moją powinnością jest głosić radość Zmartwychwstałego

Stanisław Barszczak, Moje porywanie dni,

Wszystko musi ponawiać swoją służbę, nawet „Pańska dusza”, niezależnie od tego, czy to niewolnik, czy to szlachcic, czy mieszczanin. Porwany za młodu osobiście nauczyłem się używać języka francuskiego koło dwudziestki. W czasie moich studiów zwykłem wychodzić rano, wracać na obiad, a znikać wieczorem, i tak toczyło się moje ówczesne życie. Ale to zasługa raczej nie moja a mojej ambicji, że polubiłem z kolei Włochów, następnie Niemców. Z Anglikami jestem zawsze fair. W związku z tym bywałem nawet w Irlandii, Cork. Poznałem młodzież z internatu. Kathy, Ruth i Tommy uczą się w elitarnej szkole z internatem , idyllicznym miejscu w sercu angielskiej prowincji. Nauczyciele kładą tu szczególny nacisk na twórczość artystyczną i wszelkiego rodzaju kreatywność. Tym, co odróżnia tę szkołę od innych jest fakt, że żaden z uczniów nie wyjeżdża na ferie do rodziny. Życie w Corku toczy się pozornie normalnym trybem: nawiązują się młodzieńcze przyjaźnie, pierwsze miłości i kontakty seksualne, dochodzi do konfliktów między uczniami a nauczycielami. Stopniowo, w wyniku przypadkowych napomknień i aluzji, odsłania się ponura, zarazem przerażająca tajemnica… Czy miłość, która połączy Kathy i Tommy’ego wystarczy, by odmienić los, który od początku był im pisany?

Ale racje posłuszeństwa Jezusowi, to są racje serca. Jezus może zrobić więcej. Jaka jest nasza lojalność Chrystusowi? Jesteśmy zgromadzeniem kościoła. W dzisiejszą niedzielę, trzecią Wielkanocną, mamy najobfitsze słowo ewangelii. Jezus jest światłem, widzi każdego. A przed nami świadectwo papieża Franciszka. Tu nie chodzi o wymianę kompletów stołowych na malowane, o nowe serwisy tylko. To nowy papież, który wypełnia kapłaństwo służebne. Ale polecenie oznajmiania słowa Chrystusa zostało skierowane do wszystkich chrześcijan. Odsłaniamy kapłaństwo królewskie Chrystusa od naszego chrztu. Bynajmniej jesteśmy tymi, którzy zabili Jezusa Chrystusa. Ale Jezus zmartwychwstał! Są jednak ludzie, którzy poznają wstyd grzechu, a idą za fałszywymi nauczycielami. A Jezus mówi: „chodź za mną”. Zanegować własny egoizm! Moi kochani! Nie jesteśmy równi, ale święci! Każdy z nas poszukuje wypełnienia serca Jezusem. Zacząć z pierwszym kościołem. Rodzina. Wszystko mieli wspólne. Jaka tajemnica, jakie światło!

Dzisiaj mówi się o bezprawnym zrodzeniu, o awangardzie, jaką mogłaby stanowić Europa, operująca na wartościach ludzkich. Czy to znaczy, że lepiej żeby „ktoś się nie urodził”? Co więcej mówi się, mamy państwa nacjonalne, lecz stwórzmy Europę narodów zjednoczonych. Czy to znaczy, odszukajmy współczesnych Don Kichotów, którzy mówią: jak bardzo świat cierpi z powodu mojego lenistwa? Ale przecież wyjdzie na jaw historia moich czynów! Ale „musicie mi pomóc”! W moim odczuciu piekło, to fakt, że umierają nieujarzmieni, geniusze. Boją się ludzie piekła, a taką postawą skracamy nasze związki z młodymi ludźmi. A młodzi patrzą na nas. W istocie rzeczy piekło podobno polega na tym, że umierają nazbyt szybko nieujarzmieni geniusze. Płonie Kopuła na Skale i meczet Al-Aksa – na ich zgliszczach żydowscy ekstremiści chcą zbudować Trzecią Świątynię Jerozolimską. Przewrót w Egipcie zmienia układ sił w krajach islamu. Muzułmanie całego świata ruszają na świętą wojnę. Pod zieloną flagą Proroka jednoczą się pancerne zagony Egipcjan, Syryjczyków i Irańczyków. Naprzeciw abramsów i zulfikarów stają merkavy. Nadciąga Armagedon. Sartre mówił: piekło to inni. Ja napisałem książkę, której polski tytuł „Bliźni i on” w wolnym tłumaczeniu przetłumaczyłem na język angielski: „Jeszcze inny i on”.
Klasyczna filozofia pomijała wolność, w której sama inność innego wybacza nam nasze istnienie, więc nie było negowania siebie. Nie doceniała inności innego w dialogu, poprzez który inny nas wyzwala. Zwracam tam waszą uwagę na czas. Otóż czas jest istotą i ukazywaniem się istoty. Jeśli czas ma pokazać dwuznaczność bycia i inaczej niż być, to należy pomyśleć jego temporalizację nie jako istotę, ale jako Mówienie. Podmiotowość zamienia się w znaczenie, w mówienie lub w słowo nieskończoności. „Znaczenie poprzedza istotę”, napisał Emmanuel Levinas. Znaczenie Mówienia nie polega na anonsowaniu istoty i bytów. Odpowiedzialność za innego nie może zaczynać się od mojego zaangażowania, od mojej decyzji, pochodzi spoza mojej wolności… Teraźniejszość zaczyna się w mojej wolności, ale to nie Wolność wybiera Dobro, które wybrało mnie, zanim ja je wybrałem.

Nikt nie jest dobry dobrowolnie… Cała moja intymność ustanowiona zostaje wbrew-mojej-woli jako bycie za-innego. Wbrew mnie samemu, za innego-oto właściwe znaczenie i sens bycia sobą samym (soi-meme), sens zaimka „siebie” -biernika, który nie pochodzi od żadnego mianownika-sam fakt odnajdywania siebie w chwili, kiedy się siebie traci. Nieskończoność wyraża pozytywność odpowiedzialności… Nieskończoność mi rozkazuje. Dług wzrasta w miarę, jak jest spłacany. Odpowiedzialność za Innego-w swojej uprzedniości wobec mojej wolności, w swojej uprzedniości wobec teraźniejszości i przedstawienia- jest biernością-pasywnością, bardziej pasywną niż jakakolwiek bierność, otwarciem się na Innego bez woli takiego otwarcia, otwarciem się bez umiaru, ekspresją, Mówieniem. Pojawia się skrajna wrażliwość aż po cierpienie. Cierpienie rozumiem tutaj jako obietnicę rozpoczynania na nowo już raz przyjętej postawy służby, porzucenia tego, co się sprzeciwia Innemu, zachowania czystego sumienia, tym samym bycia słyszanym przez Innego. W obliczu Innego czynię „mało”, co w rezultacie okazuje się czynieniem bardzo dużo. Św. Paweł, o tej chrześcijańskiej postawie napisał: „już nie ja żyję, lecz żyje we Chrystus.” Cierpieć, to przekraczać bycie, dla jedynej bliskości Innego. Widzicie, nie rozważamy teraz bliskości na podstawie bycia.

Z drugiej strony potrzebujemy mocy starszych. Stąd chciałbym w Polsce wychwalać wręcz rosyjską historię ducha. A mówią niektórzy bardzo otwarcie „Gott ist tot”(R. Menasse). Bóg umarł- jako moc, socjalny fenomen. A przecież przez telefon rozmawiam nie z diabłem a z Bogiem. Wydaje mi się, że skoro jako chrześcijanie jesteśmy królewskim kapłaństwem, to zmienić świadomość kapłana należy, także wiernego parafianina, otworzyć się na eko-socjalne chrześcijaństwo. Bądź innowacyjny, przedsiębiorcą. Dzisiaj podobnie jak to miało miejsce w Cesarstwie Rzymskim własność, majątek staje się uprzywilejowany. Co ja „słabszy” mogę w tej sytuacji zrobić? Chciałbym zachować moją suwerenność czasu, który jest warunkiem nieodwracalnym w naszych wszędobylskich układach i relacjach. Trzeba te procesy pokazać, odsłonić diagnozy, struktury mowy pokazać we wszystkich trudnych sytuacjach, ciekawe oferty przedstawić. Pokazać jak i czy to funkcjonuje? Eucharystia posila (nutrie) chrześcijanina. Trzeba dać Bogu prymat w naszym życiu. Nawet „mało” dać, to dać więcej. Dar wielki, kapłan eucharystyczny, który odprawia Mszę św. jakby w ostatnim dniu swego życia. Na Mszy świętej odrzucić od siebie to, co obraża Jezusa. Tydzień, który mija został obciążony, powiedziałbym, już za dużą pamięcią tragedii (trzecia rocznica katastrofy pod Smoleńskiem), a mniejszym sercem. Znaczy to, że społeczeństwo już nie jest poprawnie kształtowane (nich richtig), inteligencja nie trafia z wyrazami w zniekształconą wyobraźnię Polaka. Wchodziłem w kościół mając dwadzieścia kilka lat. A dzisiaj już nie mam dwudziestu pięciu lat neoprezbitera.

Staję się częścią produktu socjalnego katolicyzmu, czasu po II Wojnie Światowej. Zwłaszcza w Zagłębiu stawialiśmy sobie następujące pytania: jak ludzie mogą własną pracą życiowy standard osiągnąć, żeby być szczęśliwym, zadowolonym z życia. Jak najlepiej ludzie mogą w zorganizowanej społecznej pracy uczestniczyć? Jak powinno się budować się budować społeczny rynek gospodarczy? Zorganizowana praca znajduje też podstawę w kościele katolickim. Przed laty czułem się związany z ludem pracującym mojej miejscowości. Stawałem się mężczyzną, następnie księdzem we wspólnocie. Razem z innymi ludźmi w Zagłębiu poczyniłem pierwsze doświadczenia w kwestii wspólnej pracy. I to miałem na celu, właśnie ludzką solidarność, gdy wstępowałem do Seminarium. Kapłan miał osobowość. Jak może być pięknie, to przywoływał w kazaniach kapłan. Ale tamtą solidarność, nie uważam dzisiaj atrakcyjną. Teologia i filozofia, to były dwa fenomeny, które na mnie robiły największe wrażenie. Następnie przyszła pedagogiczna praktyka duszpasterska w parafiach, w których pracowałem.

A teraz jakby oszukuję siebie. Bo te 27 lat kapłańskiego życia przez doświadczenia świeżych dni zostały jakby złamane. Moje myślenie nie jest teraz prowadzone we wspólnocie i legalnie, coraz bardziej za to samodzielne. Moje życie to kolejne losy Old Shatterhanda, postaci znanej czytelnikom z powieści Karola Maya, noszącej nazwisko Kara Ben Nemzi. Moje pełne tempa i niebezpieczeństw przygody rozgrywają się teraz na rozległych terenach Bliskiego Wschodu; począwszy od Sahary przez Arabię, Persję, aż do granic Turcji. Wymykam się z pod kontroli, lecę do Ameryki lub do Afryki. W terminalach jestem najpodlejszy, siedzę cicho, jakby mnie w ogóle nie było. Widzicie, jakkolwiek nie jestem programistą na emeryturze, to także nie jestem bezrobotnym. A nie otrzymuję należnego poparcia ze strony władz kościelnych. Wielki przykład Kard. Karola Wojtyły, jego religijne zaangażowanie, interes polityczny ks. Prof. Józefa Tischnera, pozostały jednak niezrealizowane. A przecież stoimy wszyscy na barkach Wojtyły. Zdolności gospodarcze mamy teraz zadziwiające. Wolny rynek nie ma uszu, ani oczu na ludzką godność. Ale jestem czasem również przeciw demokracji, bo promuje human beings, humanizm, kosztem całej osoby. Dzisiaj solidarność w społeczeństwie, środowiskowa wrażliwość, nie przychodzi już od siebie. Mamy dwudzieste pierwsze stulecie. Gospodarka plasuje się jedynie przed równością płci i przed ochroną środowiska. Globalizacja ma jeszcze dużo znaków zapytania.
Niech ten zbiór impresji zaowocuje głębszą refleksją nad naszym przemijaniem i wewnętrzną przemianą. A swoją drogą proszę was o ostatnie zrozumienie motywów życia na progu trzeciego tysiąclecia.

Mamy specjalne tutaj zaproszenie Jezusa. W dzisiejszej ewangelii Jezus ukazuje się Apostołom po swoim zmartwychwstaniu już po raz trzeci. Apostołowie pogodzeni z losem, brak Mistrza, nagle znajdujemy ich przy łowieniu ryb. Połów ryb, w liczbie 153, który jest niezwykły, nadzwyczajny, to znak Najświętszego Sakramentu, symbolizuje niejako dystrybucję, rozpowszechnienie życia Ducha. Listy apostolskie akcentują podarowany nam czas: „Trzeba słuchać bardziej Boga jak ludzi.” Nie tak dawno obejrzałem film pt.„Świat bez końca”. W tym filmie, którego akcja przenosi nas do XIV stulecia, mamy młodych bohaterów, którzy z czasem przejmują odpowiedzialne funkcje w społeczności angielskiego miasteczka Kingsbridge . Ambitny i bardzo sympatyczny Merthin zostaje architektem. Ale Caris nie chce Merthina, posądzona o czary, grozi jej stryczek. Przed ostatnią klęską ratuje ją zawalenie się z szubienicą tutejszego mostu z drewna. Świat bez końca skazany jest na przypadek. Dzisiaj słyszeliśmy także tekst wyjęty z „Apokalipsy św. Jana”: „Nie bójcie się. Ja jestem pierwszy i ostatni, jestem żywym. Byłem umarłym, ale oto jestem żywym po wszystkie wieki. I przywłaszczam sobie klucze śmierci.”To zapowiedź obecności w naszych dziejach Pana historii i czasu, Jezusa, króla wieków. Tak więc, to przymierze definitywne z Jezusem jest prawdziwym sensem historii. Bo to Jezus daje życie, dzisiaj już sławny, kroczy po jeziorze, pokazuje się apostołom w wielkanocnej radości. Pyta niejako o drogę, domaga się drogi. „Odwagi, jam zwyciężył świat!” Baranek zabity. Agnus immolatus. Jesteśmy na Mszy świętej, opowiadamy się zatem widzialnie za lojalnością wobec Chrystusa. Wyznajemy naszą wiarę w boską obecność Jezusa zamanifestowaną w żywym Chlebie. Mój Panie, cały autorytet jest twój. Strzeż mnie, pokornie chciałbym służyć twojej misji. Amen.

Kapłanom i artystom

Stanisław Barszczak, Powołani do wolności (List otwarty do Kapłanów)

W ewangelii Jezusa, a bardziej jeszcze w listach Pawłowych jest mowa o Galatach: „o nierozumni Galaci, co was urzekło!” Kochani bracia w kapłaństwie. Wybaczcie mi ten ton. Zaraz zapytam was jak rozumiecie pierwszeństwo? Bynajmniej bywa, że jestem przeciw demokracji, bo ona promuje human being, zaniżając wartość malkontentów obecnego świata. Chciałbym wam jednak opowiedzieć kiedyś do końca, historię chrześcijaństwa, i to nie tak ludzi, jak chrześcijańskiego ducha służby osobie. Ponieważ Chrystus jest miłością na zawsze, stąd jest miłosierdziem (misericordia) dla nas na wieki. Więc jaka powinna być w nas radość chrześcijańska! Tedy nie przestaję wędrować po kontynentach świata. Do Valldemossy na Majorce dotarliśmy przed samym południem. Jest tu kilka kawiarenek, galerii i restauracji, po wiosce spacerują przeważnie Niemcy. W całej miejscowości panowała specyficzna, senna atmosfera, tak różna od zamieszania typowego dla El Arenal czy Palmy, leżących nad morzem. Fryderyk Chopin i George Sand poznali się 5 listopada 1836 roku w Paryżu. Wkrótce zaczął się ich romantyczny związek, trwający prawie 10 lat. Francuska powieściopisarka miała dwoje dzieci – trzynastoletniego Maurice’a i dziewięcioletnią Solange. Z Casimirem Dudevantem była rozwiedziona. Pani Bożena Schmid-Adamczyk, kustosz Muzeum F.Chopina i G.Sand w Valldemossie pięknie opisuje południowe przygody tej pary. W roku 1838 pisarka zaprosiła w tę podróż Chopina, mając nadzieję, że południowy klimat polepszy stan zdrowia artysty. Można przypuszczać, że kochankowie szukali również spokojnego miejsca, aby oddalić się od środowiska paryskiego i oddać się spokojnie pracy twórczej. Początek podróży odbyli oddzielnie. Z kompozytorem, który wyjechał z Paryża 27 października spotkali się 31 października 1838 roku w Perpignan, w pobliżu granicy francusko-hiszpańskiej. Następnego dnia po przyjeździe do Perpignan para artystów udała się statkiem „Le Phénicien” z Port-Vendres do Barcelony. W Barcelonie zatrzymali się na pięć dni w hotelu „Cuatro Naciones”. Czas wypełniali zwiedzaniem miasta, min. katedry Santa Maria del Mar, jak również ruin domu Inkwizycji. 7 listopada wyruszyli z Barcelony statkiem „El Mallorquin” w dalszą podróż do Palma de Mallorca, dokąd dopłynęli 8 listopada. Pierwszy pobyt w Palmie miał miejsce w dniach 8-14 listopada 1838. W Palmie podróżni natychmiast natknęli się na problemy związane ze znalezieniem mieszkania: informacje przyjaciół z Paryża, zapewniające o gościnności mieszkańców Majorki, okazały się zupełnie niezgodne z rzeczywistością. Udało im się znaleźć wyłącznie dwa bardzo niewygodne pokoiki w oberży przy Calle de la Marina. „Mieszkanie składało się z czterech kompletnie nagich ścian, bez drzwi i okien – opisywała w „Zimie na Majorce” (Un hiver à Majorque) George Sand. „Większość mieszczańskich domów nie posiada szyb w oknach; i kiedy ktoś zechce sprawić sobie taki luksus, bardzo wskazany zimą, musi zamówić ramy. Każdy lokator podczas przeprowadzki (a prawie nikt się nie przeprowadza) zabiera ze sobą okna, zamki, a nawet zawiasy” (Sand 2006, s. 46). Podczas pobytu w Palmie zwiedzili m.in katedrę. Pomimo niesprzyjających okoliczności Chopin napisał do swojego przyjaciela Juliana Fontany 15 listopada 1838: „Niebo jak turkus, morze jak lazur; góry jak szmaragd, powietrze jak w niebie. W dzień słońce, wszyscy letnio chodzą, i gorąco; w nocy gitary i śpiewy po całych godzinach” (Sydow 1955, t. 1, s. 327). Trudne warunki mieszkaniowe spotęgowane hałasem pracujących w pobliżu handlarzy zmusiły jednak artystów do szukania innego lokum. Przyjęli więc propozycję wynajęcia umeblowanej willi „Son Vent” (Dom wiatru) w Establiments, oddalonym od Palmy 4 kilometry. 15 listopada 1838 roku George Sand i Fryderyk Chopin wynajęli malowniczo położoną u stóp gór willę „Son Vent” w Establiments, należącą do bogatego mieszczanina o nazwisku Gómez. 21 listopada 1838 roku, Chopin, którego fortepian zaginął podczas podróży na Majorkę, pisał do Camille Pleyela: „Marzę o muzyce, lecz nie gram – bo tu nie ma fortepianów… jest to dziki kraj pod tym względem.” (Sydow 1955, t. 1, s. 329). Spokojne życie w „Son Vent” trwało trzy tygodnie, do pierwszych dni grudnia, kiedy to nagle spadł ulewny deszcz i spowodował, że ściany namokły wodą. W willi zrobiło się zimno i wilgotno. „Z drzew opadły wszystkie kwiaty, a deszcz dostawał się do naszych źle zamkniętych pokoi” – pisała George Sand w „Zimie na Majorce” (Sand 2006, s. 57).
Stan zdrowia Chopina pogarszał się z każdym dniem i trzeba było wzywać lekarzy. Chopin napisał w liście do Juliana Fontany z 3 XII 1838: „Chorowałem przez te ostatnie dwa tygodnie jak pies: zaziębiłem się mimo 18 stopni ciepła, róż, pomarańcz, palm i fig” (Sydow 1955, t. 1, s. 330). Tymczasem Gómez, właściciel „Son Vent”, podburzany przez okolicznych mieszkańców obawiających się choroby zakaźnej, zmusił Chopina i jego towarzyszkę do opuszczenia willi. Tak więc 9 grudnia 1838 roku artyści udali się z powrotem do Palmy. Drugi pobyt w Palmie , to 10 – 14 grudnia 1838. W Palmie Chopin i George Sand skorzystali z zaproszenia Pierre’a-Hippolite’a Flury, konsula francuskiego, niezwykle życzliwego dla swoich ziomków, i zatrzymali się w jego domu Illeta d’en Moragues, który dziś już nie istnieje. Wkrótce dowiedzieli się o innej możliwości zamieszkania: tajemnicza para, pragnąca opuścić wyspę, wynajęła im za niewielką sumę dwie cele w klasztorze kartuzów w Valldemossie. W klasztorze kartuzów w Valldemossie przebywali od 15 grudnia 1838 do 11 lutego 1839. 15 grudnia 1838 roku Chopin, George Sand i jej dzieci wraz z pokojówką Amelią przyjechali do Valldemossy. Zamieszkali w celach opuszczonego klasztoru kartuzów. Na każdą celę składały się trzy pomieszczenia, które – jak pisała George Sand w „Zimie na Majorce” – „były przestronne, elegancko sklepione i dobrze wywietrzone dzięki ażurowym rozetom o różnorodnych, bardzo ładnych wzorach. Oddzielone były od klasztoru mrocznym korytarzem, zamykanym potężnymi dębowymi drzwiami… Od południa wszystkie trzy izby wychodziły na ogródek, którego powierzchnia odpowiadała wielkości całej celi, oddzielony od sąsiednich działek murem na dziesięć stóp i wspierała się na solidnie zbudowanym tarasie nad małym gajem pomarańczy położonym na występie wzniesienia. Niższy taras porastała winorośl, kolejny migdałowce i palmy…” (Sand 2006, s. 147). Prymitywne umeblowanie celi, z którego do dziś zachowało się gotyckie krzesło przyniesione im przez zakrystianina, dopełniało złej jakości pianino majorkańskie. Na instrumencie tym kompozytor, podczas pobytu w klasztorze, skomponował jedno z najsławniejszych swoich dzieł. Zamówiony w Paryżu fortepian firmy Pleyel dotarł do niego dopiero trzy tygodnie przed wyjazdem z Majorki. Sroga zima na przełomie 1838 i 1839 roku z mgłami, burzami i zimnem zmuszała oboje artystów do pozostawania wewnątrz opustoszałego, osobliwego klasztoru, rozbrzmiewającego wyciem lodowatego wiatru w ponurych korytarzach. Stwarzało to niezwykłą i mroczną atmosferę, łagodzoną rzadkimi słonecznymi dniami, które pozwalały artystom na podziwianie niezwykłego pejzażu Valldemossy. Chopin również nie był obojętny na piękny i surowy krajobraz Valldemossy, ani na szczególną atmosferę klasztoru. Jednak do zmęczenia i pogłębiającej się złymi warunkami mieszkaniowymi choroby doszło jeszcze uczucie samotności, związane zarówno z brakiem kontaktu z mieszkańcami Majorki, jak również ze zbyt dużym kontrastem pomiędzy bezpiecznym dotychczasowym światowym życiem, jakie prowadził w Paryżu, a surowymi warunkami bytowymi w Valldemossie. Pisał o tym w liście do Juliana Fontany z 28 XII 1838: „między skałami i morzem opuszczony, ogromny klasztor kartuzów, gdzie w jednej celi […] możesz sobie mnie wystawić nieufryzowanego, bez białych rękawiczek, bladego jak zawsze. Cela ma formę trumny wysokiej, sklepienie ogromne, zakurzone, okno małe, przed oknem pomarańcze, palmy, cyprysy; naprzeciw okna moje łóżko na pasach […] Bach, moje bazgroły i nie moje szpargały… cicho… można krzyczeć … jeszcze cicho. Słowem, piszę Ci z dziwnego miejsca” (Sydow 1955, t. 1, s. 332). Okoliczności towarzyszące pobytowi na Majorce miały z pewnością wielki wpływ na dzieła, które Chopin tam skomponował. Pomimo miłości, jaką go obdarzała George Sand i pomimo egzotycznego piękna Majorki, Chopin przechodził długie okresy zwątpienia i depresji, związane z chorobą i jej nieuleczalnym charakterem, którego był świadomy. Ten stan pogłębiał jeszcze brak wiadomości z Polski, obawa o bliskich i tęsknota za krajem, tym bardziej, że był to okres wigilii. Do tego dochodziła niechęć mieszkańców Majorki do romantycznej, lecz niepraktykującej pary kochanków zamieszkujących klasztor. Ludność Majorki ze szczególną wrogością traktowała Chopina, obawiając się jego choroby jak dżumy. Ponura i sroga atmosfera opuszczonego klasztoru wpłynęła na jego głęboko romantyczną duszę: wszystko to znalazło swój wyraz w jego kompozycjach. Nasilająca się choroba Chopina, a także depresyjny stan ducha kompozytora, zadecydowały o przyspieszeniu wyjazdu z klasztoru. 11 lutego 1839 roku Chopin i George Sand z dziećmi opuścili Valldemossę. 14 lutego 1839 roku, po dwudniowym pobycie w Palmie, para artystów udała się w podróż powrotną do Francji. Wypłynęli statkiem „El Mallorquin” do Barcelony, a stamtąd, 22 lutego, parowcem francuskim „Le Phénicien” do Marsylii. Ich pobyt w tym mieście trwał od 24 lutego do 23 maja (z wyjątkiem okresu od 3 do 18 maja, kiedy odbyli wraz z dziecmi wycieczkę do Genui). Zatrzymali się najpierw przez dwa dni u doktora François Cauvière’a przy rue de Rome 21, potem w hotelu „La Darse” przy rue de la Darse, którego właścicielem był Joseph Marliani, a od 1 kwietnia w hotelu „Beauvau” przy rue Beauvau 4. Chopin nadal czuł się trochę źle, chociaż, według George Sand, podróż zniósł bardzo dobrze. W Marsylii pozostawał pod opieką lekarza, François Cauvière’a. 23 maja opuścili Marsylię udając się statkiem do Arles, a stamtąd powozem przez Pont-Saint-Esprit, Saint-Etienne, Montbrison, Clermont i Aubusson do Nohant, dokąd dotarli 1 czerwca 1839 roku. Trudno ułożyć pełną i ostateczną listę kompozycji, napisanych przez Chopina na Majorce, gdyż wiele z nich rozpoczął jeszcze przed podróżą na wyspę, część skomponował na wyspie, a jeszcze inne rozpoczął na Majorce, lecz dokończył później. W okresie między październikiem 1838 roku a lutym 1839 roku, pomimo problemów ze zdrowiem, Chopin stworzył Preludia op.28, a przynajmniej ich większą część, z pewnością zaś nr 2 a-moll, nr 10 cis-moll, nr 21 B-dur, nr 1 C-dur, nr 4 e-moll i nr 15 Des-dur. Ponadto do utworów powstałych na Majorce należą: Polonez c-moll op. 40, Mazurek e-moll op. 41 nr 2, Scherzo cis-moll op. 39 (szkice), Nokturn g-moll op. 37 nr 1 (rozpoczęty w Paryżu), Tarantella op. 43 (szkic), Sonata b-moll op. 35 (oprócz marsza żałobnego, skomponowanego wcześniej), Ballada F-dur op. 38 (rozpoczęta w 1836), Polonez A-dur op. 40 nr 1 (poprawki). Klasztor w Valldemossie jest miejscem, w którym Chopin żył, chorował, kochał, pracował, upojony piękną naturą, miejscem, w którym został po nim wyjątkowy ślad obecny do dzisiaj. I ja tam byłem, w restauracji pastę jadłem, a wszystko co widziałem wam tu opisałem. (por. Bożena Schmid-Adamczyk, Podróż romantyczna George Sand i Fryderyka Chopina). Palma de Mallorca – stolica i największe miasto Balearów oraz wyspy Majorka. Miasto jest jednym z największych ośrodków turystycznych świata, a jego lotnisko jednym z najruchliwszych w Europie. To zabytkowe miasto ma liczne walory turystyczne, w tym katedrę (budowaną w latach1230 – 1600). Inna zabytkowa budowla Palau de l’Almudaina (Pałac de l’Almudaina) jest mieszanką stylów aragońskich i arabskich. Palma de Mallorca jest również znana z życia nocnego i olbrzymiej ilości klubów, barów, restauracji i dyskotek. Podczas mojego pobytu zwiedzałem Stare Miasto. Przechodziłem na pieszo do parku przed katedrą, by zwiedzić wiele zabytków. Wiele kawiarni zaprasza na posiłek. Znalazłem się przed muzeum sztuk wyzwolonych, a przede mną naprzeciwko jawi się fronton Katedry La Seu. Z zewnątrz wyglądająca jak monumentalny zamek z potężną liczba wież budowla to miejsce wyjątkowe. Ulokowany na wzgórzu tuż za rogatkami hiszpańskiej Palmy (stolicy Majorki) zabytek to słynna katedra La Seu. Wzniesiona w gotyckim stylu świątynia powstała w miejscu, w którym jeszcze w 1229 roku stał meczet. Według lokalnych podań podczas rejsu Jakuba I na Majorkę rozpętała się straszna burza. W lęku przed szalejącym żywiołem poprzysiągł on, że jeżeli przeżyje, zbuduje ogromny kościół na cześć Matki Boskiej. Przeżył i słowa dotrzymał. Budowę rozpoczęto na początku 1230 roku. Proces trwał ponad 400 lat. Katedra jest potężna. Charakteryzuje się powierzchnią 6,6 tysięcy metrów kwadratowych. Świątynia ma 121 metrów długości, 55 metrów wysokości i 44 wysokości. Nawa główna jest ozdobiona przepiękną rozetą nad ołtarzem o powierzchni 90 metrów kwadratowych i średnicy 12 metrów. Składa się z 1236 kawałków kolorowego szkła. To prawdopodobnie największa rozeta na świecie. Nawa ta jest tylko o 1 metr niższa niż w katedrze mediolańskiej. Witrażowych rozet jest w katedrze w sumie aż siedem. Sporo tych liczb, ale tylko w ten sposób można na piśmie za pomocą słowa przekazać przepych, bogactwo i gigantyzm tego obiektu. Okolica katedry przypomina atmosferą i układem uliczek arabską medinę. Labirynt wąskich uliczek na tyłach katedry to centrum tutejszej starówki. Po tych uliczkach można spacerować długimi godzinami, podziwiając renesansowe rezydencje i barokowe czy gotyckie kościoły. Fascynujące miejsce. W 1851 roku Majorkę nawiedziło trzęsienie ziemi w którym ucierpiała także katedra. (podaję za informacjami internetowymi) Szybko naprawiono zniszczenia .Efekt prac jest wspaniały. Wewnątrz świątyni znajduje się wspaniały żyrandol w kształcie korony cierniowej. To pomysł nikogo innego, jak Atonio Gaudiego. Także dziełem tego jest ceramiczna mozaika w prezbiterium, balustrady przed ołtarzem i oplatające kolumny kandelabry z kutego żelaza. Warto zobaczyć to na własne oczy. Jak już wspomniano w zakładce „Charakterystyka ogólna”, u podnóża katedry usytuowany jest park. Pełno w nim palm, kwiatów a także… rzeźb autorstwa współczesnych artystów. Castell de Bellver to jeden z najładniejszych i najciekawszych gotyckich zamków w Europie. Budowla znajduje się w odległości około 3 km na południowy zachód od stolicy wyspy. Sama nazwa bellver oznacza ładny widok i została nadana nie bez przyczyny. Zamek położony jest na zalesionym wzgórzu przy wejściu do portu, skąd roztacza się bardzo ładna panorama Palmy…. W Palma Majorka zwiedziłem także zamek Bellver. Budowla dotrwała do czasów współczesnych w praktycznie nienaruszonym stanie. Została wzniesiona w XIV wieku, w latach 1300-1314 z rozkazu Jakuba II, króla Majorki. Zamek miał strzec dostępu do zatoki i miasta, zwłaszcza strony zachodniej, która była do tej pory słabo zabezpieczona. Służył również jako rezydencja królewska. Za panowania Jakuba II Majorka przeżywała lata świetności. Rozwijał się handel, przemysł i rolnictwo. W Palmie rozpoczęto również budowę, w miejscu gdzie kiedyś wznosił się meczet. W tym czasie co zamek powstał również klasztor Sant Francesco. Od 1717 roku Castell de Bellver pełnił funkcję więzienia wojskowego. W latach 1802 i 1808, w jednym z pierwszych pokoi na parterze był więziony Gaspar Melchor de Jovellanos, hiszpański polityk, ekonomista, przedstawiciel oświecenia. W więzieniu przebywało również wielu francuskich oficerów i żołnierzy, pokonanych w bitwie pod Bailén w 1808 roku. Później zamek pełnił funkcję mennicy. W 1931 roku został przekształcony w Muzeum Historii Miasta. Zamek uważany jest za architektoniczną perłę Majorki. Budowla ma kształt koła, co zadecydowało o jej oryginalności. Całość otoczona jest fosą. Z grubego muru wyrastają trzy półokrągłe wieże, a czwarta, znacznie większa stoi w odległości siedmiu metrów od głównego korpusu zamku. Budynek położony jest wokół centralnego dziedzińca. Dziedziniec wewnętrzny otoczony jest przez krużganki, składające się z dwóch kondygnacji. Na parterze łuki są zaokrąglone, a górna kondygnacja, gdzie łuki są ostre, pokryta jest sklepieniami żebrowymi w stylu gotyckim. W Castell de Bellver znajduje się muzeum, które w niedziele i święta jest nieczynne. Poza tym godziny zwiedzania są takie same jak całego zamku. W muzeum można zobaczyć znaleziska archeologiczne i rzymskie rzeźby, zgromadzone przez kardynała Antonia Despuiga. Wychodząc z zamku można przejść przez park miejski Palmy. Z kolei nieco dalej w stronę Palma Nova znajduje się Castell de Bendinat, wzniesiony w XIII wieku. Obiekt jest niestety niedostępny dla zwiedzających, gdyż znajduje się tam centrum konferencyjne. Warto się za to wybrać do Cala Major, gdzie mieści się Fundació Pilar i Joan Miró. Można tam zobaczyć pracownię i kolekcję dzieł znanego katalońskiego surrealisty Joana Miró. Artysta mieszkał tam od 1956 roku aż do śmierci… Nie tak dawno miałem szczęście być także na Cyprze. Cypr (Republika Cypryjska) – państwo położone na wyspie Cypr leżącej we wschodniej części Morza Śródziemnego u wybrzeży Turcji, Syrii iLibanu. Od 1 maja 2004 roku jest członkiem Unii Europejskiej. Zamieszkałem na krótko w Pafos. Udałem się najpierw na miejsce tzw. „groby królów”. Tutaj do szóstego wieku po Chrystusie nie królowie, ale arystokracja miasta urządziła sobie cmentarz, groby były wykute w tutejszych skałach. Wspaniała przeszłość Cypru związana jest z kultem bogini Afrodyty. Wyłoniła się ona z morskiej piany właśnie tu, w okolicy Pafos, w cudnym miejscu Petra tou Romiou, z którego nazwą wiąże się kolejna legenda. Pewnego pięknego słonecznego dnia pojechaliśmy do Larnaka. To trzecie pod względem wielkości miasto na Cyprze, ważny ośrodek turystyczny i port. I tutaj „wszystko kwitnie” w tym czasie. W sercu nowoczesnej Larnaki znajdują się pochodzące z XII w. p.n.e. pozostałości starożytnego państwa-miasta Kition. Jest tutaj przepiękny kościół świętego Łazarza. Ale jeszcze będąc w Pafos mogłem z balkonu podziwiać w różnych kolorach rozciągający się aż po horyzont czysty błękit Śródziemnego Morza. A nawet sobie coś zanotowałem wówczas, dla Was. Był czas Wielkanocny, powszechnego zakwitnięcia, drzew, krzewów, kwiatów, i to w najróżnorodniejszych kolorach. Jezus wszedł do wieczernika, aby wypełnić apostołów radością. Jezus jest z nami na zawsze. Jezus pokazał rany. Jaka nauka płynie z tej sceny Wieczernika. Nie jesteśmy samotni. Jesteśmy victoriosi, stajemy się własnymi zwycięzcami, to Jezus sam nas zbawia. A to, co tutaj wypisuję, to jest mój list do współczesnych Galatów. Byliśmy raz w Galata, wiosce znajdującej się w centrum Cypru, z cudownie zachowanymi malowidłami w ubożuchnym kościółku. Jezus zmartwychwstały, św. Helena, św. Konstantyn, św. Jerzy na koniu, darczyńca z rodziną. Oryginalne malowidła na ścianach mają już pięćset lat. Świat tych malunków nie docenia, a skierował się w stronę daru oczywistych prawd trzeciego tysiąclecia. Tym samym jakby zostawił niezwykle cenną cząstkę przepowiadania Dobrej Nowiny, mianowicie wierność świadectwu bohaterów epok, który już odeszły, tak sądzę, tak myślę. Chrystus raz umarł za grzechy, sprawiedliwy za niesprawiedliwych. Poniósł śmierć na ciele, ale został powołany do życia przez Ducha. Mógłbym tutaj powiedzieć, że Jezus zmartwychwstał, bo i myśmy spali, byliśmy żołnierzami tylko, jednego bolało kolano, inny „miał oko na Maroko”, inny uciekał przed światłem Chrystusa, inni byli na skale codzienności, ktoś leciał ze skały, ktoś inny jeszcze wielbił Boga pod tą samą skałą w postawie oranta. Blisko Chrystusa znaleźli się ludzie ubrani w amarantowe mundury. Czy w przeciwnym razie, gdyby nie było tych ludzi, to Chrystus by nie zmartwychwstał? To są dywagacje marudera, a nie człowieka wierzącego. W tych dniach męki i zmartwychwstania Mistrza z Nazaretu, towarzyszy nam również jedyny świadek misji Chrystusa, święty Paweł, który opieczętował to świadectwo Boga przelaniem własnej krwi. Mówił o sobie: jestem ‘więźniem Pana’ (niem. sein Gefangener ich bin) Nawet gdyby anioł z nieba głosił wam ewangelię, że jest inaczej, nie ta jak ja to wam przedstawiam, niech będzie przeklęty (der się verflucht, por. Gal. 1,8). Najpierw prowadził mnie Pan po morzach świata, wreszcie byłem na tak wielu kontynentach, na tak wielu miejscach, przy Piotrze byłem nie 15 dni, lecz lata całe, bo oto bywałem w Bielsku Białej u mojego przyjaciela po wielekroć. Przez pontyfikat naszego rodaka w Rzymie miałem ramię prawe świeżości ewangelii. Zawitałem do Olsztyna w końcu. Bóg wie, że nie kłamię. Bywałem niechcianym przed obliczem chrześcijańskich wspólnot. Po czternastu latach znowu udałem się z Barnabą do Jerozolimy, i wziąłem Tytusa, pisał Paweł. A ja po 21 latach od czasu moich święceń kapłańskich pojechałem do Ziemi Świętej, następnie na Cypr (na który podobnie jak Paweł też nie wziąłem Tytusa). Nikomu nie nakładałem kajdan. Barnaba był słuszną ręką Pawła. „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. A zatem trwajcie w niej i nie poddawajcie się na nowo pod jarzmo niewoli! Wy zatem, bracia, powołani zostaliście do wolności. Tylko nie bierzcie tej wolności jako zachęty do hołdowania ciału, wręcz przeciwnie, miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie! Oto, czego uczę: postępujcie według ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. Ciało bowiem do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało, i stąd nie ma między nimi zgody, tak że nie czynicie tego, co chcecie. Jeśli jednak pozwolicie się prowadzić duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa. Owocem ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim [cnotom] nie ma Prawa. A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy. Nie szukajmy próżnej chwały, jedni drugich drażniąc i wzajemnie sobie zazdroszcząc.” (por. Gal. 5,22) W Antiochii przeciwstawiłem się Piotrowi, napisał Apostoł Narodów. Przez wiarę w Chrystusa, a nie przez prace Prawa (Werke des Gesetzes) człowiek może być usprawiedliwiony. Umarłem przez prawo, jestem z Chrystusem ukrzyżowany… „O nierozumni Galaci. Poganie was uprzedzili…” Ale Chrystus wybawił nas od ucieczki prawa. Nie ma już Żyda, Greka, niewolnika, mężczyzny, kobiety. Jesteśmy jednym w Chrystusie Jezusie. Niech więc będzie jedna religia. Tak długo jak ziemi dziedzicem jest dziecko, tak długo między dzieckiem i sługą nie ma różnicy. Bo oto Pan jest ponad dzieckiem i sługą. I do czasu Ojciec był n ad nami. Ale teraz wypełnił się czas. Duch Syna przemawia do dziecka, ‘Abba Ojcze’. Nie jesteśmy już sługami, ale dziećmi, dziedzicami Boga. „Powiedzcie mi wy, którzy chcecie żyć pod Prawem, czy Prawa tego nie rozumiecie? Przecież napisane jest, że Abraham miał dwóch synów, jednego z niewolnicy, a drugiego z wolnej. Lecz ten z niewolnicy urodził się tylko według ciała, ten zaś z wolnej – na skutek obietnicy.” Z dwóch synów Abrahama jesteśmy dziećmi wolnej kobiety (Gal. 4,21). Proszę was, żebyście nie byli ciężarem… W Pafos podchodzę do okna, wychodzę na balkon, by spisywać moje teraźniejsze odczucia i emocje, naprzeciw mam obraz: za hotelami rozciąga się piękny widok Morza Śródziemnego, aż po najdalszy horyzont… Ja „najzaciętszy osioł”- nie tylko surowy, ale i sprawiedliwy, bardziej zmęczony miłością, jak bitwą jakąś, teraźniejszy ‘paragon’. Zawędrowałem na krańce świata, a jeszcze nie koniec drogi. Odwiedzam zagubione w ciągu dnia głębokiego sklepy cynamonowe. Wydaje się, że ludzie w przyszłości będą żyli z Bogiem. Bóg umarł za człowieka- co było nieprawdopodobne! Wybraliśmy Chrystusa w obecności Boga Ojca… Bóg namaścił Boga… A my mamy chlubić się za Chrystusa, nieść wszystkim radość, radość i jeszcze raz radość. ‘Pan mój i Bóg mój’, powie „niewierny” Tomasz w osiem dni po ukazaniu się Apostołom z ranami na całym ciele Zmartwychwstałego Pana. Serce lęka się imienia Boga, jak też ofiary przebłagalnej za grzechy. Przygniotły mnie własne winy, ale Boże mój nie zwlekaj z pomocą. Jeszcze czasem od smutku słabnie moje oko, moje życie upływa wśród jęku. Ale ufam Bogu. Choć już towarzyszy mi olbrzymi posąg błogosławionego Jana Pawła II w ślicznym ołtarzu z kościoła świętego Michała na Majorce, a bardziej jeszcze piękny krzyż kamienny pośród uliczek Valldemossy i Palma Majorka. Jeśli papież Benedykt zrezygnował z przewodzenia Kościołowi pod przymusem, to miłość jest słabsza- a miała być tak mocna, że nic jej nie pokona… Przy krzyżu Chrystusa stała do końca matka Boga, pocieszycielka strapionych. Boże postawiłeś me stopy na miejscu przestronnym i nie oddałeś w ręce nieprzyjaciół… Chciałbym mój lud napełnić chwałą Boga i wielkich artystów teraźniejszego świata, szczególnie moją ojczyznę wysławianiem mocy Boga. Przeze mnie okaż się wielki Boże, czyń znów cuda. Wsław swą rękę i zgromadź wszystkie pokolenia, by zmyć teraźniejsze bajoro błota… Boże, ty mnie posłałeś, nie odbierajcie moim ustom słowa prawdy. Boże o twoich rozkazach chciałbym mówić wobec kultur, nie będę się tego wstydził. Boże, sprawiedliwości Twej nie kryłem w głębi serca, głosiłem Twoją wierność i pomoc, nie taiłem swej łaski przed wielkim zgromadzeniem. Nie odmawiaj mi swego miłosierdzia, niech łaska Twoja i wierność zawsze mnie strzegą (ostatnie zdania zaczerpnąłem z kapłańskiego brewiarza). A teraz jeszcze raz zwracam się do Was, Bracia Kapłani. Pośród nas nie ma już obrzezanych i nieobrzezanych, jesteśmy jednym w Chrystusie. Po co nam podbój teraźniejszego świata, aż po Argentynę w Ameryce Południowej. Trzeba natomiast pokory, pokory, pokory. Popłynęliśmy okrętem nowej nadziei za teraźniejszym światem, przed miesiącem na Majorkę chwilowej uciechy. A wystarczy tylko jedno: wyznać swoje zupełne a partnerskie zawierzenie Chrystusowi. Albowiem Bóg umarł dla człowieka i nie przestaje codziennie każdego z nas zbawiać. Spójrzmy ku Chrystusowi razem, ożywieni jego przykładem zanieśmy jego orędzie o miłości wszędzie, pod strzechy naszych domostw do ludzkich serc. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Refleksje dla wymagających

Stanisław Barszczak, To jeszcze nie koniec!

Tomasz Mann napisał: „Nie ma nic osobliwszego, drażliwszego niż stosunek ludzi, którzy znają się tylko oczyma, którzy co dzień, ba, co godzina się spotykają, obserwują się i przy tym przez przymus zwyczaju czy własne widzimisię zmuszeni są zachowywać obojętną obcość bez pozdrowienia i słowa. Unosi się między nimi niepokój i przewrażliwiona ciekawość, histeria niezaspokojonej, nienaturalnie tłumionej potrzeby poznania się i kontaktu, a również rodzaj sztywnego szacunku. Gdyż człowiek kocha i szanuje człowieka, dopóki nie może go osądzić, i tęsknota jest wynikiem niedostatecznej znajomości”. Współczesny pisarz Joey Goebel napisał: „Przejąłem wolność, jaką daje nam księżyc w pełni. Mam ustawione wszystkie sygnalizatory uliczne na kolor zielony. Zrobiłem kilka rozmów telefonicznych, aby upewnić się, że możesz się uśmiechnąć. Zarezerwowałem przestrzeń pod naszymi stopami. Mam już wszystko dla Ciebie, więc dlaczego nie idziesz ze mną? ” Jak mamy otwierać się na bliźnich. Ryszard Wagner nie był rewolucjonistą politycznym, ale rewolucjonistą sztuki… Poszukajmy przykładów innych. W „lekcji niemieckiego” Sigfried Lenz przedstawił głównego bohatera Siggiego, który pisze o swoim dzieciństwie, stojącym pod znakiem „obowiązku”. Jego ojciec, Jens Ole Jepsen, był posterunkowym policji w niemieckiej wiosce Rugbüll na północy kraju. W 1943 otrzymał on polecenie od nazistowskiego kierownictwa, by nałożyć zakaz malowania na ekspresjonistę Max Ludwiga Nansena, nadto by dopilnować, aby ów zakaz był rygorystycznie przestrzegany. Mimo, iż Jespen był zaprzyjaźniony z malarzem od czasów dzieciństwa, a ten uratował mu nawet życie, posterunkowy nie ma żadnych wątpliwości co do natury jego zadania i skrupulatnie wykonuje swoje obowiązki. Kiedy próbuje namówić swojego dziesięcioletniego syna by ten szpiegował Nansena, chłopak stoi przed sporym dylematem moralnym, jako iż pracowania malarza jest jego drugim domem. Ostatecznie postanawia on sprzeciwić się ojcu i pomaga Nansenowi ukryć malowidła. Ojciec Siggiego, w odróżnieniu od jego żony, jest nie tyle pochłonięty ideologią narodowego socjalizmu, co „fanatyczną koniecznością wykonywania swoich obowiązków”. Kto nas wyzwoli, powiedzmy, od „fanatycznej konieczności wykonywania swoich obowiązków”… Bo czy tylko to się liczy w człowieczej biografii? W tym miejscu tymczasem chciałbym przybliżyć wam problem filozoficzny, podjąć Krytykę ontologii Heideggera przez E. Levinasa. Intencja krytyczna musi prowadzić poza teorię i poza ontologię: krytyka nie sprowadza Innego do Tożsamego jak ontologia, ale kwestionuje Toś-Samość w jej działaniu. Zakwestionowanie Toż-Samego – niemożliwe w jego egoistycznej spontaniczności- dokonuje się dzięki Innemu.(cytaty podaję za dziełem E. Levinasa, Całość i nieskończoność. Esej o zewnętrzności, s. 31) Relacja z byciem rozgrywająca się jako ontologia polega na neutralizowaniu bytu po to, by go pojąć, by go uchwycić. Nie jest zatem relacją z innym jako takim, lecz redukcją Innego do Tego Samego. Podporządkowując relacji z byciem wszelką relację z bytem, Heideggerowska ontologia potwierdza prymat wolności nad etyką. Tu wolność rodzi się z posłuszeństwa wobec bycia: to nie człowiek posiada wolność, to wolność posiada człowieka. Ta dialektya godząca w pojęciu prawdy wolność i posłuszeństwo, zakłada prymat Tego Samego, któremu hołdowała kiedyś cała zachodnia filozofia… Lewinas pisze: „Fundamentalny charakter ontologii Heideggera nie polega na truizmie: ‘aby zrozumieć byt, trzeba najpierw zrozumieć bycie bytu’. Orzekając prymat bycia nad bytem, wypowiadamy się już na temat istoty filozofii, podporządkowując relację z kimś, kto jest bytem (relacja etyczna), relacji z byciem bytu, które, ponieważ jest bezosobowe, pozwala uchwycić i opanować byt (relacja wiedzy), to znaczy podporządkowuje sprawiedliwość wolności. Jeżeli wolność oznacza sposób pozostawania tożsamym w obliczu innego, to wiedza wyraża ostateczny sens wolności. Jest ona przeciwieństwem sprawiedliwości, bo sprawiedliwość zawiera zobowiązania w stosunku do bytu, który nie chce się nam oddać.” (por. s.34) Ta sprawiedliwość zawiera zobowiązania w stosunku do innego człowieka, pojętego jako byt tylko właśnie. Jeżeli ontologia Heideggerowska- rozumienie, pojmowanie bycia- jest niemożliwa, dzieje się tak nie dlatego, że wszelka definicja bycia zakłada już jego poznanie, lecz dlatego, że rozumienie bycia w ogóle nie może zapanować nad relacją z innym człowiekiem.(s. 37) Innymi słowy, powiedzmy, Heidegger pracuje w oparciu o niemożliwe zasady. Przeciwstawiamy się więc Heideggerowi, który stosunek z innym człowiekiem podporządkowuje ontologii… Z kolei przyjmując Kartezjańskie cogito –„myślę, więc jestem”- mieliśmy na uwadze „czyste doświadczenie teraźniejszości”. To przebudzenie się egzystencji przychodzi jednak od Innego. Przed Cogito egzystencja, jak pisał Levinas, śni siebie, jakby była dla siebie obca. Budzi się, kiedy zaczyna podejrzewać, że śni. Wątpienie każe jej szukać pewności. Ale ta podejrzliwość, ta wątpiąca świadomość, zakłada ideę Doskonałości/…/ U Kartezjusza Cogito opiera się na Innym, który jest Bogiem i który wszczepił w moją duszę ideę Nieskończoności, który mnie tej idei nauczył. Jak pisze Levinas dalej: tylko inny człowiek wymya się tematyzacji. Przyjęcie Innego jest „wstydem, jaki wolność odczuwa z powodu siebie samej”.(s.89) Podmiot poznając się lub przedstawiając sobie siebie, rozciąga swoją tożsamość na wszystko, co w nim samym tej tożsamości się sprzeciwia. Levinas mówi tutaj o imperializmie Toż-Samego, który jest całą istotą wolności. Ale bezwstydna wolność sklada broń przed Innym człowiekiem. Stosunek z Innym „nie przekształca sięm, jak stosunek poznawczy, w używanie i w posiadanie, w wolność. Inny narzuca się jako wymóg przewyższający wolność, a zatem bardziej źródłowy niż wszystko, co dzieje się we mnie.”(s.90) Zabicie Innego staje się moralną niemożliwością, Inny wyznacza koniec mojej władzy- nie mogę posiadać nad nim władzy, ponieważ absolutnie przewyższa każdą ideę, jaką mogę mieć na jego temat. Żeby nie poprzestać na arbitralnej wolności, a zarazem nie zakopać jej na dobre w Neutralnym, Levinas ujmuje Ja jako byt ateistyczny i stworzony, nie podejmuje się jednak pobożnej próby utrzymania spirytualizmu Boga osobowego, za to ustala z nami warunek „ mowy”, albowiem mówienie zakłada możliwość zrywania i rozpoczynania.(s.91) Powiedzmy tutaj, że Levinasowski Bóg, to nieskończony Inny. A ruch Dobra, to ruch tego, co przewyższa byt (s.350) Ostatecznym sensem wiedzy nie jest istnienie dla siebie, lecz zakwestionowanie siebie, powrót poza i przed siebie w obecności Innego. Istota rozumu polega na tym, by go zakwestionować i zaprosić do sprawiedliwości. (tamże) Cud stworzenia polega nie tylko na tym, że jest tworzeniem ex nihil, ale również na tym, pisze Levinas, że oznacza byt zdolny do przyjęcia objawienia, byt, który może dowiedzieć się, że jest stworzony i zakwestionować siebie. W tym kontekście Inny nie porusza nas jako ten, którego trzeba pokonać, ogarnąć, podporządkować, ale jako niezależny od nas, ten, który w sposób absolutny wylania się spoza każdej relacji, jaka możemy z nim utrzymywać. Taki sposób przyjmowania bytu odkrywamy w sprawiedliwości (niesprawiedliwości), a taże w rozmowie, będącej z istoty nauczaniem. Akcentuję w tym miejscu Pojęcie prawdy jako otwarcie na możliwość nieskończoności… uprzywilejowanie wielości, mnogości (pluralite) my spadkobiercami kultury. To w relacji do osoby jedynej następuje oczyszczanie subiektywności… każde spotkanie jest uczeniem się… Bliźni otwarty na zranienie. Opis kondycji ludziej- Abraham przedstawia się synom Heta w celu kupienia jasini Makpela w Hebronie. Abraham jest obcy na ziemi, w ich kraju. Przyjąć cierpienie bliźniego, to przyjąć jego ciało, również czy wręcz jego skórę… (por. cierpiący sługa Jahwe u proroka Izajasza). Przyjęcie innego człowiea- chodzi tutaj o jednoczesność aktywności i bierności- sytuuję relację z Innym poza dychotomiami z świata rzeczy. Sprawiedliwość nie jest wcale odpowiedzią- to Inny może powiedzieć tak… Wyszliśmy od oporu, jaki byty stawiają totalizacji –od wielości bez całości, od niemożliwości ich pogodzenia w Tym Samym.(s.353) Tytuł książki Levinasa Totalność i nieskończoność. Esej o zewnętrzności. Zewnętrzność jako istota bytu oznacza opór społecznej wielości wobec logiki, która tę wielość totalizuje. Stosunek między skończonością i nieskończonością nie polega na rozpuszczaniu się bytu skończonego w nieskończonym, lecz na pozostawaniu we własnym bycie. Twierdząc, że byt jest zewnętrznością, postrzegamy nieskończoność jako Pragnienie nieskończoności, a tym samym rozumiemy, że wydarzanie się nieskończoności wymaga separacji, powstania absolutnie arbitralnego Ja, czyli Źródła.(s.350) Separacja Levinasa- ta przygoda jaką otwiera separacja, jest absolutnie nowa w porównaniu z monotonną szczęśliwością Jednego i z jego sławną wolnością, która neguje lub pochłania Innego, aby niczego już nie spotykać. Dobro ponad Bytem i ponad szczęśliwością Jednego- oto co ściśle znaczy pojęcie Stworzenia, które nie jest ani negacją, ani ograniczeniem, ani emanacją Jednego. Zewnętrzność nie jest negacją, lecz cudem.(s.351) Levinasowski podmiot żyje w nieskończonym czasie płodzenia (Całość i nieskończoność. Esej o zewnętrzności, s.370) Sytuacja, w której Ja staje wobec prawdy, umieszczając swoją subiektywną moralność w nieskończonym czasie płodzenia… konkretyzuje się w cudzie rodzenia. Kwestionując swoją wolność staję i trwam w sytuacji, w której nie jestem sam, w której jestem sądzony. (s.367) Niezastępowalna jedyność Ja, które utrzymuje się wbrew państwu, realizuje się dzięki płodzeniu.(s.362) Podmiotowość nie jest protestem przeciwko całości obiektywnej totalizacji. Płodzenie i otwierane przez nie perspektywy potwierdzają ontologiczny charakter separacji. Płodzenie jednak nie spaja również fragmentów rozbitej całości w subiektywną historię. Otwiera czas nieskończony i nieciągły. Wyzwala podmiot z jego faktyczności, sytuując go ponad możliwościami, które zakłada i poza które nie wychodzi faktyczność; zmywa z podmiotu ostatni ślad fatalizmu, pozwalając mu stać się kimś innym. Sfera Erosa zachowuje fundamentalne wymogi podmiotowości- ale możliwość stania się innym sprawia, że Ja jest lotne, pozbawione egoistycznego ciężaru.(s.362) Istnienie bytu oddzielonego, który pragnie zewnętrzności(bytu) nie polega już na trosce o bycie, ale polega na wzbudzaniu pragnienia. Istnienie, egzystencja, ma sens w innym wymiarze niż trwanie całości. Może wychodzić poza byt. W przeciwieństwie do tradycji Spinozjańskiej takie przekroczenie śmierci dokonuje się nie w uniwersalizacji myślenia, ale w pluralistycznej relacji, w dobroci bycia dla Innego, w sprawiedliwości. Powiedzmy to raz jeszcze, to w relacji z Innym byt przekracza siebie. (s. 363) Sprawiedliwość polega na przywróceniu możliwości ekspresji, w której osoba, porzucając relacje wzajemności, ukazuje się jako jedyna, wyjątkowa. Sprawiedliwość to prawo głosu. Chyba właśnie tutaj otwiera się perspektywa religii.(s.358) Sytuować neutralność bycia ponad bytem… to właśnie wyznawać materializm. (s.359) To raczej Pragnienie niż potrzeba rządzi działaniem. (s.359) I tego pragnienia łaski bycia z Innym wam wszystki kochani czytelnicy życzę.

No właśnie

Stanisław Barszczak, Walka chrześcijanina,

Ani się spostrzegliśmy, a już świętego Józefa, 19 marca 2013 roku. Dzisiaj nie, dzisiaj jest prosta ewangelia, mamy tutaj bardzo proste słowa anioła skierowane pod adresem Józefa: „non tenere Maria prendere…”, nie bój się wziąć do siebie twej małżonki. Józef, patron robotników, cieśli, którego obecność dzisiaj w dziejach zbawienia święty Tomasz Akwinata uzasadniał jego humanizmem, staje się wielkim mistykiem współczesności. Czyni wolę Boga, maksimum dobra. A my mamy dać małą kontrybucję tylko, mały datek nasz chrześcijański, żyć według łaski Boga. Ma to być zawsze powołanie miłości, pełne entuzjazmu.

Jestem sumą moich książek, ostatnia mieści w sobie poprzednie. Chciałbym pisać fikcję, która objawiłaby mnie totalnie, tym samym spojrzeć zarówno na światło jak i na cienie naszych cywilizacji. Teraz zaprzyjaźniam się z moimi tekstami, by były dla Was, kochani czytelnicy. Opisuję psychologiczny stan ludzi w pewnym mieście, ziemię, która do wielkiego obszarnika należy. Moje doświadczenie Boga jest bardzo zachodnie. Kościół tymczasem nie będzie europejski. Chodzi mi o przekształcanie tego, co się nam przydarza… Nie byłem na początku szczęśliwy w pisaniu, nie miałem duszy na początku

Orhan Pamuk mówił w Sztokholmie:”literatura potrzebuje najbardziej opowiadać i przeszukiwać,znaczy badać podstawowe lęki ludzkości, bycia na zewnątrz, nieliczenia na nic, uczucia niegodności, kolektywne upokorzenia, poniżenia, zranienia, lekceważenia, krzywdy, wrażliwości, wyobraźniowe obrazy, narodową dumę, inflację.” Albowiem one dotykają ciemności we mnie i czasem popełniamy głupoty, z racji na teraźniejsze poniżenia i nasze progi wrażliwości, żebyśmy nie ulegli autosatysfakcji.

Niektórzy mówią: Afryka nie ma przyszłości. Z konklawe wyszedł zwycięzcą Frańciszek, papież z Ameryki Południowej. Który stwierdził, że przybył do wiecznego miasta już nie tyle z daleka, jak mówił Jan Paweł II, ale z końca świata (dal fine del mondo). Prawie połowa chrześcijan(ok. 500 mln.) mówi językiem hiszpańskim. Więc może to dobrze, że z innego kontynentu pochodzi ten Papież, który ‘przejmuje’ świat, a który jednak nie może powiedzieć, że Europa umiera. Pracowałem bardzo ciężko żeby przybywać do Rzymu jako do centrum świata. A teraz tę pozycję utraciłem. Powracają koła jakiejś historii.

Wszystkie rzeczy, które opowiedziała mi mama były historiami o rzeczach, które były okay. Ale jest żal, który nie może być wypowiedziany. Martwe krzesła i martwe stoły przeminęły. Dzisiaj wszyscy zwyciężają, Papież, kardynałowie, zaproszeni goście. I widzę tych chrześcijan zgromadzonych na placu świętego Piotra, reagujących radośnie na słowa Papieża Frańciszka. Ale mam przed oczami także tych złych ludzi, którzy od dzisiaj już nie będą niewolnikami świata. Zaczęło się życie, które już jutro przychodzi.
Jakaś dziewczyna opowiada: mam chłopaka, wariuję z nim aż do rana. A nawet gdy go nie ma czuję jego ramiona wokół mnie. A nawet wtedy kiedy zbaczam z mojej drogi i zamykam moje oczy, on i wtedy by mnie znalazł.

W tym miejscu przychodzi mi na myśl walkę Jeana Valjeana z książki Wiktora Hugo pt. Nędznicy (cytaty z książki ośmieliłem się przetłumaczyć na język ojczysty). „Dlaczego pozwoliłem temu człowiekowi dotykać mojej duszy i dotykać mojej miłości. Potraktował mnie jak żaden inny człowiek. Zaufał mi trwale. Nazwał bratem. Moje życie teraz zanosi do Boga wysoko. Czy możliwe są takie rzeczy? Czy mogą być? Przecież znienawidziłem ten świat. A świat zawsze mnie nienawidził. Rób swoje, oko za oko! Obróć twoje serce w kamień! Bo to jest ale wszystko, dla czego żyłem i czego zaznałem.”
Dzisiaj przywołuję także również walkę Javerta: „Oto moje myśli uleciały. Czy ten człowiek może być wierzącym? Czy powinny jego zbrodnie być zawieszone? Bo ja teraz muszę wątpić, ja który nigdy nie wątpiłem przez tyle lat? Moje serce jest kamienne, choć czasem jeszcze zadygocze. Świat, który poznałem odszedł na zawsze w cień. Niezależnie od tego czy on jest z nieba czy z piekła. Czy on wie, że jakkolwiek obdarzył mnie moim życiem dzisiejszym, to przecież mnie zabił?”

Ktoś mógłby z Fantyną dzisiaj powiedzieć: „Wymarzyłam sobie sen w czasie, który minął, kiedy nadzieja była wysoko i godne było życie. Marzyłam, że miłość nigdy nie umrze. Marzyłam, że Bóg przebaczy. Z kolei byłam młoda i pełna bojaźni i sny były ubrane, zużyły się i stały się puste. Nie ma okupu, jaki można by teraz zapłacić. Żadnej pieśni, niesmacznego wina. A tygrysy przychodzą w nocy, z ich głosami jak grzmot, i zamieniają twoją nadzieję w nierealną, a twoje sny w styd.”

Osobiście dzisiaj nie słyszę o nagrodzie, o jakiejś zapłacie. A szkoda. Owszem ludzie są z nami, bo oni muszą się piąć ku światłu. Ponieważ niegodziwość ziemi jest płomieniem, blaskiem, który nigdy nie umiera. Nawet najciemniejsza noc skończy się i znowu wzejdzie słońce. Chrześcijanie będą żyli ale w wolności, w ogrodzie Pana, chodzić za lemieszem (techniki), odrzucą miecz (i ten podarowany przez okupantów w Gdańsku Henrykowi Sucharskiemu). Łańcuch będzie rozkuty i wszyscy będą mieli ich nagrodę-zapłatę.”

W modlitwie dziękczynnej zanoszonej do Boga w dniu inauguracji pontyfikatu przez każdego chrześcijanina znalazły się z pewnością te słowa Papieża Frańciszka: „Nie bójcie się dobra!” Przywołam tutaj słowa Wiktora Hugo o jedynym darze Biskupa:” To prawo, takie jest prawo. Ale mój przyjacielu odszedłeś zbyt wcześnie, z pewnością coś uśpiło twój umysł (Biskup daje Valjeanowi dwa srebne lichtarze). Zapomniałeś, że już wtedy dałem ci je ale także, czy więc zostawisz to co najlepsze za sobą? Zapamiętaj to mój bracie. Zobacz w tym jakiś wyższy plan. Musisz użyć tego cennego srebra, by stać się uczciwym człowiekiem. Przez świadectwo męczenników, przez Mękę i krew, Bóg wyniósł cię z ciemności. Otóż kupiłem teraz twoją duszę dla Boga.”

Miałem dzisiaj prawo to powiedzieć, bo za ścianą ojczyzny nieprzyjaciel osobistych słabości. I Papież Frańciszek zanosił modły do Boga i zdaje się mówił do nas dzisiaj i to może: chodż za mną, gdzie łańcuchy nigdy nie zwiąrzą cię. Przebacz ale i moje winy popełniane w transie… i zabierz mnie do twojej chwały. Weź mnie za rękę i prowadź mnie do zbawienia. Weź moją miłość, ponieważ miłość jest odwieczna. Wszak prawda dzisiaj raz jeszcze została wypowiedziana. Kochać inną osobę to widzieć oblicze Boga, dać innym nowego ducha.

Tytuł 36

Stanisław Barszczak, Maszerować ku przyszłości,

Rok temu było nas jeszcze siedemdziesięciu jeden, a teraz zostało czterdziestu trzech. Iść przez życie nie czyniąc hałasu, to nie jest jeszcze najważniejsze przykazanie w życiu, które mam przed sobą… “Marzenie o czymś nieprawdopodobnym ma swoją nazwę. Nazywamy je nadzieją.” Zaczynam argumentować za ludzkim światem, który oglądam intuicją. I od razu chciałbym wyznać, że długo chodziłem z głową w chmurach i miałem przedtem wątpliwości bez liku, ale teraz jestem konserwatystą; stąd to co dokoła mnie się dzieje zamieniam w ‘zbrodnie’… Powtórzę tutaj mój slogan. Otóż zabiliśmy jeszcze raz Abla.. Kto jest obecnie Kainem, tego nie wiem.. Bez wolności obrażania się nie istnieje wolność wyrażania swych racji. Świat nie jest zdolny już do samokrytyki, może jeszcze Europa. Zatem wymyślam w ciszy własnego pokoju to, czego nic i nikt nie mógłby łatwo zniszczyć. A ponieważ pragnąłbym być z tymi, których kocham, to wydaje mi się, że czy nie jestem już zawsze z nimi… Pozostaje dalej otwartym, a więc nieco frywolnym skrybą, bo takimi czynię też moich kochanych czytelników. Stąd opisuję raczej to, czego nie ma, jak to co się wydarza każdego dnia. Moja świadomość jest miarą uczciwości mojego ja, dlatego słucham jej uważnie i staram się nią rozradować wszystko dokoła. Chciałbym być blisko kogoś kogo kocham i mieć kogoś, kto czuje to samo w sobie, pozwalam światu żyć tak, jak wybiera i pozwalam sobie żyć w oparciu o własne mądre wybory. Nadto wciąż przecież uczę się z naszych stopni błądzenia o tym, kim jestem. Tak więc, znajdźcie w tym co tutaj skreślam moją ideę-lekarstwo na nasze cywilizacje. Przez poprzednie osiem lat robiłem bilans mojego kapłańskiego życia, w efekcie doszło do wyciągania wniosków. „Szczęście jest czymś, co przychodzi pod wieloma postaciami, któż więc je może rozpoznać? A jednak chętnie bym wziął go trochę pod każdą postacią i zapłacił, co by żądano. Chciałbym już widzieć tę łunę świateł – myślał. Za wielu rzeczy chcę. Ale tego właśnie chcę w tej chwili… Cóż można począć w takim świecie? Jak nie zwątpić, jak nie upaść na duchu, gdy wszystko jest zamknięte na głucho, zamurowane nad swoim sensem, i wszędzie tylko stukasz w cegłę, jak w ścianę więzienia?” Dużo jeździłem za granicę, bo musiałem w przyszłość inwestować. W ogóle podróże dają mi siły, jakich sobie życzyłem. “Kochać to chcieć przemierzyć cały świat we dwoje, po to, by nie było miejsca na ziemi wolnego od wspólnych wspomnień.” W listach do kochanej żony mąż z wojennego oddalenia napisał: nienawidzę ich za to, że nie dali nam wyboru, a jestem za pokojem tak bardzo, że chciałbym umrzeć za pokój… Pociąg przywodzi mi na myśl miejsca, które nigdy nie odwiedzę… Wizyta duszpasterska za granicą, to funkcjonuje w moim życiu bardzo dobrze. To pomaga urodzić się. A nieurodzony może stać się złym katolikiem. Przed podróżą do Irlandii w ostatniej chwili poznałem księdza Piotra, który zgodził się na to, bym przewodniczył Mszy świętej niedzielnej w kościele OO. Augustianów w Corku. Mówiłem o miłosiernym Ojcu. Pożegnali mnie Ojcowie Augustianie. Przygotowując się do liturgii spacerowałem głównymi arteriami tego portowego miasta, Grand Parade, zaszedłem do prześlicznej katedry świętego Finbara. Przy Western Road znajduje się fort Elzbiety. Cork ma ogromną tradycją przemysłu masłowego z XIX stulecia, cieszy się dzisiaj otwartym dla zwiedzających muzeum masła. W mieście można odwiedzić nie tylko restauracje i bary, ale także Miejską Galerię Sztuki im. Crawforda; Ratusz; most Patryka; Wieżę Shandon z 8 dzwonami. A to ciekawe Obecnie każdy zwiedzający może zagrać na nich dowolną melodię. Zegar wieży kościoła Shandon waży ponad 2,5 tony i ma 4,2 metry średnicy. Ze względu na źle dobrane parametry drewna, wskazania zegara różnią się między jego poszczególnymi tarczami. Sa takie same tylko o pełnych godzinach. Z tego powodu mieszkańcy Cork nadali mu przydomek “Czterolicy Kłamca”; Żydowską synagogę wybudowaną w 1881 roku; wspomniany już przeze mnie Elizabeth Fort zbudowany u schyłku XVI w. i służył armii do obrony miasta; Collins Barracks – wojskowe koszary mieszczące sie w północnej części Cork, przy Old Youghal Road; Muzeum Masła (Butter Museum). A to ciekawe w okresie od 200 do 1800 roku masło w Irlandii pakowano w specjalne pojemniki, które zakopywano następnie w bagnach torfowych, dzięki właściwościom konserwującym bagien, masło wyprodukowane latem można było przechowywać do późniejszego okresu. (na shandon street). Pewnego dnia powędrowałem ku Strawbery Hill, wzgórzu znajdującym się po drugiej stronie rzeki Lee, przelewającej się to tu i tam przez miasto, na którym znajduje się muzeum- dawne więzienie, osławione Cork City Gaol. Wszelkie produkty spożywcze znajdziecie na English Market. Stosunkowo niedawno byłem w Trondheim, w Norwegii. Spotkałem Księdza Alberta (Kanonika Regularnego) w parafii świętego Olafa, serdeczna parafia. Podczas krótkich odwiedzin podziwiałem najczęściej z zewnątrz Trondheim Kunstmuseum (TrondheimMuseum of Art), Muzeum sztuki sakralnej (Bispegata 7b) , Trondheim Kunstmuseum – Gråmølna (Innherredsv 20), Trondhjems Sjøfartsmuseum, Muzeum morskie (podobne odwiedziłem już w Stavanger (Fjord gate 6), Sverresborg Trøndelag Folkemuseum – Muzeum Historii Kultury, Telemuseet- Norweskie Muzeum Telekomunikacji w Trondheim, piękną katedrę Nidaros, Zachęcam do wejścia na wieżę Tyholttårnet. Tym razem pospacerowałem Munkegata, Thomas Angelsgata, PrincessGata. Firmą przewozową obsługującą zbiorowy transport publiczny do Lotniska i z powrotem są Fly-Bussen. 30 km od Trondheim w Stjørdal, znajduje się jedno z największych lotnisk w Norwegii, które także miałem już szczęście odwiedzić. W mieście działa wiele klubów sportowych, ale najsławniejszym z nich jest Rosenborg Trondheim. Wielokrotnie wygrywał mistrzostwo norweskiej ekstraklasy, oraz występował w Lidze Mistrzów. Klub rozgrywa mecze na obiekcie Lerkendal Stadion. W Trondheim mieści się także Granåsen – skocznia narciarska, która była areną wielu zawodów m.in. Mistrzostw Świata w narciarstwie klasycznym w 1997roku, oraz Pucharu Świata w narciarstwie klasycznym w 2004 roku. Na skoczni rozgrywane są także zawody Pucharu Świata w skokach narciarskich. Amazon Grimstad FK – klub piłkarski kobiet. W mieście znajduje się także pole golfowe z osiemnastoma dołkami. Z terenów “Bymarka” rozpościera się widok na całe miasto i pobliski fiord. Akcja wielu wydarzeń cyklu powieściowego „Oko Jelenia” Andrzeja Pilipiuka rozgrywa się w Nidaros. Pierwsza powieść Victora Hugo, “Han z Islandii”, w dużej mierze rozgrywa się właśnie w Trondheim… Wyjazdy i ich owoce- to nie równało się w moim przypadku ani raz, z kryzysem w kościele moim partykularnym. Nawet odwiedziny w Gdańsku podczas idów marcowych 2013 roku. Ponadto chciałbym mieć dobre doświadczenia z naszymi inwestorami finansowymi, z wydawcami… Z tej perspektywy zapytuję siebie: Kto to jest katolik? Otóż musi się nieść radość do postaci z którymi się spotykam. W tek kwestii zarysowane warunki w Polsce są trudne. Katolik dzisiaj- musi być jeszcze wpływowy, mieć inicjatywę, tak jak to bywało 40, 30, 20 lat temu. Z własnego podwórka wygląda to tak: wciąż robię co innego, i to jest zasługa mamy. A mój stres nie polega na tym, że za dużo pracy było, lecz głównie na tym, że musiało się jej głowę, kręgosłup stale wciąż w innym kącie stawiać, żeby mogła być młoda. Osobiście modlę się nieustannie więcej, i to robią także nowi klerycy, są aktywni, rozśpiewani i rozmodleni. Polska ostatnio, jak to bywało przedtem w Niemczech, stała się zdominowana przez mieszczaństwo. I może to dobrze, ale niech ono wolnością pooddycha. Każda kraina ma swoją tradycję, swoją własną strukturę, do której należy się dostosować i ją podjąć. Nie mamy co prawda dziko rosnącego, niekontrolowanego kapitalizmu, choć mamy jeszcze za mało rynku, ożywiania go. I w kościele pojawia się cała nadregulacja, ograniczona płynność prawa. Dzisiejsze koncerny i firmy powstają z tzw. Garażowych przedsiębiorstw. Ludzie przejmują swój los we własne ręce. Ludzie ujrzeli, że to nie jest wolna wola, ale konieczność. Powstaje tym samym konkurencja, w rezultacie możliwość nawet utraty stanowiska pracy. Załoga huty, personel zakładu z dyrekcją podejmują siłę prowadzenia przedsiębiorstwa. W związku z tym powstają wielkie przedsiębiorstwa. Ludzie oczekują wyraźnej struktury z taryfami i prawami. Ku takiemu społeczeństwo początku trzeciego tysiąclecia zdąża papież z innego kontynentu (Argentyna). I nasze społeczeństwo polskie trzeba na nowo pozycjonować. Przemysłowa codzienność staje się inna jak w przeszłości: to nie jest już żadna masowa produkcja, lecz to są indywidualne produkty, które jest przykrajane do określonych zapotrzebowań klientów. W dynamicznym współczesnym świecie, który jest pełen niespodzianek, niech każdy dzień będzie inny, nieustannie zatem podejmujmy nowe zadania, niech nasi młodzi ludzie idą jak najwcześniej do zawodu. “Człowiek jest tylko raz młody. Później musi już szukać sobie innej wymówki.” A mostu nie można samemu przejść… W Niemczech wydaje się sześć razy więcej pieniędzy na socjalne potrzeby, jak na wykształcenie. Myślę że w mojej ojczyźnie jest podobnie. Mam odczucie, że przynajmniej na kontynencie europejskim jest dalej rozszerzana powszechna słabość i błędność myślenia. A potrzeba parafie brać we własne ręce. Wierzę, nauczyłem się tego przez te wszystkie lata, jak obchodzić lęk i strach w tym względzie. Wiem, że odrobina lęku i niepewność przynależą do ludzkiego życia, szczególnie kiedy robi się coś nowego. Nie posiada się tutaj ostatniej pewności. Przyzwyczaiłem się do tego, i mogę żyć z tym zupełnie dobrze, pewnego dnia też pragnie się zarabiać pieniądze, to jest moja przedsiębiorca odpowiedzialność, i przedsiębiorcza odpowiedzialność społeczna, arena życia i życzenie serca. Wierzę, że to jest najważniejsze, żeby człowiek to czynił, w czym znajduje przyjemność, czym jest zainteresowany, do czego jest się przekonany. „Czułam się bardzo samotna przy nich wszystkich… Świat łamie każdego i potem niektórzy są jeszcze mocniejsi w miejscach złamania. Ale takich, co nie dają się złamać, świat zabija… – Potem będziemy oboje jak jedno leśne zwierzę, tak blisko siebie, że ani ty, ani ja nie potrafimy rozróżnić, które jest które. Nie czujesz, że moje serce jest twoim sercem? – Tak. Nie ma żadnej różnicy. – Dotknij mnie. Ja jestem tobą, ty jesteś mną i każde z nas jest całe drugim. I kocham cię, och, tak cię kocham! Czyż nie jesteśmy naprawdę jednym? Nie czujesz tego? – Czuję – odpowiedział. – Napr…” “Nigdy się nie zrażać – oto tajemnica mojego sukcesu.” „Nienawidził niesprawiedliwości tak samo jak okrucieństwa, leżał więc ogarnięty pasją, która go zaślepiła, aż gniew stopniowo przycichł, czerwono-czarna, oślepiająca, mordercza furia odeszła i w końcu poczuł, że umysł jego jest tak spokojny, pusty, trzeźwy i chłodny, jak mężczyzna po stosunku z kobietą, której nie kocha… Kocham cię tak, jak kocham wszystko o cośmy walczyli. Kocham cię tak, jak kocham wolność i godność, i prawo każdego człowieka do pracy i do tego, żeby nie być głodnym. Kocham cię tak jak Madryt, któregośmy bronili , i jak moich kolegów, którzy zginęli. A zginęło ich wielu. Wielu. Wielu. Nawet nie domyślasz się jak wielu. Ale kocham cię tak, jak to, co kocham najbardziej na świecie, i jeszcze więc.. Wiedzieli, że jednemu z nich nie może zdarzyć się nic, co by się nie zdarzyło drugiemu, że nie może się zdarzyć nic więcej niż to; że to jest i wszystko, i zawsze – to, co było, jest i kiedykolwiek będzie. Mieli to, czego mieli nie mieć. Mieli to teraz, i przedtem, i zawsze, i teraz, teraz, teraz. Och, teraz, teraz, teraz, jedyne teraz, nade wszystko teraz, i nie ma innego teraz niż t, i ono jest…” Jestem po pięćdziesiątce, i nauczyłem się milczeć… Ernest Hemingway komentował podarowane nam życie: Każdy powinien mieć kogoś, z kim mógłby szczerze pomówić, bo choćby człowiek był nie wiadomo jak dzielny, czasami czuje się bardzo samotny… Może całe moje życie przeżyłem w ciągu trzech dni? – pomyślał. – Jeżeli tak, to szkoda, że nie spędziliśmy inaczej tej ostatniej nocy. Ale ostatnie noce nigdy nie są udane. Nic, co ostatnie, nie jest udane… Posłuchaj. Tego ludzie nie mogą robić razem. Każdy musi przez to przejść sam. Opis: mówi Marii o śmierci. Nigdy niczego sobie nie wmawiaj na temat miłości. Po prostu większość ludzi nie ma szczęścia tego przeżyć. Sam jeszcze nigdy tego nie miałeś, a teraz masz. To, co masz z Marią- obojętne, czy będzie trwało przez dziś i kawałek jutra, czy przez całe długie życie- jest najważniejszą sprawą, jaka może się zdarzyć człowiekowi. Zawsze znajdą się tacy, którzy będą twierdzili, że to nie istnieje, ponieważ sami nie mogą tego zaznać. Ale ja ci powiadam, że to jest prawdziwe, że to już masz i że spotkało cię wielkie szczęście, nawet gdyby ci jutro przyszło umrzeć. Umieranie jest straszne tylko wtedy, kiedy trwa długo i jest tak bolesne, że upokarza człowieka. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon; bije on tobie… Te¬raz nie po¬ra myśleć o tym, cze¬go ci brak… Le¬piej po¬myśl, co możesz zro¬bić z tym, co masz. Człowiek nie jest stworzo¬ny do klęski. Je¬dynie ci kochan¬ko-wie mogą o so¬bie za¬pom¬nieć, którzy niedos¬ta¬tecznie się kocha¬li, by się znienawidzić. Z mamą nie dane nam było się znienawidzić (podkreśl. autora eseju) Miłość jest naj¬wyższym sen¬sem istnienia. Życie każde¬go człowieka kończy się w ten sam sposób. Tyl¬ko to, jak kto żył, i sposób, w ja¬ki umarł, odróżniają go od innych. Nie można uciec od sa¬mego siebie prze¬nosząc się z miej¬sca na miejsce. Ze wszys¬tkich zwierząt je¬den człowiek umie się śmiać, choć on właśnie ma naj¬mniej powodów. We¬sołość jest rodza¬jem odwagi. Ja ta¬ki sta¬ry, co będzie żył aż do śmierci… Wiem, że cza¬sami gu-bimy coś bez¬powrot¬nie, to się zdarza. Pa¬mięta¬my, że mieliśmy to kiedyś i już. Ty¬le, że to, co zgu¬biliśmy, by¬wa wszys¬tkim, cośmy mieli. W wal¬kach byków nie ma bi¬tew nie rozstrzygniętych. Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać. Na czas Wielkiego Postu życzę wszystkim ludziom dobrej woli łaski spokojnej podróży do Pana. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Tytuł 37

Ein Besuch in sonnigen Rom (2)
Es kann sein, gesehen in diesen Tagen die berühmten Bilder von P. Breughel, darunter „Turm Babel” (Brueghel. Meraviglie Dell Fiamminga dal 18 Dezember 2012 al Giugno 2, 2013, Chiostro del Bramante). Im Theater von Rom diesmal sehen Sie den “Glöckner von Notre Dame”, von V. Hugo (Teatro Vascello Via Giacinto Carini 78) und “Schule für Frauen” von Johannes Molière (Agrigento). In Rom habe ich noch viele andere Denkmäler und Museen nicht beobachtet. Aber bemerkenswert ist die Tatsache, dass Napoleons Mutter in Rom auf dem venezianischen Platz lebte und sie etwa fünfzehn Jahre von des berühmten Bewohner von Korsika überlebte. Sie starb im Jahre 1836. Wenige Jahre vor seinem Tod mit dem Geld die Touristen zur ihr Kammer wurden irregeführt, und Sie sie sehen können. So, nach meinem zehnten Besuch in der ewigen Stadt zu mir diese Idee, diese Handvoll Reflexion kommt, und möchte ich Sie, Liebe Leserinnen und Leser, mit diesen Gedanken mit Ihnen teilen. Das Wort Gottes ist immer lebendig und wirksam. Wir müssen das Licht der Fastenzeit nehmen, und Beginn einer neuen Wege, unsere Art der Konvertierung, Liebe, und Demut zu erleuchten. Sie müssen nicht die Kirche zu instrumentalisiert. Zeigen wir in der christlichen Zertifikat des Herrn, wie der Mond (in diesen Tagen in seiner voll), reflektiert das Sonnenlicht, so dass wir das Licht Gottes für andere reflektieren können, im Wege der christlichen Lebens-Zertifikat zu tun. Dazu haben wir zwei Spalten der Kirche: Demut und Buße. Sehr geehrte Leserinnen und Leser, ein Weg der Fastenzeit unser Weg sein sollte. Während meiner Pilgerreise nach Rom 2013 Väter von San Giovanni Rotondo, sehr veehrte Vater Sardu, Vater Labarde, Vater Rocchetti in Predigten seien in der Nähe das wahre Bild Gottes. Ihre Arbeit könnte durch TV Padre Pio festhalten werden. Als ich in der Fernsehsendung “Padre Pio” drehte, heute war ich immer unangenehm überrascht eine kleine Anzahl von Gläubigen im Tempel Väter Väter während der Heiligen Messe am Morgen. Und dann schlug ich meine Brust, weil ich meine Gelegenheit wieder gestern, Christliche Zeugnisse übergeben verloren hatte, nur wenige gut ich getan habe. Kann ein Mensch anders werden, ein neues Leben anfangen? Was geschehen ist, hat unser Leben geprägt. Nur von dieser gewordenen Wirklichkeit aus können wir neu anfangen. Können wir es? Die Botschaft Jesu ist gute Nachricht: Umkehr ist möglich. Und sie notwendig. Das ist uns gesagt, heute. Ein Anfang wäre es schon, wenn wir uns entschließen würden, um die Gnade des Anfangens zu beten. Das 3. Kapitel des Buches Exodus ist ein grundlegender Text der Bibel. Hier beginnt ein neuer Abschnitt in der Geschichte Gottes mit den Menschen. Mose wird zum Befreier Israels und zum Mittler des Gottesbundes berufen. Gott, derselbe Gott, der zu Abraham, Isaak und Jakob gesprochen hat, gibt jetzt seinen Namen „Jahwe“ gleichsam als Unterpfand für die ganze weitere Geschichte. Jahwe bedeutet: der wirkliche, wahrhaftig anwesende Gott; der Gott, den man nennen und rufen kann. Wir haben unsere christliche Zertifikat als Moses starke zu tun. Die ausgehende Papst Benedikt XVI ein Bild der biblischen Job-Mission für mich ist, als er in das Kloster tritt bei, als jemand, der für jemanden eine Buße nimmt auf sich. Was hat den Job getan? Er verstand, dass er mit Ihren Worten Gottes selbst zu verletzen. Also brach er die alte Beschwerde. Er wurde bewusst, dass die Torheit, über Gerechtigkeit in Bezug auf Belohnungen und Strafen zu denken war. Wegen Ihren eigenen Worten, und in den Staub und Asche gedemütigt wurde. Umkehr des Auftrags resultiert nicht aus der Tatsache, dass er plötzlich in seine moralische Schuld geglaubt habe. Er war nur so unschuldig am Anfang und am Ende des Buches. Seine Gegner sind falsch. Job hat etwas gegen die Gerechtigkeit nicht getan. Er entdeckte jedoch noch eine andere Dimension der Göttlichkeit, als ob Gott, sehen das Leid seiner Diener, er ging durch eine Transformation. Gott hat mit dem Satan eine Wette gemacht. Aber Gott übertrug dies auf ihr Mann aus dem Land Uz. Also Gott den Ruf gefolgt wurde, antwortete er dem Menschen aus Uz als Gott des Treffen und der Gott der Geschichte. Vor Gott –Elohim, nach dem Prinzip der einfachen Arbeit der Vergeltung tat. Es zeigte, dass Gott die Messe derjenige der Auszeichnung war. Wenn Sie nicht die Auszeichnungen erhalten haben, es bedeutet nur eins: Er war nicht ganz richtig. Nun diejenigen, die Jahwe zu dienen der Wohlstand, Glück, Erfüllung verabschieden müssen, mit dem Leben versöhnen. Neues Denken über die Qualität der Justiz und Gott, dies es erscheint mit dem Judentum. In der jüdische religiöse, Mann liegt außerhalb der Ordnung der Natur. Wir haben jetzt einen anderen Gottes Namen entdeckt. Nun Gott in der Wirbelwind dem Menschen erscheint, trägt den Namen Jahwe. Schließlich die Natur des Menschen Schicksal gleichgültig ist. Aber es gibt die Beziehung auf der Grundlage des Bundes zwischen Gott und Mensch nicht weiter. Nur Gott Jahwe beteiligt sich an den Leiden seines Helden. Hier haben wir eine Gewissheit des Glaubens (Emunah), dass Job kostenlos treu geblieben habe. Und Gott über das neue Gesicht, er alles nicht hat. Am Anfang der Geschichte Israels stehen die großen Machterweise Gottes: Befreiung aus Ägypten, Rettung am Schilfmeer, Füihrung durch die Wüste. Im Manna und im Wasser aus dem Felsen erkennen wir Hinweise auf die Sakramente, die mächtigen Zeichen der Gnade Gottes im Neuen Bund. Aber weder Taufe noch Eucharistie können uns das Heil garantieren; das Handeln Gottes fordert unsere Antwort heraus, die Antwort des Glaubens und der täglichen Bewährung. Das Leben des Volkes mit Mose in der Wüste wurde uns zur Warnung aufgeschrieben. Die Zeit der Gnade ist Zeit der Geduld Gottes; für den Menschen Zeit der Besinnung und Umkehr. Die Verzögerung des Gerichts ist kein Grund zur Sorglosigkeit. Wie im Evangelium, so fehlt es auch heute nicht an Zeitereignissen, die uns aufschrecken und warnen. Am Tag der Ernte wird es offenbar, was aus unserem Leben geworden ist.’ Ihr alle werdet genauso umkommen, wenn ihr euch nicht bekehrt’. Und es ist gemäß dem Evangelium, das ich habe herunterzuspielen, dass mein Nachbar. er größer war . Es ist Christlich. Wenn wir jemand Vater fragen, jedoch ist dies eine schlechte Sache. Der natürliche Vater darf nicht mit geistiger Vater als solche behandelt werden. Der Vater des Körpers geborene physischen Kinder. Aber der geistiger Vater- durch seine geistigen Töchter und Söhne geboren ist, er nicht geborene die Kinder. Christliche Zeugnis, wir angeben müssen einen Diener, wir müssen verringern, schmälern, es ist eine besondere Bevorzugung. Kein Zufall, scheint so es, dass Henryk Sienkiewicz in seinem Werk “Wo gehst du hin”, neben dem heiligen Peter als “kleiner” ein Junge Christian namens Nazarius festlegte. Geschichte der Kirche und Weltgeschichte hier in Rom, sie treffen, aber in sehr abgelegenen Gebieten. Während die großartige Nachricht öffnen Sie noch einmal auf diese Bilder aus der Bibel, nämlich auf die Weltgeschichte und die Geschichte des untreuen treu Gottes. Das Symbol ist eigentlich ein Weinberg, Garten. Wir müssen die Liebe Gottes suchen. In der Bibel das Wort der Mißtrauensantrag für die Arbeiter im Weinberg, aber es auch Wörter der Ankündigung der Tröstung gibt. Die Welt geht verfielen. Und Gott wird nicht aufhören zu Fragen: “wo ist dein Bruder?” Wir sind nicht die Schirmherren des Weingartens, sondern nur die Administratoren der göttlichen Realität. Barmherzig, mild und großzügige Herzen sein. Heute die Idee, dass wir die Moral der Welt im Sturm verlieren kann? Ich sage Ihnen, ich Kirche immer geliebt habe. Obwohl dies nicht für das Vertrauen und die aufmerksamen Sensorik im Zeugnis des menschlichen Lebens geht weiter. Aber der Herr ist groß. Und wir sind zur Einsatzzeit. Wer Gott ist? Nun, sind wir in ihm mit guten Taten. Und was ist unsere Fähigkeit, das Herz zu öffnen? Lieben, sind wir bereits hier zur Ewigkeit. Sehen Sie mein Herr, ich gebe dir meinen Fall (mia causa). Es geht um das Verhalten eines demütigen Herzens tiefsten Ablagerungen von reinem Herzen. Es ist unser Stolz von Gott geht uns weg. “Gebt, so wird euch gegeben. Ein voll, gedrückt, gerüttelt und überfließend Maß wird man in euren Schoß geben; denn eben mit dem Maß, mit dem ihr messet, wird man euch wieder messen.”(Luk 6,38). Wir sind ein Beispiel der Herde, beten wir für die Bischöfe, Kardinäle. “So kommt denn und laßt uns miteinander rechten, spricht der HERR. Wenn eure Sünde gleich blutrot ist, soll sie doch schneeweiß werden; und wenn sie gleich ist wie Scharlach, soll sie doch wie Wolle werden.”(Jes 1.18) Unsere Sünden können sie weiß wie Schnee werden. Das erinnert uns an die Zeit der Fastenzeit. Benedikt XVI. während einer Angelus jeden Sonntag sagte, dass Gott die Kirche nicht verlassen, sondern ihn im Gebet lässt. Als der Papst Benedikt XVI das Publikum mit den Gläubigen in St. Peter’s Square am 27. Februar 2013 tat, ich auch mit dem Heiligen Vater betete. Der Benedikt XVI sprach dass er lässt nicht das Kreuz der Verpflichtung zur, sondern akzeptiert das Kreuz in neuer Form. Als ich schon gesagt habe, wir müssen stark sein wie Moses. Von mir ausgewählt, bevor die vierzig Tage ein Woche Aufenthalt in der ewigen Stadt, am Tag des Heiligen Romanus endete. Der Papst erhielt donnernden Applauz in Rom. Wenn zu diesem Zeitpunkt habe ich etwas Neues gelernt. Ich denke schon-du musst die Liebe der Welt zeigen, wie der Herr Gott ist groß und wie er die Welt beherrscht. Auf dem Weg zum Flughafen Ciampino fuhren wir von San Pietro zum Bahnhof Termini, kurzfristig des Kaisers Domitian. Cotral Bus Termini geht in Richtung der antiken Via Appia. “Herr, wo gehst du hin”(…)Ich werde nach Rom… ” Auf dem Weg zurück in meine Heimat zum ersten Mal hörte ich den italienischen Ansagerin im Flugzeug, wenn sie sprach sich reimen. Es scheint mir, dass in diesen paar Sätzen hier, dass ist das Bild der modernen Welt und Geschichte der Kirche vorgestellt worden.

Tytuł 38

Vater Sttanislaw Barszczak, Ein Besuch in sonnigen Rom,

Dies ist meine zehnte Pilgerfahrt in die ewige Stadt. (Juni 1996, März 2000, Juli 2003, Mai April 2005, September 2006, 2008, Juni 2010, November 2011, Juni 2012). Roma von hinten zu lesen ist Amor, Rom ist die Stadt der Liebe. Ist die Fastenzeit 2013 Jahr. Es endet eine Phase des Weges von der modernen Kirche. Es scheint, dass der Ort unserer Städte und Siedlungen auftauchen, als sie zum Scheitern verurteilt wären, in Ketten der Weltlichkeit, der heutigen Welt. Sie müssen der Herr Gott in all dies zeigen. Und auch wir sollten im Voraus zu anderen Zivilisationen zu verteidigen. In der heutigen Welt, in der Tat, es ist den Bedarf an Expertise, eine neue Art des Lernens über Gott. Die römisch-katholische Kirche, meine Kirche, sie sagte in diesen Tagen den amtierenden Gouverneur auf der Erde, der Heilige Vater Benedikt XVI Abschied, und nur zur gleichen Zeit bereitet sich bereits auf einem neuen Konklave einen neuen wählen. Dieses Mal ging ich durch die Länge und Breite von Rom, das ist meine Art jetzt für Sie auch. Unbedingt, wie üblich, wünschte ich, konnte ich sehen eine Person des Heiligen Vaters. Und diesmal, ich schrieb der Erzbischof James Harvey im Hinblick auf die Erlangung einer Audienz des Papstes Vater. Aber die Ereignisse der Welt manchmal überwältigen die Realität. Hier die bekannten mir Erzbischof, er wurde zum Kardinal gewählt bereits, und jetzt er siedelt in der Basilika von Heiligen Paulus hinter den Mauern. Nach dem Treffen mit Kardinal James Harvey ging ich in Richtung der ewigen Stadt zurück, den alten Straßen (vielleicht hier es fand das letzte Treffen der zwei Apostel, heiligen Petrus und heiligen Paulus) in der Nähe der römischen Pyramide von Ostiense, Zeugen der Geschichte des Christentums. Danach wanderte ich in die Stadt von der Stadtmauer in Rom, ich wende an der Circo Massimo (das größte antike Stadion konnte 250 Tausend Personen Platz haben). Heute ist hier eine riesige Fläche zur Planung Flächennutzung. Von Circo Massimo vor dem Forum Romanum der wichtigste Ort für die Bürger von Rom, ging ich in Richtung der Rindfleisch-Markt in Antiquitäten, in der Nähe der Campidoglio, in der Straße, wo er für den zukünftigen Mission heiligen Maximilian Kolbe vorbereitete. Noch vor 10 Jahren hatte ich die Trastevere vor mir hin, dieses Viertel der Stadt, wo das polnische Haus war eröffnet “Corda Cordi“ auf der Strasse von Vincenzo Monti. Und jetzt, wenn ich in Rom bin, ich bin herzlich eingeladen zur polnischen Heimat “Sursum Corda” auf der Straße im Herzen der Stadt, die Cornelia Viertel, von Heinrich Osso nahe dem Krankenhaus San Feliciano. Die Zeiten ändern sich und wir ändern in ihnen. Versucht, mit der Realität gleichzusetzen. Aber wenn es uns darum, das ist eine andere Sache. Ich möchte hier vielen Dank für die Gastfreundschaft und Freundlichkeit der Stammgäste auf der Strasse Botteghe Oscure, und die polnischen Schwestern von Nazareth aus der Strasse Nikolai Machiavelli, in erster Linie die Superior und Hüter des polnischen Hauses Via Cassia-1200 sagen, in dem ich, dieses Mal für eine lange Woche leben könnte, heilige Messe zu halten, sagen Predigt, zu dieser Zeit, zum Zeitpunkt eines erfolgreichen Meilensteins des Pontifikats von den Heiligen Vater Benedikt XVI war. Ein paar Mal hatte ich die Gelegenheit und gehen auf die Stadt und in Richtung Piazza Manzini, instinktiv ging ich in Richtung im Herzen der Stadt, der Vatikan und dann die Piazza Venezia, zur Verlängerung mit welchen Gebäuden des antiken Roms sogar länger, dauern. Einmal den Roman Forum Unreinheit nach seiner linken Hand mir Marcellus Theater, ich schaute auf das Theater, es machen seinen Ruinen noch einen Eindruck von etwas sehr schönes auch heute. Das Theater wurde soll der Archetyp für die Konstruktion noch etwas mehr großartig, 80 Jahre nach Christi Geburt das berühmte Kolosseum. Einige der die Steinblöcke, die zum Aufbau des Theaters der majestätischsten Versprechung Travertin Struktur des antiken Roms. Ich werde in Richtung Piazza Venezia mit dem Kolosseum der ehemaligen berühmten Imperial auf der linken Seite, Durchlauf von Trajan Bäder, von Caracalla, und nachdem ein angespannte Recht ein Tempel in das Forum Romanum von Maxentius , dann Schmuckverschlüsse und vor mir ist immer noch das Symbol Roms, dem Kolosseum, mit einem Kreuz in der Mitte ich sah. Dieses Mal ging ich durch das Forum Romanum herum, gehen nicht dafür, ich sah genau triumphale Bögen des Titus, Septimius, Konstantin, und sogar des Bogens über die Verlängerung der Strecke der Kaiser. Diesmal kamen an der spanischen Treppe und dem Trevi-Brunnen (es funktioniert den ersten Jahrzehnten des achtzehnten Jahrhunderts), ging ich zu dem Quirinalspalast und dann ging ich nach der Straße del Corso in Richtung Piazza del Popolo, um den schönen Tempel der Mutter Gottes aus dem 13. Jh. zu sehen. Ich hörte von auf dem Capitol Hill, die Basilika della Pace, unsere Madonna della Pace, die gleichzeitig eine titular Basilika von polnischen Kardinal S. Hozjusz war. Es kann sein, gesehen in diesen Tagen die berühmten Bilder von P. Breughel (es geht’s weiter)

Kto papieżem

Stanisław Barszczak, Wizyta w słonecznym Rzymie,

To moja dziesiąta pielgrzymka do wiecznego miasta. (czerwiec 1996, marzec 2000, lipiec 2003, kwiecień 2005, wrzesień 2006, maj 2008, czerwiec 2010, listopad 2011, czerwiec 2012). Roma czytana od tyłu znaczy Amor, Rzym to jest miasto miłości. Jest okres Wielkiego Postu, koniec jakiejś drogi współczesnego Kościoła. Kościół Katolicki, mój kościół żegnał się w tych dniach z urzędującym Namiestnikiem na ziemi, Ojcem świętym, Benedyktem XVI, a już przygotowuje się do nowego konklawe, by wybrać nowego papieża wobec ustępującego papieża z Niemczech. Tym razem przeszedłem wzdłuż i wszerz Rzym, taka jest moja droga teraz dla was… Koniecznie jak zwykle pragnąłem ujrzeć osobiście Ojca świętego. I tym razem napisałem do Ks. Arcybiskupa Jamesa Harveya w kwestii uzyskania audiencji u Papieża. Ale wypadki świata przerastają niekiedy rzeczywistość. Oto znany mi Ksiądz Arcybiskup został Kardynałem i zamieszkał w obrębie Bazyliki św. Pawła za Murami. Z spotkania z Kardynałem James Harveyem przy Bazylice św. Pawła za Murami zawróciłem ku wiecznemu miastu, zdążąm dawną drogą Ostiense (być może tutaj miało miejsce ostatnie spotkanie dwóch Apostołów Narodów, świętego Piotra i świętego Pawła) koło Rzymskiej Piramidy, świadku dwutysięcznej historii Chrześcijaństwa, wchodzę do miasta od strony murów miejskich w Ostiense, skierowuję się w stronę Circo Massimo (ten największy stadion starożytności mógł pomieścić 250 tysięcy ludzi). Dziś jest tutaj olbrzymi teren jeszcze do zagospodarowania. Za Circo Massimo przed Forum Romanum, miejscem najważniejszym dla obywateli Rzymu, skręcam w lewo, w stronę rynku wołowego starożytności, idę w pobliżu Campidoglio, ulicą przy której przygotowywał się do przyszłej pracy misyjnej święty Maksymilian Kolbe. Jeszcze jakieś 10 lat temu miałem przed sobą Travestere, tę dzielnicę miasta, gdzie otwarto Dom Polski „Corda Cordi” na ulicy Vincenzo Monti, a teraz gdy jestem w Rzymie, to najczęściej witam w Domu Polskim „Sursum corda” przy ulicy Enrico Osso w dzielnicy miasta Cornelia, koło szpitala San Feliciano. Czasy się zmieniają i my zmieniamy się w nich. Staramy się zrównać z rzeczywistością. Ale czy to nam wychodzi, to inna rzecz. Tutaj chciałbym podziękować za gościnę i życzliwość stałych bywalców z Polski przy ulicy Botteghe Oscure, siostrom Nazaretankom z ulicy N. Machiavelli, przede wszystkim przełożonym i opiekunom Domu Polskiego przy ulicy Via Cassia 1200, w którym mogłem zamieszkać tym razem przez długi tydzień, sprawować Msze święte, powiedzieć kazanie, w czasie wieńczącym udany pontyfikat Ojca świętego Benedykta XVI. Kilka razy miałem okazję wyjść na miasto, a nawet pospacerować dłużej, w kierunku placu Manzini, instynktownie ‘rzucałem się’ w kierunku serca miasta, Watykanu, a następnie placu Weneckiego, na przedłużeniu którego wznoszą się budowle antycznego Rzymu. Gdy już obszedłem Forum Romanum po lewej ręce ukazał mi się Teatr Marcellusa, jego ruiny jeszcze teraz robią wrażenie czegoś bardzo pięknego. Ten teatr miał być prawzorem dla zbudowania jeszcze czegoś bardziej okazałego, w 80 roku po narodzeniu Chrystusa słynnego Koloseum. Niektóre bloki kamienne użytego do budowy teatru trawertynu do żywego zapowiadają najbardziej majestatyczną budowlę antycznego Rzymu. Idę z placu Weneckiego w kierunku Koloseum dawnym traktem cesarskim, po lewej mijam termy Trajana, Karakalli, a po prawej spiętą klamrami Świątynię Maksencjusza przy Forum Romanum, a przede mną wciąż symbol Rzymu, Koloseum, z krzyżem pośrodku. Tym razem przeszedłem Forum Romanum dookoła, nie wchodząc doń, obejrzałem łuki tryumfalne Tytusa, Septimiusza, Konstantyna, a nawet na łuk znajdujący się na przedłużeniu traktu cesarzy. I tym razem zawitałem na placu przy schodach hiszpańskich i fontannie di Trevi (to dzieła pierwszych dekad osiemnastego stulecia), wszedłem na Kwirynał, a potem ulicą del Corso szedłem ku placu del Popolo, by obejrzeć piękne świątyni Matki Bożej z XIII stulecia. Na Kapitolu zaszedłem do Bazyliki della Pace, Matki Bożej Pokoju, która w pewnym czasie była tytularną Bazyliką kardynała S. Hozjusza. To w jej obrębie można obejrzeć w tych dniach słynne obrazy P. Breughla, pośród nich ‘wieżę Babel’(Brueghel. Meraviglie dell’Arte Fiamminga dal 18 dicembre 2012 al 2 giugno 2013, Chiostro del Bramante). W teatrach Rzymu tym razem można zobaczyć „Dzwonnika z Notre Dame” W. Hugo(Teatro Vascello Via Giacinto Carini 78) i „Szkołę żon” Moliera (Agrigento). W Rzymie jeszcze nie obejrzałem innych wielu zabytków i muzeów. Ale na uwagę zasługuje fakt, że matka Napoleona zamieszkała w Rzymie przy placu Weneckim i o piętnaście lat przeżyła słynnego Korsykanina. Zmarła w 1836 roku. Na kilka lat przed śmiercią za pieniądze wpuszczano do niej turystów, by ją mogli zobaczyć… Widzicie, po kolejnej mojej wizycie w wiecznym mieście ciśnie mi się na myśl ta garść refleksji, którymi chciałbym was kochani czytelnicy obdarzyć. Słowo Boga jest zawsze żywe i skuteczne. Mamy wziąć światło Wielkiego Postu, by oświecić początek nowej drogi, naszej drogi nawrócenia, miłości, pokory. Nie należy instrumentalizować kościoła. Mamy w swym chrześcijańskim świadectwie pokazać Pana, jak księżyc (w tych dniach w swej pełni), odbija światło słoneczne, tak my mamy odbijać światło Boga dla innych, czynić w ten sposób świadectwo chrześcijańskiego życia. Do pomocy mamy dwie kolumny kościoła: pokorę, nawrócenie. Droga Wielkopostna, to ma być nasza droga. W czasie mojej pielgrzymki do Rzymu 2013 w San Giovanni Rotondo ojcowie Sardu, Labarde, Rocchetti w kazaniach przybliżali prawdziwy obraz Boga. Mogłem ich dzieło śledzić poprzez telewizję Padre Pio. Kiedy włączyłem program telewizji „Padre Pio”, to rano byłem zawsze niemile zaskakiwany małą ilością wiernych w świątyni na Mszy świętej. I biłem się wówczas w piersi, że może to przeze mnie tak odmieniła się sytuacja- bo ja wczoraj straciłem znowu okazję do przekazania chrześcijańskiego świadectwa, mało uczyniłem dobrego. A właśnie zgodnie z Ewangelią ja mam się umniejszać, żeby to on był większy, mój bliźni. To jest droga chrześcijanina. Gdy zwracamy się do kogoś Ojcze, to jednak jest złe określenie. Ojciec cielesny nie może być zrównany z ojcem duchowym. Ojciec cielesny ‘rodzi dzieci’. Ale Ojciec duchowy- jego rodzą właśnie córki i synowie, on nie rodzi dzieci. Chrześcijańskie świadectwo, trzeba wskazywać na sługę, umniejszać się- to jest szczególna łaska. Nie przypadkiem wydaje się, Henryk Sienkiewicz u boku świętego Piotra postawił Nazariusza, jako „mniejszego” chrześcijanina. Historia kościoła i historia świata tutaj w Rzymie spotykają, choć w bardzo odległych przestrzeniach. W czasie Wielkiego Postu jeszcze raz otwieramy się na te obrazy z Biblii, mianowicie na historię świata niewiernego i historię Boga wiernego. Symbolem tych rzeczywistości jest winnica, ogród. Mamy patrzeć na miłość Boga. W Biblii są słowa przygany wobec robotników w winnicy, ale są też słowa, zapowiedź pocieszenia. Świat idzie w ruinę. A Bóg nie przestaje pytać: ‘gdzie jest twój brat?’ Nie jesteśmy patronami winnicy, ale tylko administratorami Bożej rzeczywistości… Bądźcie miłosierni, łagodnego i szczodrego serca. Dziś moralność przegrywa, jaką ideą możemy zawojować świat? Ja powiem wam, zawsze kochałem kościół. Choć ten nie poszedł za ufnością a za wsłuchiwaniem się w świadectwo ludzkiego życia. Ale Pan jest wielki. A my jesteśmy powołani do misji życia. Kim jest Bóg. Otóż stajemy się w nim, przez świadectwo dobrych uczynków. A jaka jest nasza zdolność otwarcia serca? Kochani, już tutaj przygotowujemy sobie wieczność(eternita). Widzisz Panie, oddaję ci moją sprawę (mia causa). Chodzi o zachowanie pokornego serca, najgłębszych pokładów czystego serca. To nasza pycha oddala nas od Boga. ‘Dawajcie, a będzie wam dane, miarą dobrą natłoczoną wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam taką miarą, jaką wy mierzycie.’ Mamy być przykładem owczarni, mamy modlić się za biskupów, kardynałów. Święty Ojciec Pio mówił, choćby wasze grzechy były aż sklerowaciałe, to jeśli będziecie czynić pokutę, one jak śnieg staną się białe… Nasze grzechy mogą stać się białe jak śnieg. O tym przypomina nam czas Wielkiego Postu. Benedykt XVI w czasie jednego Angelus w którąś niedzielę mówił, że Bóg nie zostawił kościoła, ale zostawia go na modlitwie. Gdy podczas ostatniej audiencji papieża Benedykta z wiernymi na placu świętego Piotra w dniu 27 lutego 2013 roku modliliśmy się z Ojcem świętym, on mówił o tym, że nie schodzi z krzyża obowiązków, ale przyjmie ten krzyż w nowej formie… I my mamy być mocni jak Mojżesz. Wybrany przeze mnie przed czterdziestu dniami tydzień pobytu w wiecznym mieście skończył się w dniu świętego Romana. Czy nauczyłem się w blaskach fleszy i wiwatów na cześć ustępującego papieża czegoś nowego.. Myślę, że tak- trzeba światu miłości, pokazać jak Pan jest wielki i rządzi sprawiedliwie światem… W drodze na lotnisko Ciampino jechaliśmy od stacji San Pietro do stacji Termini koło term Domicjana… A z Termini autokarem Cotral wywieziono nas w kierunku antycznej Via Appia. ‘Dokąd Panie podążasz?(…) Idę do Rzymu…’ W drodze powrotnej do ojczyzny po raz pierwszy usłyszałem spikerkę włoską w samolocie, gdy mówiła do rymu. Wydaje mi się, że w tych kilka zdaniach, które tutaj wam skreśliłem przedstawia się obraz współczesnego świata i historia kościoła.

Warto przeczytać

Stanisław Barszczak, Wybrzeże Kości Słoniowej,(cz.2)
III
Agbagnador jest “bezkresnym błotem błotniskiej ścieżyny.” Jest tu ogromne drzewo i resztki rozpadającej się chaty. Pośrodku ‘salonu’ spalony, tlący się fotel. Trzech mężczyzn: Józef, Franciszek i Antoni z tubylców sprawują tutaj pieczę, mówią językiem Kru. Rodzina przejęła ‘rezydencję’ w porzuconym kapeluszu. Opuszczona chata napełniła się porannymi modlitwami . Ojciec wybiera kwiat, podczas gdy jakiś człowiek wystawia swoją twarz przez okno. Gdy Tomasz prosi o jego imię, człowiek odpowiada, że on jest Paproć. Potem Henryk nazwał kwiat stojący opodal również paprocią, jak się nazywa ludzi, których przezwisko z racji na ostatnio noszony przez nich kapelusz brzmiało tradycyjnie ‘Jonasz’. Ojciec podobnie obstaje przy tym, by kwiat nie nazywał się Jonasz a Paproć. Stąd zwrócił się do niego w słowach: Paproć, podziel się pożywieniem z nami, tj. Kowalskimi, tak jak z kolegami z wioski, z lipami, bananami, awokado, maniokiem, cytryną i pomarańczą, serwując nam sok owocowy, albo Tuborg. Odtąd Paprocie są odzwierciedleniem tutejszych Kowalskich, dwóch rodziców i całej naszej czwórki…

Życie nie jest łatwe w dżungli. Cała rodzina trudzi się bez końca, aby zbudować na lagunie Agbagnador dom i ogród. Ojciec twierdzi, że nigdy nie potrzebuje snu. Zdaje się nawet bardziej pogodny i wesół, co uszczęśliwia także matkę. Pewnego dnia Pan Henryk wraca na ‘henryczku’ z pasażerem, Panem Struskim. Ten człowiek jest misjonarzem z San Pedro, nazywa się ‘Zawieszona Paproć’, z racji na jego posturę przypominającą szubienicę. Ojciec nie chce dać mu pozwolenia na to, by swobodnie pojawiał się w Agbagnador. Tomasz nalega na Józefka, by został z misjonarzem, następnie zmusza tego człowieka by odszedł, nawet bez posiłku i chłodnego drinku po tak długiej podróży. Po domu i galerii, które są postawione, ojciec zaczyna wspólnie z innymi nową budowlę obkładać rurą miedzianą. Zaczynam rozpoznawać znany mi kształt w nowym warsztacie- laboratorium, który powstaje bardzo szybko. Gdy przyszły żniwa i zwieziono już ziarna, ojciec daje każdemu dzień wolny. To jest ich pierwszy dzień wolny…

Konstrukcja, która wspólnie jest budowana pod kierunkiem ojca przypomina wiatrak o kilku piętrach wysokości, z metalową pokrywą, ta budowla nazywa się teraz ‘Maciuś’. Większość mieszkańców Agbagnador, w tym Paproć, myślą że ojciec zaczął produkować amok i w tym celu zbudował silos. Gdy pytają, co będzie w nim przechowywane, Tomasz enigmatycznie odpowiada, że to nie tak, że on coś tu włoży, a potem będzie wyjmował. “Powiedział, że zrobił potwora. ‘Jestem doktor Frankenstein!’, i zawył przez spawalniczą maskę.” Tomasz twierdzi, że wszystkie jego wynalazki są inspirowane przez ludzkie ciało. On twierdzi, że nie wierzy w Boga, bo on sam może ulepszyć jego dzieło. Tutejsi rolnicy przyszli, by się pogapić na ten ogromny twór. Kilku przywódców plemion wystawało tutaj, w tym pan Hopfer, pan Słodowy, pani Leokadia. Kiedy już każdy tutaj został poruszony nowym wynalazkiem, Tomasz nalegał, żebym osobiście wspiął się do wnętrza, by go uruchomić. Wysypują się wreszcie długo oczekiwane bryły lodu, którymi obdarzamy kilka pobliskich wiosek. Tubylcy przyjmują sztaby lodu, jako dobrodziejstwo przybyłej do nich cywilizacji.

Kolejnego dnia pod okiem ojca cała rodzina przemieszcza się ‘henryczkiem’ płynąc pod prąd, biorąc lód dla pobliskich plemion. Ojciec jest zdziwiony, że misjonarze nie zapanowali nad danym obszarem przynosząc kulturę europejską w postaci Pepsi i Cooli. Nieraz nawet żałuje swojego błędu, gdy widzi jak mieszkańcy pierwszej wioski zaczęli modlić się- bo sądzili tym samym, że każdy biały człowiek już musi być misjonarzem. Oni przedtem już zauważyli lód cztery lub pięć razy, przyniesiony przez misjonarzy. Gdy rodzina wraca z kolejną przesyłkę lodu, oni znajdują tubylców, którzy pobudowali małe repliki „Maciusia” i oddawali mu cześć. Zaczynam porównywać ojca z majstrem, wspominanym już tutaj przeze mnie panem Podolakiem. Zamiast uciekać z urzędu, Tomasz po prostu zrobił się sam dyktatorem swojego własnego małego świata. Tomasz szydzi z tubylców i tutejszych barmanów, ale również oczernia lokalnych awokado. Jest pierwszy dzień szkoły- październik, dzień siedemnasty, Mama zapisała bliźniaczki do trzeciej klasy. W Agbagnador dzieci Paproci pokazują nam ciemne pobliskie przejścia pośród zarośli, haszczy i lian dżungli.

Po ukończeniu chłodni Tomasz marzy o wierceniu studni, by tym samym rozpocząć uzyskiwanie obfitej energii geotermalnej z pod powierzchni ziemi. Ale zamiast tego buduje ogromną lodową górę z bloków lodu, tak, że pan Henryk może ją przewieść przez rzekę, by pokazać mieszkańcom to jedyne ‘wiaderko ryb’. Następnie oznajmia, że oni zabiorą lód do plemion het w górach. Obwieszczając swoje sukcesy, Tomasz mówi, “Czujesz się trochę, jak Pan Bóg.” Kowalscy, czyli moja rodzina i ja ostatecznie zaznaliśmy komfortowego życia w Agbagnador. Pomimo tego, że wszyscy, to jest i dorośli, i dzieci, i przywódcy szczepów, mieszkańcy tych ziem, pracują w każdej chwili dnia, to jednak cieszą się tutaj wszystkimi podstawowymi elementami życia. Gospodarstwo jest samo-wystarczające, trwałe, nie opiera się na żywności sprowadzanej z zewnątrz. A mają tylko zakład produkcyjny lodu w samym środku najbardziej interesującej krajoznawczo Afryki, a Ojciec nadal jeszcze nie jest zadowolony. Pragnie zwiększenia sławy i władzy, chciałby być uznanym jako człowiek, który wykształcił się w wymienionej dziedzinie całą dżunglę.

Ojciec budzi Jacka i mnie tuż przed świtem, aby rozpocząć przejście przez góry, by zawieść lód do afrykańskiej wioski. Ładują ogromne bloki lodu na sanki przygotowując je do podróży, wspomagani przez mężczyzn z tutejszego plemienia. Przemieszczają się przez długi, gorący dzień, z lodem topniejącym na każdym kroku. Ludzie uderzają sankami w głaz, przełamując transport lodu na dwie części. Tomasz jest niemiłosiernie pogryziony przez komary. Kiedy próbuję powiedzieć mu o komarach, on akurat odgarnia jagody, nagle jest w szoku. Wściekły na ludzi z plemion, Ojciec staje się coraz bardziej irracjonalny. Choć ma jeszcze przebłyski intelektu, gdy mówi: Koniec filozofii gdy nauka ogarnia wszystko, za to myślenie nieustannie idzie dalej. Wydaje się, że bezpowrotnie straciliśmy namysł, przytomność na rzecz nauki. Siła myślenia polegałaby na tym, żeby zmienić ludzkość. A świat na początku trzeciego tysiąclecia jest już „taki, a nie inny”, choć jeszcze nie dożył, nie dorósł do pójścia dalej… Naraz ‘budzi zachwyt’ stwierdzeniem, że chciałby zasnąć we własnym łóżku, a zaraz potem przedstawia obraz monstrum, jakby chciał każdego pożreć oczami, gdy mówi, że to się wydarzyło po raz pierwszy, żeby lód rozpuścił się kiedykolwiek na tym szczególnym zboczu górskim.

Ta wycieczka w góry jest pierwszym poważnym błędem Ojca, przynajmniej ja już tak to osądziłem, ale on nie reaguje na niepowodzenia. Choć został znacznie poniżej normy osądzony… Budzę się, aby zobaczyć, że mój ojciec osunął się na ziemię we śnie. Tomasz szybko budzi i zaprzecza, żeby kiedykolwiek zamknął oczy. Lód stopił się do wielkości piłki nożnej, ale Tomasz nie chce przyznać się do porażki. Kiedy zwracam mu uwagę, że z szczytu góry, ‘koścista’ dżungla wygląda zniszczona, niemiłosiernie zdewastowana, Tomasz sarkastycznie odpowiada, “Nigdy nie widziałeś Chicago!” Wreszcie towarzystwo pojawia się w małej wiosce wysoko w górach. Afrykańczycy stanowią tutaj różne szczepy, i żaden z mężczyzn z Agbagnador nie jest w stanie z nimi się porozumieć. Tomasz przekazuje mały kawałek pozostałego lodu naczelnikowi gminy, który jednak szybko się ulatnia. Mieszkańcy mówią Tomaszowi, żeby odszedł, ale on odmawia. Wreszcie trzech chudych, białych ubranych tylko w szortach serwują im żywność. Ojciec potwierdza, że biali ludzie są niewolnikami i chełpi się wszystkimi udogodnieniami, komfortami Agbagnador, włącznie z ogrodami, domami, bieżącą wodą, prysznicami.

Wolałbym uchronić ojca od powtarzania kłamstwa o dużym bloku lodu, jaki on przekazał Afrykańczykom. Uważam, że ojciec zostanie uratowany tylko pod warunkiem, jeśli coś poszłoby nie tak w Agbagnador. Jak w większości pobożnych życzeń tak i w życiu dzieje się więcej niż się człowiek spodziewał. Agbagnador jest dziwnie wyciszone po ich powrocie. Mimo że jest noc, nie ma światła u rodziny Paproci. Pan Struski, misjonarz, właśnie wrócił się w motorówce. Gdy Ojciec jest nieobecny to on oskarża każdego o bluźnierstwo i rozszerzanie kłamstw nauki. Zabrał z sobą jednego z Afrykańczyków, wylęknioną Paproć. Kiedy protestuję, że jego ostatnie imię jest ‘Zawieszony’ a nie ‘Paproć’, Tomasz staje się rozwścieczony. Nakazuje, żeby ‘Paproć’ wracał. Jako latorośla, które nadal pogrywają z rówieśnikami w Agbagnador., tęskniliśmy za ‘Paprocią’. Od kiedy ‘Maciek’ został wybudowany, do Agbagnador przybyło mnóstwo ludzi. Osobiście rozpoznałem trzy białe męskie ubrania, jako te, które kobiety w afrykańskiej wiosce uprały na wizytę Tomasza. Mężczyźni działają spokojni, jakby chcieli przejąć władzę nad wioskami. Pytają ojca, jak wielu mieszkańców jest Agbagnador, gdy oni przybywają, a on odpowiada że istnieją tysiące, wliczając termity. Ojciec stara się przekonać ludzi, że cała wieś jest zaatakowana przez owady. Wszyscy z domów poginęli, mówił Ojciec. Mama gotuje śniadanie dla mężczyzn, a Ojciec stara się przyspieszyć ich odejście. Gdy mężczyźni deklarują swój zamiar pozostania, ojciec mówi, że nie ma już miejsca dla nich, by mogli tutaj spać. Mężczyźni pokazują na opuszczoną chatę ‘Paproci’, ale ojciec mówi, że także jest zaatakowana przez termity, i mówi panu Henrykowi, żeby uderzył w podłogę i dach tej chaty. Po wyrażeniu uwag przez Henryka, że on nie widział żadnych termitów, ojciec jednak nadal upiera się przy swoim.

Całą noc ogień szaleje w Agbagnador. Rodzina jest bezpieczna w Assagni, ale są atakowani przez moskity. Łódź pana Henryka, ich najlepszy dom, w którym mogliby zbiec, została spalona. Dzieci śpią niewygodnie na pochylonym zboczu. Tylko ja całą noc czuwam. Tomasz śpi rano, wtedy już każdy jest przebudzony. Nikt nie chce słuchać tego, co on mówi. Matka znajduje dla dzieci kosze i pomaga im zebrać paprykę, guawy i dzikie awokado. Ona chwali dzieci z racji na szkołę w Bouaké i nauczenie się przez nich tak wiele o dżungli. Już umieją modlić do Matki Bożej Pokoju z Yamoussoukro. Ojciec wstaje po trzynastu godzinach snu, zakłada swoją czapkę z daszkiem na głowę i oświadcza, że zaledwie spał na mrugnięcie okiem. Ojciec twierdzi, że jest szczęśliwy, że Agbagnador uległo zniszczeniu, ponieważ to sprawia, że on jest wolny. On twierdzi również, że starał się rozwiązać sytuację z trzema białymi pokojowo. On obraża Assagni, nazywając po imieniu jej kapelusze i drzewo huśtawkę… Z panem Henrykiem rodzina wyprawia się na teren dżungli w kierunku morza. Matka mówi, że trzej mężczyźni nie mogliby im już zaszkodzić, ale ojciec nazywa ich “sprzątaczkami”. Ostatecznie spotykają Afrykańczyka Miakisza, który odtąd będzie z nimi dzielił produkty jego ogrodu. Człowiek ten jest jednym z Afrykańczyków, któremu Tomasz dał nasiona jako zapłatę za pracę. W związku z tym warzywa, które dzielili wspólnie rozrastały się z nasion, importowanych przez Tomasza z Bouaké. Ten człowiek daje im także swój kajak jako łódź, o nazwie ‘bibanto’, w którym podróżują w dół rzeki. Gdy rodzina opuszcza wieś, Tomasz dyskredytuje jego męski kapelusz. Ojciec nie pozwala na dotykanie komukolwiek pięciu koszy produktów, które dostarczył im pan Miakisz Twierdzi, że będą nasionami dla nowego ogrodu. Natomiast mówi, żeby rodzina zbierała “małpią żywność.” Po drodze w dół rzeki ojciec zwraca uwagę na to, że grupa będzie wkrótce w innym niebezpieczeństwie…

IV
Płynąc w dół rzeki Jacek zaczyna kwestionować ojcowski talent jako wynalazcy. Uważam, że ojciec jest wprost gnany do wymyślania hydraulicznych krzeseł i kół wodnych, ponieważ pragnie komfortu. Matka sugeruje, że ojciec jest perfekcjonistą, zmuszany poprawiać każdą maszynę, jaką ujrzy. Po kilku dniach grupa przybywa na Czerwoną Lagunę. To jest rozmoczony skrawek ziemi, w pobliżu oceanu, pokryty zielonymi glonami, to algi. Ojciec utrzymuje, żeby Henryk zostawił ich i wrócił pieszo do San Pedro. Ojciec daje Henrykowi swój zegarek odwdzięczając się mu tym samym za jego zdemolowaną łódź. Rodzina podpływa ’bibanto’ ku najbliższemu potokowi. Kiedy osiągają miejsce Ojciec deklaruje, że jest ono stosunkowo nietknięte, stawiamy na sztorc bibanto na brzegu i obozujemy koło potoka. Wkrótce ojciec planuje nowe kompletnie zasiedlanie terenu wraz z domem, kurnikiem i ogrodem. Praca jest nawet trudniejsza teraz, bez żadnych narzędzi. Ja, Ojciec i Jacek rozgrzebujemy plażę regularnie, siejąc tutaj dla nas nowe ocalenie… Nowe osiedle na Czerwonej Lagunie zostaje dotknięte przez suszę. Woda cofa się, codziennie na lagunie jest jej coraz mniej. Każdego dnia ciemne chmury zbierają się na wybrzeżu w pobliżu Czerwonej Laguny, ale po południu, one rozpraszają się bez jakiegokolwiek deszczu. Ojciec staje się coraz bardziej rozwścieczony, wyładowując swój gniew na rodzinę. Jacek wymyśla nowy pseudonim dla Ojca, nazywając go “Farter.” Aby zasilić ich sadzonki rodzina musi wykopać rowy w skorupie ziemskiej, zrobić rynny. Oni mozolnie ciągną wiadra wody, by zamoczyć przynajmniej korzenie. Ojciec projektuje mechaniczną pompę dla wody w ogrodzie, ale trzeba aż siedmiu mężczyzn do tej pracy. Ojciec nie chce jeść tutejszej żywności i mówi, że będzie chodzić bez snu, nie zaśnie, póki znowu nie spadnie kropla deszczu. Spędza noce przebudowując silnik zaburtowy. Gdy mama nazywa jego teraźniejszą pracę, po prostu -jego zabawką, to Ojciec odpowiada, że to jest jedyna rzecz, która trzyma go przy zdrowych zmysłach. Nagle niebo zaczyna grzmieć…

Deszcz w końcu przychodzi, padając mocno jak ostrza z nieba. Kowalscy, to moja rodzina, pozostają nieprzemakalni wewnątrz naszej barki, jako naszego domu. W środku burzliwej nocy jestem obudzony przez Pana Henryka. Henryk przyniósł świece zapłonowe, zapalnik gazowy i olej do silnika zaburtowego. I mówi, że rzeka rozleje się i zniszczy ogród. Mnie osobiście mówi o tym, że jeśli ojciec naprawi silnik zaburtowy i przeprawi rodzinę do Czerwonej Laguny z powrotem, to on zapewni im bezpieczeństwo. Następnego dnia rano, ogród jest zalany. Połowa sadzonek jest wygiętych i delikatnie ulegają martwocie. Tymczasem nadal mocno pada w kolejnym tygodniu, i większość ogrodu jest ulega powszechnemu zalaniu. Ojciec zaczyna się mówić o frontonie domu jako o “łuku”, jakby to była łódź. Ojciec znajduje benzynę, który Henryk zostawił. Henryk twierdzi, że to jest tylko resztka… Nagle Ojciec mówi, że uratował każdemu życie i chciałby wiedzieć, co oni mają zamiar zrobić, aby mu się odwdzięczyć. Tomasz całkowicie ignoruje fakt, że miał rodzinę w tej kłopotliwej sytuacji. Następnie gdy on zarzeka się, że w dole rzeki dopiero “jest toaleta,” a mama sugeruje wręcz, żebyśmy widzieli swoje szanse na wybrzeżu. Tymczasem rodzina przemieszcza się w górę rzeki. Jacek i Ja pracujemy w pobliżu łodzi, sondując rzekę dla jej mielizn i uważając na jej skały. Podróżujemy w milczeniu, słychać jedynie silnik zaburtowy. Głośny silnik zaburtowy zmusza wszelkie stworzenia dżungli do milczenia. Gdy mijają ludzi z tutejszych plemion w ich kajakach schodzących w dół rzeki, ojciec twierdzi, że ci mężczyźni są do tego przeznaczeni. Kiedy Ojciec nie słyszy tego, Jacek mówi, że pewnego dnia znalazł się w wydrążonym pniu i pozwolił płynąć mu z prądem rzeki w dół. Bliźniaczki powiedziały o tym Ojcu, a on nalega, żeby Jacek wszedł do małej łodzi i wypycha go ku nurtowi rzeki…

Przez trzy dni Jacek i Ja mamy karę, zmuszeni do płynięcia w pniu ciągniętym za łodzią. Gdy ojciec pozwala ostatecznie, by dwóch było z tyłu na pokładzie, jesteśmy chorzy i słońce paliło niemiłosiernie. Po jedenastu dniach podróży w górę rzeki napotykamy zamieszkaną wieś Kalafiorową. Mieszkańcy, jeden z tutejszych klanów, dzielą się z nami ich pożywieniem. Kiedy Ojciec dowiaduje się, że mężczyźni mają odrobinę benzyny, sprzedaje im w zamian jego sztuki rzeźby (bo miał dłuto), toaletę i lustro. Kiedy się z nimi żegnamy, mieszkańcy pytają, czy popłyniemy w górę rzeki dwa dni. Podali nazwę miejsca, które brzmi bardzo przyjaźnie dla mnie, jakkolwiek nie umiem wytłumaczyć sobie dlaczego. Tej nocy w hamaku na pokładzie uświadamiam sobie, że ludzie mówili ‘Yamoussoukro’ i dlaczego to jest mi bliskie… Jacek wystraszony jest przez ojca, i sugeruje wręcz, by go zabić. Wydaje się, że to jest jedyny sposób, żeby rodzina kiedykolwiek uciekła przed kontrolą tego człowieka. Ojciec…

Tylko Ja uświadamiam sobie znaczenie imienia Yamoussoukro. Benzyna tutejsza jest niedobra i stale fauluje zewnętrzne zawory. Wreszcie w przypływie wściekłości ojciec wyrzuca silnik za burtę. Rodzina używa długich pali, by zmusić łódź, by ruszyła w górę rzeki, przeciw bieżącemu prądowi strumienia, który jest łagodny, bo blisko źródła. Mijamy kilka żerdzi, podejmujemy je z myślą o nowych zasiedleniach-postojach, a matka sugeruje, żebyśmy poczynili kolejne domostwo raz na zawsze. Inni beznamiętnie zgadzają się. Tylko Ja zachęcam rodzinę, by popłynęła do Assigni. Pięć dni od wioski Kalafiorowej rodzina słyszy samolot wysoko nad głową. Ojciec zaprzecza temu, że to jest samolot, podkreślając, że to tylko głośny wiatr boczny. Od dziobu łódki zauważam puszkę po Pepsi i pustą butelkę zieloną znoszone w dół rzeki. Później tego samego dnia mama słyszy muzykę kościelną przychodzącą od strony drzew. Ojciec twierdzi, że jest to śpiew ptaków. Łódź zakręca ku brzegowi.

Gdy na tylnym pokładzie statku mama nagle budzi się opowiadam jej przyjmując jej ton głosu jak bardzo jest przestraszona. Mówię jej, że ‘w domu’ wszystko jest w porządku, ale mama mówi, że to nie powoduje żadnej różnicy. Ojciec nienawidził życia w Europie. Ona nie chce zostawić męża na pastwę losu. Bez jej przyjazdu tutaj, mówi, nie zrozumielibyśmy dżungli. Mimo to Ja i Jerry staramy się przekonać matkę do ucieczki. Przypominamy jej, że ojciec gdzieś przepadł, tym samym może nigdy nie wrócić. Gdy będziemy czekać dnia, będzie za późno. Ktoś zauważy, że brakuje kluczyków do samochodu. Nagle coś błyska za domkami Bungalow. Olbrzymie płomienie świetlne obejmują drzewa, wydzielając smród spalania benzyny. Nie chcą nas tutaj, pomyślałem. Nakazuję Jackowi chwycić bliźniaczki, a mamie mówię, że oni muszą stąd odejść. W końcu Ojciec pojawia się na brzegu, nakazując nam wracać do łodzi. Wykorzystał gaz z misji gazu, by rozświetlić łódź…

Mama kieruje skradzionym jachtem tak szybko, jak może przez ciemności, i to ponad dwadzieścia osiem mil, koleinami szlaku prowadzącego do Grand Lahou. Rzeczne błoto na ojca pachnie jak śmierć. Jego twarz jest niebiesko-biała. Wreszcie osiągają rzekę, kilku tubylców rozpoznaje samochód Ojca Misjonarza i pozdrawiają go. Mama zaczyna wydawać rozkazy, domaga się łodzi, żywności i wody. Ona opiekuje się ranami Ojca. Został postrzelony w szyję. Jego kręgosłup nie jest uszkodzony, ale czerwone żyły i sadło są widoczne w ranie. Indianie przenoszą Ojca do kajuty na łodzi i dają nam fasolę, ryż i kawę, żebyśmy zabrali ze sobą. Gdy odpływamy, Ojciec słabo bo słabo, ale podnosi głowę i pyta, czy oni płyną w górę rzeki. Mama mówi mu, że tak, kiedy już obrócili łódź, by płynąć w przeciwnym kierunku. W nocy zakotwiczamy w pobliżu wiejskiej misji. Mama domaga się jedzenia, wody i lekarstw, i otrzymuje to… nagle otwiera się przed nami ujście rzeki Bandama do Atlantyku.

Rodzina mogła nawet być zagłodzona na plaży, ale śmierć ojca zwraca uwagę na ich los. Śmierci białego człowieka jest to niezwykłe wydarzenie na wybrzeżu Moskitów. Nowiny rozchodzą się szybko. Mieszkańcy wioski nazywają Ojca białym misjonarzem. Jak będzie on nienawidzić tego! Wkrótce Pan Henryk przybywa i płacze. Cała rodzina pamięta tylko, że byliśmy zbyt głodni i wyczerpani, by płakać nad śmiercią Ojca. Pan Henryk zabiera rodzinę z powrotem do Agbagnador. Pan Henryk i nasza rodzina nie możemy uwierzyć, że ojciec nie żyje. Wyczekujemy, że przyjdzie w każdej chwili i wyda rozkazy. Jeszcze teraz słyszę głos ojca w mojej głowie, w którym on proklamuje to właśnie, że on jest ostatnim człowiekiem żywym. Po długim pobycie w dżungli, będąc już przekonany, że cały świat został zniszczony, uwierzcie mi, że nawet mocno ‘zużyta’ taksówka na lagunie Agbagnador wydaje się wspaniałym okazem rzemiosła- faktem cywilizacji.

Epilog
Jacek mieszka teraz w Indiach. Można go spotkać jadąc z lotniska Dabolim Airport w Goa trasą Pilar Old Goa Road, na północ w kierunku Old Goa, ku Bazylice Dzięciątka Jezus, albo też na pobliskiej plaży Varca. Jest astronomem i bada gwiazdy. Ostatnio przysłał mi list odnośnie najnowszych badań naszego Układu słonecznego.Porównałem te wypisy z wiadomościami z Internetu i teraz wam je podaję. Najwięcej interesuje go Olimp na Marsie. Ta najwyższa znana góra w Układzie Słonecznym znajduje się na Marsie. Jest wygasłym wulkanem, którego podstawa liczy 550 km średnicy. To sprawia, że choć jest wysoki na 27 kilometrów (to trzy razy więcej niż Mount Everest!), nie jest bardzo stromy. Jak to się stało, że wulkan ten osiągnął tak imponujące rozmiary? Po pierwsze, zadecydowała o tym jego silna aktywność. Lawa spływająca po zboczach po każdej kolejnej erupcji narastała warstwa po warstwie. Tym bardziej, że na Czerwonej Planecie nie ma ruchów tektonicznych i miejsce wypływu lawy nie zmieniało się przez lata. Kolejny czynnik to słabsza niż na Ziemi grawitacja – góra nie osiadała i nie zapadała się. Naukowcy ostrożnie wypowiadają się na temat obecnego stanu tego super wulkanu. Nie ma bowiem pewności, czy już wygasł, czy nadal może być aktywny. Słońce- daje nam światło i energię, ale wysyła też w naszą stronę niebezpieczne obłoki plazmy. Powierzchnia Słońca przypomina wrzący ocean. Jest tam niespokojnie, co rusz dochodzi do wybuchów gorącej materii, która stygnąc, emituje energię. Ciągle rozwijają się kolejne burze słoneczne i następują wyładowania. Czasami docierają do Ziemi, tworząc niezwykłe zorze polarne. Naukowcy ostrzegają jednak, że naprawdę duży wybuch może wywołać burzę elektryczną, która zachwieje stabilnością sieci energetycznych na naszej planecie, a także zagrozi astronautom przebywającym na zewnątrz stacji kosmicznej. Enceladus, to jeden z lodowych księżyców Saturna. Enceladus skupił na sobie uwagę naukowców w 2005 roku, gdy przelatująca blisko jego powierzchni sonda Cassini zarejestrowała nagłe wyrzuty wody i lodu ze znajdujących się na jego powierzchni pęknięć – zjawisko nosi nazwę kriowulkanizmu. Po dokładniejszych badaniach okazało się, że takich gejzerów jest na powierzchni Enceladusa co najmniej 30. Znajdują się one w rozpadlinach zwanych “pasami tygrysa”. Badania wykazały, że szczeliny te są znacznie cieplejsze niż skuta lodem powierzchnia księżyca. Ciepła woda, trafiając do znacznie zimniejszej przestrzeni, momentalnie zmienia się w płatki śniegu i malutkie bryłki lodu, tworząc niesamowite pióropusze. Jednak nadal tajemnicą pozostaje, ile wody kryje się pod powierzchnią Enceladusa i czy pod lodową kopułą są warunki, w których mogłoby rozwinąć się życie. Pierścienie Saturna- czynią tę planetę najbardziej niezwykłym wizualnie obiektem w kosmosie. W ogromnej ilości bryłek lodu, z których się składają, znajduje się 26 milionów razy więcej wody niż na Ziemi. Pochodzenie pierścieni jest zagadkowe. Być może jest to materia, z której miał powstać księżyc, ale pole grawitacyjne Saturna do tego nie dopuściło. A może wręcz przeciwnie – dostała się w nie asteroida, która została rozerwana. Ciekawostką jest, że pierścienie wyglądające na zdjęciach jak zupełnie płaskie, w rzeczywistości usiane są wzniesieniami od małych gór po szczyty o wysokości nawet 4 tys. metrów. Odpowiadają za to księżyce Saturna, które oddziałując z pierścieniami “wypychają” krążącą materię w górę lub dół. Kosmiczna burza na Jowiszu- na największej planecie Układu Słonecznego ma miejsce jedno z najbardziej gwałtownych zjawisk na naszym “kosmicznym podwórku” – huragan o średnicy trzy razy większej od Ziemi. Odkryty został w 1664 roku, ale do dziś pozostaje zagadką, jak i kiedy powstał. Ponieważ widziany z Ziemi przypomina wielką plamę, został nazwany… Wielką Czerwoną Plamą. Ten antycyklon wieje na Jowiszu bezustannie, osiągając prędkość ponad 600 km/h i 8 km wysokości ponad chmury planety. Co ciekawe, Wielka Czerwona Plama nie jest jedynym takim zjawiskiem na Jowiszu. Kilka lat temu naukowcy, dzięki zdjęciom z teleskopu Hubble’a, zaobserwowali trzy mniejsze burze nazwane Białymi Plamami. W ciągu trzech lat połączyły się one, tworząc jedną, której wielkości była zbliżona do Ziemi. Wtedy stało się też coś, co zaskoczyło ekspertów – zaledwie tydzień po połączeniu huragan zmienił barwę z białej na jasnoczerwoną. Czy podobnie powstał pierwszy z odkrytych antycyklonów? Astronomowie przypuszczają, że gdy wiatr nabierał prędkości, podrywał coraz większe ilości materii z powierzchni planety. W niej mogły znajdować się związki chemiczne np. siarki, które zmieniły kolor burzy. Jeśli ktoś chciałby zobaczyć ogromną kosmiczną burzę, lepiej niech nie zwleka z wycieczką do obserwatorium. Uczeni zanotowali bowiem, że w ciągu ostatniej dekady Wielka Czerwona Plama zaczęła się zmniejszać. Io- to trzeci co do wielkości księżyc Jowisza. Jego powierzchnia pokryta jest związkami siarki, która barwi ją na żółto, zielono, biało i gdzieniegdzie czerwono. Ale nie tylko wielobarwna powierzchnia czyni z Io ciekawy obiekt. To przede wszystkim najbardziej aktywne wulkanicznie ciało niebieskie w naszym Układzie Słonecznym. W miejsce jednego wygasłego wulkanu bardzo szybko pojawia się następny. Ponieważ Io ma stosunkowo słabą grawitację, wybuchy osiągają wysokość nawet 400 km. Erupcjom towarzyszą wielkie wypływy lawy, która rozlewa się w znacznej odległości od wulkanu. Swoją silną aktywność księżyc zawdzięcza Jowiszowi. Ten gazowy olbrzym silnie oddziałuje na Io, sprawiając, że materia, z której się składa, jest w ciągłym ruchu. Przy jej przemieszczaniu powstają ogromne ilości ciepła, które swoje ujście znajdują w widowiskowych wybuchach.

Bliźniaczki zamieszkały w Paryżu. Jasia nie pamięta już, kiedy po długiej rozłące spotkały się po raz pierwszy. Może w piekarni przy rue Vaugirard albo przed Katedrą de Notre Dame na placu Jana Pawła II. Znowu widzi szarą ulicę, szarą szarugą deszczowego Paryża, pełną szarości, która ogarnia wszystko i przenika człowiekowi głęboko do wnętrza, wywołując łzy. Jej mąż zawsze sobie żartuje z paryskiego nieba, z tego bladego słońca. „Tabletka aspiryny. Opieczętowany Opłatek”. Słońce Mauritiusa to zupełnie co innego. W całej tej szarości Stasia była jasną plamą, rozbłyskiem. Niezbyt wysoka na swój wiek. Jasia przenosiła się z kraju do kraju, aż dotarła do Paryża. Choć jak Stasia dorastała w pewnym afrykańskim miasteczku pod Yamoussoukro. W pewne jesienne popołudnie Jasia zaprowadziła Stasię do ogrodu. Z kieszeni marynarki pana Solimy zabrała klucz od drewnianej bramy, ciężki, żelazny, zardzewiały klucz, przywodzący na myśl tajemne wrota zamczyska. Trochę jej było wstyd, że tak go wzięła, bez pytania. Pan Solima drzemał w swojej sypialni, pod kocem rysował się zarys jego potężnego ciała, ogromne stopy sterczały na końcu łóżka. Nawet nie zauważył, że weszła do pokoju. Od pewnego czasu nic go nie obchodziło. Przed bramą do ogrodu Jasia pokazała klucz Stasi. Jej podniecenie udzieliło się siostrze. Stasia parsknęła nerwowym śmiechem, ujęła dłoń Jasi: – Jesteś pewna, że możemy? Wślizgnęły się szybko i Jasia zamknęła bramę na klucz, jakby ktoś zamierzał za nimi wtargnąć do środka. – Chodź, zaraz ci pokażę nasz sekret. Trzymała Stasię za rękę. Ręka Stasi była mała i delikatna jak ręka dziecka; Jasię wzruszył jej dotyk, niczym obietnica przyjaźni, której nic nigdy nie zakłóci. Później przypomniała sobie tę pierwszą chwilę, pośpieszne bicie serca. Pomyślała: „Nareszcie znalazłam miejsce”. Popołudnie w ogrodzie przy cmentarzu Montmartre trwało długo, bardzo długo. Rzuciły okiem na stertę płacht porośniętych jeżynami i usiadły w głębi ogrodu w altanie, gdzie pan Solima kazał kiedyś ustawić ławkę, żeby mieć gdzie rozmyślać. W powietrzu czuło się wilgoć jesiennego popołudnia, ale blade słońce oświetlało kamienny mur w głębi ogrodu. Brunatna jaszczurka wyszła spomiędzy kamieni i utkwiła w dziewczętach małe błyszczące oczka. -Bierzemy nogi za pas i biegniemy do domu, już wydały odezwę… Ale nie, usiadły jeszcze pod wierzbami. Słychać było tylko szum fal i krakanie wron na drzewach- wywoływało to przestrach, ale była to jedyna pociecha, jakiej doznawały w tym jedynym miejscu… Za nimi widać było otwartą klatkę olbrzymiej kamienicy- żadnych sztukaterii na tej klatce, wszystko już zniknęło… być może widziały to wszystko późno… na schodach nie ujrzały nigdy nowego- oraz dekoracje zakładu fotograficznego, grecką świątynię, wiszące ogrody. Panował nastrój wiecznego lata.

Co do mnie, to pewnego jesiennego dnia wróciłem do Polski, zawitałem w Częstochowie. Wysłano mnie na trzecie piętro pensjonatu. Nacisnąłem dzwonek mieszkania. Drzwi się uchyliły i stanęła w nich Stenia. Bardzo się zmieniłaś, kochanie. Nie poznałaś mnie w ciemnym korytarzu. Twoja biała, czysta cera i złote włosy błysnęły w świetle wpadającym przez okno w głębi mieszkania. – Czy to pensjonat Róża? – Tak, proszę pana.– Czy znajdzie się wolny pokój? Drzwi się otworzyły i powitała mnie figura Matki Boskiej z brązu. Staliśmy, patrząc na siebie. Wysoka, elegancka, złote włosy, zdrowie raczej niezłe, ale mocno zgarbione plecy, zapewne farbowane włosy, żylaste ręce, zmarszczki w kącikach ust wskazują na podeszły wiek. Masz, kochana, sześćdziesiąt pięć lat, ale nie odpłynęła od ciebie całkiem twoja uroda. Czy mnie pamiętasz? Przyglądała mi się badawczo. Wreszcie coś drgnęło w brązowych oczach. Tak, pamiętasz mnie. Wróciłem do istnienia. – Och… To pan! – Madame! Uściskaliśmy się gorąco. Wzruszona, śmiała się głośno. Jednym ruchem zrzuciła z siebie powagę. – Paweł, nie do wiary, pan Paweł… Ha… ha… Usiedliśmy na hebanowej kanapie stojącej pod figurą Matki Boskiej, a nasze postacie odbijały się w szybie szafy z książkami stanowiącej dekorację. – Hol wcale się nie zmienił – powiedziałem, rozglądając się dokoła. – Ależ był kilka razy odnawiany, malowany – zaprotestowała, machając rękami. – Są tu nowe rzeczy: żyrandol, parawan, radio…– Jakie to szczęście, Steniu, że widzę cię w dobrym zdrowiu. – Pan także, panie Pawle, jest zdrowy… (wypadki opisane w tej opowieści stanowią licentia poetica jej autora, SB)

Warto przeczytać 39

Stanisław Barszczak, Wybrzeże Kości Słoniowej,

Wstęp

Przed rokiem znalazłem się na Wybrzeżu Kości Słoniowej w środku Afryki. Jak do tego doszło? Mówiąc urzędowo, to miałem tam sprawy finansowe. Ale także inne, otóż dzięki wielkiej gościnności Ojca Stanistawa Skuzy, Pallotyna z rodzinnej Polski odwiedziłem Sanktuarium Matki Bożej Pokoju w Yamoussoukro. Po obiedzie ruszyliśmy samochodem dyplomatycznym ku miastu, które obecnie jest stolicą tego Państwa. Przejechaliśmy rue de St. France, route de Daloa, route d’Abidjan, rue de la Fondation, oglądamy z za szyb samochodu Pałac Kongresu, weszliśmy do okazałego wieżowca, Hotelu Prezydent, nawiedzamy wielodzietną rodzinę Pana Kościelnego z Bazyliki, dokarmiamy kajmany w pobliżu rezydencji Prezydenta Państwa, zaglądamy do znanej Ojcu Stanisławowi rodziny prowadzącej kawiarnię w centrum przy route de Daloa, spaceruję na zakonnej farmie. Wrażeń nie sposób opisać. Ta opowieść jest jakimś echem tamtej podróży, ale jej geneza sięga moich lat Ząbkowickich (1995-2005). Tomasz Kowalski jest pierwszym bohaterem Wybrzeża Kości Słoniowej, siłą napędową rodziny Kowalskich, ma żonę i czwórkę dzieci. Pod wieloma względami powieść jest po prostu ankietą na temat osobowości Kowalskiego. Jego wiek nie jest określony, ale ponieważ ma 14 letniego syna, to przyznaję, że Tomasz ma od trzydzieści do pięćdziesięciu pięciu lat. Kowalski ma silne i nieco niekonwencjonalne przekonania, które często sobie przeczą. Uważa, że religia jest zmanipulowana i twierdzi, że jest to niemożliwe, aby wierzyć w Boga, którego wynalazki sam może poprawić. Tomasz z postury nie za wysoki, za to już nieco ‘szpakowaty’ twierdzi, że jego najlepsze wynalazki opierają się na cudownym organizmie człowieka, nawet wtedy, gdy szydzi w obliczu kruchości człowieka. Kowalski potępia cheeseburgery jako niezdrowe, a stałe palenie cygar śmierdzącym zajęciem. Twierdzi, że się brzydzi europejską pop-kulturą, telewizją, polityką, czasopismami, ale uważa także, że nie można winić za wszystko prezydenta Państwa. Pomimo swojej niechęci do Europy chce tam wrócić. Nastoletnim synem Tomasza jest Paweł, który będąc narratorem tej opowieści służy tutaj jako głos rozsądku i pojednania.

I
Gdzieś na wysokości drogi prowadzącej na lotnisko w Katowicach-Pyrzowicach jedziemy wyeksploatowanym Fordem autostradą, Tomasz mija rezydencję swojego pracodawcy, pana Podolaka, i wjeżdża do małego miasta w Księstwie Siewierskim, jest letnie południe w dalekiej Polsce. Przez cały czas ojciec opowiada o barbarzyńcach i dzikusach, jak straszna jest Europa. Gdy przejeżdżają blisko pracowników migrantów, którzy zbierają dzisiaj plony z pola pana Podolaka, a na co dzień pracują w jego warsztacie samochodowym, Ojciec trzyma w ustach peta Marlboro… To oni nazwali mnie Paweł, a jestem synem protagonisty Tomasza Kowalskiego, stałym towarzyszem mojego ojca, w wyjątkowej sytuacji obserwuję go na postępującej drodze ku manii i do ewentualnego kryzysu- zarazem jako ojca stały towarzysz i najlepszy słuchacz. Ale urodziłem się po ucieczce matki z krainy dzieciństwa, ogarniętej powojennym szukaniem szczęścia. Jak widzicie jestem w idealnym stanie, by ocenić inwencyjną genialność i czar ojca. Z dorastaniem jednak mój osąd zmienia się, zresztą będziecie mogli sami o tym się przekonać na kanwie tej opowieści. Niepozorne wydarzenia, takie jak pobyt ojca w szpitalu psychiatrycznym, gdy byłem młodszy i jego szokujące podejścia do leczenia, zaczynają z czasem nabierać większego znaczenia. Gdy ojciec zaczyna utrzymywać, bez żadnych dowodów, że Europa została zniszczona, a on jest ostatnim białym człowiekiem żywym, jestem już wystarczająco dojrzały, by zażądać na to dowodu. Ja jednak namawiam mamę, by wzięła rodzinę na wybrzeże lub do jakiegoś domu na prowincji.

Pan Tomasz Kowalski czyli mój ojciec, to genialny, rozmowny, wybuchowy, maniakalny wynalazca. Ojciec jest zlepkiem sprzeczności, gardzącym religią i europejską pop-kulturą, bo oto umie odmówić zakupu produktów zagranicznych. Gdy jest niedoceniony w pracy, impulsywnie postanawia przenieść rodzinę w tropiki. Na Wybrzeżu Kości Słoniowej kupuje Jeronimo, odosobnione miejsce, gdzie tworzy komfortową wieś. Jednak Tomasz staje się dosyć łatwowierny i z urojeniami, ostatecznie niszczy wszystko, co kiedyś zbudował. Gdy Tomasz prowadzi jego rodzinę do dżungli, staje się jeszcze bardziej psychicznie niezrównoważony, ostatecznie powodując własne zniszczenie. Na początku opowieści, Tomasz jest bardzo krytyczny wobec europejskiej pop-kultury, włączając w to jej system edukacyjny, religijny jako społeczeństwa konsumpcyjnego, którego symbolem pozostaje ser w aerozolu. Tomasz pracuje jako złota rączka i idealny partner na każdą okazję dla lokalnych rolników. Po ostatnim wynalazku Tomasza, który jest chłodno przyjęty przez jego pracodawcę, impulsywnie pakuje rodzinę i wyjeżdża w daleki świat. ‘To miejsce cuchnie klozetem,’ powiedział gdy wjechaliśmy do Dąbrowy Górniczej. Na głowie miał czapkę z daszkiem, a kierował z łokciem w oknie samochodu. -‘To nie jest Gimnazjum dla dziewcząt, ale zobacz, one są one tutaj niezłe. Spójrz na ten zderzak, Wiktoria, na jej wymiary. Ona jest tak duża, że jedenaście podobnych stworzą z pewnością jakąś okazałą dwunastkę. A że tłusta, to i nie zdrowa. Te dziewczyny są jak cheeseburgery.’ Po czym wsadził głowę w okno i powtórzył :’ Ale cheeseburgery!’‘Czy naprawdę zdjąłeś buty i pokazałeś temu policjantowi twoje zdrowe palce?’ –‘A czy prosiłeś mnie…,’ powiedziałem. –‘Słusznie,’ powiedział (ojciec). ‘Popatrz… ale udziec, ale kawał mięcha.’

W domu, już w łóżku przypominam sobie opowieści ojca z czasów, kiedy brał czynny udział jako konwojent w Ruchu „Solidarność”. Zwracam uwagę na to, że wojna polskiego Związku Robotniczego Solidarność z Rządem była o wysoką stawkę, mianowicie o wolność sumienia i zrzeszania się, o równy start młodych w życie dorosłych, o godną pracę i takie również wynagrodzenie za nią. Wspominam historia, którą Tomasz opowiadał mi o tym, jak rodzina pomyślnie zaaklimatyzowała się w Dąbrowie Górniczej, żyjąc na samowystarczalnej farmie, kiedy pan Podolak usłyszał o sławie Tomasza jako wynalazcy. Zamożny rolnik podjechał na farmę pod Dąbrową Górniczą i błagał Tomasza, by przyjechał do pracy dla niego. W gospodarstwie pokazuje panu Podolakowi jego najnowszy wynalazek, który on nazywa albo Karzeł, albo Doktor Podolak. Później, w pomieszczeniu ‘chłodni Podolaka’ znajdujemy płaszcz z norek Pani Podolakowej, wisiał w szopie dla ochrony przed molami podczas upalnego lata. Obydwaj trudnią się przy rutynowych pracach do trzeciej po południu. Kopią przepustnicę, gdy troje dzieci przejeżdżają obok na rowerach. Krzyczę coś… Podolak przychodzi do domu Tomasza po wieczerzy. Jacek i bliźniaczki: Jasia i Stasia są w łóżku, matka zasypuje wysypkę na moich ramionach kalaminą. Powierzam jej swoje obawy. On boi się, że coś strasznego może zdarzyć się, szczególnie ojcu. Ojciec wysyła mnie do łóżka, gdy pan Podolak zjawia się. Skradam się od tyłu i podsłuchuję. Podolak chce, żeby ojciec użył swojego wynalazku ochładzając stodołę, żeby ze stodoły zrobił lodziarnię. W ten sposób rolnik będzie mógł zmagazynować więcej szparagów. Tomasz odmawia. Podolak prosi Tomasza, by zbudował inny obiekt chłodni, ale ponownie Tomasz odmawia. Tomasz twierdzi, że wszystkie zabiegi Podolaka powinny mieć finał, sprzedać niektóre z zebranych szparagów, a jego problem zostanie rozwiązany. ‘On zbyt dużo gromadzi tego, co traci już na cenie,’ Tomasz wręcz stwierdzi.

Podczas rozmowy pan Podolak przypadkowo siedzi na ‘Tomaszowym’ krześle, w jego fotelu do masażu hydraulicznego. Tomasz śmieje się z pana Podolaka, opisując zasady jego użycia… Zaraz następnego dnia ojciec oświadcza, że rodzina będzie zakupiona. Idziemy do zrzutu pomyślałem. Jakkolwiek Tomasz pracuje dla Podolaka, to jednak dla mnie pozostaje niemożliwym do pomyślenia, żeby mój ojciec jeszcze miał kogoś nad sobą, jakiegoś szefa. W gospodarstwie, dwóch mężczyzn… W rzeczywistości doszło do tego, że rodzinna farma podupadła, ponieważ Tomasz nie sadził ani używał pestycydów. Potem doszło do tego, że ponieważ Tomasz nie chciał jeść pestycydów, dlatego został zamknięty w instytucji, którą on po swojemu nazwał go Pałacem Ślubów. Po uwolnieniu Tomasz był piękny, za wyjątkiem tego, że zapominał okazjonalnie imion swoich dzieci. Rodzina przeniosła się do Krakowa z niczym. Tomasz lubił zaczynać od zera… Zmęczony tym wspomnieniem wreszcie odkładam ‘Morawagina’, powieść Blaisa Cendrarsa, w której lekarz psychiatra uwalnia niebezpiecznego szaleńca z zamkniętego zakładu w Szwajcarii, by uciec z nim do Rosji ogarniętej gorączką rewolucji lat 1904-1908, i poddaję się magii wypoczynku… Na nocnej szafeczce leży inna jeszcze powieść, na otwartej książce widnieje nazwisko autora: José Saramago. ‘Kamienna tratwa’ to powieść dość nietypowa w dorobku José Saramago, bo napisana według poetyki realizmu magicznego. Cała akcja powieści zdominowana jest jednym wydarzeniem: pewnego dnia Półwysep Iberyjski oddziela się od reszty Europy i zaczyna dryfować w nieznanym kierunku po oceanie.

II
Budzę się w nocy w mocnym przekonaniu, że ojca nie ma w domu. To nie jest tak, że nie mogłem słyszeć chrapania Tomasza. To po prostu jest jakby dziura w domu Tomasza, w którą on właśnie się zanurzył. Ale po kolei. Mieliśmy w Polsce „trzęsienie ziemi”- Rok 1980, strajk robotników w polskich fabrykach, następnie rozstania, wychodzenia z przymusowego internowania, porzucanie wojska. Teraz z rodziną znalazłem się daleko od Polski w środku Afryki… Ale już widzicie, przypomniałem sobie, Tomasz opuścił chatę… Obawiając się o bezpieczeństwo ojca, wsuwam się w jego kalosze i spaceruję po polu wokół domu. Z leśnej werandy obserwuję “dzikusów,” którzy z zapalonymi pochodniami chodzą po polach. Procesja ‘zawodzących’ jakąś pieśń nuci grupa mężczyzn, budują krzyż w polu. Przerażony zauważam, jak podnoszą zmarłego na krzyż i wieszają go tam. I jestem przekonany, że zmarły to mój ojciec. Nagle pracownicy-migranci gaszą swoje światła i biegną w moim kierunku. Nie mam wyboru, muszę uciekać…

Następnego ranka Tomasz uśmiecha się, gdy jedzie obok meczetu w Bouaké i kieruje się na północ w stronę Katiola, obok czerwonego pola, gdzie na polnej drodze stoi znak zakazu wstępu na ten teren, pisze ’nie przejeżdżać’. Miasteczko Katiola leży w pobliżu wąwozu porośniętego wzdłuż górnej krawędzi eukaliptusami, który przechodzi w mroczną, bagnistą dżunglę, zamieszkaną przez kolibry, węże i hałaśliwe małpy. Okolica jest piękna, lecz mało kto zapuszcza się w te strony, gdyż autobusy zjeżdżające w dolinę mają przykry zwyczaj wypadania z drogi, toteż turystyka jest dla miejscowych cokolwiek niepewnym źródłem dochodu. W kościele, wzniesionym przez kolonialnych przodków obecnych mieszkańców na cześć Świętej Dziewicy z Bagien, stoi płacząca figura, będąca ponoć jednym z największych dzieł sztuki swej epoki oraz źródłem natchnienia dla rzeźbiarzy. Przewodniki mają niewiele do powiedzenia na temat Katiola i przeważnie ograniczają się do wzmianki, że na przekór urodzie i historycznej roli miasteczka niełatwo tu dotrzeć, droga bowiem jest zdradliwa, a niewielu przecież ma ochotę wędrować przez las. Jeden ze starych przewodników głosi nawet, że Katiola to twór zrodzony z miejscowej legendy, przekazywanej z ust do ust przez podróżników, i że droga prowadzi po prostu w głąb moczarów. W Katiola może z daleka widzieć stadion sportowy, hotel Parawely, budynek nowoczesnego liceum, posterunek policji oraz dworzec kolejowy. Tym razem Tomasz nie skręca na małą rzekę w kierunku Dabakala. Bo uwielbia jechać kotliną Bandama, przez błota de Tortiya. Innym razem kiedy tylko ‘bierze go chandra’, to jedzie do Yamoussoukro albo jeszcze dalej do Bouaflé. To miasteczko rozłożyło się nieopodal rzeki Bandama między jeziorem (Lac de Kossou) a Parkiem Narodowm Marahoué. Wszędzie pełno zieleni i polnych dróg. A raz to nawet Tomasz pojechał na południe kraju, autostradą d’Abobo, następnie skierował się na zachód do San Pedro, by wrócić do Abidjanu nad Zatoką Grand Bassam. Obejrzał z bliska dzielnice metropolii: Cocody, Marcory, Koumassi, Adjame (tu kwitnie ‘czarny’ rynek), Banco Nord, Yopougon, Plateau, Treichville, Niangon, Riviera, Locodjro, Abobo Doume, Bietry (Boulevard de Marseille, Szkołę Ojców Marianów Notre Dame d’Afrique de Bietry). Wrócił zachwycony po odwiedzinach Parku Narodowego Banko w Abidjanie. Ale już przed nami otwiera się widok na ‘małpi dom’, to tutaj Tomasz zatrzymuje swojego traka. Stoi tam dom zgrzybiały, znany jako ‘małpi dom’. Wewnątrz gołe materace są na podłodze w każdym pokoju. W pokojach jest pełno śmieci takich, jak puszki od sardynek i zużyte opakowania po żywności. Dom wygląda na opuszczony. Ale są też prywatne drzwi i wiaderko dla kąpieli z gąbką. Rozładowuję z ojcem traka i zanosimy rzeczy do domu. Tomasz twierdzi, że przetransportowany tutaj jego wynalazek da mieszkańcom możliwość przechowywania mleka i będą mieć przyzwoite jedzenie od czasu do czasu.
Ojciec zabiera większość sprzętu z jego licznych wynalazków i przyrządów. Rodzina rzadko odwiedza sklepy. One rosną przeważnie z ich własnej żywności, i zawsze istnieje ryzyko leniwych, opuszczających się urzędników, skoro w sklepach widać dzieci w ciągu dnia. Bardzo chciałbym iść do szkoły i nauczyć się języka Mande. Czuje się jak dziwak, gdy widzę inne dzieci. Wolę także smak ciasta komercyjnego, tak jak bliźniaczki chleb bananowy matki. Młodsze dzieci także są podekscytowane zakupami. Jacek zamierza patrzeć na rowery szybkościowe, a bliźniaczki mają nadzieję na lody. Jestem zszokowany, gdy rodziny trafia do Katiola, w pobliżu miasta Bouaké. Tam, oni zakupują baseballowe czapki dla dzieci, kompas… Tego wieczoru kiedy Kowalscy jedzą kolację, ktoś puka do drzwi. To są pracownicy wędrujący tzw. migranci. Jeden z nich wywija od niechcenia maczetą w ręku. Ci ludzie przedstawiają się ojcu z maczetą, w podziękowaniu za wannę “Robak”. Następnego dnia rano, gdy Tomasz wychodzi, zauważam, że ludzie powiązali mnóstwo czerwonych wstążek do gałęzi drzew na podwórku Tomasza. To jest ostatnia rzecz, jaką zauważam, gdy ojciec wychodzi.. Ojciec bierze swoje narzędzia, skrzynkę, cały sprzęt kempingowy, który rodzina nabyła w dniu poprzednim. Zostawiamy wszystko w domu – talerze, łóżka, zasłony, radio matki, kota, który zasypia na fotelu hydraulicznym. Ojciec zostawia drzwi do domu uchylone. Jedzie ciężarówką do Beoumi, gdzie rodzina zabierze się na statek rzeczny. Wszystko jest gotowe….

Kowalscy płyną z Beoumi na statku jeziorem de Kossou, następnie rzeką Bandama na południe, w środku nocy. Podczas śniadania jadalnia jest zaludniona. Dwie inne rodziny zajmują trzy stoły. Wielebny Ojciec Gustaw zajmuje dwa stoły. Był kiedyś błyskotliwym profesorem filozofii politycznej na jednym z uniwersytetów Środkowego Zachodu Europy. Wielu swoich studentów wprowadził w świat wielkiej polityki i interesów. Teraz jest misjonarzem na jeziorze de Kossou, i prowadzi rodzinną modlitwę wyśpiewując głośno hymn przed każdym posiłkiem. Codziennie głośno prowadzi spotkanie modlitewne na pokładzie. Kiedy Czcigodny Ojciec Gustaw cytuje Biblię, mówiąc, że ostatni będzie pierwszym, ojciec poprawia go, wskazując, że fragment Ewangelii świętego Łukasza faktycznie brzmi “mężczyźni przyjdą z północy i południa i zasiądą przy stole w Królestwie Bożym.” I oto zaiste niektórzy z ostatnich, którzy będą pierwszymi, a niektórzy pierwsi, którzy będą ostatnimi.” Wkrótce wielebny ojciec Gustaw jest tak urażony, że ledwo odzywa się do ojca.

Emilka z rodziny Ikeotuonye mówi mi o swojej szkole w Bouaké i o jej ojca dwóch kościołach, w Bouaké i Yamoussoukro. Ona pyta mnie czy może być moją dziewczyną. Mówię, że tak, ale to musi pozostać tajemnicą. Odwiedzam mostek statku, gdzie kapitan Smolik mówi mi, że życie na Wybrzeżu Kości Słoniowej jest łatwe. Na wybrzeżu nie potrzebujecie prawie żadnych ubrań i możecie po prostu zebrać i otrzymać pokarm do jedzenia. Kapitan ostrzega, że dżungla nie jest miejscem dla mnie bynajmniej. To tak jak zoo, mówi. Poza tym, zwierzęta są na zewnątrz, a ludzie są w klatkach. Kapitan pokazuje mi jego sonar. Kiedy wracam na pokład, Tomasz jest oczywiście zazdrosny. Nakazuje mi, bym wspiął się na szczyt ‘stodoły’, na ogromną belkę ubezpieczającą kable, która wystawała nad jezioro. Wspinam się i zabezpieczam to miejsce, ale bardzo niechętnie.

Gdy statek ściąga ku Tiemokoro, rodzina Ikeotuonye aranżuje spotkanie z chórem tutejszych dziewcząt ubranych na różowo. Nikt nie spotyka się z Kowalskimi. Myślę o tym, że nigdy nie widziałem tak wielu ludzi stojących wokół nic nie robiąc. Mijają kobietę w podeszłym wieku w rannych pantoflach, która sprzedawała pomarańcze za drogą. Ojciec kupuje sześć pomarańczy i dzieli je na ćwiartki. Rodzina spaceruje po miasteczku tego wieczoru. Tu jest brudno, zanieczyszczone ścieki nie mają ujścia. Oni nocują w schodzącym w dół hotelu. Następnego dnia rano ojciec przeprowadza rodzinę do hotelu o nazwie Gardenia, który znajdował się na terenie jeszcze bardziej schodzącym w dół. On twierdzi, że większość ludzi w mieście, w tym ojciec Gustaw mają broń. Ojciec poświęca swój czas czarując lokalnych mieszkańców. Jednym z tych ludzi jest Pan Heniek. Pewnej nocy, matka i dzieci powrócili ze zwiedzania podmokłego i cuchnącego terenu, i zastali kogoś w ich domostwie…

Ojciec przekonuje Pana Heńka, żeby przewiózł rodzinę i ich sprzęt przez rzekę do Niamoué w nocy, w jego małej łodzi, ‘henryczku’. Tomasz przywołuje gapiów, by pomogli mu załadować łódź jednym z jego ulubionych akrobacji – wykonywaniem stu pompek. Pan Heniek nazywa Tomasza “Ojciec”, przypuszczając, że to jest jego imię, bo usłyszał je od dzieci, które nazywały go Ojciec. Tomasz ofiaruje się sterować łodzią, ale Heniek stwierdza mocno, że to jego łódź i że to on jest kapitanem. Zasypiam, a kiedy budzę się, to ojciec steruje łodzią. Ojciec twierdzi, że wyrzucił Pana Henryka za burtę, a ja mu wierzę. Matka zapewnia mnie, że Pan Henryk jest pod pokładem i śpi. Kiedy rodzina dociera do przystani w Niamoué, ojciec odmawia zatrzymać łódź. Natomiast kontynuuje kierować łódź rzeką Bandama ku Narodowemu Parku Assagni, ponieważ twierdzi, że jest wystarczająco głęboka, ażeby poniosła ‘henryczka’ dalej. Podróżują do Agbagnador Laguny.cdn.