Jacy jesteśmy,
Brak pieniędzy jest źródłem wszelkiego zła. Wielką zagadką ludzkiego losu nie jest cierpienie, lecz nieszczęście. Pośród nas coraz więcej biednych. Pan Bóg najwidoczniej bardziej od bogatych ukochał sobie biednych, skoro stworzył ich tak wielu. W telewizji tenis, przyglądam się coraz lepszej Agnieszce Radwańskiej. Bo jest lepiej dać się prowadzić przez doświadczenia, jak przez choćby najtrafniejsze cele. -Jak się idzie- rzekł ślepiec do chromego. -Jak pan widzi- odrzekł chromy. Większość nieszczęść spada na nas dlatego, ponieważ aż do połowy drogi sami idziemy na ich spotkanie. Czy moje życie jest udane… Udane życie to proces. Ludzie chcą wiedzieć czy jesteśmy zdolni działać (capable do action), zdolni czynić rozróżnienia (difference). Kiedy życie jest udane, szczęśliwe- socjolog powie- dobre: gdy ma rezonans, to znaczy otrzymuje odpowiedź; chodzi też o empatię, wczuwanie się w role społeczne, rodzinne. Brak pieniedzy jest źródłem wszelkiego zła. Jeśli jest teraz bum gospodarczy, powinno się go jak najlepiej wykorzystać. Należałoby odsłaniać możliwe relacje socjalne jeszcze piękniej. Gielda konieczna dla równowagi… Samopisanie jest tutaj niewystarczające. Moją szcześliwość uzależniam od wyprowadzania pozytywnych struktur spolecznych. Globalizacja to eksternalizacja, uzewnetrznienie spolecznych procesow, pokazanie maszynerii życia społecznego. Wzrost marzen o socjalnym zabezpieczeniu otwiera na moją utopię społeczną. Jako chrześcijanin jestem powołany do nieśmiertelności. Myśl o owej zagadkowej nieśmiertelności sprawiła, że mimo letnich upałów zrobiło mi się zimno.. A w Zakopanem już jesień, choć zawsze tutaj zielono jeszcze, tak więc nowa radość z
obietnicy niekończącego się życia mnie przepełnia. To nic, że jesteśmy jak ślimaki przylepione, każdy do swojego liścia. Stąd mógłbym powiedzieć teraz: w chwili nieszczęścia kiedy mnie wszystko zdradziło, jeszcze pozostała mi wierna: ziemia, prosty człowiek i Bóg… Lekarstwa czynią ludzi chorymi…Pan Jezus największe mowy wygłaszał przy stole, będąc z przyjaciółmi. Teraz miałem mało takich okazji, wszedłem do baru, nawiedziłem jedynie Księżówkę i Siostry Urszulanki. Wszedłem na Gubałówkę, powrót przewidziałem od strony Butorowego Wierchu. W kierunku Giewontu przedzierałem się nie od strony doliny Kondratowej, ale tym razem wybrałem dolinę Strążyską. Towarzyszą mi wszędzie ludzie, turyści-obcokrajowcy. Nie być sam- Chiara Lubich spogląda na mnie w kościele świętej Rodziny na Krupówkach- ale być z innym, z Trzecim- jak uczniowie z Emaus. Jeśli upada mężczyzna to upada tylko mężczyzna, ale kiedy upada kapłan, to upada cały kosciół. Mamy być odbiciem światła Boga… Nie sądzę, że straciłem dzień, bo nie zrobiłem nic dobrego…Choć wiem, że po czterdziestce każdy jest odpowiedzialny za wygląd swojej twarzy… Demokracja znaczy, że chcemy żyć według własnego przedstawienia spraw… Trzeba pokazać granice socjalne , stworzyła się przykładowo różna sytuacja robotników nasszych zakładów pracy, pokazać jedyne asymetrie w naszej pracy. Jak należy zabezpieczyć ich prace… Niemcy mają zawsze mocną
gospodarkę. Postawmy i my na mocną gospodarkę… znajdujmy regulacje dla ludzkich stanowisk pracy, nowe transformacje socjalne i coraz lepsze struktury… W ojczyźnie system wykształcenia w niedalekiej przyszłości ma się zmienić, znikną gimnazja… Przestrzegam bynajmniej przed ostatnim aktem życia, który jest krwawy zawsze…A zło nie ma naprawdę innej mocy niż niemoc dobra… Jak poddźwignąć nieszczęśliwy kraj? “Ziemio ojczysta, ziemio jasna, nie będę powalonym drzewem, codziennie mocniej w ciebie wrastam radością, smutkiem, dumą, gniewem… Można nie kochać cię i żyć, ale nie można owocować.” Zrodziliśmy się bez wprawy i pomrzemy bez rutyny. I mógłbym powiedzieć nawet: są msze w tym życiu, których znaczenie polega na tym, że nie dopuszczają odpowiedzi, bo każda odpowiedź je zabija. Chyba muszę być mieczem zemsty straszny. A tak nie powinno być, msza święta- to szczęśćie bycia z Bogiem i ludźmi. Polsko, duszę anielską więzisz w czerepie rubasznym… A ja muszę trwać przy mojej wierze, bo ona mnie jedna strzeże. Polsko, ja jednak na skrzydłach mojej pieśni luba, unoszę cię w dal. Człowiek nie jest stworzony do klęski… Życie to szereg poświęceń… “Chciałem by Warszawa była wielka…dziś Warszawa broniąca honoru polski jest u szczytu swej wielkości i sławy. Nie za pięćdziesiąt, nie za lat sto, lecz dziś warszawa…” Miałem młodsze pokolenie…dziś już nie… Miałem pole- przecież dusza ludzka polem bitwy- dzis już tego nie mam. Im ciemniej wokół nas, tym szerzej musimy otwierać nasze serca na światło z góry. W stosunku do Boga bądź hojny. “Dźwignąłem pomnik swój nie trudem rąk ciosany. Wydepcą ścieżki doń miliony ludzkich serc.” Boli czasem utracone jestestwo narodu. Ale otwieram sie na jego modyfikacje… Albowiem wygrzebujemy z grobu starozytną budowlę. Polska to obwarzanek, mawiał Marszałek Józef Piłsudski, kresy prześliczne, centrum nic. Idą czasy, których znamieniem będzie wyścig pracy… Chodzi teraz o oswajanie słów, w Częstochowie chcą wymagać najwięcej od siebie, to dobrze. W mojej myśli jednak nie przedzieram się do samego końca, gram uczciwie. Bo może obracamy się wokół jednej myśli, na którą jeszcze nikt nie wpadł. Zło jest w planach Bożych…sąsiadów daje nam Pan Bóg. Ale religia to świat w którym trzeba stale żyć. Religia przeniosła się z serca do ust.. Bóg potrzebuje naszej miłości. Chciałbym wyczerpać ten temat…Są w człowieku bezspornie przebłyski wielkości, ale są dziedziny ciemności… Bywają wielkie zbrodnie na świecie,
ale chyba największą jest zabić miłość… Chciałbym Opisać dwie strony życia, które przebiega nierzadko na wysokości gór… Marzenia amerykańskich chłopców o lataniu z filmu “Pearl harbor” ziściło się zaraz na początku filmu. Oto samolot unosi ich w górę, jakkolwiek otrzymali burę. Czas jakiś później, te marzenia proroczo spełniły się w jakże smutnych warunkach II wojny światowej, gdy atakowali w powietrzu pozycje Japończyków. Dla ciebie dzień, kiedy się pojawiłem był jednym z najważniejszych momentów w życiu może, dla mnie to był wtorek. Smutnym przeznaczeniem mężczyzny jest utrata zainteresowania tym, co zostało mu dane. Wytrwać na posterunku do końca. “Misja sciśle tajna, to taka po której otrzymujesz medal, ale wręczają go twoim krewnym.” Mogę otrzymać medal, bo miała
miejsce w moim życiu odrobina szczęścia. Życie jest proste: dokonuj wyborow i nie oglądaj się za siebie. Bóg nie zna przyszłości, powiadaja: przed pięcioma tysiącami lat rozpoczęły swoją historię równocześnie wielkie cywilizacje ludzkości. Czy to nie jest ciekawe, że człowiek nie poddaje się determinizmowi… Biada pokonanym, dopóki krzywda, dopóty walka. Eliza Orzeszkowa zachęca, żebyśmy w upominaniu się o dziejową sprawiedliwość zmierzali do wybranej mgławicy na niebie. Tam są ukryci piękni ludzie świata. Jako kapłan zapatrzyłem się na niebo, bo tam powędrowali święci, także tych czasów. Właśnie nie co inne, lecz ta możliwość spełnienia marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące. (Stanisław Barszczak)
Category: Rozwazania
Stanisław Barszczak, Getsemani czlowieczego dziecinstwa i noc, jakiej nigdy nie bylo!
Zamiast encykliki, Rozwazanie swietej agonii.
Wstep
Coz za przeskok od tego leniwego zycia do gwaltownych wzruszen, jakie dala niespodziana smierc mojej matki! Niebawem wylonily sie nowe obyczaje I namietnosci. Z dniem 15 maja 2005 caly narod spostrzegl, iz wszystko, co dotad czcil, bylo nad wyraz smieszne, nieraz wstretne. Odejscie w zaswiaty mojej matki zaznaczyl upadek dawnych pojec: narazanie zycia stalo sie rzecza modna. Zrozumiano, iz aby byc szczesliwym po wiekach obludy i gnusnosci, trzeba naprawde ukochac ojczyzne i dokonywac bohaterskich czynow. O historii, z której pragnę zdać relację, dowiedziałem się pół wieku temu w “domu matki” , jako mlody kaplan siedząc na fotelu w naszym domu na ulicy Zwiazku Orla Bialego w Zabkowicach, i zajmując się lekturą czasopisma oprawionego w brazowa tekturą. Nie pamiętam już dokładnie czy były to wypisy z wydawnictwa, ale pamiętam tytuł czasopisma dokladnie, mianowicie “Na szerokim swiecie”. Rzeczywiście w edycji pojawił się w 1936 roku przedruk pt. “Trzy dni, ktore wstrzasnely swiatem”. Zawierał on między innymi historię ostatnich dni Jezusa. Miejscem akcji, która ma wiele punktów wspólnych z ta opowiescia sa rejony nad Wisłą. Legenda, jako że jeździec na koniu zjawiał się na grobli zawsze gdy groziło jakieś niebezpieczeństwo, nie pochodzi jednak z stamtad a jest wymyslem autora tej opowiesci. Większość bohaterów noweli jak i ich szczegółowe charakterystyki zostały wymyślone przez autora. Przy ich tworzeniu bazował on jednak na prawdziwych osobach. Wzorem dla Hajki był lekarz z Zabkowic, ktorego obdarzylem zdumiewajacym talentem do matematyki, mechaniki. Nie byl samoukiem ale swiadomym altruista medycznym w naszym miasteczku, który sam doszedł do zdumiewających osiągnięć spolecznych. Kiedy umarl na jego pogrzebie byla polowa parafii. Tak umial zjednac sobie jego mieszkancow. Uwazalem za celowe wprowadzic do opowiesci zmyslone atrybuty osobowosci naszego medyka, jakoby potrafił budować zegary morskie, teleskopy czy organy. W dziele są też inne zmyslone ślady idei finansjera grobli, który czynnie zajmował się problematyką związaną z polderami. Wszak jezdzil on na wczasy az do Swinoujscia. Również literacki dom wójta zdaje się być łudząco zbieżnt z posiadłością Panstwa Goleniewskich w Zabkowicach.
1. Pomorska puszcza
Po calonocnym, ulewnym deszczu dzien nastal pogodny, parny. Ociekajaca wilgocia puszcza plawi sie teraz w cieplych promieniach. Przemykajacy gorami Lekki wiaterek omiata czuby drzew, straca krople dzdzu, ktore splywaja po lsniacych konarach niczym pot po ramionach olbrzymow. W dole, gdzie zalega mrok, nie dociera najlzejszy powiew – bija duszne opary, pachna mocniej trawy, igliwie, butwiejace liscie. Ulewa wyrzadzila szkod co niemiara. Wsrod wiatrolomow, suszek, wykrotow walaja sie swiezo oblamane galazie drzew. Spod ciemnozielonego kozucha mchow na sedziwym grabie wyziera straszliwa rana: nawalnica odlupala czesc pnia. Rozwalona dziupla – nie wiadomo czyja – zieje pustka. Tylko smuzka bialej mgielki snuje sie wokol niej niczym strzep kobiecego stroiku… Wsrod leszczyn, dzikich jabloni, lip, buczkow, posrod plataniny paproci, zielsk, galezi slychac skwir ptakow nad straconymi gniazdami. Miedzy grube pnie kilku swierkow, co stercza samotnie na skraju poreby plamiacej mnostwem czarnych pniakow zgnilozielony uplaz wzgorza, zsuwalo sie slonce plawiac sie w miedzianym blasku, podobnym do przejrzystego kurzu, nieruchoma warstwa nawislego nad daleka widownia. Odblaski jego lsnily jeszcze na krawedziach chmur, wyzlacajac je i zabarwiajac szkarlatem, wrzynaly sie miedzy faldy szarych klebow i szklily na wodach. W bruzdach sciernisk i podorywek jesiennych, na sapowatych niwkach i swiezych karczowiskach, gdzie staly smugi wody po niedawnej nawalnicy, mienily sie rude plamy jak kawalki szyb przepalonych. Na szare, przyklepane skiby padal uciazliwy dla oczu, zwodniczy cien fioletowy, piaszczyste wydmy zolkly – zielska na przykopach, krzaki na miedzach mialy jakies nie swoje, chwilowe barwy. W glebokiej kotlinie, otoczonej ze wschodu, polnocy i poludnia podkowa wzgorz obdartych z lasu, plynela struga rozlewajac sie w zatoki, bagna , w szeroko rozlane szyje, powstajaca tam wlasnie ze zrodlisk zaskornych. Dokola wody na torfiastym kozuchu rosly gaszcze trzcin, wysmukle sity, tataraki, kepy niskiej rokiciny. Nieruchoma czerwona woda swiecila sie teraz spod wielkich lisci grzybienia i szorstkich wodorostow w postaci bezksztaltnych plam bladozielonych. Nadlecialy stadkiem cyranki, krazyly kilkakroc z wyciagnietymi szyjami, przerywajac cisze melodyjnym, dzwoniacym swistem skrzydel, zataczaly w powietrzu elipsy coraz mniejsze- wreszcie zapadly w trzciny, z loskotem rozbijajac wode piersiami (na Sardyni byly to flemingi, przyp. autora opowiesci).
2. Perspektywa Boga.
Blota nalezaly do dworu. Dawniejszy mlody dziedzic taplal sie po nich z wyzlem za kaczkami i bekasami poty, poki wszystkich lasow nie wycial, pol nie zostawil odlogiem i wyleciawszy nagle z dziedzictwa nie oparl sie az w Warszawie, gdzie teraz wode sodowa w budce sprzedaje. Gdy nastal nowy, madry dziedzic, biegal po polach z kijkiem i czesto nad blotami stawal, w nosie dlubiac. Gmeral w bagnie rekami, kopal, mierzyl, wachal- az wreszcie wymyslil rzecz dziwna. Kazal karbowemu najmowac dzien w dzien chlopow do kopania torfu, szlam na pola wywozic taczkami, na kupy skladac, a dziury kopac precz, poki sie nie wybierze miejsca na sadzawke; wowczas groble fundowac, dol na druga sadzawke wybierac nizej, az ich sie kilkanascie uzbiera; wtedy rowy rznac, wody napuszczac, rury drewniane-mnichy wstawiac i ryby sadzic… Do wywozenia torfu najal sie zaraz Walek Gibala, bezrolny wyrobnik, na komornym siedzacy w pobliskiej wiosce. Gibala u dawnego dziedzica sluzyl za formala, ale u nowego sie nie utrzymal. Nowy dziedzic i nowy rzadca po pierwsze ordynarie i pensje zaraz zmniejszyli, a po wtore szukali w kazdej rzeczy zlodziejstwa. U dawnego dziedzica kazdy formal pol garnca owsa swojej parze koni ujmowal i garsc wieczorkiem do szynkarza za tytun, za bibulke, za kapke gorzalki… We zniwa tu i owdzie po chlopach zarabiali Waldek z zona; ale zima i na przednowku marli, glod straszliwy, nieopisany. Ogromny, koscisty, z zelaznymi miesniami chlop wysechl jak wior, sczernial, zgarbil sie, zeslabl. Gdy karbowy zapowiedzial kopanie na lace, obojgu az sie oczy zaswiecily. Sam rzadca trzydziesci kopiejek od wyrzucenia saznia kubicznego obiecal… Ale zaraz potem po “dwadziescia kopiejek” powiada. Waldek po takiej zapowiedzi poszedl do karczmy i “schlal sie ze zlosci jak bydle”. Na drugi dzien “babe wypral i pojal ze soba do roboty.” I teraz oto z dala noc idzie: dalekie, jasnoniebieskie lasy sczernialy i rozplywaja sie w pomroce szarej, na wodach blask, przygasa, od stojacych przed zorza swierkow padaja niezmierne cienie… Drzewa traca wypuklosc, brylowatosc, kolor naturally i tkwia w szarej przestrzeni tylko jako plaskie ksztalty o dziwacznych zarysach, czarne zupelnie. W nizinie zsiada sie juz mrok gesty i pociaga chlod, pojawia sie strach przejmujacy czlowieka. Pomroka idzie niewidzialnymi falami, pelznie po zboczach wzgorz, wciagajac w siebie jalowe barwy sciernisk, wykrotow, osypisk, glazow… Waldka babe strach ogarnia, ona zachowuje sie jak chora. “Mgly ida jak zywe ciala, podpelzaja do niej chylkiem, zabiegaja z tylu, cofaja sie, czaja znowu lawa sina coraz natarczywiej. Klada na niej wreszcie wilgotne swe rece, wsiakaja w cialo az do kosci, drapia w gardzieli i lechca w piersiach.” Wtedy przypomina sie jej dziecko… moca nerwow pracowala. I polecialy z oczu lzy gorzkie, grube lzy bezmyslnego bolu – w ten gnoj zimny i cuchnacy. Mgly nad szczytem olszyn murem nieruchomym stoja… a w dole “dwoch nedzarzy widma”… a w glebinie niebios rozniecila sie gwiazda wieczorna, plonie drzac i ciska w poprzek mrokow ubogie swoje swiatelko.
3. Bal w hotelu nadmorskim.
Czarnoskory trebacz byl wspanialy, podobnie jak klarnecista, ale to perkusista tchnal zycie w melodie… Przeslanie rytmu bylo prymitywne, ale sygestywne – pean na czesc milosci celebrowanej w mroku, gdy ciala poruszaja sie w narastajacej rozkoszy zmierzajac ku chwili, w ktorej zatrzyma sie czas. Perkusista byl Waldek. Na jego twarzy malowalo sie skupienie, lecz w szarych oczach byl tez jasny usmiech, znak najczystrzego zadowolenia, jakie dawala mu swobodnie plynaca muzyka. Lena, obserwujaca Waldka ze zdumieniem, czula jego radosc. Kryla sie ona w intensywnym wibrowaniu dzwieku, w narastajacym temple i precyzji ruchow muzyka. Przed wszystkim jednak plynela z faktu, ze w tym momencie Waldek sprawial wrazenie zupelnie nieswiadomego, kim jest ani gdzie sie znajduje. Nie miala pojecia, w jaki sposob Waldek stal sie czescia tego przedstawienia ani tez, jak dlugo one trwalo. Zdumiona byla, iz ozywil te czesc swojej osobowosci, ktora od pewnego burzliwego popoludnia na pewnej wyspie uwazala za martwa. Gdy mu sie teraz przygladala, narastal w niej lek, ze swa obecnoscia psula Waldkowi radosc z gry. Dlaczego? Czy tak wlasnie nie bylo dotad. Powodowana niepokojem, zaczela przesuwac sie w tyl i zniknela w tlumie. Wzrok utkwiony miala w twarzy Waldka; on one podniosl oczu. Byla zadowolona, ze nie moze go juz dostrzec za sciana postaci, bo oznaczalo to, ze i on jej nie zobaczy. Znalazla sie znow w glownym holu, gdy jazz rosl ku pulsujacemu crescendo… Ostatnia nuta, z jakiegos powodu, ktorego Lena nie moglaby wyjasnic, przyniosla ulge. Na dziedzincu panowal chlod i wzgledny spokoj. Lena skierowala sie zatem w tamta strone. Waldek spotkal ja kolo drzwi i obiecal przylaczyc sie za kilka minut, z nowymi kieliszkami szampana. Lena znalazla sobie miejsce na niskim murku i usiadla przygladajac sie tancerzom. Wsrod par tanczacych pod drzewami dostrzegla Ele i Bogdana. Dobrze razem wygladali, sprawiali nawet wrazenie nieco wyrafinowanych. Moze z powodu strojow – Bogdan w smoking i Ela w sukni naszytej paciorkami, ktore lsnily, gdy padalo na nie swiatlo malenkich zaroweczek. Orkiestra oglosila pieciominutowa przerwe i Ela z mezem zeszla z parkietu. Powiedzial mu cos, a on skinal glowa i odszedl – najprawdopodobniej w poszukiwaniu baru. Ela zostala w cieniu jednej z fontann. Lena zobaczyla jakiegos mezczyzne, ktory odszedl od grupy stojacej przy drzwiach, a nastepnie okrazyl oswietlone drzewo i gawedzacych pod nim ludzi. To byl Gienek. Pomyslala przez chwile, ze dostrzegl ja. Jednak to Ela byla jego celem. – Gienek – powiedziala. – Czy pan mnie nie poznaje? – A powinienem? – zapytal, odwracajac wzrok. – Jestem Ela, siostra Lent. Wzial mnie pan chyba za nia; jej zdjecie w tej sukni zamieszczono we wszystkich gazetach podczas ostatniego karnawalu… Slowa Leny brzmialy lobuzersko. – Juz pani powiedzialem: potknalem sie – wymamrotal Gienek cicho. Ela rozesmiala sir wysokim glosem. – Lena jest gdzie tutaj, gdyby chcial Pan z nia porozmawiac… Moze powinienem zalatwic to z pania… Wzrok Gienka wedrowal po ciele Eli, az w koncu kobieta oblala sie rumiencem. Ela z trudem lapala powietrze. Widac bylo, ze jest zaintrygowana slowami Gienka. Wtem spostrzegla siostre. – Nie sadze, by panski pomysl byl dobry. Moja siostra jest tam, za panem. – Jeszcze nie ucieklas? – Prosze, mow dalej – zachecila go z promiennym usmiechem. – Jestem pewna, ze twoi wyborcy uczestniczacy w tej gali beda zachwyceni. Musiala podziwiac jego zdolnosci aktorskie… Szarpnieciem oswobodzila palce z jego uscisku. – Chcialem cie zawiadomic, ze jedziemy nad jezioro, do restauracji… jesli nie masz ochoty jechac ze wszystkimi, z przyjemnoscia pomade z toba do domu, gdy ich odwieziemy. – Nie – Nocna i stosunkowo dluga podroz limuzyna sam na sam z Waldkien nie byla tym, z czym chcialabym sie teraz zmierzyc. Lena ruszyla ku drzwiom budynku. Nalezalo sie jeszcze pozegnac i zamienic kilka slow ze znajomymi, ktorych mijala idac przez zatloczone sale… Oboje spostrzegli, ze ich okazaly samochod jest ciemny i pusty. – Mozemy zaczekac w samochodzie. Wsunal reke do kieszeni swego szytego na miare wieczorowego garnituru. Lena odetchnela z ulga. Waldek westchnal cichutko…
4. Grobla nad Baltykiem
-Wlasnie jechalem przez las. Jadąc na koniu przy grobli usłyszałem odgłosy innego jeźdźca, którego jednak nie mogłem dostrzec, widząc jednocześnie przemykający cień. Szybko dostrzegam światła gospody, przybywam na miejsce i opowiadam tom com przezyl. Owe zwierzenia wywołują poruszenie wśród obecnych tam gości. Od mojej opowiesci w karczmie zrobilo sie cieplej a nawet jakby jasniej. W rezultacie zabiera glos nasz stary belfer i opowiada historię Hajki. Hajka, syn geodety, spędza większość swojego czasu, pomagając ojcu w pracy. Trzyma się z dala od rówieśników i bierze udział w pomiarach i obliczaniu pasów ziemi. W wolnych chwilach uczy się hiszpanskiego i nosi się z zamiarem przeczytania dzieł Euklidesa, znajdujących się w posiadaniu jego ojca. Zdaje się on być zafascynowany morzem oraz groblami i spędza noce, wpatrując się w fale uderzające o wały przeciwpowodziowe. Zastanawia się nad zwiększeniem ochrony przed gwałtownymi przypływami poprzez usadowienie grobli pod bardziej płaskim kątem w kierunku morza. W domu przy świetle świecy tworzy ich różnorakie modele, które następnie testuje w pojemnikach na wodę, wywołując sztuczną falę. Jego ojciec szybko staje się niechętny w stosunku do jego poczynań i erudycji. Ale nadarza sie sytuacja. Gdy wójt grobelny Ferenc zwalnia swojego pomocnika, Hajka stara się o jego miejsce i zostaje przyjęty. Także i tutaj częściej pomaga on w obliczeniach i planowaniu, niż w stajniach, co wprawdzie podoba się samemu Ferencowi, ale nie przysparza mu sympatii u jego zwierzchnika Marcina. Konflikt między nimi jeszcze się zaostrza gdy jest on w stanie zainteresować swoją osobą córkę wójta, Ele… Niedługo potem umierają ojcowie Hajki i Eli, a protagonista otrzymuje w spadku dom i ziemię. Kiedy przychodzi czas na wybór nowego wójta grobelnego, raz jeszcze dochodzi do nieporozumień z Ferencem. Tradycyjnie aby móc sprawować ten urząd, trzeba udokumentować wystarczającą ilość własnych połaci ziemskich . Jako iż Hajka nie spełnia tych wymagań, na stanowisko ma zostać powołany pełnomocnik. Jednak podczas spotkania ze starszym wójtem, Ela oznajmia, że zaręczyła się z Hajka, a dzięki ich małżeństwu jej przyszły mąż otrzyma wszystkie ziemie należące do jej ojca. Tym sposobem protagonista dostaje wymarzoną pracę. Hajka nosi się z zamiarem użycia nowego rodzaju grobli, którą wymyślił i zaplanował jeszcze w dzieciństwie. Przed jej starą częścią nakazuje wzniesienie innej, co ma przynieść mieszkańcom nowe poldery, a co za tym idzie miejsce uprawne dla rolników. Zwyczaje chłopów mówią jednak, że we wznoszonej konstrukcji należy umieścić „coś żywego”. Wcześniej odkupywano od Cyganów małe dzieci, które następnie zasypywano żywcem w masach piasku. Sam Hajka nie wyraża jednak zgody na ową procedurę. Także w momencie gdy robotnik chce pogrzebać psa, wójt ratuje zwierzę. Cała społeczność utwierdza się więc w przekonaniu, że nad groblą będzie ciążyła klątwa. Mieszkańcy wioski są również zaniepokojeni siwym koniem wójta, którego ten odkupił w bardzo złym stanie od pewnego wędrowcy. Według miejscowej ludności zwierzę nosi w swoim szkielecie upiór Jozefa, o którym słuch zaginął zaraz gdy zakupił konia. On sam jest także łączony z diabelskimi mocami, a nawet określany szatanem. Niezadowolenie budzi również fakt, iż Hakja posiada grunty w nowych polderach, przez co sam zyska na budowie grobli. Dniami obserwuje on jej konstrukcję, objeżdżając ją na jego siwym koniu. Nowa grobla trzyma się solidnie w obliczu licznych przypływów, jednak stara część , która jest najbardziej wysunięta w kierunku morza, jest przez wójta zaniedbywana. Lata później, gdy nadchodzi przypływ stulecia i stara konstrukcja grozi pęknięciem, adwersarz Hajki, Marcin nakazuje przekłucie nowej grobli, mając nadzieję na skierowanie siły wody na pobliskie poldery . Wójt jednak wzywa do siebie robotników i nakazuje zaprzestanie dalszych prac. Skutkuje to pęknięciem starej konstrukcji. Z obawy o życie męża, Ela wraz z chorą umysłowo córką Danka, udają się na groblę. Przerażony Hajka widzi z oddali jak woda przedziera się z impetem i porywa jego rodzinę. Zrozpaczony udaje się na swoim siwym koniu na miejsce i znika w otchłaniach wodnych, wypowiadając słowa: -Panie, zabierz mnie, ocal pozostałych. Na tym kończy się opowiadanie belfra. Wskazuje on na to, że inne osoby zapewne opowiedziałyby tę samą historię w inny sposób. I tak wszyscy mieszkańcy wioski są przekonani, że do szkieletu konia po śmierci Hajki znów ktos powrócił…
5. Rozwazenienie swietej agonii
Osobiscie chcialbym wyrazic tutaj oburzenie, że z pracowitego człowieka, jakim był Hajka, robi się upiorną postać. A co do wzniesionej przez wójta konstrukcji to wam powieść, ze nadal dobrze się sprawuje, choć opowiedziane zdarzenia miały miejsce przed niespełna stu laty… Henryk Sienkiewicz pragnal, zeby jego dziela “trafily pod strzechy”, do kazdego polskiego domu i nie tylko. Stad na koniec przekazuje wam pewna informacje o tworczosci Pabla Picassa. Ongis artista bedac w Warszawie namalowal “Syrenke”. Najswiezsza informacje o jego obrazie znalazlem ostatnio w ubikacji w warszawskich “wiszacych tarasach”. Otoz Syrenka teraz wisi na scianie boku mieszkalnego w miescie Kolo. “Daleko tobie do republiki, kraju moj! Trzeba by wiekow, by nauczyc wszystkie dzieci, ze sa rownymi mi, ze nie ma pierworodnych i pasierbow.” Zrobmy wszystko, by rany na wspolczesnym obrazie Polski nie zabliznialy sie “blona podlosci.” Wewnetrzny pejzaz duszy, rycerskosc. Kontrast, zmienny nastroj, gwaltowna zmiana tonacji, to niebywaly styl pisarski Emila Zoli i Stefana Zeromskiego… Ozywa pamiec wydarzen, ktore ci ludzie, ich bohaterowie, chcieliby zepchnac na samo dno swiadomości. W nowelach Zeromskiego, uderzaja w nich echa lasu. (Patrz, Jan Rozlucki w “Echach lesnych”). Ale rowniez – walka Gibalow o prawo do istnienia w “Zmierzchu”. Tam opisana zwierzeca praca pary bezrolnych chlopow szlamujacych staw od rana do nocy. W “Doktorze Piotrze” tragiczna koniecznosc wyboru pomiedzy miloscia do matki i stron ojczystych a odpowiedzialnoscia za wyzysk obywateli, robotnikow, z ktorego sie bezswiadomie korzystalo. “Odbite, wypedzone glosy drzaly kedys za swiatem i zza swiata wolaly. Przelekle, niewymowne wracaly z dali, z moczarow, gdzie nikt nie chodzi, gdzie straszy.” Wnioski z polskiej historii nasuwaja sie tutaj oczywiste. Nie chcialbym byc w skorze “stanczykow galicyjskich”, ktorzy byli winni kleski powstania 1864. Zarazem pragne widziec “nedze” wspolczesnych obywateli mojej ojczyzny. Jestesmy po wyborach do parlamentu europejskiego. Otoz “nikczemnosc moralna, zbior wszystkiej najgruntowniejszej, najwszechstronniejszej glupoty, nicosc patriotyczna, slamazarnosc,” to cos powtarzamy w naszych dziejach. Nie wiem, czy w moich opowiesciach pojawilaby sie tak okrutna bezwzglednosc zwierzecia walczacego o byt (jak to mialo miejsce u Zeromskiego). Ale u mnie pojawilby sie wymiar jeszcze bardziej uniwersalny. Uwazam, ze sytuacje popowstaniowa, rodem a okupowanej i pod zaborami bedacej Pokski, juz miala miejsce wszedzie na swiecie. Na razie jest to jednak uniwersalizm niechciany. Naturalizm powtorzyl sie wczesniej, chocby podczas wypral krzyzowych, w XIV stuleciu, gdy szalala “czarna ospa”, nastepnie w czasie wojny trzydziestoletniej. Markietanki, zolnierze z pola bitwy wynosili rzeczy i ubrania po zmarlych, sciagali buty z nieboszczyka, a najczesciej wszelkie kosztownosci… W naszych czasach mamy demokracje. Zeromski znow powiedzialby: Precz z tytulami – ksiaze i pan. Zetrzyjmy slad haniebnych lat. Zawsze bywalem pid wrazeniem jego dziel. Na przyklad przed nami “Echa lesne” -rzecz o trzebieniu lasu… Siedze z orderami, pan general, pisarz, geometra, dwie partie chlopow, urzednicy… Budzi mnie adjutant, strzaly… I ja tam bylem. Kazalem zlozyc sad polowy. Pluton zolnierze, w lesie zastrzelili. Jakie czynimy przygotowanie do smierci… Nad grobem mojej matki, zaraz tez Zeromskiego bohatera, Rymwida kapitana, patrze w moje “szelmowskie oczy,” i widze, ze na tej ziemi, tutaj juz wszyscy sa siwi… stad moj patos moralny i niepokoj o postawe czlowieka. Przywiazanie do ziemi ojczystej, do piekna jej prostego krajobrazu, ukochanie niepodleglosci i uczucie odpowiedzialnosci za los calego narodu, za los jego majbardziej cierpiacych synow. I ja napisalem wam tutaj jakby o pchaniu na ciezkich taczkach blota i szlamu, wykopanego ze stawu, celem zbudowania nowej grobli. Jak mozecie sie przekonac z mojego zyciorysu naocznie, zjezdzilem caly swiat, by groble fundowac nad polskim morzem. Akwen olbrzymiej wody, a wczesniej pewna struga, towarzyszyla mi od lat niemowlecych. W latach radosnego dziecinstwa w Zabkowicach chodzilismy z kolegami nad struge, aby sie wykapac… Chcialbym rozmilowac was w pracy dla Polski. Bo widzialem w zyciu takze rozpaczliwy rozlam spoleczenstwa polskiego, ciemnote i jego zdziczenie, ktorego wiekowa niewola i nedza i konserwatyzm szlachecki kiedys wepchnely na droge wrogosci i walki klas. Czy kapitalizm wchlonie demokracje? Jeszcze tego nie wiem. Opowiesc te skreslono w zimie 2005 roku, o trzy godziny drogi od Warszawy; nie moze tu byc wiec zadnej wzmianki o wydarzeniach wyborczych 2019 roku. Wiele lat wprzody, gdy papiez Polak z ewangelia Jezusa Chrystusa przebiegal Europe i swiat, traf pomiescil mnie na stancji w domu pewnego kanonika; bylo to w Olsztynie, szczesliwej osadzie. Pobyt przeciagnal sie dosc dlugo, mielismy czas zaprzyjaznic sie z kanonikiem… Oglaszam te opowiesc nic nie zmieniajac w rekopisie z roku 2005… Czuwajcie, gdyz nieprzyjaciel nie spi. Coz wam powiedziec, tym razem? Zawczasu uzbrojcie sie w orez modlitwy, abyscie nie zostali zaskoczeni i wciagnieci w grzech. Epoka nasza ma takze godzine mrokow. Tutaj chcialbym stanac z wami, kochani moi czytelnicy, w Ogrodzie Getsemani w Jeruzalem, tam gdzie Jezus byl szczegolnie doswiadczany. Ale po kolei. Jezus oddaliwszy ich (tzn. apostolow) odchodzi na rzut kamieniem i kladzie sie twarza ku ziemi. Jego dusza tonie w morzu udreki i dotyka najprzenikliwszego smutku. (przyp. autora eseju, “bo sam tego chcial”). Zlowieszcze cienie przemykaja w blada noc. Ksiezyc wydaje sie nabrzmialy krwia. Wicher porusza drzewami i przenika do kosci. Cala przyroda zdaje sie drzec w tajemnym przestrachu! O Nocy, jakiej nigdy nie bylo! Getsemani, oto miejsce, gdzie Jezus sie modli. Odziera swoje swiete Czlowieczenstwo z sily, do jakiej ma ono prawo dzieki zjednoczeniu z Osoba Boska. Zanurza je w czelusc smutku, trwogi, upodlenia. Jego duch wydaje sie pograzony… Widzi juz teraz cala swoja Meke… Jezus od pierwszej chwili wszystko przyjal, na wszystko sie zgodzil. Dlaczego to krancowe przerazenie? Bo wystawil swoje swiete Czlowieczenstwo niczym tarcze, w ktora bija ciosy Sprawiedliwosci, zniewazanej grzechem. Jego osamotniony duch zywo odczuwa wszystko, co przyjdzie Mu wycierpiec. Za taki grzech, taka kara… Jest zmiazdzony, bo sam wydal sie na lek, na slabosc, na skonanie. Wydaje sie dochodzic granic cierpienia, lezy wyciagniety twarza ku ziemi przed Majestatem swego Ojca. Swiete Oblicze Czlowieka – Boga, ktore cieszy sie blogoslawiona wizja Boga, lezy w pyle ziemi, zmienione nie do poznania. Moj Jezu! Chcesz nauczyc mnie, owladnietego pycha, ze aby obcowac z niebem, musze pochylic sie az do ziemi. Padasz, by odkupic moja arogancje. Chylisz sie az do ziemi, jakbys chcial zlozyc na niej pocalunek pokoju, pogodzic niebiosa z ziemia… W Getsemani Jezus wyciaga ramiona i modli sie. Jaka bladosc smiertelna okrywa Jego twarz. Blaga Ojca, ktory odwraca sie od Niego. I wie, ze tylko On moze zadoscuczynic nieskonczonej Sprawiedliwosci (obrazanemu Bogu) I pogodzic Stworce ze stworzeniem. Pragnie, domaga sie tego. Ale cala Jego natura wzdraga sie przed taka ofiara. Duch wszakze jest gotow na unicestwienie i twarda walka trwa… A jednak widzac Cie slabym i ponizonym mozemy Cie prosic Jezu, zebys wzial na siebie cala nasza slabosc, zebys dal nam swoja sile. Pragniesz nas nauczyc, ze tylko w Tobie mamy pokladac cala nasza ufnosc, nawet jesli niebo wydaje sie ze spizu. Ten sam Jezus- chociaz wie, ze nie zostanie wysluchany, “bo sam tego pragnie,” jednak modli sie. (“Oddal ode mnie ten kielich”). Jakaz zawrotna tajemnica! Chwiejnym krokiem idzie do uczniow. “Szymonie, spisz?” Jakze nagle czuje sie samotny i odepchniety! Zwraca sie ku innym: “Nie mogliscie wiec czuwac jednej godziny ze Mna? Przynajmniej we wlasnym interesie, czuwajcie i modlcie sie”. – O moj Jezu, ilez szlachetnych dusz, wzruszonych Twoimi skargami, trwa u Twego boku w Ogrodzie Oliwnym, dzielac Twa gorycz i smiertelne udreczenie! Ilez serc poprzez wieki wielkodusznie odpowiedzialo na Twoje wezwanie! Oby pocieszyly Cie i oby, dzielac Twoje cierpienia, mogly wspolpracowac w dziele zbawienia… Zauwazmy chrzescijanskie znaczenie Boga Ojca w zyciu ludzi wierzacych: zdeptana chwala Ojca przez kazdy grzech z osobna… Ale teraz w Getsemani, dwie sily, dwie milosci scieraja sie w Jezusa sercu. Zwycieza obrazona sprawiedliwosc. Jezus drzy jak lisc. -Ojcze, pragne Twojej chwaly, ale nie za te cene! Nie zebym Ja, sama Swietosc, az tak zostal splamiony grzechem. Jezus uprasza o jakis inny sposob zbawienia… Bez odpowiedzi jednak. Budzi uczniow, ale juz nic nie mowi. -Jezu moj! Jakze ogromna troske czytam w Twoim sercu, przepelnionym udreka… teraz Jezus wrecz pada na ziemie. -Moglbym uznac prawdziwa wartosc ceny, jaka ja place, by czlowieka odkupic i dac mu zycie dziecka Bozego – wydaje mi sie ze slysze takie skargi Zbawiciela… Jezus widzi czlowieka, ktory nie wie, bo nie chce wiedziec… ktory bluzni Bozej krwi… Ale garstke ludzi, ktorzy skorzystaja z Jego krwi juz widzi w Getsemani. Wiec wstaje, idzie niezwyciezony… -A ja Jezu pragne uczestniczyc w Twojej swietej agonii. Tym bardziej, ze jestem niemowleciem w trwaniu i odpowiedzi na twoja najwieksza milosc do czlowieka. Wrecz nie znam Ciebie wcale. I swiadom jestem, jak bardzo raczkuje zaledwie chodzac po ziemi, i nie trafiam w istote zycia mojego. Ale wreszcie jestem przekonany, ze powiedzie mi sie na drodze do stawania sie madrym czlowiekiem, bedac w pokoju z Toba- bo tylko z Toba – Jezu, moge adorowac moj zapomniany bialy krzyz ziemskiej wedrowki do nieba i ku braciom w pelni, i moge z powodzeniem przejsc ku ostatniej dojrzalosci w wierze. Ida lata a moj bialy krzyz nie zna juz, kto pod nim spi. Coz mam tutaj wspomniec Jezu? Oby moja dusza upoila sie Twoja krwia i nakarmila sie chlebem Twojej bolesci ostatecznie! Amen.
To co mam, to radość młodych lat
Stanisław Barszczak, To co mam, to radość młodych lat, to wiara, że naprawdę umiem żyć
Dzisiaj mamy trzynasty dzień miesiąca. Na szczęście to nie piątek, ale to dobra okazja, aby zwrócić uwagę na przesądy i obyczaje, jakimi kierują się artyści. Jakie są przesądy na przykład w operze? W teatrze dramatycznym aktorzy przydeptują tekst, jeśli im upadnie.
“Ja też tak robię! Przydeptuję nuty, jak spadną, nie tylko, kiedy jestem w operze. To jest nawyk wyniesiony z domu, tato mnie tego nauczył,” mówi Aleksandra Kurzak, polska artystka operowa.”W domu też przydeptujesz?- Zawsze. -A inne przesądy? Historię Pavarottiego każdy zna. “Pavarottiemu szczęście przynosiły gwoździe. I najlepiej było, żeby gwóźdź był zgięty. Jak tylko zobaczył taki zgięty gwóźdź na scenie, był szczęśliwy. Wiedział, że to dobra wróżba. Ponoć podkładano mu gwoździe w takich miejscach, żeby znalazł je w drodze na scenę. U nas w domu taką szczęśliwą wróżbą było oczko w rajstopie. To przesąd mojej mamy, nie wiem, czy powszechny wśród śpiewaków. Jak poszło oczko, to zawsze na szczęście. I nieraz było tak, że jak szłam na scenę i w ostatniej chwili zauważyłam takie oczko, to oddychałam z ulgą,” wspomina pani Aleksandra. Jesteśmy rodziną z korzeniami ze wschodu, to przesądów u nas nie brakuje. Zwracało się na przykład u mnie w domu uwagę na czarne koty- jeżeli kot przebiegł drogę, trzeba było powiedzieć wierszyk.
Przeznaczenie i los towarzyszą ludziom od zarania dziejów. Bolesław Prus w “Emancypantkach” pisał: “Jest już schyłek października, o czym mówi rudożółtawe światło, którym słońce, kryjąc się za Warszawą, pomalowało domy Pragi, kominy odległych fabryk i szare, zamglone pola. Światło jest zwiędłe, jakby zaraziło się od zwiędłych liści albo nasiąkło rudą parą lokomotywy, która w tej chwili sunie daleko poza Pragę i znika jeszcze dalej, uwożąc jakichś ludzi, może jakieś nadzieje. Szkaradne światło, które przypomina schyłek października, szkaradna lokomotywa, która każe myśleć, że wszystko na tym świecie jest w nieustannym ruchu i znika dla nas, ażeby pokazać się innym, gdzie indziej.”
Jestem pod wrażeniem mojej lektury “Ojca chrzestnego”. Posłuchajcie tej sceny, jakkolwiek ona nie zmieniłaby nic w waszym obecnym życiu, dla mnie pozostaje znakiem naszych czasów. “Znamy się od wielu lat- przemówił do przedsiębiorcy pogrzebowego- ale do dzisiejszego dnia nigdy nie przychodziłeś do mnie po radę czy pomoc. Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio zaprosiłeś mnie do swego domu na kawę, chociaż moja żona jest matką chrzestną twojego jedynego dziecka. Bądźmy ze sobą szczerzy. Pogardziłeś moją przyjaźnią.Bałeś się być moim dłużnikiem.- Nie chciałem popaść w kłopoty wymamrotał Bonasera. Don podniósł rękę.- Nic nie mów. Uznałeś, że Ameryka jest rajem. Interes szedł ci dobrze, zarabiałeś na dobre życie, uważałeś świat za nieszkodliwe miejsce, gdzie możesz do woli korzystać z przyjemności. Nigdy nie otoczyłeś się prawdziwymi przyjaciółmi. Bądź co bądź chroniła cię policja, istniały sądy, tobie i twoim nie mogło stać się nic złego. Nie potrzebowałeś dona Corleone. W porządku. Moje uczucia były zranione, ale nie jestem człowiekiem, który narzucałby swoją przyjaźń tym, którzy jej nie cenią… tym, którzy uważają, że niewiele się liczę. Don przerwał i uśmiechnął się do przedsiębiorcy pogrzebowego uprzejmym, ironicznym uśmiechem. A teraz przychodzisz do mnie i powiadasz: donie Corleone, proszę o sprawiedliwość. I nie prosisz z uszanowaniem. Nie ofiarowujesz mi swej przyjaźni. Przychodzisz do mojego domu w dzień ślubu mojej córki i prosisz mnie o dokonanie morderstwa, i mówisz tu głos dona stał się szyderczym przedrzeźnianiem – zapłacę, ile pan zechce. Nie, nie jestem obrażony, ale co ja zrobiłem, że mnie traktujesz tak bez szacunku? Bonasera wykrzyknął w udręce i strachu: -Ameryka była dla mnie dobra! Chciałem być dobrym obywatelem. Chciałem, żeby moja córka była Amerykanką. Don klasnął w dłonie z wyraźną aprobatą. Dobrze powiedziane. Doskonale. Więc nie masz na co się skarżyć. Sędzia zawyrokował. Ameryka zawyrokowała. Zanieś córce kwiaty i pudełko łakoci, jak pójdziesz ją odwiedzić w szpitalu. To ją pocieszy. Bądź zadowolony. Ostatecznie to nie jest poważna sprawa, chłopcy byli młodzi, rozhukani, a jeden z nich jest synem wpływowego polityka. Nie, mój drogi Amerigo, ty zawsze byłeś uczciwy. Muszę przyznać, choć pogardziłeś moją przyjaźnią, że bardziej ufałbym słowu Ameriga Bonasery niż czyjemukolwiek innemu. Dlatego daj mi słowo, że wyrzekniesz się tego szaleństwa. To nie po amerykańsku. Przebacz. Zapomnij. Życie jest pełne nieszczęść. Okrutna i pogardliwa ironia, z jaką to wszystko zostało powiedziane, hamowany gniew dona przemieniły biednego przedsiębiorcę pogrzebowego w dygocącą galaretę, lecz mimo to przemówił dzielnie znowu: -Proszę o sprawiedliwość.
Don Corleone odparł krótko: Sąd wymierzył ci sprawiedliwość. Bonasera uparcie potrząsnął głową.-Nie. Wymierzył sprawiedliwość tym młodym. Nie mnie. Don skwitował to subtelne rozróżnienie aprobującym kiwnięciem głowy, po czym zapytał:- Jaka jest twoja sprawiedliwość? -Oko za oko odrzekł Bonasera. Żądałeś więcej przypomniał don. Twoja córka żyje. Niech oni cierpią tak, jak ona cierpi rzekł z wahaniem Bonasera. Don czekał, co powie dalej. Bonasera zebrał się na ostatek odwagi i zapytał: – Ile mam panu zapłacić? Był to rozpaczliwy jęk. Don Corleone odwrócił się odeń plecami. Oznaczało to odprawienie. Bonasera ani drgnął. W końcu, wzdychając jak człowiek o dobrym sercu, który nie może długo się gniewać na błądzącego przyjaciela, don Corleone obrócił się na powrót do przedsiębiorcy pogrzebowego, który był teraz blady jak jeden z jego nieboszczyków. Don Corleone mówił łagodnie, cierpliwie:- Dlaczego boisz się zachować lojalność przede wszystkim wobec mnie? zapytał. Zwracasz się do sądów i czekasz całe miesiące. Wydajesz pieniądze na adwokatów, którzy doskonale wiedzą, że wyjdziesz na głupca. Przyjmujesz wyrok sędziego, który jest sprzedajny jak najgorsza dziewka z ulicy. Od lat, kiedy potrzebowałeś pieniędzy, chodziłeś do banków,płaciłeś rujnujące procenty, czekałeś z czapką w ręku jak żebrak, podczas gdy oni węszyli, wsadzali ci nos w tytek, by się upewnić, czy zdołasz ich spłacić. Don przerwał, jego głos stał się surowszy. A gdybyś przyszedł do mnie, moja kieska byłaby twoją. Gdybyś przyszedł do mnie po sprawiedliwość, te szumowiny, które skrzywdziły twoją córkę, płakałyby dziś gorzkimi łzami. Gdyby przez jakieś nieszczęście taki porządny człowiek jak ty narobił sobie wrogów, staliby się oni moimi wrogami… don podniósł rękę z palcem wymierzonym w Bonaserę a wtedy, wierz mi, baliby się ciebie. Bonasera pochylił głowę i wymamrotał zdławionym głosem:- Niech pan mi będzie przyjacielem. Przyjmuję.” (M. Puzo, Ojciec chrzestny)
A teraz chciałbym Wam opowiedzieć o szczególnej atmosferze, która towarzyszyła latom trzydziestym mojego urywanego życia. Nigdy nie zapomnę owego nastroju wyniesionego z domu matki na ulicy Związku Orła Białego 36 w Ząbkowicach. Jak wiecie przed wielu laty zakupiłem dom w moich Ząbkowicach, gdzie spędziłem czas dzieciństwa. Tam zacząłem pewnego dnia spisywać moje myśli. Tak myślałem, ale trudno mi było myśleć o czymkolwiek w domu matki- tak go nazywam teraz, bo w mej pamięci zachował się jako pomnik wystawiony przeze mnie mojej matce- wracając nieustannie do niego zawsze odczuwałem niedosyt nasycenia się nim. Przyczyny takiego stanu rzeczy kładłem na bark mojego braku dorosłości.
Olga Tokarczuk, wybitna polska pisarka napisała:”Wcale nie trzeba wychodzić z domu, żeby poznać świat – powiedziała nagle Marta, gdy obierałyśmy groszek na schodach przed jej domem. Zapytałam, jak. Może myślała o czytaniu książek, oglądaniu wiadomości, słuchaniu Radia Nowa Ruda, włóczeniu się po internecie, przeglądaniu gazet, chodzeniu na plotki do sklepu. Ale Marta miała na myśli bezowocność podróży. W podróżach trzeba zajmować się sobą, żeby dać sobie radę, patrzeć na siebie i na to, jak pasuje się do świata. Jest się skupionym na sobie, myśli się o sobie, sobą opiekuje. W podróżach zawsze w końcu natyka się na siebie, jakby się samemu było ich celem. We własnym domu po prostu się jest, nie trzeba z niczym walczyć ani niczego zdobywać. Nie trzeba pilnować połączeń kolejowych, rozkładów jazdy, nie trzeba zachwytów i rozczarowań. Można siebie samego zawiesić na kołku, a wtedy widzi się najwięcej.” (Olga Tokarczuk, Dom dzienny, dom nocny)
Ale ten dom mnie zawsze przerastał, a ja świadomie hołdowałem tej myśli, jak też innej, że kiedyś w pięknej przyszłosci mój dom zapełnię ostatnią radością ludzkiej a spełnionej egzystencji. Olga Tokarczuk to ładnie ujęła: “Dom jest jak gąbka, która wchłania myśl, zanim ta powstanie. W zamian nie daje nic, nie obiecuje, nie zwodzi, nie ma w nim przyszłości, a przeszłość zamienia w przedmioty. Dom Marty jest do niej podobny – tak jak ona nie zna niczego, ani Boga, ani jego stworzeń, ani nawet siebie samego, nie chce niczego wiedzieć o świecie. Jest w nim tylko jedna chwila, tylko teraz, ale ogromne, rozciągnięte we wszystkie strony, przytłaczające, nie dla człowieka. Potem nagle zapadł zmierzch, nie zauważyłam nawet, kiedy zrobiło się ciemno. I byłabym tak siedziała, hipnotyzując się własnym oddechem. Nie obudziłabym się, gdyby nie ten stary cynowy talerz – świecił potężną, chłodną poświatą, zalewał nią całą kuchnię, rozświetlał swoim blaskiem moje ręce, doczepiał rzeczom cienie. Odbijał w sobie wszystkie przeszłe i przyszłe księżycowe pełnie, wszystkie jasne, rozgwieżdżone nieba, wszystkie płomienie świec i światła żarówek, i zimne strumienie wszelkich jarzeniowych lamp.”
Na początku tego miesiąca w Rzymie została kanonizowana Matka Teresa z Kalkuty. Jak pięknie ona mówiła o tym, że każdy człowiek jest chciany przez Boga, jest do niego podobny. Zakochany w tych myślach znalazłem się pewnego dnia w dalekiej Kalkucie. Także tamtej atmosfery niesamowitego ruchu nigdy nie zapomnę. Tłumy w Kalkucie kierowały moją myśl ku Bogu w nadzwyczajny sposób. Obecna refdleksja jest tego dowodem. A teraz po latach otwarłem się jeszcze na fragment z Ch. Baudlaire’a: “Nie każdemu jest dane brać kąpiel w wielkomiejskim tłumie: rozkoszowanie się nim jest sztuką; i tylko ten może łyknąć energię życiowej na rachunek rodzaju ludzkiego, w kogo wróżka tchnęła w kołysce pociąg do maski i maskarady, nienawiść do własnego domu i pasję podróżowania. Tłum, samotność: pojęcia równoważne i wymienne dla aktywnego i twórczego poety. Kto nie umie zaludnić samotności, nie potrafi być sam pośród tłumu. Poeta ma ten niezwykły przywilej, że według upodobania może być sobą i kimś innym. Jak dusza tułający się w poszukiwaniu ciała, kiedy zechce wstępuje w dowolną osobę. Dla niego jednego wszystko stoi otworem; a jeśli pewne regiony wydają się przed nim zamknięte, to dlatego, że w jego mniemaniu nie warto ich odwiedzać. Pogrążony w zadumie samotny wędrowiec znajduje osobliwe upojenie w poczuciu powszechnej wspólnoty. Ten, kto umie zespolić się z tłumem, zna febryczne rozkosze, których na wieki pozbawiony będzie egoista, zamknięty jak skrzynia, i gnuśnik, zasklepiony jak ślimak w swojej skorupie. Ten przyjmuje za swoją każdą profesję, każdą radość i każdą niedolę, z którą zetknie go przypadek. To, co ludzie nazywają miłością, jest małe, przyziemne i słabe w porównaniu z ową niewysłowioną orgią, ze świętą prostytucją duszy, która oddaje się cała, z poezją i miłosierdziem, pojawiającej się nagle niespodziance i przechodzącej obok zagadce. Warto czasem uświadomić szczęśliwym tego świata, choćby tylko po to, aby na chwilę upokorzyć ich głupią pychę, że istnieją doskonalsze odmiany szczęścia, bogatsze i subtelniejsze. Pasterze ludów, kolonizatorzy, misjonarze wygnani na koniec świata doznają zapewne czegoś pokrewnego tym tajemniczym upojeniom; i na łonie wielkiej rodziny ożywionej ich duchem śmieją się czasem z tych, którzy litują się nad ich losem, takim niepewnym, i życiem, takim cnotliwym.”
Co zostawiłem sobie jeszcze na koniec tego eseju? Mianowicie fragment z J.D. Salingera: “W każdym razie wyobrażam sobie małe dzieci, które hasają na wielkim polu wśród łanów żyta. Tysiące dzieciaków, a w pobliżu nikogo – nikogo z dorosłych – oprócz mnie. A ja stoję na skraju jakiegoś strasznego urwiska. Moim zadaniem jest łapać każdego, kto zbliży się do przepaści – jeśli któreś z dzieciaków rozpędziłoby się, nie patrząc, dokąd biegnie, wtedy pojawiałbym się ja i łapałbym go, żeby gówniarz nie spadł. Tym zajmowałbym się przez cały dzień. Czuwałbym nad tymi dziećmi w zbożu. Wiem, że to głupie, ale tylko coś takiego chciałbym w życiu robić. To strasznie głupie, wiem.” (J.D. Salinger, Buszujący w zbożu) Tak więc zawsze chciałbym obronić niewinne stworzenia od przypadkowego zniknięcia, to był główny powód moich wojaży po świecie, zabierałem moje marzenia na koniec globu. A teraz o tę łaskę ratowania bezbronnych na całym świecie, w tej liczbie Hindusów, objętych wojną Syryjczyków, jak też uchodźców z linii frontu, przybywających do Grecji, Niemczech, czy koczujących pod gołym niebem po stracie domostwa w ostatnim trzęsieniu ziemi Włochów, usilnie Boga proszę w każdej modlitwie.
Friends, there is no Left in Poland politics.
Stanislaw Barszczak, You are everything to me- the verdict of life
(This world is more radical than ever before, Salman Rushdie said. The myths, political fairy tales. Salman Rushdie is master of the “Magic Realism”, in his latest book the writer explains what these dramatic realities are.)
On the 21st floor of a building near Central Park, New York, a corridor of closed doors and discreet nameplates leads to that literary holy of holies, “the Jackal” Agency. There I have an appointment with their most refulgent star of all: Salman Rushdie. Within moments Salman Rushdie, equally punctual, arrives and breaks the spell. He is affable and warm in greeting, hot in person – this is Manhattan in midsummer. His striped linen shirt, cotton trousers, white socks and trainers manage to avoid any hint of fashion except of the engagingly crumpled variety. We have met before, in a distant past in London when Rushdie was still living under the Ayatollah Khomeini’s fatwa (prompted by Rushdie’s 1988 novel The Satanic Verses), with no known address, bodyguards at his side, forced to travel in armoured cars. For the past 15 years he has lived in New York. His 12th novel, Two Years Eight Months and Twenty-Eight Nights, will be published round the world in the English language this week. On this novel, Salman Rushdie talks about the folklore and the city that inspired it, the importance of the right to disagree – and why talk of his wild social life is greatly exaggerated . Set in the near future after a storm strikes New York City, Two Years features a gravity-defying gardener called Geronimo, and Dunia, princess of the jinn. They tend to be amoral, sneaky, lustful, power-hungry and irreligious.
“The source material is a great storehouse of tales I grew up with, that made me fall in love with reading. I thought this is the literary baggage I’ve carried around all my life and now I’m putting my bags down. Let’s see what happens when I unpack them and those stories escape into this place,” Salman Rushdie says. At fewer than 300 pages and having taken three years to write, it is one of Rushdie’s shorter books. It traverses the world of the 12th-century philosopher Ibn Rushd (Averroes), spanning New York and Fairyland, with walk-on parts for Isaac Newton, Henry Ford, Mother Teresa and Harry Potter. “Yes they’re all there to be squeezed in,” Rushdie says, as if in explanation, “It might be the funniest of my novels.” This means that you, like all the descendants of Ibn Rushd, Muslim, Christian, atheist or Jew, are also partly of the jinn. The jinni part, being far more powerful than the human part, is very strong in you all, and that is what made it possible for you to survive the otherness in there; for you are Other too.
Despite its subject matter, Two Years is surprisingly benign. “Yes, it’s almost a series of love stories,” Rushdie agrees, a softness in his always well-modulated voice. “I thought it would be so easy, given the news every day, to make a despotic fantasy in which everything is terrible, then it gets worse and ends horribly. That’s exactly why it isn’t interesting to do that. So what should I do instead? I had the idea that there might be a future which is a lot better than we currently have any right to expect.” “The novel is, I think, about reason and unreason. You can’t simply say rational is good and irrational bad. One aspect of unreason is imagination and dream. When reason and fantasy are combined, they produce wonders. When separated they create monsters. I think many people feel these days that the familiar rules of the world seem not to apply any more.”
Is he referring to a loss of courtesy and decency, or to security, war, technology? “I mean the way we think things are. We all have our own understanding of what the world is and how it works. And suddenly a whole range of things have happened, partly technological, partly political, the end of the cold war, the rise of religious extremism, the transformation of the world by electronic communication. Suddenly a lot of people, I think, feel a little at a loss.” “Is that people only ever hear the word magic. The point is that it is a way of trying to combine the fantastic and the realistic into a single narrative.”
Today the question of religious fanaticism has become so central to all of us we all have to think about it. At least I can do my best to use the experience I have had to try to respond as an artist.” Rushdie perceives the Islamic revival as “a narrative of power which can confront overweening western power, and make otherwise very powerless individuals feel as if they’ve got some power.” One of the most striking things in the past 25 years, he has noticed, is the cheapening of the value of individual human life, “which certainly a humanist tradition would value very highly. Individual life has become, for many people, disposable.
The American Christian right is a force closer to home. I do think God is responsible for a lot of trouble. But other respects America has been a time of redemption and reunion.
As Rushdie said so pertinently in his memoir, “Migration tore up all the traditional roots of the self”. Of New York he observes: “The very rich immigrant texture of this city is something I find endlessly fascinating. And by the way, it has created a rich new wave of American literature. We all know American literature owed a lot to European culture, to Italian, to eastern European Jewish migration and so on. I don’t feel particularly alienated from England. It’s just that in New York I found a place that I like living. 2Most of my closest family are still there. I am so rooted to England, he says. Salman Rushdie works an ordinary office day, rarely breaking for lunch. I’m not a 5am person or I used to work till lunchtime then go off and play tennis. He laughs I’m quite a gregarious person. But a writer’s life is a writer’s life. i spend most of my time alone in a room. If you don’t, books don’t get written. As it happens, I’ve written a lot of books, which means I must have spent a certain amount of time alone in a room… You know it never used to be like that. I think it was entirely because when I first came to New York I became involved with an extremely beautiful woman and that’s when all this started. There’s nothing much I could do about it. That’s what happened. I was extremely fortunate.
Rushdie has 1.06 million followers on Twitter. Twitter gives you a megaphone. Some of his tweets are extremely funny. One, from a student in Nepal, said: “Dear Sir, with due respect our college teacher told us you have african [sic] girlfriend younger than you?” Rushdie, now 68, replied: “Nonsense. My girlfriend is from Antarctica and is much older than I am. I hope that helps.” It is always the simple that produces the marvelous. Kindness is always fashionable, and always welcome. Love is when the other person’s happiness is more important than your own. Sometimes the heart sees what is invisible to the eye. The smile is the beginning of love. Love is composed of a single soul inhabiting two bodies. Spread love everywhere you go. Let no one ever come to you without leaving happier. I have found the paradox, that if you love until it hurts, there can be no more hurt, only more love, saint mother Teresa says. A new command I give you: Love one another. As I have loved you, so you must love one another, Jesus Christ said. The most powerful weapon on earth is the human soul on fire.
So, Salman Rushdie isn’t the man who lost his memory and gave much to neuroscience. No, no, he is gentelman. Rushdie knows the face of the woman he loves as a sailor knows the open sea. A very small degree of hope is sufficient to cause the birth of love. Love does not dominate; it cultivates. Someday, after mastering the winds, the waves, the tides and gravity, we shall harness for God the energies of love, and then, for a second time in the history of the world, man will have discovered fire, Pierre Teilhard de Chardin said… Without brackets or full stops, Salman Rushdie laughs long and hard and disappears into the hushed corridor to go in search of the Jackal.
The writer is gone, but I was left with my thoughts. So, I begin to speak, after many months of silence. So, I would say, about 15 years ago I went though a period of a year or so when I just couldn’t find anything good. My wife noticed I was having trouble reading menus. I bought some cheap reading glasses in a drug store. I got home and suddenly all these books that weren’t good were good. Poland has always been a nation of small places, and as we lose them, we’re losing part of ourselves. But this is the place to which I return, not as I have, repeatedly and obsessively, in fictional lives but to a Ząbkowice village that I know too well: the polestar to which my mother came. Not everyone writes well from a child’s point of view. Though, people in small towns, much more than in cities, share a destiny. So, I am writing, I just pray for continued good health, because I’ve got other stories to tell. I have to have a character worth caring about. I tend not to start writing books about people I don’t have a lot of sympathy for because I’m just going to be with them too long. Writers are people who put pen to paper every day, they are looking for the intensity of writing. What we buy, and pay for, is part of ourselves. Ultimately, your theme will find you. You don’t have to go looking for it. I keep people love. Our form of democracy is bribery, on the highest scale. Some writers take to drink, others take to audiences. I’m simply reporting on the world I observe, which is frequently hilarious. At any given moment, public opinion is a chaos of superstition, misinformation and prejudice. It is very difficult for a writer of my generation, if he is honest, to pretend indifference to the work of Francis pope. He was always so entirely there.
The writer’s only responsibility is to his art,” William Faulkner once remarked, and the phrase became good as law. A writer, he said, was “driven by demons.” If he was any good, it was because he was ruthless, willing to sacrifice whatever it took to tell his story. Forget pride, honor, decency…The whole idea of the novel…allowing us to see something we didn’t know before is essential. If you wished to be loved, love. Though, love is only a dirty trick played on us to achieve continuation of the species, I have W. Somerset Maugham’s sentence here. We must build our affection. This utter is responsible for nine-tenths of whatever solid and durable happiness there is in our lives, C. S. Lewis said. Woe to the man whose heart has not learned while young to hope, to love – and to put its trust in life, Joseph Conrad said. Don’t walk behind me; I may not lead. Don’t walk in front of me; I may not follow. Just walk beside me and be my friend, Albert Camus said. Love has reasons which reason cannot understand. As the Father has loved me, so have I loved you, Jesus Christ says. Don’t walk behind me; I may not lead. Don’t walk in front of me; I may not follow. Just walk beside me and be my friend, Albert Camus said. Love consists in this, that two solitudes protect and touch and greet each other, Rainer Maria Rilke said. Love is the beauty of the soul, Saint Augustine has spoken. Whatever our souls are made of, his and mine are the same, Emily Bronte has written. We loved with a love that was more than love. Your words are my food, your breath my wine. You are everything to me. Love is the crowning grace of humanity, the holiest right of the soul, the golden link which binds us to duty and truth, the redeeming principle that chiefly reconciles the heart to life, and is prophetic of eternal good, Petrarch said. Lord, grant that I might not so much seek to be loved as to love, this is saint Francis’ of Assisi prayer. So, don’t forget to love yourself.
(a poetic license text is written by stanislaw Barszczak)
Ten świat jest radykalniejszy jak nigdy przedtem!
Stanisław Barszczak, Czy jako chrześcijanie możemy się jeszcze cieszyć?
Jakie jest Chrześcijańskie stanowisko- antytezą pokoju nie jest wojna, ale grzech. Dzisiaj mówi się, że kościół katolicki stał się moralizatorski, w którym specyficzna duchowość i sakralność zostały wymieszane. Chrześcijaństwo ma bardzo skomplikowaną symbolikę religijną. Mówi, że człowiek może się zagapić, zapomnieć – kluczowe słowo “grzech”. Mamy zapasy tradycji, które tylko niewielką rolę odgrywają w nauce Kościoła. W tej kwestii jestem bardzo zgodny z panem Martinem Mosebach: że religia jest przekazywana często tak trywialnie. Stąd Kościoły w kryzysie znajdują się nierzadko. Wolter z racji Świąt Bozego Narodzenia rozdawał domownikom prezenty. Ale święto wcielenia Logosu, ducha, Słowa, Wolter nie mógł już świętować poważnie. Gdybyśmy byli wierni Wolterowi, to do naszych dni zachowałby się Urząd celny, dzisiaj powiedzielibyśmy, świąteczny dorobek społeczny Bożego Narodzenia. Czy nie jest refleksja religijna bardziej próbą zachowania produktywnie religijnej zawartości tradycji? Nie trzeba tak mówić, ale nie możemy zakazać myślenia. Teologia nie jest religią, lecz krytyczną analizą świadomości religijnej. Nie chciałbym zarazem wzywać do ofiary z intelektu. Jakkolwiek religia różni się od myślenia i odczuwania. Chodzi o uchwycenie całego człowieka który kształtuje się w codzienności, w jego nawykach. I dlatego kultura chrześcijańska to nie tylko internetowy akcydens wiary, ale coś z chrześcijaństwa rodzącego się, przerzuconego ku codziennej religii. Jeżeli religia nie zmienia juz codzienności, nie wpływałaby na jej kształt, stałaby się bezpłodna. Z religią tak nie jest. Kościół to myślenie o wcieleniu, Jezus Bóg i człowiek zarazem. Interesującą rzeczą odnośnie koncepcji wcielenia jest to- że ona wiąże, z zasadniczą redefinicją pojęcia Boga, religię historycznie pojedynczej Rewolucji teologicznej: Bóg Wszechmogący sam, teraz w drugim jego ja wyraża się, staje się człowiekiem, teraz zmienia się także nasze postrzeganie człowieka, naszego ja. Coś zagęszcza się symbolicznie w postaci Jezusa z Nazaretu, to mianowicie, że odtąd można dobrze żyć, a człowiek jest niewyczerpany (unerschöpfbar ist). Cała prawda o człowieku leży we wcieleniu Jezusa. Pierwsi chrześcijanie, Zydzi, wyrażali z reinterpretacją koncepcji “Zmartwychwstania” (widać to w malowidłach) awarię dla zwycięstwa – to był emocjonalnie i intelektualnie fascynujący pomysł. Katolicka eklezjologia widziała w Kościele tradycyjnym drugiego Chrystusa, albo dalej żyjącego Chrystusa. Co więcej, wiara w Kościele, co ostatecznie potwierdzają protestanci w Credo, opiera się na poglądzie, że jest to mistyczne ciało z Chrystusem jako głową. Kościół korzysta z tej definicji przez kolejne stulecie. A my w kościele przekonujemy się, że Jezus nie chce niczego więcej niż przebóstwienia człowieka: “Bądźcie doskonali, jak Ojciec w niebie jest doskonały.” Od momentu Wcielenia, materia dla Kościoła jest tak ważna, że można niemal mówić o “uświęconym materializmie”. Z Bożym Narodzeniem dokonało się zbawienie człowieka. Zbawienie ma być odtąd świętem na zawsze, jego smak mamy we wspomnieniu ‘Wcielonego,'(Syna Bozego)- i takie znaczenie ma liturgia szczególnie Bożego Narodzenia. Bóg zawdzięcza wszystko Bachowi, miał powiedzieć Emil Cioran. Zyjemy w czasach, kiedy ważniejsze od cierpienia i śmierci Jezusa staje się jego życie ziemskie. Uchodźcy są prawdziwie biblijnym motywem. Chrześcijańskie ciało musi gdzieś być… ( ein Körper muss irgendwo sein). Napisał pięknie Wolter: “Żyję w idealnym czasie, gdy wolne duchy zostały uwolnione od przesądów, i choć personel (tutaj jako indywiduum) wciąż wierzy, to kradnie mniej.” Mamy liturgię, która buduje przestrzenie, przenosi obrazy, jest ukierunkowana również na swoją własną muzykę, ale jest zupełnie niezależna w rdzeniu od tego wszystkiego. Liturgia jest sztuką, która nie wymaga żadnej sztuki, może być obchodzona w garażu, bez muzyki i bez zdjęć, bez dowcipnego kazania. Uświęcamy życie ziemskie Jezusa. A co przynosi nam świat współczesny? Ten świat jest radykalniejszy jak nigdy przedtem! W naszej epoce dochodzi do najbliższych spotkań świata. Nigdy przedtem nie było takich możliwości. Mamy za co dziękować Bogu.
pozostaje pamięć
Stanisław Barszczak, Powinieneś żyć! –
Nic nie umiera, gdyż pozostaje pamięć. Jorge Luis Borges, argentyński pisarz, poeta i eseista napisał:„Wszechświat (który inni nazywają Biblioteką) składa się z nieokreślonej, i być może nieskończonej, liczby sześciobocznych galerii (…). W sieni jest lustro, które podwaja wiernie pozory. Ludzie wnioskują zazwyczaj na podstawie tego lustra, że Biblioteka nie jest nieskończona (gdyby taką rzeczywiście była, po cóż to złudne podwojenie?); ja wolę śnić, że gładkie powierzchnie przedstawiają i obiecują nieskończoność…”. W jego opowiadaniach i poematach pojawia się stały zestaw pewnych symboli: czas, który jest wieczną zagadką; istotną rolę pełnią sny i mosty, które łączą śniącego ze śnionym; labirynty, które stanowią odzwierciedlenie tajemnicy wszechświata – platońskiej pajęczyny bez centrum: “Nigdy nie będzie drzwi. Jesteś we wnętrzu, I twierdza obejmuje wszechświat, I nie ma awersu ani rewersu, Ni ostatecznej ściany, ni sekretnego centrum.” Nie brakuje również tygrysów- do których autor ma wyjątkową słabość – jako połączenia piękna, okrucieństwa, siły i tajemnicy: „Tygrys ze słynnych stronic Blake’a to płomienisty błysk i wiekuisty archetyp zła. Ja wolę sentencję Chestertona czyniącą zeń symbol przerażającej elegancji”. Nie brakuje luster tutaj, jak powiedziałem, które odbijają i powielają naszą rzeczywistość – a może spiskują przeciw nam? “Sen gościem rzadkim, inaczej zwierciadła: One są wszędzie, zwyczajnie codzienne, Każąc nam wierzyć w iluzje niezmienne Głębi, co knuje te wszystkie widziadła.” Czas i przestrzeń rozgałęziają się w nieskończoność, sny wnikają w siebie nawzajem i nakładają, lustra zwielokrotniają obrazy zacierając granice pomiędzy rzeczywistością i złudzeniem a tygrysy się mnożą, wiją i łączą w jedną wielką tkaninę stanowiącą nieskończony wzór plam i pręg będących, być może, zapisem tajemnic kosmosu. Borges się dziwi, zdumiewa się światem, ludźmi, wszystkim tym, co nas otacza i co tkwi w nas samych. Ma w sobie świeże spojrzenie dziecka, dla którego wszystko jest możliwe. Wątpi, wciąż na nowo stara się interpretować uniwersum i zaprasza czytelnika by dziwił się i odkrywał tajemnice wraz z nim. Bawi się własnym tekstem, wyobrażeniami, wciąż krąży i myli tropy, a ślady, które zostawia częstokroć wiodą na manowce. Nie podaje gotowych odpowiedzi, a jedynie podrzuca sugestie, które mają skłonić czytelnika do rozmyślań, szukania własnych rozwiązań, nawet jeśli miałyby być one wypaczone.
Podobnie Ken Follet, brytyjski pisarz, autor thrillerów i powieści historycznych, próbuje po swojemu opisać rzeczywistość: “Nie był (…) do końca przekonany, czy proporcja rzeczywiście stanowi serce piękna. Sam gustował w tym, co było dzikie, swobodne, nieuporządkowane (…).” “(…) przez te sny na jawie stał się przybity i niezadowolony, drażniła go ich beznadziejność. Patrzenie na nią z daleka i podsłuchiwanie jej rozmów z innymi, wyobrażanie sobie kochania się z nią już nie wystarczało. Potrzebował czegoś prawdziwego.”(“Filary ziemi”) O uroczym wieku nastoletnim pisał: “(…) był w wieku, w którym chłopcy mają więcej energii niż wiedzy na temat tego, jak ją spożytkować.” “Pamiętał, jak czuł się w wieku czternastu lat, jako chłopiec z ciałem mężczyzny (…).” W “Świecie bez końca” pisał: “- Wszyscy modlą się do Maryi, ale nie wszyscy wracają do zdrowia. – A wiesz dlaczego? – Może ona nikomu nie pomaga, tylko silni zdrowieją, a słabi nie.” “- (…) ale Bóg chciał inaczej. To było denerwujące, że dorośli sięgali po ten banał za każdym razem, gdy nie wiedzieli, co odpowiedzieć.” “Ludzie wierzą w to, w co chcą wierzyć.” “(…) człowiek często może przejąć kontrolę nad wydarzeniami, po prostu zabierając głos jako pierwszy.”
Autorka rodem z mojej Polski Olga Tokarczuk napisała: “Gdyby ludzie umieli zachować swoją wiedzę o świecie, gdyby potrafili ją wyryć w skale, w kryształach, w diamencie i przekazywać w ten sposób swoim następcom, może świat wyglądałby zupełnie inaczej. Cóż nam z tak kruchego tworzywa jak papier? Cóż nam z pisania książek!?” “-Ja gdziekolwiek w świecie swoją stopę postawiłem – mówi Moliwda – tam widziałem, że może i Bóg jest jeden, ale sposobów wiary weń mnóstwo, liczba nieskończona… W wielu różnych rodzajach butów można iść do Boga…” “– Czy to wszystko prawda? – zapytała go kilka lat potem piękna i utalentowana Maria Szymanowska, z domu Wołowska, pianistka, gdy spotkali się w Niemczech. Stary już Julian Brinken, pisarz i oficer najpierw pruski, potem napoleoński i w końcu Królestwa Polskiego, wzruszył ramionami: – To jest powieść, droga pani. Literatura. – Więc co to znaczy? – dopytywała się pianistka: – Prawda czy nieprawda? – Wymagałbym od pani jako artystki, by nie myślała pani w sposób właściwy ludziom prostym. Literatura to szczególny rodzaj wiedzy, to… – szukał odpowiednich słów i nagle w usta wpadła mu gotowa fraza: – …doskonałość form nieprecyzyjnych. Zmieszana Szymanowska umilkła”.
“Czy ty nigdy nie miewasz takich dni, kiedy nie chcesz spotykać nikogo miłego? Żebyś nie musiał się zachowywać jak cywilizowany człowiek?” zanotował w “Koniec Empire Falls” Richard Russo. A nieco dalej: “Bo w końcu jak świat długi i szeroki, czym była ziemia, jeśli nie miejscem zamieszkanym przez ludzi, których serca są pełne tęsknoty za marzeniami niemożliwymi do spełnienia, marzeniami, które na przekór prawom logiki, zasadom prawdopodobieństwa, a nawet upływowi czasu, stają się wieczne i trwałe niczym marmur?” “Koniec Empire Falls” to pełna humoru i ciepła opowieść o życiu w małym amerykańskim miasteczku. Główny bohater, Miles Roby, z zadumą obserwuje życie mieszkańców Empire Falls z okien prowadzonej przez siebie restauracji, która należy do miejscowej potentatki. Codzienna parada stałych bywalców pozwala mu ocenić zalety i wady sytuacji, gdy ludzie wszystko o sobie wiedzą. Barwna galeria postaci i ich zawiłe losy układają się w obraz świata na styku dawnych i nowych czasów, między rozkwitem przemysłu a jego upadkiem, między życiem w dostatku a lękiem spowodowanym niepewnym jutrem… Także u Russo możemy odkryć specyficzny obraz Ameryki: “Wtedy na naszą arenę wchodzi amerykańska fantastyka bojowa. Zawsze czuć w niej ducha imperium – Amerykanie nie podejrzewają, że mogłaby istnieć choć jedna dobra planeta bez dobrego amerykańskiego wpływu. Gdy pojawiają się problemy, wezwij kosmicznych marines! ” Russo jakby opierał się tutaj na słynnym cytacie z Fitzgeralda: “Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość.”
Współcześnie w “Amerykańskiej sielance” Philip Roth zauważa: “Próby dotarcia z zewnątrz do tego gościa są zwyczajnie śmieszne. On jest jak szczelnie zamknięty słoik. Nie sposób otworzyć go myśleniem.(…) Człowiek zwalcza w sobie powierzchowność, płytkość, żeby wyjść do ludzi bez wygórowanych oczekiwań, bez balastu nadziei i buty, nie jak czołg, bez armat i karabinów maszynowych, bez trzydziestocentymetrowej stalowej osłony; człowiek wychodzi do ludzi w zamiarach pokojowych, boso, nie rwie darni pancernymi gąsienicami, odnosi się do ludzi bez uprzedzeń, jak do równych sobie, ja człowiek do człowieka, jak to u nas mawiali – a i tak zawsze się co do ludzi pomyli. Człowiek jest jak czołg wyposażony w mózg. Myli się co do ludzi, jeszcze zanim ich spotka, jeszcze kiedy planuje spotkanie; potem myli się w trakcie spotkania; a na koniec wraca do domu, opowiada o spotkaniu osobie trzeciej i myli się po raz kolejny. (…) Życie polega na rozumieniu ludzi opacznie, nie raz, i nie dwa, i nie sto, aż w końcu, po głębokim namyśle, znów zrozumiemy ich opacznie. Po tym właśnie poznajemy, że żyjemy: że się mylimy. Może najlepiej byłoby machnąć ręką na słuszne i niesłuszne rozumienie innych ludzi i spokojnie dryfować z prądem życia. Jeżeli ktoś to potrafi – ma szczęście.”
Nieustannie jestem pod urokiem patosu tekstów Mario Puzo, szczególnie „Rodziny Borgiów”. Amerykański pisarz i dziennikarz pochodzenia włoskiego, znany przede wszystkim ze swoich książek opisujących sycylijską mafię wprowadza nas w epokę Aleksandra VI Borgii. „Złote promienie letniego słońca nagrzały już bruk rzymskich ulic, kiedy kardynał opuścił Watykan i raźnym krokiem ruszył w stronę Piazza Pizzo di Merlo.” Surowa doktryna religijna średniowiecza straciła swą moc. Podjęto badania nad wielkimi cywilizacjami starożytności- grecką, rzymską i egipską. Był to czas wielkich osiągnięć filozofii, sztuk pięknych, medycyny, muzyki. Ówczesny Rzym nie był miastem świętym, raczej miastem bezprawia. Państwo znane nam jako Włochy- jeszcze nie powstało. Jednym z najsilniejszych ośrodków władzy była Florencja. Krajowi bezustannie zagrażał przy tym najazd obcych mocarstw. Kardynałowie wysyłali na ulice swoich pachołków, zbrojnych w kamienie i kusze, by skarcić rzymską młodzież. Tak oto od najmłodszych lat przeczuwasz, jak potoczą się twoje losy… “Dzień drogi od Rzymu znajdował się pokaźny szmat terenu porośniętego cedrowo-sosnowym lasem, otaczającym niewielkie, czyste jezioro. Kardynał dostał ową ziemię w prezencie…” Teraz jego długie cienkie palce poruszały się z gracją i perswazją, jakby przydając do słów kształt, czego jego głos nie mógł uczynić. Kiedy w końcu doczekał się podejmowania decyzji osobiście, to i tak wciąż zdawało mu się, że nie wie wszystkiego na całej linii, co będzie. Przy swoim zagrożeniu, miał nagłe poczucie bezpieczeństwa i spokoju, jakiego nigdy nie czuł się wcześniej. W ciągu miesiąca przekonał się, że jego małżeństwo było porażką; a w ciągu roku utonął w nadziei, że kiedykolwiek będzie lepiej… Czy nie miał już pamięci do rzucenia się w wir chrześcijańskiego życia. Nie mnie o tym sądzić. Opisują tę biografię wytrawni historycy epoki renesansu. Ale wnioski nasuwają się same.
“Chrześcijaństwo w Europie jest nadal w powijakach! Jego wielki czas jest jeszcze przed nami!” zauważył to w epoce szalonego rozwoju techniki Kardynał Paryża, Kardynał Lustiger. “Islam rzeczywiście stał się teraz silną religią w naszym kraju- stwierdza Reinhard Marx, niemiecki duchowny katolicki, arcybiskup Monachium i Freising, kardynał, przewodniczący Konferencji Episkopatu Niemiec- zatem możemy pytać się: kim jesteśmy jako Chrześcijanie? Jaka jest nasza wiara, powstaje kwestia tożsamości własnej wiary chrześcijańskiej, czy jest bardzo, bardzo silna. To nie jest tak, jak się mówi czasem: ‘To jest nam dane! nie musisz wierzyć w to, co jest gotowe!’ Już nie jest tak we współczesnym świecie! Chodzi teraz o to, żeby zapraszać ludzi do kroczenia drogą wiary. Należy odkrywać jaką głęboką przygodą ducha jest wiara; chodzi o to, żeby otwierać nowe horyzonty w wierze a nie zamykać. Oczywiście musimy czasami nieść balasty z minionych lat i dziesięcioleci. Bardzo przeżywam to zawsze, co mi mówią ludzie: ‘wiara jest mi właściwie zawsze przedstawiana jako świat, który jest za wąski, co powoduje powstanie zasad.’ Ci ludzie postrzegają Kościół tylko jako instytucję moralną: owszem moralność jest najważniejszą rzeczą w wierze katolickiej. Ale to jeszcze przecież nie jest prawda, ponieważ najważniejszą rzeczą jest to właśnie: że niebo się otwiera i że stamtąd słychać wciąż głos: Powinieneś żyć.Powinieneś żyć!”
Tekst stanowi licentia poetica autora tekstu
Stanisław Barszczak— Podróże po Europie—
-I-
Nazywają mnie Hubertem. Rzeczywiście sporo myślę o naszej rzeczywistości, o Polsce, mojej ojczyźnie. Wyobraźcie sobie, uważam, Rosjanie w czasie drugiej wojny światowej nas zaskakująco uprzedzili, tak los wystawił nas jeszcze raz na pastwę dwulicowości świata. Gdyby Rosjanie wówczas nie przekroczyli polskich granic, skądinąd wiemy weszli na polską ziemię dnia 17 września 1939 roku, z pewnością naród Polski nie poddałby się Hitlerowi tak szybko. Najjaśniejsza Rzeczpospolita broniłaby się do końca. Mieliśmy wielki potencjał duchowy w generacji ludzi II Rzeczypospolitej i ich wojennych kompetencjach. Niedługo potem w bitwie o Anglię zapragnęło walczyć 8 tysięcy polskich pilotów, którzy z dalekich ziem, często przez Rumunię, kierowali się na zachód Europy. Ich marzenia, aby walczyć z Hitlerem ziściły się bynajmniej na obcej ziemi. W Dywizjonie 303 walczyło z niemieckimi messerschmittami 154 polskich pilotów. A przecież z honorem oddaliby oni za ojczyznę nawet własne życie, wyrzucając najeźdzcę z polskiej ziemi, tu właśnie. Tak więc jeszcze raz zwyciężyła dwulicowość egzystencji i zwykła głupota.
Szanuję człowieka, który niezależnie od słów, a nawet kiedy słowa przeczą sobie wzajemnie, trwa niezmienny. Tutaj będę mówił o ludzkim powołaniu. Bo to ostatnie pomaga człowiekowi wyzwolić się w pełni. Ale trzeba także wyzwolić powołanie, tym samym pomóc człowiekowi spełnić jego kulturową powinność. Podczas moim odwiedzin świata naszej cywilizacji ujrzałem niewidzialny kontynent… Bo żyć możesz tylko tym, za co zgodzisz się umrzeć. Ktoś powiedział, kiedy wszystko opiera się na jednej mierze, kościół po prostu wygląda porządnie. Proporcja to serce piękna. Moim marzeniem jest opisywać powidoki natury. Od wielu lat opisuję w mych tekstach serce piękna, to jest mój kościół katolicki, który jednak nie ustrzegł się błędów w przeszłości. Pokazując te błędy, jeszcze bardziej zakorzeniam się w tej wspólnocie ludzi zbawionych. Jakkolwiek w jedno wierzę: że wolny, badawczy unysł jednostki jest najcenniejszą rzeczą na świecie. A o to bedę walczyl: by umysł miał możność podążać, niekierowany, tą drogą, jaką zapragnie. A przeciw muszę walczyć: przeciwko każdej idei, religii czy rządowi, które ograniczają lub niszczą jednostkę. Tym jestem i takie są moje dażenia.
Tak więc człowiek nie tylko przez osobiste wybory, ale także przez cywilizacyjną traumę, może tkwić w nieprzeniknionej ciemności. Sprawdziły się stwierdzenia Josepha Conrada:
“Przenikaliśmy wciąż głębiej i głębiej w jądro ciemności(…)Nie istniało dla niego nic nad nim ani też przed nim(…) Dusza znalazłszy się w samotności wśród dziczy, zajrzała w głąb samej siebie i przebóg! Mówię wam, że oszalała(…) Widziałem niepojętą tajemnicę duszy, która nie zna żadnego hamulca, żadnej wiary, żadnego lęku, a jednak walczy na oślep sama z sobą(…) Podbój ziemi, polegający przeważnie na tym, że się ją odbiera ludziom o odmiennej cerze lub trochę bardziej płaskich nosach, nie jest rzeczą piękną, jeśli się w niego wejrzy dokładnie(…) Wytępić wszystkie te bestie! (…) Dla dziczy stał się rozpieszczonym i zepsutym ulubieńcem(…) Niepodobna dać komuś żywemu pojęcia o jakiejkolwiek epoce swego istnienia – o tym, co stanowi jej prawdę, jej znaczenie – jej subtelną i przejmującą treść. To niemożliwe. Żyjemy tak, jak śnimy – samotni? (…) Nie mogę sprostać tej opłakanej grze.”
Nie potrafię inaczej o tym pisać. Jeśli nie bierzemy udziału we wspólnocie chrześcijańskiej, to stwierdzenie Conrada o naszej samotności, pozostaje nader aktualne. Należałoby rzucić się w wir oszalałego świata. W czasie tej samej II wojny światowej artystka Florence Foster Jenkins , aktorka bez talentu wokalnego, zrobiła zawrotna karierę w Stanach Zjednoczonych. Artystka mówiła:”Ludzie mogą mówić, że nie potrafię śpiewać. Ale nikt nie może nigdy powiedzieć, że nie śpiewałam.” Tak więc piszę jak mogę. Jednak już za naszych dni, odwołajmy się do zamachu w Nowym Yorku z 11 września 2001 roku, stały się rzeczy dziwne. “Tej świetlanej stolicy widzialnego siły niewidzialnego zadały straszny cios. (…) Teraz musimy sprawić, by rana nie okazała się śmiertelna. By świat tego, co widzialne, zatriumfował nad tym, co otoczone tajemnicą, dostrzegalne tylko przez skutki swych okropnych czynów. (Salman Rushdie) Nie możemy wyciszać tych spraw, nawet narzeczony względem narzeczonej powie: posiadam tyle, a wszystko pochłania uczucie dla niej. Posiadam tyle, a bez niej wszystko mi jest niczym. To co ja wiem, może każdy wiedzieć. Ale moje serce mam tylko ja… Czyn jest wszystkim, niczym sława. Biorąc pod uwagę wszystkie akty tworzenia, odkrywa się jedną elementarną prawdę: gdy się czemuś prawdziwie poświęcamy, wspiera nas opatrzność. Ktoś powiedział: “Nauka Chrystusa nigdzie nie była bardziej tłumiona niż w chrześcijańskim Kościele(…) Autorytety są główną przyczyną tego, że ludzkość stoi w miejscu(…) Istnieją dwie pokojowe formy przemocy: prawo i przyzwoitość(…) Los spełnia nasze życzenia, ale na swój sposób, żeby móc nam dać coś ponad życzenie(…) Ludzkość? To abstrakcja. Zawsze istnieli i będą istnieli tylko ludzie.”
Henryk Sienkiewicz pisał: “Ale jak sobie co baby wbiją w głowę, obcęgami nie wyciągniesz. Cóż bowiem są smutki, jeśli nie myszy, które gryzą ziarna wesołości złożone w naszych sercach? Jak nie ma ginąć ta Rzeczpospolita, skoro w niej białogłowy rządzą?(…) Ale gdy pożyjesz dłużej, poznasz, że gdy ktoś chce czegoś na świecie dokazać, temu nie wolno ni własnej, ni cudzej słabości folgować, nie wolno większych spraw dla mniejszych poświęcać(…) Najenergiczniejszy człowiek potrzebuje, by go ktoś kochał. Inaczej czuje w sobie śmierć i jego energia zwraca się przeciw życiu.” Tak więc póki nie umierasz i nie stajesz się na nowo, jesteś tylko smutnym gościem na tej tajemniczej ziemi. Trzeba choćby miłoscią zdobywać świat. Stąd Goethe miał powiedzieć: “Należy każdego dnia posłuchać krótkiej pieśni, przeczytać dobry wiersz, zobaczyć wspaniały obraz i jeśli byłoby to możliwe – wypowiedzieć kilka rozsądnych słów.” Gwiazdka nadziei niknie ostatnia. Miłość potrzebuje gniazda jak ptak. To dobrze, że czujesz radość, bez której świat by nie istniał, że od najmłodszych lat przeczuwasz, jak potoczą się twoje losy, że przy swoim zagrożeniu, masz nagłe poczucie bezpieczeństwa i spokoju, jakiego nigdy nie czułeś wcześniej. I ja odczułem podobne uczucia, o których chciałbym teraz wam opowiedzieć.
Jest bardzo późno, znalazłem się w miasteczku na południu Polski.
A przed oczami wyobraźni miałem wówczas obraz z Turynu z sprzed stu pięcdziesięciu laty. Oto jakiś nieproszony gość stał na klepisku małego, zagraconego podwórka, pośród rozgdakanych kurcząt i minę miał dosyć niepewną. Ubrany był w pomarańczową, usianą plamami koszulę i brudne dżinsy, a na jego ramieniu wisiała mocno sfatygowana czerwono-czarna torba. Długowłosy, z poplątaną brodą, wydzielał kwaśny odór niemytego ciała. Trzeba go zaprowadzić do don Bosco, pomyślała Janina. Mężczyzna nerwowo kartkował niewielką książkę. Opodal zebrała się gromadka dzieci, które ze śmiechem trącały się łokciami, pokazując na nieznajomego. Janina strzepnęła poplamiony fartuch i odgarnęła włosy, by zaprezentować się jak należy…
Tej sceny nigdy nie zapomnę, ale już powracam do rzeczywistości. W “Dzienniczku” świętej Siostry Faustyny przeczytałem ostatnio następujące słowa: “(Dz 83) Nim przyjdę jako Sędzia sprawiedliwy, przychodzę wpierw jako Król miłosierdzia. Nim nadejdzie dzień sprawiedliwy, będzie dany ludziom znak na niebie taki. Zgaśnie wszelkie światło na niebie i będzie wielka ciemność po całej ziemi. Wtenczas ukaże się znak krzyża na niebie, a z otworów, gdzie były ręce i nogi przebite Zbawiciela, będą wychodziły wielkie światła, które przez jakiś czas będą oświecać ziemię. Będzie to na krótki czas przed dniem ostatecznym. (Dz 635) Ja dałam Zbawiciela światu, a ty masz mówić światu o Jego wielkim miłosierdziu i przygotować świat na powtórne przyjście Jego, który przyjdzie nie jako miłosierny Zbawiciel, ale jako Sędzia sprawiedliwy. O, on dzień jest straszny.(…) Postanowiony jest dzień sprawiedliwości, dzień gniewu Bożego, drżą przed nim aniołowie. Mów duszom o tym wielkim miłosierdziu, póki czas zmiłowania; jeżeli ty teraz milczysz, będziesz odpowiadać w on dzień straszny za wielką liczbę dusz. Nie lękaj się niczego, bądź wierna do końca, ja współczuję z tobą…”
Księżyc już rozjaśnij nadchodzącą noc. Po drugiej stronie jeziora ledwie majaczą wilgotne światła miasta. Z bujnej zieleni bulwaru przy rzeczce Trzebyczce zostało tylko kilka obumarłych drzew i kępy skarlałych krzewów. Fasady kamienic najczęściej są mroczne, zda się spopielałe. Miasto utraciło swój kosmopolityczny, letniskowy polor. Skurczyło się do rozmiarów osiedla Dąbrowy Górniczej. Zwykła, przycupnięta na głębokiej prowincji mieścina… Kawiarnie są zamknięte. Przez drzwi lokalu przesącza się różowe światło. Chcecie wejść i sprawdzić, czy wciąż są tu te same mahoniowe boazerie, czy lampa z abażurem w szkocką kratę nadal wisi w tym samym miejscu – z lewej strony baru? Nie zdjęto też fotografii Roberta Lewandowskiego, polskiego futbolisty robiącego światową karierę w Niemczech. Ani Agnieszki Radwańskiej. Ani zdjęcia Anity Włodarczyk. Nadal wiszą nad rzędami butelek aperitifów. Pożółkły już, oczywiście. A w półmroku samotny klient, mężczyzna o przekrwionej twarzy i w kraciastej marynarce z roztargnieniem podrywa barmankę. Na początku lat sześćdziesiątych była zabójczej urody, ale od tamtej pory zrobiła się nieco przyciężka. Jakkolwiek na pustej ulicy Zwycięstwa nie słychać już echa własnych kroków. Nie ma kina “Uciecha”, kupa gruzu. Plac przed tutejszym Domem Kultury to jedyne miejsce w mieścinie, gdzie palą się mocniejsze światła i panuje nieco ożywienia… Mamy przygotowac ludzi na wielkie miłosierdzie, obwieszczać wielkie miłosierdzie Boga, jednocześnie być pokornymi, wychwalać króla miłosierdzia. Szczególnym znakiem miłosierdzia będzie odtąd krzyż na niebie. Trzeba nam wierzyć w znaki…Wtem nadjeżdża pociąg, do którego wsiadam, aby pomknąć ku nowemu światu.
-II-
Ale nawet w pociągu, który wciąż zbliża mnie do wielkiego miasta, nie przestaję otwierać się na obrazy z przeszłości. Jestem na plaży Maddalena albo w dalekiej Catanii. Kiedy Monika osuszyła się po nurkowaniu, kupiła cornetti z kremem i kawę latte w Caffè del Porto. Smakowały przepysznie. Przy plaży spacerował proboszcz Don Sandro, ale gdzieś zniknął. Wgryzła się w miękkie, polukrowane cornetti i rozkoszowała słodkim, gęstym, waniliowym kremem. Zaraz jednak pomyślała o gościach hotelowych. Z drugiej strony kamiennego łuku dobiegały ją odgłosy targu i krzyki. Przed stu laty i więcej do tego miejsca rozlewały się wody portu. Teraz Sycylijczycy często wydawali się rozgniewani, a przynajmniej rozdrażnieni, nawet wtedy, gdy zapewne uprzejmie rozmawiali o pogodzie. Za kapitanatem portu dostrzegała feerię barw, czuła też zapach świeżych ryb, przypraw i owoców rozchodzący się z Piazza Currò.
Przechodząc pod łukiem prosto na środek placu, pomyślała, że nic nie może się równać z sycylijskim bazarem. Dzień targowy najwyraźniej był wydarzeniem towarzyskim, gdyż mężczyźni i kobiety zbili się w grupki, by z sobą pogawędzić. Mężczyźni palili i pili espresso z kafejek na kółkach, kobiety miały torby z zakupami i zdeterminowane miny. Przy straganach sprzedawcy wyciągali bochny chleba albo fioletowe kalafiory, by każdy chętny mógł je dokładnie obejrzeć. Kobiety marszczyły brwi, wypytywały, kłóciły się i targowały, zanim w końcu postanowiły, czy i na co wydać część pieniędzy. Słyszała krzyki carciofio fresci… funghi bella… tutto economico… Tak sprzedawcy rywalizowali o klientelę.
Przy straganie z rybami ustawiło się coś w rodzaju kolejki. Monika zauważyła już wcześniej, że na Sycylii stanie w kolejce oznaczało, iż trzeba przepychać się na sam początek, nieustannie przepraszając, i bardzo donośnym głosem starać się zwrócić na siebie uwagę sprzedawcy, nim zrobi to osoba obok. Potem następowały jeszcze bardziej wylewne przeprosiny i dyskusja o tym, kto był pierwszy, przy akompaniamencie głosów innych, że to właśnie oni powinni zostać obsłużeni na samym początku. Przynajmniej tak to odbierała Monika. Cóż, etykieta towarzyska rzadko miewa swoje korzenie w logice.
Monika chodziła po placu, żeby nacieszyć się tym widowiskiem i oglądać białe, wiotkie kalmary (choć i tak nie wiedziałaby, co z nimi zrobić), pulchne, nakrapiane mątwy oraz wielkie plastry tuńczyka, ułożone na pokrytym lodem marmurze.
Postanowiła najpierw odwiedzić Santinę, żeby wreszcie ją dorwać samą, a następnie Giovanniego, żeby poprosić go o pomoc w kwestii remontu willi. Brzmiało to bardzo sensownie, gdyż potrzebny był jej ktoś, kto mówił płynnie zarówno po sycylijsku, jak i po angielsku. Giovanni był biznesmenem, wydawało się, że dysponuje mnóstwem wolnego czasu i już wcześniej przypadło mu do gustu stanowisko klucznika Villa Nike. Wybór był oczywisty. Monika zdecydowała jednak jasno dać mu do zrozumienia, że to ona kontroluje sytuację i nie da się zmusić do sprzedaży domu. Jeśli Giovanni zdoła to przełknąć, jego pomoc mogła się okazać niezwykle przydatna.
Przystanęła przy straganie pełnym ziół oraz przypraw i odetchnęła zapachem zakurzonych, schnących kęp oregano, tymianku i dzikiego kopru. Za straganem stały worki z ciecierzycą i soczewicą, z metalowymi łyżkami do nabierania, dostrzegła także starą wagę. Pod względem obyczajów i pewnych tradycji na Sycylii zapewne nic się nie zmieniło od czasów, kiedy żyła tu matka Moniki. Catania nie wkroczyła w nowe milenium, a już na pewno nie w drugą dekadę dwudziestego pierwszego wieku.
Monika schyliła głowę, żeby uniknąć zderzenia z poobijanym, fioletowym czosnkiem, zwisającym w warkoczach z markizy straganu. Podeszła do owoców i warzyw, gdzie zapatrzyła się na złociste kwiaty cukinii, błyszczące papryki o barwach słońca i strażackiej czerwieni, wyglądające jak polakierowane papryczki chilli, oraz na pokryte aksamitnym meszkiem żółte brzoskwinie. Wzięła do ręki melanzane i kciukiem pogłaskała lśniącą skórkę. Bakłażan był smukły, ciemny, a jednak opalizujący. Taki jest kolor Sycylii, pomyślała z uśmiechem.
Nagle impulsywnie postanowiła zjeść dzisiaj w domu, więc kupiła pół arbuza, który wręcz ociekał sokiem, aromatyczny ser, niewielki bochenek pysznego, sycylijskiego żółciutkiego chleba, pomidory i czarne oliwki. Urządzi sobie prawdziwą ucztę.
Płacąc za oliwki, dostrzegła, że kobieta po drugiej stronie straganu uśmiecha się do niej. Monika odruchowo odpowiedziała uśmiechem. Kobieta była drobna, o twarzy chochlika, okolonej ciemnymi włosami, obciętymi na idealnego pazia. Usta umalowała śmiałą, krwistoczerwoną szminką i z jakiegoś powodu zupełnie nie wyglądała na Włoszkę. Monika zaczęła się zastanawiać, czy się znają i czy do niej podejść, kiedy nagle, kilka metrów dalej, dostrzegła znajome oblicze. Natychmiast przecisnęła się przez grupkę ludzi stłoczonych wokół straganu. – Santina?
Co za szczęście. Właściwie mogła się domyślić, że staruszka będzie tutaj w dniu targowym. Santina odwróciła się, wymamrotała coś po sycylijsku i szybko rozejrzała się wokół siebie. Po chwili chwyciła Monikę za ramię i pociągnęła na bok, gdzie mogły przynajmniej częściowo skryć się pod markizą. Tam objęła jej twarz dłońmi.
– Wróciłaś – powiedziała, rozciągając usta w bezzębnym uśmiechu radości.
Monika także uśmiechnęła się do niej.
– Nie mogłam długo trzymać się od was z daleka – wyznała. – Chciałam się dowiedzieć więcej o matce i o tym, dlaczego opuściła Sycylię. – Pochyliła się bliżej.
– Ty wiesz, prawda? Powiesz mi?
Raz jeszcze oczy Santiny miały nieobecny wyraz.
– Zakochana – oznajmiła staruszka po angielsku, z mocnym sycylijskim akcentem. – Justyna zakochuje się szybko, ot tak. – Udała, że omdlewa.
– Naprawdę? – Monika uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
– A tak. – Santina energicznie pokiwała głową. – Była… – Policzyła na kościstych palcach i spojrzała na Monikę uważnie. – Miała siedemnaście. Santina wspominała jakiegoś Anglika. – Poznała Anglika tutaj, w Catanii, kiedy miała siedemnaście lat?
Santina rozejrzała się trwożliwie, a Monika odruchowo poszła w jej ślady. Kogo się jednak spodziewały, i kto miałby się tym interesować po tylu latach?
– Justyna znaleźć pilota. – Santina zaczęła wymachiwać rękami i łopotać nimi w powietrzu. – Znaleźć go i zabrać do domu, ocalić mu życie. Tak. Oni się kochać, lotnik obiecywać wszystko. – Dramatycznym gestem przycisnęła ręce do piersi.
Monika wpatrywała się w nią w osłupieniu. Mimo łamanej angielszczyzny Santiny fragmenty układanki już zaczęły tworzyć całość. Jakiś angielski pilot, pewnie ranny, został znaleziony przez młodą Sycylijkę. Sycylijkę, która nie zgadzała się na życie, jakie jej zaplanowano, która chciała zwiedzać świat i zakosztować wolności. Teraz wystarczyło poukładać to chronologicznie, co nie wymagało szczególnej inteligencji.
– Co się wydarzyło? – szepnęła Monika.
Przestała słyszeć gwar dochodzący z targu. Cofnęła się w czasie i trafiła do ogarniętej wojną Catanii, w której Justyna zakochała się po raz pierwszy w życiu.
– Ojciec Justyny, on go odesłać – ciągnęła Santina ściszonym głosem. – On mieć inne plany dla córka. Inny mężczyzna. – Przeżegnała się. – W Sycylii żenimy się, żeby kwitła przyjaźń. Czy rozumiesz to?
Monika skinęła głową. Rozumiała. Chodziło o rodzinne alianse i równowagę sił.
– Kogo miała poślubić?
Santina znienacka zachichotała.
– Mojego kuzyna, Rodrigo Sciarra – odparła. – Mój ojciec zawsze chce związek z twoją rodziną. Potrzebna mu była pomoc ojca przeciwko wrogom, si?
– Czy twój kuzyn Rodrigo…?
– Ojciec Giovanni, si.
Przez głowę Moniki przelatywały tysiące myśli. Intryga się komplikowała. Wśród wrogów, o których mówiła Santina, bez wątpienia znajdowała się również rodzina Amato.
– Ach, ale tak nie miało być. – Na twarzy Santiny pojawił się smutek.
– A Justyna? – spytała Monika.
– Justyna? Złamane serce. Tak, to prawda. Myślę, że ma złamane serce na zawsze…
(wykorzystałem tutaj większy fragment “Domu na Sycylii” Rosanny Ley, podkr. autora tekstu)
-III-
Cieszę się, iż znalaziono mi nowe miejsce zamieszkania, to dla mnie znak z nieba. Jadę teraz pociągiem do tego nowego miejsca. A oczom wyobraźni ukazuje się jeszcze inny obraz z niedalekiej przeszłości.
Cagliari to kropla rosy, biała piana obłoku, to promienne miejsce obmyte niebiańską wodą, serce wspomnień oblewanych miodem i łzami.
Potężny wysoki budynek pojawia się jak stara twarz, która tkwi w twojej pamięci, znasz ją, ale ona patrzy przed siebie obojętnie i cię nie poznaje. Wspaniały Ratusz sprzed stu kilkudziesięciu lat stoi frontem do zatoczki Morza Śródziemnego, której brzegi pokrywają drzewa palmowe rosnące wzdłuż wybrzeża. Marianna, kochana Marianna. Pragnę cię zastać w twojej historycznej twierdzy, inaczej będę musiał pożegnać się ze światem. Już niewiele czasu mi zostało, wszystko na świecie się powtarza, jednak przedstawia on dziwny obraz dla zmęczonego, ocienionego białymi brwiami, pozbawionego rzęs oka. Wróciłem do ciebie wreszcie, moje Cagliari.
Nacisnąłem dzwonek mieszkania na czwartym piętrze. Drzwi się uchyliły i stanęła w nich Marianna. Bardzo się zmieniłaś, kochanie. Nie poznałaś mnie w ciemnym korytarzu. Twoja biała, czysta cera i złote włosy błysnęły w świetle wpadającym przez okno w głębi mieszkania.
– Czy to pensjonat Miramar?
– Tak, proszę pana.
– Czy znajdzie się wolny pokój?
Drzwi się otworzyły i powitała mnie figura Matki Boskiej z brązu. Zapach, którego czasami było mi brak. Staliśmy, patrząc na siebie. Wysoka, elegancka, złote włosy, zdrowie raczej niezłe, ale mocno zgarbione plecy, zapewne farbowane włosy, żylaste ręce, zmarszczki w kącikach ust wskazują na podeszły wiek. Masz, kochana, sześćdziesiąt pięć lat, ale nie odpłynęła od ciebie całkiem twoja uroda.
Czy mnie pamiętasz?
Przyglądała mi się badawczo. Wreszcie coś drgnęło w niebieskich oczach. Tak, pamiętasz mnie. Wróciłem do istnienia.
– Och… To pan!
– Madame!
Uściskaliśmy się gorąco. Wzruszona, śmiała się głośno, jak kobiety z dalekiego Egiptu. Jednym ruchem zrzuciła z siebie powagę.
– Andrzej, nie do wiary, pan Andrzej… Ha… ha…
Usiedliśmy na hebanowej kanapie stojącej pod figurą Matki Boskiej, a nasze postacie odbijały się w szybie szafy z książkami stanowiącej dekorację.
– Hol wcale się nie zmienił – powiedziałem, rozglądając się dokoła.
– Ależ był kilka razy odnawiany, malowany – zaprotestowała, machając rękami. – Są tu nowe rzeczy: żyrandol, parawan, radio…
– Jakie to szczęście, Marianno, że widzę cię w dobrym zdrowiu.
– Pan także, monsieur Andrzej, jest zdrowy, odpukać…
– Och, mam kłopoty z jelitem grubym i prostatą, w każdym razie Bogu niech będą dzięki.
– Przyjeżdżać na koniec lata?
– Przyjechałem na stałe. Kiedy widzieliśmy się ostatni raz?
– W roku… Powiedział pan, na stałe?
– Tak, moja droga. Ostatni raz widziałem Panią prawie dwadzieścia lat temu.
– Taki kawał życia się ukrywać.
– Praca, kłopoty…
– Założę się, że nieraz odwiedzał pan Cagliari w ciągu tych lat.
– Czasami, ale miałem nawał pracy, wiesz najlepiej, jak to jest w dziennikarstwie.
– Wiem także, jak niewdzięczni są mężczyźni.
– Kochana Marianno, jesteś moją Częstochową.
– Oczywiście ożenił się pan.
– Jak dotąd nie!
– Więc kiedy ma pan zamiar to zrobić?
– Nie jestem żonaty, nie mam dzieci, już nie pracuję, koniec ze mną, Marianno – powiedziałem ze złością. – W takiej sytuacji wezwała mnie Cagliari – mówiłem dalej, bo zachęciła mnie ruchem ręki – tu się urodziłem, a ponieważ nikt z moich bliskich nie żyje, pomyślałem o jedynym przyjacielu, jaki mi pozostał.
– Dobrze, gdy człowiek znajdzie przyjaciela, który będzie dzielił z nim jego samotność.
– Pamiętasz dawne czasy?
– Minęły jak wszystko, co piękne.
– Ale my musimy żyć.
Przyszła chwila pomówienia o cenie i potargowania się. Marianna stwierdziła, że nie ma innych dochodów poza tymi z pensjonatu, dlatego przyjmuje gości także w zimie, nawet jeżeli to są nieznośni studenci. W tym celu korzysta z pomocy pośredników i pracowników hoteli. “Tak nisko upadłam”. Przydzieliła mi pokój numer sześć w skrzydle mieszczącym się daleko od morza.
Uzgodniliśmy rozsądną cenę za wszystkie miesiące z wyjątkiem letnich, w których mógłbym mieszkać, ale płacąc letnią taryfę. W każdym razie w umowie było obowiązkowe śniadanie. Serce sercem, wspomnienia wspomnieniami, a targować się trzeba, udowodniła Madame. Zapytała mnie o walizki, odparłem, że zostawiłem w przechowalni na dworcu.
– Nie był pan pewny, czy Marianna jeszcze żyje, co? No, niech będzie na zawsze – dodała.
Gasnąć w zenicie, taki los kobiety, przemówiłem do siebie. Ale ta prawda nie sprawdziła sę w przypadku Marianny.
Spojrzałem na swoją rękę, która już przypominała rękę mumii w Muzeum Archeologicznym.
Mój pokój w niczym się nie różnił od pokojów wychodzących na morze. Niezbędne sprzęty, wygodne fotele w starym stylu. Książki mogą zostać w pudłach, a te, do których się wraca, niech leżą na stole lub toaletce. Niczego mu nie brakowało z wyjątkiem światła, panował w nim półmrok, ponieważ okno wychodziło na wewnętrzny szyb ze świetlikiem w dachu; po jego ścianach pięły się schody dla pracowników, miauczały koty i nawoływali się robotnicy. Zajrzałem do wszystkich pokojów, różowego, liliowego i niebieskiego, były puste. W dawnych czasach w każdym z nich mieszkałem całe lato, a nawet dłużej. Mimo że zniknęły stare lustra, wspaniałe dywany, srebrne świeczniki i kryształowe żyrandole, pozostał lekki ślad arystokracji w tapetach o liściastym wzorze, wysokich sufitach pokrytych obrazami aniołów.
– To był pański pensjonat – westchnęła Marianna, a ja zauważyłem, że ma sztuczne zęby.
– Oby Bóg dał, żeby istniał jak najdłużej.
– Większość gości w zimie to studenci, w lecie przyjmuję każdego, kto się nawinie. . . .
– Panie Andrzeju, wstaw się za mną u Jego Ekscelencji.
– Ekscelencjo, ten człowiek nie ma odpowiednich kwalifikacji, ale stracił syna na wojnie i zasługuje na to, żeby kandydować ze swojego okręgu…
Biskup zgodził się ze mną, niech mu Bóg da najlepsze mieszkanie w raju, lubił mnie i z prawdziwym zainteresowaniem czytał moje artykuły. Któregoś dnia powiedział: Jesteś piewcą narodu. Niech Bóg będzie dla niego miłosierny, q wymawiał jak k. Słyszało to kilku moich kolegów z Partii Ojczyzny i kiedy tylko się spotykaliśmy, witali mnie: Witaj, piewco narodu. Mimo wszystko były to dni chwały, walki i bohaterstwa. Tak, nasz Biskup był wyjątkowym człowiekiem, zwracali się do niego w potrzebie przyjaciele i unikali go ze strachu wrogowie.
W swoim pokoju wspominam, czytam albo odbywam popołudniową drzemkę, w holu spędzam wieczory na rozmowie i słuchaniu radia z Marianną. Inne rozrywki zapewnia kawiarnia Miramar, znajdująca się w tym samym budynku na dole. Bardzo rzadko się zdarza, że spotykam kogoś, kogo znam lub kto zna mnie, nawet w sławnej kawiarni Trianon. Odeszli przyjaciele i odeszły ich czasy. Poznałem cię, zimowa kraino, moje Cagliari. O zmierzchu pustoszeją twoje ulice i place, w deszczu i pustce hula wiatr. Wieczorne rozrywki i rozmowy toczą się w twoich mieszkaniach. (wykorzystałem tutaj fragment: “Pensjonat Miramar” Nadżiba Mahfuza, podkr. autora tekstu)
-IV-
W pociągu otworzyłem w końcu gazetę i czytam:
“Leszek nie wraca do domu.” Według raportu policji adwokat Nick stał dokładnie w miejscu, gdzie po raz ostatni widziano chłopca. Nie widzieli go sprzedawcy w sklepach położonych dalej przy tej samej ulicy, chociaż był regularnym gościem w pobliskim barze i często obserwowali, jak wspina się na cokół brązowego pomnika konfederackiego żołnierza na skwerze przy placu Biegańskiego… Zmęczony odłożyłem gazetę. I po chwili wspomniałem na moją podróż do przyjaciela na wieś. Jego gospodyni nie miała łatwego życia, a przelane łzy wyżłobiły z czasem jej śniadą, niegdyś gładką twarz, pozostawiając na niej coraz wyraźniejsze bruzdy. Liczyła sobie lat czterdzieści, wcześnie owdowiała i pochowała dwójkę dzieci, troje pozostałych mieszkało z nią w domu i nic nie zapowiadało rychłej poprawy losu.
Miasteczko Valle de la Virgen leży na dnie głębokiego wąwozu porośniętego wzdłuż górnej krawędzi eukaliptusami, który przechodzi w mroczną, bagnistą dżunglę, zamieszkaną przez kolibry i hałaśliwe małpy. Okolica jest piękna, lecz mało kto zapuszcza się w te strony, gdyż autobusy zjeżdżające w dolinę mają przykry zwyczaj wypadania z drogi, toteż turystyka jest dla miejscowych cokolwiek niepewnym źródłem dochodu. W kościele, wzniesionym przez kolonialnych przodków obecnych mieszkańców na cześć Świętej Dziewicy z Bagien, stoi płacząca figura, będąca ponoć jednym z największych dzieł sztuki swej epoki oraz źródłem natchnienia dla mistrzów naszej epoki.
Przewodniki mają niewiele do powiedzenia na temat Valle de la Virgen i przeważnie ograniczają się do wzmianki, że na przekór urodzie i historycznej roli miasteczka niełatwo tu dotrzeć, droga bowiem jest zdradliwa, a niewielu przecież ma ochotę wędrować przez las. Jeden ze starych przewodników głosi nawet, że Valle de la Virgen to twór zrodzony z miejscowej legendy, przekazywanej z ust do ust przez podróżników, i że droga prowadzi po prostu w głąb moczarów.
Jedyny przybysz z obcych stron zjawił się któregoś dnia w dolinie. Ernesto jego imię i ku nieopisanej konsternacji jego matki został tutaj na dobre. Bardziej niż widokiem rozczochranego nieznajomego, Pani Kazia zdumiała się nagłym powrotem syna, który nie dalej jak trzy miesiące wcześniej został hucznie odprawiony w świat, ku wielkiej uldze i przy niemałym nakładzie środków całego miasteczka. Nina, jej najmłodsza córka, pierwsza przyniosła wieść o powrocie Ernesto i przybyciu nieznajomego, który wyraźnie nie spodobał się psu.
– Szybko! – krzyknęła bez tchu, wpadając do kuchni, gdzie pochylona nad zlewem matka obierała ziemniaki. – Ernesto wrócił i przywiózł ze sobą jakiegoś człowieka. Burek zaraz się na niego rzuci! Pewnie dlatego, że śmierdzi.
Pani Kazia bez namysłu porzuciła ziemniaki i wybiegła na dwór, wołając psa, a w myślach szukając słów reprymendy pod adresem syna.
-V-
Wracam pociągiem z Ząbkowic, miasteczka mojego dzieciństwa. Nie tak dawno, a minęło zaledwie kilka miesięcy. W uśpione ulice miasteczka wtargnął trzydziestodwutonowy olbrzym. Zadrżały germańskie kamienice i stojące obok dla estetycznej równowagi wytwory architektury socjalizmu. Wjeżdżając w światła kolejnych latarni, czołg sapał, chrzęścił i brzęczał gąsienicami, ciągnąc za sobą pasma fioletowych cieni. W oknach i na balkonach pojawili się ludzie, nad parapetami wyrosły dziecięce główki…
“Kolejówka” był to długi, niski budynek o oknach biegnących rzędem na całej jego długości, skąd – od czasu, gdy sąsiednia drogeria została zamknięta, a następnie przeznaczona do rozbiórki – można było, siedząc przy kontuarze barowym na drugim pietrze, spojrzeć przez tory na drugą stronę miasteczka aż po starą przędzalnię i przylegającą doń fabrykę koszul. Oba zakłady stały zamknięte od blisko dwudziestu lat, a mimo to ich rysujące się w oddali ciemne kształty nadal przyciągały wzrok. Naturalnie, nic nie stało na przeszkodzie, by klienci patrzyli sobie w drugą stronę, na komin zakładu waty szklanej, jednak szef restauracji a w przyszłości, jak na to liczył, również jej właściciel wiedział z własnego doświadczenia, że zdarzało się to niezmiernie rzadko.
Nie, ich wzrok w naturalnym odruchu kierował się przeważnie za tory, do tego miejsca, gdzie ulica kończyła się ślepo, zamknięta fabrycznymi budynkami, które stanowiły niezaprzeczalny fizyczny dowód przeszłości miasta. Opuszczone i zaniedbane, budynki te wciąż miały w sobie jakąś dziwną magnetyczną siłę, i to była główna przyczyna, która powstrzymywała wójta od ostatecznej decyzji, by sprzedać “Kolejówkę”, z chwilą gdy w końcu stanie się jego własnością, pewnie zresztą za niewielkie pieniądze.
Tuż za obiema fabrykami płynęła rzeczka, która w dawnych czasach stanowiła ich siłę napędową, i wójt nieraz się zastanawiał, czy gdyby te stare budynki pewnego dnia zburzono, wówczas miasto, które wokół nich wyrosło, zdobyłoby się wreszcie na to, by pomyśleć o swojej przyszłości? Prawdopodobnie nie. Nic poza ogrodzeniem z łańcucha nie pojawiło się w miejscu, gdzie kiedyś stała drogeria, co, jak przypuszczał wójt, oznaczało, że odwrócenie czyjejś uwagi od przeszłości to jednak nie to samo, co wyobrażenie sobie przyszłości, nie mówiąc już o jej budowaniu. Z drugiej strony, kto wie, gdyby w końcu przeszłość została zrównana z ziemią, gdyby nareszcie puszczono w niepamięć to, co było, może wtedy mniej ludzi myliłoby ją z przyszłością, a to już byłoby coś. Wójt jednak obawiał się, że jak długo obie fabryki stoją na swoim miejscu, tak długo ludzie będą wierzyli, na przekór rozsądkowi, że pewnego dnia znajdzie się kupiec na jedną z nich albo nawet na obie, dzięki czemu do “Kolejówki” powrócą dawne, dobre czasy ekonomicznego rozkwitu.
Jednakże dzisiaj, w to wrześniowe popołudnie, wójt wyglądał z niepokojem na “Kolejówkę” nie tyle z troski o losy mrocznego budynku o wysokich oknach, gdzie kiedyś szyto męskie koszule i gdzie jego matka spędziła większą część swego dorosłego życia, ani też z powodu stojącej nieco dalej większej i wyższej przędzalni, ile w nadziei, że zobaczy swoją córkę, Bożenę, w chwili gdy wyłoni się ona zza rogu i niespiesznym krokiem rozpocznie swój samotny marsz ku niemu. Jak większość jej szkolnych kolegów, Bożena, cienka niczym szparag uczennica drugiej klasy szkoły średniej, nosiła podręczniki w płóciennym plecaku, i żeby zbalansować ten ciężar równy niemal wadze jej ciała, musiała mocno pochylać się do przodu, zupełnie jakby szła pod silny wiatr. Dziwne, jak większość zachowań, które wójt zapamiętał z czasów, kiedy on sam chodził do gimnazjum, osobliwie się zmieniły. On i jego kumple nosili książki, opierając je na biodrze, to przechyleni w lewo, to znów przerzucając ciężar i pochylając się na prawą stronę. Do domu zabierali tylko te podręczniki, których potrzebowali danego dnia do odrobienia zadanej pracy, czy raczej należałoby powiedzieć, o których pamiętali, że mogą im się przydać, resztę pozostawiając zrzuconą bezładnie na stos w szkolnych szafkach. Dzisiejsza młodzież upychała całą zawartość szkolnych szafek w swoich pękających w szwach plecakach i targała ją do domu, przypuszczalnie dlatego, jak domyślał się wójt, żeby nie trzeba było za dużo myśleć o tym, co mogło im się przydać, a bez czego można się było doskonale obyć, w ten sposób oszczędzając sobie wszelkich decyzji, które pociągałyby za sobą jakiekolwiek konsekwencje. Oprócz tego, że taka postawa sama w sobie pociągała określone konsekwencje. Wizyta u lekarza ostatniej wiosny ujawniła u Bożeny początki skoliozy, i to lekkie skrzywienie kręgosłupa zaniepokoiło wójta z kilku powodów. „Ona po prostu nosi za duże ciężary” – wyjaśniła pani doktor, zupełnie nieświadoma, zdaniem wójta, jak wiele metaforycznych implikacji niosły ze sobą jej słowa- Bożena potrzebowała niemal całego lata, by odzyskać normalną postawę, a wczoraj, po pierwszym dniu w szkole, była już znowu zgarbiona i pochylona do przodu jak przedtem.(fragment zaczerpnąłem z Richarda Russo, Empire Falls, podkr. autora tekstu)
-Epilog-
Z każdą śmiercią człowieka ginie cały nieznany świat, zdążyłem pomyśleć tylko. Po chwili jednak znajdowałem się już na peronie w mojej Częstochowie…Obudziłem się rano. Robota już czekała. Robota. Dzięki niej trzymasz się kupy. Otacza cię: wszechobecna, chłonna galareta. Gdy masz robotę, patrzysz na życie pod innym kątem. Zgoda, są czasami małe strefy względnej swobody, w których można się zaszyć, jasne, delikatne przestrzenie, gdzie możesz dostrzec przebłyski czegoś nowego, lepszego. Tego dnia obudził się ze mną mój patriotyzm, bo zaraz pomyślałem. “Jeśli chodzi o nasz naród, to mogę nadmienić, że gdybym miał żyć jeszcze pięćdziesiąt lat i miał do wyboru stały pobyt w dowolnym kraju na świecie, wybrałbym bez wahania Polskę, pomimo jej nieszczęśliwego położenia geograficznego. Nad Polską bowiem nie widzę ciężkich chmur, lecz promienne blaski przyszłości…” I mógłbym teraz powiedzieć:
“Nadszedł już piękny miesiąc maj… Wiosenna zieloność okryła rany poszarpanej ziemi. Pióra, liście, szypułki, pokrętne badyle i wielorakie odmiany barw osłoniły rany ziemi i zalecały się oczom ludzkim. Podobnie jak wsysały w siebie wilgoć i zgniliznę, tak sami barwami, kształtem i nieskończoną potęgą swego rozrostu chciały wessać w siebie cierpienie dusz, zniszczyć pamięć o tym, co już padło i umarło. Na dobro nowego życia rosło i bujało wszystko – na stratę śmierci. Słowik śpiewał nocami nad wodą, w sąsiedztwie wzgórka, pod którym Hubert O. znalazł schronienie.”(Stefan żeromski, Wierna rzeka)
Proroctwo o miłosiernym królu
Stanisław Barszczak, Bój bezkrwawy na czasy ostateczne
20 września 1918 r. w czasie modlitwy przed Ukrzyżowanym, Ojciec Pio otrzymał stygmaty na boku, stopach i rekach. Zmarł w 1968r. Twierdził, że 15 stycznia 1957 otrzymał objawienie od Jezusa Chrystusa. Oto jego treść: Godzina mojego powrotu jest bliska. Aniołowie Moi powołani do tego zadania będą uzbrojeni w miecze. Uwaga ich będzie zwrócona przeciw bezbożnemu. Z chmur powstaną ogniste orkany i strumienie lawy spadającej na ziemię. Burze, pioruny, powodzie, trzęsienia ziemi będą nieustanne. Ogniste plagi występować będą w różnych krajach będzie padał ognisty deszcz. Rozpocznie się to w bardzo zimną noc. Grzmoty i trzęsienia ziemi będą trwać trzy dni i trzy noce. Będzie to dowodem, że Bóg jest Panem. Ci wszyscy, co wierzą we Mnie i wierzą Moim słowom, niech się nie lękają, bo Ja ich nie opuszczę, a w szczególności tych, którzy to niniejsze ostrzeżenie podają innym do wiadomości dla ich dobra, ażeby się nawrócili do Boga i źle nie czynili. Daję wam znaki, abyście się na to przygotowali. Noc będzie zimna (…) Nastąpią grzmoty, a wtedy zamknijcie drzwi i okna i nie rozmawiajcie z nikim poza domem. Uklęknijcie pod krzyżem i módlcie sie za swoje grzechy. Podczas gdy ziemia trząść się będzie, nie wyglądajcie na zewnątrz, bo gniew Boży jest święty, czyli podwójnego szacunku. (…) Kto tej rady nie posłucha, zginie. Na trzecią noc ustanie ogień i trzęsienie ziemi. O świcie zaświeci słonce. Aniołowie w ludzkich postaciach zstąpią na ziemię przynosząc ducha pokoju. Niezmierna radość będzie wznosić dziękczynne modły do Boga. Kto jest w łasce i czci Matkę Najświętszą, temu się nic nie stanie. Kara, jaka spadnie, nie może być porównana z inną karą, jaką Bóg dopuszcza na stworzenie świata. Jedna trzecia ludzkości zginie (…) Powaga chwili skłania Mnie do zwrócenia uwagi, że wielkie niebezpieczeństwo zagraża całej ludzkości, jeżeli się nie odmieni. Nikt nie wie dnia ani godziny, kiedy to nastąpi, jedynie Ojciec Mój wie o tym. Pamiętajcie o tym napomnieniu, które wam podaję, a nie lekceważcie go sobie, ponieważ niebezpieczeństwo jest blisko i już krótki czas. Należy go wykorzystać i nie poddawać się złu, i nie ustępować przed złem. Nie będzie usprawiedliwienia, że nie wiedzieliście o tym. Niebo was ostrzega, chociaż ludzie się tym nie zrażają, ale wtedy będzie za późno. Wyłoni się głaz z białej mgły poprzez (noc). Wypowiedzenie wojny od Budapesztu do Norymbergi, od Drezna do Zagłębia Ruhry, Królewiec. Przylecą czarne i szare ptaki od południa z taką mocą, że zasłonią niebo. Kwatera ich będzie Petersburg koło Rosjan. A wpierw spadnie bomba koło kościoła w bawarskim lesie i zniszczone zostanie wszystko. Nikt nie będzie mógł przekroczyć tych stron. Będą różne straszne pojazdy we wsiach i miastach. Południowa Anglia i biegun północny znikną na zawsze. Powstaną nowe lądy. Zginie Nowy York, Marsylia, Paryż będzie zniszczony w dwóch trzecich. (…)Augsburg, Wiedeń zostaną oszczędzone. Augsburg i kraje na południe od Dunaju nie odczują skutków wojny. Kto spojrzy w kierunku zniszczeń, zginie, bo serce jego nie wytrzyma tego strasznego widoku. W jedną noc zginie więcej ludzi niż w dwóch wojnach światowych. Po tym wszystkim wiara będzie wielka. Po tych okropnościach nastąpią złote czasy. Trwajmy w stanie łaski, bez grzechu ciężkiego, bo jesteśmy na łasce Boga, który pragnie dobra swoich dzieci, by je zabrać do Siebie w chwili najbardziej odpowiedniej. Musimy się modlić o zbawienie dusz. Dajcie dobry przykład wszystkim. Chrystus obiecał kapłanowi Pio, że każdego, kto będzie rozpowszechniał to objawienie: Nigdy go nie opuszczę i otoczę specjalną opieką.(To tłumaczenie kopii prywatnego listu autorstwa Ojca Pio, adresowanego do Komisji w Heroldsbach wyznaczonej przez Watykan w celu przebadania prawdziwości objawień o ‘Trzech Dniach Ciemności’ danych przez Naszego Pana, Ojcu Pio, zakonnikowi Zgromadzenia Kapucynów i stygmatykowi.) Dobrze pozamykajcie i uszczelnijcie okna. Nie wyglądajcie na zewnątrz. Zapalcie święconą świecę, która wystarczy na wiele dni. Módlcie się na różańcu. Czytajcie duchowe książki. Czyńcie akty przyjęcia Duchowej Komunii, a także uczynki miłości, które są nam tak potrzebne. Módlcie się z wyciągniętymi rękami lub padając na twarz, aby uratować wiele dusz. Nie wolno wam wychodzić na zewnątrz. Zaopatrzcie się w wystarczającą ilość pożywienia. Moce natury zostaną wstrząśnięte i deszcz ognia napełni ludzi przerażeniem. Miejcie odwagę! Jestem pośród was. -Kto będzie nieposłuszny temu słowu, zginie! Dokładnie zakryjcie okna. Moi wybrani nie powinni widzieć Mojego gniewu. Miejcie Ufność we Mnie, a Ja będę waszą obroną. Wasza wiara, zobowiązuje Mnie, do przybycia wam z pomocą. Godzina Mego powrotu jest bliska! Jednak okażę Miłosierdzie. Najstraszliwszą karę będzie cierpieć świadek czasów. Moi aniołowie, którzy będą egzekutorami tej pracy, stoją już w gotowości z ostrymi mieczami! Szczególnie zadbają o zniszczenie tych, którzy Mnie przedrzeźniali i nie wierzyli w Moje objawienia (…) Każdy, kto będzie cierpiał i umrze niewinnie, stanie się męczennikiem i będzie przebywał ze Mną, w Moim Królestwie.(…) Szatan zatryumfuje! Jednak po trzech nocach, ogień i trzęsienie ziemi ustaną. Następnego dnia słońce znów wzejdzie i oświeci ziemię. Aniołowie przybędą z Nieba i przykryją ziemię duchem pokoju. Uczucie niezmierzonej wdzięczności ogarnie tych, którzy przeżyją okropne doświadczenia, bliską karę , którymi Bóg nawiedza ziemię od jej stworzenia.(…) Módlcie się dużo w czasie tego Świętego Roku 1950. Módlcie się na różańcu, ale tak, aby wasze modlitwy dosięgły Nieba. Wkrótce znacznie gorsza katastrofa nadejdzie na cały świat, jakiej nikt nie widział, straszliwa kara! Wojna 1950 roku jest wstępem do tych wydarzeń. Jakże obojętny jest człowiek na te sprawy, które już wkrótce staną się rzeczywistością, wbrew wszelkim oczekiwaniom! Jakże dalecy są od roztropnego przygotowania się na te przepowiedziane, a niewysłuchane wydarzenia, przez które niebawem będą musieli przejść.(..)żadne ludzkie rozumowanie nie jest w stanie pojąć głębin Mojej Miłości! Módlcie się! Módlcie się! Pragnę waszych modlitw. Moja Najdroższa Matka, Maryja, Św. Józef, Św. Elżbieta, Św. Konrad, Św. Michał, Św. Piotr, Mała Tereska, wasi Aniołowie Stróżowie niech będą waszymi rzecznikami. Błagajcie o ich pomoc! Bądźcie dzielnymi żołnierzami Chrystusa! Gdy powróci Światłość, niech wszyscy złożą dziękczynienie Świętej Trójcy za opiekę! Zniszczenia będą ogromne! Ale Ja, wasz Bóg oczyszczę ziemię. Jestem z wami. Miejcie ufność! (Koniec listu Ojca Pio) “Zobaczył Bóg czyny ich, że odwrócili sie od swojego złego postępowania. I ulitował się Bóg nad niedola, która postanowił na nich sprowadzić, i nie zesłał jej”(Jon 3, 1-10) Wydaje się, że Biblia się nie zmieniła, to tylko my zaczynamy ją lepiej rozumieć. Gwiazdka nadziei niknie ostatnia. Na te czasy ostateczne Bóg obdarzył Polskę świętą Siostrę Faustynę Kowalską, apostołkę wielkiego miłosierdzia Boga. Uroczystość kanonizacji z 30 kwietnia 2000 roku opisała Siostra Faustyna w swym „Dzienniczku” na wiele lat przed tym wydarzeniem. 23 marca 1937 roku miała wizję, w której zobaczyła, że ta uroczystość odbywa się równocześnie w Rzymie i w Krakowie, choć nie znała wynalazku telewizji ani łączności przez tele-most. Spełniła się więc jej prorocza wizja dotycząca uroczystości kanonizacyjnej w Rzymie i Krakowie, a także proroctwo dotyczące ustanowienia święta Miłosierdzia Bożego dla całego Kościoła. Tak tę uroczystość opisała sama Siostra Faustyna.”Nagle zalała mnie obecność Boża i ujrzałam się naraz w Rzymie w kaplicy Ojca Świętego, i równocześnie byłam w kaplicy aszej, a uroczystość Ojca Świętego i całego Kościoła była ściśle złączona z naszą kaplicą i w szczególny sposób z naszym Zgromadzeniem; i równocześnie wzięłam udział w uroczystości w Rzymie i u nas. Ponieważ uroczystość ta była tak ściśle złączona z Rzymem, że chociaż piszę, nie mogę rozróżnić, ale tak jak jest, czyli jak widziałam. Widziałam w kaplicy naszej Pana Jezusa wystawionego w monstrancji na wielkim ołtarzu. Kaplica była uroczyście ubrana, a w dniu tym wolno było wejść do niej wszystkim ludziom, ktokolwiek chciał. Tłumy były tak wielkie, że ani okiem przejrzeć nie mogłam. Wszyscy z wielką radością brali udział w tej uroczystości, a wielu z nich otrzymało to, co pragnęło. Ta sama uroczystość była w Rzymie w pięknej świątyni i Ojciec Święty z całym duchowieństwem obchodził tę uroczystość.(…) Wtem nagle zostałam porwana w bliskość Jezusa i stanęłam na ołtarzu obok Pana Jezusa, a duch mój został napełniony tak wielkim szczęściem, którego ani pojąć, ani napisać nie jestem w stanie. Głębia pokoju i odpocznienia zalewała duszę moją. – Jezus pochylił się ku mnie i rzekł łaskawie: Czego pragniesz, córko Moja? – I odpowiedziałam: Pragnę chwały i czci dla miłosierdzia Twojego. – Cześć już odbieram przez założenie i obchodzenie święta tego; czego jeszcze pragniesz? – I spojrzałam na te wielkie rzesze, które oddawały cześć miłosierdziu Bożemu, i rzekłam do Pana: Jezu, błogosław tym wszystkim, którzy są zgromadzeni dla oddania Ci czci, nieskończonemu miłosierdziu Twemu. Jezus zakreślił ręką znak krzyża świętego; błogosławieństwo to odbiło się na duszach blaskiem światła. Duch mój zatonął w Jego miłości, czuję, jakobym się rozpłynęła w Bogu i znikła w Nim. Kiedy przyszłam do siebie, głęboki spokój zalewał duszę moją, i udzieliło się umysłowi mojemu dziwne zrozumienie wielu rzeczy, które przedtem były mi niezrozumiałe (Dz. 1044-1048). W czasie uroczystości kanonizacyjnej najokazalej przedstawiał się regiment polski- kaszubski, w błękitnych koletach z żółtymi ładownicami, złożony z tęgich na schwał chłopów, rosłych i tak dobranych, że jeden wydawał się być drugiemu bratem. Chciałbym w tym miejscu wyakcentować inną ważną kwestię odnośnie miłosierdzia Boga względem ludzkości, żeby ciemności nie zapanowały nad światem. Pięknie brzmi to proroctwo Siostry Faustyny o przyjściu Króla miłosierdzia na progu trzeciego tysiąclecia chrześcijaństwa. W “Dzienniczku” czytamy: (83) Nim przyjdę jako Sędzia sprawiedliwy, przychodzę wpierw jako Król miłosierdzia. Nim nadejdzie dzień sprawiedliwy, będzie dany ludziom znak na niebie taki. Zgaśnie wszelkie światło na niebie i będzie wielka ciemność po całej ziemi. Wtenczas ukaże się znak krzyża na niebie, a z otworów, gdzie były ręce i nogi przebite Zbawiciela, będą wychodziły wielkie światła, które przez jakiś czas będą oświecać ziemię. Będzie to na krótki czas przed dniem ostatecznym. (635) ja dałam Zbawiciela światu, a ty masz mówić światu o Jego wielkim miłosierdziu i przygotować świat na powtórne przyjście Jego, który przyjdzie nie jako miłosierny Zbawiciel, ale jako Sędzia sprawiedliwy. O, on dzień jest straszny.(…) Postanowiony jest dzień sprawiedliwości, dzień gniewu Bożego, drżą przed nim aniołowie. Mów duszom o tym wielkim miłosierdziu, póki czas zmiłowania; jeżeli ty teraz milczysz, będziesz odpowiadać w on dzień straszny za wielką liczbę dusz. Nie lękaj się niczego, bądź wierna do końca, ja współczuję z tobą. (686) Wrzesień. Pierwszy piątek. Wieczorem ujrzałam Matkę Bożą, z obnażoną piersią i zatkniętym mieczem, rzewnymi łzami płaczącą, i zasłaniała nas przed straszną karą Bożą. Bóg chce nas dotknąć straszną karą, ale nie może, bo nas zasłania Matka Boża. Lęk straszny przeszedł przez moją duszę, modlę się nieustannie za Polskę, drogą mi Polskę, która jest tak mało wdzięczna Matce Bożej. Gdyby nie Matka Boża, na mało by się przydały nasze zabiegi. (687) W pewnej chwili, kiedy przechodziłam korytarzem do kuchni, usłyszałam w duszy te słowa: Odmawiaj nieustannie tą koronką, której cię nauczyłem. Ktokolwiek będzie ją odmawiał, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Kapłani będą podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko zmówi tę koronką, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia mojego. Pragnę, aby poznał świat cały miłosierdzie moje; niepojętych łask pragnę udzielać duszom, które ufają mojemu miłosierdziu.(699) W pewnej chwili usłyszałam te słowa: Córko moja, mów światu całemu o niepojętym (138) miłosierdziu moim. Pragnę, aby święto Miłosierdzia było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia mojego; która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii św., dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar; w dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski; niech się nie lęka zbliżyć do mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jako szkarłat. Miłosierdzie moje jest tak wielkie, że przez cala wieczność nie zgłębi go żaden umysł, ani ludzki, ani anielski. Wszystko, co istnieje, wyszło z wnętrzności miłosierdzia mego. Każda dusza w stosunku do mnie rozważać będzie przez wieczność całą miłość i miłosierdzie moje. Święto Miłosierdzia wyszło z wnętrzności (139) moich, pragnę, aby uroczyście obchodzone było w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd nie zwróci się do źródła miłosierdzia mojego. (848) Wtem usłyszałam glos podczas odmawiania tej koronki: O, jak wielkich łask udzielę duszom, które odmawiać będą tę koronkę, wnętrzności miłosierdzia mego poruszone są dla odmawiających tę koronką. Zapisz te słowa, córko moja, mów światu o moim miłosierdziu, niech pozna cała ludzkość niezgłębione miłosierdzie moje. Jest to znak na czasy ostateczne, po nim nadejdzie dzień sprawiedliwy. Póki czas, niech uciekają się do źródła miłosierdzia mojego, niech korzystają z krwi i wody, która dla nich wytrysła. O dusze ludzkie, gdzie się schronicie w dzień gniewu Bożego? (1732) Gdy się modliłam za Polskę, usłyszałam te słowa: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje. (Chodzi o papieża Jana Pawła II.) O trzeciej godzinie – powiedział Pan Jezus do siostry Faustyny w październiku 1937 roku w Krakowie – błagaj Mojego miłosierdzia szczególnie dla grzeszników i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, szczególnie w Moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego (Dz. 1320). Taka jest historia powstania tej formy kultu Miłosierdzia Bożego. Kilka miesięcy później Pan Jezus powtórzył to żądanie określając cel jej ustanowienia, obietnice związane z praktykowaniem modlitwy w tej godzinie oraz sposoby jej obchodzenia. Godzina Miłosierdzia jest formą kultu, w której czcimy moment konania Jezusa na krzyżu (15.00), kiedy to stała się łaska dla świata całego – miłosierdzie zwyciężyło sprawiedliwość (Dz. 1572). Z modlitwą w godzinie Miłosierdzia związał Pan Jezus obietnice wszelkich łask. W tej godzinie – powiedział – nie odmówię duszy niczego, która Mnie prosi przez mękę Moją (Dz. 1320). W godzinie tej uprosisz wszystko dla siebie i dla innych (Dz. 1572). Chrystus postawił więc trzy warunki konieczne dla spełnienia obietnic: modlitwa ma mieć miejsce o godzinie 3.00 po południu, ma być skierowana do Pana Jezusa i winno się w niej odwoływać do wartości i zasług Jego męki. Ponadto trzeba jeszcze zaznaczyć, że przedmiot modlitwy musi być zgodny z wolą Bożą, a sama modlitwa powinna być ufna, wytrwała i połączona z uczynkami miłosierdzia, co jest warunkiem prawdziwego nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego. Pan Jezus udzielił również wskazówek dotyczących sposobów modlitwy w godzinie Miłosierdzia: Staraj się w tej godzinie – powiedział – odprawiać drogę krzyżową, o ile ci na to obowiązki pozwolą; a jeżeli nie możesz odprawić drogi krzyżowej, to przynajmniej wstąp na chwilę do kaplicy i uczcij Moje Serce, które jest pełne miłosierdzia w Najświętszym Sakramencie; a jeżeli nie możesz wstąpić do kaplicy, pogrąż się w modlitwie tam, gdzie jesteś, chociaż przez króciutką chwilę (Dz. 1572). Kardynał August Hlond (1881-1948), prymas Polski, arcybiskup warszawski i gnieźnieński był nie tylko wielkim sługą Kościoła katolickiego podczas niezwykle dramatycznego okresu naszych dziejów, ale i gorącym patriotą, on także posiadał dar prognozowania przyszłości. Pisał: “(…) Bóg nas na to pozostawił przy życiu i sposobi nas do zadań w przyszłości, byśmy jako naród byli światu wzorem zdrowego chrześcijańskiego życia zbiorowego, a jako jednostki budowali się wzajemnie przykładem szczerych cnót ewangelicznych. Bez wahania decydujemy się pójść w przyszłość z Bogiem. Jutro Polski będzie wielkie i szczęśliwe, bo oparte na trwałych wartościach moralnych narodu i opromienione łaską oraz błogosławieństwem Stwórcy(…) Polska urośnie do znaczenia i potęgi moralnej i będzie natchnieniem przyszłości Europy, jeżeli nie ulegnie bezbożnictwu, a w rozgrywce pozostanie niezachwianie po stronie Boga. Jako promieniujący ośrodek chrześcijański Polska będzie powagą i może odegrać rolę wzoru oraz pośredniczki oczekiwanego braterstwa narodów, którego sama li tylko gra dyplomatyczna zbudować niepodobną. Na rozstaju dziejowym Polska nie powinna się przeto zawahać, nie powinna zbaczać ze swej drogi, lecz iść za swym powołaniem, nie uczyć się zła od nikogo, a wszystkim podawać naukę prawdy i dobra”. Z notatek kard. Augusta Hlonda przekonujemy się o tym, że przyjdą czasy, kiedy Bóg w ręce swej Matki na pewien czas złoży atrybut swej wszechpotęgi. Polska nie zwycięży bronią, ale modlitwą, pokutą, wielką miłością bliźniego i różańcem. Polska będzie przewodniczka narodów. Maryja obroni świat od zagłady zupełnej. Polska nie opuści sztandaru Królowej Nieba. Nastąpi wielki triumf Serca Matki Bożej, po którym dopiero zakróluje Zbawiciel nad światem, przez Polskę. W naszych czasach słusznie mówią o Polsce jej syny: Odnowiona Polska będzie promieniować kulturą na cały świat, wyda wtedy wielkiego Papieża i zajmie świetne stanowisko pomiędzy wszystkimi narodami. Nawet sztuka i poezja polska zasłyną na całym świecie. Polska będzie światu torowała najszczęśliwszą drogę do Boga. Cóż powiedzieć więcej. Przyjdź królu miłosierdzia. I niech tak już będzie zawsze w tych czasach ostatecznych.
cesarz rzymski i papież
Stanisław Barszczak, Wieniec od nieznajomego—
Wprowadzenie
Papież Klemens VII urodzony 26 maja 1478, zmarł 25 września 1534, pochodził z rodu Medyceuszy. Był nieślubnym synem Juliana Medyceusza i jego metresy, Fioretty Gorini. Jego stryjem był Wawrzyniec Wspaniały, a kuzynami – kardynał Hipolit Medyceusz i papież Leon X. Urodził się miesiąc po zamordowaniu Juliana i otrzymał imiona Giulio Zenobio.
W 1513 został, przez Leona X, kreowany kardynałem i mianowany arcybiskupem Florencji. 4 lata później został wicekanclerzem Kościoła Rzymskiego, gdzie odpowiadał za politykę papieską w stosunku do Marcina Lutra. W 1521 roku przygotowywał sojusz Leona X z Karolem V, a jednocześnie sprawował władzę w rodzinnej Florencji (od 1519). Po śmierci Hadriana VI, pierwszego nie-Włocha na stolicy Piotrowej, konklawe trwało 50 dni. 1 października 1523 trzydziestu pięciu elektorów zebrało się w Kaplicy Sykstyńskiej. Młody wicekanclerz Medyceusz, był popierany przez cesarza, a także zapewnił sobie poparcie Wenecji, z którą prowadził wcześniej korespondencję. Głównym kontrkandydatami byli Pompeo Colonna i Alessandro Farnese. Było także kilku popieranych kardynałów spoza Włoch (m.in. Thomas Wolsey), lecz nastroje w Rzymie nie pozwoliły tym razem na elekcję obcokrajowca. Giulio Medici został wybrany 19 listopada 1523. Jedną z pierwszych inicjatyw nowego papieża, było zaprowadzenie pokoju pomiędzy władcami chrześcijańskimi, w celu zawiązania szerokiej koalicji przeciwko Turkom. Usiłował więc doprowadzić do rozejmu pomiędzy królem Francji, Franciszkiem I, a cesarzem Karolem V. Działanie to było także powodowane troską o Florencję. Początkowo odmówił Karolowi odnowienia sojuszu obronnego, a po podbiciu Mediolanu (1524) przez Franciszka, zawarł sojusz z francuskim królem i z Wenecją (na przełomie 1524 i 1525).
Kiedy Francja poniosła klęskę w bitwie pod Pawią, papież zwrócił się do Karola. Kolejną zmianę politycznego frontu przedstawił Klemens w maju 1526, kiedy to założył z Francją, Mediolanem, Wenecją i Florencją Ligę Świętą przeciw cesarzowi Karolowi V. W konsekwencji, cesarz najechał na Rzym i złupił go 6 maja 1527. Papież został zmuszony do ukrycia się w Zamku św. Anioła, lecz 5 czerwca tegoż roku został wzięty do niewoli. Dzięki obietnicy zapłacenia dużego odszkodowania i innych ustępstwach, papież został uwolniony w grudniu 1527. Ponieważ jednak Rzym został zniszczony, Klemens mieszkał w Orvieto oraz w Viterbo. W tym czasie Karol starał się przekonać papieża do zwołania soboru, w celu przerwania herezji. Pokój pomiędzy nimi został oficjalnie podpisany w czerwcu 1529 i przypieczętowany koronacją Karola na cesarza 24 lutego 1530. Klemens zbliżył się też do króla Franciszka, wydając swoją krewną za mąż za syna króla, Henryka.
Klemens VII przyczynił się także do oderwania się Anglii od Kościoła katolickiego, poprzez postawę wobec Henryka VIII. Początkowo chciał spełnić prośbę króla, o unieważnienie jego małżeństwa z Katarzyną Aragońską, lecz następnie przeniósł rozpatrywanie tej sprawy do Rzymu, by w 1533 ekskomunikować Henryka i unieważnić jego rozwód. Klemensowi nie udało się także zahamowanie rozwoju luteranizmu w Skandynawii, ani zwinglianizmu w Szwajcarii. Jedną z nielicznych udanych inicjatyw, było erygowanie kilku biskupstw w Ameryce Południowej.
Klemens był podejrzewany o posiadanie nieślubnego syna, Aleksandra Medyceusza. Jego matką była czarnoskóra, afrykańska niewolnica. Dobrze poinformowany kardynał Gasparo Contarini twierdził, że Aleksander był synem Wawrzyńca Wspaniałego. Jednak współcześni badacze i historycy potwierdzają tezę, że Aleksander był synem Klemensa VII. Papież prowadził się nienagannie po elekcji, lecz gdy jeszcze był kardynałem, zdarzały mu się ekscesy.
W czasie swojego pontyfikatu kreował 33 kardynałów, podczas 14 konsystorzy. W czasie pontyfikatu Hadriana VI artyści renesansowi nie przebywali w Rzymie. Na wieść o elekcji Klemensa natychmiast powrócili, mając nadzieję, że papież będzie ich mecenasem, tak jak miało to miejsce za czasów poprzedniego Medyceusza, Leona X.
Okres jego pontyfikatu jest negatywnie oceniany przez historyków Kościoła – Klemens jest uważany za typowego papieża renesansu. Papież obawiał się koncyliaryzmu (a więc utraty własnej realnej władzy) i głównie z tego powodu odmawiał zdecydowanie zwołania soboru. John Kelly uważał go za papieża niezdecydowanego i nierozumiejącego zmian zachodzących w Kościele.
Ludwig von Pastor uznał, że Klemens był jednym z najbardziej pechowych papieży. Świadczy o tym fakt, jak szybko został zapomniany, a to co zapamiętano, to katastrofalny stan finansów i wysokie podatki. Nawet związany z Medyceuszami, Guiccciardini oskarżał go o “chłód serca”, słabość, niezdecydowanie i dwulicowość.
Zdaniem współczesnego Klemensowi historyka, Paolo Giovio, papież był pozbawiony wielkoduszności i szczodrości, a cechowała go obłuda i skąpstwo. Ponadto Jovius uważał, że Klemens nikogo nie nienawidził i nikogo nie kochał. Polemikę z Joviusem podjął florencki polityk i pisarz, Francesco Vettori, który stwierdził, że nikt lepszy od Klemensa, nie zasiadał na Tronie Piotrowym. Do oceny Pastora, przyłączył się także Ferdinand Gregorovius, który uważał papieża za człowieka słabego, bojaźliwego i małego serca. W jego opinii bierność Klemensa wobec reformacji była brzemienna w skutkach dla Kościoła na całym świecie. Obarczył go także winą za stan finansów i Kurii Rzymskiej.
I
34 tysiące żołnierzy cesarskich pod dowództwem Francuza, księcia Bourbon Karola III, wkroczyło do Lombardii w 1527 roku. Wśród nich było 6 tysięcy Hiszpanów, 14 tysięcy niemieckich landknechtów Georga von Frundsberga oraz oddziały włoskie. Na opłacenie ogromnej armii nie starczyło jednak Karolowi Habsburgowi pieniędzy. Zirytowani tym żołnierze zbuntowali się i zażądali od Karola de Bourbon, by poprowadził ich na Rzym. Bourbon nie miał innego wyjścia jak tylko przystać na żądanie swoich żołnierzy. Pod mury Rzymu armia podeszła 5 maja. Miasta broniło 5 tysięcy milicjantów Renzo di Ceriego i pięćsetosobowa papieska Gwardia Szwajcarska Kaspara Röista. Na korzyść obrońców przemawiały potężne mury i posiadanie artylerii, której nie miała armia Bourbona. Cesarscy żołnierze przystąpili do szturmu 6 maja. W trakcie natarcia poległ Karol Bourbon. Książę nosił biały płaszcz, by jego żołnierze widzieli go podczas bitwy, jednak dzięki niemu stał się też łatwym celem dla przeciwnika. Szturm okazał się skuteczny. Mury miejskie zostały sforsowane. Śmierć dowódcy spowodowała, że żołnierze cesarscy zaczęli działać na własną rękę. Dowodzenie objął Philibert de Chalon, jednak nie posiadał takiego autorytetu jaki miał Bourbon.
Na schodach Bazyliki Świętego Piotra doszło do masakry szwajcarskich gwardzistów. Zginął Kaspar Röist. Część gwardzistów jednak ocalała i udało im się bezpiecznie ewakuować papieża z Watykanu. Przy użyciu sekretnego 800-metrowego przejścia uciekł on do Zamku Świętego Anioła. Żołnierze cesarscy dokonali egzekucji na około tysiącu pochwyconych obrońców miasta, po czym przystąpili do łupienia swojej zdobyczy. Kościoły i klasztory, a także pałace prałatów i kardynałów zostały splądrowane i zniszczone. Nawet popierający cesarza kardynałowie musieli przekupywać żołnierzy, by uratować swoje majątki.
8 maja do Rzymu wkroczył osobisty wróg Klemensa VII, kardynał Pompeo Colonna, prowadząc chłopów ze swoich dóbr, którzy mogli się teraz odpłacić za najazdy armii papieskich, jakich doświadczyli wcześniej. Jednak nawet Colonnę wzruszył los Rzymu i łaskawie wpuścił do swojego pałacu uciekających przed siepaczami mieszkańców.
Po trzech dniach plądrowania, de Chalon zarządził jego zakończenie, jednak niewielu żołnierzy go posłuchało. 6 czerwca Klemens VII, wciąż przebywający w Zamku Świętego Anioła, poddał się i w zamian za swoje bezpieczeństwo zgodził się zapłacić 400 tysięcy dukatów i oddać cesarzowi Parmę, Piacenzę, Civitavecchię i Modenę. W wyniku „sacco di Roma” zginęło kilka tysięcy rzymian, a dużo więcej zostało wypędzonych ze swoich domów.
Cesarz Karol V był zakłopotany postępowaniem swoich żołnierzy, ale na pewno ucieszył go fakt, że udało się skutecznie uderzyć w serce papiestwa i uwięzić samego Klemensa VII. Papiestwo zostało wyeliminowane z wojny. Przez sześć miesięcy papież pozostawał więźniem w Zamku Świętego Anioła. W końcu udało mu się uciec w przebraniu handlarza. Powrócił do wyludnionego i zniszczonego Rzymu dopiero w październiku 1528 roku. Franciszek I, by ratować równowagę sił, zawarł przymierze z królem Anglii Henrykiem VIII.
II
W nocy nie mógł zasnąć, przypomniał sobie swoje spotkania z papieżem Hadrianem. Pomimo że pierwsze spotkanie z papieżem zbiło arcybiskupa Florencji z tropu i pozostawiło po sobie nieprzyjemne wrażenie, Giulio uważał to za dość naturalne, iż papież pragnął zawsze spotkać się z watykańskimi dygnitarzami jak najszybciej. Właśnie przyniósł ze sobą teczkę, w której zgromadził pomysły kategorycznie odrzucone przez Hadriana niespełna tydzień wcześniej. Chociaż wierni słudzy papieża zachowywali niewzruszone milczenie na temat intencji Hadriana, wśród członków Kurii krążyły pogłoski wskazujące na niego jako na prawą rękę nowego papieża i najprawdopodobniej przyszłego sekretarza Stanu. To tak niedawno. Tej nocy wydawało mu się, że jako sześciolatek doił kościste krowy, nosił pomyje świniom do chlewa przy domu i podbierał małe jajka patykowatym kurom. Nawet kiedy zaczął uczęszczać do wiejskiej szkoły oddalonej o osiem mil od domu, jego dni wypełniała taka czy inna praca, którą zaczynał, nim nastawał świt, a kończył po zmroku.
W dniu dzisiejszym wspomniał matkę, która mówiła do niego zawsze tak, jakby przyszłość była hipotetycznym problemem do rozwiązania…
A teraz miała się odbyć audiencja dla kardynała Lorenzo Campeggio. Kardynał został zaproszony do papieskich komnat. Klemens przyjął go chłodno, choć z nieskrywaną z radością.
– Musimy poważnie porozmawiać, przyjacielu. Jak wspomniałem, mój kapelan jest już w drodze do Norymbergi, wioząc odpowiednie instrukcje dla nuncjusza. Jeśli książęta przyjmą propozycję, będziemy mogli zrealizować, punkt po punkcie, wasze pomysły, które szczerze mówiąc zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Na chwilę przerwał:
– Nie spodziewałem się was tak szybko, przyjacielu.
– Nie jestem jednym z tych, którzy każą papieżowi czekać. Wezwał mnie i oto jestem.
Kardynał Lorenzo Campeggio uśmiechnął się, głęboko zaszczycony, i pochylił głowę w geście szacunku. Jak na razie wszystko szło tak, jak planował Klemens. Ale furia watykańskiej Kurii, zgodnie z oczekiwaniami, miała za chwilę wybuchnąć…
Jeszcze przed najazdem na Rzym, w 1524 roku, papież wysłał do Niemiec kardynała jako swojego legata. Na obradach w Norymberdze domagano się zwołania soboru w Trydencie. Ostatecznie odbył się jedynie zjazd stanów niemieckich 8 kwietnia 1530. W Augsburgu uchwalono reformacyjne Credo (tzw. Wyznanie augsburskie, będące jednym z dokumentów założycielskich Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego).
III
Jednym z głównych dzieł wykonanych w tamtych czasach było udekorowanie Stanzy Watykańskich; praca nad nimi została rozpoczęta jeszcze przez Rafaela za pontyfikatu Leona X. Papież współpracował także ze związanym ze swoim rodem historykiem, Francesco Guicciardinim, a także z filozofem i politykiem Niccolò Machiavellim. Zlecał prace artystom takim jak: Benvenuto Cellini czy Michał Anioł; temu ostatniemu, pod koniec pontyfikatu, polecił namalować słynny fresk – Sąd Ostateczny. Jest czerwiec 1527.
Pożądanie i uczenie się. To naprawdę wszystko to, co jest, prawda? pytał się w duchu.Na co oczekiwałeś? pytał siebie. Albowiem poczuł się w końcu, jakby zaczynał być nauczycielem, który jest po prostu człowiekiem, dla którego biblia jest jedyną prawdą, który przejmuje godność sztuki, która ma niewiele wspólnego z jego głupotą lub słabością czy nieudolnością jako człowieka.
Do komnat papieskich wszedł Nicolo Macchiaveli. Pewność siebie Klemensa VII była zadziwiająca. Jakkolwiek miał czterdzieści dziewieć lat, a nie mógł przewidzieć nic co przed nim, czym chciał się cieszyć, ani odrobinę tego co za nim, o co zatroszczył się, aby pamiętać.
Znowu zaczął mówić, tym razem nieco żywiej.
-Wojna nie tylko zabija kilka tysięcy lub kilkaset tysięcy młodych ludzi. Ale zabija coś w ludziach, co nigdy nie można odwrócić. A jeśli ludzie przechodzą przez wystarczającą ilość wojen, wkrótce wszystko, co pozostało jest brutalne, istota, taka jak my-wy i ja i inni tacy jak my, są edukowane z szlamu.
-Ale trzeba wiedzieć, że dwa są sposoby prowadzenia walki, trzeba przeto być lisem i lwem.
Podczas gdy oni rozmawiali wspominali lata swojej młodości, a każda myśl inna od drugiej, jakby była z innego czasu.
– Umiłowanie literatury, języka, tajemnicy umysłu i serca, pokazujące się w jednej minucie, dziwne i nieoczekiwane kombinacje liter i słów, w najczarniejszym i najzimniejszym wydruku- miłość, którą musiał ukrywać, jakby była nielegalna i niebezpieczna, teraz zaczął ją wyświetlać, początkowo nieśmiało, a potem śmiało, a następnie z dumą.
– Musisz pamiętać, kim jesteś i co wybrałeś, żeby się stać, a nawet znaczenie tego, co robisz. Istnieją wojny i klęski i zwycięstwa rodzaju ludzkiego, które nie są wojskowe i które nie są zapisane w annałach historii. Pamiętaj to, gdy starasz się zdecydować, co robić.
Czasami, gdy był zanurzony w swoich książkach, przychodziła do niego świadomość wszystkiego, co nie wiedział, wszystkiego, co nie przeczytał; i spokój, dla którego pracował, bywał rozbity, gdy uświadomił sobie jak mało czasu miał w życiu, by przeczytać tak dużo, aby dowiedzieć się, co musiał wiedzieć. Ale dopiero w jego piędziesiątym roku nauczył się, co inni, znacznie młodsi, nauczyli się długo przed nim: że osobę, którą kocha się pierwszą nie jest osobą, którą kocha się jako ostatnią, i ze ta miłość nie jest celem, lecz procesem, przez który jedna osoba usiłuje poznać drugiego.
– Biedny tata Juliusz. Odszedł za wcześnie. Ale i tak ludzie prędzej puszczają w niepamięć śmierć ojca niż stratę ojcowizny.
– Nie było ci w życiu łatwo, prawda? zagadnął go przyjaciel.
Papież pomyślał przez chwilę, zanim odpowiedział.
– Nie. Ale chyba nie chciałem, żeby było.
Papież wysłuchał jego słów spadających jakby z ust drugiego po Bogu, nadto obserwował jego twarz, a przyjmował te słowa jak kamień przyjmuje wielokrotne ciosy pięścią. Czuł się zwyciężonym.
-Piękna jest twojego autorstwa historia miasta Florencji, ożywił się Klemens VII.
Potem przez kilka chwil w godzinach wieczornych rozmawiali cicho i niedbale, jakby byli starymi przyjaciółmi lub wyczerpanymi wrogami…
IV
Bolonia uroczyście w pełnym słońcu przeżywa koronację Karola V na cesarza Świętego Cesarza Rzymskiego. Koronacji dokonał 24 lutego 1530 r. w Bolonii papież Klemens VII. Ale już papież Juliusz II zezwolił Maksymilianowi I tytułować się cesarzem bez koronacji papieskiej, od tamtej pory uznano, że nie koronacja przez papieża, a wybór przez elektorów Rzeszy daje prawo do tytułowania się cesarzem rzymskim, przyjęto tytuł Electus Romanorum Imperator (Wybrany Cesarz Rzymski). W wypadku, gdy elekcja odbywała się za życia panującego cesarza (vivente imperatore) elekt przyjmował tytuł króla Rzymian (Niemiec). Tytuł cesarski przejmował w owej sytuacji, automatycznie po śmierci poprzednika. Od czasów Maksymiliana I przeprowadzano również jedną koronację, dokonywaną przez elektorów duchownych, która odbywała się niezwłocznie po wyborze. Ostatnim cesarzem rzymskim koronowanym przez papieża był Karol V w 1530, od 1519 jako wybrany cesarz rzymski.
Epilog
W czerwcu 1534 Klemens poważnie zachorował. Po krótkiej poprawie, jego stan znowu się pogorszył; lekarze podejrzewali, że może to być skutek otrucia. Według różnych opinii, dolegliwości gastryczne mogły mieć złośliwy charakter lub też być wynikiem utworzenia się w ciele przetoki. W lipcu i sierpniu, stan papieża ulegał gwałtownym zmianom – raz wyglądał na całkowicie zdrowego, a innym razem był umierający. 21 września 1534 nastąpiło gwałtowne pogorszenie – znacznie wzrosła gorączka, a Klemens nagle osłabł. Zmarł 4 dni później.
W Cagliari na majestatycznej górze wznosi się imponująca katedra Santa Maria z XIII w., z fasadą w stylu pizańskim. Szczególnie cenne są płaskorzeźby ambony z 1160 r. mistrza Guglielmo z Pizy. Piękna jest też wydrążona w skale krypta Świętych Męczenników Cagliari, bogato zdobiona kolorowymi marmurami. Można do niej wejść i oglądać figury świętych i kamienne urny z prochami 197 męczenników. Świątynia słynie dzisiaj z Tryptyku Klemensa VII; w prawej nawie wisi kopia słynnego dzieła Flamanda Rogiera van der Weydena (oryginał wystawiany jest w święto Wniebowzięcia 15 sierpnia). Cudem uratowani z burzy żołnierze Karola V, wylądowawszy w Cagliari, oddali łupy biskupowi. Był wśród nich i słynny tryptyk Klemensa VII, który wykradziono z osobistych komnat papieskich. Data „sacco di Roma” jest symbolicznym końcem renesansu we Włoszech.
Grobowiec papieża znajduje się w rzymskiej bazylice Najświętszej Maryi Panny “sopra Minerwa”. Ale jako iż powszechnie został uznany za odpowiedzialnego za niezręczną politykę, która doprowadziła do tragedii Rzymu, jego grobowiec smarowano gnojem, a wypisane na płycie nagrobnej imię Clemens (łac. łaskawy) Pontifex Maximus – nieznany osobnik zmienił na InClemens czyli bezlitosny. Jakkolwiek w pewnej odległości od grobu widać było również położony wieniec od nieznajomego z Florencji.
(informacje o Klemensie VII zostały zaczerpnięte przez internet, przypadki tutaj opisane stanowią licentia poetica autora)
Tytuł 21
Stanisław Barszczak, Pielgrzymka do Chorwacji była piękna jak wiosna —
Tak, można powiedzieć, żeśmy wałkonili się na kempingu. To nie jest zabronione, co? Były to jedyne wakacje mojego życia, czas rekolekcji prowadzonych przez Ojców Gabrielistów w dalekiej Chorwacji. I mogliśmy sobie pozwolić na to, żeby się obijać, bo wtedy byliśmy, że tak powiem, bogatymi próżniakami. Nie spodziewałem się takiego wspaniałego klimatu do modlitwy. Przejdę do rzeczy. O czym to ja? Kemping, bungalow tak? Nad Adriatykiem na wyspie Krapanij. To nic nadzwyczajnego, jednopokojowy domek, kawałek plaży i stara ogrodowa przystań. Siadaliśmy pod zadaszeniem w ogrodzie klasztornym, słuchaliśmy nauk rekolekcyjnych i patrzyliśmy, jak życie się toczy. Posesja klasztoru stoi na brzegu– a oboje wiecie, jak tam jest, płytka woda, trzciny, krzaki i nic więcej. Południowy brzeg wyspy jest ładniejszy, z dużymi domami, takimi, co to letnicy koniecznie muszą je mieć; wyobrażam sobie, że kiedy patrzyli na nasze domki letniskowe i przyczepy mieszkalne, mówili między sobą, jakie to przykre, że oni muszą żyć w takich warunkach, bez kortu tenisowego i w ogóle. Mogli sobie myśleć, co chcieli. Nam było dobrze. Mieliśmy wodę bieżącą i nie musieliśmy po nocy latać do wychodka. Mówię, było dobrze. W każdym razie rekolekcje spadły z nieba..To był uśmiech losu numer jeden. A były złote lata moich podróży po świecie, jak pewnie pamiętacie, i wtedy zaczęło się dla nas życie jak w Madrycie. Śpiewy, Msze święte po chorwacku, następnie wspólny obiad w refektarzu klasztornym, po obiedzie gra w siatkówkę na kempingu, słońce ostro przygrzewa, słychać głośne cykady. A zaczęło się tak. W tamtym czasie często spotykaliśmy się, ja z Bratem Genaro z zakonu Gabrielistów. Ci ostatni świeżo co pobudowali klasztor w centrum miasta, za murem Seminarium Duchownego. Było gorąco, właściwie nie mieliśmy już po co siedzieć w Częstochowie, przynajmniej dopóki było ciepło. Podróż na Krapanij to była pielgrzymka autokarowa. Na miejscu nikt nam nie przeszkadzał, nie było przejść z tymi makaroniarzami z drugiego brzegu, z Częstochowy i z Medjugoria przyjeżdżaliśmy do klasztoru i zostawaliśmy gdzieś tak dziesięć dni. Nastał piękny sierpniowy wieczór, zostałem zachęcony, aby wybrać się na spacer. Powiedziałem, że chętnie, więc wyszliśmy z krzesłami na koniec przystani, oglądając zachód słońca. Dobrze nam tam było, lepiej niż wielu. Rozmodlony Brat Genaro, moja krew. Z takim podejściem do życia nigdy nie dostaniesz wrzodów. -A teraz chodźmy się przespać- powiedziałem jakby do siebie. I tak zrobiliśmy. Obudziliśmy się koło siódmej, a koło dziewiątej zaczęliśmy modlitwy. W tym czasie nie słyszeliśmy o żadnych katastrofach na lądzie czy morzu. A przecież zdarzyło się, że pijany kierowca zabił kogoś pewnej nocy. Można powiedzieć, że to ironia losu, tragedia albo że po prostu takie jest życie. Nie wiem, nie jestem filozofem. Dobrze choć, że na przykład nie wiózł swojej rodziny. I mam nadzieję, że regularnie opłacał ubezpieczenie. No dobra, to jest tło sytuacji. Teraz przejdziemy do sedna. Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że za murem biwakuje rodzina Fiore, która miała dom dokładnie naprzeciwko nas, duży, biały, z filarami i trawnikiem sięgającym do plaży, która była czyściutka, piaszczysta, nie kamienista jak nasza. W środku pewnie z tuzin pokojów. Może nawet dwadzieścia parę, jeśli liczyć domek gościnny. Swoją działkę nazwali Obóz Dwanaście Sosen, ponieważ dookoła głównego domu rosły sosny, prawie jak ogrodzenie. Obóz! Boziu drogi, toż to była prawdziwa posiadłość. I owszem, mieli kort tenisowy. Oprócz tego siatkę do badmintona, teren pod golfa. Podobno przyjeżdżali pod koniec czerwca, zostawali do początku września, a potem zamykali chatę na cztery spusty. Taki wielki dom, a dziewięć miesięcy w roku stał pusty. Wierzyć się nie chciało. Ojciec Gabrielista w jego języku włoskim jednak nie dziwił się. Stwierdził, że my jesteśmy „bogaci z przypadku”, ale ci Fiore to prawdziwi bogacze. -Tylko że ich pieniądze są brudne – powiedział.Wszyscy wiedzą, że Pietro Fiore ma powiązania. Pieniądze podobno pochodziły z prowadzenia legalnie Firmy. Jesteście gliny, więc resztę możecie sobie dopowiedzieć sami. Jak mawiała moja zmarła mama, kiedy dodać dwa do dwóch, nigdy nie wyjdzie pięć. Po przyjeździe Fiore wszystkie pokoje w dużym białym domu były zajęte, tyle powiem. Te w „domku gościnnym” też. Pewnego razu patrzyłem za mur, kończyliśmy słuchać konferencji duchowej z Ośmiu Błogosławieństw. Ojciec Rekolekcjonista wznosił za nich toast swoim Sombrero i uśmiechając się mówił, że namnożyło się tych Fiore jak mrówków. Potrafili się bawić, co prawda, to prawda. Urządzali grille, ganiali się z pistoletami na wodę, młodzi śmigali na skuterach wodnych -mieli ich chyba z pół tuzina, w tak jaskrawych kolorach, że oczy bolały patrzeć. Wieczorami grali w futbol, zwykle było ich tylu, że mogli wystawić dwie drużyny po jedenastu, a kiedy robiło się za ciemno, żeby widzieć piłkę, śpiewali. Koło jedenastej w nocy impreza się kończyła. Nie wiem, czy któryś z sąsiadów protestowałby, nawet gdyby śpiewy i trąbienie trwały do trzeciej nad ranem; było nie było, wszyscy na naszym brzegu mieli Pietro Fiore za takiego prawdziwego Kiepurę. Następnego dnia kończyliśmy nasz pobyt na Krapanij. Z rana obszedłem wyspę dookoła, bo mam w zwyczaju wszędzie obchodzić kulę ziemską. Nadto miałem trochę zimnych ogni i parę petard. Kupiłem to wszystko przed wyjazdem na te święte ćwiczenia rekolekcyjne od brata Genaro. I to nie tak, że na niego kabluję. Bo wiem, że nie jesteście głupi. Kurczę, wszyscy wiedzieli, że w klasztorze można dostać fajerwerki. Ale pani Janina sprzedawała tylko małe, bo wtedy wszelka pirotechnika była zakazana. W każdym razie Fiore latali po brzegu, grali w futbol i tenisa, szczypali jeden drugiego w tyłek, młodsze dzieci pluskały się na płyciźnie, starsze skakały z kamieni do wody. My z Gabrielistami siedzieliśmy na krzesłach ogrodowych na końcu naszej ogrodowej przystani, wszystko było cacy, cały patriotyczny ekwipunek leżał koło nas. O zachodzie słońca dałem im zimny ogień, zapaliłem go, a potem odpaliłem od niego swój. Machaliśmy nimi w zapadającym zmroku i dzieciarnia zza muru zaraz je zobaczyła i w krzyk, że też takie chcą. No to dwaj starsi synowie Pietro Fiore rozdali każdemu po jednym i wszyscy machali nimi do nas. Ich zimne ognie były większe, paliły się dłużej niż nasze; główki miały nasączone jakimś związkiem chemicznym, dzięki któremu leciały z nich różnokolorowe iskry, nie tylko żółtobiałe jak z naszych. Teraz dopiero widzicie, i ja tam byłem, miód i wino piłem, by wam to wszystko później szczerze opowiedzieć.
(licentia poetica autora tekstu)
Matka zwycięża świat
Aforyzmy świętego Ojca Pio:
Rzućmy się jak dzieci w ramiona Matki niebieskiej.
Ofiarowaliśmy się Madonnie i będziemy zawsze wybawieni od każdego niebezpieczeństwa.
Jeśli jesteśmy oddani Maryi, powinniśmy ją naśladować.
Pragniemy czasem być dobrymi aniołami a zaniedbujemy być dobrymi ludźmi
Człowiek będzie mógł uniknąć sprawiedliwości ludzkiej ale nie boskiej.
Bądź pokorny sercem, poważny w słowie, roztropny w twoich rozwiązaniach.
Akceptuj wszelki ból i niezrozumienie ze względu na miłość Jezusa.
Nie przerażaj się ciężarem krzyża, który trzeba nieść.
Miej słodycz względem bliźniego i pokorę wobec Boga.
Modlitwa powinna być nalegająca. Zdrowy upór oznacza wiarę.
“Dlaczego” zrujnowało świat.
Ratowanie wszelkiej budowli zależy od fundamentu i dachu.
Cały dzień niech będzie przygotowaniem i dziękczynieniem do świętej komunii.
Bądź zawsze wierny Bogu i zachowuj obietnice, który mu złożyłeś.
Bądźcie zawsze silni w pokorze.
Chowaj w sercu Jezusa Chrystusa a wszystkie krzyże świata wydadzą ci się rozradowane.
Bóg jest naszym Padre- Ojcem. Kto lękałby się być synem takiego Ojca?
Tylko ci, którzy użyli, zaznali miłosierdzia otrzymają od Boga miłosierdzie.
Bóg karci, ponieważ kocha.
Gdzie nie ma posłuszeństwa, nie ma cnoty.
Jeśli nieprzyjaciel nie zaśnie, aby (cię) zgubić, to Madonna nie zostawi ani na chwilę
Jeśli nachodzi cię przygnębienie, słabość ducha, biegnij na nogach do krzyża.
Powinniśmy czynić tylko wolę Boga, reszta się nie liczy.
Jesteśmy zawsze uczciwi, odrzucając wszelką złą myśl z naszego umysłu
Jeśli stanie na nogach zależałoby tylko od nas, nie postalibyśmy ani chwili.
Nie troskajcie się szukając Boga na zewnątrz was, ponieważ jest wewnątrz was i z wami.
Jeśli Bóg nie zostawił cię w przeszłości, jak będzie mógł zostawić cię dla przyszłości.
Pamiętaj, że z Bogiem się nie żartuje.
Kiedy Jezus puka do drzwi naszego domu, otwórzmy mu i urządźmy gościnę
Błogosław tę rękę, która cię bije. To jest ręka Padre-ojca!
Jezus w Nazarecie żył życiem ukrytym. Czyń także to samo.
Kiedy znajdujesz się na modlitwie u Boga, mówi mu, czyń żeby to widział.
Jedyny lęk obrażenia mojego Boga sprawia mi drżenie, silne bóle, umieranie.
Miłość i lęk powinny iść zjednoczone.
Uświęcajmy się i wychwalajmy Pana.
(tłum. ks. stanisław Barszczak)