Wejść w życie Jezusa

Stanisław Barszczak, Kazanie na 2 Niedzielę Adwentu

Przestrogi dla Polski

Święty Marek w dzisiejszej Ewangelii przedstawia plan odsłonięcia osobowości Jezusa,  zarazem o powinności zakorzenienia w tej tajemnicy z perspektywy Starego i Nowego Testamentu, także o perspektywie, która zaprowadzi aż po Zmartwychwstanie. Nie musimy czytać każdego z momentów życia Jezusa, by zachować siłę Dobrej Nowiny. To jest Chrystus,  Mesjasz oczekiwany. „Oto ja wysyłam posłańca mojego przed Tobą”.  Marek podkreśla tę boskość wzmiankując  modyfikację, jaką Chrystus wniósł do tekstu Izajasza.  I mamy potem u stóp krzyża to wyznanie: „Zaiste ten człowiek był Synem Boga”.  Oczekujemy na mesjasza, słyszymy czasem. Ale właśnie Jezus jest istotnością naszej wiary. Nasze codzienne troski nie powinny przesłaniać nasze przejście na spotkanie z Synem Boga. A trzeba dużo przejść. I trzeba, żeby transmisja Jezusowej drogi nie napotykała trudności. Mamy przygotować drogę, równać jego drogę. Mamy wejść na wysoką górę.  Tekst Izajasza trzeba odczytywać na dwóch poziomach.  Pierwszy reprezentuje Kościół, który jest „głosem Pana” bardzo słyszalnym, w porównaniu do przekazu nazbyt ludzkiego, zbyt sklerotycznego, rytualnego. A drugi nasz osobisty sposób życia tą Dobrą Nowiną, bez sprzeciwiania się jej przez nasze słabości. Pojawia się tutaj obcy nieco paradoks wszelkiego poznania, różny od racjonalnej dedukcji i pragnienia posiadania.  Bezinteresowność wprowadza w tajemnicą wszelkiego bycia. I właśnie w Chrystusie jesteśmy jednym bytem, choć każdy pozostaje osobą, obliczem bez porównania. I staje się do tego stopnia, jak prowadzi go miłość. Poznać, nie znaczy nabycie, lecz spotkanie istot żywych. „Ucałują się sprawiedliwość i pokój”. „Pobudź w nas tę inteligencję serca, która przygotuje nas na przyjęcie jego”. Jan Chrzciciel , on zapowiada tego Jezusa, przychodzi, by przygotować serce Ludu Boga na przyjęcie nowości Dobrej Nowiny, przez nawrócenie, które jest rozpoznaniem grzechu i zmianą sposobu życia. Bóg jest życiem. Przyjąć Boga przez człowieczeństwo samego Jezusa, to człowieczeństwo ubóstwione w Jezusie. Mamy przyjąć pełnię boskości. Bóg dał nam co miał najcenniejsze, aby zaafirmować jego miłość: to Jezus. Mamy zjednoczyć się z nim, aż po śmierć.  „Ten, który wskrzesił Pana Jezusa wskrzesi także nas z Jezusem”. To jest nasze przejście na spotkanie Chrystusa. W obliczu jakich zdarzeń mamy się cieszyć mesjaszem, który przychodzi? Jednością naszych rodzin, łaską naszych wspólnot… Kochani, osobiście chcę tym samym napisać ‘pieśń letnią’, jako fragment pieśni pochodni (Flammenlied) z zamierzchłych czasów. Wspominał pewien kulturalny człowiek swoją emigrację daleko od rodzinnego kraju. Wędrując przed kościołem spotkał pana kościelnego. Usiedli na ławce w przykościelnym parku. A słońce wówczas mocno prażyło. -Dlaczego Pan nie wraca do ojczyzny? Pytał p. kościelny. – W Polsce demokracja wzięła górę. To za wiele dla mnie. Nie ma tam dla mnie miejsca. Więc muszę być  tutaj! Kochani! Marzy mi się Polska wielka, między Rosją i Francją… Kochani! Otwórzcie wasze serca na wasz ingres! Na Ducha Boga w człowieku. Mamy wziąć świadomość bliskości Ducha, wyrównać ziemię, to jest nasza radość. Na ornacie mam napisane „la strada”, droga. Jak powiedziałem mamy wyrównać ziemię, otworzyć się na ingres Ducha, czyli Boga-człowieka. Tę drogę realizowali już inni przed nami. Choć nie zawsze to jest Jezusowa droga. Przedziwną drogę życia miał poeta niemiecki Heinrich Heine (1797-1856). Cudownie przedstawiał ją w swym poemacie „Pieśń zimowa”. Jego wiersze były cenzurowane, musiał emigrować z ojczyzny w końcu. Umiera w Paryżu. Gdy pragnął wrócić dreszczem przejmowały go kibitki, urzędy celne, brzdęk hełmu pruskiego celnika. A w ogóle to całe życie był wystraszony, miał lęk. Wspomina z przejęciem, jak znalazł się na moście w swym Dusseldorfie o zachodzie słońca. Niesprawiedliwy los zmusza go, by jechał na północ, i dopiero po długiej podróży dociera do Hamburga, w którym mieszkał jego wuj. To jemu zawdzięczał publikację swych utworów. W Hamburgu spotyka piękne Niemki, które przypominają mu m.in. potęgę cesarstwa rzymskiego… I właśnie tę pieśń zimową pragnie przekazać potomnym, by ktoś napisał jej pieśń ostatnią, w charakterze upajającego piękna lata i uszczęśliwiającego słońca. Heine przechowywał jedyne uczucia względem Polski i Polaków. Przypomnijmy, że jest to epoka Powstania Listopadowego, które przegraliśmy… Ale jak do Lipska emigranci polscy weszli, co to była za radość w ludziach. A potem  tak to Heinrich Heine, poeta romantyczny i ateista, wspomniał raz o swym kompanach Polakach w Paryżu: o dwóch szlachcicach z polskiej ziemi, o Krapiliński i Waszlapskim, którzy bili się o wolność dzielnie, z tyranami moskiewskiemi. Mężnie bijąc się zdołali do Paryża zwiać szczęśliwie. Dla ojczyzny paść jest słodko… Między nimi żadnej zdrady, przyjaciółmi są wiernemi, jakkolwiek obaj dwaj szlachcice, dwaj szlachcice z polskiej ziemi, żyją razem w jednej izbie, dzielą z sobą jedno łoże, jedną wesz i jedną duszę, drapią się o jednej porze. Jedzą obaj w jednej knajpie…. Jemu to marzyła się nowa Rewolucja Francuska, tym razem w Niemczech, o daleko większym i szerszym oddziaływaniu na historię narodów… W eseju „O Polsce” z 1823 roku poeta daje osobliwy obraz Polski i Polaków. Przez kilka miesięcy na krzyż i w poprzek zwiedzałem pruską część Polski; w rosyjską część nie wchodząc, a do austriackiej w ogóle. Poznałem ogólnie wielu ludzi. Polscy gospodarze z dziada pradziada siedzą na wsiach, młodzież nie wychyla się poza rodzinne pielesze. Polacy żyją z uprawy roli i hodowli bydła. Strój polskiego rolnika: kamizelka bez rękawów, którą wyciąga do połowy ud; góra ubioru w jasne linie zajęte. Spód, zwykle bladożółty, w niebieskim i zielonym kolorze. Emancypować Gospodarzy trzeba, pisał Heine. Między gospodarzami i szlachtą są tutaj Żydzi… Wielu Polaków uczy się teraz języka niemieckiego, w antykwariatach znajdują się niemieckie książki. Edukacja sama ustaliła się tutaj przez miejsce i czas, wszędzie i zawsze przez ziemię i historię polityczną. W Polsce to jest przypadek bardziej wymowny, aniżeli gdziekolwiek indziej. Polska leży między Rosją a Francją. To jeszcze przed Francją leżące Niemcy nie chcę wliczać, ponieważ większa część Polaków niesprawiedliwie widziała je jako szerokie Bagno, które trzeba szybko przejść, by  osiągnąć błogosławiony kraj, w którym nie ma urzędów celnych. Polska była narażona na wpływy: przenikający z Rosji wschodni barbaryzm, tutaj styka się kulturą zachodu, z Francją: zatem pojawia się dziwna mieszanina kultury i barbaryzmu w charakterze i w życiu Polaków. Nie budowali Polacy na sile ducha… W rzeczy samej historia Polski jest miniaturą historii Niemczech, która reprezentuje jedynego Ducha niemieckiego. Mamy być Deutsche, Niemcami, pisał mocno Heine. A ja mówię: mamy być Polakami. Ale „nie pójdziemy prosto na Rzym”, powiedziałby amerykański Generał z czasów II Wojny Światowej. A przed nami długa droga… Z walki o niezawisłość widzialną  rodziła się wielkość Polaków, ich osamotnienie ojczyźniane, nieszczęście ojczyzny- tak mówili Francuzi. Była tedy w Polsce preferencja do stanu wojskowego. Stąd Polacy mają dobrych żołnierzy i generałów, jednak mniej mężów stanu, a znacznie mniej uczonych. W niedawno minionej  epoce działali Encyklopedyści, Kościuszko. W Polsce najpiękniejsze słowo to wolność, ale ta wolność nie ma instytucji.  Heine ma słabość do płci pięknej, Polek, która nazywa Polinnen, których rolę porównuje do kaskad Wisły, w porównaniu do mielizn Sprewy… Mocarstwo Wschodnie, Carów, jakże w odmiennych kolorach przedstawił nam choćby cudownie zdolny pisarz Maurycy Mochnacki, który po upadku powstania listopadowego dawał koncerty fortepianowe m.in.. w Metzu, a zmarł na gruźlicę w grudniu 1834 roku. „Że mieszkaniec Tobolska i Kamczatki, że Szwed, Kurlandczyk, Moskal, Kirgiz, Kabardyniec, Kozak, Tatar, Czerkies, Baszkir, od Irtysza do Tereku i Kubania, obecnie jednemu panu hołduje, to tylko nieodżałowanym błędom przypisać trzeba, którymi rzecz nasza zginęła.” Potęga moskiewska tkwi w zdobyczach. Nie ze środka do obwodu, jak gdzie indziej, ale przeciwnie, z obwodu do wewnątrz wpadają jej promienie. A zatem po obcięciu zdobyczy na obwodzie to zostaje Moskwie, czego zdobyć nie można, czego nie warto zdobywać”. „Od czasu mongolskiego najazdu, poprzez Iwana Groźnego, do Piotra I społeczeństwo  rosyjskie zostało wyzute w stopniowej ekspansji caratu z wszelkiej podmiotowości, doszło do stanu, w którym nie możliwe jest jego oddzielenie od panującego nad krajem reżimu. „Absolutyzm nie jest [w Rosji] przemijającą jak gdzie indziej instytucją, której byt nic wspólnego nie ma z bytem narodu, której uchylenie mogłoby być dobrodziejstwem… Tylko jedynowładztwo i wszechwładztwo cara, jako fundamentalnego prawa, początkiem swoim, rzeczą, organizacją sięgające tatarskich czasów, bo przez hanów tatarskich było postawione, utrzymuje w ryzie ten potwór geograficzny, graniczący ze Szwecją i Stanami Zjednoczonymi, z Meksykiem i Prusami, z Austrią i Cesarstwem Chińskim, z Turcją i Indiami. Kto pierwszy w tym kraju zechce kontrolować zwierzchnią władzę, kto się jej będzie mógł na mocy prawa sprzeciwić, zada cios śmiertelny tej potędze. […] Rewolucje pałacowe Moskwie nie szkodzą, uduszą Pawła, będzie Piotr itd. Lecz dla tej samej przyczyny rewolucja mająca na celu ograniczenie woli panującego, rewolucja polityczna, jednym słowem, zmiana natury rządu, rozbiłaby natychmiast kolos na drobne atomy. Jest więc patriotyzmem w Rosji niewola”. „Moskwy inaczej zrewolucjonizować, to jest uwolnić i oświecić, nie można jak przez obcięcie jej ogromu”. Przypisując dekabrystom zamiar całkowitego otwarcia carskiego więzienia narodów, z którego wyjdą ludy „od Irtysza do Tereka i Kubaniu”, „od Białego do Czarnego Morza”, dopuszczał Mochnacki możliwość wewnętrznego wyswobodzenia samej Moskwy-Rosji, ale nie widział jej w innym kształcie, jak w historycznym obrębie pradawnej, nie 40, ale 10-milionowej w swym zaludnieniu Rusi Zaleskiej. Zdaje mi się, że dzieło M. Mochnackiego „Powstanie narodu polskiego” w dwóch tomach, powinno być czytane w naszej Polszcze, jak inne dzieło sztuki, mianowicie Mickiewiczowski „Pan Tadeusz”. Ale gdy w „Panu Tadeuszu” została pokazana sielankowa Rzeczpospolita Polska szlachecka, to w pierwszym dziele- zupełna realność jej zaistnienia. Już nie kiejbyś mrzonki jakieś o Polszcze. Marzy mi się Polska wielka, między Rosją i Francją dla dobra całej wspólnoty Europy i świata, przy czynnym współudziale w tworzeniu lepszego jutra całego, ziemskiego globu. Dlatego chcę walczyć o niepodległość ostatnią Polaków. Słyszeliśmy nieraz głos z zachodu Europy: „niech Bóg wam błogosławi!”A zatem z błogosławieństwem Boga byśmy  byli najbardziej chrześcijańscy,  i tak się zbawili! Są w ojczyźnie narody różne, trzeba te narody wspomóc… Wróćmy na moment do Heinego. Ludzkie braterstwo, morze- to są słowa cudowne w języku Heinego, nadzieja i miłość do końca. W „Historii religii i filozofii w Niemczech”. Chrześcijaństwo, to jest jego największa zasługa – złagodziło brutalną miłość germańskiej wojny, choć nie mogło jej zniszczyć. I raz jeszcze zapali się ona, wybuchnie w płomieniu; powinien usunąć się w cień talizman, krzyż, szaleństwo starożytnych wojowników, wtedy zaświeci pieśń nordyckich bardów. Talizman jest niestały. Znów postaną starożytni Bogowie, odsłoni się pył tysiąca lat, odsunie zmierzch z ich oczu i wreszcie olbrzymim młotem podniesie się wrota w górę i zniknie blask gotyckich katedr. Wielka część Polaków żyje jeszcze w formach katolicyzmu, jednak bez wielkiego ducha tych form i odgadnięcia ich w obecnym przejściu do historii świata. Polacy mają fatalne przyzwyczajenie odnawiać ich kościoły. Takie stwierdzenie pojawiło się u Heinego, gdy zwiedzał Poznań. Polacy mają utalentowanych aktorów, primadonny opery, Heine cytuje całą listą słynnych w jego epoce imion i nazwisk… A przed nami rzeczywistość, grudzień 2011 rok. Głupota kwitnie w aktorstwie dziś. Dlatego wybitny krytyk literacki Marcel Reich-Ranicki nie przyjął nagrody telewizji niemieckich. Parafrazując Tuwima powiedzielibyśmy: ”Zmęczony burz szaleństwem, jak statek pijany, już niczego nie pragnę, jeno kogoś, kto zrozumie mój żal nienazwany, kogoś, kto mą bezsłowną tęsknotę usłyszy; kogoś, kto jasną duszą życie mi przepoi, iżbym w spokoju bożym wypoczął po męce, kogoś, kto rozszalałe serce uspokoi, kładąc na moje oczy miłosierne ręce. Idę po szczęście swoje… Którędy? Ach, jak ślepiec! Zwyczajnie – przed siebie. I wiem, że zawsze trafię, którą pójdę drogą, albowiem wszystkie moje drogi prowadzą do Ciebie.” Życzę dobrej niedzieli.

Wejść w życie Jezusa 57

Stanisław Barszczak, Kazanie na 2 Niedzielę Adwentu

Przestrogi dla Polski

Święty Marek w dzisiejszej Ewangelii przedstawia plan odsłonięcia osobowości Jezusa,  zarazem o powinności zakorzenienia w tej tajemnicy z perspektywy Starego i Nowego Testamentu, także o perspektywie, która zaprowadzi aż po Zmartwychwstanie. Nie musimy czytać każdego z momentów życia Jezusa, by zachować siłę Dobrej Nowiny. To jest Chrystus,  Mesjasz oczekiwany. „Oto ja wysyłam posłańca mojego przed Tobą”.  Marek podkreśla tę boskość wzmiankując  modyfikację, jaką Chrystus wniósł do tekstu Izajasza.  I mamy potem u stóp krzyża to wyznanie: „Zaiste ten człowiek był Synem Boga”.  Oczekujemy na mesjasza, słyszymy czasem. Ale właśnie Jezus jest istotnością naszej wiary. Nasze codzienne troski nie powinny przesłaniać nasze przejście na spotkanie z Synem Boga. A trzeba dużo przejść. I trzeba, żeby transmisja Jezusowej drogi nie napotykała trudności. Mamy przygotować drogę, równać jego drogę. Mamy wejść na wysoką górę.  Tekst Izajasza trzeba odczytywać na dwóch poziomach.  Pierwszy reprezentuje Kościół, który jest „głosem Pana” bardzo słyszalnym, w porównaniu do przekazu nazbyt ludzkiego, zbyt sklerotycznego, rytualnego. A drugi nasz osobisty sposób życia tą Dobrą Nowiną, bez sprzeciwiania się jej przez nasze słabości. Pojawia się tutaj obcy nieco paradoks wszelkiego poznania, różny od racjonalnej dedukcji i pragnienia posiadania.  Bezinteresowność wprowadza w tajemnicą wszelkiego bycia. I właśnie w Chrystusie jesteśmy jednym bytem, choć każdy pozostaje osobą, obliczem bez porównania. I staje się do tego stopnia, jak prowadzi go miłość. Poznać, nie znaczy nabycie, lecz spotkanie istot żywych. „Ucałują się sprawiedliwość i pokój”. „Pobudź w nas tę inteligencję serca, która przygotuje nas na przyjęcie jego”. Jan Chrzciciel , on zapowiada tego Jezusa, przychodzi, by przygotować serce Ludu Boga na przyjęcie nowości Dobrej Nowiny, przez nawrócenie, które jest rozpoznaniem grzechu i zmianą sposobu życia. Bóg jest życiem. Przyjąć Boga przez człowieczeństwo samego Jezusa, to człowieczeństwo ubóstwione w Jezusie. Mamy przyjąć pełnię boskości. Bóg dał nam co miał najcenniejsze, aby zaafirmować jego miłość: to Jezus. Mamy zjednoczyć się z nim, aż po śmierć.  „Ten, który wskrzesił Pana Jezusa wskrzesi także nas z Jezusem”. To jest nasze przejście na spotkanie Chrystusa. W obliczu jakich zdarzeń mamy się cieszyć mesjaszem, który przychodzi? Jednością naszych rodzin, łaską naszych wspólnot… Kochani, osobiście chcę tym samym napisać ‘pieśń letnią’, jako fragment pieśni pochodni (Flammenlied) z zamierzchłych czasów. Wspominał pewien kulturalny człowiek swoją emigrację daleko od rodzinnego kraju. Wędrując przed kościołem spotkał pana kościelnego. Usiedli na ławce w przykościelnym parku. A słońce wówczas mocno prażyło. -Dlaczego Pan nie wraca do ojczyzny? Pytał p. kościelny. – W Polsce demokracja wzięła górę. To za wiele dla mnie. Nie ma tam dla mnie miejsca. Więc muszę być  tutaj! Kochani! Marzy mi się Polska wielka, między Rosją i Francją… Kochani! Otwórzcie wasze serca na wasz ingres! Na Ducha Boga w człowieku. Mamy wziąć świadomość bliskości Ducha, wyrównać ziemię, to jest nasza radość. Na ornacie mam napisane „la strada”, droga. Jak powiedziałem mamy wyrównać ziemię, otworzyć się na ingres Ducha, czyli Boga-człowieka. Tę drogę realizowali już inni przed nami. Choć nie zawsze to jest Jezusowa droga. Przedziwną drogę życia miał poeta niemiecki Heinrich Heine (1797-1856). Cudownie przedstawiał ją w swym poemacie „Pieśń zimowa”. Jego wiersze były cenzurowane, musiał emigrować z ojczyzny w końcu. Umiera w Paryżu. Gdy pragnął wrócić dreszczem przejmowały go kibitki, urzędy celne, brzdęk hełmu pruskiego celnika. A w ogóle to całe życie był wystraszony, miał lęk. Wspomina z przejęciem, jak znalazł się na moście w swym Dusseldorfie o zachodzie słońca. Niesprawiedliwy los zmusza go, by jechał na północ, i dopiero po długiej podróży dociera do Hamburga, w którym mieszkał jego wuj. To jemu zawdzięczał publikację swych utworów. W Hamburgu spotyka piękne Niemki, które przypominają mu m.in. potęgę cesarstwa rzymskiego… I właśnie tę pieśń zimową pragnie przekazać potomnym, by ktoś napisał jej pieśń ostatnią, w charakterze upajającego piękna lata i uszczęśliwiającego słońca. Heine przechowywał jedyne uczucia względem Polski i Polaków. Przypomnijmy, że jest to epoka Powstania Listopadowego, które przegraliśmy… Ale jak do Lipska emigranci polscy weszli, co to była za radość w ludziach. A potem  tak to Heinrich Heine, poeta romantyczny i ateista, wspomniał raz o swym kompanach Polakach w Paryżu: o dwóch szlachcicach z polskiej ziemi, o Krapiliński i Waszlapskim, którzy bili się o wolność dzielnie, z tyranami moskiewskiemi. Mężnie bijąc się zdołali do Paryża zwiać szczęśliwie. Dla ojczyzny paść jest słodko… Między nimi żadnej zdrady, przyjaciółmi są wiernemi, jakkolwiek obaj dwaj szlachcice, dwaj szlachcice z polskiej ziemi, żyją razem w jednej izbie, dzielą z sobą jedno łoże, jedną wesz i jedną duszę, drapią się o jednej porze. Jedzą obaj w jednej knajpie…. Jemu to marzyła się nowa Rewolucja Francuska, tym razem w Niemczech, o daleko większym i szerszym oddziaływaniu na historię narodów… W eseju „O Polsce” z 1823 roku poeta daje osobliwy obraz Polski i Polaków. Przez kilka miesięcy na krzyż i w poprzek zwiedzałem pruską część Polski; w rosyjską część nie wchodząc, a do austriackiej w ogóle. Poznałem ogólnie wielu ludzi. Polscy gospodarze z dziada pradziada siedzą na wsiach, młodzież nie wychyla się poza rodzinne pielesze. Polacy żyją z uprawy roli i hodowli bydła. Strój polskiego rolnika: kamizelka bez rękawów, którą wyciąga do połowy ud; góra ubioru w jasne linie zajęte. Spód, zwykle bladożółty, w niebieskim i zielonym kolorze. Emancypować Gospodarzy trzeba, pisał Heine. Między gospodarzami i szlachtą są tutaj Żydzi… Wielu Polaków uczy się teraz języka niemieckiego, w antykwariatach znajdują się niemieckie książki. Edukacja sama ustaliła się tutaj przez miejsce i czas, wszędzie i zawsze przez ziemię i historię polityczną. W Polsce to jest przypadek bardziej wymowny, aniżeli gdziekolwiek indziej. Polska leży między Rosją a Francją. To jeszcze przed Francją leżące Niemcy nie chcę wliczać, ponieważ większa część Polaków niesprawiedliwie widziała je jako szerokie Bagno, które trzeba szybko przejść, by  osiągnąć błogosławiony kraj, w którym nie ma urzędów celnych. Polska była narażona na wpływy: przenikający z Rosji wschodni barbaryzm, tutaj styka się kulturą zachodu, z Francją: zatem pojawia się dziwna mieszanina kultury i barbaryzmu w charakterze i w życiu Polaków. Nie budowali Polacy na sile ducha… W rzeczy samej historia Polski jest miniaturą historii Niemczech, która reprezentuje jedynego Ducha niemieckiego. Mamy być Deutsche, Niemcami, pisał mocno Heine. A ja mówię: mamy być Polakami. Ale „nie pójdziemy prosto na Rzym”, powiedziałby amerykański Generał z czasów II Wojny Światowej. A przed nami długa droga… Z walki o niezawisłość widzialną  rodziła się wielkość Polaków, ich osamotnienie ojczyźniane, nieszczęście ojczyzny- tak mówili Francuzi. Była tedy w Polsce preferencja do stanu wojskowego. Stąd Polacy mają dobrych żołnierzy i generałów, jednak mniej mężów stanu, a znacznie mniej uczonych. W niedawno minionej  epoce działali Encyklopedyści, Kościuszko. W Polsce najpiękniejsze słowo to wolność, ale ta wolność nie ma instytucji.  Heine ma słabość do płci pięknej, Polek, która nazywa Polinnen, których rolę porównuje do kaskad Wisły, w porównaniu do mielizn Sprewy… Mocarstwo Wschodnie, Carów, jakże w odmiennych kolorach przedstawił nam choćby cudownie zdolny pisarz Maurycy Mochnacki, który po upadku powstania listopadowego dawał koncerty fortepianowe m.in.. w Metzu, a zmarł na gruźlicę w grudniu 1834 roku. „Że mieszkaniec Tobolska i Kamczatki, że Szwed, Kurlandczyk, Moskal, Kirgiz, Kabardyniec, Kozak, Tatar, Czerkies, Baszkir, od Irtysza do Tereku i Kubania, obecnie jednemu panu hołduje, to tylko nieodżałowanym błędom przypisać trzeba, którymi rzecz nasza zginęła.” Potęga moskiewska tkwi w zdobyczach. Nie ze środka do obwodu, jak gdzie indziej, ale przeciwnie, z obwodu do wewnątrz wpadają jej promienie. A zatem po obcięciu zdobyczy na obwodzie to zostaje Moskwie, czego zdobyć nie można, czego nie warto zdobywać”. „Od czasu mongolskiego najazdu, poprzez Iwana Groźnego, do Piotra I społeczeństwo  rosyjskie zostało wyzute w stopniowej ekspansji caratu z wszelkiej podmiotowości, doszło do stanu, w którym nie możliwe jest jego oddzielenie od panującego nad krajem reżimu. „Absolutyzm nie jest [w Rosji] przemijającą jak gdzie indziej instytucją, której byt nic wspólnego nie ma z bytem narodu, której uchylenie mogłoby być dobrodziejstwem… Tylko jedynowładztwo i wszechwładztwo cara, jako fundamentalnego prawa, początkiem swoim, rzeczą, organizacją sięgające tatarskich czasów, bo przez hanów tatarskich było postawione, utrzymuje w ryzie ten potwór geograficzny, graniczący ze Szwecją i Stanami Zjednoczonymi, z Meksykiem i Prusami, z Austrią i Cesarstwem Chińskim, z Turcją i Indiami. Kto pierwszy w tym kraju zechce kontrolować zwierzchnią władzę, kto się jej będzie mógł na mocy prawa sprzeciwić, zada cios śmiertelny tej potędze. […] Rewolucje pałacowe Moskwie nie szkodzą, uduszą Pawła, będzie Piotr itd. Lecz dla tej samej przyczyny rewolucja mająca na celu ograniczenie woli panującego, rewolucja polityczna, jednym słowem, zmiana natury rządu, rozbiłaby natychmiast kolos na drobne atomy. Jest więc patriotyzmem w Rosji niewola”. „Moskwy inaczej zrewolucjonizować, to jest uwolnić i oświecić, nie można jak przez obcięcie jej ogromu”. Przypisując dekabrystom zamiar całkowitego otwarcia carskiego więzienia narodów, z którego wyjdą ludy „od Irtysza do Tereka i Kubaniu”, „od Białego do Czarnego Morza”, dopuszczał Mochnacki możliwość wewnętrznego wyswobodzenia samej Moskwy-Rosji, ale nie widział jej w innym kształcie, jak w historycznym obrębie pradawnej, nie 40, ale 10-milionowej w swym zaludnieniu Rusi Zaleskiej. Zdaje mi się, że dzieło M. Mochnackiego „Powstanie narodu polskiego” w dwóch tomach, powinno być czytane w naszej Polszcze, jak inne dzieło sztuki, mianowicie Mickiewiczowski „Pan Tadeusz”. Ale gdy w „Panu Tadeuszu” została pokazana sielankowa Rzeczpospolita Polska szlachecka, to w pierwszym dziele- zupełna realność jej zaistnienia. Już nie kiejbyś mrzonki jakieś o Polszcze. Marzy mi się Polska wielka, między Rosją i Francją dla dobra całej wspólnoty Europy i świata, przy czynnym współudziale w tworzeniu lepszego jutra całego, ziemskiego globu. Dlatego chcę walczyć o niepodległość ostatnią Polaków. Słyszeliśmy nieraz głos z zachodu Europy: „niech Bóg wam błogosławi!”A zatem z błogosławieństwem Boga byśmy  byli najbardziej chrześcijańscy,  i tak się zbawili! Są w ojczyźnie narody różne, trzeba te narody wspomóc… Wróćmy na moment do Heinego. Ludzkie braterstwo, morze- to są słowa cudowne w języku Heinego, nadzieja i miłość do końca. W „Historii religii i filozofii w Niemczech”. Chrześcijaństwo, to jest jego największa zasługa – złagodziło brutalną miłość germańskiej wojny, choć nie mogło jej zniszczyć. I raz jeszcze zapali się ona, wybuchnie w płomieniu; powinien usunąć się w cień talizman, krzyż, szaleństwo starożytnych wojowników, wtedy zaświeci pieśń nordyckich bardów. Talizman jest niestały. Znów postaną starożytni Bogowie, odsłoni się pył tysiąca lat, odsunie zmierzch z ich oczu i wreszcie olbrzymim młotem podniesie się wrota w górę i zniknie blask gotyckich katedr. Wielka część Polaków żyje jeszcze w formach katolicyzmu, jednak bez wielkiego ducha tych form i odgadnięcia ich w obecnym przejściu do historii świata. Polacy mają fatalne przyzwyczajenie odnawiać ich kościoły. Takie stwierdzenie pojawiło się u Heinego, gdy zwiedzał Poznań. Polacy mają utalentowanych aktorów, primadonny opery, Heine cytuje całą listą słynnych w jego epoce imion i nazwisk… A przed nami rzeczywistość, grudzień 2011 rok. Głupota kwitnie w aktorstwie dziś. Dlatego wybitny krytyk literacki Marcel Reich-Ranicki nie przyjął nagrody telewizji niemieckich. Parafrazując Tuwima powiedzielibyśmy: ”Zmęczony burz szaleństwem, jak statek pijany, już niczego nie pragnę, jeno kogoś, kto zrozumie mój żal nienazwany, kogoś, kto mą bezsłowną tęsknotę usłyszy; kogoś, kto jasną duszą życie mi przepoi, iżbym w spokoju bożym wypoczął po męce, kogoś, kto rozszalałe serce uspokoi, kładąc na moje oczy miłosierne ręce. Idę po szczęście swoje… Którędy? Ach, jak ślepiec! Zwyczajnie – przed siebie. I wiem, że zawsze trafię, którą pójdę drogą, albowiem wszystkie moje drogi prowadzą do Ciebie.” Życzę dobrej niedzieli.

Wejść w życie Jezusa 58

Stanisław Barszczak, Kazanie na 2 Niedzielę Adwentu

Przestrogi dla Polski

Święty Marek w dzisiejszej Ewangelii przedstawia plan odsłonięcia osobowości Jezusa,  zarazem o powinności zakorzenienia w tej tajemnicy z perspektywy Starego i Nowego Testamentu, także o perspektywie, która zaprowadzi aż po Zmartwychwstanie. Nie musimy czytać każdego z momentów życia Jezusa, by zachować siłę Dobrej Nowiny. To jest Chrystus,  Mesjasz oczekiwany. „Oto ja wysyłam posłańca mojego przed Tobą”.  Marek podkreśla tę boskość wzmiankując  modyfikację, jaką Chrystus wniósł do tekstu Izajasza.  I mamy potem u stóp krzyża to wyznanie: „Zaiste ten człowiek był Synem Boga”.  Oczekujemy na mesjasza, słyszymy czasem. Ale właśnie Jezus jest istotnością naszej wiary. Nasze codzienne troski nie powinny przesłaniać nasze przejście na spotkanie z Synem Boga. A trzeba dużo przejść. I trzeba, żeby transmisja Jezusowej drogi nie napotykała trudności. Mamy przygotować drogę, równać jego drogę. Mamy wejść na wysoką górę.  Tekst Izajasza trzeba odczytywać na dwóch poziomach.  Pierwszy reprezentuje Kościół, który jest „głosem Pana” bardzo słyszalnym, w porównaniu do przekazu nazbyt ludzkiego, zbyt sklerotycznego, rytualnego. A drugi nasz osobisty sposób życia tą Dobrą Nowiną, bez sprzeciwiania się jej przez nasze słabości. Pojawia się tutaj obcy nieco paradoks wszelkiego poznania, różny od racjonalnej dedukcji i pragnienia posiadania.  Bezinteresowność wprowadza w tajemnicą wszelkiego bycia. I właśnie w Chrystusie jesteśmy jednym bytem, choć każdy pozostaje osobą, obliczem bez porównania. I staje się do tego stopnia, jak prowadzi go miłość. Poznać, nie znaczy nabycie, lecz spotkanie istot żywych. „Ucałują się sprawiedliwość i pokój”. „Pobudź w nas tę inteligencję serca, która przygotuje nas na przyjęcie jego”. Jan Chrzciciel , on zapowiada tego Jezusa, przychodzi, by przygotować serce Ludu Boga na przyjęcie nowości Dobrej Nowiny, przez nawrócenie, które jest rozpoznaniem grzechu i zmianą sposobu życia. Bóg jest życiem. Przyjąć Boga przez człowieczeństwo samego Jezusa, to człowieczeństwo ubóstwione w Jezusie. Mamy przyjąć pełnię boskości. Bóg dał nam co miał najcenniejsze, aby zaafirmować jego miłość: to Jezus. Mamy zjednoczyć się z nim, aż po śmierć.  „Ten, który wskrzesił Pana Jezusa wskrzesi także nas z Jezusem”. To jest nasze przejście na spotkanie Chrystusa. W obliczu jakich zdarzeń mamy się cieszyć mesjaszem, który przychodzi? Jednością naszych rodzin, łaską naszych wspólnot… Kochani, osobiście chcę tym samym napisać ‘pieśń letnią’, jako fragment pieśni pochodni (Flammenlied) z zamierzchłych czasów. Wspominał pewien kulturalny człowiek swoją emigrację daleko od rodzinnego kraju. Wędrując przed kościołem spotkał pana kościelnego. Usiedli na ławce w przykościelnym parku. A słońce wówczas mocno prażyło. -Dlaczego Pan nie wraca do ojczyzny? Pytał p. kościelny. – W Polsce demokracja wzięła górę. To za wiele dla mnie. Nie ma tam dla mnie miejsca. Więc muszę być  tutaj! Kochani! Marzy mi się Polska wielka, między Rosją i Francją… Kochani! Otwórzcie wasze serca na wasz ingres! Na Ducha Boga w człowieku. Mamy wziąć świadomość bliskości Ducha, wyrównać ziemię, to jest nasza radość. Na ornacie mam napisane „la strada”, droga. Jak powiedziałem mamy wyrównać ziemię, otworzyć się na ingres Ducha, czyli Boga-człowieka. Tę drogę realizowali już inni przed nami. Choć nie zawsze to jest Jezusowa droga. Przedziwną drogę życia miał poeta niemiecki Heinrich Heine (1797-1856). Cudownie przedstawiał ją w swym poemacie „Pieśń zimowa”. Jego wiersze były cenzurowane, musiał emigrować z ojczyzny w końcu. Umiera w Paryżu. Gdy pragnął wrócić dreszczem przejmowały go kibitki, urzędy celne, brzdęk hełmu pruskiego celnika. A w ogóle to całe życie był wystraszony, miał lęk. Wspomina z przejęciem, jak znalazł się na moście w swym Dusseldorfie o zachodzie słońca. Niesprawiedliwy los zmusza go, by jechał na północ, i dopiero po długiej podróży dociera do Hamburga, w którym mieszkał jego wuj. To jemu zawdzięczał publikację swych utworów. W Hamburgu spotyka piękne Niemki, które przypominają mu m.in. potęgę cesarstwa rzymskiego… I właśnie tę pieśń zimową pragnie przekazać potomnym, by ktoś napisał jej pieśń ostatnią, w charakterze upajającego piękna lata i uszczęśliwiającego słońca. Heine przechowywał jedyne uczucia względem Polski i Polaków. Przypomnijmy, że jest to epoka Powstania Listopadowego, które przegraliśmy… Ale jak do Lipska emigranci polscy weszli, co to była za radość w ludziach. A potem  tak to Heinrich Heine, poeta romantyczny i ateista, wspomniał raz o swym kompanach Polakach w Paryżu: o dwóch szlachcicach z polskiej ziemi, o Krapiliński i Waszlapskim, którzy bili się o wolność dzielnie, z tyranami moskiewskiemi. Mężnie bijąc się zdołali do Paryża zwiać szczęśliwie. Dla ojczyzny paść jest słodko… Między nimi żadnej zdrady, przyjaciółmi są wiernemi, jakkolwiek obaj dwaj szlachcice, dwaj szlachcice z polskiej ziemi, żyją razem w jednej izbie, dzielą z sobą jedno łoże, jedną wesz i jedną duszę, drapią się o jednej porze. Jedzą obaj w jednej knajpie…. Jemu to marzyła się nowa Rewolucja Francuska, tym razem w Niemczech, o daleko większym i szerszym oddziaływaniu na historię narodów… W eseju „O Polsce” z 1823 roku poeta daje osobliwy obraz Polski i Polaków. Przez kilka miesięcy na krzyż i w poprzek zwiedzałem pruską część Polski; w rosyjską część nie wchodząc, a do austriackiej w ogóle. Poznałem ogólnie wielu ludzi. Polscy gospodarze z dziada pradziada siedzą na wsiach, młodzież nie wychyla się poza rodzinne pielesze. Polacy żyją z uprawy roli i hodowli bydła. Strój polskiego rolnika: kamizelka bez rękawów, którą wyciąga do połowy ud; góra ubioru w jasne linie zajęte. Spód, zwykle bladożółty, w niebieskim i zielonym kolorze. Emancypować Gospodarzy trzeba, pisał Heine. Między gospodarzami i szlachtą są tutaj Żydzi… Wielu Polaków uczy się teraz języka niemieckiego, w antykwariatach znajdują się niemieckie książki. Edukacja sama ustaliła się tutaj przez miejsce i czas, wszędzie i zawsze przez ziemię i historię polityczną. W Polsce to jest przypadek bardziej wymowny, aniżeli gdziekolwiek indziej. Polska leży między Rosją a Francją. To jeszcze przed Francją leżące Niemcy nie chcę wliczać, ponieważ większa część Polaków niesprawiedliwie widziała je jako szerokie Bagno, które trzeba szybko przejść, by  osiągnąć błogosławiony kraj, w którym nie ma urzędów celnych. Polska była narażona na wpływy: przenikający z Rosji wschodni barbaryzm, tutaj styka się kulturą zachodu, z Francją: zatem pojawia się dziwna mieszanina kultury i barbaryzmu w charakterze i w życiu Polaków. Nie budowali Polacy na sile ducha… W rzeczy samej historia Polski jest miniaturą historii Niemczech, która reprezentuje jedynego Ducha niemieckiego. Mamy być Deutsche, Niemcami, pisał mocno Heine. A ja mówię: mamy być Polakami. Ale „nie pójdziemy prosto na Rzym”, powiedziałby amerykański Generał z czasów II Wojny Światowej. A przed nami długa droga… Z walki o niezawisłość widzialną  rodziła się wielkość Polaków, ich osamotnienie ojczyźniane, nieszczęście ojczyzny- tak mówili Francuzi. Była tedy w Polsce preferencja do stanu wojskowego. Stąd Polacy mają dobrych żołnierzy i generałów, jednak mniej mężów stanu, a znacznie mniej uczonych. W niedawno minionej  epoce działali Encyklopedyści, Kościuszko. W Polsce najpiękniejsze słowo to wolność, ale ta wolność nie ma instytucji.  Heine ma słabość do płci pięknej, Polek, która nazywa Polinnen, których rolę porównuje do kaskad Wisły, w porównaniu do mielizn Sprewy… Mocarstwo Wschodnie, Carów, jakże w odmiennych kolorach przedstawił nam choćby cudownie zdolny pisarz Maurycy Mochnacki, który po upadku powstania listopadowego dawał koncerty fortepianowe m.in.. w Metzu, a zmarł na gruźlicę w grudniu 1834 roku. „Że mieszkaniec Tobolska i Kamczatki, że Szwed, Kurlandczyk, Moskal, Kirgiz, Kabardyniec, Kozak, Tatar, Czerkies, Baszkir, od Irtysza do Tereku i Kubania, obecnie jednemu panu hołduje, to tylko nieodżałowanym błędom przypisać trzeba, którymi rzecz nasza zginęła.” Potęga moskiewska tkwi w zdobyczach. Nie ze środka do obwodu, jak gdzie indziej, ale przeciwnie, z obwodu do wewnątrz wpadają jej promienie. A zatem po obcięciu zdobyczy na obwodzie to zostaje Moskwie, czego zdobyć nie można, czego nie warto zdobywać”. „Od czasu mongolskiego najazdu, poprzez Iwana Groźnego, do Piotra I społeczeństwo  rosyjskie zostało wyzute w stopniowej ekspansji caratu z wszelkiej podmiotowości, doszło do stanu, w którym nie możliwe jest jego oddzielenie od panującego nad krajem reżimu. „Absolutyzm nie jest [w Rosji] przemijającą jak gdzie indziej instytucją, której byt nic wspólnego nie ma z bytem narodu, której uchylenie mogłoby być dobrodziejstwem… Tylko jedynowładztwo i wszechwładztwo cara, jako fundamentalnego prawa, początkiem swoim, rzeczą, organizacją sięgające tatarskich czasów, bo przez hanów tatarskich było postawione, utrzymuje w ryzie ten potwór geograficzny, graniczący ze Szwecją i Stanami Zjednoczonymi, z Meksykiem i Prusami, z Austrią i Cesarstwem Chińskim, z Turcją i Indiami. Kto pierwszy w tym kraju zechce kontrolować zwierzchnią władzę, kto się jej będzie mógł na mocy prawa sprzeciwić, zada cios śmiertelny tej potędze. […] Rewolucje pałacowe Moskwie nie szkodzą, uduszą Pawła, będzie Piotr itd. Lecz dla tej samej przyczyny rewolucja mająca na celu ograniczenie woli panującego, rewolucja polityczna, jednym słowem, zmiana natury rządu, rozbiłaby natychmiast kolos na drobne atomy. Jest więc patriotyzmem w Rosji niewola”. „Moskwy inaczej zrewolucjonizować, to jest uwolnić i oświecić, nie można jak przez obcięcie jej ogromu”. Przypisując dekabrystom zamiar całkowitego otwarcia carskiego więzienia narodów, z którego wyjdą ludy „od Irtysza do Tereka i Kubaniu”, „od Białego do Czarnego Morza”, dopuszczał Mochnacki możliwość wewnętrznego wyswobodzenia samej Moskwy-Rosji, ale nie widział jej w innym kształcie, jak w historycznym obrębie pradawnej, nie 40, ale 10-milionowej w swym zaludnieniu Rusi Zaleskiej. Zdaje mi się, że dzieło M. Mochnackiego „Powstanie narodu polskiego” w dwóch tomach, powinno być czytane w naszej Polszcze, jak inne dzieło sztuki, mianowicie Mickiewiczowski „Pan Tadeusz”. Ale gdy w „Panu Tadeuszu” została pokazana sielankowa Rzeczpospolita Polska szlachecka, to w pierwszym dziele- zupełna realność jej zaistnienia. Już nie kiejbyś mrzonki jakieś o Polszcze. Marzy mi się Polska wielka, między Rosją i Francją dla dobra całej wspólnoty Europy i świata, przy czynnym współudziale w tworzeniu lepszego jutra całego, ziemskiego globu. Dlatego chcę walczyć o niepodległość ostatnią Polaków. Słyszeliśmy nieraz głos z zachodu Europy: „niech Bóg wam błogosławi!”A zatem z błogosławieństwem Boga byśmy  byli najbardziej chrześcijańscy,  i tak się zbawili! Są w ojczyźnie narody różne, trzeba te narody wspomóc… Wróćmy na moment do Heinego. Ludzkie braterstwo, morze- to są słowa cudowne w języku Heinego, nadzieja i miłość do końca. W „Historii religii i filozofii w Niemczech”. Chrześcijaństwo, to jest jego największa zasługa – złagodziło brutalną miłość germańskiej wojny, choć nie mogło jej zniszczyć. I raz jeszcze zapali się ona, wybuchnie w płomieniu; powinien usunąć się w cień talizman, krzyż, szaleństwo starożytnych wojowników, wtedy zaświeci pieśń nordyckich bardów. Talizman jest niestały. Znów postaną starożytni Bogowie, odsłoni się pył tysiąca lat, odsunie zmierzch z ich oczu i wreszcie olbrzymim młotem podniesie się wrota w górę i zniknie blask gotyckich katedr. Wielka część Polaków żyje jeszcze w formach katolicyzmu, jednak bez wielkiego ducha tych form i odgadnięcia ich w obecnym przejściu do historii świata. Polacy mają fatalne przyzwyczajenie odnawiać ich kościoły. Takie stwierdzenie pojawiło się u Heinego, gdy zwiedzał Poznań. Polacy mają utalentowanych aktorów, primadonny opery, Heine cytuje całą listą słynnych w jego epoce imion i nazwisk… A przed nami rzeczywistość, grudzień 2011 rok. Głupota kwitnie w aktorstwie dziś. Dlatego wybitny krytyk literacki Marcel Reich-Ranicki nie przyjął nagrody telewizji niemieckich. Parafrazując Tuwima powiedzielibyśmy: ”Zmęczony burz szaleństwem, jak statek pijany, już niczego nie pragnę, jeno kogoś, kto zrozumie mój żal nienazwany, kogoś, kto mą bezsłowną tęsknotę usłyszy; kogoś, kto jasną duszą życie mi przepoi, iżbym w spokoju bożym wypoczął po męce, kogoś, kto rozszalałe serce uspokoi, kładąc na moje oczy miłosierne ręce. Idę po szczęście swoje… Którędy? Ach, jak ślepiec! Zwyczajnie – przed siebie. I wiem, że zawsze trafię, którą pójdę drogą, albowiem wszystkie moje drogi prowadzą do Ciebie.” Życzę dobrej niedzieli.

Begegnungen mit Menschen

Stanislaw Barszczak, Die ausgereifteste Ausdruck eines Antlitzes der Erde

 Es füllt das Antlitz der Erde. Jetzt wir wieder brauchen Zeit. Wie Sie schon gemerkt haben, war mein Leben von Anfang an sehr schwierig. Ich war unter der Obhut der Mutter. Von Anfang es wurde in dieser Ära mit ungleichen Waffen käpmfen. Das Wunder der Schöpfung gab mir innen die grenzenlose Liebe Mutter, außen-der Polnische Papst Behörde. Ich bin von mich in der Ära der Atomwaffe, in der Ära der Atombombe bei den Rennen und der Eroberung des Kosmos, in einem kleinen Stadt gepfleget worden. Dort herrschten ziemlich einfache Regeln: Weiß ist Weiß und Schwarz ist Schwarz. Es gab eine große Wertschätzung der Natur und es gab Freundschaftsbeziehungen zu den Nachbarn. Wenn ich mich von meinem Familiennest entfernt habe, bin ich dann kommunistische Institutionen und Ämtern begegnet. Es hat sich dann herausgestellt, dass meine Erziehung nicht vollständig zum Kommunismus passt, denn die Kommunisten sprachen anders, als sie handelten. Ich war also schon von Anfang an gegen dieses System eingestellt. Und wenn es ist August 1980. Dies war die Zeit von Lech Walęsa. Urlaub für mich ausdrücklich. Durch die Solidarnosc hat sich die Welt verändert, und ich auch. Die Solidarnosc-Gewerkschaft wurde zu einer ganz mächtigen Kraft in Polen: Sie hatte bei einer Gesamtbevölkerung von ungefähr 40 Millionen Menschen 10 Millionen Mitglieder. Er konnte Ihren Vater gar nicht richtig kennen lernen, denn er starb bereits 1946: Er war davor in deutscher Lagerhaft gewesen. Er wuchse, wenn ich das so sagen darf, in kleinbäuerlichen Verhältnissen auf. Insofern habe ich also eine ganz normale Jugend erlebt. Danach dann gingen Sie auf die Danziger Werft, der Lech Walęsa sagte, der ist Gründer der polnischen Solidarnosc-Gewerkschaft, den Friedensnobelpreisträger und ersten frei gewählten Präsidenten von Polen geworden. Die Entwicklung der Technik hat unsere Generation dazu gezwungen, die Strukturen zu erweitern. Selbstverständlich hat dieser Kampf geholfen, er hat das beschleunigt, aber als Generation hatten wir ja gar keine Wahl. Es war ein langer Weg vom Aufstand in der Werft von Danzig 1970 bis zum Runden Tisch 1989 in Warschau… Zunächst einmal kämpfte ich für unsere Interessen und wegen dieses Kampfes wurde ich in den Betriebsrat gewählt. Herr Lech Walęsa hat es soeben schon erwähnt: “Ich hätte flüchten können und ich hätte auch die Wahl gehabt, in Polen in den Untergrund zu gehen und mich nicht zu Hause einsperren zu lassen. Aber ich hatte von Anfang an einfach den Kampf gewählt. Zuerst gab es damals den Runden Tisch: Solidarnosc war damals ganz schwach. Wir haben daher einem sehr schlechten Kompromiss zugestimmt. Eigentlich haben wir nämlich diesen Kampf verloren… Der Warschauer Pakt löste sich auf und Polen wurde 1999 Mitglied der NATO. Vor einem Jahr wurde Polen Mitglied der Europäischen Gemeinschaft… Ein Land wie Korea oder Weißrussland haben unglaubliche Chemiefabriken, aber niemand kontrolliert sie. Wenn wir Polen uns entwickeln wollen, wenn sich Deutschland, Frankreich usw. entwickeln wollen, dann müssen wir größere ökonomische Strukturen schaffen. Wir müssen schauen, dass wir uns nicht gegenseitig blockieren, wir müssen wissen, was der Nachbar macht. Das kann man nicht erreichen, wenn man sich nur auf das eigene Land beschränkt. Deswegen musste unsere Generation das tun. Wir müssen an das gesamte Europa denken und in seinem Sinne handeln und nicht nur im Sinne eines einzelnen Landes. Das ist eigentlich nur der Anfang, diesen Weg müssen wir weitergehen, sonst müssten wir nämlich die Computer, das Internet, die Handys usw. abschaffen. Aber ein einzelner Staat ist viel zu klein für diese rasante technische Entwicklung. Aber auch auf dem Gebiet der Ökologie kann ein einzelner Staat nichts ausrichten… Europa hat bei dieser Geschichte ja schließlich auch gewonnen und es wäre gar nicht notwendig, dass es für viele Dinge so viel Geld ausgibt. Statt dessen müsste uns der Weg in die Union besser geebnet werden. Wenn ich der Verhandlungspartner gewesen wäre auf polnischer Seite, dann ware das anders gelaufen. Aber ich denke, wir werden auch damit zurechtkommen. Das Ergebnis der Verhandlungen hätte jedoch schon ein bisschen besser sein können: Das Ganze hätte etwas gerechter verteilt werden können”.  Herr Lech Walęsa hat soeben erzählt, wie wichtig die Rolle von Papst Johannes Paul II. gewesen ist für den Erfolg von Solidarnosc, für ganz Polen, für die gläubigen Polen. Heute gibt es einen neuen Papst, einen Papst, der aus Deutschland kommt, nämlich Benedikt XVI.  “Wieder hatte Polen das Klima dafür vorbereitet: Die Polen haben die Italiener überredet und überzeugt. So wurde es einem Deutschen ermöglich, Papst zu werden. Wir freuen uns sehr, allerdings muss man sagen, dass der Glaube des Papstes nicht der Glaube der Mehrheit der Deutschen ist. Das ist ein gewisses Problem”, Herr Walęsa sagte. “Die Polen können nicht verstehen, wie ihr Glaube in der Minderheitsposition sein kann. Aber in Deutschland ist es so und das hat einen gewissen Einfluss auf die Tätigkeit des Papstes. Deswegen denke ich, dass er auch nach Polen fahren und dort seine “Batterien” aufladen wird, um mit dieser neu gewonnen Kraft weiterarbeiten zu können.”(Lech Walesa Friedensnobelpreisträger im Gespräch mit Dr. Thomas Rex, Sendung vom 20.09.2005). Bis zum Ende des 20. Jahrhunderts war das schwierig, denn Polen lag zwischen zwei großen Völkern: zwischen Deutschland und Russland. Hinsichtlich des Kampfes war das eine schlechte Lage. Heute jedoch lohnt es sich nicht mehr zu kämpfen, es gibt ein Ende der Kriege. Und nun, wir müssen die Herausforderungen des dritten Jahrtausends die Weisheit vergangener Generationen übernehmen. Ich jedoch hatte damals schon eine Führungsposition inne, Herr Walęsa sagte dabei. “Daher war ich 1980 entsprechend vorbereitet. Es fiel mir dann jedenfalls leichter, diese Bewegung anzuführen. Sie haben hiermit allerdings ein Thema angesprochen, bei dem man eigentlich viel weiter ausholen muss. Wissen Sie, Polen war ja nicht freiwillig kommunistisch geworden: Der Kommunismus war uns aufgrund des Einflusses des sowjetischen Systems aufgezwungen worden. Wir haben den Kommunismus jedoch nie akzeptiert: Wir haben ihn nie angenommen. In den vierziger und fünfziger Jahren hatten wir mit der Waffe in der Hand gekämpft. In den sechziger und siebziger Jahren kämpften wir mit dem Mittel des Streiks und mithilfe von Protesten auf den Straßen. Es gab auch in anderen Ländern des Kommunismus wie in der DDR und in der Tschechoslowakei Proteste, die allerdings blutig niedergemetzelt wurden. In den siebziger Jahren waren alle diese Völker geradezu verzweifelt, weil es fast unmöglich schien, gegen den Kommunismus zu gewinnen. Es gab eine unglaublich starke Repression: Es gab überall Spitzel usw. Als wir also gegen Ende der siebziger Jahre ebenfalls so verzweifelt waren, haben wir den Kampf etwas zurückgestellt. Aber gerade zum Zeitpunkt der allgemeinen Niederschlagung aller Proteste gegen den Kommunismus wurde in Rom ein Pole zum Papst gewählt. Er kam dann nach Polen und die ganze Welt schaute genau hin, was da in diesem kommunistischen Land passiert. Fast die ganze Bevölkerung beteiligte sich an diesem Besuch des Papstes in Polen… Bei seinem Besuch sagte der Heilige Vater zu uns Polen: ‘Fürchtet euch nicht, verändert das Antlitz der Erde, dieser Erde!’ Er überredete uns also nicht zur Revolution, zum Kampf, aber er hatte einen so großen Einfluss auf die Bevölkerung, dass sie aufwachte und bereit war, sich zu verändern. Meine Organisation bzw. der verbliebene kleine Rest dieser Organisation hat dann diese Situation aufgegriffen: Wir haben mit Protestkundgebungen und Verhandlungen angefangen. Wenn nicht der Papst das Volk aufgeweckt hätte, dann wäre es nicht möglich gewesen, eine so große Schar von Menschen in den Kampf zu führen. Das war das Verdienst des Papstes. Das Verdienst von Walesa war, dass er gerade diese Gruppen aufnehmen und in diesen Kampf führen konnte”. Der Papst kam 1979 nach Polen und zehn Millionen gläubige Polen jubelten ihm zu. Das gab ja wohl auch unendlich Kraft für Herr Walesa und die Solidarność? Der Heilige Vater hat uns immer mental gestärkt. Die Kommunisten behaupteten zwar, die Kirche würde mich nicht länger unterstützen, aber der Papst ist doch immer wieder zu uns gekommen. Mr. President Walęsa sagte:” Ich hatte ja 20 Jahre lang versucht, die Menschen für einen Kampf zu organisieren. Es gelang mir in diesen 20 Jahren zehn Personen aus einem Volk von 40 Millionen Einwohnern zu organisieren, um mich zu sammeln. Damals gab es vielleicht fünf oder sieben solcher Gruppen in Polen. In anderen kommunistischen Ländern war die Situation damals noch schlechter: Dort gab es überhaupt keine Organisationen, die Leute waren einfach nur niedergeschlagen. Wenn es also diesen Heiligen Vater nicht gegeben hätte, dann hätte ich vermutlich noch die nächsten 20 Jahre versuchen können, viele Menschen um mich zu organisieren, ohne dass mir das gelungen wäre. Die Menschen hatten einfach keine Lust mehr, gegen den Kommunismus zu kämpfen. Ich habe damals ja mit verschiedenen Präsidenten und Machthabern in anderen Ländern gesprochen: Alle hatten eigentlich die Nase voll, was den Kommunismus betrifft, aber jeder hatte unglaubliche Angst davor, wie viel Menschenleben ein Kampf gegen den Kommunismus gefordert hätte. Dann aber kam es zu diesem Geschenk des Himmels, zu diesem polnischen Papst. Wenn ich das in Prozent ausdrücken sollte, dann würde ich sagen, dass mehr als 50 Prozent unseres Erfolges dem Heiligen Vater zuzuschreiben waren, 30 Prozent betrug ungefähr der Anteil der Solidarnosc und Lech Walesas und 20 Prozent gebühren allen anderen Faktoren, die mitgespielt haben”. Es war ein langer Weg der Aussöhnung vom Kniefall Willy Brandts 1970 im Warschauer Ghetto bis heute, 72 Jahre nach Kriegsende. Wir wandeln unser Verhältnis heute wie selbstverständlich in Richtung des wirtschaftlichen Austauschs um. Wir machen heute Geschäfte miteinander… Ich denke auch, Polen kann sterben, aber nicht aufgrund des Mangels an Tugend, sondern von Terrorismus des Fehlen der Vernunft. Das Interesse meiner Person gereifte, sie ist schon bereits auf der sozialen Dynamik im dritten Jahrtausend unserer Zivilisation, die es scheinte mir wachsen in der Ära der Papst von Pole. Und obwohl ich noch nicht stehen auf eigenen Füßen; zum Beispiel Mangel an Geld oder mangelnde Eignung eines Charakters, der machte mich ständig zu träumen von Glück der Mitkreation meiner Heimat. Ich begann denn schon die Früchte der persönlichen Arbeit zu sammeln, jemand auf meine Worte sorgfältig. Wie ich schon gesagt habe, Ich hatte einen Bewusstsein meines Weges sehr früh auf. Ich habe immer treu geblieben. Die Geschichte hier vorgestellten ist nicht auf göttliche Vorsehung gegangen, aber  der Autor glaubt sehr an der Mission eines jeden Menschen beim Aufbau einer guten Beziehung mit Gott und den Menschen, in der Glück-Einheit, wo Liebe ist der beste Ausdruck der Gerechtigkeit. Ich wuchs in der Stadt, in der Nähe von dem Land, bekannt als Oberschlesien, das ein Konglomerat der Industrie, Fabriken und Städte war. Am Anfang mich, dass Papst-Pole genügt nicht. Aber ich hatte die notwendigen Verbindungen mit meiner Generation nehmen. So, ich habe doppelte persönlich den Heiligen Vater getroffen (1996, 2003). Schließlich war ich in den gesamten Zyklus der Ereignisse in meiner Heimat, sondern nur für eine sehr bescheidene Maßnahme, nur bis zu einem gewissen Grad enthalten. Und jetzt könnte ich sagen, von unserem Präsidenten:„Heute, da ich nun doch einen etwas höheren Lebensstandard habe, würde ich beim Angeln die Fische ja nur quälen. Nein, ich erhole mich eigentlich nur beim Angeln. Es geht mir dabei nicht mehr um die Fische selbst. Mein Motto lautet heute: Wenn es allzu viele Fische in den Gewässern geben würde, dann würde das Angeln keine Freude mehr machen Deswegen fahre ich heute nur noch dorthin, wo es fast keine Fische mehr gibt, wo man sich jedoch erholen kann.” Ein Engel und ein Mensch auf dieser Welt müssen. Es füllt das Antlitz der Erde. Göttliche Vorsehung, ist der Herr in der Nähe. Wir haben Zeit beigetragen. Die Geschichte konnte Weisheit nicht vollständig lehren. Also, wir brauchen jetzt Zeit und Raum wieder.

 

Neuer Erzbischof

Stanislaw Barszczak, “Geben dem Kaiser, was des Kaisers ist,

                                und geben zu Gott, was Gottes ist”

Ich errinere mich an aus meiner Jugendzeit es gab mir der Barmherzigkeit Gottes später gehen in die Grundschule. Das war so etwas wie ein kostenloses. Dann es waren die tolle Spaziergänge, zu Fuß mit Fahnen und Streitkräfte auf der erste Mai. Sozialismus voll entwickelt. Ich war nah an das politisches Hauptbüro, ein Konglomerat der Städte in Schlesien. Das war in Ząbkowice, ein kleines Dörfchen in Schlesien, nun Dąbrowa Górnicza. Der Helmut Kohl hat meiner Meinung nach mit nichts mehr Recht gehabt als mit seinem Ausspruch von der “Gnade der späten Geburt”. Wenn ich den Vorgang zur hand im Oktober 1975 folgte, kam das Krankenhaus viele Freunde mit Klasse 8A. Und ich empfand es damals als ein großes Glück. Werde ich dann plötzlich dann der ältere, wenn vor eineinehalbe Jahr, ich sagte einmal zu den Menschen über das Glück der Christ sein, gespeichert auf einem Symposium zu Ehren von St. Louis Grignon de Montfort in Saint Laurent sur Sevres. Also ich empfand es damals als ein großes Glück, was normalerweise eher ein Unglück ist, so schrecklich alt zu werden, wie ich jetzt bin. Ich empfinde es also als ein großes Glück, dass ich damals im Jahr 2010 schon so weit war, mich mit Kultur, mit der “Mondscheinsonate” usw. beschäftigen zu können… Wenn ich gesagt habe, in der Sozialismuszeit man musste zum Dienst, man musste dieses, man musste jenes machen. Dagegen wehrte ich mich, so gut ich konnte. Nicht, weil ich ein Sozialist gewesen wäre: Das ist man mit zwölf Jahren nicht. Sondern weil ich sozusagen meine Ruhe haben und beten üben wollte. Das ging eigentlich auch ganz gut. Es gab natürlich auch so gewisse weltanschauliche Dinge, es wurde damals ja auch furchtbar viel über Ideologie und so geredet. Da merkte ich, dass ich In der Kirche nicht nur beten kann, sondern dass ich mich schon auch ein bisschen für diese Dinge interessieren muss. Ich las dann vor allem diejenigen Bücher, von denen mein Professor sagte…sie seien “noch nichts für das Kind”. Als ich zur High School ging begann ich mit dem offiziellen Wort unseren Professor, sehr viel zu lesen. Ich hatte gerade mehr Zeit. Darüber hinaus Bloß ist es Besser einfach. Jetzt nach Jahren bereits habe ich “Leseverständnis”… und dies ist schon ein weiteres, bereits einen anderen Fall. Ich hatte eine “lange Zeit”, wir waren nur nach dem Konklave des polnischen Papstes 1978. Bereits 1979, konnte ich sofort den Papst sehen. Wenige ihn sehen könnten, wenn es der Anfang einer langen Pontifikat war. Mich erinnert das an etwas, das gleichzeitig unser Polnischelehrer gewesen ist, immer zu uns gesagt hat: “Meine Herren, lesen Sie jetzt in der Oberstufe so viel Sie können. Sie werden nie mehr so viel Zeit dafür haben!” Das ist etwas, das mich ein Leben lang begleitet hat: Ich hatte wirklich nie mehr so viel Zeit zum Lesen. Und ich habe damals nicht genug gelesen. Und heute habe ich die Zeit noch, also ich gelehre das der Mutter. Im Jahr 1978, da war ich also 17 Jahre alt, das Gefühl: “Donnerwetter, was für eine Freiheit!” Ich bin dann mit meinem Freund, Vater Stanislaw Kotyl, nun Pfarrer in Radomsko – das klingt so unglaubhaft, dass ich es mir selbst nicht glauben würde, wenn ich nicht der Kalender gesammelt hätte – innerhalb eines Jahres 400 Mal in der Buchhandlung oder in der Bibliothek gewesen. Wir müssen sich vorstellen, dass man damals als junge Seele zum ersten Mal Brezniew, im Fernsehen das Podium, neben Palast der Kultur und Wissenschaft in Warschau, voll der Anwesenheit der Staats- und der Demokratischen Sozialistischen Leute gesehen hat, zum ersten Mal Gierek, zum ersten Mal hörte man Rakowski usw. Weil das alles in die junge Seele fällt, ist es so, dass ich diese Dinge von damals heute noch besser weiß als manches, was ich vor zwei, drei Jahren gesehen und schon beim Sehen vergessen habe. Ich glaube, ich las mit 16 Jahren den “Zauberberg”, denn dazu hatte mein Professor gesagt: “Nein, das doch lieber nicht.” Ich las auch tatsächlich, und darauf bin ich stolz, den “Faust”: Ich habe ihn nicht ganz verstanden mit meinen zwölf Jahren, den “Faust” versteht man womöglich auch mit 70 Jahren noch nicht. Aber wenn man ihn liest, ist das eine schöne Sache, auch in dem Alter. Ich bekam auf diese Weise ein Gefühl dafür, was Unfreiheit ist und was Kultur ist. Aber das waren Zeiten in meinem Heimatland, als meine Tante das Abitur in seiner 40 Jahren sah. Das würde man heute alles gar nicht mehr machen können, weil es heute darauf ankommt, dass man in diesem Alter ein möglichst gutes Abitur macht, möglichst mit der Note 4 oder besser. Denn ohne 4 kann man heutzutage ja noch nicht einmal Förster studieren. Mein Vater wusste auch den Forstwirtschaft Beruf. Mir war das damals jedenfalls egal. Dass ich das Abitur bestehen würde, war ziemlich zweifellos. Ich hatte eben ein paar gute Fächer, ein paar mittlere und ein paar schlechte. Dieser Vorrat an Dingen, die ich damals gesehen habe, war ungeheuer wichtig. Wenn man nicht eine Klavierhand hat und wenn man es nicht mit 16 Jahren vollkommen beherrscht, dann kann man es lassen: Da bleibt man ewig Dilettant. Mit einem Wort, ich kannte mich ganz gut aus und kaum hatte ich in Szczecin mein Abitur gemacht – und danach hatten wir mich ja gefragt –, sagte ich mir: ” jetzt möchte ich studieren!” Damals konnte man, wenn man so alt war wie ich, nur dann studieren, wenn man eine entsprechende Prüfung bestanden hatte. Ich hatte eine gute Kenntnis der Wissenschaft, anders als das Wissen vom Leben. Für das, was mich interessiert, habe ich ein fast unheimliches Gedächtnis. Sie können mich so ziemlich alle Opuszahlen der Schrifsteller fragen; ich kann auch Zitate usw. auswendig. Meine Mom ist darüber immer ganz unglücklich, denn wenn sie irgendetwas sagt, dann sage ich immer: “Ja, das hat schon mal der und der gesagt!” Sie antwortet mir dann aber immer: “Ich will nicht dauernd Zitate hören, sag doch einfach, was du denkst!” Dafür bin ich wiederum manchmal geradezu schwachsinnig ahnungslos bei Dingen, die mich nicht interessieren. Bestimmte Sachen also, die mir gleichgültig sind, kann ich mir nicht merken. Wenn mir ein Film gefällt, dann kann ich ihn fünf Mal nacheinander sehen, ohne zunächst zu begreifen, dass ich ihn schon mal gesehen habe. Also, ich würde natürlich auch gerne mehr lesen. Mich interessiert das alles sehr, aber im Augenblick kann ich nicht. Aber später, wenn dann die Freunde aus unserem Haus sind und ich pensioniert bin, dann lese ich! Ich kann darauf nur jedes Mal sagen: Dann ist es zu spät, dann geht das nicht mehr in Ihre Persönlichkeit ein. Man kann weiß Gott auch mit 65 Jahren zum ersten Mal die “Ilias” lesen. Bloß ist es einfach besser, man liest sie zum ersten Mal mit 17 Jahren. Ich finde, wenn das Fernsehen auch nur denjenigen Nachteil hätte, vielen jungen Menschen das Lesealter wegzuflimmern, dann wäre es schon schlimm genug. Wissen Sie, ich meine diese Zeit, in der man noch in der Pubertät ist und in der man noch den “Pan Tadeusz” liest oder “Polskie drogi” oder unanständige Sachen usw., also keineswegs immer nur Seriöses. Wenn dieses nicht ist, wenn man also mit 20 Jahren fast noch nichts gelesen hat, weil man sich hauptsächlich fürs Fernsehen und für Ratespiele und für das Internet interessiert, dann wird man sein Leben lang unbelesen bleiben – und weiß freilich mit 20 Jahren nicht, dass das ein Unglück ist. Zu einigen Zeitpunkt bei mir war das jedenfalls anders. Aber ich finde, auch der Berufsleser muss lesen: Jemand, der wirklich lesen will, der klaut sich die Lesezeit einfach, der stiehlt sie seinem ehelichen Leben, der bereitet sich nicht richtig auf die Schule vor usw. Aber er hat dann eben doch mal einen Dostojewski, der Tolstoi, der Sienkiewicz, der Mickiewicz zu Ende gelesen, von dem alle anderen nur behaupten, sie hätten ihn zu Ende gelesen… Und dann kam das Jahr 1980: Das war für mich ein richtiggehendes Befreiungsjahr. Man darf niemandem glauben – das finde zumindest ich, vielleicht täusche ich mich –, dass er 1980 total zusammengebrochen und dass da alles zugrunde gegangen sei usw. Auch diejenigen, die ans Sozialism und an Gierek geglaubt hatten, hatten sicherlich schon nach Gdańsk oder nach den Dezember im Jahr 1980 aufgehört, an irgendetwas Positives zu glauben: Sie wussten, es geht schief. Für mich waren die letzten Kriegsjahre nichts anderes als ein dunkler Tunnel und das Gefühl, wie das wohl enden wird… Ich habe mal ein großer Aufsatz geschrieben, das den Titel trug ” Abends registrieren will” (über den Willen des Menschen). Ich glaube, das muss so 1998 oder 1999 gewesen sein. Viele meine Texte, Artikel aus den Jahren 1995-2000 sind in die Schublade der Priester. Mit dem Beginn des dritten Jahrtausends begann ich meine Bücher zu veröffentlichen. In dem großen Buch, dem ich sozusagen meine ganze Karriere verdanke, schrieb ich, der Herausgeber sei der Ansicht, dass es gut wäre den Titel eines Buches zu geben: “Absolute Stille (Stille füllen)”. Und so ist auf dem Deckblatt. Aber auf der nächsten Seitentitel ist: Völlige Stille füllen die Stille. Heute bin ich nicht sicher, welcher Titel besser ist. Ich habe viele Pfarreien besucht in dieser Zeit: Ich war nicht nur in Konopiska, sondern später auch in Rząśnia usw. Wir flohen nämlich so herum und ich musste mir als 34-, 35-, 36-jähriger Junge immer wieder neu ein Arbeitplatz suchen, um beten zu können. Und dann kam ich nach Olsztyn… Ich habe also ein Manuskript an die geschickt. Ich bekam es aber umgehend mit den Worten zurückgeschickt, das sei viel zu schwer. Unarrogant wie ich schon damals war, ging ich nach Krakau: “Man kann sich über Kant natürlich auch so äußern, dass es Vierjährige verstehen. Die Frage ist halt nur, ob man dann noch über Kant schreibt. Aber ich schreibe Ihnen gerne alles zweimal, damit es verständlicher wird.” Schließlich Chefredakteur, der Jerzy Turowicz kam aus Rom. Da war ich 37, 38 Jahre alt und der Turowicz lud mich daraufhin zu sich nach Haus ein. Ich bekam dort von Frau Turowicz diesem berühmten Likör zu trinken. Herr Turowicz lud mich auch in sein Zimmer, Ferienwohnung ein… Das heißt, ein einziger, ganz anständiger Aufsatz genügte damals. Ich errinere mich nicht genau an der Titel meines Artikels, es gab auch auch meine Linien, Poesie. Dann starb Herr Turowicz. Nach der Tod von Herr Redakteur Turowicz, wieder von Rom kam, dieses Mal, Vater Adam Boniecki, mit denen sind wir später jemand. Seitdem habe ich in gewisser Weise beruflich keine Mühsal mehr gehabt. Wenn ich jedoch sehe, wie schwer es heutzutage beispielsweise meine Kinder oder andere intelligente junge Leute haben, dann wird der Unterschied zu früher frappant. Heute sind alle so überdrüssig und sagen: “Ach Gott, na ja, mal sehen, was da dran ist.” Damals, in den Jahren des polnischen Papstes, die heute so verketzert werden, war ein enormes Interesse, war eine enorme öffentliche Neugier gegenüber jungen Talenten vorhanden. Das war derart um vieles produktiver und leichter, dass mir die heutigen jungen Leute wirklich Leid tun. Sie haben es doch unendlich viel schwerer als wir damals, weil heute immerzu alle nur sagen, man müsse sparen…Ich habe jetzt einen Chef, seinen Name ist Zdzislaw, einen Vorgesetzten meinetwegen beim unseres Rundfunk vor mir, der 54 Jahre alt ist, während ich 50 Jahre alt bin. Das ist doch entsetzlich. So ein junger Mann, wie ich empfinde mich, bleibt bis zum eigenen Lebensende vor einem. Genau, man musste also auf einen Verkehrsunfall oder so hoffen. Aber an sich blieb einem dieser Chef ein Leben lang. Das war schon schwer für die noch Jüngeren. Verstehen Sie, es ist ja unglaublich, was herauskommt, wenn ich da so eine gewisse Jahrgangsmythologie aufstelle: Der Levinas, der Tischner, der Ricoeur- sie stammen alle aus den Jahrgängen, von denen ich soeben gesprochen habe. Das kann doch kein Zufall sein. Und es kommt noch etwas hinzu. Jetzt merkt man erst, dass während des zweiten Weltkrieges sozusagen fünf bis zehn Millionen intelligenter Menschen ausgerottet worden sind: durch Schicksal, durch KZ, durch Tod im Krieg usw. Diejenigen, die übrig geblieben waren, hatten es dann nach dem Krieg verhältnismäßig leicht… Ich muss sagen, dass ich in einer ganz normalen katholischen Gemeinschaft aufgewachsen bin, in einem Dorf, das zu 80, 90 Prozent katholisch war. Für mich als Bub waren “Dzierżynski”, “Lenin” und “Marx” ganz böse Wörter. Ich ware damals auch nie in eine neue Kirche hineingegangen, nach dem Zweiten Vatikanischen Konzil. Aber dann mit dem Studium in Krakau ist mir mit der dortigen theologischen Fakultät eine neue Welt des Katolizismus aufgegangen. Vor allem nach dem Konzil zuerst in Czestochowa und dann in Krakau war das so: Damals fingen die Gespräche zwischen den theologischen Fakultäten an, also zwischen der katholischen und der Jagiellonischen Fakultät. Ich bin also in diesen ganzen Aufbruch hineingewachsen, der vom Konzil angestoßen worden war. Das hat mich dann auch wirklich fasziniert. Und es ist ja so: Wenn man in Krakau Theologie studiert, dann kommt man an der Ökumene überhaupt nicht vorbei, denn da steht man immer schon im Gespräch. Dies kommt mir heute natürlich sehr zugute. Was ich aber, als ich hierher gekommen bin, neu hinzugelernt habe, war die Begegnung mit der Ostkirche. Denn auch in Deutschland ist diese Begegnung ja sehr, sehr unterentwickelt. Es gibt natürlich auch nur relativ wenig Orthodoxe und Altorientale bei uns in Polen. Auf jeden Fall war das eine Welt, die mir in ihrem ganzen Reichtum, aber auch in ihrer Komplexität erst in Rom aufgegangen ist, wenn sieben von meiner Reise nach Rom. Ich muss sagen, dass das meiste, das ich dann hier noch gelesen habe, sich auf die Orthodoxie bezogen hat. Ich bin inzwischen auch fasziniert von dieser Welt: von evangelischen Kirche in Międzyrzecze Górne (Bielsko -Biała).Man gewinnt durch diese Gespräche also auch für sich persönlich vieles. Das Konzil, das ist wahr, habe ich nur von außen miterlebt. Wir waren damals junge Bube, Priester, die von diesem Konzil fasziniert waren. Denn viele Dinge, die uns vorher schon während des Studiums auf dem Herzen lagen, sind dort plötzlich öffentlich diskutiert worden, sind zum Durchbruch gekommen. Das war schon eine große Faszination für uns. Ich war also selbst nicht beim Konzil, sodass ich natürlich auch in die internen Auseinandersetzungen nicht so eingebunden war. Das lerne ich heute alles durch die Kommentare und durch die entsprechenden Bücher, die es darüber gibt. Ich bin jedoch fest davon überzeugt, dass das Konzil die Grundlagen gelegt hat für die Kirche der Zukunft. Das ist für mich wirklich nach wie vor die Magna Carta für den Weg der Kirche ins dritte Jahrtausend. Für mich spielt daher das Konzil nicht nur im Hinblick auf die Ökumene, sondern auch sonst die entscheidende und grundlegende Rolle… Für Ihre Gespräche vor allem mit der Orthodoxie ist aber doch genau dieser Punkt von ganz entscheidender Bedeutung. Denn hier sind ja nach wie vor diese Punkte wie Primat oder die Jurisdiktionsgewalt des Papstes. Papst Paul VI. hat wohl selbst einmal gesagt: “Das entscheidende Hindernis für die Einheit der Kirchen ist der Papst!” Nun, das Konzil hat über die Kirche u. a. gesagt, sie sei das wandernde Gottesvolk in der Geschichte. Die Kirche ist also unterwegs, sie lebt in der Geschichte. Dies hat sein Großes, dies hat aber auch diese großen verhängnisvollen Entwicklungen mit sich gebracht, sodass sie von den Verhältnissen einfach oft übermannt worden ist. Dies hat dann mit zu diesen Trennungen geführt. Heute sind viele dieser Anlässe der Kirchenspaltung Gott sei dank überwunden. Es gibt keinen Kaiser mehr, es gibt diese Nationalstaaten nicht mehr wie früher, die uns auseinander getrieben haben. Wir haben auch vieles von dem, was damals zur Reformation geführt hat, Gott sei dank selbst reformiert und erneuert. Und der Papst selbst hat ja am ersten Fastensonntag des Jubiläumsjahres 2000 ein großes Bekenntnis zur Schuld abgelegt, zur Schuld gegenüber den Juden, gegenüber den Frauen, gegenüber der Gerechtigkeit in der Welt, also gegenüber den Menschenrechten, aber auch hinsichtlich der Einheit der Kirche, den Kardinal W. Casper erwähnt. “Das Konzil hat sehr klar zum Ausdruck gebracht, dass an diesen Spaltungen nicht nur die anderen schuld sind: Stattdessen ist die Schuld, wie meist im Leben, eben auf beide Seiten verteilt. Dieses Aufarbeiten der Schuld, dieses Aufarbeiten der Geschichte ist ein ganz wichtiger Teil des ökumenischen Prozesses. Der Papst spricht hierbei immer von der Reinigung des Bewusstseins. Man muss ja nur einmal daran denken, was man früher in den Schulbüchern über die anderen Kirchen alles gelernt hat! Man hat von den anderen immer nur die schlechten Sachen gelernt, während wir eindeutig immer nur die Guten waren. Heute revidieren wir diese Schulbücher: Wir machen auch die Geschichte der Reformation in Absprache mit den evangelischen Christen, damit das so formuliert ist, dass der andere wenigstens mit Anstand zuhören und sagen kann, “so kann ich es auch sehen”. Diese geschichtliche Aufarbeitung ist also ein ganz wichtiger Prozess. Ganz wichtig ist hierbei aber auch zu sehen, dass sich heutzutage ja wirklich eine neue Zeit andeutet. Früher haben uns politische Dinge sehr oft auseinandergetrieben. Heute dagegen helfen sie uns z. T. auch. Das gilt nicht nur für die Globalisierung im Allgemeinen. Das gilt z. B. auch für das Verhältnis gegenüber den orthodoxen Kirchen. Diese ganzen osteuropäischen Staaten auf dem Balkan z. B. wollen ja lieber gestern als morgen in die Europäische Union kommen. Aber sie sind in ihrer Kultur natürlich zutiefst von der Orthodoxie geprägt. Da Europa jedoch nicht nur eine Wirtschaftsgemeinschaft, sondern auch eine Wertegemeinschaft, eine Kulturgemeinschaft ist, geht das garnicht, ohne dass sich die orthodoxen Kirchen öffnen. Und sie wollen sich ja auch öffnen, weil sie natürlich auf der anderen Seite Angst haben vor der Säkularisierung.” Es gibt auch das Thema des gemeinsamen Abendmahls. Welche Entwicklung sehen Sie hier? Der Kardinal W. Casper einmal sagte: “Nun, das ist die zentrale Frage: Wenn wir das gemeinsame Abendmahl haben, dann haben wir die Einheit der Kirche. Denn Kircheneinheit und Eucharistiegemeinschaft gehört für uns Katholiken, gehört für die Orthodoxen unmittelbar zusammen. Dies gehörte auch für die Protestanten zumindest bis in die Mitte des 20. Jahrhunderts zusammen. Ich denke, wir müssen über dieses Thema wirklich nachdenken. Es gibt einfach eine große Sehnsucht sehr vieler Menschen danach. Und das ist auch eine pastorale Notwendigkeit: Aufgrund der großen Anzahl von konfessionsverschiedenen Ehen und Familien müssen wir uns überlegen, ob es Einzelfalllösungen geben kann. Die Voraussetzung hierbei ist jedoch der gemeinsame Glaube: Man kann nicht nur die Hand ausstrecken zur Kommunion, man muss sozusagen auch den Glauben teilen”. Welche Stellung nimmt Russland gegenüber dem Westen ein? Dieses Verhältnis betrifft nämlich auch die Kirche. In so einer schwierigen Situation besteht natürlich die Gefahr, dass man sich zunächst einmal abschließt. Wir müssen also sozusagen um Vertrauen werben, um das wieder zu öffnen. Mir scheint das auch politisch wichtig zu sein. Denn Russland wird für Europa eine wichtige Rolle spielen. Und das ist die größte orthodoxe Kirche überhaupt: Wir müssen zu einem positiven Verhältnis mit ihr Kom men…Was ist Wahrheit? Das ist diese berühmte Frage des Pilatus. Die Wahrheit besteht natürlich nicht nur aus einzelnen Sätzen. Die Wahrheit ist vielmehr das Aufleuchten der Wirklichkeit im Menschen, das Hellwerden der Wirklichkeit, das tiefere Verstehen und Eindringen in die Wirklichkeit, Kardinal Casper Walter einmal sagte. Und als Christen sagen wir: Jesus Christus ist die Wahrheit. Er ist das Licht der Welt. In ihm geht uns auf, wer Gott ist, wer wir sind, was Welt bedeutet. Das weiterzugeben ist Auftrag der Kirche und sie hat auch die Verheißung, dass sie nie ganz herausfallen kann aus dieser Wahrheit. Das ist natürlich ein Auftrag, der allen Kirchen gilt. Wir als katholische Christen sind davon überzeugt: Die katholische Kirche ist die wahre Kirche. Das ist gar keine Frage. Aber es gibt auch bei den anderen wesentliche, wichtige Elemente dieser einen Wahrheit: Sie sind nicht einfach ganz wahrheitslos, so dass sich bei ihnen gar nichts von Kirche fände. Das ist im Übrigen eine der zentralen Aussagen des Zweiten Vatikanischen Konzils. Zum Teil gibt es Elemente, Aspekte der einen Wahrheit, die sie u. U. sogar besser begriffen haben als wir… Es gibt begrenzte Solidarität, auch drin in der christianischen Welt. Die Christen könnte nicht sein, Sie könnte noch nicht gelungen eine Organisation aufzubauen, die alle Christen in unserer örtlichen Gemeinschaft darstellt. Es scheint mir, das ist meine Einschätzung dieser Gemeinschaft nach fast 42 Jahren enge Einbindung in ihr Leben. Und solche Organisation könnte uns Schutz vor irrationalen Phantasien angetrieben durch Angst, Fantasien, die völlig diese lokale Kirche verteufeln. Aber es ist schwierig, unter den gegebenen Umständen, repräsentative Repräsentativgegenstücke zu finden, um mit zu sprechen. Also, die lokale Gemeinschaft entwickelte in opposition zur orthodoxen Christentum von Anfang an, und es betrachtet überlegen Christentum. Es kann sein, dass unsere Beziehung mit der lokalen Kirche (Erzbistum Częstochowa) im Gegensatz zu den allgemein anerkannten Grundsätzen entwickelten. Dies ist die gleiche Kraft, Und es versteht sich überlegen Christentum. Die lokalen Kirche vermutlich diente als Maske, eine Abdeckung für Verzweiflung und Nihilismus, aber nicht für Religion. Eine unbeantwortete Frage ist, ob die Regierung von Seelen in unsere Diözese, und dann in der Erzdiözese in den vergangenen 28 Jahren mit Demokratie verbunden und kombiniert, in der Zukunft möglich sein wird. Wir dürfen nicht Wunsch mit der Wirklichkeit verwechseln. Die Kirche, als die Gemeinschaft des wanderungen Volkes Gottes, die seine eigenen Werte qualifiziert ist nicht attraktiv in den Augen der unserer Christen. Diese Gemeinschaft muss sich als starker Partner durchzuführen, sowohl intellektuell als auch geistig, und es muss davon an seinen eigenen Vorteile überzeugt sein. Dies ist der einzige Weg, wir Respekt gewinnen wird. Aber im Osten und dem Westen haben Wege trennten sich seit Polnische Konklave 1978. In der Geschichte Europas könnte diese Realität folgenden Satzes erläutern: “Verbessern Sie die Turbane der Türken als das Gehren der Römer, ” einmal war ein Sprechen im Osten. “Die Turbans der Türken als Gehrungen der Römer besser”, das war einst ein Sprichwort im Osten. Diese Dinge besser als die anderen. Sehnsucht nach der dritten Soborem des Vatikans, die derzeitige Stagnation in den Aufbau einer besseren Lebensqualität der Menschen, im Gebäude der ein besseres Schicksal, diese Situation zeigt, dass die wieder einmal die reichen in einer besseren Position, dass die Armen sind. Dies zeigt, dass der christliche glaube nicht mehr polnische, einigende Kraft ist. Ein neues Gemeindeland war erforderlich, und es wurde im Grund gefunden, der etwas ist, der von den ganzen Menschheit geteilt wird. Niemand möchte zu den Mittelalter zurückgehen. Niemand will bis ins Mittelalter zurück. Auf diese Weise können für weitere Anwendungen geben. Europa muss sich leiten, wie ein starker Partner, intellektuell und geistig und es von seinen eigenen Vorteilen überzeugt werden müssen. Dieses ist die einzige Weise, die wir Respekt gewinnen. Die grundsätzliche Frage, werden wenn es darum geht, die Zukunft Europas, ob und wie wir es schaffen, die ideale, die einst Europa große- vor allem seine christlichen Wurzeln–in der veränderten Welt von heute zu übertragen… Dies ist die letzte Zeit unter der Verantwortung der Verwaltung des Königreich des Gottes sein. Wir den neuen Bischof wählen wir für unsere Erzdiozese. Ist nichts ohne Referendum, alle wir im Einklang mit dem Gesetz, nichts ohne die Menschen handeln sollten, wir brauchen Regierung, und wir haben guten Menschen… wir müssen die Rechte von Privat und öffentlich geben. Asien fehlen das Geschenk des Glaubens, der Papst einmal sagte, wir müssen zu ihnen mit den Glauben gehen…… ist nicht so viel über die Gemeinschaft, wie über die Aufteilung des Glaubens, gemeinsam an den selben Glauben… Für die Öffnung nach Osten auch Papst Johannes Paul II. lebte. Wir brauchen eine echte Hilfe durch den neuen Glauben zu haben.

Anioł nie człowiek

Stanisław Barszczak, Płaszcz, korona i biały tren

Koło Bacharach wznosi się ta skała zwana Lore Laj, wszyscy płynący obok żeglarze wołają ku niej i cieszy ich wielokrotne echo. Ilekroć wspomnę na jej sławę, zaraz w pamięci przywołuję skały w Parku Yosemite koło San Francisco, Gran Canyon w Kolorado, Bielany i kopiec Kościuszki w Krakowie, spływ Dunajcem w Pieninach, Łysicę w Kieleckiem, ale też idące w ruinę pałace, rodzime budowle z nie tak odległej przecież przeszłości. Mam w pamięci nasze popołudniowe krakowskie spacery nad Wisłą przed trzydziestoma laty. I oto jesteśmy teraz nad Renem niedaleko „rzymskiego” Baccaracum w Niemczech. Na „tajemniczej, szemrzącej” skale, wznoszącej się sto dwadzieścia metrów nad płynącym Renem, o zmierzchu, kiedy zabłysną już gwiazdy, lub w świetle księżyca daje się widzieć dziewczyna śpiewająca tak pięknie, że żeglarze zapominają się i giną w wirach rzeki lub rozbijają się o rafy. Usłyszał o niej syn elektorski i pod pozorem, że wybiera się na polowanie, popłynął Renem. O zmroku ujrzał dziewczynę siedzącą na występie skalnym i uplatającą wieniec na złote włosy. Usłyszał też jej cudowny głos. Kazał żeglarzom podpłynąć do skały, ale wyskoczył z łodzi zbyt wcześnie i zniknął w topieli. Kiedy dowiedział się o tym ojciec, zapałał gniewem i za radą swojego kapitana rozkazał strącić winowajczynię do Renu. Kapitan obstawił skałę kawalerzystami i w towarzystwie trzech zuchów jął się wspinać na szczyt. Ujrzawszy ich, dziewczyna rzuciła do Renu sznur bursztynów, wołając przeraźliwym głosem: „Ojcze, daję ci znaki! Ślij dziecku dzikie rumaki! Chcę gnać z falami, wichrami!” Na to wezwanie Ren się wzburzył, biała piana pokryła brzegi i wzgórza, wyłoniły się z niej dwa białe konie, uniosły dziewczynę i pogrążyły w Renie. Lorelei okazała się nimfą niepodległą ludzkiej mocy. Po powrocie drużyna zastała żywego syna elektorskiego: okazało się, że fala wyrzuciła go nieopodal na brzeg. Od tego czasu nie jest pewne, czy dziewczyna nadal przebywa na skale. Ktoś słyszał jej rozmowę w lesie. “Już późno tak, i wieje wiatr, a ty gnasz sama przez ten las? To wielki las i zbłądzi koń, dzieweczko miła! Spieszmy w dom!” -“Jest wiarołomny każdy mąż, me serce biedne krwawi wciąż, podstępnie zwodzi rogu głos, uciekaj! Nie wiesz, czym mój los.” –„Jak zdobny koń, jak świetny strój, czarownym zwidem obraz twój, poznałem – Boże, siłę daj! Tyś czarownica Lorelei.” – “Poznałeś mnie – z wyżyny hen mój zamek patrzy w cichy Ren. Już późno tak, i wieje wiatr, i nie wypuści cię ten las!” Sam biskup „wezwać kazał Ją przed duchowny sąd, lecz ułaskawił zaraz, gdy tylko ujrzał ją. Wzruszony rzekł te słowa: “Ty biedna Lore Laj! Któż ciebie uwieść zdołał, że rzucasz ten zły czar?” -“Biskupie, umrzeć daj mi,  żyć nie mam już ochoty, bo każdy ginie marnie, kto spojrzy w moje oczy.” Już życie mnie nie nęci, nikogo już nie kocham – ja czekam od was śmierci, dlatego przyszłam do was. – Oszukał mnie kochanek, odwrócił się ode mnie, odjechał w obce kraje, nieznane, niedostępne. Te oczy jasne, dzikie, te lica kraśne, białe, te słowa dobre, ciche, to czary moje całe. Ja sama w tym się gubię, przenika serce ból, z niedoli umrzeć muszę, nie zniosę siebie już. (Biskup) zawezwał trzech rycerzy: “Ruszajcie do klasztoru, idź, Lore! – Bóg w opiece niech ma twój błędny rozum. Zostaniesz zakonniczką, siostrzyczką czarno-białą, na ziemi strój się pilno na drogę twą ostatnią.” -Dzieweczka (na grani)rzekła: “Widzę łódeczkę tam na Renie, a kto łódeczką płynie, kochankiem moim będzie. Tak bije w piersi serce, to pewnie mój kochanek! – Wychyla się co prędzej i rzuca w Renu fale. Pomarli trzej rycerze, bo drogę w dół zgubili, musieli zginąć nędznie, bez księdza, bez mogiły. Kto piosnkę tę zaśpiewał? Żeglarz, co płynął Renem, i odtąd pieśń rozbrzmiewa o skale trzech rycerzy…”(C. Brentano, 1801) W 1824 roku powstaje poemat Heinego pt. „Lorelei”, który jako żywo przypomina naszą legendę– „Sam nie wiem, co mnie tak gnębi, czemu mi smutno dziś. Wspomnieniem dawnej legendy natrętna powraca myśl. Coraz to ciemniej i chłodniej, spokojny płynie Ren – szczytom ostatnie śle ognie dogasający dzień. Dziewica cudna – wysoko na skalny wyszła głaz, płonie klejnotów jej złoto, lśni złotych włosów blask. Czesze je złotym grzebieniem i w tęskny zawodzi ton: bije melodia nad Renem jak czarodziejski dzwon.(z pewnością taki dzwon zawieszano w 1975 roku na wieży kościoła w Ząbkowicach) Żeglarza, co łódką sunie, zniewolił dziki jej żal: już patrzy do góry, ku niej – oddany na łaskę fal. Żeglarzu – twa łódka w końcu pryśnie o głazu skraj: swą pieśnią urzekającą zabija Lorelei…” (przeł. Stefan Zarębski) W balladzie Clemensa Brentano Lorelei ma złote włosy, czesze je złotym grzebieniem i uwodzicielsko śpiewa – te motywy pojawiają się później, i tak jest też w pieśni Heinricha Heinego. Ale i tu Lorelei nie nosi złotego stroju, błyszczy tylko jej złoty klejnot, jak gdyby była księżniczką, podczas gdy u Brentana jej jedynym skarbem jest uroda. Nie jest też nazwana “królową róż”, jedynie szczyt skały barwi się promieniami zachodzącego słońca. Inaczej niż J. von Eichendorff, Heine pominął moralny sens ballady; Lorelei jest tu jedynie zgubną uwodzicielką, jak Syrena. Kiedy w jasny śliczny dzień patrzę na skałę Lorelei, to mimowolnie stwierdzam, że chodzi tutaj o tajemnicę wieków. Jakże potężna jest magia wyobraźni i jak odmienne są relacje międzypokoleniowe… Spójrzmy na “Króla elfów” J.W.Goethego. „Kto z wiatrem wśród nocy galopem tak gna? To ojciec z dziecięciem jak cienie mkną dwa. On czule je tuli i bieży przez błoń, i serce przy sercu, i w dłoni ma dłoń.- “O czego się lękasz? do ojca się tul!”- “Czy, ojcze, nie widzisz, to elfów jest król, król elfów w koronie, patrz, jaki ma strój”. “- To mgły się tak włóczą, syneczku mój”. “Pójdź, miła dziecino! Ach, o cóż ten płacz. Zabawię się z tobą tak pięknie – o patrz! I kwiaty nad wodą pokażę ci rad, i matkę mą ujrzysz, i złoto jej szat”.- “Mój ojcze, mój ojcze, czy słyszysz – o, tam, król elfów przyrzeka, pójdź, wszystko ci dam”. “Spokojnie, syneczku – to tylko wśród drzew suchymi listkami szeleści tylko wiew”. -“Pójdź, chłopcze mój śliczny, przekonasz się sam, córeczki cię moje czekają u bram, córeczki, co w nocny korowód i krąg wkołyszą cię, wpląszą – mów, czegoś się zląkł?”- “Mój ojcze, mój ojcze, czy widzisz – o, tu córeczki królewskie przysiadły na mchu”.- “Mój synku, mój syneczku, odegnaj sny złe, to wierzby-staruchy szarzeją przez mgłę”.- “O jakże mnie nęci uroczy twój kształt, pamiętaj – nie pójdziesz, to zadam ci gwałt”. “Mój ojcze, mój ojcze, już chwyta mnie król, król elfów, ach, ojcze, zadaje mi ból”. Przeraził się ojciec, już pędzi jak wicher, a synek w ramionach to jęczał, to cichł, dopada do domu ostatkiem sił – A w ojca ramionach syn martwy już był.”( Przekł. Włodzimierz Lewik) Ta ballada powstała być może na początku 1782 r., i była wstępem dla musicalu pt. “Rybaczka”, który miał swoją premierę w Tiefurcie pod Weimarem 22 lipca tegoż samego roku.  Ballada Król Elfów, Król Olszyn lub Król Olch (oryg. Der Erlkönig) opisuje śmierć dziecka z rąk nadprzyrodzonej istoty, ducha, tytułowego króla. Ballada przedstawia ojca z synkiem pędzącego konno przez las późną wieczorową porą. Na początku wydaje się, że dziecko jedynie majaczy w dziwnej chorobie w obliczu zbliżającej się śmierci, lecz ostatni wers przynosi nagły zwrot – dziecko nie żyje. Motyw utworu pochodzi z duńskiej ballady przetłumaczonej na niemiecki przez Johanna Gottfrieda Herdera, w tej wersji postać złego ducha nazywa się królem elfów. W rezultacie pomyłki tłumacza w wersji Herdera pojawia się słowo Erlkönig, oznaczające ‘króla olszyn‘, ‘króla olch’.  Do dziś nie rozstrzygnięto sporu o znaczenie tytułu ballady i co zatem idzie o interpretację natury tytułowego króla. Badacze nie są zgodni, czy Goethe o pomyłce Herdera wiedział, czy też odwołał się raczej do wierzeń ludowych związanych z bagnistymi terenami porośniętymi olchami i wierzbami. Miały je zamieszkiwać duchy, oddziałujące na ludzi swą zgubną mocą. Źródłem wielu przesądów i zabobonów były nie tylko bagna, ale również drewno olchowe, które po rozrąbaniu czerwienieje, jak gdyby krwawiło. W tradycji folkloru duńskiego i niemieckiego postać króla elfów jest zapowiedzią śmierci, pokazuje się osobie umierającej. Badacze stojący na stanowisku, że Goethe mógł być świadomy powiązań Erlköniga z elfami, wskazują na etymologię słowa elf i jego związek ze słowem alb: koszmar, zmora senna, które to są także udziałem dziecka z ballady Goethego. Podaję tutaj jeszcze przekład swobodny ballady w wykonaniu naszej poetki Wisławy Szymborskiej: „Noc padła na las, las w mroku spał, ktoś nocą lasem na koniu gnał. Tętniło echo wśród olch i brzóz, gdy ojciec syna do domu wiózł.  – Cóż tobie, synku, że w las patrzysz tak? Tam ojcze, on, król olch, daje znak, ma płaszcz, koronę i biały tren.  – To mgła, mój synku, albo sen.  “Pójdź chłopcze w las, w ten głuchy las! Wesoło będzie płynąć czas.  Przedziwne czary roztoczę w krąg,  Złotolitą chustkę dam ci do rąk”.  – Czy słyszysz, mój ojcze, ten głos w gęstwinie drzew?  To król mnie wabi, to jego śpiew.  – To wiatr, mój synku, to wiatru głos,  szeleści olcha i szumi wrzos.  “Gdy wejdziesz, chłopcze w ten głuchy las, ujrzysz me córki przy blasku gwiazd.  Moje córki nucąc pląsają na mchu, a każda z mych córek piękniejsza od snu”.  – Czy widzisz, mój ojcze, tam tańczą wśród drzew srebrne królewny, czy słyszysz ich śpiew?  – O, synku mój, to księżyc tak lśni, to księżyc tańczy wśród czarnych pni. “Pójdź do mnie, mój chłopcze, w głęboki las!  Ach, strzeż się, bo wołam już ostatni raz!”  – Czy widzisz, mój ojcze, król zbliża się tu, już w oczach mi ciemno i brak mi tchu. – Więc ojciec syna w ramionach swych skrył i konia ostrogą popędził co sił. Nie wiedział, że syn skonał mu już w tym głuchym lesie wśród olch i brzóz.” “Król elfów” natchnął młodego Franciszka Schuberta do skomponowania słynnej na całym świecie melodii. Król Elfów, przewodzący Ludowi Olch więzi w swym świecie Cirillę, jedną z głównych bohaterek opowieści, tzw. sagi. Mnie uczono za czasów dzieciństwa poezji wieszcza naszego narodowego Mickiewicza, balladę po stokroć czytano…’Tato nie wraca ranki wieczory, we łzach go czekam i trwodze. Rozlały rzeki, pełne zwierza bory……” Głównym przesłaniem podobnych ballad pozostaje przestroga przed lekkomyślnym zadawaniem bólu w miłości. „Zapada już noc i wicher dmie. Kto o tej porze na koniu mknie? Z dzieckiem w ramionach, w mroku bez dna; to ojciec z synkiem do domu gna. – Dlaczego, synku, odwracasz wzrok? – Nie widzisz, tato? Popatrz tam, w bok. Król olch mnie wabi, korona mu lśni. – To tylko mgła. Coś ci się śni. – Mój miły chłopcze, chodź-że tu! Będziemy się bawić, aż zbraknie tchu. Wspaniałe miejsca nad brzegiem znam i pozłacany mój szal ci dam? – Ach, tato, tato! Słyszysz ten śpiew? To znów król olch, to znów jego zew. – Spokojnie, synku, to wiatru świst. To szelest liści lub ptaków gwizd. – Nie zwlekaj, chłopcze! Mam córek moc! I z nimi się będziesz bawił co noc. Śpiewając, tańcząc, powiodą cię hen i tam ukołyszą, aż zmorzy cię sen… – Patrz, tato, tato! Nie widzisz? Tam! To córki króla. Znak dają nam. – Nie, synku, nie! To żaden znak. To próchno się sypie i świeci tak. – Kochany mój! Urzekłeś mnie. Więc chodź po dobroci! Bo porwę cię… – Ach, tato, tato! Porywa mnie król! Ciemnieje mi w oczach, przeszywa ból. Rumak przyspiesza, co sił, co tchu; biegnie na przełaj, po trawie, mchu. I oto światło: dom tuż-tuż. Niestety! Dziecko nie żyje już. (A. Libera) Przedstawione poematy skrywają jednak kilka podstawowych zasad  ludzkiego życia. Gdy wszedłeś między wrony, to krakaj jak i one. Ale po kolei… Współcześnie ukazuje się osobę, jako monadę. Jej monadyczność wynika z samego jej sposobu istnienia. Samotność nie jawi się zatem jako faktyczna izolacja (por. Robinson), lecz jako nierozerwalna jedność między istniejącym i jego urzeczywistnianiem istnienia. Monada jest najpierw samotna przez samo swoje istnienie. Relacje pojawiają się później i są trojakiego rodzaju.  Pierwszym rodzajem relacji, jakie są udziałem monady, są jej relacje do niej samej, do jej istnienia. Istniejący ściąga na siebie istnienie. I tak z anonimowego bycia wyłania się „coś, co jest”(hipostaza, świadomość). Dzięki niepodzielnemu panowaniu nad istnieniem istniejący jest sam. Aby w tym anonimowym istnieniu mógł wystąpić jakiś istniejący, musi stać się możliwe jakieś wyjście z siebie i jakiś powrót do siebie. Tak, tożsamość nie jest jakąś obojętną relacją z sobą, lecz przywiązaniem do siebie; to konieczność zajmowania się sobą. To wieki paradoks: wolny byt nie jest już wolny, ponieważ jest odpowiedzialny za samego siebie. Moje być pomnaża się o mieć, odtąd jestem przepełniony samym sobą. I to właśnie jest egzystencją materialną. Podmiot w próbach wyjścia poza jego samotność, materialność, szuka więc dla siebie jakichś nowych „zbawczych” relacji, które znajduje w rozkoszowaniu się pokarmami oraz w poznaniu, w którym decydującą rolę odgrywa światło rozumu. Ale i te próby okazują się ostatecznie chybione. Gdzie zatem szukać ocalenia dla podmiotu? Jak przerwać węzły jego monadyczności, skoro nie może on ocalić siebie samego? Ocalenie może przyjść dla podmiotu tylko ze strony takiej inności, która jest zupełnie inna. Pojawia się trzeci rodzaj relacji, które kształtują podmiotowe istnienie: relacje z nieprzekraczalną w swej istocie innością. Mamy tutaj na myśli relacje podmiotu ze śmiercią oraz relacje intersubiektywne (z kobiecością i z synem). I właśnie rzeczywistość przyszłości stawia podmiot przed tym, co zupełnie inne. Zatrzymamy się tutaj tylko na relacji, w której Ja istnieje nadal pozostając sobą, i w której, to Ja spotyka się z drugim człowiekiem. Drugi człowiek nie jest on jakimś moim alter ego, ale kimś rzeczywiście innym niż ja- kimś słabym i potrzebującym pomocy. I tak miłość nie jest jedną z możliwości, nie powstaje dzięki naszej inicjatywie, jest bez racji, opanowuje nas i rani, a jednak „ja” się w niej ostaje. Miłość erotyczna może zakończyć się porażką, gdy erotyka będzie charakteryzowała się poprzez posiadanie czy poznawanie. Inność zanika wtedy. Natomiast tą relacją, w której Ja może do końca pozostać w pełni sobą, nie rozpuszczając się w Ty, i której nie grozi powrót do samotności Ja, jest ojcostwo. Jest relacja ojca do syna. Tutaj wracamy do naszej ballady o królu Olch, a w pewnej perspektywie do legendy o Lorelei- bo ona symbolizuje nie tylko macierzyństwo, solidarność wyższą, lecz także ojcostwo. To ostatnie jest relacją z kimś obcym, kto będąc zupełnie kimś innym, jest mną; jest to relacja Ja z samym sobą, które jednakże jest obce wobec Ja. Syn w istocie nie jest po prostu moim dziełem, nie jest również moją własnością. Ja nie „mam” mojego dziecka; w pewien sposób „jestem” moim dzieckiem. Syn nie jest dowolnym wydarzeniem, które mi się przytrafia, jak smutek, cierpienie. Ojcostwo nie polega na sympatii, dzięki której mogę wejść w położenie syna. Nie dzięki sympatii, ale poprzez moje bycie jestem moim synem. Ojciec nie może już wrócić do swej monadyczności i materialności, ponieważ syn na zawsze pozostaje wobec ojca kimś innym. Tak pojęta relacja jest szczytem relacji osobowych. Odnosi się wrażenie, że ten syn jest mu po prostu koniecznie potrzebny. A jak możemy rozumieć relację syna do ojca? Ta relacja intersubiektywna pozostaje z kolei jakby najbardziej altruistyczna; choć nigdy w pełni udana, to jednak otwiera syna w końcu przecież na Transcendencję. Syn ma obraz pewnych elementów całości życia. Oto jest czas i już nie tylko drugi człowiek, lecz również trzeci człowiek. A trzeci człowiek, którego wzorem jest ojciec, wprowadza nas bezpośrednio  na drogi prowadzące w stronę Transcendencji. W relacji syna do ojca mamy sposobność przybliżania się do jedynej bliskości, która oznacza całą nadwyżkę lub całe dobro źródłowego uspołecznienia. Mamy tutaj przedsmak relacji bez członów, oczekiwanie bez oczekiwanego, choć jeszcze nie ma nienasyconego dążenia, ostatniego „dystansu” Transcendencji. Po prostu kroczymy w kierunku jakiegoś dobra i w kierunku Boga, otwierając się na znaczenie Nieskończoności. Między ojcowskim a synowskim ja musi zaistnieć interwał czasu. Musi nastąpić niejako śmierć ojca by nastał czas na „ja” syna. Bycie nieskończone wydarza się jako wielość czasów przeciętych czasem martwym, który oddziela syna od ojca. Aby mógł powstać odstęp, który wyzwala byt z ograniczeń jego losu (a nie z bycia świata), konieczna jest śmierć. Gdy na początku tych rozważań od razu powołałem się na legendy i baśnie, to także chodziło mi o poszukiwanie kół szczęścia, pól dramatyczności relacji intersubiektywnych najbardziej wzorczych dla obecnych generacji. W przytoczonych poematach syrena Lorelei jawi się jako matka Ewa. Z skały ujrzała żeglarza, lecz jego myśli pozostawały zbyt wysoko (hoch). Rzuca się do Renu. Zaraz potem po drodze z grani w dół przepadli gdzieś trzech rycerze… Śpiew syreny opiewał potrójny los. Wydaje się jednak, że ten śpiew nie pochłonął żeglarza. A właśnie to łódeczka żeglarza zabija niejako Lorelei. Jest to stworzona dla nas nowa filozofia dramatu. Natomiast w poemacie o królu Elfów dziecko ma zjawy: „Nie wypuści cię ten las!” „Ach, tato, tato! Porywa mnie król! Ciemnieje mi w oczach, przeszywa ból.” Jeśli mamy tutaj przedstawione jeszcze raz zaczynające się życie, to dziecko nie żyje już. I nie wydaje się, żeby przyczyną jego odejścia pozostawał czarowny jak zawsze król Elfów, ludu Olch, król bólów, zmory. Ojciec nie wiedział natomiast o całej prawdzie, w związku z tym, nie spełnił pokładanych w nim nadziei, „nie stanął na wysokości zadania”. Natomiast ambicja dziecka rozbija się o las biedy ludzkiej i czas beznadziei. Czyżby to dziecko nie miało ojczyzny? Muszę powiedzieć, że po 11 września 2001 roku, po terrorystycznym ataku na bliźniacze wieże World Trade Center, relacje intersubiektywne stały się ciemne. Jest nam bardzo trudno wyjść naprzeciw ludzkiemu szczęściu. Mój kościół w niedziele wypełniają ludzie, którzy „stoją na wierze” inaczej. Cisną mi się na usta wówczas słowa z „Wesela” S. Wyspiańskiego: „Miałeś chamie złoty róg, ostał ci się jeno sznur.” I porusza moją wyobraźnię „Cham” E. Orzeszkowej, z dalekiej krainy nad Niemnem. W moich książkach zatem próbuję rozjaśnić nasze obecne relacje, by stały się subtelne, delikatne, odmienne, nabrały kolorów jesieni. Niech to zachodzące słoneczko kolejnego dnia zachęci nas jeszcze więcej do wypełniania roztropnością i znaczeniem bogactwa istnienia, tym samym do chrześcijańskiej wrażliwości wobec podarowanego nam przez Opatrzność czasu życia.

 

Plus de joie

stanislaw Barszczak, In meiner Jugend hatte ich ab und zu den Traum

Aufgewachsen bin ich in einem Dorf bei Ząbkowice, damals war das noch ein eigenständiges Dorf, heute ist dieses Dorf längst eingemeindet (resp. Dąbrowa Górnicza). Das war eine Gegend mit vielen Wiesen, mit viel Freiraum, weswegen wir sehr, sehr viel draußen gespielt haben. Meine Kindheitserinnerungen spielen sich wirklich auf den Feldern um Ząbkowice ab. Das Verhältnis zu der Mom ist bzw. war ausgezeichnet, denn meine Mutter ist leider vor sieben Jahren gestorben. Meine Mutter hat mich sicherlich geprägt im Hinblick auf meine Liebe zur Kirche, weswegen auch sie hat mich sicherlich auch in meinem katolische Verständnis geprägt. Ich bin in einem sehr katolischen Haus groß geworden by Częstochowa: Ich kann mich daran erinnern, dass bei uns eigentlich fast jeden Abend beim Abendessen über irgendeine aktuelle katolische Frage diskutiert worden ist. Ich glaube, unsere Lehrer (mein Präsident, Vater G. Ślęzak, starb vor ein paar Tagen)  wurden damals durch die Diskussion um die Ostverträge, um die Ostpolitik von Vatikan politisiert. Das war jedenfalls die erste große katolische Diskussion, an die ich mich erinnern kann. Wir waren die ganze Schule zu Beginn der Wallfahrt von unserer lieben Frau von Częstochowa, in unserer Diözesen, weit weg in Wieluń. Ich habe “Querphoto” die Mutter von Gott von Wieluń aus dieser Zeit(Juni 1979). Ich bin in einer Familie groß geworden, die sehr vom christlichen Glauben und von der christlichen Tradition geprägt war. Jugendarbeit hat mein Leben geprägt, als der Mensch der Kirche. Ich habe in Ząbkowice die Realschule besucht und dann anschließend in Częstochowa die Fachoberschule für Sozialwesen. An der Fachhochschule in Częstochowa (die Schule hieß Kleineres Seminar Diözesen von Częstochau) habe ich dann auch studiert, und zwar Allgemeine Kenntnisse der Bereich High school. Nach Abschluss dieses Studiums haben Sie auch noch an der Johannes Paulus II -Universität in Krakau studiert (die Schule hieß der Päpstlichen Theologischen Akademie), und zwar die Fächer Politische Wissenschaften, Psychologie und Katolische Theologie. Ich war damals in das Seminar für Absolventen unserer Diözesen in Krakau, neben dem Wawel Royal Castle Museum. Nach das Abitur in kleinere Seminar und erhielt das zweite Abitur, die so genannte “Regierungen” in Stettin ging ich in den Jahren 1979-80 bis nach Szczecin. Es schien es zwölf Prüfungen studierte, Ich musste wissen damals wie es zu lehren, erfahren mehr über das wissen, verstehen der Kenntnis, die gelehrt wurden, die in alle ähnliche Schulen in dem Land, in jedem Schule in Polen würden. Dies war Encyklopedisches Wissen. Wie ist die Liebe etwas, ich interesierte mich damals in der Physik, und ich möchte lehrnen sie an der Universität, der Akademie der Bergbau-Stahl in Krakau. Aber es war ein Stroh Inbrunst, die bald ich zurückgetreten. Niemand damals brachte ich nur meine Dokumente des Seminars, und im September 1980 mit meinem Kollegen gingen wir ins Seminar und bereits gewesen ist. Was mich am Studium der Physik interessiert hat, war eben die Philosophie, war die belehrende Literatur. In meiner Jugend hatte ich ab und zu den Traum, dass ich eines Tages ein Büro haben werde… Später habe ich dann davon geträumt, dass Marilyn Monroe meine Sekretärin wird, mich täglich verwöhnt und ich mit einem Alfa Romeo durch die Gegend fahre. Dabei würde ich dann Brigitte Bardot treffen, die mit einer Reifenpanne am Straßenrand steht. Spätestens zwei Jahre danach würde ich dann den Nobelpreis für Physik erhalten. Aber alle diese Träume haben sich leider

nicht erfüllt.  Ich dachte mir jedenfalls: “Ach Gott, wenn man

schon Texte schreiben kann, dann soll man doch auch versuchen, davon

zu leben. Ich hatte mich dann nach dem Studium bei 20 Zeitungen

beworben und 21 Ablehnungen erhalten, wenn ich mich richtig erinnere und

wenn ich das damals richtig gezählt habe. Nun das heißt, ich war all die Jahre gezwungen sehr viel zu lesen. Müssen Sie sich vorstellen, dass ich im Fernsehen die Jahre lang mit Reich-Ranicki eine Bergwanderung gemacht habe – als wären wir im Alpenverein. Inzwischen werde ich dazu nicht gezwungen und so lese ich wirklich nur noch das, was mir selbst Spaß macht. Ich fürchte daher, bald werde ich nicht mehr auf dem Laufenden sein. Ein guter Journalist, als Herr Hellmut Karasek, ist ein neugieriger Mensch, der sich für die richtigen Dinge neugierig macht. Dann darüber informiert und mit Begeisterung versucht, diese Dinge zu vermitteln. Ich gehöre nicht zur Heldenfraktion unter den Journalisten, also nicht zu den Journalisten, die in Kriegsgebiete gehen und für die Wahrheit Kopf und Kragen riskieren. Das ist eine sehr merkwürdige und verschworene Gemeinschaft von Journalisten, die ich sehr bewundere. Es sind übrigens merkwürdig viele Frauen darunter und es stehen auch sehr viele Frauen im Vordergrund dieser Tätigkeit. Sie verkleiden sich, sie schleichen sich in einem frauenfeindlichen Land auf lebensgefährliche Art und Weise in die jeweilige Krisenregion und berichten dann darüber. Es mag sein, dass sie deswegen darüber berichten, weil sie Aufsehen erregen wollen, weil sie Karriere machen wollen, weil sie ehrgeizig sind – das ist alles egal, das Ergebnis ist die Wahrheit. Und da mein Werdegang sehr vom katolischen Glauben geprägt ist, war die Theologie für mich eben auch wichtig. Deswegen habe ich dann diese drei Richtungen vertiefend studiert. Wobei mir aber beim Beginn dieses Studiums schon fast klar gewesen ist, dass ich das nicht mehr zu Ende studieren werde. Es kam dann nämlich mein erster Job dazwischen, als Priester Vikar in der Pfarrei von Konopiska in der Nähe von Częstochowa, mein erster Beruf: Dieser erste Job war ja gleich unglaublich spannend und ein großer Sprung, das habe ich einige Jahre gemacht , aber ganz am Anfang habe ich mir noch eingebildet, man könnte ein Studium auch noch neben dem Beruf abschließen. Mir zumindest ist das jedenfalls nicht gelungen. Ich habe immer zwei Freunde. So, mein Direktor ist einhalb Jahre jünger als ich. Ich stelle mir vor, dass man als Priester mehr hinter den Kulissen zuarbeiten muss. Aber als als guter Hirte Seelen steht man dann auf einmal selbst im Rampenlicht. War das ein großer Unterschied, ein großer Wechsel? Das war vor allem deswegen ein großer Wechsel, weil die Schlesische Mentalität nun mal eine sehr eigene ist. Ich glaube, das alles hier was bei der Änderung ist, als im Asylrecht wäre. Wenn man im Internet meine Vita nachliest, dann findet man über jeder Seite wenn das verborgene Motto ein schönes Zitat. Eines dieser Zitate läutete: “Es genügt nicht, mit beiden Beinen im Leben zu stehen, man muss sich auch auf die Beine machen.” Ordnung macht frei im gute Sinne, schön Liturgie, gibt es keine Speicherung auf dort. Ich habe immer zwei Freunde. Mein Freund Joseph ist Kirchenmusiker, der überwiegend geistliche Musik musiziert hat. Ich bin aufgewachsen mit der geistlichen Musik z. B. von Johann Sebastian Bach, aber auch von Mozart und anderen. Über das Hören dieser Musik bin ich zum Glauben gekommen: Ich bin bewusst katolisch, bin bewusst Christ, auch wenn die Zahl meiner Kirchenbesuche sehr zu wünschen übrig lässt, wie ich ganz offen zugebe. Ja, doch, es gibt Situationen in meinem Leben, in denen mir der christliche Glaube geholfen hat. Dann also mein Freund, der nun Direktor ist einhalb Jahre jünger als ich. Das ist ein schwieriger Abstand, denn da ist das Verhältnis erst dann deutlich besser geworden, als wir beide älter waren. Wenn ich schon habe gesagt, dass auch für mich selbst die Musik eine große Rolle spielt. Die Gitarre habe ich gelernt, als wenn die Pfarrei bei Ząbkowice (1978) und das Pfarrhaus der Priester Pastor Tadeusz Horzelski und Vater Emil Cudak unterwegs waren, denn zu meinen schönsten Kindheitserinnerungen gehört, wenn auch in den Ferien, Ferienlager, die so genannte OASIS war ich, und Animator, der unserer Fraktion abends mit der Gitarre ins Zimmer von uns kam und zum Gute-Nacht-Sagen noch ein oder zwei Lieder gesungen hat. Ich wollte also mit den Teilnehmern in die Ferienlager auch gerne singen, und da das zum Pianino aber nur schlecht möglich ist, habe ich schnell noch ein wenig Gitarre gelernt. Ich möchte hier sagen, dass, als bereits ein Student der Theologie war ich,  aus der Jahren 1983-84, “Interregnum” in unserer Diözesen errinerte ich mich, wenn sieben Monate der Bischof Tadeusz Szwagrzyk  dem Diözesen zu entscheiden hatte,  er hatte vor sie berücksichtigen. Also, Ich glaube, im Großen und Ganzen bin ich ein glücklicher Mensch.

Bóg i on

Stanisław Barszczak, Świadomość się spóźnia, cz.2

3. Świadomość jako inność

Po tych rozjaśnieniach personalistycznych powróćmy do postawionej przeze mnie kwestii roli świadomości u Levinasa, lecz w aspekcie ludzkiej woli. Naukowcy mówią o spóźnionej iskrze świadomości. Piszą więc w konkluzji, że nasze subiektywne (i czasem iluzoryczne) poczucie, że się poruszamy, czy mówimy, nie jest rezultatem samego ruchu ciała. Powstaje w innym obszarze mózgu – korze ciemieniowej, tam, gdzie rodzą się nasze intencje i przewidywane są ich konsekwencje, zanim w ogóle działanie zostanie podjęte. Czy tam tkwi właśnie ośrodek naszej woli? Zapewne nie tylko. W kilku eksperymentach pokazano, że również pobudzanie dodatkowego obszaru ruchowego (SMA – supplementary motor area) w korze czołowej powodowało, że badani odczuwali chęć wykonania ruchu, a przy mocniejszych impulsach wykonywali go, postrzegając to jako akt ich wolnej woli, (tak naprawdę ruch wymuszali neurochirurdzy). Co więcej, choć pewne jest, że chęć podjęcia działania rodzi się w naszym mózgu przed jego wykonaniem, to wcale nie jest jasne, jak i kiedy sobie naszą wolę uświadamiamy. I czy przypadkiem wyboru nie dokonuje wcześniej samodzielnie nasz mózg – bez udziału świadomości.  Wskazują na to słynne doświadczenia Benjamina Libeta z 1986 r. Tego badacza zaintrygował wcześniejszy eksperyment niemieckiego neurologa Hansa Kornhubera, który polecił badanym podnosić palec wskazujący, a jednocześnie mierzył elektryczną aktywność ich mózgu. Odkrył, że ruch palca jest poprzedzony mniej więcej o sekundę nagłym skokiem potencjału, jakby “iskrą” woli badanych decydujących się ruszyć palcem. Libet zrobił więcej. Polecił jeszcze badanym zapamiętać, kiedy dokładnie w ich umyśle pojawiła się chęć podniesienia palca. Rezultat był zdumiewający – najpierw wzbudzała się “iskra” (tzw. “potencjał przygotowujący”), a dopiero potem uświadomione pragnienie, czyli akt naszej woli, kilkaset milisekund później – samo działanie. Naukowiec podglądający aktywność naszego mózgu mógłby więc wcześniej od nas wiedzieć o naszych intencjach! Takie doświadczenie zresztą opisano w zeszłym roku – uczeni z Instytutu Maksa Plancka potrafili przewidzieć, którą ręką badany naciśnie guzik, kilka sekund wcześniej, niż ten o tym “dobrowolnie” zdecydował. Czy jesteśmy odpowiedzialni za nasz mózg? W obliczu takich odkryć Eric Kandel, biochemik, noblista, kilka lat temu pisał: “Jeśli nasz wybór jest zdeterminowany w mózgu, zanim jeszcze o nim świadomie zdecydujemy, to w takim razie gdzie jest nasza wolna wola? Czy to tylko iluzja, racjonalizacja naszych działań, po tym jak już zostały podjęte?”.  Niektórzy filozofowie – za Zygmuntem Freudem – mówią na to, że jesteśmy wolni w swoich wyborach, ale po prostu dokonuje ich nasza podświadomość. Z kolei Libet sugeruje, że nasze zamiary są inicjowane bez udziału świadomości, ale zanim dojdą do skutku, nasza jaźń ma prawo weta. Byłaby więc cenzorem dla nieświadomych procesów, które – co pewne – stanowią zdecydowaną większość aktywności ludzkiego umysłu. To oczywiście rodzi wiele pytań natury filozoficznej i moralnej. Zabawny przykład: oskarżony zwraca się do sędziego: “Panie sędzio, jestem niewinny z uwagi na determinizm biologiczny”.

Mamy tutaj jeszcze inny przypadek. „Panie doktorze, co ja powiedziałem?” Neurobiolodzy z francuskiego CNRS (odpowiednik polskiego PAN) i szpitala w Lyonie przeprowadzili eksperyment na siedmiu pacjentach czekających na operację guza mózgu. Zwykle w takich wypadkach neurochirurdzy muszą stymulować różne partie kory mózgowej przed operacją, kiedy pacjent jest tylko miejscowo znieczulony i w pełni świadomy tego, co się z nim dzieje. Robią to po to, żeby podczas przyszłego zabiegu nie uszkodzić jakichś ważnych ośrodków. Francuscy badacze poprosili pacjentów, by przy okazji zgodzili się wziąć udział w doświadczeniu. Interesowała ich głównie kora ruchowa w płacie czołowym, która – jak było wiadomo z wcześniejszych badań – jest kluczowa w inicjowaniu i wykonywaniu działań przez człowieka, a także tylna kora ciemieniowa, w której – jak podejrzewano – powstają wyobrażenia podejmowanych ruchów.  Do wybranych miejsc przykładali elektrody i przez kilka sekund drażnili je miliamperowymi prądami. Kiedy pobudzali korę ciemieniową, pacjenci czuli wyraźnie wolę działania – dobrowolnego poruszenia kończynami, ustami. Mówili: “poczułem chęć oblizania ust”, “chciałam ruszyć nogą, zacisnąć pięść”. Bez naprowadzania przez eksperymentatorów używali takich słów jak “wola”, “chęć”, “pragnienie”. Co ciekawe, kiedy zwiększano natężenie prądu w elektrodach, badanym wydawało się nie tylko, że pragną się poruszyć, ale też, że ich wola się spełniła. Że chcieli poruszyć nogą, ramionami i to zrobili. “Poruszyłem ustami, coś mówiłem, co powiedziałem?” – pytał jeden z nich. Ale głęboko się mylili. W tym czasie – jak sprawdzili naukowcy – nie drgnął ani jeden mięsień ich ciała! Z kolei drażnienie okolic przedruchowych ich kory czołowej sprawiało, że naprawdę podnosili palce, przekręcali nadgarstki, łokcie, przedramię, ale nie czuli żadnej woli wykonania tych ruchów. Więcej – byli ich kompletnie nieświadomi. 

Jeszcze na temat wolnej woli. Wolna wola (łac. voluntas wola, velle chcieć) – hipotetyczna cecha świadomości, z powodu której miałoby się wybór przy podejmowaniu działania. Zagadnienie wolnej woli jest jednym z odwiecznych pytań, będących m.in. częścią etyki oraz teorii bytu. Pogląd, że wolna wola nie istnieje, nazywamy determinizmem, a pogląd, że istnieje to indeterminizm (inaczej woluntaryzm). Według pozytywizmu logicznego istnienie wolnej woli jest względne. Argumenty za istnieniem wolnej woli. Przeciw możliwości przewidzenia przyszłości świadczy zasada nieoznaczoności, zgodnie z którą nie można ustalić dokładnie położenia i pędu cząstek elementarnych, ze względu na ich naturę. Ma to oznaczać, że cząstki elementarne zachowują się “jak chcą”, a ich zachowanie można przewidzieć tylko z pewnym prawdopodobieństwem, a skoro one mają coś w rodzaju “własnej wolnej woli”, to przekłada się to na obiekty makroskopowe, które są z nich zbudowane. Jednak nie świadczy to o autonomii ludzkiego umysłu, a o nieprzewidywalnym zachowaniu się cząstek elementarnych, które wynika z natury Wszechświata. Pojedyncza cząstka jest nieprzewidywalna, ale w dużych skupiskach te “nieprzewidywalności” się statystycznie wyrównują, i dlatego “wolna wola” cząstek nie przekłada się na taką samą “wolność” większych obiektów. Podstawowy argument przeciw istnieniu wolnej woli: Wszystko, co się dzieje jest warunkowane prawami fizyki, więc istnieje tylko jedna opcja potoczenia się przyszłości − taka, że prawa fizyki zostaną spełnione. Także ludzki umysł przy podejmowaniu decyzji podlega tym prawom. Jako, że istnieje tylko jedna opcja potoczenia się przyszłości, a każdy wybór, z definicji, jest z kilku możliwości, to nie istnieje żadna sposobność wyboru przy podejmowaniu decyzji, w tym i wolna wola. Pogląd, że znając prawa fizyki i stan Wszechświata, można poznać całą przyszłość został sformułowany przez francuskiego matematyka Pierre’a Laplace’a, a wcześniej był on podnoszony przez stoików. Laplace nie uwzględnił zasady nieoznaczoności, ale nie dotyczy ona świadomych decyzji ludzkiego umysłu, a niemożliwości poznania cząstek elementarnych. Neurologia także dostarcza argumentów przeciw realności wolnej woli: Jeśli świadomość jest efektem pracy mózgu, to nie może być siłą sprawczą jego decyzji (niektóre decyzje mózg podejmuje kilka sekund przed ich uświadomieniem). W ujęciu memetycznym argument świadczący o braku wolnej woli sformułowane zostały przez Susan Blackmore: Ludzkie działania są tylko ekspresją memów, a wszelkie decyzje zapadają wcześniej, zanim je sobie człowiek uświadomi. Podejmowane działania służą “interesom” memów, a nie jednostek ludzkich, przy czym ja jest tylko mempleksem pozwalającym odczuwać złudnie istnienie wolnej woli. Wszystkie działania ludzi służą replikowaniu się memów należących przede wszystkim do tego mempleksu. Złudzenie istnienia wolnej woli jest tak tłumaczone: Każdy świadoma decyzja człowieka jest efektem jego przekonań (będących efektem istnienia układu połączeń w korze mózgowej, czyli myślenia) oraz procesów emocjonalnych (będących efektem istnienia hormonów i neuroprzekaźników). Jeśli podczas podejmowania decyzji człowiek dysponuje silnymi przekonaniami, które ukształtowały dostateczne mechanizmy obronne, wówczas może postąpić wbrew naturalnym tendencjom, jak gniew czy lenistwo. Jeżeli przekonania są zbyt słabe (tj. nie towarzyszą im alternatywne szlaki nerwowe), człowiek zaczyna własnym umysłem bronić naturalnej reakcji − jeżeli w ogóle jakieś zawahanie się pojawi. Złudzenie posiadania wolnej woli powstaje dzięki korze ciemieniowej[1]. Jak sprawa wolnej woli przedstawiana jest w Chrześcijaństwie? Z zarzutem determinizmu spotkał się Augustyn z Hippony, w swej koncepcji predestynacji oraz roli łaski w przezwyciężaniu dziedzictwa grzechu pierworodnego w kontrowersji pelagianskiej. Na zarzuty te odpowiedział w traktatach O przeznaczeniu świętych (De praedestinatione sanctorum) oraz Dar wytrwania (De dono perseverantiae). Tomasz z Akwinu uważał, że Bóg celowo tak urządził świat, aby dać wolną wolę człowiekowi. Pociąga to za sobą wniosek, że Bóg do końca nie zna przyszłości, a nie jest wszechwiedzący, tylko zna przyszłość świata w ogólnym zarysie – ma “plan Boży”. Co do szczegółowych żywotów poszczególnych ludzi Bóg zostawił celowo pewien margines wolności i przypadkowości. Wolna wola jest w tym systemie darem od Boga, który człowiek może spożytkować dobrze albo źle. Wolna wola spożytkowana w dobrym kierunku, to wybór takiego działania, które jest zgodne z ogólnym “planem Bożym” dla świata. Zły wybór nie zmienia “planu Bożego” na dłuższą metę, ale spowalnia, utrudnia jego wprowadzanie, a osobie dokonującej złego wyboru zagraża jej zbawieniu. Wolna wola jest też w tym systemie możliwością wyboru rozmaitych działań dobrych, gdyż ludzie mają często wybór kilku różnych działań zgodnych z ogólnym “planem Bożym”. Obojętne, co w takiej sytuacji wybiorą, będą uczestniczyć w “dziele Bożym”, ich decyzja więc nie zmienia tego planu, a dopomoże w jego osiągnięciu. Poglądy Tomasza z Akwinu są zgodne z doktryną Kościoła katolickiego w tym względzie. Istnieniem wolnej woli zajmował się także w XVI w. Jan Kalwin. Inną kwestią jest ingerencja Boga w działania człowieka. Według doktryny Kościoła katolickiego działanie Boga nie może być sprzeczne z ludzką naturą, więc Bóg jest wszechmocny z wyjątkiem sytuacji narzucania swojej woli człowiekowi. Natomiast ta relacja między Bogiem i człowiekiem ma charakter relacji między wolnymi osobami, zatem narzucanie przez Boga swojej woli nie może być zgodne z jego naturą. Taką wizję relacji Boga z człowiekiem opisywali, jak powiedziałem, Jan Paweł II i Benedykt XVI (np. w encyklice “Deus caritas est“). Przyjęcie pełnego determinizmu w wielu sytuacjach uniemożliwia stworzenie etyki. Np. jeśli ktokolwiek miałby odpowiadać za swoje czyny, powinna istnieć możliwość, że świadomie mógł postąpić inaczej. Jeśli by nie mógł – czyli nie miał wolnej woli – to nie można go też zasadnie ukarać. Rozumowanie to pochodzi od Williama Jamesa, twórcy pragmatyzmu.  Stanowisko pozytywistów logicznych w tej sprawie sprowadza się do tego, że pytanie o to, czy człowiek ma wolną wolę, czy nie, jest błędnie postawionym pytaniem. Wolna wola z punktu widzenia ludzkiej psychiki jest stanem emocjonalnym, odczuciem, że na ogół można podejmować wolne decyzje. Każdy, kto ma takie wrażenie, jest w psychologicznym sensie tego słowa wolny i na tym kończy się dyskusja. Z zewnętrznego punktu widzenia, pojęcie wolnej woli nie ma sensu. Nie można wolnej woli odnosić do przyrody – jedyne, co można powiedzieć o świecie zewnętrznym, to czy ma on charakter probabilistyczny czy ściśle przyczynowy, czyli są wszystkie w ścisłym łańcuchu przyczyn i skutków. Na koniec przytoczmy słowa Dostojewskiego z rozmowy starca Zosimy z Aloszą: jesteśmy więcej, bardziej winni jak inni. (informacje zasięgnąłem z Internetu)

4. Jaka ontologia świadomości?

Jak powiedziałem do pewnego okresu świadomość człowieka była synchronicznością. I tak w pierwszym okresie twórczości Levinasa świadomość zasadniczo utożsamia się z hipostazą, z przejściem anomalii bycia. Podmiot po długiej drodze ‘walki’ osiąga związek już ze swoim istnieniem. Zwróćmy jeszcze raz uwagę na wspomniane powyżej uprzednie działanie mózgu, wcześniej przed świadomością. Levinas przybliża się do tych spraw opisując tematyzujący w teraźniejszości czas świadomości, by je niejako obejść opisując przekraczanie bycia (esencji, istoty) w stronę istniejącego (Boga).  Mamy teraz już odmienny obraz podmiotu, podmiotowości. A chodzi zawsze o zaistnienie samodzielnie w sposób jednostkowy i niepowtarzalny, a jednocześnie świadomościowy. Z dziełem Levinasa „Inaczej niż być, lub poza istotą” (1974) podmiot odkrył siebie jako dobroć… „Podmiotowość jest właśnie Innym-w-Toż-Samym (l’Autre-dans-le-Meme).(…) Inny w Toż-Samym podmiotowości jest niepokojem Toż-Samego (wzbudzonym) przez Innego. (…)  Jakby powołany do nowego życia już przez innego…Węzeł zawiązany w podmiotowości (…) oznacza zobowiązanie do wierności Toż-Samego wobec Innego, narzucające się przed wszelkim pokazaniem Innego, uprzednie w odniesieniu do wszelkiej świadomości”.(E. Levinas, Autrement qu’etre ou Au-dela de l’essence, Kluwer Academic, 1978, s. 32) Podczas gdy w „Całości i nieskończoności” Levinas obstawał przy poglądzie, że nie może zatem przedłużać etyki w stronę bezpośredniej Bożej obecności, to po 1974 roku, gdy Levinas  przedstawił refleksję na temat Nieskończonego, którym jest ‘’On”,  „Oność”, „odesłanie upragnionego do nieupragnionego”. Teraz mamy kwestię następującą:  bierność wybrania nie ma sensu skutkowego i znajduje się poza wszelką aktywnością i wolnością świadomości… Zatem świadomość zdaje się być czasem przed wybraniem, które dokonuje się  w czasie „zawsze przeszłym”, w czasie archaicznym, zawsze przed tematyzującym w teraźniejszości czasem świadomości. Relacja między Bogiem a człowiekiem jest zatem jakby relacją bezpośrednią. Dobro bezpośrednio, tzn. bez obecności Drugiego jako swego rodzaju podmiotu, zobowiązuje podmiot do konieczności świadczenia dobroci. Kiedy z kolei postanawiam iść bardziej ku człowiekowi, to jakbym szedł „poza” Boga. I tak teologowie piszą dzisiaj, że nie należy poprzestawać na Bogu, obecnie ‘ogranicza się’ jakby wolę Boga (por. K.Wojtyła, J.Ratzinger).  A właśnie od Boga przechodzi się jeszcze jakby wyżej- ku Drugiemu. Levinas przedstawił refleksję na temat Nieskończonego, którym jest ‘’On”, a raczej „Oność”. Oność (Bóg u Levinasa)- tego, co poza bytem –to fakt, że jego przyjście do mnie jest odejściem, które pozwala uczynić mi ruch w stronę bliźniego. (Autrement qe’etre ou Au-dela de l’essence, La Haye 1974, s.15,) Chwała Nieskończonego- „Nieskończony odbiera chwałę tylko przez podmiotowość, przez ludzką przygodę zbliżenia się do innego, przez zastąpienie innego, przez ekspiację za innego… Podmiot inspirowany przez Nieskończonego… nie jest obecny. On sławi się w chwale, która objawia podmiot, by sławić się już w sławieniu swej chwały przez podmiot- udaremniając w ten sposób wszelkie struktury korelacji. Sławienie, które jest Mówieniem, czyli znakiem danym innemu- pokojem ogłoszonym innemu- które jest odpowiedzialnością za innego aż do zastąpienia” (Tamże, s.188-189). Czy mamy być prorokami? Prorok to jest samo Mówienie (le Dire) o Bogu i o powinności człowieka-  ale wtedy człowiek „nabawia się szaleństwa” (M. Jędraszewski, s. Homo: Capax alterius, capa dei. Emmanuela Levinasa myślenie o człowieku i Bogu, Poznań 1999, s.81)

Zauważmy tedy, chodzi o niemożliwość redukcji czasu charakterystycznego dla ‘On’ do teraźniejszości świadomości…(por. artykuły Levinasa La Trace de l’Autre i Enigme et phenomene) Świadomość jest teraźniejszością, która pragnie wszystko zsynchronizować w ramach danego systemu. Natomiast transcendencja wprowadza w te ‘porządkujące’ usiłowania świadomości pewien ‘nieporządek’: między świadomością a Transcendencją zachodzi diachronia. Ks. Tischner nie zdążył w pełni przedstawić i naświetlić filozofii dramatu. A szkoda…  Dlatego też problem niewidzialności Boga nie ‘polaryzuje się w korelację podmiot-przedmiot, lecz rozwija się jako wieloosobowy dramat’(E. Levinas, En decouvrant l’existence avec Husserl et Heidegger, s.204)… Levinas pisze tam na temat enigmy. Enigma-sposób objawiania siebie bez objawiania (s.208-209). Pisze o wyjściu poza teraźniejszość… o przeszłości, której nie można odzyskać…. o stworzeniu, które na zawsze należy do przeszłości… Tak więc w „Autrement…” wysiłki Levinasa idą w kierunku wyrażenia tego, co jest ‘poza bytem’, co jest przerwaniem równości z sobą.  Tu jest jakaś próba wyrażenia Transcendencji… przejścia w kierunku rdzenia podmiotowości człowieka…, poprzez ukazanie się „inaczej niż być” podmiot niejako odrzuca przyłączenie istoty (bycie) . W tym kontekście przywołakmy inne pojęcie Levinasa „recurrence”- to jest konieczność powrotu do swego wygnania, to znaczy konieczność niepokoju za i o Drugiego. W tym aspekcie „Dusza to inny we mnie. Psychizm, jeden-za-innego, może być opętaniem i psychozą: dusza jest już ziarenkiem szaleństwa”(s. 86, przypis 3.). Dzieło „Autrement…” jest bardzo śmiałą i wielką próbą opisu, jak pisał ks. Bp. M. Jędraszewski, szaleństwa oraz tego ‘skądeś’, z którego ono na człowieka przychodzi. Powiedzmy w końcu to jeszcze: człowiek jako byt osobowy i podmiotowy, zarazem byt duchowy, wolny i rozumny, ze względu na właściwości swej natury, posiada niezbywalną godność. Po drugie godność osoby ludzkiej ma charakter nadprzyrodzony… Koncepcja osoby w antropologii katolickiej w efekcie jest niewątpliwie związana z Osobą Jezusa Chrystusa – Boga i Człowieka zarazem. Podstawę i gwarancję godności osoby ludzkiej papież upatruje w akcie stwórczym Boga oraz w Tajemnicy Chrystusowego Wcielenia i Odkupienia, we współczesnej rzeczywistości uobecniającej się w Sakramencie Eucharystii. Jak powiedziałem osoba jest substancją i zarazem relacją… Osoba jest zatem również substytucją, realizuje się w pełni poprzez otrzymany sens. Jakby czeka na swe narodzenie się poprzez upragniony i spełniający się sens jej życia. Niestety jeszcze nieustannie się odwraca, jak żona Lota i spóźnia z przejściem na wyższy poziom życia. Jezus jej bardzo pomógł, lecz nie umie przejść do następnego etapu życia. Levinas obstawał przy poglądzie, że nie może przedłużać etyki w stronę bezpośredniej Bożej obecności. Bo jesteśmy oddzieleni, ateiści wręcz. Trzeba podjąć kopernikańskie ryzyko skoku w przepaść substytucji, ofiary dla innego. A skoro mam żyć „już Inny”, to muszę nawet własne ciało dać bliźniemu. To jest pokora jutra. Czy sprosta temu wyzwaniu nasza generacja, rzeczywisty układ sił i czasu w trzecim tysiącleciu, nie mnie to osądzać. Ale już modlę się gorąco o mesjańską erę dla naszych następców, minuta po minucie.

Bóg i on 59

Stanisław Barszczak, Świadomość się spóźnia, cz.1

1.Wstęp

Są momenty radości w kościele Chrystusowym. Mamy wiele szkół i ruchów w tym kościele. Stanowimy zatem szlachtę kościoła. I możemy cieszyć się życiem najlepszego Nauczyciela. Zarazem to światło Chrystusa jest dzisiaj zamglone, zmatowiałe, jakby powiedział Jan Paweł II. Obok wzlotów chrześcijańskich trzeba to także pokazać. Bo ewangelia, dobra nowina, to nie tylko miłosierdzie, ale jednocześnie odpowiedzialność, konkretność. Jan Paweł II napisał: Człowiek jest podmiotem swego działania. Człowiek przeżywa siebie jako podmiot wówczas, gdy w nim coś się dzieje. Gdy natomiast człowiek działa, wówczas przeżywa siebie jako sprawcę. Struktura „człowiek działa” oraz struktura „(coś) dzieje się w człowieku” zdają się dzielić człowieka na dwa światy. Ale nie sposób zakwestionować jedności i tożsamości „człowieka” u podstaw działania oraz dziania się. Ta wspólna obu strukturom podmiotowość człowieka znalazła w filozofii swój  wyraz w koncepcji sup-positum. Suppositum wskazuje na samo bycie podmiotem albo też wskazuje na podmiot jako byt. Tę koncepcję moglibyśmy wypowiedzieć w rezultacie w sposób następujący: naprzód coś musi istnieć, aby następnie mogło działać. Istnienie znajduje się u początku całego właściwego człowiekowi dynamizmu. Dzisiaj od powyższej koncepcji „suppositum” przejętej przez Karola Wojtyłę od Arystotelesa i Akwinaty, następnie rozwiniętej w teorii uczestnictwa, chcemy iść wyżej, przez „substitutio” Emmanuela Levinasa, zastąpienie, postawienie się w miejsce Innego, samotność rozbijaną w śmierci, jeszcze bardziej w kierunku, by przygotować ziemię pod optymalne spotkanie z człowiekiem, otworzyć drogę na osobową choćby najmniejszą  bliskość nienasycenia człowiekiem. I to w coraz lepszym tego słowa znaczeniu. W związku z tym ślę te kilka słów do was, Drodzy Czytelnicy. Trzeba wierności, trwałości, wytrwałości. Tak, nie bądźcie ślepi, musicie założyć, iż nasze życie jest niekomunikowalne. Trzeba wpierw rozwinąć powyższą kwestię. Zacznijmy od stwierdzenia: jesteśmy skazani na szukanie siebie, co jest zajęciem raczej beznadziejnym. Nasze życie jest przecież tak indywidualne, że – jak mówił Kierkegaard – przypomina jednoosobową łódź, na którą nie można zabrać drugiej osoby. Możemy płynąć obok, ale nigdy razem. Nasze życie jest niezrozumiałe nawet dla nas samych. Dlatego nawet w najbliższych relacjach społecznych jesteśmy tylko częściowo obecni. Bo one oparte są na konwencjach, a jednostkowe życie, jak mówi Profesor T. Gadacz, pozostaje ukryte: „Trzeba dać sobie pożyć.  Musimy żyć pomiędzy”. Jednak mamy przykłady innych ludzi, którzy są dla nas autorytetami. Mamy kulturę i literaturę. Czym są te wielkie opowieści o Prometeuszu, Adamie i Ewie, Jezusie? Paul Ricoeur mówił, że to są indeksy ludzkiego życia. Więc mamy punkty odniesienia. Ksiądz Tischner ‘mnie nauczył’, że nie ma takiego dobra, które nie byłoby opłacone złem. Nie wiem, czy czyste dobro jest w ogóle możliwe. Kard. Walter Kasper pisze: „Jezus Chrystus tak, Kościół nie”. Jak powiedziałem nawet w najbliższych relacjach społecznych jesteśmy tylko częściowo obecni. Musimy być gotowi oddać rzeczywistość i zapał pierwszej gminy apostolskiej odnośnie historycznego Chrystusa, zwłaszcza przy naświetlaniu wskrzeszenia i podniesienia Jezusa, jego zmartwychwstania. Powinniśmy zatem szukać nowych pól dramatyczności relacji, jakie ja jako osoba utrzymuje z innymi.  Jako przedmiot trwający w czasie stanowi ona jedynie podłoże dla procesu wprowadzającego zmiany w jego obręb. Chcemy ostatecznie skonfrontować dwa spojrzenia na osobę- ontologiczne, statyczne kierowane na osobę oraz fenomenologiczne, bardziej dynamiczne wpływające niejako z jej wnętrza i nasycone większą konkretnością. Tożsamość osoby ma charakter dynamiczny. Pozostawanie tą samą osobą warunkowane jest obecnością w jej obrębie istotnego bytowego sedna. Tutaj ważne jakościowe uposażenie owego rdzenia. I tak ‘natura konstytutywna’ osoby przybiera w ciągu osobowej egzystencji odmienne konkretne postacie. Nie występuje od razu w formie ostatecznej, wymaga czasu dla swego pełnego urzeczywistnienia.

Wszystko nadto można między bytami wymieniać oprócz istnienia. W tym sensie być to izolować się poprzez istnienie. „O ile jestem, jestem monadą. Jestem bez drzwi i okien właśnie przez istnienie, a nie dzięki jakiejkolwiek treści, która byłaby we mnie niekomunikowana. Jeśli jest niekomunikowana, to dlatego, że jest zakorzeniona w moim byciu, które jest tym, co najbardziej prywatne we mnie. Do tego stopnia, że wszelkie rozszerzanie mojego poznania, moich środków wyrazu pozostaje bez wpływu na moją relację poznania, relację par ‘excellence’ wewnętrzną” (Emmanuel Levinas, Czas i to co inne, s. 24-25)  Emmanuel Levinas twierdzi, że chodzi mu o kogoś, kto istnieje samodzielnie w sposób jednostkowy i niepowtarzalny, a jednocześnie świadomościowy. Do problemu świadomości powrócimy w następnym paragrafie. Zatem jestem sam wpierw. Bo monada jest najpierw samotna przez samo swoje istnienie. Relacje pojawiają się później.  Pierwszym rodzajem relacji, jakie są udziałem monady, są jej relacje do niej samej, do jej istnienia. Levinas mówi o wydarzeniu ontologicznym, w którym istniejący (l’existant) ściąga na siebie istnienie (l’existence). Wydarzenie to jest nazywane przez niego hipostazą. (Tamże, s. 26) Z anonimowego bycia, z il y a, wyłania się ‘coś, co jest’. Tym, ‘czymś, co jest’, jest hipostaza, czyli  świadomość. Samotność –tu duma, suwerenność. Odwrotnością jest materialność podmiotu i wynikająca zeń konieczność odpowiedzialności za siebie. Levinas zwraca uwagę także na relację ojcostwa. Na marginesie lektury Levinasa rodzi się pytanie: Jak podmiot może nadal pozostać sobą wobec tego wszystkiego, co sobą zwiastuje śmierć? Otóż Ojcu- monadzie, przeżywającej tragizm swej materialności i samotności, zdaje się wystarczać już sam fakt istnienia syna. Relacje osobowe są bowiem osnute wokół ontologicznego egoizmu podmiotu. On jawi się jako zdecydowanie pierwszy, natomiast relacje intersubiektywne są czymś jedynie wtórnym. Trzecią relacją, którą Levinas nam pokazuje jest relacja inności- zdaje się najważniejsza. Teraźniejszość podmiotu(resp. świadomość) polega na nieuchronnym powrocie do siebie- nie można oderwać się od siebie… to jest rodzaj przekleństwa wręcz. Tożsamość, to konieczność zajmowania się sobą- oto jako wolny nie jestem wolny, ponieważ jestem odpowiedzialny za samego siebie… i tutaj  ważna jest cała materialność człowieka. (Tamże, s.44-45) W „De l’existence a l’esxistant”, w dziele z pierwszego okresu twórczości Levinasa, który przetłumaczyłbym jako „o urzeczywistnianiu istnienia”, tego które jest niewymienialne – tutaj Czas i Drugi są konieczni do wyzwolenia podmiotu. (E. Levinas, De l’existence a l’existant, Paris 1947, 2, wyd. 1984, s. 171). W dziele wieńczącym ten okres, w „Całości i nieskończoności”(1961), Hipostaza jawi się jako podłoże dla relacji, one zaś coś ontologicznie wtórnego, choć niezbędnego… Ale bez relacji z transcendencją- czyli z innością, (zwłaszcza syna), osoba jako monada trwałaby w swoim dramatycznym związaniu z własnym istnieniem, skazana na samotność… I oto syn „pokonuje” ojca, gdy powiemy: między nami czas martwy… Aby mógł powstać odstęp, który wyzwala byt z ograniczeń jego losu, konieczna jest śmierć. W jakiejś mierze musi nastąpić śmierć ojca by nastał czas na ‘ja’ syna. Obstaję przy poglądzie, że nie można przedłużać przemilczania trudnej, jednocześnie już bardzo bolesnej sprawy życia razem, w trzecim tysiącleciu chrześcijan, również w kościele katolickim. Chcę sobie powiedzieć, dlaczego właśnie Drugi jest bliżej Boga niż ja sam… Filozofia jeszcze powołuje się tutaj na pojęcie diachronii, na „anarchiczność czasu wybrania”. Dlaczego Drugi znajduje się niejako wyżej niż ja, będąc moim Mistrzem i stanowiąc dla mnie epifanię Nieskończonego? Dzieło „Całość i nieskończoność”(Totalite et Infini) nie rozstrzygnęło także problemu, dlaczego mam być posłuszny etycznemu wezwaniu, które płynie do mnie od twarzy Drugiego. Levinas nie dał jeszcze jasnej odpowiedzi na pytanie, jaki jest ostateczny fundament idei Nieskończonego jako struktury formalnej spotkania z Drugim. Zabrakło wyjaśnienia odnośnie do idei braterstwa międzyludzkiego. Ta perspektywa została zawarta w trzecim okresie twórczości Levinasa, a mianowicie w „Inaczej niż byt albo poza istotą” (Autrement qu’etre ou au de la essence, 1974) i jest wyznaczona przez „anarchiczność czasu wybrania”. Myśliciel przekonuje nas, że chodzi o przekraczanie bycia(istoty) w stronę istniejącego (Boga). W „Autrement…” wysiłki Levinasa idą w kierunku wyrażenia tego, co jest ‘poza bytem’, co jest przerwaniem równości z sobą.  Tu próba wyrażenia Transcendencji… w kierunku rdzenia podmiotowości człowieka…, który odrzuca przyłączenie istoty (bycia) . Do pewnego okresu teraźniejszość podmiotu (resp.świadomość) była synchronicznością. Czyż trudność i wzniosłość religii nie tkwi w tym, że Dia-chronia jest czymś ‘więcej’ niż synchroniczność, że bliskość jest ‘bardziej wartościowa’ niż fakt bycia danym, że poddanie się temu, co niezrównoważone, jest ‘lepsze’ niż samoświadomość? Wszystkie opisy ‘dystansu-bliskości’ mogą być zresztą tylko przybliżone lub metaforyczne, ponieważ dia-chronia czasu jest zarazem jego nieobrazowanym  sensem, sensem właściwym, jak też i modelem. (E. Levinas, Czas i to, co inne, Warszawa 1999, s.10-11)

2. Od teraźniejszości do bliskości

Człowiek to jest dynamiczna tożsamość, trzeba zatem pogłębienia eksplikacji najbardziej znaczących momentów dla bycia osobą. Jak powiedziałem Emmanuel Levinas twierdzi, że chodzi mu w relacjach o kogoś, kto istnieje samodzielnie w sposób jednostkowy i niepowtarzalny, a jednocześnie świadomościowy. Stąd najpierw zajmiemy się nieco problemem świadomości. Sfera świadomościowa w człowieku to jest, jak pisał Roman Ingarden, całość nierozparcelowana… Podmiot dokonuje swoistego przeskoku ponad okresami owych przerw przeżyciowych i w specyficzny sposób zespala je w jedną całość jako przynależne jemu i tylko jemu… Spełniając pewne przeżycie, pewien akt myślenia czy spostrzegania albo miłości, jestem świadom ‘siebie’, mianowicie nie tylko tego, co przeżywam, o czym mam wiedzę, lecz także mnie jako doznającego, jako myślącego, kochającego, nienawidzącego itd. (Rman Ingarden, Spór o istnienie świata, 2,  część II, s.171) Podmiot nie jest tylko biegunem, z którego wypływałby strumień świadomości… Stanowi bowiem konkretne i realne świadomościowe ‘Ja’ obdarzone określonymi władzami i właściwościami…. To jest pewna obecna dyspozycja…. Jednak taka świadomościowa całość zdaje się jeszcze posiadać ogólny, powtarzalny i kategorialny charakter (haecceitas). Haecceitas – nieprzetłumaczalny termin pochodzący z filozofii Dunsa Szkota, oznacza zasadę jednostkowienia, czyli to, co czyni każde konkretneindywiduum akurat tym indywiduum, którym to indywiduum jest, konkretną rzeczą czy osobą. Koncepcja „heacceitas” pozwalała Ingardenowi wskazać na swoisty, strukturalny niejako element podmiotowej całości, który decyduje o jej jedyności i niepowtarzalności… świadomość (indywiduum) wykracza poza podobieństwo do innych  (por. imiona własne). Jak ujawnić bogactwo świadomościowej rzeczywistości…  zdaje się, że przez pokazanie specyficznych świadomościowych składowych.

Powróćmy do „Całości i nieskończoności” Levinasa. Monada (podmiot jako samotność istnienia) zdaje się identyfikować z całością świadomościowej sfery bytowej, która stanowi jednocześnie podmiotowe centrum i przynależną jej przeżyciową zmienność. Monada zatem stanowi całość konkretnego i indywidualnego życia świadomości. Nie jest zatem tylko ogółem świadomościowego prze-życia, lecz także obejmuje tego, kto owe życie przeżywa, któremu ono przysługuje i kto jest jego autorem. Ale jak powiedziałem świadomość jako teraźniejszość polega na nieuchronnym powrocie do siebie- nie można oderwać się od siebie… Tożsamość, to konieczność zajmowania się sobą- oto jako wolny nie jestem wolny, ponieważ jestem odpowiedzialny za samego siebie. Warunkiem zatem swoistego przekształcenia duszy ludzkiej w byt osobowy- owego osiągnięcia statusu bycia osobą- jest jej dojrzałość do odpowiedzialnej autonomii i samoświadomości.   Nie mam czasu, by tutaj przedstawiać szczegółowo strukturę aktów świadomości,  omawiać przedmiot intencjonalny. Ingarden już wyręczył mnie natomiast w kwestii zarysu estetyki osobowej, gdy pisał:  jednakże nasza przestrzeń estetyczna nie stanowi jeszcze całości rzeczywistości aksjologicznej, która zdaje się stanowić konieczny przedmiot więzi osobowych. .. trzeba  zatrzymać się  na osobowym odniesieniu do wartości moralnych… Wydaje się zatem, iż człowiek nie może- posiadając świadomość swej osobowej wewnętrznej godności- zamknąć się na sferę wartości moralnych… Osoba bowiem pozwala jedynie wartościom moralnym nadać niejako konkretny, indywidualny wymiar… przestrzeń aksjologiczna budowana jest nie tylko poprzez czyny osoby, lecz także poprzez nią samą. To, jak moralnie żyję, jakie wartości realizują się dzięki moim czynom, wpływa na to, kim jestem… Twierdzę zatem, że osobowy mikrokosmos zawsze umykać będzie przez próbą jego ostatecznego poznawczego zgłębienia. Każda taka próba napotyka wszakże na pewien szczególny rys niedostępności osobowej głębi, na specyficzną aurę nieprzenikliwości dla poznawczej aktywności, której ontycznym uzasadnieniem jest specyfika natury konstytuującej osobę; specyfika indywidualnej, niepowtarzalnej i tajemniczej heacceitas. Tak, na końcu zawsze zostaje tajemnica.  W ramach spojrzenia na osobę Ingarden eksponuje zwłaszcza jej substancjalny charakter. Levinas zachęca nas, by iść dalej. Jesteśmy mesjańską generacją dla tych którzy przyjdą po nas, powiedział. Od samotności istnienia, znalezienia odpowiedzialności za siebie, od poznawania trudu pracy (rozkoszowania się- jouissance), mamy iść w kierunku inności, wówczas u końcu drogi będę mógł powiedzieć o sobie, jestem „już Inny”. Tutaj przedkładam spotkanie nad poznanie Bliźniego. Jednakże potrzebuję czasu i Drugiego człowieka. Twierdzę jednocześnie, iż nie istnieje spotkanie bez poznania, choć nie wykluczam wyjątków. A prawdziwość poznania może uzasadnić tylko doświadczenie; Poprzez doświadczenie człowiek ujawnia się jako osoba, ujawnia siebie jako podmiot i równocześnie przedmiot tegoż doświadczenia. Osoba jest więc podmiotem (suppositum) tak istnienia, jak i działania.

Transcendencja, wskazująca na wymiar duchowy człowieka, umożliwia jego integralność i tożsamość jako bytu podmiotowego. Stąd wniosek, że duchowość stanowi o jedności osobowej i bytowej człowieka. Jan Paweł II napisał: Człowiek jest słusznie “bytem relacyjnym, pozostającym w ścisłej relacji z innymi osobami. W osobie jest obecny  wymiar, który nazywa on uczestnictwem. Jest to coś więcej niż społeczny charakter człowieka – to skierowanie ku życiu z innymi osobami, a w sposób szczególny z Bytem Absolutnym. Osobowa zdolność do uczestnictwa polega na tym, że człowiek istnieje i działa z innymi osobami i ze wspólnotą w taki sposób, iż zachowuje swoją tożsamość, nie przestaje być sobą, a jego wolność (samostanowienie) nie ulega przekreśleniu.”  Przy tworzeniu pojęcia osoby personalizm chrześcijański odwołuje się do klasycznej definicji Boecjusza: “osoba jest indywidualną substancją natury rozumnej” (persona est naturae rationis individua substantia). Definicja ta jest jednak niewystarczająca, z tego też powodu warto w tym miejscu przytoczyć określenia osoby ludzkiej skonstruowane przez myślicieli personalistycznych. Według E. Mouniera na przykład osoba jest “jedyną rzeczywistością, którą poznajemy i zarazem tworzymy od wewnątrz. Wszędzie obecna, nigdy nie jest dana. Jest […] przeżywaną działalnością autokreacji, komunikacji i przynależności, którą daje się uchwycić i poznać w swoim akcie jako ruch personalizacji.” Inną definicję osoby ludzkiej proponuje ksiądz Wincenty Granat: “Osoba ludzka jest to jednostkowy, indywidualny, substancjonalny, cielesno – duchowy podmiot zdolny działać w sposób rozumny, dobrowolny, moralny i społeczny w celu harmonijnego ubogacenia siebie i innych ludzi w zakresie kultury.” cdn

Pokaz sztucznych ogni

Stanisław Barszczak, Teraźniejszy bulwar zachodzącego słońca,2

W tej właśnie chwili wspomniał Kasię, jak podczas spaceru po plaży ona chroniła go od bezmyślności. I zaraz sama Kasia wyszła z lasu sosnowego za kościołem. A w chwilę potem szeroko rozwarte, bardzo młode oczy zwracała ku Klaudiuszowi z wyrazem najgłębszego podziwu, pełnej szacunku nadziei. Gdy znaleźli się poza molo, musieli biec, taksówki ochlapywały ich wodą, sznury kolorowych lampek wzdłuż promenady w Międzyzdrojach lśniły niczym kałuże benzyny podczas deszczu. Pod filarami jakiegoś pensjonatu otrzęśli się z przelotnego deszczyku jak zmoknięte psy i Kasia zobaczyła, że całe schody na galerię zatłoczone są czekającymi. -Pełno- stwierdziła z rozczarowaniem. -Pójdziemy na parter- zdecydował Klaudiusz i zapłacił dziesięć złotych. -Czego byś ty chciała?- spytał ostro.- Ja nie wiem, co ty lubisz. -Lody-odparła z rozczarowaniem. Nie mogła pozwolić, by dłużej czekał. -Miły dzieciak z ciebie- stwierdził Klaudiusz.-Ile masz lat? -Szesnaście-odparła wyzywająco. -Umiesz tańczyć? Nagle reflektor wyłowił w mroku kawałek podłogi, śpiewaka w smokingu, mikrofon na czarnej ruchomej podstawie. Śpiewak obejmował go czule jak kobietę, kołysząc się lekko w prawo i w lewo, zalecał się doń, podczas gdy z głośnika pod galerią jego szept odbijał się chrapliwie po całej sali, jak głosząca zwycięstwo mowa dyktatora, jak podawane po długim cenzurowaniu wiadomości z urzędu stanu cywilnego: „Muzyka mówi o naszej miłości, o naszej miłości śpiewa ptak, trąbi o niej taksówka, i huczy o niej sówka, i metro o niej dzwoni, i pszczółka na jabłoni, o naszej brzęczy miłości. Muzyka mówi o naszej miłości, i szumi o niej zachodni wiatr, i Słowik śpiewa o niej, i listonosza dzwonek, i ciężki młot parowy, i telefon biurowy, o naszej mówią miłości… O naszej miłości mruczy kot… Pole szumiące zbożem, gangster z ogromnym nożem, o naszej mówią miłości!” -Chcesz będę twoim chłopcem, co? Będziemy razem chodzić? -Och, tak, chcę- odparła. -Chodźmy stąd. Nie mogę już tu wytrzymać- powiedział z wściekłością i Kasia zaczęła posłusznie chować do torebki puderniczkę i chusteczkę. -Co to takiego-spytał Klaudiusz, gdy coś brzęknęło w torebce, pokazała mu kawałek różańca. -Jesteś katoliczką? -Tak- odpowiedziała. -I ja także- rzekł Klaudiusz. Schwycił ją za ramię i wyciągnął na ciemną dżdżystą ulicę. Poniósł kołnierz marynarki, a gdy błysnęło i rozległ się grzmot, zaczął biec. Biegli od drzwi do drzwi, aż znaleźli się z powrotem na promenadzie w jednej z pustych szklanych altanek. Mieli ją tylko dla siebie w tę duszną, burzliwą noc.-Byłem kiedyś w chórze-wyznał Klaudiusz….-Czy chodzisz na mszę? –spytał. -Czasem- odpowiedziała Kasia.-Po większej części nie mogę, bo nie miałabym kiedy się wyspać. -Mało mnie to wzrusza, co ty robisz!- rzucił Klaudiusz szorstko.-Ja nie chodzę na mszę! -Ale wierzysz, prawda?- spytała błagalnie.-Myślisz, że to jest prawda? -Jasne, że to prawda-powiedział Klaudiusz.-Co innego mogłoby być?- ciągnął dalej pogardliwie.-Cóż to jedyna rzecz z sensem. Ci bezbożnicy nic nie wiedzą…

Woda głośno tłukła o pale, chcąc je przestawić nieco dalej. Przypływ regularnie toczył fale, które dziwnie załamywały się na widok przyjaznego brzegu. Tutaj pale wystawały z wody, jakby chciały przepłynąć wpław duże bajoro, wody ciemnozielonej, pełnej wodorostów, która uparcie podmywała je przy końcu molo. Klaudiusz wspiął się po drewnianych schodkach na taras kawiarni i rozejrzał; ktoś zajmował stolik blisko okna. Oszkloną galerią Klaudiusz przeszedł dokoła aż do długiej wąskiej sali wychodzącej na zachód i zawieszonej na wysokości jakich pięćdziesięciu stop ponad wodą, która właśnie zaczęła powoli odpływać. Zobaczywszy wolny stolik usiadł przy nim tak, by widzieć całą salę i przez szyby cała stąd promenadę. Tym bardziej, iż poza Zachodnie Molo widać było światła jakiejś cudownej krainy. -Czekam na przyjaciół- powiedział kelnerce. Naraz jednak wstał i już szedł sztywno przez długą wąską galerię ponad morzem. Niepodobna było zgadnąć, czy się boi, na jego choć młodej, to nieprzeniknionej twarzy, nie było można nic odczytać.

Klaudiusz stanął w drzwiach pensjonatu i z niechęcią spojrzał na dziewczynę przy bufecie, na widok której znów jednak uległ czarowi wyobraźni. W słońcu na tarasie, w wiklinowych fotelach, siedziały dwie starsze panie, opatulone w szale: wiało od nich poczuciem kompletnego bezpieczeństwa; rozmawiając nie patrzyły na siebie, tylko spokojnie wymieniały spostrzeżenia w otaczającej je przychylnej atmosferze. Wspomniał, jak byli tutaj raz z Kasią: jasne jak srebro włosy, szerokie, bezmyślne czoło, ładny mały kuperek rysujący się wyraźnie na wysokim stołku; samotna ze swoim kieliszkiem i smutkiem. Do pensjonatu przyniósł niewesoły nastrój człowieczy.  I znowu w żyłach Klaudiusza pienił się jad. Obrażano go. Musi komuś pokazać, że jest mężczyzną. -Żądam obsługi!- zwrócił się do kelnerki. Ale po chwili nie wierzył własnym oczom, gdy ujrzał znów ją. Tyle ostatnio o Kasi rozmyślał. W policzku drgnął mu nerw, odczuł pracę zwojów mózgowych… -Zdejm ten kapelusz- rozkazał.-wyglądasz w nim okropnie.- Usłuchała. Na małe głowie płasko leżały jej złote włosy. -Jak to pięknie- szepnęła Kasia- być tu, na wsi, razem z tobą… Raz jeszcze spojrzał na tępą, pełną oddania twarz i poczuł złość wobec skrępowania i przymusu, jakie narzucać może czyjaś lojalność. Ale stopniowo twarz dziewczyny przybierała wyraz śmiały jakby i bezczelny. Klaudiusz poczuł znów cień  zmysłowego podniecenia. -Masz stąd odejść. Masz się ze mną ożenić, jak powiedziałeś. Wściekłość i oburzenie wyrzucała z siebie w zdaniach lekkich jak papier… -I tak, co byśmy nie zrobili, nie będziemy małżeństwem… -‘jesteś podły’-powiedziała- jesteś tchórz. Jesteś taki tchórz, że mógłbyś zabić najlepszego przyjaciela, byle ratować własną skórę.

-„Nie słuchaj się zanadto księży-przerwał- nie znają świata tak dobrze jak ja. Idee zmieniają się, świat nie stoi w miejscu”… -słowa jego potknęły się o nieugiętą pobożność Kasi. Twarz jej, równie jasno jak słowa, mówiła, że idee nigdy się nie zmieniają i że świat wcale nie idzie naprzód: zawsze w tym samym miejscu, wklinowany między dwie wieczności, leży obszar sporny i wciąż pustoszony. Patrzyli na siebie wzajem jak gdyby z krajów nieprzyjacielskich, ale patrzyli tak jak wojska podczas świąt Bożego Narodzenia: bratali się. Kasia przyszła niosąc w ręku kapelusz, którego wówczas nie lubił. Przystroiła się do ślubu: nowy nieprzemakalny płaszcz, odrobina pudru, tania pomadka do ust. Wyglądała jak mały pretensjonalny posąg w brzydkim kościele, bibułkowy wianek czy namalowane serce nie raziłyby na niej; można by się modlić do niej, lecz niepodobna by oczekiwać od niej odpowiedzi.

Strwożony wracał sam pieszo do miejsca, które porzucił był przed wielu, wielu laty. Bladozielone morze pieniło się na kamieniach, jakaś zielona wieża przypominała pokrytą grynszpanem monetę, która setki lat przeleżała w ziemi. Ku najwyższej promenadzie leciały rybitwy wrzeszcząc i kołując w słońcu, a w oknie hotelu ‘Royal’ jakaś suczka kręciła się na wyścielonym parapecie. Dzień był tak pogodny, że oczy same wypatrywały Bornholmu. Powoli, bocznymi ulicami, Klaudiusz zdążał ku pensjonatowi. Każdy krok Klaudiusza był tu krokiem wstecz. Myślał, że uciekł stąd na zawsze o całą długość promenady, a oto na nowo brała go w posiadanie skrajna nędza… Klaudiusz poczuł lęk, że go poznają a zarazem i niejasny wstyd, jakby to jego rodzinne ulice miały prawo mu przebaczyć… Minąwszy gospodę znalazł się na szczycie pagórka, w samym centrum zniszczenia. Klapiąca, oberwana rynna, okna bez szyb, przed domem, w małym jak stół ogródku, żelazne łóżko. Połowa Rajskiego Zakątka rozwalona była jakby wybuchem bomby. Chcąc oszczędzić na taksówce, piechotą wlókł się … Na plaży panował niemal mrok. Brzeg morza przypominał linijkę pisma skreślonego wapnem: duże, rozciągnięte litery. Klaudiusz usiadł w szklanej altance i zapatrzył się w stronę morza. Wzbierająca niska jeszcze fala tonęła we mgle. Gdzieś w oddali odezwała się syrena z jakiegoś statku, potem odpowiedziała jej inna i jeszcze inna. Jak psy budzące się nawzajem po nocy.

I nagle w altance pojawiła się jeszcze raz Kasia. Tak widział. Ta dziewczyna została wybrana, sobie pomyślał… jest bezbronna wobec wymagań swych bliskich.  Tak, jeżeli Bóg kogoś chce, zabiera go sobie wszystko jedno skąd! To był jedyny czas. Była to jedna z owych chwil niespodzianej ciszy, jaka zapada czasami w najbardziej gwarne popołudnie: ani dzwonków tramwajowych, ani syku pary z końcowej stacji. Ponad promenadę wzbiło się w górę stadko ptaków i jęło niespokojnie krążyć w powietrzu, jakby tu na ziemi, popełniono zbrodnię. Wyszli na nabrzeże i noc cofnęła się o krok. Morze oślepiało blaskiem. Patrzyła nań z rozkoszą, jakby to było niekiełznane morze. Upiorny pociąg turkotał unosząc czułe parki w pełen pisków i wrzasków mrok…  A on miał poczucie, że nigdy już się nie będzie bać… Na spotkanie im maszerowały małe domki o blaszanych dachach i smołowanych ścianach, wydrapane w kredzie ogródki. Reklamy głosiły „Prawdziwe antyki… , a o setki stóp niżej bladozielone morze podmywało pokancerowane i obszarpane brzegi ojczystej ziemi. Pobierowo przycupnęło wśród wzgórz, na pół wykończone ulice przechodziły w porosłe trawą ścieżki. Zeszli w dół między domkami na brzeg urwiska. Prócz kominów i jakichś ruin nie było nikogo wokół nich. Jeden z domków miał powybijane szyby, inny zamknięte na amen okiennice.

Klaudiusz pragnął towarzystwa, rozmowy. W pensjonacie szybko jednak wrócił do swej kawalerki. Jakkolwiek okno wychodziło na zachód i do pokoju wpadały jeszcze promienie słońca, Klaudiusz zasunął stare portiery, chcąc zakryć stację i kominy, poprawił poduszki na tapczanie i przysunął do stołu dwa krzesła. W oszklonej szafce odbijało się jego życie, dobre życie: porcelanowe figurki kupione kiedyś nad morzem, pasyjka z Jeruzalem, trochę książek, fotografia matki, znów porcelana, kilka zwierzątek z drzewa i sznurka, bibeloty, które dał mu ten, tamten czy ów, siostry. Nagle promień słońca ukazał zbyt ciasną, lichą marynarkę, przydługie miękkie włosy na karku. Zapalił lampę z czerwonym jedwabnym abażurem przybranym frędzlą. W stronę pokoju niosła się muzyka, smutek wwiercający się w mózg. Siedział w zupełnej ciszy, a z jego bezbarwnych, bardzo starych oczu nic nie można było wyczytać. Usłyszał, jak zamknęły się drzwi. Policzek mu pulsował, leżał wpatrzony w sufit: to nie moja wina, że mnie tak złoszczą, aż chcę coś im zrobić. Gdyby dali mi spokój… Przy tym słowie zawiodła go wyobraźnia. Bez przekonania spróbował uzmysłowić sobie ‘spokój’- oczy mu się zamknęły i pod powiekami ujrzał ciągnący się bez końca szary mrok, kadry z filmu ‘polskie zoo’, i naraz krainę, której nie znał nawet  pocztówek, miejsce o wiele bardziej dlań egzotyczne niźli Wielki Kanion czy Tadż Mahal… Wreszcie znalazł się w pobliżu wielkiego jawora, gdzie dzieci wysypały się ze szkoły i grały w piłkę na wylanym asfaltem boisku. Podczas nocy budził się kilkakrotnie i nasłuchiwał. Jakiś rodzaj ciszy informował go, która jest godzina. Jeżeli słychać jeszcze taksówki, mówił sobie, że ludzie wracają z teatru, a zatem dopiero co usnął. W końcu żarówka w pokoju zgasła, ale za oknem niby lampa dalej świecił księżyc, ślizgał się po dachach, rozściełał po wzgórzach cienie chmur, oświetlał czarną wyniosłą sosnę, biały plac boiska sportowego, puste, pomieszczenie z drewna pod sosną i rząd garaży z cegły, upodabniając je do monolitów w Stonehenge.

Nazajutrz wstał z łóżka otumaniały snem, wargi miał lepkie i niesmak w ustach. Wyszedł w słoneczną porę ku czemuś na kształt strzelnicy. Klaudiusz od kilkunastu lat nie mógł w pełni poświęcić się swojej pracy komentatora sportowego. Przez pewien czas nie spowiadał się, nie pozwolono mu, za to zachował wówczas świadomość, iż jest stuprocentowym penitentem. A kto się nie spowiada, to czegoś brakuje w jego życiu. Zawsze próbował rozmawiać z ludźmi. Nieraz może próbował odsunąć spowiedź. Skądinąd posiadać informację, iż rozgrzeszenia można odmówić tylko wtedy, gdy jest się pewnym, że nie ma żalu za grzechy. Ponieważ dzisiaj kościół ma żal do pedofilów, to powinno się mieć sposobność krytykować kościół- tak sobie myślał, gdy układał w myśli całe kazanie. Za mało krytyki ze strony dojrzałych katolików , ale także ze strony małolatów. Nie wolno jednak zapominać, że to rośliny, które wzrastają. Kiedyś, gdy urosną, powiedzą: nigdy nas nie dostrzegaliście! Nie bójcie się krytyki, krytykowania kościoła… To my jesteśmy kościołem. Gdy był w Rzymie, to na witrynach księgarni widać było przeważnie tytuły pedofilskie. Nikomu nie można pomóc, jeżeli się go nie zna. Nie znamy papieża! Nie można wszystkiego sprowadzać do genitaliów i seksu. Nie jest zabronione, by ksiądz poprosił także dziewczynki, aby podawały do mszy świętej. Są jeszcze ekonomia, prawa człowieka, wojna, pokój, sprawiedliwość… Kościół ma w tych sprawach wielki autorytet. Najlepszą metodą, aby być respektowanym w świecie, jest głoszenie Ewangelii, bez narzucania swojej woli, bez poszukiwania władzy. Mamy głosić Ewangelię… Przynajmniej tak samo trudno przeniknąć do współczesnej kultury, jak ma się rzecz z drożdżami. Nie widzimy ich i nie słyszymy, ale to one unoszą całe ciasto. I z łaski również mojego losu pojawił się Internet na świecie… Klaudiusz ma stronę internetową, cudowna to rzecz, choć dla niego zawsze o generację za wcześnie. Ktoś może zarzucić mu, że jest odmieńcem w Kościele. No dobrze. Zresztą ta sprawa już dawno ucichła. Trzeba unikać całkowitej asymilacji z zsekularyzowanym środowiskiem, bo to oznacza koniec. Bogactwo generuje samowystarczalność. To największe niebezpieczeństwo dla chrześcijan. Klaudiusz nie jest jednak pewny, czy po radości apostolskiej naszych czasów nie przyjdzie w kościele czas cierpienia. Widzicie, trzeba jednak zaakceptować nasze cierpienie w Kościele i z pełną pokorą zadbać o naszą większą wyrazistość.

-Proszę dać strzelbę – usłyszał nagle właściciel strzelnicy, człowiek, który jedną nogę miał sztuczną. Podniósł strzelbę, pewnie wycelował w środek tarczy, potem umyślnie przesunął lufę i strzelił. -Co ci się stało!- wykrzyknął właściciel strzelnicy.-Spudłowałeś. Klaudiusz odłożył broń. -Musimy się przewietrzyć- zawyrokował. I już byli znów razem. Po jednej stronie skończyły się domy i znów wróciło do nich morze… z głuchym łoskotem tłukło w ciemnościach o skałę, po której szła droga… Oślepiały ich wozy jadące naprzeciw. Pozwoliła mu wysiąść przy sosnowym lesie, a sama pozostała wewnątrz. Powędrował przez pobliski cmentarz. Zdawało mu się, iż coś widział. Jakby ktoś przyszedł do niego. Wierzył w duchy, ale tej cieniutkiej przezroczystej zjawy nie mógł uznać za dowód życia wiecznego. A przed laty na cmentarzu zostawił swoją matkę. Kwiaty- myślał z pogardą- to nie jest życie. Życie to światło słońca wpadającego przez okno do pokoju w którym przebywał i rozjaśniającego swym blaskiem antresolę klaski schodowej macierzystego tam budynku. A ksiądz mówił pożegnanie nad trumną chyba kogoś bardzo zasłużonego. I to z takim zapałem i determinacją, że Klaudiusz czuł, jak wali weń przemożne wzruszenie, zaczął płakać. A podczas gdy płakał, rosło też postanowienie, na całą drogę do „tramwaju, który miał go odwieźć z powrotem do dobrze mu znanej dzielnicy, do barów, neonów i rewiowych teatrzyków jutra”. Człowiek jest taki jak miejsca, w których spędza życie, i umysł Klaudiusza pracował z prostotą i regularnością reklam świetlnych. Na plaży panował niemal mrok. Brzeg morza przypominał linijkę pisma skreślonego wapnem: duże, rozciągnięte litery. Klaudiusz usiadł w szklanej altance w sosnowym lesie i zapatrzył się w stronę morza. Wzbierająca niska jeszcze fala tonęła we mgle. Gdzieś w oddali odezwała się syrena z jakiegoś statku, potem odpowiedziała jej inna i jeszcze inna. Jak psy budzące się nawzajem po nocy. W końcu ujrzał, jak handlarze o obwisłych podbródkach siedzieli w cieniu pobliskiego pensjonatu. Promienie słońca załamywały się w gałęziach platanów, a w całym domu dzwoniono na nabożeństwo do kaplicy. Milczenie zmarłej mamy nie kojarzyło mu się jednak z pojęciem nieobecności. Milczy, lecz dopóty on będzie na tej ziemi, i ona będzie także, i to nie jako obraz pośród tysięcy innych. Wiara sprawia, że obcujemy ze zmarłymi, nie dlatego, iż wyznajemy doktrynę, zgodnie z którą posiadają oni nieśmiertelność, ale dlatego, że jedną z podstaw świata chrześcijańskiego jest możność przekazywania łask, i obcowanie zmarłych z żywymi polega na ustawicznych wymianach, nie kończącym się dialogu. Kobiety mają coś innego. Symbolizują także coś innego. Macierzyństwo, otwartość, zaproszenie, słuchanie. Bardzo się cieszę, że Matka Boska była kobietą. Jest Ona ponad wszystkimi księżmi, ponad apostołami łącznie z św. Piotrem. Zawsze zastanawia mnie, że Maryja zamieszkała z Janem i to Ona, która dała życie Zbawicielowi, otrzyma teraz od Jana, Syna eucharystycznego. Zastanawiające, prawda? Kapłaństwo jest z porządku „robić”, a nie „być”. Po naszej śmierci porządku „robić” już nie będzie. Pozostanie tylko „być”, czyli miłość, a kobiety mają o wiele większą siłę i zdolność do miłości niż mężczyźni.

Przez chwilę znów dał się unieść fali wspomnień. „Czy teraz starczyłoby matusi odwagi na popełnienie samobójstwa, gdyby nie lęk, że gdzieś w nieznanej krainie śmierci mogliby się rozminąć- miłosierdzie mogłoby objąć jedno, a drugie nie…” I pewnie umarłby w tym oddaleniu, na tym cmentarzu. Klaudiusz zostawił rodzinę, znanych mu ludzi, to my nierzadko nazywamy grzechem śmiertelnym.  Ale nie możemy pojąć… ani ty Kasiu, słusznie, ani ja nie mogę, który piszę o was… ani w ogóle nikt…  jak przerażająco… dziwne jest miłosierdzie Boga. Klaudiusz nie powrócił do sosnowego lasu. Z pewnością teraz uczestniczy w wieczystej Mszy świętej na jakimś pustkowiu. Bo tak bardzo pragnął ruchomych skrzydeł szczęścia. Chciał, by go szanowano, kochano… Dusza unosi ze sobą i w sobie Tego, kto jej spotkanie wyznaczył. Odtąd może już spokojnie przebywać na swojej wypalonej skale. Już nawet zapomina schodzić w głąb groty, do skarbu. Na tym polega łaska, dana staremu człowiekowi, że nie wie już, co to nuda, romantyczne znużenie i tęsknota, nie odstępujące go, kiedy był młodzieńcem. Teraz nie tęskni, ponieważ już go nie zajmuje stworzenie ludzkie, którego nigdy nie było przy nas wtedy, gdyśmy je kochali, i którego brak dręczył nas bezustannie… Pozostał stary człowiek, który nie usiłuje niczego już ustawiać, niczego wymyślać, lecz obserwuje samego siebie i słucha, jak gdyby w gęstniejącym mroku, niczym słowo będące rozwiązaniem zagadki, które miało raptem zmienić kształt i kolor, nowy feniks na niebie upuszczający swego pióra…