z dam wyjaśniając mu, że nie może pójść dalej, chyba, że zgodzi się stoczyć walkę z jednym z obrońców fortecy.

Turnieje rycerskie były ważnym elementem średniowiecznej i renesansowej kultury rycerskiej i dworskiej, wykształciły się w ramach ewolucji kultury rycerskiej. Turnieje były formą zawodów i sprawdzania umiejętności rycerza. Polegały na prowadzeniu walki według ściśle określonych zasad, a rozgrywane były często na dworach królewskich i książęcych. Poprzedzały je często pasowania na rycerzy. Rytuał ten nie oznaczał osiągnięcia męskiego wieku ani poziomu umiejętności pozwalających brać czynny udział w walce. Był to gest wyłącznie symboliczny. Zwyczajowo na rycerzy pasowani byli tak młodzi synowie władców, że o stanięciu do walki nie mogli nawet marzyć. Z drugiej strony przy różnych okazjach pasowano podstarzałych wojów doświadczonych w walce. Najbardziej rozbudowany ceremoniał poprzedzała spowiedź i komunia, potem następowało wręczenie poświęconego pasa, ostrogi i miecza. Po założeniu zbroi kandydat na rycerza wygłaszał przysięgę dotyczącą przestrzegania świętych rycerskich obyczajów. Na koniec rycerz prowadzący ceremonię uderzał pasowanego bokiem głowni miecza w ramię lub w kark. Podstawowym obowiązkiem każdego rycerza było stawienie się na wezwanie swojego władcy. Konno, w odpowiednim rynsztunku i z bronią. Niestawienie się groziło karą pieniężną, a nawet odebraniem lenna. Zajęci gospodarką, żyjący z daleka od dworu rycerze, ci mniej zamożni i bardziej pochłonięci codziennością, byli dosłownie odrywani od zarządzania majątkiem. Nie mieli jednak wyjścia, bo gdyby nie pańskie lenno, nie mieliby na czym gospodarować. Na szczęście wielkie bitwy były rzadkością.

Pierwszy turniej rycerski zorganizowano we Francji w 1066 roku. Do połowy XIV wieku turnieje polegały głównie na zbiorowych starciach-minipotyczkach dwóch grup rycerzy. W praktyce były to rzeźnie pod gołym niebem. Historia zachowała na kartach opis turnieju – horroru z Neuss nad Renem, w którym poległo blisko 370 zawodników. Trup słał się gęsto nie tylko pośród dostarczających tej rozrywki rycerzy, ale i pośród odbiorców. Kiedy w XII wieku modne stały się turniejowe pojedynki, rozrywka przerodziła się w znacznie mniej krwawą. Mimo że obwarowane licznymi zasadami i ze stałą tendencją w kierunku taktycznych popisów wolnych od śmiertelnych ciosów, turnieje przez wieki były zarezerwowane dla desperatów zdolnych ryzykować życie z błahych powodów.

W średniowieczu szlachetnie urodzone damy miały słabość do rycerzy, czemu nie należy się dziwić. Byli zwykle młodzi, przystojni i waleczni. Przeszkoleni pod kątem nierobienia wstydu przy stole, oczytani w księgach dostępnych w przeciętniej zamkowej bibliotece i bardzo spragnieni tego, by w ich sercach zagościło coś poza odwagą i honorem. Wzorcowa pani rycerskiego serca była urodzona znacznie szlachetniej niż rycerz, a jej serce mogło być zdobyte tylko jakimś heroicznym wyczynem. Ponieważ ostatni smok zginął 65 milionów lat przed pierwszym rycerzem, był z tym heroizmem pewien problem. Od czego jednak dworskie intrygi? Zawsze znalazł się ktoś, kto nastawał na honor damy. Ponieważ pięknych dam było stanowczo mniej niż pięknych rycerzy, konkurencja była spora. Co ciekawe, miłość rycerza do damy jego serca nie znała przeszkód w postaci męża tej damy. Zwykle mąż też owych przeszkód nie czynił.

Jednak pierwszy turniej, co do którego nie ma żadnych wątpliwości, odbył się w 1095 roku tutaj we Flandrii. Wiemy z zapisków Gilberta z Brugii, że drużyna hrabiego Flandrii na jednym z turniejów w 1125 roku liczyła 200-u rycerzy. Przewyższały ją drużyny księcia Austrii i margrabiego Istrii w 1224 roku w Friesach. Obydwie liczyły po 300-u rycerzy. Czy to możliwe? Kronikarze podają nieraz kosmiczne liczby uczestników. Podobno na turniej w 1184 roku w Sangi-sur-Marne przybyło aż trzy tysiące uczestników, a w innych potyczkach, organizowanych z okazji pasowania synów cesarskich w 1184 roku wzięło udział dwadzieścia tysięcy rycerzy. Za panowania Stefana z Blois (1135-1154) turnieje pojawiły się w Anglii, we Włoszech zaś w drugiej połowie XII wieku. W tym samym mniej więcej czasie turnieje rycerskie pojawiły się w Niemczech i Królestwie Jerozolimskim. W innych częściach Europy turnieje pojawiają się dopiero w końcu XIII wieku. Na Półwyspie Iberyjskim najwcześniej pojawiły się w Aragonii (1272 rok), najpóźniej w Portugalii (połowa XIV wieku, w Kastylii w 1324 roku). W Europie Środkowej, nie licząc krajów niemieckich turniej najpierw zawitał do Czech (panowanie Wacława I, l. 1230-1254), dalej na wschód na ziemie polskie zwyczaj organizowania turniejów dotarł przez Śląsk, gdzie pierwszy turniej zorganizował Bolesław Rogatka w 1243 roku. Powszechnie znane jest zainteresowanie kulturą rycerską i poezją Henryka IV Prawego (czeski Jindřich IV. Probus)  księcia wrocławskiego i krakowskiego (zm.1290). Kilka lat po śmierci został uwieczniony w Kodeksie heidelberskim (Kodeksie Manesse) jako Heinrich von Pressela, zwycięzca turnieju rycerskiego. Zamieszczono też dwie pieśni jego autorstwa w języku średnio-wysoko-niemieckim (Mittelhochdeutsch), jako minnesingera. Najsłynniejszym angielskim rycerzem okresu średniowiecza był Wilhelm Marshal, hrabia Pembroke, Guillaume le Maréchal (ur. 1144, zm. 1219). Historia przypomina szczególnie turniejową walkę Williama Marshala z Baldwinem de Guisnesem. Król Anglii Edward I, zwany Długonogim (ang. Longshanks, zm. 7 lipca 1307 w Burgh koło Carlisle),  zyskał sławę wojownika, który podbił Walię i ujarzmił Szkocję, był wielkim fanem sokolnictwa i jeździectwa. Zachowały się imiona jego koni: Lyard, jego koń bojowy; Ferrault, którego używał na polowaniach; Bayard, jego ulubiony koń. Turniejowym rycerzem był Jan I Luksemburski, niem. Johann von Luxemburg, (ur. 10 sierpnia 1296, zm. 26 sierpnia 1346 pod Crécy), syn cesarza rzymskiego narodu niemieckiego Henryka VII, hrabia Luksemburga, król Czech, tytularny król Polski.  Polacy w turniejach nie tylko nosili halabardę, ale odegrali poważniejszą rolę.  Ziemie polskie opromieniał sławą  Zawisza Czarny z Garbowa herbu Sulima (łac. Zawissius Niger de Garbow et Rożnów, zm. 12 czerwca 1428), polski rycerz, niepokonany w licznych turniejach, symbol cnót rycerskich. O jego majątku mogło świadczyć to, że w roku 1423 był w stanie sam podjąć ucztą trzech królów (polskiego, rzymskiego i duńskiego) oraz zestaw udzielnych książąt i innych dostojników.

Turnieje były oprócz łowów i gier towarzyskich, główną rozrywką rycerską o podłożu militarnym. Były też sposobem na zdobycie sławy i majątku. W dzisiejszym rozumieniu możemy nazwać to sportem ludzi szlachetnych, ludzi wolnych i zbrojnych. A jednak ta forma spędzania wolnego czasu – rycerze mieli go w nadmiarze – spotykała się z negatywną oceną zarówno władz świeckich, jak i kościelnych. Kościół, stojący na straży chrześcijańskiego stylu życia, w turniejach dostrzegał odejście od pożądanego modelu oraz trwonienie żywotnych sił i energii, które skierowane być powinny na obronę chrześcijaństwa. W czternastym stuleciu koronacje, zjazdy monarchów (np. słynne spotkanie w Krakowie we wrześniu 1364 r.), wesela, chrzciny, pogrzeby uświetniały gromadne igrzyska, podczas których szlachecka młodzież wprowadzana była w dorosłe życie. 

Pojedynkujący się umieszczali na hełmach herby i godła, żeby publiczność widziała, kto z km walczy. Czasem rycerz otrzymywał od darzącej go względami damy jakiś drobiazg, np. chusteczkę lub szarfę. Jeśli odniósł zwycięstwo, to po zakończonej walce zawiązywał ją na kopii i zwracał pani swego serca. Turnieje można istotnie uznać za grę sportową, a przy tym grę zespołową, gdyż pojedynki, w których współzawodniczyli tylko dwaj rycerze, weszły w zwyczaj dopiero w naszym stuleciu. Istniało kilka przyczyn rosnącej popularności turniejów. Jako nadrzędne można wymienić agresję i zamiłowanie do walki. Inne przyczyny to kościelne zakazy walki w określone dni tygodnia (tzw. rozejm Boży – treuga Dei) oraz zakazy walki w pewnych miejscach (tzw. pokój Boży, pax Dei). Ustalenie wizerunku i roli obyczaju turniejowego, który ze względu na koszty był przede wszystkim domeną dworu królewskiego l dworów możnowładczych, W jakim stopniu stan rycerski (szlachecki) przyswoił sobie instytucję turniejów, jakie koszty ponosił organizator i uczestnicy turniejów, czy turniej rycerski wywierał wpływ na kulturę dworską, modę rycerską, rozwój heraldyki i oblicze sztuki wojennej, o tym napiszemy przy innej okazji.

Istniało kilka rodzajów turniejów rycerskich. Pierwszym z nich było tzw. mêlée (bohurt). Brały w nim udział dwie drużyny, obszar ich działań stanowiły łąki, lasy, drogi, a nawet miasta. Od realnej wojny to widowisko odróżniało się tym, że starano się nie zabijać przeciwników. Głównym celem zmagających się rycerzy było pojmanie dla okupu jak największej liczby przeciwników. Obie drużyny miały “strefy ewakuacji”, inaczej nazywane “bezpiecznymi polami”, w których mogli się schronić ranni. W pierwszych turniejach rycerskich tego typu brało udział nawet do 300 walczących po jednej stronie. Innym rodzajem turniejów był estor (tjost), polegający na walce dwóch konnych przy użyciu kopii, a po ich skruszeniu – na broń ręczną. Te pierwsze turnieje rycerskie obywały się bez publiczności i nie miały barwnej jarmarcznej oprawy, z czasem ulegały “ucywilizowaniu” i stawały się coraz bardziej skonwencjonalizowane. W XIII i XIV wieku turnieje stopniowo przekształcały się w kosztowne i szczegółowo planowane widowisko. Rosła liczba kostiumów i fantastycznych scenografii – niekiedy rycerze występowali w przebraniach Króla Artura i jego towarzyszy. Na widowni zaczęły pojawiać się damy, o których względy potykali się wojownicy. Ostrą broń zastępowały miecze bezpieczne, np. z wielorybiego fiszbinu. Wprowadzono też szranki czyli płotek oddzielający przeciwników. Dzięki turniejom rycerskim rosła też rola heroldów. ( informacje zaczerpnąłem przez internet, pdkr. autora opowieści). Trzeba zauważyć, że kościoły stanowczo potępiały turnieje. Duchowni dowodzili, że wojownicy biorący udział w walkach na pokaz popełniają wszystkie siedem grzechów głównychRycerz, który zginął w turnieju nie mógł być pochowany na poświęconej ziemi i skazywany zostawał na wieczne potępienie. W sumie do początku XIV wieku Kościół wydał 9 zakazów generalnych z całą surowością potępiających praktyki turniejowe. Sytuację zmieniło postanowienie papieża Jana XXII, który w 1316 roku zniósł zakazy dotyczące turniejów.

Gdy zaś rycerz chciał uczestniczyć w turnieju, prawdziwość jego tytułu poświadczała wspólnota rodowa, czyli ród herbowy. Zadaniem heroldów zatem było rozpoznanie godła herbowego i licznych jego odmian, co dotyczyło zwłaszcza uczestników rozgrywek turniejowych. Do tego celu służyły właśnie owe księgi herbowe. Każdy dwór europejski miał swego herolda. Na dworze polskim pozostawał on w służbie marszałka dworu i od niego otrzymywał roczną zapłatę. Znani są z imienia heroldowie Jagiełły: Świeszko (1395 r.), Jaśko, Wawrzyniec (1407 r.). Od czasów Jagiełłowych nosili oficjalną nazwę Polanland, utworzoną od nazwy Polski. Na dworze węgierskim herold zwał się Ungerland, na cesarskim Römrich, w państwie krzyżackim Preussenland. Przed turniejem herold miał obowiązek sprawdzić herby, uzbrojenie i broń. By nie dopuścić do walki nierycerzy, ponownie poddawał ich badaniom już w trakcie turnieju. Dokonywał szczegółowego przeglądu zdobionych klejnotami rodowymi hełmów (niem. Helmschau) oraz tarcz z herbami. Jeśli hełm z klejnotem, herb i postawa moralna kandydata były bez zarzutu, herold wyrażał zgodę na jego uczestnictwo. Jeśli pojawiły się wątpliwości i zostały potwierdzone lub gdy rycerz dopuścił się czynu nagannego, herold publicznie obwieszczał jego imię. Rycerz musiał odeprzeć zarzuty. Jeśli nie potrafił tego dokonać, okrywał się hańbą. Podczas turnieju herold bacznie przyglądał się walkom i wydawał sąd o zdolnościach rycerskich poszczególnych uczestników. Po turnieju zaś wychwalał czyny zwycięzców, wysławiał ich herby i komentował czyny przodków. Funkcja heroldów cieszyła się uznaniem, oni sami zaś dzięki wykształceniu i pozycji osiągali wysoką rangę na dworach i wśród rycerstwa. Powiedzmy zatem, że średniowieczny rycerz był człowiekiem szalenie zajętym. Stawianie się na każde żądanie swojego władcy, zarządzanie pańskim majątkiem i turnieje to tylko niektóre z ich obowiązków. Biorąc pod uwagę wszystkie obszary życia, w które rycerz był zaangażowany, czas na wojowanie wygospodarowywał chyba cudem.

Z biegiem lat, z biegiem dni, turnieje stawały się rozrywką elitarną. Zaczęto ograniczać liczbę uczestników dopuszczając wyłącznie szlachetnie urodzonych, a i to nie wszystkich. Była to odpowiedź rycerstwa na coraz powszechniejszą ideę turnieju w klasie mieszczańskiej. Turniej, w opinii rycerzy, miał być czymś, co ich wyróżnia, co podkreśla przynależność do elity. Rycerze wywodzili się głównie ze szlachty, czasem spośród zamożniejszego mieszczaństwa. Rycerzem mógł zostać ten, kto był godny tego zaszczytu i kogo rycerstwo przez pasowanie przyjęło do swojego stanu. Rycerz nie mógł być biedny, choćby dlatego, że musiało go być stać na ekwipunek i konia, bo jak sama nazwa pochodząca z niemieckiego wskazuje (“ritter” – jeździec), musiał mieć na czym jeździć. No i w czym. Ekwipunek wojenny, w tym broń i strój odpowiedni na każdą okazję – wszystko to było nieodłącznym atrybutem rycerza, który często sam przygotowywał sobie strój na każdą okazję. Na Pomorzu w Europie wschodniej szerokim echem odbił się skandal, opisany w Kronice gdańskiego kronikarza Caspara Weinreicha, jaki zdarzył się podczas turnieju na Długim Targu w Gdańsku, w zapusty roku 1454. Podczas tych karnawałowych gonitw wieniec miała wręczyć zwycięzcy córka rajcy Arnolda Finkenberga, Krystyna. Gdy najlepszym zawodnikiem okazał się chłopski syn Lenard z Dąbrowy, dumna patrycjuszka odmówiła “Frauendanku”, tłumacząc, że poniżej jej godności jest wręczanie nagrody takiemu zwycięzcy. W dziejach walk turniejowych nie był to wypadek odosobniony.

Turniej rycerski w 1436 roku, jakkolwiek to był zaledwie pierwszy dzień tej wiosennej imprezy na Dworze w Brugii, i odbywał się w pełnym słońcu, to jednak mógł rozpalić serca wszystkich na dobre. Zebrało się mnóstwo mieszkańców miasta. Na placu przed kościołem świętego Donacjana postawiono namioty mongolskie. Walkę rozpoczęto się o świcie, po mszy świętej. Różne grupy, związane wspólnotą pochodzenia geograficznego lub przynależności feudalnej, zmagały się ze sobą, z początku kolejno, potem wszystkie naraz. Rycerz Filip pięknie ubrany właśnie wstał z hamaka i wyszedł z namiotu, by podjąć rękawicę rzuconą mu przez przeciwnika. W 1422 r. Filip odrzucił przyznany mu przez Anglików Order Podwiązki, gdyż uznał to za zdradę wobec swojego suwerena, króla Karola VI. 10 stycznia 1430 r. założył w Brugii swój własny order, Order Złotego Runa, „na chwałę Domu Burgundii, na cześć NMP i św. Andrzeja, w celu obrony i rozpowszechniania wiary katolickiej, ku krzewieniu cnót i dobrego wychowania.” Początkowo jego kawalerów było 24, od 1433 r.- 30. Był on wzorowany na angielskim Orderze Podwiązki oraz inspirowany legendami o Rycerzach Okrągłego Stołu. Kawalerowie orderu spotykali się w różnych miastach (gł. w Brukseli, Brugii lub Lille), gdzie często uczestniczyli w turniejach. Nie sposób oddać w kilku słowach nastroju chwili, tak wszystko pięknie się odbywało. Ale to właśnie wtedy, na tym turnieju, ujrzałem Jana van Eycka, nadwornego malarza księcia Filipa, i zaraz go pokochałem…

Już zapalano wszystkie świece w karczmach, albowiem wieczorem jedni mieli opatrywać rany, inni bawić się na ucztach przy muzyce i tańcach. Podobny, odświętny przebieg miały dni następne. Ale pod wieczór ostatniego dnia, gdy każdy obliczał swoje zyski i straty, najdostojniejsza z obecnych dam wręczała symboliczną nagrodę rycerzowi, który okazał się najmężniejszy w walce i najdworniejszy. Za pokonanego uważano tego, który spadł z konia, postradał oręż, poddał się przeciwnikowi lub zabrakło mu sił do dalszej walki. Zwycięzca, tym razem sam książę Filip III dobry, ustalał wysokość wykupu dla pokonanego. Stąd też był to dochodowy, jakkolwiek niebezpieczny sport. Ale sławy turniejów w Brugii mojej młodości nie przesłoni nic, o czym świadczą cztery komplety turniejowych zbroi “kolczych” wraz z tarczami, naczółkami końskimi, jakie zawieszono nad Ławą naszej gildii św. Łukasza w Brugii. I ja tam byłem, choć jeszcze miodu i wina nie piłem, ale uwierzcie mi na słowa.

Rozdział drugi

Brugge nie ustępowała innym miastom w pielęgnowaniu wiary katolickiej. Miała swój beginat, budynek gdzie spotykały się od 1244 roku laickie stowarzyszenia religijne kobiet (beginki) i mężczyzn (begardzi). Przypuszcza się, że inspiratorem ruchu beginek i begardów był ksiądz Lambert le Bège z Liège, który w 1170 głosił potrzebę ustanowienia stowarzyszenia kobiet poświęconych życiu religijnemu i działalności dobroczynnej, nie związanych ślubami zakonnymi, a więc nie będących zakonnicami, które dobrowolnie mogły swobodnie opuścić wspólnotę (beginat). Czasy wypraw krzyżowych spowodowały, że wiele kobiet w Zachodniej Europie zostało wdowami lub samotnicami. W ruchu beginek odnalazły swoje miejsce i pomysł na życie. Begardzi zajmowali się głównie pracą rzemieślniczą, a beginki dziełami miłosierdzia, pielęgnowaniem chorych w szpitalach, nauczaniem dzieci. Wspólnoty beginek i begardów były autonomiczne i rządziły się własnymi, specyficznymi dla danej wspólnoty prawami, posiadały swojego przełożonego domu, utrzymywały się z własnej pracy, posiadały wspólną kasę, budynki (beginaty lub beginaże), wspólne posiłki i nabożeństwa. Niektóre wspólnoty odeszły od doktryny katolickiej i znalazły się pod wpływem myśli albigensów oraz Braci i Sióstr Wolnego Ducha, który to ruch uznany został przez Kościół katolicki jako herezja. Wiele beginatów przeszło na tercjarstwo franciszkańskie i przyjęło regułę trzeciego zakonu św. Franciszka z Asyżu jako prawo własne w swojej wspólnocie oraz duchową opiekę franciszkanów. Inne znalazły się pod opieką duchową dominikanów, przyjmując tercjarstwo dominikańskie lub karmelitów. Wspólnoty pozostające pod wpływem herezji biczowników, zostały ostatecznie uznane za heretyckie. W 1311 Klemens V oskarżył ruch beginek o rozprzestrzenianie herezji. Sam zaś ruch i jego pierwotne idee, został zrehabilitowany przez Eugeniusza IV w XV wieku. Największy rozkwit beginatów nastąpił jednak w naszym stuleciu. (jakkolwiek wiadomości o rycerzach zaczerpnąłem przez internet, to jednak tekst stanowi licentia poetica autora). cdn.

 

Średniowieczna Opowieść

 

Stanisław Barszczak— Pamiętnik Tomasza Memlinga —

Wstęp

Bos­kie dzieło stworze­nia nig­dy nie do­biega końca. Zaczy­na się, a po­tem trwa nies­kończe­nie, w nieus­tannym trudzie dając początek no­wym sce­neriom, no­wym przed­miotom i no­wym światom. Ja osobiście ujrzałem światło dzienne w zachodniej Flandrii, w miasteczku, którego nigdy nie opuściłem w dojrzałym życiu. Brugia znajduje się w północno-zachodniej Belgii. Z powodu obfitości kanałów w historycznej części miasta nazywana jest flamandzką Wenecją. Ważny port śródlądowy dostępny dla statków morskich, połączony kanałami z Ostendą i Zeebrugge nad Morzem Północnym oraz z Gandawą.

Pierwsze fortyfikacje powstały po podboju przez Juliusza Cezara plemienia Menapii w I wieku przed Chrystusem, które miały chronić wybrzeże przed piratami. Frankowie przejęli ten obszar od starożytnych Rzymian około IV wieku. W IX wieku wikingowie najechali te ziemie zmuszając Baldwina Ihrabiego Flandrii do wzmocnienia fortyfikacji. Wkrótce wznowiono handel z Anglią i Skandynawią. Mniej więcej w tym okresie pojawiły się monety z nazwą Bryggia – które może mieć te same pochodzenie jak norweskie Bryggen. Brugia otrzymała prawa miejskie 27 lipca 1128 roku. Wtedy też zbudowane zostały nowe mury i kanały. Od mniej więcej roku 1050 stopniowe zamulanie spowodowało iż miasto utraciło bezpośredni dostęp do morza. Odzyskało go dzięki sztormowi w 1134 roku, który stworzył naturalny kanał w Zwin.

Już na początku XIII wieku Brugia brała udział w targach suknem. Dzięki kontaktom z Anglią, importowano do Flandrii normandzkie zboże i gaskońskie wino. Hanzeatyckie statki cumowały na nabrzeżu, które musiało zostać rozbudowane.  Od XIII wieku Brugia należy do związku miast hanzeatyckich. Hanza stanowiła związek miast handlowych Europy Północnej. Miasta należące do związku popierały się na polu ekonomicznym, utrudniając pracę kupcom z miast nienależących do związku, jednocześnie zaś stwarzały realną siłę polityczną i niekiedy wojskową. Wpływy Hanzy sięgały Nowogrodu i Anglii(handel wełną). Bogate miasta były w stanie często wystawiać większe i silniejsze armie zaciężne niż biedni monarchowie, polegający często na pospolitym ruszeniu szlachty.

W szczytowym okresie rozwoju Hanza liczyła około 160 miast pod przewodnictwem Lubeki, a językiem urzędowym Związku była odmiana języka dolnosaksońskiego z rejonu tegoż miasta. Delegaci z miast hanzeatyckich zjeżdżali się co jakiś czas i opracowywali wspólną politykę (tzw. Hansetage). W 1277 roku, pierwsza flota handlowa z Genui zawinęła do Brugii, dzięki czemu miasto stało się głównym miastem handlującym z terenami położonymi wokół Morza Śródziemnego. To wydarzenie otworzyło drogę do handlu przyprawami z Lewantem i rozwoju bankowości w Brugii. W 1309 roku otwarto zajazd Huis ter Beurze, który stał się pierwszą giełdą i najbardziej rozwiniętym rynkiem pieniężnym w Niderlandach w XIV wieku. W mieście funkcjonował rozwinięty rynek, system bankowości i usług handlowych. Okres największej świetności średniowiecznej Brugii przypadł na lata 1280-1390. W odniesieniu do tego okresu flandryjskie miasto jest określane mianem jednej z “kolebek europejskiego kapitalizmu”

Z czasem jednak znaczenie Hanzy jako organizacji zaczęło maleć. Miasta stały się bardziej zależne od swoich monarchów, pojawiły się rozbieżności między interesami poszczególnych członków, niechęć konsumentów do wysokich cen dyktowanych przez Ligę, wreszcie konkurencja niezależnych kupców holenderskich doprowadziły do upadku organizacji. W 1494 r. kupcy hanzeatyccy zostali wygnani z Nowogrodu. Ostatecznie Hanza utraciła pozycję w wyniku wielkich odkryć geograficznych i ustanowienia szlaków morskich łączących Europę z Ameryką i Indiami oraz przywozu dużej ilości kruszców do bicia monet.

1302 mieszkańcy Brugii dołączyli do hrabiego Flandrii i walczyli przeciwko Francuzom. Zakończeniem tego powstania była bitwa pod Courtrai, stoczona w pobliżu Kortrijku 11 lipca. Na rynku możemy sporo usłyszeć o Janie Breydel i Pieterze de Coninc, bohaterach naszego miasta, przywódcach powstania. Jest nam niezmiernie miło, że za naszych dni Filip III Dobryksiążę Burgundii ustanowił w Brugii, Brukseli i Lille swoje dwory, co przyciągnęło wielu artystów, bankierów i innych wybitne osobistości z całej Europy. Nowa szkoła flamandzka, prezentująca techniki malowania olejem, zyskała światową sławę. Pierwsza angielska książka wydrukowana została w naszym mieście przez Williama Caxtona. Czas płynie nieubłaganie, za moich lat dojrzałych Edward IV i Ryszard III przebywają tu na wygnaniu, a miasto liczy około 40 tysięcy mieszkańców.

Akcja mojej opowieści toczy się bynajmniej w czwartej dekadzie naszego stulecia, w obrębie starożytnych dzielnic Brugii: Markt i Burg, pośród kanałów Brugii, w pracowni malarskiej Jana van Eycka. Piętnaste stulecie od narodzin Chrystusa wkroczyło już na dobre na karty dziejów ludzkich. Znajdujemy się blisko kościoła parafialnego Świętego Zbawiciela (St.-Salvators kathedraal) z sprzed dwustu laty, zachodzimy do szpitala Św. Jana ufundowanego w 1188 roku, od kościoła Zbawiciela w słoneczny dzień idziemy na wielki plac, tutaj na rynku (Grote Markt) wchodzimy do wieży (beffroi) i do hal targowych. Gdy mamy jakąś sprawę urzędową odwiedzamy kancelarię miejską, która znajduje się w gotyckiratuszu z bogato rzeźbioną fasadą(Stadhuis). Magazyny towarów zachęcają do zejścia pod hale, bo tam znajduje się jeden z największych portów rzecznych miasta. Po zwiedzeniu rynku zachodzimy do kościoła świętego Donacjana, bo tam znajduje się jedyny obraz naszej epoki. O jego burzliwej historii traktuje ta opowieść.

Naprzeciwko kościoła kanonika van de Pehle mamy przed sobą dwunastowieczny kościół Świętej Krwi Jezusa (Heilig-Bloed), w którym możemy wypocząć. Innego dnia udajemy się na spacer po kanałach Brugii, które otaczają miasto z wszystkich stron, podchodzimy pod kościół Najświętszej Marii Panny z majestatyczną a prześliczną wieżą kościelną, idziemy za kościół, w przeuroczy zakątek Brugii z mostkiem Graft  w pobliżu kościoła (the Gruuthuuse park), a po chwili wypoczynku na ławeczce nad kanałem przechodzimy obok Szpitala świętego Jana, aby spotkać beginki, jedyne chrześcijanki miasta, których beginaż, budynek modlitw (Begijnhof Ten Wijngaerde) z 1245 roku jawi się po prawej ręce za szpitalem. Tam pobożne niewiasty Brugii prowadzą wspólne życie oparte na regule biblijnej. Przykład wzorowego życia chrześcijańskiego udziela się nam i jesteśmy szczęśliwi.

Miasto przyciągnęło wiele wybitnych osobistości, jak powiedziałem: Filip III Dobry, książę Burgundii, który ustanowił dwór w Brugii, Brukseli i Lille; William Caxton, angielski kupiec, dyplomata, pisarz i drukarz; Petrus Christus, flamandzki malarz; Gerard David, flamandzki malarz; Jan van Eyck, flamandzki malarz; Juan Luís Vives, hiszpański uczony i humanista. Uliczkami miasta spaceruje niepozorny Hans Memling, sprawiający wrażenie, że należy do rzędu tych wybitnych artystów naszej epoki. Tak, to o mnie mowa…

Filip III dobry, 7 stycznia 1430 r. poślubił w Brugii Izabelę (21 lutego 1397 – 17 grudnia1471), córkę króla Portugalii Jana I Dobrego i Filipy Lancaster, córki Jana z Gandawy, księcia Lancaster. Filip i Izabela mieli razem trzech synów: Antoni (30 września 1430 – 5 lutego 1432), hrabia Charolais; Józef (14 kwietnia – 6 maja 1432), hrabia Charolais; Karol Zuchwały (10 listopada 1433 – 5 stycznia 1477), książę Burgundii. Filip miał również ok. 26 dzieci ze związków pozamałżeńskich: Z Katarzyną Schaers: Cornelius von Burgund (zm. 16 czerwca 1452), pan van Baveren, zginął w bitwie pod Rupelmonde; miał dwóch nieślubnych synów z Margarethą Corbaulde. Z Joanną de Presles: Antoine (Wielki Bastard) (ur.1421), hrabia de La Roche. Z Joanną Chastellaine: Marine de Bourgogne (1426 – 1462), żona Pierre’a de Bauffremont, hrabiego de Charny ; Dawid Bastard von Burgund (ur.1427), biskup Utrechtu. Z Catherine Thiefries: Baudouin de Lille Bastard von Burgund (ur.1445), wicehrabia d’Orbec, pan de Falaise, ożenił się z Marią Manuel de La Cerda, miał dzieci. Z Matildą van Praest: Filip Bastard von Burgund (ur.1466), biskup Utrechtu, gubernator Geldrii i Kortrijk, Wielki Admirał Flandrii.

Z Jacqueline van Steenberghe: Anna van Burgund (ur. przed 1438), żona Adriana van Borsselen, pana de Bridgam, i Adolfa de Cleves, pana de Ravenstein. Z N de Belleval: Rafael de Mercatel Bastard von Burgund (ur. 29 września 1463), biskup Rosen, pan de Mercatel. Z Marie Marguerite Scupelins: Johann Bastard von Burgund (ur.1438), ksiądz. Z Celine de Harlay: Maria de Bourgogne (zm. po 1467), zakonnica, Katarzyna de Bourgogne, żona Humberta de Luyrieux, pana de La Queille. Z Jeanette de Mairesse: Antoni Bastard de Bourgogne; Josse Bastard de Bourgogne. Z Isabelle de la Vigne: Małgorzata de Bourgogne. Z nieznanych kochanek: Philipp Bastard de Bourgogne (zmarł młodo); Kornelia de Bourgogne, żona Adriena de Toulongeona, pana de Mornay; Magdalena de Bourgogne, żona Bompara de l’Aage, barona d’Ales; Maria de Bourgogne (zm. po 1467), zakonnica; Katarzyna de Bourgogne, zakonnica; Katarzyna de Bourgogne; Jossine de Bourgogne, żona Jeana d’Ailly d’Amiens; Jolanta de Bourgogne (zm. 3 listopada 1470), żona Jeana d’Ailly d’Amiens; Jerôme Bastard de Bourgogne (zm. po 1467); Baudouin Bastard de Bourgogne (zm. po 1467); Artur Bastard de Bourgogne (zm. po 1467); Artur Bastard de Bourgogne (zm. po 1467); Andrzej Bastard de Bourgogne (zm. po 1467).

Filip został księciem Burgundii w 1419 r., po zamordowaniu jego ojca podczas rozmów pokojowych z delfinem Karolem na moście w Montreau. Filip oskarżył Karola o zaplanowanie morderstwa ojca i zerwał negocjacje. Wojna między popierającym Karola stronnictwem armaniaków i Burgundczykami rozgorzała na nowo. Filip znalazł wówczas sojusznika w królu Anglii Henryku V, który podjął próbę podboju Francji. Po podpisaniu traktatu w Troyes w 1420 r., w którym królowa Izabela Bawarska wydziedziczała swojego syna, delfina, a następcą tronu mianowała Henryka V, doszło do oficjalnego porozumienia Anglii i Burgundii.

Z pomocą swojego nowego sojusznika Filip zdobył Montreau i zabrał ciało swojego ojca do katedry w Dijon. Jako par Francji chciał również dochodzić sprawiedliwości na zabójcach swojego ojca przed Łożem Sprawiedliwości paryskiego Parlamentu, ale bezskutecznie. W 1422 r. zmarli królowie Henryk V i Karol VI. Delfin Karol został uznany przez armaniaków królem Karolem VII. Anglicy i Burgundczycy uznali królem Francji Henryka VI, jedynego syna Henryka V, kilkumiesięczne niemowlę. Regentem Francji w jego imieniu został jego stryj, Jan Lancaster, 1. książę Bedford. Nawiązał on współpracę z Filipem III, umocnioną w 1423 r. małżeństwem Bedforda z siostrą Filipa, Anną. Wiosną 1430 r. Filip, razem z hrabią Janem II de Ligny, obległ miasto Compiègne. Na odsiecz ruszyła miastu wyprawa francuska pod wodzą Joanny d’Arc, która rok wcześniej odparła Anglików spod Orleanu i umożliwiła koronację Karola w Reims23 maja Joanna została pojmana przez Burgundczyków. Filip wydał ją Anglikom, którzy 30 maja 1431 r. spalili ją na stosie za herezję.

Jednak działalność Joanny tchnęła nowego ducha w stronnictwo armaniaków, które zaczęło odnosić sukcesy. Książę Bedford musiał w końcu zaprzestać podbojów i ratować co się da z angielskich posiadłości na kontynencie. Wraz z porażkami Anglików słabła lojalność księcia Burgundii. W 1435 r. Filip podpisał traktat w Arras, w którym uznawał Karola VII królem Francji i na powrót stawał się jednym z parów Królestwa. Na mocy porozumień jeszcze w tym samym roku zaatakował Calais. Sojusz burgundzko-angielski został ostatecznie zerwany w 1439 r. W 1440 r. Filip zapłacił okup za swojego kuzyna, księcia Karola Orleańskiego, który przebywał w angielskiej niewoli od bitwy pod Azincourt w 1415 r.

Filip starał się wywierać wpływ na wewnętrzną politykę Francji. Mimo uznania Karola VII dążył do osłabienia jego pozycji, popierając coraz to nowe rewolty francuskich feudałów. W 1440 r. poparł Pragerię. W następnych latach popierał działania francuskiego następcy tronu, delfina Ludwika, przeciwko ojcu. W 1456 r. udzielił mu schronienia na swoim dworze, po tym jak Ludwik musiał uciekać z Francji. Karol VII powiedział wówczas: „Mój burgundzki kuzyn daje schronienie lisowi, który kiedyś pożre jego kury.”(wiadomości zaczerpnąłem przez internet, podkr. autora opowieści)

Panowanie Filipa charakteryzowało się znacznym wzrostem terytorium Burgundii. Wraz ze śmiercią ojca w 1419 r. Filip został księciem Burgundii (jako Filip III), hrabią Artois (jako Filip V), hrabią Flandrii (jako Filip III) i hrabią palatynem Burgundii (jako Filip V). W 1421 r. odkupił od Jana III margrabstwo Namur. Margrabią Namur (jako Filip IV) został po śmierci Jana 1 marca 1429 r. 4 sierpnia 1430 r., po śmierci swojego kuzyna, Filipa Brabanckiego, został księciem Brabancji (jako Filip II), Lothier (jako Filip II) i Limburga (jako Filip II).

Od 1425 r. Filip toczył wojnę z Jakobiną Bawarską o hrabstwa Hainaut, HolandiiZelandii. W 1427 r. burgundzkie wojska zajęły Hainaut. Po 7 latach walk i parokrotnym uwięzieniu swojej konkurentki, Filip został przez nią mianowany dziedzicem wszystkich trzech hrabstw po jej bezdzietnej śmierci. Jakobina zachowała swoje tytuły, ale realna władza w hrabstwach przeszła na Filipa. Jakobina ze swej strony zobowiązała się również nie wejść w związek małżeński bez zgody Filipa. Gdy to uczyniła w 1432 r. przekazała swoje tytuły Filipowi, który stał się od kwietnia 1432 r. hrabią Hainaut (jako Filip I), hrabią Holandii (jako Filip I) i hrabią Zelandii (jako Filip I).

1443 r. odkupił od Elżbiety Zgorzeleckiej księstwo Luksemburg i pokonał starającego się o jego przejęcie Wilhelma saskiego. Już w 1435 r. przyjął tytuł wielkiego księcia Zachodu. Swoją pozycję w Dolnych Krajach umocnił w 1456 r., kiedy wprowadził swojego nieślubnego syna Dawida na stolec biskupi w Utrechcie. W 1463 r. przekazał Pikardię i Amiens królowi Francji Ludwikowi XI. Filip zorganizował również na wzór francuski burgundzkie Stany Generalne. Zostały one zwołane po raz pierwszy, aby zaaprobować wojnę z Francją i uznać syna Filipa, Karola, za następcę tronu Burgundii. Za panowania Filipa wybuchają rebelie mieszczan w Brugii (w 1437 r.) i w Gandawie (w latach 14501453). Obie rebelie zostały stłumione.

Jak zdążyliście się zorientować sporo faktów pamiętam z mojego życia. Nie sposób powiedzieć wystarczająco dużo o Brugii, co więcej ta opowieść, której dajemy posłuch, zdarzyła się naprawdę. cdn.

Alisdaire MacIntyre i sprawiedliwość

Stanisław Barszczak, Krytyka współczesnej komunikacji u Alisdaire’a  MacIntyre’a (cz.II)

  1. Wypowiedzi Alisdaire’a MacIntyre’a o cnotliwym życiu

 

Młodość jest szczęśliwa, ponieważ  ma zdolność  widzieć piękno. Każdy kto zachowuje zdolność widzenia piękna nigdy się nie starzeje. A moja dusza jest jak drogocenny fortepian- zamknęli go, a klucz zgubili.  Wyrąbujecie las, który jeszcze stoi. Jak szaleńcy gubicie człowieka i wkrótce dzięki Wam na ziemi nie będzie ani wierności, ani czystości, ani ofiarności… Nie żal wam ani lasów, ani ptaków, ani kobiet, ani nawet siebie nawzajem.  Trzeba przestać zachwycać się sobą. Kto wie, co to znaczy umrzeć? „Może człowiek posiada sto zmysłów, ze śmiercią traci tylko pięć znanych nam, reszta zaś- czyli dziewięćdziesiąt pięć- pozostaje żywa.”(A. Czechow, Wiśniowy sad) Jakkolwiek urządzam sam już dom z kwiatami, z mnóstwem światła, to moje życie już na czysto. Czy  kocham śmierć i w sobie zwykłego człowieka. Z pewnością, ale trudno nam dyskutować, bo się znamy. Więc jeszcze chwytam szczęście całe od razu, wymieniam odczuwania jakieś głębsze i decyduję za się sam, spełniam obowiązek mój z porządnymi ludźmi. A w mej relacji nie ma śladu dramatyzmu z powodu wyboru takiej drogi. Wybrałem Polskę, więc jestem tutejszy. A w Polsce ciągle rację  ma silny. Ale pocieszam się stwierdzeniem Prezydenta D. Tuska: „droga ludzi wolnych nigdy się nie kończy… Dobro nigdy nie może być bezbronne, a zło nigdy nie może być bezkarne… Państwo to ludzie, a ojczyzna to ich marzenia.”

Człowiek Antona Czechowa żył w futerale, obawiający się zmian. Żyjemy mirażami tylko, mało jest porządnych i uczciwych ludzi. Każdy człowiek ukrywa coś w sobie.  Ludziom musisz dawać ludzi, a nie siebie samego. Pojawia się świadomość winy. Wcześnie zostałem impotentem, powiedział ktoś, bo mało i leniwie przyjmowałem świat. Obwieszczam czystość, a ani razu nie spałem z kobietą. Może dlatego nie ma już  parowców i maszyn na parę. Ale teraz jestem na śladach  Sprawiedliwego. Miłość- Czechow pisał- to albo pozostałość po czymś, co kiedyś było wielkie, albo cząstka tego, co kiedyś rozwinie się w coś wielkiego, ale w obecnej swej postaci nie daje nam zadowolenia, daje znacznie mniej niż się oczekuje. To na codzienne melancholie piszę wam.  Zresztą Lew A. Tołstoj po obejrzeniu Mewy w teatrze moskiewskim zawyrokował o Czechowie: i tak gorszy od Szekspira.

Koncepcja granic była rozszerzana w przeszłości. To nie po mojej myśli. Bo moje morze  jeszcze nigdy nie było zagrodzone czarną ławą chmur. Moje niebo- bez żadnej chmurki, zawsze było dobrotliwym bezmiarem nieskalanego świata… Siła wypływa ze słabości innych, to zauważył papież Franciszek, a ja muszę przeciwstawić prawdzie własną, pierwotną siłę. Zauważmy tutaj, jak potężna była dusza w Kurtzu, postaci z „Jądra Ciemności” Józefa Conrada. Los „miesza” bardzo w życiu jednostek. Postępujemy bynajmniej nie według naszych możliwości, kierowani jesteśmy ambicjami innych.

Alasdair MacIntyre jest historykiem ideietyk i filozof pochodzenia szkockiego. Twórca jednej z odmian komunitaryzmu. Główne dzieło MacIntyre “Dziedzictwo cnoty” daje początek nowemu sposobowi myślenia w etyce, a raczej stanowi próbę odnowienia Arystotelesowskiej filozofii moralnej. Pojawienie się tej książki wywołało burzliwą dyskusję nad zaproponowanymi w niej koncepcjami, która trwa do dziś. MacIntyre w swojej pracy przeciwstawia filozofii postmodernizmu tradycjonalistyczny antymodernizm. Kwestionuje on sposoby myślenia wywodzące się z dominującej w naszej epoce kultury filozoficznej oświecenia. Poglądy MacIntyre są inspirowane marksistowską krytyką liberalizmu oraz zespołem wartości moralnych intelektualnych konstytuujących chrześcijaństwo w swej katolickiej odmianie. Interpretacja tradycji i analiza myśli Stagiryty prowadzą jednak MacIntyre’a do wniosków konstruktywnych. Podejmuje on próbę odbudowy etyki przez powrót do zapomnianej kategorii cnoty, na przekór temu, co nazywa współczesną wizją świata – weberowską czy raczej postnietzscheańską – opartą na pojęciu woli. Szuka sposobu pogodzenia etyki i moralności (teorii i praktyki), przezwyciężenia kryzysu moralności, relatywizmu etycznego będącego zwiastunem nihilizmu.

W tym eseju omawiam tylko Maintyreowskie pojęcie cnoty. Cnota jest trwałą sprawnością moralną osoby, dzięki której przestrzeganie zasad moralnych staje się łatwe. Osoba jest w tym pewna – nawet wobec okoliczności niesprzyjających. Bycie kimś prawym, wiernym dobru moralnemu sprawia człowiekowi, który posiadł cnoty, wewnętrzną przyjemność.

Alisdair MacIntyre zauważył, ze zgodnie z pojmowaniem moralności w naszej kulturze osąd moralny ma charakter obiektywny. Jest to sąd właściwy dla każdej obdarzonej rozumem osoby, niezależnie od jej interesów, uczuć i pozycji społecznej. Działać moralnie znaczy działać zgodnie z takim bezosobowym sądem. Tak więc, aby ktoś mógł myśleć i działać moralnie, musi oderwać się od całego swojego społecznego partykularyzmu i stronniczości. Od razu staje się tutaj widoczny potencjalny konflikt między tak rozumianą moralnością a sprawiedliwością.

Czynię  tutaj większy przeskok myślowy. Powiem tylko: nie mamy żadnej pewności w decyzji- ale mamy motywy, powiedzmy przesłanki do kontynuowania sprawiedliwej moralności, które nierzadko jawi się nam jako nowe  prawo siły (Schwerkraft). Człowiek został stworzony, by wątpić w siebie, ale  nie w prawdę ; ten porządek rzeczy został dziś postawiony na głowie. Człowiek domaga się uznania… własnego ja, wątpi natomiast w tę część, w którą wątpić nie powinien czyli w Boski Rozum. Prawdziwi wrogowie Anglii byli zawsze wrogami Polski, lecz Polska  ucierpiała dużo mocniej w tej samej bitwie, z tego prostego powodu, że przypadkiem leży na wschodzie, na samej linii frontu.  Ludzie odpowiadają nie na to, co ty mówisz, ale na to co ty masz na myśli, albo oni, Gilbert Chesterton raz powiedział.

Pokonanie konfliktu tradycji (w aspekcie rysujących się w tym eseju problemów)  polegać będzie na zdobyciu pewności, że naturalne prawo odkrywamy nie tylko jako pierwsze przedmioty badania praktycznego, osiągając jakąś  tam wiedzę  moralną, ale jako presupozycję, czyli jako prawdziwy sąd   odnośnie tego  powszechnego zarazem skutecznego badania (Whose justoce, which rationality, s. 180) U  Akwinaty istotna jest relacja do prawa Bożego. W tym miejscu zauważmy tylko, że poszczególny akt nieposłuszeństwa jest konsekwencją zarówno korupcji rozumu z racji na siłę jakiejś  pasji, jak  i złego habitu czy też jakiejś niezdyscyplinowanej naturalnej tendencji.

Ale człowiek przychodzi na ten świat z krwawiącą raną. Pewnego dnia zaczyna zdążać przed siebie. I ja tak poznałem świat. W Bangkoku jestem kolosem, pojawia się problem mentalności, tak mnie widzą. A przecież nie robię żadnej kariery. Co więcej tracę , transcenduję  moją hierarchiczną pozycję. Świat jawi się jako obraz nieszczęścia. W związku z tym pojęcie dorosłości należałoby rozszerzyć.   Pędzimy w tej epoce przez lasy. Świat jest zły i jeszcze to mu się ułatwia.  Osobiście podjąłem więc  w życiu ekspedycję w kierunku prawdy. Jako filozof jestem przekonany, że nie ma sądu ostatecznego, a tylko sąd doraźny, mówimy o sądzie ostatecznym jedynie z uwagi na nasze pojęcie czasu. Dzisiaj budulcem dla konstrukcji konia trojańskiego powinien być kamień. Tylko umarli śpią głęboko. Człowiek poznaje siebie, już po twarzy lokaja u drzwi, który mówi: więcej Pan wskóra przed tym pomalowanym płótnem jak przed sądem. Ale każdy musi byś  siekierą dla zimnego  morza wewnątrz nas. Należałoby mieć uczucie, że się jest spętanym, a równocześnie inne uczucie, że lepiej było gdy okowy zostały zdjęte… Praca Tomasza z Akwinu  była nieskończona za jego życia. Czytelnicy Akwinaty muszą się liczyć z indywidualnością jego celu… Ale to nie znaczy- gwałcić zasady racjonalnego wyboru (J. Rawls). Chciałbym więc podporządkowywać  czy nawet układać w jeden porządek nasz socjalny świat współczesny.

A należałoby mocno tutaj powiedzieć: nie istnieje  sprawiedliwość, to potwierdza nasze choćby słowo rzucane na wiatr w parku, ono nie jest całe (niem. all)… Tak więc wydaje się, że nie rozumiemy się nigdy. Zaczynam tedy pisać o wielkich współczesnych. Jedynie uciekając od świata, można się nim cieszyć.  Zauważmy tutaj, i kobiety i niewolnicy byli wyzwoleni w dżungli, nie mieli obywatelstwa w przeszłości. A teraz cieszą się pełnoprawnym obywatelstwem w cywilizacji narodów, jakby przynależą do jednego Państwa Bożego. Przywołajmy świętego Augustyna, z zarysowanego przez niego  Państwa Bożego nikt nie jest  wyłączony…wielki doktor kościoła Zachodniego prześlicznie ukazuje  przeznaczenie duszy do życia wiecznego z Bogiem. W 2000 roku napisałem esej pt. Wieczyste wieczory woli… Czystość serca jest chcieć jednej rzeczy (S.Kierkegaard)  Akwinata przedstawia teologiczną konstrukcję  jako systemat (ultimate unity of God). Potrzebny rzadki dar empatii. Pojęcia prawdy i realności są definiowane wewnętrznie, zależnie od naszego schematu pojęć i wierzeń. Sukces teorii ludzkiego rozwoju od Akwinaty polega na zaistnieniu możliwości, oto ludzkie byty mogą rozwijać się nie tylko w jeden sposób. Odtąd postępujemy, jeśli tak można powiedzieć, na różnych drogach. Konsekwentnie Alisdaire MacIntyre zachęca do adekwatnej moralnej edukacji (tamże s. 180). W moralnej niedojrzałości, szkocki myśliciel twierdzi, tym bardziej potrzebujemy przyjaciół.

 

  1. Wypowiedzi Kościoła na temat miłości bliźniego

W etyce chrześcijańskiej cnotą nazywana jest trwała zdolność do czynienia dobra etycznego, które określone jest przez prawo naturalneDekalog i przesłanie ewangeliczne Kazania na górze. Cnoty ludzkie to trwałe dyspozycje umysłu i woli:regulują nasze czyny; porządkują nasze uczucia; kierują naszym postępowaniem zgodnie z rozumem i wiarą. „Cnoty ludzkie są trwałymi postawami, stałymi dyspozycjami, habitualnymi przymiotami umysłu i woli, które regulują nasze czyny, porządkują nasze uczucia i kierują naszym postepowaniem zgodnie z rozumem i wiara. Zapewniają one łatwość, pewność i radość w prowadzeniu życia moralnie dobrego. Człowiek cnotliwy to ten, który dobrowolnie czyni dobro. Cnoty moralne zdobywa się wysiłkami człowieka.”(KKK 1804) Chrześcijańska teologia moralna dzieli cnoty na nadprzyrodzone i przyrodzone. Cnoty nadprzyrodzonego pochodzenia są wzbudzane w chrześcijaninie przez łaskę. Są nimi trzy cnoty teologalne. Cnoty naturalnego pochodzenia, to cnoty kardynalne oraz cnoty pochodzące od nich, tradycyjnie zwane ich córkami. Wyróżnia się także zdolności moralne chrześcijanina, które ocenia się jako przekraczające normalną sprawność moralną osoby wierzącej, cnoty te są nazwane heroicznymi.

Jesteś wolny, a więc straciłeś, znów podejmuję moje rozmyślania nad sprawiedliwością, gdy tylko człowiek staje się w czymś mistrzem, winien zostać uczniem w czymś  innym.  Ktoś chytrze zauważył: istnieje cel, ale nie ma drogi. To, co nazywamy drogą, jest wahaniem…Na progu nowego roku pojechałem po raz drugi do Maroka, bo mam świadomość tego, ilu samotnościom pozwoliłem uciec, ile straciłem marzeń, które zaszły mi drogę. Przybyłem na plecach pająka z dalekiej Polski i reprezentuję hotel pod Zielonym Krzyżem. Wybieram jeszcze j „mroczne” zakątki ziemi na moje podróże. W Takat, na południe od Agadiru, zaszedłem do morza, Ocean Atlantycki widziałem jak na dłoni… te łódki w oddali czyżby to moje szaleństwo, pytałem się. Gdy stykam się z kłamstwem czuję się fatalnie, to gdzieś Józef Conrad zauważył celnie i trafnie.

Na co mogę mieć nadzieję? Mogę tylko odpowiedzieć na pytanie: co mogę zrobić? Jeśli pierwej odpowiem na pytanie: jakiej historii dziejów jestem częścią? Częścią jakiej historii, jakiego wydarzenia ja jestem? W tym przypadku co w mym życiu społecznym rozwinie się w coś pięknego? Istnieją dwa grzechy główne, z których wywodzą się wszystkie inne: niecierpliwość i opieszałość. Przez niecierpliwość ludzie zostali wypędzeni z raju, przez opieszałość tam nie powracają. Współczesny myśliciel  szkocki stwierdza, że chodzi tutaj o historię  piękną. Jak historia będzie piękna, to i ja będę piękny.  Jego koncepcja cnót odpowiada na pytanie: czym więcej i czym jeszcze  jest dobre życie dla człowieka?(ang. of what story or stories do I find  myself a part) Myśliciel odpowiada: dobre życie jest życiem spędzonym w poszukiwaniu dobrego życia dla człowieka, a cnoty koniecznie dla tej przygody są tymi naszymi zainteresowaniami, które uzdalniają nas do tego, by zrozumieć co bardziej i co jeszcze sprzyja dobremu życiu człowieka. W tej koncepcji tworzenia dobrego życia przedstawiamy ostatecznie nawet te prawdy, dla których żadna racja już nie może być dana. Każdy czyn jest portatorem, zarazem wyrazicielem teorii wierzeń i przekonań.  

Nowoczesne społeczeństwo  jest istotnie często, przynajmniej na pierwszy wzgląd tylko zbiorem zapożyczeń obcości, każdy podąża za jego własnymi interesami przy minimalnych wysiłkach tworzenia czegoś nowego.  Wszelkie wierzenia i wszystkie  przewidywania są równie nieracjonalne. Nowa polityka jest obywatelską wojną prowadzoną przy pomocy „innych” środków (por. ang. other means). W tej sytuacji cnoty MacIntyre’a są tymi dyspozycjami, które nie tylko uzdalniają do działania w konkretnych przypadkach, ale pozwalają jakby wyczuwać partykularne drogi rozwiązań. O Anglikach, również o Szkotach, mówi się, że mają skłonność taką czy inną… Działać cnotliwie to nie tak, jak Kant później myślał, znaczy działać przeciw skłonności, czy jakiejś inklinacji. Ale to znaczy: działać „przez” skłonności, w oparciu o skłonności ukształtowanej przez  kultywację, kultywowanie, pielęgnowanie  cnót, to jest na bazie skłonności do posiadania umiejętności kształtowania cnót. Jak kształtować cnoty? Przez wierność małym obowiązkom. Nie chodzi bynajmniej o kontynuowanie Imperium Rzymskiego i utrzymanie Chrześcijaństwa, ale o budowanie małych wspólnot. Mamy tutaj na uwadze konstrukcję  nowych form wspólnoty, wewnątrz których moralne życie mogłoby być  utrzymane, tak żeby moralność i obywatelskość mogły przeżyć w rozpoczętym stuleciu barbarzyństwa i ciemnoty. Chodzi teraz  o partykularną  obecnie a socjalną moralność. Inaczej moralność nie będzie ukształtowana nigdzie.

Tradycja cnót przetrwała horrory stuleci, to jest nadzieja na piękne lokalne formy wspólnoty. Myśliciel z Szkocji twierdzi: barbarzyńcy rządzą nami już od jakiegoś czasu.  A odnośnie prawdy nie chodzi mi o psychologiczną skuteczność. Posiadamy simulakrę  moralności, ale straciliśmy nasze rozumienie teoretycznej i praktycznej moralności (por. ang. comprehension) . Podaję wam bezczasowo konieczne charakterystyki moralnych sądów. Ale trzeba Brytyjczyków zaatakować, żeby nie czuli się dobrze w swej skórze, w ten sposób sparafrazowałbym wypowiedź Al.  MacItyre’a. Tylko przez atak, to jest partycypację w racjonalnej i praktycznej wspólnocie stajemy się racjonalni. Czekamy nie na Godota, ale na innego niewątpliwie bardzo różnego świętego Benedykta, odmiennego świętego Franciszka. Ale oto indywidua odziedziczyły partykularną przestrzeń społecznej przyjaźni, by iść w kierunku podarowanego końca. Zatem czyńmy progres. Ale nie chodzi o profesjonalizację czy też specjalizację wspólnot.

Franciszek krytykuje  bynajmniej Arystotelesa… Podczas snu jest się we władzy niewiarygodnego. Jest prawdą, że Arystoteles nie znajduje pośród cnót miejsca dla pokory i caritas, wręcz dla kobiety…, w jego tekstach  jest natomiast psychologia rozumu, pasji, uczuć. Stagiryta nauczał bynajmniej: nie ma sprawiedliwości dla nienarodzonych. W tym kontekście Augustyn jawi się jako piewca woli- tylko przez zmianę woli (ang. redirection of the will), możemy coś osiągnąć. W podsumowaniu tych kilku zdań zauważam potrzebę rozwijania idei, jedynych uczuć, bo już od wojny trzydziestoletniej używa się obiegowych zwrotów takich jak: „kocha się,” „pożąda się,” „zasmuca się człowiek,”

Podczas moich wojaży pewnego dnia jechałem z Panem Posłem ze Śląska. Rozmawialiśmy o tym, że moja podróż  „idzie coraz dalej,” otwiera się  już na większe straty… Bo można podróżować  na przykład -z perspektywy śmierci. Pojawiają się  wciąż nowe koncepcje podróżowania (niem. der ewige Reisende). Koncentrowałem się na moim obrazie kapłana, którego jednak nie kontroluję, a który chciałbym uczynić lepszym. W tym kontekście powiedziałbym, że do Rzymu odbywam podróż zawsze z perspektywą spotkania z przyjaciółmi z sprzed laty. Tam bez ograniczeń zawsze stosowałem prawo łaski. Czasami niebo zsyła na przyjaźń. Żyję w oparciu o honorarium, które otrzymują moje teksty, bynajmniej kiedy czynię jeden krok naprzód, to idę dwa kroki zaraz do tyłu. To jest mój taniec obecny.

Nie istnieje żaden Bóg w kraju, gdzie ludzie nie  pomagają sobie! Oto Kościół zinstytucjonalizowany narzucił sprawiedliwość na świat. Niech Bóg nas broni poświęcać teraźniejszość przyszłości- najgorsza prawda nie jest taka straszna jak niepewność. W tym miejscu powiedziałbym za tymi, którzy to mówili przede mną: schudłem, zbrzydłem, zestarzałem się i nic, nic, żadnego zadowolenia, a czas płynie i wciąż się wydaje, że odchodzę coraz dalej, w jakąś otchłań. Czy to nie rozpacz mnie ogarnia, nie rozumiem, jakim cudem jeszcze żyję. O, gdzie to wszystko, gdzie się podziały te lata, gdyby byłem młody, wesoły, mądry, gdy marzyłem i myślałem tak subtelnie, gdy teraźniejszość i przyszłość moja opromienione były nadzieją? Dlaczego my, ledwo zacząwszy żyć, od razu stajemy się nudni, bezbarwni, nieciekawi, opieszali, obojętni, bezużyteczni, nieszczęśliwi? Należałoby wiedzieć po co się żyje. A moja rola to epizod… Tutaj tylko jedzą, piją, śpią, potem umierają. Już kocham- ale już też nikt nic nie wie. Poeta napisał: „Nie cierpię dwunogich bogów zwłaszcza gdy się ich wymyśla.” A mnie się wymyśliło w dobie teraźniejszej kilku detektywów, powiedziałby ktoś. Był już Quasimodo zawsze- bo jesteśmy przekonani, że pasuje do nas tylko bardzo piękna kobieta.

Niech kapitał nie kieruje wyborami człowieka, a chciwość rządzi całym systemem społecznym i gospodarczym. Przyjąć z miłością świat, oto nasze zadanie na jutro. Ideologia  wspiera absolutną autonomię  stosunków. I odbiera prawo do ich kontroli przez rządy. To nowa tyrania. Kierujemy się w życiu obowiązkami, ale przykazanie, które odsłania Jezus jest jeszcze silniejszym obowiązkiem. Poeta mówił: „Chrystus to przepaść pełna światła… Ten, kto w nią spojrzy, musi się w nią rzucić.” Papież zamyślił pokazywać się nam najwięcej z tyłu, z domu świętej Marty.  A przecież Kościół jest matką, jak sam mówi, więc musi być wszędzie. „Kościół jest płodny i musi takim być.” Otwórzcie nowe przestrzenie dla Boga. Pokładajcie  ufność w Chrystusie.  Papież  każe nam jakkolwiek według wartości, to każe nam myśleć.  Proszę, aby kościół „uklęknął przed obliczem Boga i błagał o przebaczenie  za dawne  i obecne grzechy swoich dzieci,” powiedział Jan Paweł II. Chodzi o przebaczenie win, Papież Franciszek przeprasza nadto za zbrodnie przeciwko ludności tubylczej.

Papież  odsłania geniusz kobiecy. Jeszcze jako kardynał papież  Bergolio mówił: „Brońcie nienarodzonych przed aborcją, nawet jeśli będą was prześladować, oczerniać, zastawiać na was pułapki, ciągać was po sądach, czy zabijać was. Żadne dziecko nie powinno być pozbawione prawa do urodzenia, prawa do wykarmienia i posłania do szkoły.” Ale Papież nie broni ich teraz. Odmawia mi prawa do integralnego rozwoju. W tej epoce dziejów czyżby Papież  Bergolio jeszcze nie spotkał Boga. A osobiście mówię  to w określonym kontekście dziejów i czasu, do maluczkich we wcieleniu chrześcijańskich, za nich nawet. A Papież  mi wtórował: „Bądźcie opiekunami stworzenia,” mówił na inaugurację pontyfikatu.  Papież pełen marzeń, ale bez szans na rozwiązanie problemów. „Bóg jest cały obietnicą.” Biskup Rzymu  nie może mieć psychiki księcia, powiedziałbym za Ojcem Hubertem Matusiewiczem więcej, Bóg  zawsze jest sobą, nie może sobie zaprzeczyć. Rozumienie człowieka się zmienia w czasie, świadomość człowieka podobnie. Dopuszczalne było niewolnictwo. „ Wzrastamy w rozumieniu prawdy.” Cieszę się , iż Papież Bergolio powiedział także te słowa: „Przyszłość ludzkości jest w rękach najpokorniejszych, najbiedniejszych; w waszych rękach. W waszej zdolności  do samoorganizacji; dobijaniu się o twórcze alternatywy, o prawo do ziemi, pracy i dach nad głową. Sprawiedliwy podział owoców ziemi i ludzkiej pracy to nie filantropia, lecz moralny obowiązek.” Potępiam wasz kapitalizm, ale „chcę rabanu w kościele,” mówił do młodych w Rio de Janeiro. „Bez krzyża…jesteśmy ludźmi doczesnymi, jesteśmy biskupami, kapłanami, kardynałami, papieżami, ale nie uczniami Pana.” (homilia na Mszy świętej za Kościół w kaplicy Sykstyńskiej) Skądinąd  Papież  Bergolio obawia się laboratorium, jako kompendium oderwanych prawd, a przecież  sam wybrał laboratorium Watykańskie.  Mamy być konsekwentni w naszym ubóstwie. Dwór w Watykanie, to trąd papiestwa, zauważył papież Franciszek. O księdzu geju wyraził się jasno: „Kim ja jestem, by go osądzać.”  ‘Światło Boże oświeca naszą drogę w czasie.”(por. Franciszek, Lumen fidei, 5 VII 2013, nr 12).

Taka jest moja ekspertyza obecnie , jedyna ikonografia wspomnienia, wspominania i podnoszenia humanizmu świata.

My reasons to love the world

Stanislaw Barszczak—My love the world–

Dear brothers and sisters. You have to decide what you want, I think. Beloved teenagers. In the beginning of the new year I went on shore in Agadir, Africa. I found myself in shore of the Atlantic ocean. The next day I saw the Berber man who ate in the bar a breakfast, he was drinking a milk. I finally got the chance to experience the African life, it’s wonderful thing in my fifties. On January 10, 2016, lovely  Sunday I was praying in Agadir, the Saint Anne catholic chapel with the believers of whole world. So, I put one’s shirt on my presence there, and my Christian grace is being fulfilled now. In the Gospel we are reading of the Christ in his thirties. And we all were babtized to our Christian responsibility on the contemporary world. You imagine, I prefer to share one experience from the last year now that truly inspired me- something that in no uncertain terms reminded me why I love the world. Madly… So, I love the world because in Takat village, close to Agadir- my favourite place in the South Morocco- I was able to leave work behind and simply play and relax, and the family of this extraordinary Arab mother made me local tee and welcomed me to the house top titled “Stah”, onto their world. I love the world with my Jesus, because I realized in the stark walls of the Holy Sepulcre in Jerusalem and the lovely landscape of the garden of Olives- Gethsemane that you can step inside a church carved out of solid rock and instantly find hushed solitude. I love the world because I finally got the chance to experience Cork, Ireland, and see the old ruins and castles. Because in Istambul, this could be your morning commute. Because I sailed aboard a small boat in Norway’s Stavanger and realized there’s nothing grander than feeling tiny. Because I went onto the heart of the Sicilian church over the Archbishop’s celebration the holy mass with 39 bishops from whole Sicily gathered there. That great prayer I always see in my eyes now. It was one of the most amazing adventures of my life. Then because I met twelve patients at a rehabilitations centre in Poland, and it reminded me how wild and beautiful the world can be. Because the beauty of the Grand Canyon, United States, causes people to break out into expression of unedited joy. Because I also Fu do Iguacu National Park, Brasil, at the rugged empty edge of the habitable world, I felt small again. I felt the joy of creation and admired the power of instinct. Then on September, not long after dying my mother I got to see a Gdansk’s style performance in the Monastery of Jasna Gora in Czestochowa, capital of the polish Christianity done to uncanny perfection. I love the world because I was in Japan and everywhere you look you see different shades of beauty. Because while I was traveling in Kerala, the most spiritual and magical country, earlier in Mumbay also, and seeing Indian roads, made me ponder life’s great philosophical questions. Because among retro break dancers in central Bulwar one day I fell in love with our shriving planet all over again. I saw the ultimate, beautiful church there. I have ever visited, and helped prepare and serve soup to young seminarists at Ujjain, then played the football match. It was an honour. My dear fellows, candidates to the seminary in Czestochowa, near the monastery of the holy mother of God, “Black Madonna,” I would like now to say you of the Atacama –the world’s driest desert- you can’t get lost on roads like this one. So, as I said I love the world…Because one small friendship made on the taxi line in Alanya, Turqui, reminded me that the age, location and language don’t have to be barriers to forming friendships-even fleeting ones. Because I called Rio de Janeiro home for a few days and can now say I’ve seen the world’s most stunning city. Then in Adelaide, Australia, I was reminded yet again how world graces us with inexhaustible wonder. Once day joining a ragtag band of fellow travelers as I trekked back from Zakopane, city of my homeland, reminded me of the joy of sharing your journey with others. I love the world because as I strolled along Nice’s seaside, a parade of the roads artists, brought back a moment of nostalgia for an era long gone in my home Poland country- but still very alive in France. Because in wonderful countries of the world I took the road on the mountain to see far the tops of an active volcano. Because while flying into London, I realized the aisle and window seat debate had finally been settled. Because floating next to the Zoo in Scotland reminded me of just how beautiful the Earth’s creatures can be. Because we were together in the cathedral of Barcelone over the Catalanian celebration of the holy Week. Because after years of enjoying at dinners parties once day in Czarnagora I finally got to witness the community in the garden of olives in the polish, poetic family. What else I admire, I finally climbed to the top of Florence’s iconic Duomo, and was rewarded with a view virtually unchanged since Michelangelo’s day. Because although I travel around the world to shoot priests in amazing places, I always end up back in Rome. And the more I travel, the more I love this place so close to home. There are my great reason to love the world. So, dreams come true… I dream of painting and the I paint my dream, Vincent van Gogh has spoken. Living in dreams for the rest of time. Probably in the eyes of mourning the land of dreams begins…Those who dream by day are cognizant of many things, that escape those who dream only at night.  I dream of things that never were and ask why not. The future belongs to those who believe in the beauty of their dreams. Too many of us are not living our dreams because we are living our fears. Don’t be pushed by your problems. Be led by your dreams. Anarchists serve only to postpone the socialist revolution until people are different. No, we want the socialist revolution with people as they are now, Vladimir Lenin hardly had mentioned. Our little life is rounded with a sleep. A dream you dream together is reality. Twenty years from now you will be more disappointed by the things that you didn’t do then by the ones you did do. So throw off the bowlines, sail away from the safe harbor. Catch the trade winds in your sails. Explore. Dreams. Discover. Spin the globe. Pack a bag. Break bread with strangers. Soak in radical beauty. In short- travel, I also mean your spiritual travel. Because dreams are real. And they are made of viewpoints, of images, of memories and lost hopes. So, I take responsibility for myself I will develop a hunger to accomplish your dreams. The strength of my desire is great. Life is a challenge, meet it. Life is a dream, realize it. Life is a game, play it. Life is love, enjoy it. To understand the heart and mind of a person is my goal. So, look not at what he has already achieved, but at what he aspires to. And in the next future you can say also: take care of an unborn child, as the mother Teresa said. So, you paint your dream, as I  already have fallen in love with the entire world all over again.

Sylwestrowa temperatura wieczoru

Stanisław Barszczak— Sylwestrowy Paryż—

Paryż – kierunek marzeń niejednego turysty, miasto niesamowitych zabytków, różnorodnej architektury, miasto mody, kultury, sztuki słynące z wykwintnej kuchni i niepowtarzalnych, nastrojowych miejsc. I tak dalej i tak dalej… Nam osobiście kojarzy się z ulubionymi malarzami impresjonistycznymi i Toulouse Loutrekiem. Paryż podzielony jest na 20 okręgów oraz na dzielnice, poza tym podstawowy podział miasta biegnie wzdłuż brzegu Sekwany – mamy więc prawy i lewy brzeg (rive droit, rive gauche). W momentach krytycznych dla państwowości Francuzów sprawujący władzę skierowywali swe apele bezpośrednio do konkretnych dzielnic miasta (np. apel do IX arrondissement, itp.). W stolicy Francji znajduje się aż 36 mostów, które stanowią niemałą atrakcję miasta (najstarszy Pont Neuf). Miasto związane jest bardzo z polską kulturą, tam swe dzieła tworzyli tak znani twórcy jak chociażby Chopin, Norwid czy Mickiewicz. O ich pobytach w hotelu Lambert napisałem już przy innej okazji. Paryż to doskonałe miejsce na wyjazd poza ojczyznę. Po ubiegłorocznych moich wojażach po pięciu kontynentach zawitałem po raz kolejny na krótko do stolicy Francji, a jest koniec 2015 roku i początek 2016. Paryż to po prostu miasto legenda i marka sama w sobie. Jest Sylwester, na Łuku Tryumfalnym kolory świateł układają się w rok 2016. Łuk triumfalny: Pomnik stojący na Place Charles-de-Gaule 8 dzielnica na zachodnim skraju Pól Elizejskich. Łuk został zbudowany dla uczczenia poległych i walczących za Francję w czasie wojen napoleońskich oraz rewolucji francuskiej. Budowę rozpoczęto w 1806r. na polecenie Napoleona po wygranej bitwie pod Austerlitz, niestety Napoleon nigdy nie zobaczył skończonego dzieła gdyż Łuk Triumfalny zakończony został w 1836r.. Wysokość Łuku Triumfalnego to 51m, szerokość 44,9m. Aby dostać się na platformę widokową należy pokonać 284 stopnie. Na Łuku wyryte są nazwiska oficerów napoleońskich w tym 7 Polaków. Zostały również wyryte nazwy pięciu polskich miast na pamiątkę zwycięstw napoleońskich. Pod pomnikiem znajduje się Grób Nieznanego Żołnierza oraz niewielkie muzeum poświecone historii Łuku Triumfalnego. Spaceruję po Polach Elizejskich – najdroższa ulica handlowa ( fr. Champs Élysées) to jedna z najbardziej znanych ulic na świecie. Aleja z ekskluzywnymi sklepami oraz modnymi. Ale jeszcze w przeddzień postanowiłem przejść się wzdłuż Sekwany a wieczorem skorzystać z wycieczki statkiem turystycznym po rzece. Choć na chwilę odwiedzić dzielnicę Żydowską, wstąpić do tradycyjnych żydowskich sklepów; zobaczyć nowoczesną -szklaną dzielnicę La Defense (z ciekawymi humorystycznymi  „rzeźbami”); wstąpić do Centre Pompidou -muzeum sztuki współczesnej, którego charakterystyczny budynek ze szkła, stali i znajdujących się na zewnętrznej elewacji rur – zdecydowanie przyciąga uwagę; zobaczyć najwyższy budynek w Paryżu -wieżę Montparnasse. Budynek Centre Pompidou położony w paryskiej dzielnicy Beaubourg, w którym mieści się muzeum sztuki współczesnej oraz główna biblioteka publiczna stolicy. W 1969r. prezydent Georges Pompidou zdecydował o utworzeniu centrum kulturalnego. Budowę rozpoczęto w 1972r. a ukończono w 1977r. Z kolei zachęcam, wejdź na szczyt wieży Montparnasse! To wyjątkowe miejsce, które trzeba zobaczyć! Roztacza się stąd niesamowity panoramiczny widok Paryża! Odpocząć w którymś z ogrodów i parków miejskich ogólnodostępnych dla wszystkich mieszkańców i turystów (np. ogród Luksemburski, Monceau), przejść po Polach Elizejskich – najbardziej reprezentacyjną aleją paryską, a także na cmentarz na którym pochowany został Chopin – Pere Lachaise. Metro w Paryżu ma 14 linii, ale i tym razem nie skorzystałem za wiele z tego środka lokomocji. Magistrat wybaczy mi.  selektywność elementów zwiedzania miasta według własnego uznania. Jak przez kilkanaście moich poprzednich odwiedzin stolicy Francji najczęściej moje kroki kierowałem na rue Saint Honore, do kościoła Polskiej Misji Katolickiej we Francji. Przechodząc Bulwarem Haussmana przechodziłem w pobliżu  Opery Garnier.   Budynek Opery został zaprojektowany przez Charlesa Garnier, od którego nazwiska pochodzi jej nazwa. Pod operą znajduje się podziemne jezioro, które znacznie utrudniło budowę obiektu, dodatkowym problemem był wybuch wojny francusko-pruskiej. Budowę obiektu zakończono w 1874 roku, a w 1875  wystawiono fragmenty opery Fromentala Halevy’ego – “Żydówka” . Obecnie zobaczymy tu występy tylko baletowe.  Po Mszy świętej dla Polonii staje na skrzyżowaniu, skąd rozpościerają się dwie możliwości: kroczyć nad Sekwanę, albo wejść do innej „polskiej perły” w Paryżu, do Kościoła Świętej Magdaleny. Byłem tam chyba podczas pierwszego mojego pobytu we Francji. Wygląd Kościoła Św. Magdaleny (Madeleine) jest tak samo ciekawy jak jego historia. Miała tu powstać giełda, opera a nawet pierwszy w Paryżu dworzec kolejowy. Budowę kościoła rozpoczęto w 1764 roku. Podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej prace nad obiektem zostały wstrzymane, a władze rozważały przekształcenie budynku w operę bądź giełdę. Budowa została wznowiona dopiero w 1806 roku z inicjatywy Napoleona, który pragnął by gmach pełnił rolę świeckiej Świątyni Chwały Armii Francuskiej. To jemu zawdzięczamy styl budowli nawiązujący do starożytnej Grecji. Ostatecznie władze zadecydowały o utworzenia kościoła katolickiego. Kościół udało się poświęcić dopiero w 1842 roku, gdyż w międzyczasie próbowano przeforsować projekt usytuowania tu dworca kolejowego. Kościół wyglądem nawiązuje o starożytnej świątyni. Nie znajdziemy tu krzyża czy dzwonnicy charakterystycznych dla gotyckich kościołów, lecz korynckie kolumny czy rzeźbiony fryz. Główne drzwi ważą prawie 3 tony i zdobione są scenami z Biblii. Sprzed kościoła Madeleine roztacza się widok na Plac Concorde i Zgromadzenie Narodowe. Turystów do kościoła Świętej Magdaleny oprócz pięknej architektury przyciągają zabytkowe toalety – ponoć najpiękniejsze w Paryżu.To właśnie tutaj odbyły się pogrzeby Fryderyka Chopina (w 1849 r.) oraz Adama Mickiewicza (w 1856 roku). Po kilku wahaniach myśli już idę przez Plac „Concorde”, i wybieram się na drugą stronę Sekwany, aby jeszcze raz ujrzeć inną okazałą Budowlę miasta- Hotel des Invalides, wybudowany w stylu klasycystycznym na zlecenie króla Ludwika XIV kompleks pałacowy, który stanowił przytułek – miejsce gdzie mogli spokojnie żyć weterani wojenni. Na terenie kompleksu, na dziedzińcu znajduje się również kościół św. Ludwika oraz dobudowany do niego później „kościół kopuły” –Eglise de Dome des Invalides gdzie pochowany został Napoleon Bonaparte (jego szczątki sprowadzono do Paryża z Wyspy Świętej Heleny w 1840 roku), członkowie jego rodziny i inni znakomici generałowie francuscy. Bonaparte spoczął w sześciu trumnach umieszczonych pod kopułą ozdobioną plafonem. Znajduje się tu również Muzeum Armii, gdzie można zobaczyć ekspozycje przedstawiające historię wojskowości od starożytności aż do czasów II WŚ. W pobliżu odwiedzam na rue Surcouf Polskich Pallotynów, ich skromny refektarz. Kiedy spoglądam na majestatyczną Wieżę Eiffla myślę sobie: Polska przegrała bitwę, ale nie przegrała wojny, chodzi mi o wojnę osoby z sobą. Wieża Eiffla, najbardziej rozpoznawalny obiekt Paryża. Wieża została wzniesiona przez Gustawa Eiffel na Wystawę Międzynarodową w 1889 roku. Zbudowana w setną rocznicę rewolucji francuskiej, aby pokazać potęgę gospodarczą i naukowo-techniczną Francji. Po 20 latach wieża miała zostać rozebrana jednak aby do tego nie dopuścić Eiffel założył na wieży laboratorium aerodynamiczne i meteorologiczne. Jej wysokość wynosi 324 metry, przez co jest jedną z najwyższych budowli Francji. Waży 10100 ton. Dostać się na szczyt możemy pokonując 1665 schody. Wysokość wieży zmienia się o około 18cm w zależności od temperatury. W czasie silnego wiatru może przechylać się nawet o 7cm. W 2000roku na szczycie zostały zamontowane 2 reflektory, które kręcą się w nocy jak latarnia morska, której światła widoczne są z odległości 80km. Podczas jednej z moich poprzednich wizyt byłem już na górze, więc tylko odpoczywam i napawam się jedynym widokiem. 5 € wejście schodami na Wieżę Eiffla, 14 € Rejs po Sekwanie. Przedtem już wychodziłem z metra na Placu Trocadero, skąd rozpościera się najlepszy widok na Wieżę Eiffla oraz otaczające ją ogrody i fontanny. Stamtąd schodzimy schodami na dół i spacerujemy aż pod samą Wieżę. A jeśli mamy zaledwie kilka dni i nie chcemy tracić czasu na stanie w kolejkach do wjazdu na sam szczyt, które mogą trwać w sezonie nawet 3-4 godziny, to wybieramy zatem mniej wygodną, ale za to tańszą oraz bez-kolejkową opcję: wchodzimy schodami na drugie piętro Wieży Eiffla, skąd podziwiamy widowiskową panoramę miasta. Po zejściu z Wieży udajemy się do pobliskiego portu nad Sekwaną, skąd co godzinę wypływają statki turystyczne tzw. bateaux mouches. Osobiście polecamy przewoźnika Bateaux Parisiens, ale zapewne inne firmy też są dobre. W trakcie godzinnego rejsu po Sekwanie zobaczymy „Paryż w pigułce”: Pałac Inwalidów, Zgromadzenie Narodowe, Luwr, Muzeum Orsay, Katedrę Notre-Dame. Przepłyniemy również pod Mostem Aleksandra III oraz Pont Neuf oraz kilkunastoma mniej znanymi, lecz równie urokliwymi mostami. Zwrócimy uwagę na piękne nadbrzeże samej Sekwany, które zostało wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Następny dzień mojego pobytu rozpoczynam od spaceru po Ogrodach Luksemburskich, które zajmują teren 23 ha! To miejsce, w którym chętnie wypoczywają sami Paryżanie. W centralnym punkcie znajduje się basen Grand Bassin, wokół którego poustawiano krzesełka dla spacerowiczów. Znajdziemy tutaj również urokliwe zakątki, fontanny, plac zabaw dla dzieci, wiedeńską karuzelę. W parku często odbywają się koncerty. Tym razem nocuję w hotelu na Bulwarze de la Chapelle z prześlicznym fragmentem francuskiego metra ukazującego się nad ziemią. Więc zaraz rano podziwiam moje  Montmartre – najwyżej położona dzielnica znajdująca się w północnej części Paryża. Tuż po wyjściu z metra Place Pigalle naszym oczom ukazuje się Moulin Rouge, gdzie od lat pokazy kankana w sławnym  show „Féerie” przyciągają turystów. Późnym popołudniem będę spacerować wzdłuż pełnej kontrowersji dzielnicy Pigalle, mijając liczne kluby nocne, seks shopy oraz inne atrakcje dla dorosłych. Kabarety w Paryżu to ciekawy pomyusł na rozrywke i udany wieczór. Być na Sylwestra w Paryżu i nie odwiedzić Moulin Rouge! A jakże byłem…ale tylko w hallu przeprowadziłem interesującą konwersację. Moulin Rouge – najsłynniejszy kabaret na świecie. Kabaret Moulin Rouge jest nierozerwalnie związany z Paryżem. To tutaj narodził się kankan. Początkowo odważny taniec wywołał fale krytyki w przeszłości… Ale mamy epokę techniczną, nam wszystko wolno. Po drodze do hotelu napotykam liczne sklepy z pamiątkami – warto tutaj zaopatrzyć się w suweniry z podróży. Ale teraz z Placu Pigalle skręcam w kierunku Bazyliki Sacre-Coeur – serca Paryża. Mijając zaciszne zaułki i pnące się w górę wąskie przejścia zmierzamy w kierunku Bazyliki. U podnóża znajduje się misternie zdobiona karuzela i plac zabaw. Aby dostać się na szczyt wzgórza, możemy wjechać kolejką (potrzebny bilet komunikacji miejskiej) lub pokonać ponad 300 schodów – oczywiście wybieram drugą opcję. Podczas wojny francusko-pruskiej dwóch francuskich  przemysłowców obiecało sobie, że jeśli po wojnie ujrzą Paryż „takim samym”, wtedy wybudują świątynię poświęconą Sercu Jezusowemu. Rok później po zakończeniu działań zbrojnych okazało się, że Paryż został nietknięty, przemysłowcy postanowili wypełnić swoją obietnicę. W 1876r. rozpoczęto budowę, ukończono w 1914r. Konsekracja Bazyliki miała miejsce w listopadzie 1919 roku. Do budowy użyto białego granitu. Kopuły mają wysokość 79m, natomiast wieża północna 83m. W tej wieży jest najcięższy dzwon w Paryżu ważący 19ton. Serce dzwonu waży 500kg. Właśnie w tej podróży miałem po raz drugi szczęście odwiedzić to święte miejsce. Tutaj nauczyłem się wierzyć dwukrotnie więcej ponad to, co już w mym życiu zamierzyłem. Sacre Coeur, znajduje się na wzgórzu w dzielnicy Montmartre (związanej i kojarzącej się z wiatrakami, w których powstawały z czasem kabarety, z XIX – wiecznymi artystami – cyganerią jak van Gogh, Monet, czy Lautrec, przesiadującą w barach, mieszkającą w najtańszych wówczas mieszkaniach i malujących swe największe dzieła właśnie tutaj, w miejscu przesiąkniętych wolnością, zabawą, sztuką i buntem). Sama bazylika Serca Jezusowego powstała jako podziękowanie Bogu za zakończenie Komuny Paryskiej na wapiennym szczycie. Wyróżnia się kształtem z charakterystyczną kopułą oraz kolorem (śnieżnobiały wapień). Zdaje mi się, że jedynie w tej podróży przybliżyłem się do tej krainy w pełni. Tuż przed bazyliką rozpościera się imponujący widok na całe miasto – warto przysiąść chwilę na schodach. Wchodzimy do środka bazyliki. Biednemu przekazujemy grosik. To tutaj nieprzerwanie od 125 lat odbywa się adoracja najświętszego sakramentu. Następnie kierujemy się za bazylikę, do znajdującego się nieopodal Placu du Tetre -placu artystów, gdzie obecnie uliczni malarze tworzą portrety turystom. Skręcając w zaułek nieco obok placu znów widzimy Wieżę Eiffla. W tym miejscu chciałbym wspomnieć moje marzenie odwiedzenia paryskich parków, lasku Bulońskiego i lasku Vincennes, może kiedyś mi się poszczęści… Już w drodze powrotnej do kraju wyszedłem z hotelu spacerując aż pod Luwr- największe muzeum na świecie. To okazały paryski pałac królewski (jego budowa zapoczątkowana została w XII wieku), który jest jednym z najbardziej znanych i gromadzących najcenniejsze dzieła sztuki muzeum na całym świecie, sprawdzam wzrokiem czy stoi szklana piramida, tedy wchodzi się do muzeum. Kolekcje Luwru zgromadzone są w siedmiu działach: Starożytna Sztuka Wschodnia i Sztuka Islamu, Sztuka Egipska, Sztuka Grecka, Rzymska i Etruska, Rzemiosło Artystyczne, Rzeźby, Grafika, Malarstwo. Osobną część stanowi historia samego pałacu. Na zwiedzenie całego Luwru na pewno nie wystarczy tylko jedna wizyta ale można przynajmniej zobaczyć najważniejsze dzieła jak chociażby: Nike z Samotraki, Mona Lisa Leonardo da Vinci, Kodeks Hammurabiego, Wenus z Milo . W każdą pierwszą niedzielę miesiąca oraz 14 lipca wejście do Luwru jest darmowe! Nigdy jeszcze nie byłem tutaj w pierwszą niedzielę miesiąca, szkoda. Idę teraz naprzód, otwieram się na widok Katedry Notre Dame, która znajduje się na Cite – wyspie na Sekwanie- najsłynniejszego zabytku Francji. Katedra Notre Dame swoją chwałę zawdzięcza nie tylko słynnej powieści Wiktora Hugo. Co roku blisko 12 milionów turystów naszego globu staje w kolejkach do muzeów katedry.  Katedra Notre Dame de Paris, to wspaniała gotycka architektura  z maszkaronami i niesamowite, przestronne, ciemne wnętrze z charakterystycznym okrągłym niebieskim witrażem (rozeta) i strzelistymi łukami nad prezbiterium. Mieści się tu również XIX wieczny skarbiec, który kryje wiele wspaniałych dzieł sztuki oraz relikwiarze z czasów napoleońskich. W skarbcu katedralnym znajduje się relikwiarz drzewa Krzyża Świętego, który był obecny przy koronacji królów Polski od czasów Władysława Jagiełły poczynając. Stanowił on część skarbca koronnego, który w 1669 roku wywiózł bezprawnie po abdykacji król Jan II Kazimierz. W katedrze Notre Dame znajdują się relikwie Męki Pańskiej – Korona cierniowa i gwoździe, których użyto do ukrzyżowania Pana Jezusa . Korona Cierniowa została sprowadzona do Francji 19 sierpnia 1237 r. przez króla Francji Ludwika IX Świętego. Do Katedry Marii Panny można wejść bezpłatnie, jeśli ktoś ma ochotę wspiąć się po prawie 400 schodach na wieżę, by podziwiać panoramę miasta,  niestety musimy zapłacić około 7,5€. W niewielkiej odległości od zabytku znajdują się ciekawe Krypty Archeologiczne z wykopaliskami z czasów rzymskich. Tym razem nie poszedłem pod kolumnę Bastylii, a przecież ten pomnik symbolizuje ogrom moich odczuć wewnętrznych. Bastylia jest miejscem gdzie w latach 1370-1789 stała budowla obronna. Nazwa Bastylia wzięła się od słowa la Bastille, które w wolnym tłumaczeniu oznacza zamek za rogatkami miasta (można przyrównać do polskiego barbakanu). W XVII w. została przebudowana w więzienie. 14 lipca 1789 r. czyli w czasie początków rewolucji francuskiej tłum ludzi zaczął szturmować więzienie w poszukiwaniu broni. W wyniku szturmu zostało uwolnionych 7 więźniów. Parę miesięcy później budynek został zburzony. Do dnia dzisiejszego 14 lipca jest świętem narodowym, podczas którego Francuzi świętują uniwersalne wartości, takie jak wolność, demokracja i prawa człowieka w imię których walczyliśmy. Na środku placu znajduje się Kolumna Lipcowa upamiętniająca nie Wielką Rewolucję tylko tę z lipca 1830 roku zwaną Trois Glorieuses -Trzy Dni Chwały. Ofiary (504 osoby) tego krótkiego powstania zostały pochowane w krypcie pod kolumną. Budowę kolumny rozpoczęto w 1831 roku. Wykonana jest z brązu, ma 52 metry wysokości i 4 metry średnicy. Wykonana została z przetopionych armat Nepoleona Bonaparte. W środku jest pusta, podzielona na trzy części, z których każda symbolizuje jeden dzień rewolucji. Na szczycie kolumny znajduje się Genie de la Liberte (Duch Wolności). Te myśli przerywa mi widok okazałego Budynku nad Sekwana, służącego za siedzibę rady miejskiej Paryża. Znajduje się w 4. dzielnicy, przy placu de l’ Hôtel de Ville. W 1533r. Król Franciszek I zdecydował wspomóc miasto urzędem miasta godnym Paryża, największego miasta Europejskiego i chrześcijańskiego. Obecny budynek został wzniesiony w latach 1874-1882 jako rozbudowana rekonstrukcja XVII-wiecznego ratusza, który został spalony podczas Komuny Paryskiej. Fasadę zdobią 136 rzeźby najważniejszych paryskich osobistości. Nad wejściem znajduje się zegar, po jego dwóch stronach umieszczone są rzeźby symbolizujące alegorię sztuki oraz alegorię nauki. Poza funkcją administracyjną Hotel de ville pełni również funkcje reprezentacyjne -jest wykorzystywany, jako miejsce odbywania się oficjalnych uroczystości Wewnątrz znajduje się sala balowa Salle des Fetes, w której przyjmowani są ważni goście oraz wydawane są przyjęcia. Tutaj, jak wiem, byli przyjmowani francuscy laureaci Nagrody Nobla z dziedziny literatury. A więc już kończę. Powiem tylko, byłem w Paryżu wielokrotnie, chcę powiedzieć o tym, że spędziłem tam już niespełna cztery miesiące. Przepadam za tym miastem. Wciąż mam niedosyt wobec Louvre’u, w którym chciałbym spędzić znacznie więcej czasu. Fenomenalne muzea, przepiękna architektura, mój sentyment do języka francuskiego. Równocześnie zapytuję się: gdzie ta moja teraźniejsza podróż prowadzi? Dokąd zdąża? Sam nie wiem… Ale ją tutaj na polskiej ziemi już uczynioną pięknie chciałbym Wam przedstawiać. Wszystkiego najlepszego na święta.(korzystałem z informacji przez Internet, podkr. autora)

nadziei w miłość Najwyższego

Stanisław Barszczak— Wóz Jaremki—

(Miała to być ciepła, subtelna opowieść o perypetiach Jaremki i jego dorosłych przyjaciół. Chłopiec przeprowadza się do miasteczka, do nowej szkoły… Nasz główny bohater będzie spoglądał na świat z wyżyn swego niepospolitego umysłu i utyskiwał nad gadatliwością wszystkich wokół. Opowieść dla młodzieży przedstawia świat widziany oczami dziecka, lecz porusza również problemy, z którymi musi zmierzyć się człowiek w dorosłym życiu. Losy nastolatków wzruszają, chwilami budzą grozę, lecz przede wszystkim uczą jak ważnymi wartościami w życiu każdego człowieka powinno być zachowanie własnego człowieczeństwa, godności osobistej i honoru. Wydarzenia tutaj opisane jak i aluzje do nazwisk są przypadkowe, licentia poetica. W pisaniu opowieści pomogły mi teksty Pani M. Musierowicz i K. Makuszyńskiego. Z pewnością nie uchroniłem się tutaj od anachronizmów. Ale wóz Jaremki- to świat nie do wyczerpania fantazji naszych milusińskich, podkr. autora)

Wstęp

Jaremka uśmiechał się prześlicznie. Kochał świat. Był to bowiem chłopak mądry i bardzo przenikliwy. Właśnie kończył trzynaście lat. Mosty, miasteczko na północy Polski, w którym mieszkał wraz z matką, powoli stawało się dla niego za ciasne. Jakkolwiek połączenie kolejowe osady przydawało jej znaczenia, własna prasa lokalna i obecność trzech fabryk i dwóch szkół. Wybudowanie na placu, na którym powieszono ludzi, zakładu filantropijnego. To wszystko powodowało, że miasteczko prosperowało korzystnie na całą okolicę. Tutaj nastąpiło odnalezienie po dziesięciu latach od powstania miasteczka olbrzymiej huty stali. Nie tak dawno miał tutaj miejsce występ ostatniego żyjącego potomka legionistów marszałka Józefa Piłsudskiego. Słuchano wykładu o konieczności poszanowania praw narodów. Ostatnio duma ogarnęła hutników z przybycia cyrku do miasteczka, w którym brylował pewien chłopiec jako pierwszy akrobata trupy. Pojawienie się Juliusza, założyciela Cyrku, w miejscowej piwiarni Pod Złotym Słońcem stało się błogosławionym skandalem dla mieszkańców. Jedzenie przez niego knedli i picie piwa, duża popularność pana Juliana, szczególnie wśród kobiet, pojawianie się plotek na jego temat, to jeszcze więcej ożywiało wiosennie prezentującą się teraz osadę. Pomimo tego, że w kościele św. Mikołaja Ksiądz Piotr w kazaniach na nowo pokazuje zepsucie miasteczka: nędzę, głód, pijaństwo, choroby, chciwość pieniądza. Cudna to była kraina, i właśnie tam rzeczy nowe się dzieją; i ten, kto się tam znajdzie, ma przygody od rana do wieczora, a nawet w nocy. Jaremka w tym czasie zapada na dziwną chorobę, którą dorośli nazywają miłością. Kłopot w tym, że dziewczyna jego marzeń jest o sześć lat starsza. Na szczęście Jaremka znajduje rozwiązanie-postanawia zostać gwiazdą rocka. Liczy na to, że w ten sposób wyrwie się w szeroki świat i zapomni o przykrościach. –„Bo ja nigdy niczym innym nie byłem, jak tylko dosyć brzydkim i dosyć głupim, zastrachanym chłopcem na krzywych nogach, i w ogóle.”
Młodzian nietypowy z dwóch względów: po pierwsze przez silną nieustannie dokonywaną autoanalizę własnej sytuacji, uczuć, marzeń; po drugie z racji na sytuację rodzinną –jak sam mówi- jest sam dla siebie mamą, która odeszła a niekiedy i tatą, którego nie miał , więc nie potrafił się o niego odpowiednio zatroszczyć. Momentami stąpanie po jego śladach stawało się nużące. A Jaremkę owładnęły chłopięce marzenia, ich spełnianie się i rozczarowania. I tym razem po spadnięciu pierwszego śniegu Jaremka podejmuje tak zwane „noworoczne postanowienia.” Czternastolatek ma trzy główne punkty do wypełnienia w nadchodzącym roku. Po pierwsze, chce wreszcie zobaczyć upragnioną stolicę; po drugie, ma zamiar zostać gwiazdą; po trzecie, wstydliwie przyznaje przed sobą, iż nadszedł już czas dla niego, by zobaczył nagą kobietę. Przy okazji postanawia nadto zahartować się, od czasu do czasu sypiając pod gołym niebem na starym łóżku wyjętym z drewutni.

Lata płyną, Jaremka wcale nie dorośleje, jego pomysły są równie szalone, a postępowanie trudne do przewidzenia. Co więcej pojawiają się wciąż nowe problemy, z których najmniejszym jest to, że matce Jaremki wciąż brakuje pieniędzy, a wymarzona przeprowadzka nad morze zaczyna zamieniać się tylko w niespełnione pragnienie. Jaremka już dwa razy wykazał się bohaterstwem- ratuje życie innemu człowiekowi oraz walczy o godność swojego matki. Niestety, kilka razy jego zachowanie jest też nacechowane niedojrzałością- na przykład, świadomie rani swoją przyjaciółkę Melanię, oraz naraża swoje zdrowie i życie.

W Warszawie spadł tatki cudny śnieg, więc wyszliśmy sobie ulepić bałwanka przed śniadaniem. -„A skąd wiesz, cholera, że ja bym nie chciał zabrać Cię do naszego Cinema City w swoje imieniny?
–Bo niczego takiego nie mówiłeś!- burknął Walenty czerwony jak rak i złapał Adriana wpół.
Nie właź na mnie, nie właź na mnie, dobra?
-Łapy przy sobie, Jasiek, bo ci je odgryzę!
Darek naparł bokiem na brata i docisnął go do regału. Wiktor podciął mu nogę i obaj runęli na parkiet .
-Uspokójcie się! -zawołał dla porządku Lucek, po czym z najwyższą przyjemnością zanurkował między braci, by mocować się z nimi, popychać i wymieniać kuksańce.”

Kazia miała piękne Migdałowe oczy… Mały Janusz Grzegorz „siłą woli powstrzymał wczesnoszkolny skok pokwitaniowy.” A dzisiaj ten mały Janusz Grzegorz posiada dwa puby w Warszawie. Rano idzie pływać, wieczorem do pubu. Janusz Grzegorz zakochał się po raz pierwszy gdy miał 12 lat. Dojrzewanie przy codziennej monotonii, rozwój delikatnego związku z Melanią, uczyniło bynajmniej niemożliwym…
-Kochasz ją, pewnego dnia na przechadzce zawyrokował Jaremka.

-Weź mnie nie wkurzaj, chłopcze; jak tobie akurat potrzebne jest kłamstwo, by chronić swój tyłek, to nie masz oporów.

Nasz geograf musi odejść, codziennie budzić się w tak beznadziejnym świecie, co za nuda.

Jaremka siusiał sobie spokojnie we mgle, za mizernym łysym krzaczkiem. Nie do końca podzielał ten pesymizm i rezygnację .
Zapukał w szybę od strony kierowcy. Taksówkarz od razu odkręcił okno.
-Co jest- spytał swojsko. Zgubiłeś się? Jaremka pokręcił głową i zapytał czy to w radio mówili, co tutaj się dzieje.
-Masakra.

Jaremka ruszył energicznie w stronę wsi. Oczywiście nie zamierzał zawędrować aż tam. Z tyłu za jego plecami Janusz Grzegorz powiadamiał właśnie świat, że wpadł w zaspę i ma wodę w butach, i że jednak pójdzie dalej.
-Wciąż brak wizji, orzekł Janusz Grzegorz gdy wchodził do do domu.

Ale inni chłopcy błądzili jeszcze do wieczora.

-„Mój brat cierpi na polską chorobę, taką samą jak wielu innych: na przerost urojeń. Za wiele talentów, za mało męskiego, twardego charakteru! Ot, w czym rzecz… Robimy często to, co do nas nie należy, i robimy źle mogąc robić dobrze. Nudzi nad i niecierpliwi chodzenie po ziemi, więc chcemy latać po obłokach,” zauważył to po latach brat Jaremki Marcin… Jest początek kwietnia. Jaremka z bratem wybrali się poza miasteczko. Piękna jest ta Śnieżna kraina, w której zima przychodzi szybko, a wiosna często się spóźnia.

-„Zobaczyłem Dolinę Wiśni. Ach, jak w niej było wszędzie biało od kwiatów! Była biała i zielona – od wiśniowych kwiatów i zielonej, bardzo zielonej, trawy. Przez tę zieleń i biel płynęła rzeka jak srebrna wstążka. […] Dolinę Wiśni otaczały wysokie góry, i to też było piękne. Z ich stromych stoków spływały ku dolinie potoki i wodospady, radośnie rozśpiewane, bo przecież mieliśmy wiosnę. I powietrze było jakieś niezwykłe. Takie czyste i dobre, że miało się ochotę je pić.” Marcin śmiał się. Staliśmy na stoku nad rzeką, obejmowaliśmy się i była nam tak wesoło, że nie da się tego opisać. Dlatego, że znów byliśmy razem… Nazajutrz słoneczko przygrzewało od rana, ale wróciła piękna zima. Jaremka zgubił rękawiczki, kurtkę, śnieg sypie się mu za kołnierz. Tego szybko zasnął. Smok, różowa szybka, wróżka, samotny Despero, dolina szkieletów, wróżka, dziadek, detektywi, duchy, dyrektor, to wszystko ma przed oczami.
„To był głos Marcina. Wołał mnie przez mój sen, potrzebował pomocy. Wiedziałem o tym. Jeszcze go wciąż słyszałem i chciałem pognać prosto przed siebie, w ciemną noc, byle tylko dotrzeć do niego, gdziekolwiek się znajduje. Ale prędko zrozumiałem, że to jest zupełnie niemożliwe. Co miałem zrobić? Nie było nikogo tak bezradnego, jak ja! Mogłem tylko wsunąć się z powrotem do łóżka i leżeć, i trząść się, i czuć się zagubionym, małym, wystraszonym i samotnym, chyba najbardziej samotnym na świecie.”

W domu Pani Gospodyni Laura rzuciła Jaremce spojrzenie przepełnione pogardą i poszła natychmiast do łóżka, tłumacząc się przed dzieckiem, że fatalnie spała z powodu tych wszystkich noworocznych petard. A to moja mama, Jaremka mówił o Pani Laurze przy gościach. Jaremka postanowił zmyć z siebie noworoczne znużenie i udał się w tym celu pod prysznic. Zamknął się w łazience plebańskiej, odczuwając ulgę: jeszcze przez jakiś czas nie będzie musiał patrzeć w ufne i nacechowane prawością oblicze księdza proboszcza, który, starannie przyrządziwszy kakao, zasiadł przy stole, czytając niedużą książeczkę, gęsto przekładaną pustymi torebkami po miętowej herbatce.

-„W pierwszej chwili się przeraziłem, że on zużyte, wysuszone „szczury” używa jako zakładki do książek , ale chyba chodzi o papierowe torebeczki, w które szczury się pakuje,” Jaremka zwierzał się kolegom.

Po prysznicu Jaremka zasiada na tronie na długą sesję z komiksem, nasłuchując przy tym odgłosów z kuchni. Po kuchni krzątała się obecnie Pani Teresa- prawa ręka Jaremki mamy, którą nazywaliśmy babcią- co dało się poznać po szczęku garnków i łoskocie talerzy. Zasyczał ekspres, babcia robiła sobie poranną kawę. Wkrótce też dał się słyszeć klekot jej laptopa. Biedactwo, dziś były jej imieniny, a ona pracowała od świtu.

Jaremka postanowił złożyć jej życzenia, a może nawet machnąć przedtem jedną z tych schematycznych laurek, które, nie wiadomo dlaczego, dorośli solenizanci tak bezgranicznie uwielbiają.

-„Och, łaskawco! Rany, jak jeszcze raz przeczytam, że dla niego wszystko jest schematyczne, banalne, głupie, a on jest bardzo ponad to- wyjdę z siebie i stanę obok,” powiedziała do mamy.

Tymczasem spokojnie Jaremka zajął się lekturą Tiutczewa. Stracił poczucie czasu. Z zadumy wyrwał go odgłos łkania za drzwiami. Aż dziwne, że nie odgłos dobijania się do drzwi. Ktoś już miał tak napięty pęcherz, że łkał z bólu.

-Co tam, Zdzisiu?- usłyszał Jaremka zaraz zniecierpliwiony głos babci, a klekot klawiszy ustał.

-Nic, nic- odparła zduszonym głosem kuzynka Weronika wchodząc do kuchni, szlochając przy tym w rękaw.

-Nic? To nie płacz- z roztargnieniem doradziła babcia. Upłynęła dłuższa chwila wypełniona żałosnym pochlipywaniem Weroniki. Laptop klekotał bez przerwy.

-No?- spytała wreszcie babcia dalekim głosem.

-Głupstwo. Cała zapuchłaś. Jeśli głupstwo, to szkoda urody.

-To nie głupstwo- obruszyła się Weronika.

-Poważna sprawa? –Bardzo.

Jaremka nadstawił z łazienki ucha. Wreszcie znów zabrzmiał miły, lekko oschły, ciepły, lekko zimny, trochę ironiczny głos babci.
-Wszystko będzie dobrze.

Tamtego pamiętnego, ciepłego wtorku, we wrześniu Jaremka szedł do szkoły z najwyższą niechęcią. Wyższą o wiele więcej niż zazwyczaj… Miał się stawić na inauguracji roku szkolnego. Tu należy się czytelnikom wyjaśnienie: Jaremka Pałysz nie uczęszczał do zwykłej szkoły. Bo powiedzmy tak, jakby korzysta z magicznego przejścia prowadzącego do rzeczywistości alternatywnej, jego kolejówka znajduje się po przeciwnej stronie miasteczka, więc przechodzi furtką sąsiada, żeby było szybciej, przeciska do kolejnej przecznicy, następnie zbiega pod tunel, którym przemieszczają się samochody, wreszcie już będąc po drugiej stronie kolei żelaznej widzi swoją szkołę.

Jest drugi września, mamy nigdy nie było tego dnia w szkole, owszem bywała
na wywiadówkach z końcem tego miesiąca. W tym dniu rano w szkole pojawił się dyrektor, było transmitowane przez radio przemówienie Pani Minister Edukacji Narodowej. A wszystkich ogarniała radość, szczególnie Dyrektora szkoły, ponieważ przewidywał, że dla mieszkańców pojawienie się Cyrku w miasteczku będzie to wielka atrakcja.

Jaremka ze starszym bratem Jurkiem wyszedł ze szkoły, postanowili iść do domu kultury, tego dnia był tam występ artystek z sosnowieckiej szkoły. Mama już w domu po wywiadówce opowiadała: jak to Pani wychowawczyni wyskoczyła ze swego gabinetu jak kukułka z tyrolskiego zegara i już w Sali stawiała za antywzór naszą czwórkę, która z aniołka w kościele wzięła dwadzieścia złotych. Była w związku z tym policja w szkole. Wszystkie te wydarzenia przemknęły teraz przez głowę Jaremki z szybkością wprost zawrotną, pomiędzy numerem czterech golasek z piórami na tyłkach, a występem „gołej” pieśniarki z piórami na głowie. Występ tancerki Liny na dzikim koniu.

Tego dnia już nie obowiązywał strój apelowy, złożony z granatowych spodni z kancikami oraz z białej koszuli z krawacikiem. Ubrany po ludzku: sprany podkoszulek i znoszone szorty, będzie cały dzień siedział na lekcjach ubrany, jak na WF? Poza tym, dzieci w tym wieku intensywnie rosną, podkoszulek i szorty z zeszłego roku powinny być nie tylko sprane i znoszone, ale i mocno przyciasne.

Jaremka stanął w drzwiach swojej szkoły i za nic nie mógł zmusić się do wejścia. Hall tego olbrzymiego gmachu, mieszczącego podstawówkę i gimnazjum, pomalowany był na kolor zwietrzałej musztardy. Od dołu świeża lamperia, górę mętnie olśniewające ściany, obwieszone gablotkami i plakatami, a także papieroplastyką, to wszystko tworzyło ponurą perspektywę, zamkniętą szybem klatki schodowej. Jaremka grzecznie skinął głową panu woźnemu, który akurat wracał z kotłowni, na wypadek gdyby do szkoły chciał wkroczyć przemytnik narkotyków-obecność silnego mężczyzny była wielce skuteczna.

Ach, w tej Warszawie to dopiero jest światowe życie, mnie nigdy nie było dane spotkać przemytnika. Tyle lekcji, pogadanek i broszurek o tym, jak odmówić mężczyźnie czającemu się pod szkołą, a nigdy nie było gdzie tej umiejętności spożytkować.

Jaremka wszedł na piętro, gdzie od kolegów zgromadzonych pod zamkniętymi drzwiami klasy czwartej „a” usłyszał, że pani jeszcze się nie pojawiła… Było to raczej normalne. W tej szkole sporo czasu traciło się na wyczekiwanie pod drzwiami; nauczyciele nie przykładali się do swojej roboty, w przekonaniu że za takie marne grosze nie warto kiwnąć nawet palcem. Jaremka szczerze popierał ich stanowisko. Niech się nie przykładają. W tej kwestii zwłaszcza Panie Henryka i Wacława otwierały się przy uczniach. Jaremkę z nudów bolały wtedy szczęki.

Już po dwunastu minutach od dzwonka na pustym korytarzu pojawiła się Pani Rajczykowska Wicedyrektor szkoły, ze swoją fryzurą w kolorze smoły.
-Jaremka to stuprocentowy facet, nie lubi piskliwych głosów, bezsensownego paplania, nie przegląda się zbyt długo w lustrze, bo na co to, po co. Jednocześnie poświęca zdumiewająco dużo uwagi odcieniom włosów otaczających go dziewczyn i kobiet, ich makijażów, lakierowi do paznokci, wysokim stanem ich spodni. Wszystko oczywiście po to, żeby komentować je z pogardą.
Rozdzieliwszy tłukących się bliźniaków Wicedyrektor wydała rozkaz, by klasa natychmiast ustawiła się parami. Następnie przeprowadziła czwartą „a” na drugie piętro, do Sali biologicznej należącej do gimnazjum.
-Wasza Pani nie przyszła- wyjaśniała im po drodze, sądząc widocznie, że sami tego, w swej głupocie, nie dostrzegli. Lekcje spędzicie u mnie…
Przecież sam widzę, sam bym się domyślił, w ogóle jestem mądrzejszy od nich wszystkich, mówił do siebie Jaremka. Pocieszał się tym, że nie będzie musiał, w czasie nieobecności jego Wychowawczyni Pani Januszek, z kolegami grać w piłkę na szkolnym boisku.

Sala biologiczna była obszerna i mieściła dwa podwójne rządy stolików- toteż ścieśniwszy się, gimnazjaliści mogli przyjąć czwartoklasistów bez większego trudu, a też i bez zaskoczenia.
-Parno, ale okna sali musiały być zamknięte, gdyż znajdowały się tuż nad skrzyżowaniem dwóch bardzo ruchliwych arterii.

-Cisza. Spokój.
Czwartoklasiści ucichli posłusznie, wydobyli zeszyty od polskiego i zaczęli w nich gryzmolić tylko to, co Pani napisała na tablicy: Lekcja organizacyjna. Spis lektur.

-Przepiszcie wszystko, i żeby mi było cicho-usłyszeli- nauczycielka otworzyła dziennik i naraz zaczęła odczytywać listę obecności gimnazjalistów. Przed gimnazjalistami otwierały się obrazy nowo przeczytanych lektur.
-Jestem… Obecny… nie ma, Jaremka usłyszał czasem. Ale z przepisywaniem lektur Jaremka nie trudził się przesadnie w ten upał, wiedząc że zawsze będzie mógł odpisać, co tylko zechce, od którejś ze swoich licznych wielbicielek.

Sylwestra mieli spędzić u Księdza Proboszcza. Super frajda. Ksiądz Piotr będzie bez końca gadał po łacinie, a babcia zasiądzie przed swoim laptopem i nie będzie można z nią słowa zamienić. Od gwiazdki nie upieczono tam pewnie nowych ciast; a nic do jedzenia będzie tylko ten podeschnięty makowiec oraz kawałek piernika…

Babcia powiesiła gdzieś ich okrycia, a potem wśród gwaru, śmiechów, szczęku talerzy i pobrzękiwania gitary, zaprowadziła ich do stołu obleganego przez gości. Stół uginał się od przysmaków, co Jaremka niezmiernie uradowało, bowiem znowu zaczął być głodny. Przysmaki te były wyłącznie bezmięsne. Postrzegł misę swojskiego bigosu z grzybami, sałatki i surówki warzywne, jakieś smakowite placuszki, chlebki i naleśniki, oraz przeróżne do nich smarowidła. W wielkim garze był wonny barszczyk.
-O Boże, jaki sympatyczny rudzielec- zakrzyknęła babcia Teresa.

Jaremka siedząc pod telewizorem odpowiadał monosylabami albo wcale. W ogóle posunął zwięzłość wypowiedzi do maksimum, stosując się przy tym do starej, wschodniej tradycji, która właśnie bekaniem i mlaskaniem nakazywała chwalić potrawy przy stole. Goście wesoło siedzieli przy stole, to był stary naprawdę wielki stół z jednego drewna zawsze wyszorowany do czysta i bardzo przez wszystkich adorowany, przy ścianie biblioteczka z książkami i kryształami. Teraz cały stół był zastawiony. Pachniało dobrym żarciem. Były tu smażone kiełbaski, i sałatka z majonezem, choć nie było bułeczek, koktajlu, francuskich gwiazdek z wiśniami i bitą śmietaną.

Pakując do ust połowę bułki Jaremka spojrzał poprzez stół, ponad dzwonkami, półmiskami i paterami. Uśmiechniętej Pani Helenie nalewał właśnie szampana sam Ksiądz Piotr.

-Silentium, silentium- zawołał, sięgając znów po kielich.
-Pijmy zdrowie naszej ukochanej Pani Laury… Piękna tyrada wigilijna.
Odśpiewano „Bóg się rodzi…”; „Pójdźmy wszyscy do stajenki…”

Dzieci kończyły kolację…
-Masz! Prezencik dla ciebie- babcia potargała włosy Jaremce nad czołem i odeszła.
-Jej skłębione uczucia rozumiał tylko Jaremka.
Dom wariatów, pomyślał Jaremka. Spojrzał na wzburzone, pociągłe oblicze Księdza Proboszcza, na jego brązowe oczy lśniące grozą, z trudem pohamował wybuch śmiechu.
-Ale po co ci nóż?!- pienił się ksiądz Piotr, stukając kościstym palcem w blat stołu.
-Pokażę co potrafię- rzekł krótko Jaremka krojąc sernik. Nie ma co się wdawać w przewlekłe dyskusje, w dzielenie włosa na czworo czy ustalanie strategii. To dobre dla teoretyzujących mózgowców. Ktoś natomiast musi tu być praktykiem i zacząć po męsku podejmować decyzję.
-Co tu się dzieje?- z kuchni wypadła teraz kuzynka Weronika, która przedtem ukrywała się przed dziećmi w zielonym pokoju. Jaremka cenił indywidualność.

Kazia Jaremce tylko jeden raz pozwoliła się odprowadzić… Po Sylwestrze.
Jaremka wychodził z domu po 10-tej, ale w Sylwestra nigdy… Pulsująca, radosna muzyka wypełniała pomieszczenie, a wokół tańczyli szczęśliwi ludzie. Byli inni goście, Julia i Kinga spojrzały na siebie, podały swoje imiona, a Melania dorzuciła- Pięknie śpiewasz…
Pomysł geografa profesora Gąsowskiego był najsprytniejszym wybiegiem, godnym wybitnego dyplomaty. To on powiedział: -„Tak, tak, miły chłopcze! Trudniej na tym świecie o niewzruszony dąb niż o trzciny, szumnie rozgadane na wietrze.”
Jaremka ostatnio nauczył się sekretu prawdziwie udanej konwersacji: jak najmniej mówić. Zamiast pisać, zajął się obserwacją. Tak było przed świętami na lekcji, obserwacja była nad wyraz satysfakcjonująca, bo właśnie starsi koledzy reagowali na wyczytywanie z listy obecności.
-Na przykład Adamczyk okazał się pryszczatym brunetem z głową oblepioną oleistymi włosami.
-Obecny- rzekł łamiącym się głosem i opadł na krzesło obok blondynki o nieprzytomnych oczach, z czarną kreską. Nazywała się Barbara. „Cała szkoła mówiła na nią Barbi.” Jaremka zdziwił się, gdy zobaczył, że siada ona nie na krześle, lecz na kolanach Adamczyka, zaś Pani udaje, że tego nie widzi.
-Zajęty obserwacją przegapił moment, kiedy ktoś zapukał i wszedł do Sali. Usłyszał tylko, jak Pani mówi
-A! Kazia. Wtedy odwrócił głowę, i ją zobaczył. Była pulchna i nieduża, a na głowie miała dziwaczny, jasnozielony kapelusz o wysokiej główce.
-Ładnie zaczynasz pierwszy dzień w nowej szkole.
-Zdejmij to-rozkazała.
-Nie mogę.
-Bo co?
-Przyjmijmy, że mam tłuste włosy- grzecznie zaproponowała Kazia.
Po klasie przeleciał chichot, ale nagle zanikł. Wpisała uwagę do dzienniczka.
-Jaremka zdał sobie sprawę, że spotkał istotę wyjątkową i że odtąd- cokolwiek by zaszło- będzie ona wywierała olbrzymi wpływ na jego życie.

—-

Przedwczoraj Jaremka spotkał Zbyszka, który mu powiedział: „Nie wiesz, że ludzie w dolinie śpiewają pieśni o tym skoku i o Panu Julianie. Jego przyjazd tutaj to jedyna wesoła rzecz, jaka zdarzyła się w Dolinie Dzikich Róż od czasu, kiedy tutejsza gmina do niej się wdarła i zrobiła z nas niewolników. „Julian, nasz wybawiciel” – śpiewają, bo wierzą, że uwolni Dolinę Dzikich Róż.”

I potem Jaremka w nocy miał sen. Nadszedł wreszcie dzień walki, przez wszystkich wyczekiwany. Tego dnia nad Doliną Dzikich Róż była taka burza, że drzewa gięły się i łamały. Ale Zbyszek o innej burzy myślał, kiedy mówił: – Nadejdzie burza wolności, złamie ciemiężycieli, padną jak potrzaskane drzewa. Przewali się z hukiem i zmiecie naszą niewolę czyniąc nas znów wolnymi.

Tuż przed gwiazdką wreszcie, podczas szkolnego opłatka, Kazia odnalazła Jaremkę sama, wskutek czego omal nie uleciał ze szczęścia pod sufit. Przedtem tylko raz szkolny polonista spotkał go na schodach i wróżył mu karierę pisarską. A teraz ona przeszła całą wielką salę, pełną ludzi, by złożyć mu życzenia! „Dwie młode istoty patrzyły sobie w oczy i nagle zaczęły się uśmiechać ku sobie radośnie. Oczy fiołkowe pełne były blasków. „Fiołki są piękniejsze od wszystkich diamentów świata! – pomyślał Adaś. – A czyste serce czerwieńsze od wszystkich rubinów…”

A Kazia już utraciła dziecięcą niewinność, zaobserwowała życie jako serię „bezsensownych zagadek”.
-Wszystkiego najlepszego na święta, przyjacielu-powiedziała wesoło i przełamali się opłatkiem- taki zawsze jesteś dla mnie miły…

Jaremka ostatnio w jakiejś książce przeczytał niezrozumiane dla niego słowa: ”Pokochałam Cię jak tylko kobieta kochać może. Kocham Cię jak siebie, ponieważ jesteś tym. Prawda że ta miłość jest bez zaprzeczenia, stała się czymś mnie niszczącym, to jest mocniejsze jak śmierć. Ale ja przynależę do niej, jak płonący dom należy do ognia.” „Czytał przeto, czytał tym gorliwiej, choć z coraz mniejszą nadzieją. Ryszard III zakrzyknął w tłoku bitwy: „Konia, królestwo za konia!” Jaremka oddałby królestwo, gdyby je posiadał, za jednego Francuza, co miał jakikolwiek związek z tym domem, w którym przechadzała się jego Kazia.”

Epilog

Takie to były lata, jak Jaremka bawił w warszawskich szkołach. Czyny partyjne w niedzielę, uprzątanie i upiększanie miasta na „święto pracy”. Zawieszanie transparentów pierwszomajowych, pochody. Kolorowo i wesoło. Dzisiaj Warszawa jest jedynym miastem akademickim, a na ulicach widzimy czarnoskórych studentów, Kuwejtczyków mówiących przeważnie po angielsku. Czuliśmy się w jednym domu. Czy my strzeżemy tego domu, w którym od tysiąca lat kwitło i umierało, umierało i kwitło nasze życie? Uczciwe, proste, szlachetne życie wielu pokoleń? A może to jest nonsensowna kraina tylko jakiegoś umierania. Jaremka nie był tego pewny. Dolina Dzikich Róż nie jest już wolnym krajem. Jest w rękach wroga. Okropne też było widzieć, jak wyglądają ludzie z Doliny Dzikich Róż, jacy są wszyscy bladzi i wygłodniali, i nieszczęśliwi, ci przynajmniej, których zobaczyłem jadąc, tacy zupełnie inni niż ludzie z Doliny Wiśni. W tej ostatniej krainie ludzie się tam bawią, pracują też, oczywiście, i pomagają jedni drugim we wszystkim, ale dużo się bawią, śpiewają i tańczą, i opowiadają przecudne historie.