Strzeżmy się oceanicznych Wielorybów

Stanisław Barszczak— Wiosna długo nie nadchodziła—

Od autora.
Czym jest ta książeczka w moim ujęciu? Zbiorem szkiców. Sprawozdaniem z podróży. Pierwsza podróż realna po miastach, muzeach i ruinach. Druga- poprzez książki dotyczące widzianych miejsc. Te dwa widzenia, czy dwie metody, przeplatają się ze sobą. Nie wybrałem łatwiejszej formy- impresyjnego diariusza, gdyż w końcu prowadziłoby to do litanii przymiotników i estetycznej egzaltacji. Sądziłem, że należy przekazać pewien zasób wiadomości o odległych cywilizacjach, a że nie jestem fachowcem, ale amatorem, zrezygnowałem ze wszystkich uroków erudycji: bibliografii, przypisów, indeksów. Zamierzałem bowiem napisać książkę do czytania, a nie do naukowych studiów. W sztuce interesuje mnie ponadczasowa wartość dzieła, jego techniczna struktura (jak kładziony jest kamień na kamień w gotyckiej katedrze) oraz związek z historią. Oddać kształt i barwę jakiejś epoki to zadanie przekraczające możliwości każdego pisarza, a w bardzo znacznym stopniu przekraczające możliwości niżej podpisanego. Lecz kiedy on już pisał nieraz te szkice do obrazu ojczyzny ojczyzn, u podłoża jego zamierzeń leżało niewątpliwie pragnienie, by spróbować choć w części wyrazić ducha tej epoki. Spoglądając wstecz na rozciągnięty trakt własnego dzieła, staję się świadkiem nie kończącego się pojedynku w sobie samym, pojedynku między emocjonalną a krytyczną stroną mojej natury, gdzie raz jedna, raz druga strona bierze górę, rzadko godząc się osiągnięciem harmonii ostatecznego kształtu. Nie wytykam sobie żadnego świadomego celu, z wyjątkiem wyrażania samego siebie, moich uczuć, temperamentu, mojej wizji życia. Nie zwracam się do żadnej określonej grupy czy warstwy czytelniczej i nie interesuje mnie, jakie pouczenia czy przesłania wynikają dla nich z moich dzieł. Ci, których konstytucja duchowa upodabnia się do mojej, zareagują na ogół pozytywnie, inni po prostu mnie odrzucą. Jednak osobiście nie przestane eksponować nierzadko “mroczniejszej strony” psychiki ludzkiej, będzie tutaj zawsze sporo umiejętnych niedomówień w opowiadaniu i nastrojowych przemilczeń w dialogach.

I

Jesteśmy w Oberży Młodych w La Rochelle we Francji. Było nas czterech – George, William, Harris I ja. Siedzieliśmy w moim pokoju, rozmawialiśmy o tym, jak bardzo z nami źle – oczywiście z medycznego punktu widzenia. Czuliśmy się wszyscy podle, co budziło w nas poważne obawy. Harris powiedział, że miewa czasem tak gwałtowne zawroty głowy, że nie wie, gdzie góra, a gdzie dół. Na to odezwał się George, że i on ma czasem podobne wątpliwości. U mnie z kolei szwankowała wątroba. Wiedziałem, że szwankuje mi wątroba, ponieważ dopiero co przestudiowałem prospekt opatentowanych pigułek na wątrobę, gdzie wyszczególnione były rozmaite objawy, na podstawie których człowiek może rozpoznać, że szwankuje mu wątroba. Miałem je wszystkie. „Wszystkim nam brakuje szczęście- śpiewa Kasia Kowalska- masz to na co godzisz się… każda droga jest łatwiejsza, gdy widzisz to, co dobre jest.” Po pewnym czasie deszcz przestał padać, wypogodziło się. Na dziedzińcu Oberży stanąłem przed scena: Chłopak miał na imię Max, teraz zdrętwiał jakby na moment: „słuchał słów wróżki, próbował uświadomić sobie ich znaczenie, potrząsnął głową, obejrzał się krótko, żeby sprawdzić, czy świat wokół niego jest wciąż taki sam, w końcu pochylił się nad stołem. – Pani faktycznie potrafi fruwać? – Tak jak my wszystkie. – Wy wszystkie? To jest więcej wróżek? – Ach, jesteśmy niezliczone. Mimo to ledwo nadążamy z naszymi terminami. Ludzie mają zbyt wiele życzeń. Max zaciągnął się papierosem i w zamyśleniu pokiwał głową. Jeśli chodzi o miłość, od razu wiedziałby, czego sobie życzyć. Umawiał się na przykład od dwóch miesięcy regularnie na badmintona z Rozalią z reklamy pasty do zębów i do niczego więcej między nimi nie doszło poza kilkoma pobieżnymi cmoknięciami w policzek.” Czy któraś z brukowych gazet nie zaproponowała jej przypadkiem pięćdziesięciu tysięcy za ujawnienie jakichś przepisów kulinarnych? Wydaje mi się, że coś na ten temat słyszałem. Ale zaraz tez wyszedłem stamtąd ku miastu, które odwiedzam, dumne La Rochelle, z jego trzema wieżami z XIV stulecia, broniącymi wejścia do portu. Mogłem się zanurzyć w konspekt mojej myśli. Jak powiedziałem jeszcze nieustannie kochamy siebie więcej niż drugiego. Przykład: wybór Pana Donalda Tuska na prezydenta Rady Europy. Przy mojej skromnej mocy realizacji marzeń, wrócę jeszcze do Ząbkowic Będzińskich, w których spędziłem w sumie dwadzieścia jeden lat. Dąbrowa Górnicza zabrała to Osiedle z czasem pod swoją kuratelę. Ale dla mnie ta mała ojczyzna zawsze będzie nazywać się Ząbkowice. Moja mała ojczyzna- Ząbkowice moje- wszystko zmierza teraz ku faszyzmowi, nikt nie może zatrzymać tutaj faszyzmu. Jak Izrael zniszczy Hamas, tak konkurencja lokalna zniszczy harmider i wszędobylską tutaj kiedyś obywatelską inicjatywę. Przed kilku dniami zatrzymałem się w Ząbkowicach jeszcze raz pod koniec mijającego lata, by stwierdzić: nie żyję tam. Choć jeszcze próbuję i tam podnieść różne głosy obecnego świata. Tutaj znów należę do Lewicy. A moim współziomkom, którzy ręczą, że ich jakoś zdradzam, powtórzyłem teraz jak mi się wydaje nazbyt precyzyjnie i jasno: „nie będę tu żył, bo ja walczę o to miejsce!” Powinniśmy ukarać okupację ojczyzny ojczyzn i zacząć wspierać na nowo małą ojczyznę życiem dla niej. Mówiłem więc: tutaj wszystko się zaczęło, tutaj kiedy miałem trzy lata przywiozła mnie z Domu Dziecka w Sosnowcu ( ul. Szczecińska) moja matka, owszem przenosiła mnie „grubaska” w zimie przez wiadukt do przedszkola Huty Szkła Okiennego, które znajdowało się po drugiej stronie torów, ale tutaj od razu stałem, powiedziałbym… Jeszcze przechowuję moje zdjęcie z przedszkola, w białej koszuli grubasek, młody chłopak o mętnym spojrzeniu onanisty i chodzie zwierzęcia wietrzącego niebezpieczeństwo. Nadszedł czas, że pobliskim kościele stawałem podczas nabożeństw na ławce, a ksiądz idąc z tacką pogłaskał mnie po czuprynie. Tutaj z mamą zawsze staliśmy, trwaliśmy w kościele. Chciałem po latach zamieszkać tutaj. Wówczas zaledwie przed dziewięciu laty, gdy przebywałem w „Domu mojej mamy”, a więc zupełnie niedawno, na ulicy Związku Orła Białego, zaczęły się wspomnienia, teraz one trwają wciąż, ale juz jakby nowe i niekończące się wspomnienia o życiu dla tej małej ojczyzny, choć niekiedy daleko stąd. Tam posiadałem zbiór białych kruków i książek o sprośnej tematyce, które wypożyczał nawet za dziesięć dolarów dziennie – oczywiście właściwym ludziom. Jeszcze czasami przemierzam przestrzeń koło „Domu Piętków”, okazałej kamienicy, tutaj droga skręca się ku mojej kiedyś posesji na Związku Orła Białego 36. Pan Piętka przynosił mamie regularnie prasę katolicką. Nie słyszano, żeby ten człowiek miał kiedykolwiek żonę czy dzieci. Pan Jerzy zmarł niedawno. A ja, obieżyświat został sam. Bóg wam zapłać za modlitwę współobywatele tej krainy, bym wytrwał na drodze mojego kapłańskiego powołania. Całe moje dzieciństwo i młodość upłynęły pod wielkim wpływem mojej matki i jej rodziny. Urodziłem się w Tarnowskich Górach. Matka moja była osobą energiczną i niezależną. Mogę ją nawet nazwać pierwszą polską sufrażystką. Więc gdy ojciec wyjechał do Krakowa, uciekła do Zagłębia. Takie to gwałtowne wydarzenia poprzedziły moje przyjście na świat. Ryzykowała przy tym wiele. W owe czasy mąż mógł żonę sprowadzić, uciekając się do pomocy policji, mógł zabrać jej dziecko. Teraz w każdej sprawie musi wypowiedzieć się biegły, lekarz państwowy. Znakomity pisał brazylijski Paulo Coelho wspomina w jednym z wywiadów o swojej drodze na szczyty. „-Torturowano Pana? -Tak. Do więzienia wtrąciły mnie grupy paramilitarne – rząd popierał ich represje, ale oficjalnie się do tego nie przyznawał. Stosowano różne tortury. Zamknięto mnie nago w ciemnej maleńkiej celi, gdzie było potwornie zimno i włączono syrenę. W takich warunkach nie trzeba człowieka dotykać – i tak wariuje. Ta tortura nazywała się “lodówka”. To była okrutna faza mojego życia. Myślę, że nigdy o tym nie napiszę. Doświadczenie nienawiści jest czymś bardzo negatywnym, nikomu w niczym nie pomoże.- Czy po tych doświadczeniach doszedł Pan do jakichś wniosków o naturze zła?- To temat mojej następnej książki. Do małego miasteczka przybywa obcy i proponuje, żeby zło uczynić bezkarnym. Jak zareagują ludzie? Jak zachowają się nasze instynkty – skłonność do zemsty, do sadyzmu… W człowieku jest i dobro, i zło. Bez względu na to, czy uznamy, że zło jest w nas, czy też że jest na zewnątrz, jesteśmy za nie odpowiedzialni. My je kontrolujemy. Dziecko nie ma pojęcia, co jest dobre, co złe, dlatego jest zdolne do okrucieństw.-walczy się z czasem – należy spędzić w określonym miejscu 70 dni. Drogę dyktują sny. To właśnie wtedy odkryłem kobiecą stronę mojej duszy. Udało mi się to zaakceptować dopiero w 1994 roku – napisałem wtedy książkę Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam….-Pisze Pan książkę w kilkanaście dni.-Tak. Ale to, co czytamy, to efekt narodzin, ciąża trwa długo. Ten proces odbywa się we mnie bez mojego udziału. Nie wiem, kto jest ojcem.” Kilka razy miało dojść do mego spotkania z ojcem, ale zawsze coś stanęło na przeszkodzie. Przed I Komunią świętą, jak zapamiętałem, znaleźliśmy ojca w jego domu. Więcej ojca swego nie widziałem. Zamieszkaliśmy z mamą w Ząbkowicach. Tam się wszystko zaczęło, od razu stałem, na Związku Orła Białego zaczęły się wspomnienia. Na wodach pobliskiej zbiornika ‘Pogoria’ nie urządzano regat, przynajmniej ich tam nie widziałem, a szkoda. Ale w okresie wakacji były narty wodne, pływanie na deskach z jednym skrzydłem, wyobraźcie sobie wielką grupę ‘narciarzy’ płynących pod wiatr, niczym owady bez jednego skrzydła. Coś pięknego, na tle błękitnego nieba. A teraz z każdym dniem widzę coraz wyraźniej, jak bardzo mężczyźni są słabi, niestali, niepewni siebie, dziwni… Choć moim celem jest zrozumieć miłość i choć nieraz cierpiałem za sprawą tych, którym oddałem serce, muszę przyznać, że ci, którzy dotknęli mojej duszy, nie rozbudzili mojego ciała, ci natomiast, którzy dotknęli mojego ciała, nie poruszyli mojej duszy. Zacząłem jeździć po świecie, jak wiecie. Odwiedzałem statki pasażerskie Norwegii, za mahoniowym kontuarem tkwili odpowiednio eleganccy i nienaganni barmani. Były wakacje i spacery po pięknie odnowionych salach(Refektarzu), Pałacu Papieży w Awinionie. Mogłem pieścić jedyne spojrzenia na szerokie promenady Buenos Aires. Oddawałem się urokowi oceanicznego nabrzeża w iście amerykańskich dzielnicach Singapuru. Ostatnio z Monachium przyjechałem z sercem na temblaku… A teraz przyjechałem do Francji w poszukiwaniu nowych talentów. Poczułem jeszcze raz, że oto rozpoczyna się wielka przygoda, o której tak gorąco marzyłem przez całe dzieciństwo i wiek dojrzewania na głuchej prowincji – krainie suszy i facetów bez przyszłości, w mieście, gdzie ludzie żyli w niedostatku, choć uczciwie, gdzie wiodłem nudną i pozbawioną sensu egzystencję. Teraz stanę się panem świata! I ta dzielnica La Rochelle, Les Minimes, oczarowała mnie- Bajeczna plaża, błękitne niebo…Zanim się rozpakowałem, chwyciłem kapielówki – ostatni nabytek – wciągnąłem je na siebie i choć dzień był pochmurny poszedłem prosto na plażę. Ocean napawał mnie obawą, ale zdobyłem się na odwagę i wszedłem do wody. Nikt na plaży nie miał pojęcia, że był to mój pierwszy teraz kontakt z oceanem, z prądami morskimi, spienionymi falami i z wybrzeżem La Rochelle. Było potem dużo spacerów po mieście. Czego szukałem w La Rochelle? Wiem, że pewnego dnia przyjechałem do Paryża, wiem, że jakiś czas żyłem na kredyt robiąc to, co robią inni, i widząc to, co inni widzą. Tego popołudnia wszystko szło źle, bo moje polskie zwyczaje nie pozwalały mi co chwila przechodzić z jednego chodnika na drugi, ażeby oglądać nieinteresujące rzeczy na słabo oświetlonych wystawach jakichś ulic, których nazw już sobie nie przypominam. Ale cieszyłem się na sam widok arkad, które już pokochałem przed laty w Bolonii. Ale nazajutrz z rana opowiedziałem potężny kawał swojego życia Biskupowi La Rochelle. – A może chcesz podrzeć tę kartkę i zapomnieć, że kiedykolwiek tu byłeś? Ostatnia szansa. Przełknąłem ślinę. – Nie, proszę Ekscelencji. Naprawdę chcę dla Was pracować – powiedziałem najobojętniej, jak mogłem. Uścisnął mi prawicę. W odpowiedzi wieków jakbym słyszał: – Musisz być twardy, synu. Jak to się zacznie, będziesz musiał żyć w nieprawdzie. – Już mi Ksiądz Biskup mówił. Nie przeszkadza mi to. Jestem gotowy. Tego popołudnia odważyłem się iść do Katedry świętego Ludwika, którą jako katolicy przejęliśmy w drugiej połowie XVII stulecia. Poczułem się w żywiole, istny Prezbiter Jan, którego zaginione królestwo z legend i pieśni kryło niezliczone cuda, dlatego należało o nim tutaj opowiedzieć. Po pięknej celebrze udałem się z powrotem do Oberży Młodych. Był piękny wieczór. Atlantyk zwracał swe wody nabrzeżu, więc znów zanurkowałem w ciepłym Atlantyku. Jeszcze raz teraz zbliżam się przez Bramę Królewską do wielkiego miasta. Zaskakuje mnie jedyne popołudniowe światło natury. I jakbym spojrzał na dziewczynę jakąś, bojąc się jednak patrzeć jej prosto w twarz. Czy to była moja matka?… Jej miodowe oczy rozbłysły w kredowym świetle wpadającym zza szyby. I pomyślałem zaraz: musi istnieć inny świat, bo mam wrażenie, ze to wydarzenie spotkania, ono opowiada moją historię. Jest Bóg, bo inaczej to ja już byłbym królem Stanisławem II Emanuelem albo papieżem. La Rochelle- marzenie jest o wiele głębsze aniżeli niebo. Ale znów jestem w Ząbkowicach. Ulica Związku Orła Białego- tu zaczęły się moje wspomnienia, ta ulica przywodzi mi na pamięć pewien znak, mianowicie znak śniegu, który tu zaobserwowałem pewnego styczniowego bielutkiego dnia-Nie dostrzegałem w płatkach śniegu(w nich) zapowiedzi katastrofy, lecz znaki przywołujące wspomnienia szczęśliwego dzieciństwa, dzieciństwa czystego i niewinnego. Teraz czułem, że ten niezwykły, baśniowy śnieg daje mi więcej radości niż ujrzane po latach rodzinne miasto. Czy jestem poetą, a w jednym z wczesnych wierszy, ciągle jeszcze nie znanym polskim czytelnikom, chciałem napisać, że choć raz w życiu śnieg prószy również w naszych snach. Ząbkowice- tutaj nie było bezsennych dla mnie nocy…mimo ze byłem nastolatkiem zaledwie. Wykorzystajmy więc drzemkę bohatera i powiedzmy o nim jeszcze kilka słów. Nie prowadził nigdy życia nieudanego i smutnego, jak w przypadku bohaterów dzieł A. Czechowa. Za to modlił się: Jeszcze pragnę cię Boże, i stoję jeszcze, czy tez próbuję stać, ale już zaraz słabnę. Jeszcze dziś nosze z sobą strach człowieka pamiętającego swoje nieliczne zauroczenia, niczym pasmo cierpienia i wstydu. A tak nie powinno być. Tutaj w Ząbkowicach śmiertelnie bałem się zakochać . A jeszcze dziś się czegoś obawiam, choć nie tak śmiertelnie. Jako prorok muszę cierpieć, bo jako Polacy umieramy, to boli. Ale zaraz w uczuciach moich odnajduję chwile istotnego natchnienia, którego upust możecie znaleźć w następnym akapicie. W kwestii wyboru tematu jednak nie wiem czy się zgodzicie ze mną. Ale do odważnych świat należy.

II
Artur Orton, nadaję mu to nazwisko, pod tym bowiem nazwiskiem poznały go ulice i domy La Rochelle około roku 1978 i wydaje mi się, że powinien przybrać jeszcze raz to imię, właśnie teraz, gdy powraca w te strony, choć już tylko w charakterze zjawy. W książce metrykalnej miasta La Rochelle figuruje jako Artur Orton i wpisany jest pod datą siódmego czerwca 1934 roku. Wiemy, że był synem rzeźnika, że jego dzieciństwo poznało mdłą nędzę, właściwą robotniczym dzielnicom Londynu, i że poczuł tak zwany zew morza. Nie ma w tym nic niezwykłego. Ucieczka w morze, stanowi tradycyjny nadmorski sposób wyłamania się spod ojcowskiej władzy i pewnego rodzaju bohaterskie wtajemniczenie. Nauki geograficzne patronują takim eskapadom, a zaleca je nawet Pismo Święte. Orton uciekł od swego nędznego przedmieścia koloru brudnej róży i wypłynął okrętem na ocean, i przyjrzał się z rozczarowaniem Krzyżowi Południa i zbiegł ze statku w jakimś południowym porcie. Był spokojnym, cichym kretynem. Według praw logiki mógłby (i powinien był) umrzeć z głodu, mimo to, swoją nieokreśloną pogodą ducha, jowialnością, wiecznym uśmiechem i bezgraniczną łagodnością, pozyskał sobie pewną rodzinę nazwiskiem Castro i przyjął to nazwisko za swoje. Z owego pirackiego fragmentu jego historii nie pozostał żaden ślad; wdzięczność jego nie malała jednak z biegiem czasu: w roku 1978 spotykamy go w Australii, wciąż pod tym samym nazwiskiem – Tom Castro. W Sydney poznał czarnego lokaja, niejakiego Billa. Bill nie był piękny, ale posiadał ten specyficzny spokój, monumentalność i solidność, właściwą dziełom architektury i Murzynom po pięćdziesiątce, nieco ociężałym i władczym. Posiadał także inną jeszcze cechę, której pewne dzieła z dziedziny etnografii odmawiają ludziom jego rasy: pomysłowość bliską geniuszowi. Był to mężczyzna pełen przyzwoitości i skromności, z pradawnymi afrykańskimi żądzami stępionymi przez długie obcowanie z kalwinizmem Poza okresami, w których nawiedzał go bóg (zajmiemy się tym nieco później), był zupełnie normalny – z jednym małym wyjątkiem: cierpiał na wstydliwą i długotrwałą bojaźń, która zatrzymywała go na skrzyżowaniach ulic, zmuszając do niespokojnych spojrzeń na wschód i na zachód, na północ i na południe, w trwodze przed nagłym pojazdem, który mógłby położyć kres jego dniom. Orton ujrzał go pewnego wieczora na pustym skrzyżowaniu ulic w Sydney, w chwili gdy wyzwalał w sobie decyzję przejścia na drugą stronę i stawienia czoła wyimaginowanej śmierci. Przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, po czym podał mu ramię i w zdziwieniu przeszli obaj nie-szkodliwą jezdnię. Od owej chwili, należącej do dawno zmarłego wieczora, został ustanowiony protektorat niepewnego i monumentalnego Murzyna nad opasłym głuptasem z La Rochelle. We wrześniu 1978 roku przeczytali obaj w miejscowej gazecie rozpaczliwe ogłoszenie pt. ubóstwiany nieboszczyk. Pod koniec kwietnia 1977 roku (w tym samym czasie, kiedy Orton powodował wylewy chilijskiej gościnności, tak szerokiej jak chilijskie patia) zatonął na wodach Atlantyku parowiec “Mermaid”, w drodze z Rio do Liverpoolu. Na liście zaginionych znalazł się Roger Charles, oficer angielski wychowany we Francji, pierworodny syn jednej z najstarszych katolickich rodzin Anglii. Rzecz nie do wiary – śmierć młodego Anglika, mówiącego po angielsku z najczystszym francuskim akcentem, któremu zazdroszczono paryskiej elegancji, gracji i erudycji, stała się epokowym wydarzeniem w życiu Ortona, który nigdy na oczy go nie widział. Przerażona i zbolała matka Rogera, nie chciała uwierzyć w śmierć syna i dawała rozpaczliwe ogłoszenia do gazet o najszerszym zasięgu. Jedno z takich ogłoszeń wpadło w miękkie, żałobne ręce czarnego Billa, w którego głowie narodził się genialny plan. Roger Charles był smukłym dżentelmenem, raczej skrytym, o ostrych rysach, smagłej twarzy, czarnych prostych włosach, żywych oczach i o nieznośnie pedantycznym sposobie mówienia; Orton był wylewnym prostakiem, miał ogromny brzuch, absolutnie rozmazane rysy twarzy, nieco piegowatą cerę, kędzierzawe brązowe włosy, nieskończenie zaspane oczy oraz nieobecny i mglisty sposób mówienie. Bill odkrył, że obowiązkiem Ortona jest wsiąść na pierwszy statek płynący do Europy i spełnić nadzieję matki Rogera Charlesa, podając się za jej syna. Plan był szaleńczo naiwny, ale Bill miał umysł nie od parady co raz bardziej subtelny: Bill zdawał sobie sprawę, że dostarczenie doskonałego sobowtóra wytęsknionego Rogera Charlesa było rzeczą niemożliwą. Wiedział także, iż wszelkie podobieństwa, które można było osiągnąć, posłużyłyby tylko dla uwydatnienia pewnych nieuniknionych rozbieżności. Zrezygnował więc z podobieństwa w ogóle. Zrozumiał, że ogromna niedorzeczność roszczenia będzie dowodem wykluczającym jakąkolwiek myśl o fałszerstwie, nikt bowiem nie zaniedbałby w sposób tak rażący najprostszych dowodów tożsamości. Nie wolno nam też zapominać o wszechmocnej współpracy czasu: czternaście lat na południowej półkuli i ciężki los mogą zmienić człowieka. Istniała jeszcze jedna istotna przyczyna takiego postępowania: powtarzające się wciąż, niedorzeczne ogłoszenia w gazecie matki Rogera wskazywały na jej niezachwianą pewność, że Roger Charles żyje jeszcze, i na jej wolę rozpoznania swego syna… Tom Castro, uległy jak zawsze, napisał do lady ze Zjednoczonego Królestwa. Aby ugruntować swoją tożsamość, powołał się na wiarygodne świadectwo dwóch pieprzyków na lewej piersi i na zdarzenie z dzieciństwa – tak smutne, ale tym samym tak pamiętne – kiedy to został napadnięty przez rój pszczół. List był krótki i – podobnie jak jego autorzy – nie przejawiał specjalnych skrupułów ortograficznych. W okazałej samotności paryskiego hotelu wytworna dama czytała list raz i drugi ze łzami szczęścia, i w ciągu paru dni odnalazła w pamięci wspomnienia, o które prosił jej syn. Szesnastego stycznia 1991 r. Roger Charles wkraczał do tegoż hotelu. Pełen szacunku, w przyzwoitej odległości, podążał za nim jego służący, Adalbert Bill. Zimowy dzień był pełen słońca; znużone oczy matki przesłonięte były łzami. Murzyn otworzył okna na oścież. Światło zastąpiło maskę: matka rozpoznała marnotrawnego syna i padli sobie w ramiona. Teraz, kiedy miała go naprawdę przy sobie, mogła już obejść się bez pamiętnika i bez listów, które przysłał jej z Brazylii: były to jedynie ukochane odblaski jego osoby, którymi karmiła swą samotność czternastu ponurych lat. Zwracała mu je z dumą: nie brakowało ani jednego. Bill uśmiechał się dyskretnie: dobroduszny upiór Rogera Charlesa zyskiwał pełną dokumentację. Ad maiorem Dei gloriam. Radosne to rozpoznanie – które wypełnia jak gdyby pewną tradycję klasycznej tragedii – powinno uwieńczyć tę historię, zapewniając szczęście, lub co najmniej możliwość takiego szczęścia, trzem osobom: prawdziwej matce, apokryficznemu i łagodnemu synowi i konspiratorowi wy-nagrodzonemu opatrznościową apoteozą swojego kunsztu. Los (taka jest nazwa, którą nadajemy nieskończonemu i bezustannemu działaniu tysięcy splatających i rozplatających się spraw) rozwiązał to jednak w inny sposób. Pani Lady zmarła w roku 1994, a krewni wytoczyli proces przeciwko Ortonowi o uzurpację tożsamości. Obce były im łzy i samotność, nieobca natomiast chciwość, nigdy też nie uwierzyli w tego grubego półanalfabetę, który tak nie w porę objawił się w Australii w charakterze marnotrawnego syna. Orton miał poparcie niezliczonych wierzycieli, którzy rozstrzygnęli, że ma on pozostać Rogerem Charlesem aby mógł ich spłacić. Mógł także liczyć na przyjaźń adwokata rodziny i antykwariusza. To jednak nie wystarczało, Bill pomyślał, że na to, by zwyciężyć w tej trudnej grze, trzeba zdobyć przychylność jakiegoś silnego nurtu opinii publicznej. Wziął cylinder i elegancki parasol i wyszedł w poszukiwaniu natchnienia na ulice Londynu. Było pod wieczór: Bill włóczył się aż do chwili, gdy księżyc o barwie miodu podwoił się na czworokątnej wodzie miejskich fontann. Jego bóg nawiedził go. Bill przywołał dorożkę i kazał zawieźć się do domu znanego mu antykwariusza. Antykwariusz wysłał długi list do “Times’a”, w którym zapewniał, że domniemany Roger Charles jest bezwstydnym oszustem. List podpisał ojciec Guitton z Zakonu Jezusa. Wiele innych listów, nie mniej katolickich, zostało wysłanych w ślad za pierwszym. Skutek był natychmiastowy, dobrzy ludzie odgadli, że Sir Roger Charles jest ofiarą nikczemnej zmowy jezuitów.

II
Nadeszła wiosna, wabił krajobraz nad Przemszą, ojczyzna zdawała się czarodziejską przystanią. Ta ostatnia wiosna ludzkiego życia. Jak mówiłem wybrałem drogę kapłańską, jednak wydaje mi się brakowało w naszych relacjach uczuć najgłębszych. Ja marnowałem kieszonkowe na zakup książek, bywałem najczęściej roztargniony. Matka nie pochwalała życia, jakie wiodłem, gdyż wiedziała, że przynosi mu mi więcej cierpienia niż radości. Ale nie zapomnę nigdy jej łagodnego charakteru. Bardzo często jej uśmiech pełen był przebaczenia za wszystkie błędy i słabości. Każdy rys szerokiej, pełnej i dobrotliwej twarzy jakby potakiwał radośnie pięknu Życia. Po śmierci mamy poszło jakby w zapomnienie, że więcej nie mam pieniędzy ani przyszłości. W moich podróżach po świecie wałęsałem się po wrzosowiskach, koło rozrzuconych tu i tam, krytych gontem chat, przyglądałem się drwalom ścinającym drzewa, spacerowałem w stronę słońca, mijając cmentarz i uprawne pola. Wspomnienie Ząbkowic zacierało się z wolna. Z czasem znów nabierałem zdrowia i sił i już po krótkim czasie czułem, że muszę znów wziąć się do pracy, tym razem pisarskiej. Albowiem przekonałem się wyraźniej, że byt miłości ukazuje się jako treść relacji osób, a sama miłość przychodzi skądinąd. Relacyjność człowieka wynika z samego faktu stworzenia go „na obraz i podobieństwo” Boga. I tak wspólnota miłości stanowi kryterium poznania świata. Człowiek jest powołany do życia we wspólnocie z innymi ludźmi, więc nie żyje i nie zbawia się sam, ale jako istota społeczna dąży do celu w jedności z innymi. Iwan P.Pawłow powiedział: „Tylko jedna rzecz w życiu naprawdę nas interesuje: nasze własne psychiczne doświadczenie.” Ale jakie jest najbardziej pierwotne doświadczenie człowieka? „Które z wielu pojęć Ja jest najbardziej podstawowe? Które z wielu doświadczeń Ja jest najbardziej źródłowe?… wśród wielu możliwych i faktycznie przeżywanych doświadczeń własnego Ja, doświadczenie Ja jako pewnej swoistej wartości (aksjos) jest doświadczeniem najbardziej podstawowym.”(J. Tischner) Warunkiem koniecznym realizowania przez tak ujęte ‘Ja aksjologiczne’ wartości jest wolność. Ta ostatnia uzewnętrznia się charakterologicznie w spotkaniu osób, w logicznym ciągu wydarzeń. „Doświadczyć źródłowo drugiego człowieka, to spotkać go. /…/ U końca spotkania jawi się możliwość tragedii lub zwycięstwa. Oto filozofia dramatu prof. Tischnera. Przyjaciel Księdza Tischnera, Paul Ricoeur pisał:”…poznaję/…/ siebie tylko wówczas, kiedy rozpoznaję siebie w dziełach innych, które zrozumiałem i które pokochałem. Najkrótszą drogą, która wiedzie ode mnie do mnie, jest myśl innego.” Postawiliśmy na logikę taką a nie inną obecnie…. Chciałbym bynajmniej zauważyć, „dzisiaj umiera w świecie pewna rzecz wielka- prawda. Bez jakiegoś marginesu spokoju prawda umiera” (Jose Ortega y Gasset) Prawdę jako jedyne i niepowtarzalne światło rozwadnia się na kilkadziesiąt świecidełek. Czy widzicie, jak każdy samochód ma inaczej „ustawione” światła. „…postawa będąca mieszaniną sceptycyzmu i dogmatyzmu oraz balansowania między nimi, jest postawą skutecznie uwalniającą współczesnego człowieka od nieznośnego ciężaru pytania o ostateczną prawdę,” mówił Paul Tillich. Powtarzał: „We wszystkich nas, w sposób jawny czy ukryty, swobodny czy ujarzmiony, tkwi jak zadra permanentna rozpacz z powodu niemożności zdobycia prawdy.” Jean Guitton mawiał:”… wszelki kryzys prawdy prowadzi do wzrostu potęgi, uwielbienia siły i czynu”. A człowiek nie przestaje pragnąć teraz, jak myślę „czegoś innego i jak mu się wydawało ’lepszego’: aby prawda była prawdą wszystkich”(Lew Szestow). Od różnych doświadczeń zmierzamy więc ku nowej metafizyce, którą Emanuel Levinas nazywa etyką. Między mną a bliźnim nie istnieje- jak głosi Martin Buber- relacja wzajemności. Owszem istotna jest akceptacja, ale Ja i mój bliźni nie należymy do żadnej całości. Powiedzieć o bliźnim „drugi”, to tym samym przekreślić istotę bliźniego. Bliźni to ktoś niepowtarzalny Wezwanie, które płynie do mnie od tego oto bliźniego, jest jedyne i niepowtarzalne. Ono nie może być pomylone z wezwaniem, które wychodzi od innego bliźniego. Bliźni jest radykalnie odmienny ode mnie. Wartość osoby określa się niekiedy właśnie poprzez taką jej wartość ontyczną. To dlatego mogę bliźniemu się wręcz sprzeciwić. W odróżnieniu od wartości ontycznych tylko wartościom jakościowym- jak powiedziałby D. von Hildebrand- nie przeciwstawia się żadna wartość. I tak osobiście w moich bojach z losem jeszcze czasami idę za Leibnizem sprowadzając uczucia do dążności. Ale zaraz już opieram się na stwierdzeniu M. Schelera, że właśnie uczucia, to jest akty emocjonalne, odsłaniają niepowtarzalny świat wartości. Wydaje mi się, że być szlachetnym, to dzisiaj obdzielać uczuciami, „pozwolić być”. Historia obdarzyła nas teorią obiektywnych norm moralnych w kwestii słusznego działania i tegoż przyjmowania. A moralność od strony zasad: to dążenie człowieka do szczęścia, moralne dobro oraz imperatyw moralny Subiektywna strona moralności przejawia się w sumieniu, które należy uratować za wszelką cenę. Do warunków moralnego postępowania przynależą: wolny charakter aktów ludzkich, cnoty i odpowiedzialność. Człowiek może w konsekwencji zrealizować samego siebie tylko wtedy, gdy spełni misję, do której został powołany-i to w granicach, które wyznacza mu jego dziejowa odpowiedzialność. Ale jest prawdą, że to, czego się pragnie gorąco, często wymyka się, i oto „nadmiar pragnień mści się. I często nie chcąc osiągamy więcej niż chcąc.”(Jean Guitton). Ponieważ wartości moralne nie mają charakteru idealnego i intencjonalnego, lecz obiektywny i realny jeszcze kard. K. Wojtyła dokonał przemiany w ujrzeniu rzeczy takimi jaki są, czyniąc punktem wyjścia etyki chrześcijańskiej nie tyle refleksję nad celem ostatecznym człowieka, co doświadczenie powinności moralnej. Doświadczenie moralne jest przeżyciem swoistości dobra i zła moralnego w aspekcie czynu i jego sprawcy tj. osoby. „Prawdziwa moralność polega nie na trzymaniu się wydeptanego szlaku, ale na tym, by samemu znaleźć dla siebie właściwą ścieżkę i kroczyć nią nieulękle,” zauważył Mahatma Gandhi. Bytujemy w trzecim tysiącleciu ery chrześcijańskiej. I wydaje się nawet, że człowiek nie jest już centrum wszechświata, lecz jego marzeniem tylko. Człowiecze marzenie dzieje się głębiej wręcz jak niebo. Jakkolwiek człowiek kocha siebie jeszcze więcej niż drugiego, to jednak nosi daleko większy niepokój powątpiewania w życie. Jeszcze broni go Chrystus z swoją wspaniałomyślnością. Tak więc doświadczenie niech będzie przeto u początków naszej moralnej drogi, której zwieńczeniem ma być otwarcie na humanistyczną metafizykę jutra w powiązaniu z psychologiczną wiedzą o człowieku. Szczęście zaczynania żyć po raz drugi, jest teraz naszym świętym obowiązkiem. Chciałbym dostrzec wreszcie naszą postawę wobec wartości, która powinna przeważyć ostatecznie o znaczeniu i powadze ludzkiego życia. Czy mi się to udało, Czytelnik to wie, nie mnie o tym mniemać na olsztyńskim bruku.

PS. (wszystko tutaj stanowi licencja poetica autora szkicu, nawet pomysł akapitu drugiego, który zaczerpnął on z Jorge Luisa Borgesa, nie zmieniając przy tym imienia i nazwiska głównego bohatera opowieści, autor)

Pan Cogito w królewskiej Bawarii

Stanisław Barszczak—Przepaść Pana Cogito—
Położone nad rzeka Izara Monachium jest trzecim co do wielkości miastem Niemiec. Stolica Bawarii posiada wszystko, co jest potrzebne by zaspokoić gust najbardziej wymagającego turysty – tętniącą życiem starówkę, wspaniałe muzea, galerie, parki, pałace i ogrody. Monachium jest miastem kontrastów. Miałem szczęście je widzieć. Z jednej strony pieczołowicie kultywuje się tu prawdziwą bawarską tradycje, z drugiej strony, metropolia nad Izara chlubi sie swoją nowoczesnością. Przywiązanie do tradycji widoczne jest m.in. na ulicach miasta, gdzie często można zobaczyć Monachijczyków ubranych w typowe bawarskie stroje. Również ilość restauracji serwujących tradycyjne bawarskie jedzenie świadczy o kulinarnych preferencjach mieszkańców. Najpopularniejsza serwowana tam potrawa jest pieczeń wieprzowa i pieczona golonka z knedlem, narodowy napój to oczywiście piwo dostępne w wielu gatunkach i rodzajach. Nowoczesność ma ogromne znaczenie dla silnej pozycji gospodarczej miasta. Monachium – nazywane często drugą stolica Niemiec. Siedziba wielkich zakładów przemysłowych (BMW , Siemens), centrum handlowe i finansowe, a ostatnie także edukacyjne. Liczba ludności 1 342 166 Założone zostało w 1158 roku jako osada przez Henryka Lwa. Nazwa pochodzi od zakonników benedyktyńskich Mönchen – mnisi. W 1175 roku, ośrodkowi nadano prawa miejskie, a w 1180 roku miasto i cała Bawaria na niemal 850 lat przeszły pod władanie rodu Wittelsbachów. Tradycyjnie jak większość europejskich miast tak i to składa się z dwóch odmiennych światów – historycznego i współczesnego. Najbardziej charakterystycznym monachijskim obiektem zabytkowym jest z pewnością Frauenkirche czyli Kościół NMP wzniesiony na miejscu XIII wiecznej kaplicy, a jego najbardziej charakterystyczną cechą są dwie bliźniacze wieże przykryte nietypowymi kopułami z miedzianej blachy. Znajduje się na Starym Mieście w Monachium, bardzo blisko Marienplatz. Wcześniej na miejscu Katedry stała bazylika romańska, a następnie XIII-wieczna kaplica. Późnogotycka budowla powstała w latach 1468-1488. We wnętrzu można podziwiać cenne rzeźby Hansa Leinberga, Erasmusa Grassera, obrazy Jana Polaka. 99-metrowe wieże zwieńczone okrągłymi hełmami. W Katedrze Najświętszej Marii Panny znajdują się krypty, w których pochowani są królowie i książęta z dynastii Wittelsbachów, m.in.: Cesarz Ludwik IV Bawarski i Król Ludwik III Bawarski. Peterskirche to drugi z kolei kościół pod wezwaniem św. Piotra, stanowiący wizerunek miasta a jednocześnie jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc zabytkowych. W obrębie dawnych murów fortyfikacyjnych, których fragmenty nadal jeszcze można zobaczyć w mieście znajduje się wiele innych kościołów, a także mało atrakcyjny architektonicznie ratusz na rynku Starego Miasta. Starówka jest tu typowa dla niemieckich miast, pełna mieszczańskich domów i wąskich ulic. Znajduje się tu również ogromny XIV-wieczny zespół pałacowy, posiadający aż osiem dziedzińców i kilkanaście pałacowych skrzydeł. Ale o tej rezydencji za chwilę… Niezwykle interesujący jest teżKonigsplatz jako miejsce skupiające znane XIX-wieczne budowle, w tym gmach Zbiorów sztuki Antycznej. Poza zabytkami architektury wart obejrzenia jest położony w centrum miasta Ogród Angielski, założony w 1788 roku, największy śródmiejski park w Europie i jeden z najstarszych na świecie. W części południowej znajduje się jeden z największych w Monachium ogrodów piwnych (Biergarten). Wokół Chińskiej wieży znajduje się sztucznie nasypane wzniesienie z klasycystyczną kopułą na greckich kolumnach, będące popularnym punktem widokowym na centrum miasta. Do innych obiektów przyrodniczych można zaliczyć monachijski park przy pałacu Nymphenburg, charakteryzujący się licznymi kanałami wodnymi i ukrytymi w zieleni pawilonami oraz Hofgarten – dworski ogród z przepięknymi arkadami. Przechodziłem kilka razy w jego pobliżu podczas mojego pobytu w stolicy Bawarii. Dla zainteresowanych polecam piesze trasy zwiedzania Monachium: Kościoły na starówce, m. in. katedra Frauenkirche, kościół św. Piotra, św. Michała, św. Ducha, Asamkirche, kościół Teatynów. Co jeszcze warto zobaczyć w Monachium? Stary Dwór czyli Alter Hof to budowle średniowieczne, rezydencja książąt bawarskich i cesarzy niemieckich. W 1255 roku został siedzibą księcia Ludwika II Bawarskiego, a potem pierwszą stałą. Stary Ratusz – znajduje się w centrum bawarskiej stolicy czyli Monachium, przy Marienplatz czyli placu Mariackim. Pochodzi z 1480 roku i został wybudowany pod nadzorem Jorga von Halsbacha. Wcześniejsza siedziba zarządu miasta (do 1974 roku) teraz znajduje się tam Spielzeugmuseum czyli muzeum zabawek. Wcześniej na miejscu starego ratusza znajdowała się budowla pochodząca z 1310 roku. Wnętrze Ratusza jest w stylu gotyckim, najstarsza cześć ratusza to wieża wybudowana w latach 1180-1200. Parter ratusza zdobi sala ceremonialna. Na ścianie zewnętrznej zobaczyć można fryz z 96 herbami z 1476 roku. Nowy Ratusz – podobnie jak Stary Ratusz znajduje się w samym centrum Monachium, przy Marienplatz (placu Mariackim). Powstał w XIX w. (budowany w latach 1867-1909) z inicjatywy radnych miasta. Jego budowa była możliwa po uprzednim wyburzeniu aż 24 kamienic. Nowy Ratusz w stylu neogotyckim zaprojektował Georg von hauberrisser. Nowy Ratusz jest budowlą słynącą z 43 dzwonów zainstalowanych na wieży oraz z mechanizmu zegarowego, który jest czwarty na świecie co do wielkości. Nowy Ratusz posiada aż 6 dziedzińców. Na ścianach zewnętrznych odnaleźć można elementy zdobnicze przedstawiające historię Bawarii. Jak już mówiłem na starówce jest Plac Mariacki (Marienplatz) – nosi nazwę Świętej Marii, która, jak głosi historia, miała uratować naród niemiecki przed epidemią cholery. Położony jest w centrum Monachium. Jeśli Mamy czas idźmy do Pinakoteki. (w sobote wejście kosztuje 1 euro, najświeższa informacja) Stara Pinakoteka czyli Alte Pinakothek to monachijskie muzeum sztuki , które znajduje się a budynku projektu Lea von Klenze (styl neorenesansowy). Wśród dzieł sztuki zebranych w muzeum znajdują się dzieła od XV-wiecznych, po dzieła z epoki rokoko. Odnajdziemy tam malarstwo niemieckie, holenderskie, flamandzkie, włoskie, hiszpańskie, takich mistrzów, jak: Leonardo da Vinci, rembrandt, Tycjan, Hieronim Bosch, El Greco, Rafael Santi, Peter Rubens. W Starej Pinakotece znajdują się obrazy: „Dzieci z melonem i winogronami” Bartolomé Estebana Murilla, „Upadek zbuntowanych aniołów” Petera Paula Rubensa, „Pokłon Trzech Króli” Rogera van der Weydena, „Madonna z goździkiem” Leonarda da Vinci. Nowa Pinakoteka czyli Neue Pinakothek to oddział bawarskich Państwowych Kolekcji Malarstwa (Bayerische Staatsgemäldesammlungen) czyli monachijskie muzeum, w którym znajdziemy działa sztuki od czasów klasycyzmu do art nouveau. Znajdziemy tu zbiory XVIII-wieczne i XIX-wieczne. Obejrzymy malarstwo Arnolda Böcklina, Karla von Pilotyego, Jacques-Louis Davida. Założycielem był Ludwik I Wittelsbach, który kolekcjonował dzieła sztuki od 1809 roku i potrzebował godnego miejsca do ich przechowywania. Budynek został doszczętnie zniszczony podczas Drugiej Wojny Światowej, ocalone dzieła przeniesiono do innego monachijskiego muzeum Haus der Kunst (Dom Sztuki). Nową Pinakotekę odbudowano w 1981 roku. Projektatnem budynku jest Alexander von Branc. Na starówce odprawiałem Mszę świętą w Kościele Świetego Michała- to dzieło renesansu znajduje się na Starym Mieście przy Neuhauser Strasse 6 i jest jednym z największych renesansowych kościołów. Fasada przedstawia dzieje bawarii od dawnych czasów aż do rządów Księcia Wilhelma V. Na szczycie fasady znajduje się Chrystus Zbawiciel. We wnętrzu Kościoła znajduje się bardzo wiele dzieł sztuki, na przykład ołtarz główny autorstwa Wendela Dietricha, pochodzący z lat 1586-1589. Płaskorzeźby na ołtarzu przedstawiają proroctwo Ezechiela, zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa oraz wskrzeszenie Łazarza. Ambona pochodzi z 1697 roku. Na ołtarzach bocznych znajdują się liczne obrazy, na przykład Zwiastowanie Najświętszej Marii Panny z 1587 roku autorstwa Petera Candida. W kościele zobaczyć możemy także relikwiarz św. Kosmy i św. Damiana, nagrobek Eugeniusza de Beauharnais, krzyż Giovanniego da Bologna i rzeźba Marii Magdaleny Hansa Reichle. W Monachium możemy jeszcze zwiedzić m.in. Kościół Ducha Świętego – jest jedną z najstarszych świątyni w Bawarii. Budynek ten pochodzi z końca XIV wieku. Ale także Gliptotekę, czyli Muzeum Sztuki Starożytnej – muzeum powstało w 1830 roku, jednak już od początków XIX wieku król Bawarii Ludwik I zaczął kolekcjonować dzieła sztuki. Aktualnie Gliptoteka jest częścią dzielnicy muzealnej Monachium. Znajduje się tam największy zbiór starożytnej kultury greckiej, dlatego często miejsce to nazywane jest „niemieckimi Atenami”. Ściany muzeum ozdobione są kolorowymi freskami i malowidłami. Podczas drugiej wojny światowej muzeum zostało doszczętnie zniszczone, udało się jednak ocalić większość eksponatów. W muzeum tym znajdują się trzy rodzaje kolekcji: dział sztuki egipskiej, dział rzeźby greckiej i rzymskiej oraz dział drobnej sztuki greckiej i rzymskiej. W Monachium jest Kościół Św. Ludwika – budowla pochodzi z pierwszej połowy XIX wieku. Kościół zbudowany został na wzór romańskich. Nie zapomnijmy o Kościele Teatynów – jest to jeden z najwspanialszych kościołów katolickich w tej części Niemiec, a jego wygląd czyni go jednym z najbardziej rozpoznawalnych budynków w Monachium. Wzniesiony został w połowie XVII wieku, jako dziękczynienie za urodzenie długo oczekiwanego syna elektora Bawarii – Ferdynanda. Obecna fasada budynku jest dziełem wybitnego mistrza stylu rokoko – François de Cuvilliés Starszego. Kościół pomalowany jest na żółto i wykończony w stylu włoskiego baroku. W krypcie pod kościołem znajdują się groby wybitnych członków rodziny Wittenbachów, między innymi: Cesarza Karola VII Bawarskiego, Króla Maksymiliana I Bawarskiego oraz Króla Otto I Greckiego. Wspomniany już przeze mnie Pałac Nymphenburg – ten przepiękny zespół pałacowo – parkowy był niegdyś letnią rezydencją Wittenbachów. Budynek wzniesiony został w latach 60 XVII wieku, według projektu Agostina Barelli. W 1702 roku pałac został przebudowany, dobudowano do niego pawilony boczne z galeriami, stajnie dworskie, a także zwiększono obszar ogrodu. Był to więc pałac w stylu włoskiego dworku wiejskiego. W późniejszym okresie budynek był kilkakrotnie modernizowany. Do najpiękniejszych miejsc w Pałacu Nymphenburg należą: sprawiająca niesamowite wrażenie Sala Lustrzana oraz Galeria Piękności, w której znajdują się portrety najpiękniejszych kobiet epoki. Do Pałacu prowadzi długa aleja, pośród której jest fosa. Otoczenie pałacu jest niezwykle urokliwe, dlatego miejsce to jest uważane jest za jedno z najświetniejszych zespołów pałacowo – parkowych w Europie. A teraz chciałbym wrócić do Rezydencji królewskiej – ta dawna rezydencja królewska jest jednym z ciekawszych zabytków Monachium. Budowla powstała pod koniec XIV wieku, dzięki Wittelsbachom, którzy przenieśli tu z dworu Alter Hof. Na kompleks ten składają się trzy mniejsze grupy budynków: Königsbau, Rezydencja Maksymiliańska oraz Festsaalbau. Wśród licznych budowli mamy przegląd różnorodnych stylów architektonicznych, od renesansu, przez barok, rokoko do budynków w stylu neoklasycystycznym. Aktualnie Rezydencja ta służy przede wszystkim celom muzealnym i kulturalnym. Muzeum Rezydencji obejmuje około 130 pomieszczeń, faktycznie jest to zespół wielu różnych ekspozycji, które zwiedzać można niezależnie od siebie. Moja uwagę przykuła kaplica Maksymiliana I z przed trzystu laty, która jest perłą mozaikowej roboty. A wydaje się być także perłą wyobraźni chłopca, uczułem się tutaj jak na mojej ministranckiej „suchej mszy”sprzed lat, gdy w obecności mojej mamy przy pokojowym ołtarzyku „odprawiałem” przeróżne nabożeństwa… Dzisiaj przed Rezydencją królewską „zasiada na tronie” król Maksymilian II. Można go tam banajmniej widzieć. Myślę, że Bawaria królewska (lata 1806-1918) odziedziczyła jego charakter. Maksymilian II Bawarski, Maksymilian II Józef Wittelsbach (ur. 28 listopada 1811 w Monachium, zm. 10 marca 1864 w Monachium) – król Bawarii w latach 1848 – 1864. Maksymilian II był synem króla Ludwika I i Teresy von Sachsen-Hildburghausen. Odebrał solidne i wszechstronne wychowanie. Zgłębiał nauki prawa państwowego i historii w Getyndze i Berlinie. W czasie studiów w Getyndze był uczniem Fryderyka Dahlmana i Arnolda Heerena, w Berlinie zaś Fryderyka Raumera i Leopolda von Ranke. Król Maksymilian swoje rozumienie historii a także zamiłowanie do tego, co uniwersyteckie przejął po części od wszystkich tych wykładowców. Starał się później tą samą drogą pokierować losy swego syna Ludwika, lecz ten nie przejawiał większych zainteresowań w tym zakresie. W wieku 21 lat Maksymilian kupił ruiny zamku Hohenschwangau i odbudował go. Maksymilian II objął tron po abdykacji ojca 11 marca 1848 roku. W chwili objęcia władzy miał 37 lat, był wysokiego wzrostu i miał dobrą prezencję. Zapewniał rodzinę, że gdyby nie był królem wykładałby na uniwersytecie. Nie znosił publicznych wystąpień i dworskiej etykiety, choć przestrzegał jej sumiennie z zaskakującą wytrwałością. Najchętniej przebywał wśród pisarzy, erudytów i uczonych. Pomnik króla Maksymiliana w Monachium jakby uzewnętrznia bynajmniej potęgę Bawarii jego czasów. Papież Benedykt XVI kiedy wybierał się do Bawarii w 2006 roku rzekł o niej: „Państwo, wielka Bawaria!” W polityce zagranicznej Maksymilian II od początku swych rządów dążył do zachowania niezależności Bawarii. Odmówił poparcia dla przegłosowanej w Berlinie Konstytucji Królestwa Pruskiego, ogłoszonej dnia 5 grudnia 1848 r.[3] Starał się zbudować z Bawarii trzecią siłę polityczną po Austrii i Prusach.W polityce wewnętrznej był podobnie jak ojciec mecenasem kultury i sztuki. Pod patronatem króla prowadzono w Monachium liczne sympozja i konferencje. Zreformował szkolnictwo, prawo i sprawy społeczne. Założył Akademię Nauk i Bawarskie Muzeum Narodowe. Od1854 roku organizował co tydzień sympozja duchowej elity Bawarii. 20 sierpnia 1858 roku powołano Komisję Historyczną działającą przy Bawarskiej Akademii Nauk. Król Maksymilian w czasie swojego panowania stanął przed koniecznością rozwiązania kilku ważkich kwestii politycznych. 15 listopada 1863 roku umarł nagle Fryderyk VII, król Danii. Na nowo rozgorzał spór na temat ustrojowego statusu księstw Szlezwiku i Holsztyna, które należały do Związku Niemieckiego. Przed śmiercią król Fryderyk VII przygotował projekt „zjednoczonej Konstytucji Państwa” który włączyłby Szlezwik do królestwa duńskiego.[4] Dwa dni później król umarł i projekt nie wszedł w życie. Król Maksymilian w zaistniałej sytuacji próbował odegrać rolę trzeciej siły między pretensjami duńskimi a pruskimi ambicjami.[5] Ostatecznie jego starania zakończyły się fiaskiem. Otto von Bismarck, kanclerz Niemiec, zaproponował Austrii wspólne wystąpienie przeciwko Danii. Franciszek Józef I zaakceptował tę propozycję. Wojna, która wybuchła w 1864 roku przyniosła sukces koalicjantom. Na terenie Szlezwiku-Holsztyna ustanowiono kondominium, jednak głównie za sprawą Bismarcka nie funkcjonowało ono poprawnie, a jego rządzenie nastręczało wielu kłopotów. W tej sytuacji Austria zaproponowała podział księstw, w wyniku czego Szlezwik przypadł Prusom, natomiast Holsztyn Austrii. Król Maksymilian dbał o publiczny wizerunek i własny dom. Kochał sztukę i promował wszelkie działania na rzecz zachowania przez swoich poddanych bawarskiej tożsamości narodowej. Popierał bawarskie stroje, obyczaje czy muzykę ludową. Dwukrotnie za jego panowania w latach 1849 i 1855 na terenie całej Bawarii odbywały się liczne koncerty promujące muzykę ludową tego kraju. Prowadząc politykę państwa król Maksymilian często zasięgał rady ministrów. Decyzje polityczne podejmował wolno i zawsze po długim namyśle. Choć jego stosunki z ojcem były napięte kontynuował jego dzieło w zakresie prac budowlanych podnoszących rangę stolicy państwa, Monachium. 12 października 1842 ożenił się z księżniczką pruską, Marią Fryderyką (wnuczką króla Prus -Fryderyka Wilhelma II Hohenzollerna), z którą miał dwóch synów – szalonych królów Bawarii: Ludwika II (1845-1886), Ottona (1848-1916). Maksymilian II zmarł 10 marca 1864 roku na zapalenie płuc i został pochowany w kościele Teatynów w Monachium. Jeśli mamy jeszcze czas odwiedźmy Stadion Olimpijski w Monachium (spacerowałem koło tej ‘niepozornej’ budowli). To wielofunkcyjny obiekt sportowy, który znajduje się w północnej części miasta, w centralnej części Parku Olimpijskiego (Olympiapark München). Stadion ten był główną areną Letnich IO 1972 oraz jedną z aren Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 1974 i Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej 1988. Zaprojektowany przez niemieckiego architekta Günthera Behnischa oraz inżyniera Frei Otto stadion był uważany w swoich czasach za projekt rewolucyjny: tak duże połacie sklepień z pleksiglasu podtrzymywane stalowymi słupami zastosowano po raz pierwszy na tak dużą skalę. Po olimpiadzie stadion był miejscem rozgrywek dwóch monachijskich klubów piłkarskich: FC Bayern München i TSV 1860 München. Obie drużyny grały na nim mecze aż do 2005 roku, kiedy to kluby przeniosły się do nowo powstałego stadionu Allianz Arena. Na tym stadionie piłkarska reprezentacja Polski odnosiła największe sukcesy: złoty medal na IO 1972 oraz srebrny (3 miejsce) na MŚ 1974 (7:0 z Haiti oraz 1:0 w decydującym meczu z Brazylią). W 2002 roku obiekt gościł mistrzostwa Europy w lekkoatletyce, a w 2007 lekkoatletyczną SPAR Superligę pucharu Europy. W Monachium wznosi się też Allianz Arena – to jeden z najnowocześniejszych stadionów na świecie. Odbywają się tam mecze monachijskich drużyn piłkarskich. A teraz jeszcze raz spacer po starówce, nutka rozrzewnienia. Trzeba by ujrzeć Monachium oczyma mieszkańców, m. in. kościół św. Piotra, dzielnica Hackenviertel, Asamkirche, Sendlinger Tor, muzeum miejskie, Viktualienmarkt, kościół św. Ducha. Królewskie Monachium, m. in. plac Mariacki, stary Dwór, stara mennica, Hofbräuhaus, Max-Josef-Platz, rezydencja wraz z dziedzińcami i kościołem Wszystkich Świętych, ogród dworski, Odeonsplatz. Monachium króla Ludwika I, m. in. Odeonsplatz, Ludwigstraße, kościół św. Ludwika, dzielnica Pinakotek, plac Królewski. Domy szlacheckie w Monachium, m. in. na Residenzstraße, Ludwigstraße, Kardinal-Faulhaberstraße, Prannerstraße, Pacellistraße, Lenbachplatz. Polityka w Monachium, i CSU; m. in. Odeonsplatz, Ludwigstraße, Bayerische Staatskanzlei, Maximilianstraße, Maximilianeum. Dzielnica muzealna, m. in. Alte i Neue Pinakothek, Pinakothek der Moderne, Museum Brandhorst, Zbiory Antyczne i Gliptoteka na Placu Królewskim, Lenbachhaus. Czasy faszyzmu, m. in. Odeonsplatz, Platz der Opfer des Nationalsozialismus, Briennerstraße, Karolinenplatz, Führerbau, Plac Królewski. Szlakiem żydowskim, m. in. Marienhof, Tal, St.-Jakobs-Platz, Maxburg, Kardinal-Faulhaberstraße, Platz der Opfer des Nationalsozialismus. Ojciec święty-Emeryt Benedykt XVI w Monachium, kiedyś jako Arcybiskup był tu u siebie (możliwość połączenia Fryzyngi i Monachium). Zielone miasto, m. in. Ogród angielski i tereny nad Izarą. Olimpiapark, jego historia i czasy obecne, możliwość wejścia do objektów sportowych i na wieże olimpijską. Piłka nożna, m. in. Stadion Allianz Arena i tereny olimpijskie. A nie wspomniałem jeszcze o Deutsches Museum w Monachium, specyficznym niemieckim Muzeum, które zajmuje teren na wyspie w pobliży Izery. Utworzone na początku XX wieku z inicjatywy inżyniera Oskar von Millera, którego apel w tym zakresie spotkał się z szerokim poparciem niemieckich środowisk naukowych i przemysłowych. Utrzymują to poparcie przez cały, blisko już stuletni, okres istnienia muzeum. Muzeum otrzymało charakterystyczną nazwę – Muzeum Niemieckie, co świadczyło o znaczeniu, jakie przykłada się w Niemczech do gromadzenia zabytków i dokumentów niemieckiej, a także światowej techniki oraz nauki. Deutsches Museum gromadzi zbiory ze wszystkich prawie dziedzin techniki i przemysłu, a także z wielu dziedzin nauki. Równocześnie stanowi aktywy ośrodek badań w zakresie historii techniki i nauki z liczna kadrą pracowników, własnymi wydawnictwami (muzeum posiada blisko 800 tys. książek w swojej kolekcji) oraz rozległą międzynarodową współpracą.
W ekspozycjach dominuje układ branżowy, poszczególne sale poświęcone są różnym dziedzinom techniki, przemysłu i nauki. Pewnego rodzaju specjalnością w muzeum są liczne, o dużej wartości dydaktycznej modele i tzw. dioramy, przedstawiające procesy produkcyjne wraz z prowadzącymi je zakładami oraz inżynierskie budowle. Wśród zgromadzonych eksponatów znajdują się obiekty świadczące o pionierskich działaniach techników niemieckich w wielu dziedzinach, np. pierwsza elektryczna lokomotywa konstrukcji Wernera Siemensa z 1879 roku, trójkołowy samochód zbudowany przez Karla Benza w 1886 roku, maszyna rachunkowa Godfrieda Leibniza z początku XVIII wieku, U-1 − pierwszy niemiecki bojowy okręt podwodny z 1906 roku. Kiedy byłem małym chłopcem marzyłem o takiej podróży. Pewnego dnia uśmiechnęło się do mnie słoneczko. Pojechałem na koniec miasta i w kościele w Tilkirchen „uścisnąłem dłoń” Kardynałowi Reinhardowi Marxowi. Przedstawiłem się w kilku zdaniach w jezyku niemieckim, nastepnie podarowałem mu moją książeczkę w jezyku francuskim. Do mnie „zagadnął” coś nawet po francusku. Kardynał Kościoła Katolickiego, ur. 21 września 1953 r. w Geseke (Niemcy), studiował filozofię i teologię w Paderbornie i w Paryżu, święcenia kapłańskie otrzymał 2 czerwca 1979 r. Po studiach w Münster i Bochum uzyskał doktorat z teologii. W 1996 r. został wykładowcą chrześcijańskiej nauki społecznej na Wydziale Teologicznym w Paderbornie. 23 lipca 1996 r. Jan Paweł II mianował go biskupem pomocniczym (tyt. Pedena) w diecezji Paderborn, a 20 grudnia 2001 r. — biskupem Trewiru. Od 1999 r. jest przewodniczącym komisji «Iustitia et Pax» Episkopatu Niemiec. 30 listopada 2007 r. jako następca kard. Friedricha Wettera został arcybiskupem Monachium i Fryzyngi. A przed nami Bawaria: Oficjalny plakat na Oktober Fest 2013. Ktoś podsuwa mi obrazki: Klasztoru Andechs. Klasztor benedyktyński na wzgórzu Heiliger Berg w Andechsie na wschodnim brzegu Jeziora Ammer w górnej Bawarii w południowych Niemczech. Zabudowania klasztorne postawiono w miejscu dawnego zamku Andechs. Następnie wpatruję się w zamki Ludwika II: Bajkowy Zamek Neuschwanstein, Pałac Linderhof, Pałac Herrenchiemsee, Zamek Hohenschwangau, Zamek Falkenstein. Zamek Neuschwanstein, to tzw. Nowy Kamienny Zamek Łabedzia, XIX-wieczny zamek położony w Bawarii, nad przełomem rzeki Pollak w Alpach Bawarsko-Tyrolskich, na pograniczu Niemiec i Austrii ok. 120 km od Monachium. Ale jeszcze ktoś z Was może tutaj podziwiać Alpy z lotu ptaka …. Mają Państwo możliwość przeżycia niezapomnianej przygody – lot balonem. Jedna z najbardziej fastynujacych przygód, pełna widoków alpejskich gór jest już w zasięgu Waszych marzeń. A więc to jest ta moja Bawaria, wielka i wspaniała, z jej piękną historią, o której chciałem Wam powiedzieć. Choc osobiście już „nie mam myśli czystej”. Choć w Bawarii bynajmniej mogłem rozwinąć historię świata najmocniej jak tylko można. I patrzcie, dzisiaj księża są wyśmienici, a jakie piękne głoszą kazania! Inna sprawa, że teraz nie mówią święci, i chyba nie przemawiają do wyobraźni tak mocno jak dawniej, może jest ich za dużo kanonizowanych wspólnie. Ale istnieją jeszcze inne rekwizyty tamtego świata, jakieś symbole wydaje się zmarnowanego żywota, jak choćby ruiny kościółka w Trzęsaczu czy nowoczesna willa w Niechorzu nad Bałtykiem, czy wreszcie obsypiska ziemi w rodzinnych Ząbkowicach- „żeby tylko wiedzieć jaką pije wodę, jakim karmić ją ziarnem.” To jest przepaść współczesnego Pana Cogito: jeszcze jesteśmy w domu, ale są już dni bezdenne, dni budzące grozę. Ciało miażdżone innym czasem, porzucone jak kokon. I teraz jeszcze „Pan Cogito zostawia przepaść za progiem przykrywając starannie kawałkiem starej materii.” Bo nie napisał listu do matki i nie był w stanie odpowiedzieć na list ojca. Ale przesłanie Pana Cogito trwa dalej: „bądź wierny, idź.”(Z. Herbert) Jeszcze nie spojrzałem na Są ostateczny w Orvieto, a moje Arles, to –Lizbona. Ale nie żałuję… Bo za mną- „uznanie siebie w ogólnym jestestwie rodu ludzkiego”(M. Mochnacki). Choć nieustannie jeszcze przede mną iście ludzkie bytowanie: „uznanie we własnym, tak minionym, jak i obecnym jestestwie”- bo inaczej umrzemy indywidualistami. Jako Polacy umieramy- „Zostańmy rzecząpospolitą (nie mrówek, ale) pielgrzymów.”(M. Mochnacki) Kończę prosząc Europę- o mądrość, to jest o odbudowanie Polski w jej jestestwie.

jesteśmy lepszymi przyjaciółmi

Stanisław Barszczak… W poszukiwaniu kluczy do otwierania nowych horyzontów w różnych wymiarach odnośnie ludzkich możliwości i uczuć- na kanwie myśli Alisdaire’a MacIntyre’a…

Istnienie odpowiedzialności jest warunkiem urzeczywistnienia się zarówno wolności jak i odpowiedzialności. Istotna odpowiedzialność polega na substytucji. Ta ostatnia polega na redukcji Ja do mnie, powiedziałby Levinas. Odpowiedzialność o stopień wyższa, jest powrotem do pasywności znoszenia siebie. Piszę te rozważania jako chrześcijanin. Tutaj człowiek odpowiada nie za siebie, ale za Chrystusa przed ludźmi, mamy oddać biednym i głodującym wszystko, co posiadamy. Stawać się dzielnymi, to wreszcie podjąć życie w miejsce innych (Stellvertretung), tutaj odpowiedzialność jako zawsze już obecna (a nie jako możliwość). Pełne oddanie własnego życia drugiemu, to znaczy odpowiedzialność według Bonhoeffera. „Wolnym jest człowiek, któremu świat stawia pytania i który odpowiada- to jest człowiek odpowiedzialny.”(E. Mounier) Zaistnienie dylematów nie przemawia za ty, że są ostatecznymi faktami życia moralnego: 1/nie potwierdza to pełnienie więcej niż jednej roli społecznej; 2/ niewspółmierność odnośnych norm powoduje zaś nierzadko nieuchronną porażkę pewnej moralnie zasadnej osoby; 3/ alternatywne ideały charakteru domagają się na przykład bezwzględnego egoizmu- może zaistnieć perspektywa niepełnowartościowego życia. Dzisiaj mamy raczej stosowność winy, a nie skruchy, i ona odróżnia autentyczny dylemat moralny od innych przypadków. Znaczenie moralnego dociekania dla życia moralnego można adekwatnie zrozumieć tylko w kategoriach rozwiniętej koncepcji życia moralnego jako polegającego na praktycznych dociekaniach. Tym tematem zajął się Alisdair MacIntyre (ur.1929), szkocki myśliciel, którego analizy zamierzamy przedstawić w tym artykule.(autor tych rozważań napisał już kilka artykułów z A. MacIntyre’a)
W tym tekście omawiam argument Alisdaire’a MacIntyre’a według którego pojęcie sprawiedliwości nie może dostarczyć bazy dla praktycznego i filozoficznego uzgodnienia.(por. E. Leontsini). Jesteśmy nierzadko zobligowani do podjęcia „granic wspólnoty” (Helmuth Plessner zwracał uwagę na śmiech, krzyk, jako wyrażenia wspólnot). Arystotelesowska teoria dystrybutywnej sprawiedliwości odsłania pojęcie politycznej, cywilnej przyjaźni, obywatelskiej sprawiedliwości, traktuje o zgodzie. W związku z analizami nad sprawiedliwością Piotr Corning pisze: „przedstawić podstawowe ludzkie potrzeby- to już bardzo dużo” (Peter Corning, The Fair Society: The Science of Human Nature and the Pursuit of Social Justice. Chicago: University of Chicago Press, 2011. XIV, ss. 252). Albowiem dusza z natury jest wewnętrznie cywilna, obywatelska (por. Aquinata).
W.Weischedel- samo odpowiedzialność jako źródłowy fenomen odpowiedzialnośći. Chrystus- wzięcie za człowieka jego winy i kary na siebie. J-P. Sartre- odpowiedzialność za absolutnie wszystko. R. Ingarden w tym kontekście interpretuje ponoszenie konsekwencji, zasługę-pokorę. F. Rosenzweig- stawanie się jednostki. H. Jonas kładzie akcent na moc podmiotu. Czynienie odpowiedzialnym a pociąganie do czy lepiej przypisywanie odpowiedzialności (imputatio). Ale dopiero Emmanuel Levinas mocno wyakcentował w swej refleksji, oto „nie istnieję bez odpowiedzialności.”(wstęp) Nikt nie może za mnie umrzeć, zdjąć ze mnie mej odpowiedzialności. Każda osoba jest wybrana- to nie jest przywilej, lecz odpowiedzialność właśnie. Uniwersalna wolność, Levinas pisał, jest „dawniejsza niż wszelki grzech” (Trudna wolność, s. 239).
Odpowiedzialność zaś odkrywa moją ostateczną rzeczywistość. Jeszcze do 1947 roku przedstawiano odpowiedzialność jako zasiadającą wolność i zarazem jako tę wolność ograniczającą. „Chrześcijańsko-demokratyczny sposób myślenia” nienawidzi „wielkich odpowiedzialności.” Zadaniem jest żyć tak, żebyś musiał pragnąć żyć znowu (ryzyko odpowiedzialności) .W rozmowie z bytem człowiek jako „odpowiadający” staje się odpowiedzialny. (J.Filek, Ontologizacja odpowiedzialności, Warszawa 1996, s. 114) Usytuowanie człowieka w bycie, to jest dzisiejsze wyjście rozważań o odpowiedzialności. Moja odpowiedzialność to wezwanie do „mojej ostatecznej istoty”. Pojawia się tutaj stosunek zdecydowanie asymetryczny, nieodwracalny. W otwarciu życia w miejsce innych, Levinasowskie „Bycie ja” stanowi miejsce, w którym może się może się urzeczywistnić bezgraniczna odpowiedzialność. (Inaczej niż być, Warszawa 2000, s. 296).
Ten, kto postępuje etycznie, bo „poszukuje” dla siebie etycznego postępowania, nie postępuje etycznie. Wartości „ dobrego etycznie życia” nabywamy w konsekwencji poszukiwania i urzeczywistniania innych wartości. (J. Filek, Filozofia jako etyka, s.331) Dlatego Filek mówi o koncepcji MacIntyre’a jako o rozumowaniu wewnętrznie sprzecznym. Wymogi cnót autonomiczne, cnoty uprawiamy ze względu na nie same. U MacIntyre’a mamy deontologizację wartości. Urzeczywistnianie wartości ma iść w parze z urzeczywistnianiem indywidualnej wartości mej osoby (por. N. Hartmann, s. 527). Tedy „brak męstwa” niszczy tradycje, praktyki, niszczy możliwość odnalezienia „dobra swego całego życia”. MacIntyre ma ma racji, stwierdza Filek, takie uzasadnianie zniosłoby etykę. Koncepcje MacIntyre’a to jest stereotyp anglo-amerykańskiego wykształcenia, który odrzuca autonomiczną indywidualność. A dzisiaj mamy wiele sporów moralnych: 1/ niewinne życie ludzkie jest nienaruszalne- czy tak nie jest.. 2/ Jeśli jakiś rodzaj działania jest zły, to moralnie niedopuszczalny jest jakikolwiek czyn tego rodzaju, bez względu na to, jakie korzyści wynikną z tego czynu. 3/ Czy przyjemność seksualna daje się usprawiedliwić? 4/ Problem miejsca honoru i lojalności w życiu. Czy rozważania nad tym powinny mieć prymat nad rozważaniami nad innymi normami. Jak się ma sprawa z pojedynkiem, zabójstwem donosicieli. 5/ Istnieją różne i niewspółmierne koncepcje sprawiedliwości. Otóż pisał kiedyś Martin Buber, iż odpowiedzialność jest pępowiną łączącą nas ze światem, w którym może zrodzić w nas problem: dać się zabić czy zabić samemu? A to jest paradoks etyki. Przejdziemy więc sensu stricte do etyki.
Przestrzeganie cnót w teorii A. MacIntyre’a milcząco zakłada etykę. Czym są cnoty? Cnoty są dyspozycjami nie tylko do działania w określony sposób, ale także, aby czuć i to na różne sposoby. Prof. Jacek Filek MacIntyre’owską tęsknotę za etyką nazywa jego poszukiwaniem „porzuconej narzeczonej”. I twierdzi, że nawet „moje ciało jest bytem społecznym”(J. Filek, dz. cyt., s. 312,391). Już Karol Marks pisał, że istotę człowieka stanowią stosunki społeczne. Wedle Profesora Filka mamy więc dzisiaj zamiast ontologii socjologię. Ten ostatni MacIntyre’a cnoty nazywa postulatami do zrealizowania, a nie już nabytymi cnotami. Jego zdaniem MacIntyre miesza ze sobą język wartości z językiem cnót pojętych jako cechy nabyte. Według Prof. J. Filka u MacIntyre’a pojęcie cnoty jest „za grube”. MacIntyre przemilczał faktyczny status cnoty jako pewnego szczególnego ideału. A cnota w moim odczuciu to pewien szczególny ideał, poszukiwanie ratunku dla wybranego przez nas ideału. Mama nauczyła mnie autentyczności. Cel pisania: miałem potężny bodziec w oparciu o narrację życia mojej mamy, wesołej kobiety. A chciałem zachować resztę świata od codzienności- co więcej, żebyśmy stawali się twardzi dosyć, w ustrzeżeniu właśnie pewnego szczególnego ideału naszego człowieczeństwa, tym samym nie bazowali jedynie na zastanej rzeczywistości i ją pożerali. W ten sposób na horyzoncie naszego życia pojawia się pewien szczególny ideał „ dobrego etycznie życia”, tak sądzę, a który nabywamy w konsekwencji dopiero właśnie poszukiwania i urzeczywistniania innych wartości, takich jak czystość, pracowitość, wierność. To będzie moja afirmacja mocy słowa w naszych czasach, w jego wyniesieniu-wniebowzięciu.
Bycie człowiekiem, to nas interesuje najbardziej, powie Jacek Filek. Tutaj odpowiedzialność jest osądzana jako konsekwencja podjęcia i sprostania odpowiedzialności za powierzone mi dobro czy nawet nie powierzone, ale w jakiś sposób zdane na mnie, ode mnie zależne. „Tylko życie, które na gruncie wiązania stało się bezinteresowne, cieszy się wolnością najbardziej własnego życia i działania.”(D. Bonhoeffer, Ethik, s. 238). Człowiek jest odpowiedzialny bądź nie jest odpowiedzialny, zupełnie niezależnie od tego, czy jest tego świadom, czy nie, czy poczuwa się do odpowiedzialności, czy nie, czy ją podejmuje, czy nie i czy zostaje do odpowiedzialności pociągnięty, czy też nie. W takim ujęciu jest założona zależność między świadomością odpowiedzialności a poczuciem odpowiedzialności. Chciałbym tutaj zauważyć, że wartość sama w sobie (na przestrzeni dziejów) nie potrafiła wyzbyć się do końca, jak pisze Prof. Filek, swego ekonomicznego rodowodu, nie potrafiła zadowalająco zabezpieczyć swej obiektywności i absolutności inaczej jak poprzez usytuowanie się w dziedzinie idealnej. Powiedzmy mocno, tradycyjne pojęcia nie uchwyciły jakkolwiek bezpośredniości więzi łączącej człowieka i świat. A człowiek niejako „dojrzał do odpowiedzialności o światowym wymiarze.” Mamy więc bronić odpowiedzialności, którą sami jesteśmy, skoro jesteśmy. Prof. Filek pisze o nowym „archimedesowym punkcie” filozofii człowieka: „odpowiadam, więc jestem”. To jest jego współczesna ontologizacja odpowiedzialności. W 1967 roku Georg Picht mówił nie bez racji, iż „nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, by określić człowieka z perspektywy jego odpowiedzialności.”(G. Picht, Philosophie der Verantvortung, Stuttgart 1985). J. Patocka pisał: ”Odpowiedzialność nie jest stosunkiem do jakiegokolwiek bytu, lecz ontologicznym rysem samej przytomności (Dasein; por. J. Patocka, Heidegger, w: „Znak” 1974, nr6(240), s.715-716). Jak już pisałem tylko istota, która jest odpowiedzialna, może stać się winna, mówił nam V. Frankl. Człowiek jest w rozpaczy, bo pragnie być sobą, pisał z miłości S. Kierkegaard. Aby otrzymać siebie, musi być przepełniony skruchą. Dopiero odpowiedzialność zapewnia błogosławieństwo. (S. Kierkegaard, Albo, albo, Warszawa 1976, s.113). Chciałbym tutaj jeszcze wspomnieć Paula Ricoeura, którego poznałem osobiście. Według niego człowiek pierwotnie doświadczał subiektywnego poczucia odpowiedzialności jako obciążenia przewidywaną karą zupełnie niezależnie od obiektywnej ontologicznej zależności. „Człowiek miał poczucie odpowiedzialności zanim nabrał świadomości, że jest przyczyną, czynnikiem, sprawcą.”(P. Ricoeur, Symbolika zła, tłum. S. Cichowicz i M. Ochab, Warszawa 1986, s.98). Czyli moglibyśmy teraz powiedzieć, że człowiek z wolna dopiero uczył się pojmować siebie, swoje działanie, jako przyczynę, jako czynnik sprawczy.
Dziś ostatni raz zaszaleć chciałbym. Bo tutaj jest jak jest, słyszałem ten szlagier przez polskie radio. Ale wierzę, że ty i ja obudzimy nowy dzień. Tak więc, upajam się widokiem krainy ludzkiego szczęścia, krajobrazem łąk ojczystych, polską zielenią. Ale już zaczyna się ciąg dalszy, część druga jakieś najpiękniejszej opery, w której nie ma już miejsca na żaden strach, a której na imię pamięć, pamięć o tej ziemi i ludziach, którzy tutaj żyli, ale również pamięć solidarności z ludźmi całej naszej planety. Jestem księdzem i autorem kilkunastu książek. Odpowiedzialność, to także pamięć, której wyrazem staje się wieczność, a która utrwalona została w pamiątce Chrystusowej Ostatniej Wieczerzy. Każda Msza święta to wdzięczność, teologia daru (des Geschenkens), ale to również wieczność: Hostii nie można kupić, Jezus był i jest zawsze z nami, chciał pozostać z nami na zawsze. Wieczność to hermeneutyka daru. Żyć darem, do tego zachęcał nas Benedykt XVI. Marcin Luter ośmielił się powiedzieć w związku z tym, iż jesteśmy żebrakami! Musimy podarować promień słońca bratu, siostrze naszej. W tym kontekście politykę tego świata powinniśmy otworzyć na dzień dzisiejszy, uwspółcześniać ją każdego dnia, a to znaczy pokazać ją z różnych horyzontów i w różnych wymiarach- słowem, po prostu otworzyć szeroko horyzonty ludzkich możliwości i ludzkich odczuć, uczuć. To może być nasza wielka radość dzisiaj, mianowicie uratować ludzkość, znaleźć najmądrzejsze rozwiązanie dla nowych cywilizacyjnych problemów.
Odwiedzałem Marcela Reich- Ranickiego, mojego przyjaciela i znanego krytyka literackiego w kręgu niemieckim- wspomina Hellmuth Karasek , dziennikarz niemiecki- i zapytałem go jak się czujesz? Wiesz „nie brakuje mi nic”, odrzekł wybitny krytyk. Komentowaliśmy kiedyś dzieła Szekspira, ktoś z nas zagadnął w szerszym gronie miłośników literatury: Szekspir jest lepszy! Szekspir jest wciąż lepszy(immer besser)- zauważył Reich- Ranicki. Jan Paweł II powiedział w Wiedniu- piękno zbawi świat. Franciszek Papież mówił w maju w Wieczerniku- musimy iść! Czyli idźmy do przodu stale. Bo kościół jest wciąż lepszy! Jezus opowiada się po stronie słabszych i pokornych. Kościół idąc za nim postawił na mistrzów ludzkiego losu. Odsłania nieustannie rewolucyjny potencjał prawa naturalnego. Za Świętym Tomaszem obstaje za tezą, że pierwotne normy prawa naturalnego spełniają wymogi praktycznego rozumu. Kościół kontynuuje jakby Tomaszowe stwierdzenie, gdy mówi iż dążymy do jednego celu ostatecznego, jednego doskonałego dobra. Teraz przedmiotem namysłu , choćby w sprawie moralności, są środki do celu, a nie cele. Kościół podejmuje dylematy ludzkie i badanie ciągłe różnych kwestii społecznych, akcentuje tutaj solidarność sądów, i ustawia się wciąż na pozycji niezezwalającej, by dobro jakieś zostało przeważone przez jakieś inne dobra (por. A. MacIntyre). Wydaje się, że zachowuje się jako wcześnie dojrzały, innym razem przejmuje emocjonalny wrak osoby, najczęściej miał zawsze szczęście przedsiębrać dalekie drogi, jak w renesansie… Mamy być lepsi przekraczając próg trzeciego tysiąclecia. Mamy nieść krzyż naszego życia. Kiedy w marcu ubiegłego roku zebrało się konklawe i wybrało nowego papieża Franciszka, to ja przedsiębrałem w grudniu podróż do jego ojczyzny, w dalekiej Argentynie. Mógłbym powiedzieć zdążyłem tam być, ale gdy przyjdzie nowy papież, chyba nie będzie mi dane zdążyć z niesieniem krzyża mojego życia. Wybieramy drogę taką a nie inną. Tutaj mówię za Was. A mówić (także) za nich, za innych naszych braci, którzy nie są w stanie zabrać głosu! To niech będzie naszym obowiązkiem. Jak to zrobić? Pytanie jest przynajmniej poważne (niem. ernst). Nie żyję na Wenus. Musimy to samo zrobić z nami, co czyniły generacje przed nami. Między innymi być lepsi! Takie mamy warunki obecnego trudnego życia, które bynajmniej nie jest najtrudniejsze dziejach. Współpracować- by zbawić dusze (animae) . Jeśli nie można widzieć damy, to przynajmniej popatrzmy w koło, ile piękna podarował nam Bóg. Nasza era, XXI stulecie, jest najbardziej niewolnicza w dziejach, zarazem jest najbardziej służebną epoką w dziejach cywilizacji naszej- to oświecenie a raczej reanimacja oczywiście ludzkiej wolności. Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. Historia pokazuje, że Jezus nie jest Bogiem, ale bynajmniej człowiekiem. Nasze urealnianie człowieczeństwa musi iść ku ostatniej prawdzie o Zmartwychwstaniu Jezusa. Musimy nauczyć się godnie umierać. Nasza epoka niech będzie jedyną misją człowieczeństwa. Zmartwychwstanie Jezusa, to nieskończoność naszego zaufania na wypełnienie misji o człowieczeństwie, z woli Ojca Jezus chciał otworzyć nas na pełnię ludzkiego człowieczeństwa. Bo tutaj jest jak jest, ale Ty i ja obudzimy nowy dzień, apostołując i stając się w naszej codzienności, parafrazuję współczesne muzyczne przeboje.
Atmosfera czasów współczesnych nie sprzyja prowadzeniu szczerej dyskusji filozoficznej. Ale jedna odważna riposta, nieszablonowy argument, cytat z niepoprawnego politycznie autora albo nawet ironiczny uśmiech, skierowany do adwersarza perorującego o potrzebie tolerancji wobec najróżniejszych dewiacji, prawach człowieka w trudnym naszym świecie czy idei wiecznego pokoju – kończą się na ogół emocjonalną kontrofensywą oraz nokautującym oskarżeniem o sprzyjanie niehumanitarnym ideologiom i autorytarnym reżimom politycznym. Będę straszny, powiedziałbym tutaj, gdy nic się nie zmieni w naszych relacjach społecznych. Nadchodzą „nowe ciemne wieki, które już są nad nami”. Jesteśmy jakby mieszkańcem Platońskiej jaskini. Taki jest, mówi MacIntyre, obecny stan argumentu moralnego. Niektóre ukryte katastrofa wydobywano pod rozumowania moralnego, podobnie jak wszystko, co mamy teraz są słowa takie jak “dobry” i “moralne” i “użyteczne” zgrane z ich kontekstów, żyjący tylko jako relikwie. I tak żyjemy jak jaskiniowcy w przyszłości science-fiction, z wykorzystaniem narzędzi dla kompleksowego dyskursu moralnego, jako surowej broni do prowadzenia naszych moralnych bitew ale z epoki kamienia, jak ludzie po wojnie nuklearnej przy użyciu odciętych ramion posągów z przeszłości. Moralność, która nie jest moralnością konkretnego społeczeństwa znajduje się nigdzie (After virtue, s. 256). Wydaje się więc, że jedna podróż MacIntyre’a od marksizmu do tomizmu jest pouczająca w naszym moralnym chaosie, bo jego sympatia dla Marksa dała mu początkową radykalność wobec liberalizmu, zarazem jakby ugruntowałą wszystkie jego późniejsze analizy.
Idealny świat A. MacIntyre’a bardzo różni się od współczesnego świata, i jest tym, który niewątpliwie trwać będzie dziesiątki, i prawdopodobnie setki lat, podobnie jak wiele czasu zabrało zastąpienie moralności arystotelesowskiej przez liberalny kapitalizm. Co mamy robić w tym czasie, jeśli chcemy podjąć wizję MacIntyre’a? MacIntyre mówi , że możemy zacząć działać od rodzaju małych społeczności, które są zdolne zachować praktyki i cnoty, nawet w obliczu liberalnego kapitalizmu (zob. Czyja sprawiedliwość? Jaka racjonalność? s. 99). Musimy skupić nasze wysiłki na budowaniu i utrzymywaniu rodzaju małych społeczności, w których praktyki i cnoty mają miejsce i chronić je w jak największym stopniu od grabieży nowoczesnego państwa i nowoczesnego kapitalizmu. I tak proponuje on sposoby modyfikacji uniwersytetów i programów nauczania w celu ich zbliżenia do rodzaju społeczności, ku czemu chce je zachęcić. Małe wspólnoty umożliwia ludziom ocenę kandydatów politycznych przy wielości stanowisk i ocenią ich raczej na podstawie uczciwości, a nie tyle ich adaptacji. Możemy ocenić naszych liderów, opierając się na ich rzeczywistych bohaterach, a nie widząc ich w oparciu o sprzeczne reklamy i manipulację propagandową.
Sprzeciwy MacIntyre’a wobec liberalnego kapitalizmu pokazują wpływy zarówno marksizmu, pod którym podpisywał się na początku swojej kariery, jak i Kościoła Katolickiego, którego jest teraz członkiem. Zarówno marksizm jak i katolicyzm, z różnych powodów, krytykują niepohamowaną pogoń za bogactwem w kapitalizmie. Ale istnieje wiele powodów, aby wątpić, że ów rodzaj społeczeństwa, który promuje MacIntyre okaże się takim, jak on chce. Wielu autorów (A. Smith, Hayek, Mises) twierdzą, że próby kontrolowania lub ograniczania rynków niechybnie mają jako rezultat, konsekwencję, próby kontrolowania i ograniczania ludzi w sposób, który prowadzi raczej do gułagu, a nie do cnót. Więc twierdzą, że propozycje MacIntyre’a ograniczania czy też zniechęcania do wzrostu gospodarczego, obrócą się przeciw biednym kontynuując ubóstwo i zapobiegną polepszeniom w życiowych standardach życia w ogóle, ukarają ludzi, którzy są w stanie skutecznie zaopatrzyć ludzi w to, co oni chcą, kiedy korzystają z sukcesu . To zabije inicjatywę i innowacje i poprowadzi do stagnacji. Czy ludzie zgodzą się z tym czy nie, MacIntyre prawdopodobnie przejmie trochę satysfakcji z faktu, że proponuje argument, który przeważa – poważna dyskusja na temat ostatecznych wartości i sposobu życia społeczności, którym ona powinna kroczyć – który zazwyczaj jest pomijany lub tłamszony w tych rzadkich sytuacjach, kiedy on się pojawia. Następny krok byłby taki, aby uczynić z tego rodzaju argumentu część głównego nurtu dyskusji politycznych.

Szczęść Boże

Stanisław Barszczak—Zielona dusza—
Odwiedzałem Marcela Reich- Ranickiego, mojego przyjaciela i znanego krytyka literackiego w kręgu niemieckim- wspomina Hellmuth Karasek , dziennikarz niemiecki- i zapytałem go jak się czujesz? Wiesz „nie brakuje mi nic”, odrzekł wybitny krytyk. Komentowaliśmy kiedyś dzieła Szekspira, ktoś z nas zagadnął w szerszym gronie miłośników literatury: Szekspir jest lepszy! Szekspir jest wciąż lepszy(immer besser)- zauważył Reich- Ranicki. Jan Paweł II powiedział w Wiedniu- piękno zbawi świat. Franciszek Papież mówił w maju w Wieczerniku- musimy iść! Czyli idźmy do przodu stale. Bo kościół jest wciąż lepszy! Jezus opowiada się po stronie słabszych i pokornych. Kościół idąc za nim postawił na mistrzów ludzkiego losu. Odsłania nieustannie rewolucyjny potencjał prawa naturalnego. Za Świętym Tomaszem obstaje za tezą, że pierwotne normy prawa naturalnego spełniają wymogi praktycznego rozumu. Kościół kontynuuje jakby Tomaszowe stwierdzenie, gdy mówi iż dążymy do jednego celu ostatecznego, jednego doskonałego dobra. Teraz przedmiotem namysłu , choćby w sprawie moralności, są środki do celu, a nie cele. Kościół podejmuje dylematy ludzkie i badanie ciągłe różnych kwestii społecznych, akcentuje tutaj solidarność sądów, i ustawia się wciąż na pozycji niezezwalającej, by dobro jakieś zostało przeważone przez jakieś inne dobra (por. A. MacIntyre). Wydaje się, że zachowuje się jako wcześnie dojrzały, innym razem przejmuje emocjonalny wrak osoby, najczęściej miał zawsze szczęście przedsiębrać dalekie drogi, jak w renesansie… Mamy być lepsi przekraczając próg trzeciego tysiąclecia. Mamy nieść krzyż naszego życia. Kiedy w marcu ubiegłego roku zebrało się konklawe i wybrało nowego papieża Franciszka, to ja przedsiębrałem w grudniu podróż do jego ojczyzny, w dalekiej Argentynie. Mógłbym powiedzieć zdążyłem tam być, ale gdy przyjdzie nowy papież, chyba nie będzie mi dane zdążyć z niesieniem krzyża mojego życia. Wybieramy drogę taką a nie inną. Tutaj mówię za Was. A mówić (także) za nich, za innych naszych braci, którzy nie są w stanie zabrać głosu! To niech będzie naszym obowiązkiem. Jak to zrobić? Pytanie jest przynajmniej poważne (niem. ernst). Nie żyję na Wenus. Musimy to samo zrobić z nami, co czyniły generacje przed nami. Między innymi być lepsi! Takie mamy warunki obecnego trudnego życia, które bynajmniej nie jest najtrudniejsze dziejach. Współpracować- by zbawić dusze (animae) . Jeśli nie można widzieć damy, to przynajmniej popatrzmy w koło, ile piękna podarował nam Bóg. Agatha Christie, znakomita pisarka i autorka kryminałów mawiała: „No cóż, umiem pisać. Jestem muzykalna, acz nie na poziomie profesjonalnym. Dobrze akompaniuję śpiewakom. Jeżeli trzeba, potrafię improwizować – bardzo przydatny talent: zdziwiłbyś się, czytelniku, jakie cuda umiem zdziałać szpilkami do włosów bądź agrafkami. To ja kiedyś ugniotłam lepką kulkę chleba, wbiłam ją na szpilkę do włosów, szpilkę przytwierdziłam lakiem do kija i tym sposobem zdołałam podnieść sztuczne zęby matki, kiedy wypadły na dach oranżerii! Skutecznie uśpiłam chloroformem jeża, który się zaplątał w siatkę do tenisa i dzięki temu uwolniłam zwierzątko. Nie najgorzej umiem zająć się domem./…/ Przerażające, ale niewinni właściwie nikogo nie obchodzą. Kiedy się czyta o morderstwie, nikogo nie napawa grozą obraz, powiedzmy, wątłej staruszki w sklepiku tytoniowym, która się odwraca po paczkę papierosów dla młodego bandyty, a ten ją napada, bije, dopóki nie zatłucze na śmierć. Nikt się nie przejmuje jej przerażeniem, jej bólem ani tą ostatnią litościwą chwilą utraty świadomości. Nikt nie odczuwa męki ofiary – każdy współczuje jedynie mordercy, bo przecież jest taki młody… Dlaczego miałby uniknąć egzekucji? W tym kraju zabijało się wilki. Nie próbowaliśmy uczyć wilka mieszkać z jagnięciem – skutek, sądzę, byłby wątpliwy.” Agatha Christie zachęca do deportacji przestępców, gdy mówi: ”Jedyną nadzieję upatruję w wyroku skazującym takie indywiduum na przymusową służbę dla dobra całego społeczeństwa. Przestępca mógłby, na przykład, wybierać między kubkiem cykuty a poddaniem się eksperymentom medycznym. Niemniej podkreślam, liczą się tylko niewinni: ci, którzy żyją tutaj i teraz, uczciwie i nieustraszenie stawiając czoło światu, ci, których trzeba chronić przed krzywdą. Jedynie oni są ważni./…/Może kiedyś znajdzie się lek na nikczemność – potrafimy już zoperować serce, zamrozić ciało – może pewnego dnia da się zmienić geny, przeobrazić komórki. Wystarczy pomyśleć, jakim przełomem w leczeniu kretynizmu stało się odkrycie zjawiska niedoczynności i nadczynności tarczycy.”
A ktoś powiedział, chyba T. S. Eliot: Trzeba nam z fali przyjaznej korzystać, inaczej okręt nasz zatonie… Nie było mnie przy tobie wiosną… Chwila róży dopełnia się nie krócej niż chwila cisu.
Jestem przyjacielem Braci Św. Gabriela, w Polsce nazywamy ich Gabrielistami. Stąd byłem w Saint Laurent sur Sevres we Francji, zwiedzaliśmy jakieś miasteczko, zatrzymaliśmy się na moście. A dopiero po jakiś czasie pomyślałem.. Nigdy jeszcze nie obejrzałem filmu pt. Pożegnalny walc (Waterloo bridge) 1940. Ale wątek mojego życia jest podobny do tamtego scenariusza: W przededniu II wojny światowej brytyjski oficer (Robert Taylor), na moście Waterloo, wspomina siebie jako młodego żołnierza w czasie I wojny światowej i miłość do pięknej baletnicy, którą pragnął poślubić. Spotkali się właśnie na moście uciekając przed nalotem. Spędzili razem godzinę policyjną i gorąco się pokochali. Roy wyruszył na front, a Myra (Vivien Leigh) miała na niego zaczekać. Wiadomość o śmierci ukochanego na froncie pogrążyła ją w rozpaczy, upadła moralnie oferując swe wdzięki mężczyznom. Jak ze złego snu, okazało się, że Roy nie zginął, odnalazł Myrę i zabrał do posiadłości za miastem, aby przedstawić rodzinie jako narzeczoną… Kiedy przed laty pracowałem w parafii Konopiska koło Częstochowy wieczorami oglądaliśmy w telewizji serial pt. „Ptaki ciernistych krzewów”. Jeden z najpopularniejszych i najbardziej romantycznych seriali w historii telewizji. Historia miłości księdza katolickiego do dziewczynki oddanej mu na wychowanie wciąż jest powtarzana na nowo i wzrusza kolejne pokolenia. Powieść, na której oparto serial, doczekała się miana “australijskiego ‘Przeminęło z wiatrem'”, serial zaś zrobił z Richarda Chamberlaina światową gwiazdę. Niezwykła opowieść o zakazanej miłości, która podbiła serca milionów widzów. Ksiądz Ralph de Bricassart (Richard Chamberlain) staje przed poważnym wyborem: zrezygnować z kapłaństwa dla Meggie Cleary (Rachel Ward) czy też zdobywać coraz wyższe stanowiska w hierarchii kościoła. Podjęcie decyzji staje się jeszcze trudniejsze, ponieważ dziewczyna odwzajemnia jego uczucie a on tak bardzo chciał poświęcić swoje życie Bogu. Nakręcony został wcześniej inny piękny film pt. „Noce w Rodanthe”. Życie Adrienne sprowadza się do bycia troskliwą matką i zdradzaną żoną. Paul pragnął być najlepszym lekarzem i choć dokonał tego, popadł w rutynę i zatracił zdolność współodczuwania. Kiedy spotkali się po raz pierwszy w niewielki moteliku, od razu rozpoznali w sobie bratnią duszę. Wspólne rozmowy, dzielenie się bólem sprawiło, że zaczęli odkrywać siebie nawzajem, wydobywając na wierzch to, co porzucili na drodze do uporządkowanego życia. Niepostrzeżenie między nimi rodzi się prawdziwa miłość – zapierająca dech w piersiach, nadająca sens i inspirująca do bycia lepszym. Ja myślę, że wreszcie uporamy się z sobą, zaczniemy budować na nowo nasz dom ojczysty… Szczęść Boże.

Tym, którzy oddali życie za Ojczyznę

Stanisław Barszczak–Czas bez pożegnań!–
Wierzę, nie pytam, a przed wami się biadolę,
Już mnie nie ujrzycie albo jeszcze zobaczycie..
Oskarżajcie mnie.
Dziś będziesz w sercu człowieka, posłyszał to dobry łotr.
A przed nami rocznica narodowego powstania w Warszawie.
Dobrze, że byli jacyś niewidzialni, bo ich teraz lepiej widać.
Pan Bóg zna nas mało a tak nas kocha,
Co więcej poznaje nas zaledwie raz.
Kocha się za nic.
Bez miłości nikt by nie wiedział o nich…
„Trzeba być zakochanym, żeby uwierzyć w anioły”
Najpierw trzeba było się spotkać;
Uczuli się dziećmi Boga.. I poszli na bój.
„Więc naprzód, niech broń rozdziera
niech kula szyje jak nić
Trzeba nam teraz umierać
By Pol¬ska umiała znów żyć.”
Pokochali od razu dwie sprawy niemożliwe do kochania,
tę co za blisko i tę co za daleko.
„Żółty lament ulicy, gdzie nie chodzi nikt.
Bije trwoga żaglami o codzienność szyb…”
Teraz ich widać i nie widać…
Byliby doskonali, lecz wad im zabrakło.
Otworzyli się na wzajemność..
„Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?
Mamo- „I takim ci ja mocarz, że kiedy słów nie trzeba,
nie umiem stworzyć nieba miłością w oczach.
Nie wierzę w twoje oczy, jak się nie wierzy w niebo.
Jeszcze by trzeba pokochać mocniej,
dech jak sztandar rozwinąć szerzej, jaśniej, czas… gaśnie.”
„Umrzeć przyjdzie, gdy się kochało wielkie sprawy głupią miłością.”
Pociąg…Przynosił w ok¬nach tysiące twych spojrzeń…”
„Chodząc ziemią najstarszą depczę
po epokach, po krzemiennych toporkach.”
Więc dzisiaj wszystko takie proste, choć znów nie ma Boga,
„Jeśli testament – to z liści,
a pomnik jeśli – z płomienia.”
„Nie ma ludzi. To tylko tragiczność
tak krzepnie. W pomniki fantastyczne
rosnące beze mnie i poza mną rosnące
Wzrok ich jak zasłona i za grzech
pierworodny odjęte ramiona. O, daj mi
ten grzech poznać. Nikt na mnie nie woła,
O, daj mi choć szatana poznać lub
mi daj anioła. O, wróć mi czyn
przedwieczny lub milczenie wróć mi,
Abym człowiekiem chodził między tymi ludŸmi…”
Dziś znowu wracamy z własnego pogrzebu,
Posłyszeliśmy- „Przez drogi cierpkie, dalekie i gorzkie
po coś tu do nas przyszedł, boże czy człowieku?”
„A serca – tak ich mało, a usta – tyle ich.”
Więc piszę jeszcze albo czytam; I patrzę w czerń głęboką krainy Polan,
Niech coś tutaj pozostanie: „Jeśli testament – to z liści,
a pomnik jeśli – (to) z płomienia.” Niczym Boży wianek.
(cytaty z K.K. Baczyńskiego, podkr. autora)

Nie ma wakacji od wierności sumieniu

Stanisław Barszczak— Powrót do świetości słowa—
Norymberga (niem. Nürnberg, frank. Nämberch) – miasto na prawach powiatu w Niemczech, w kraju związkowym Bawaria, w rejencjiŚrodkowa Frankonia, siedziba regionu Industrieregion Mittelfranken. Położone nad rzeką Pegnitz (nieco powyżej jej ujścia do rzekiRegnitz), gospodarcza i kulturalna stolica Frankonii, drugie co do wielkości miasto w Bawarii. Liczy 510 602 mieszkańców (31 grudnia 2011). Miasto zniszczone podczas II wojny światowej, odbudowane. Pierwsza wzmianka o mieście pojawiła się w 1050 jako nuorenberc (skalista góra) w dokumencie cesarza Henryka III. Istotną rolę dla Rzeszy odgrywał ówczesny zamek, dzięki któremu rozwinęło się miasto. Szybko otrzymało one liczne przywileje handlowe. Dzięki Wielkiej Karcie Swobód nadanej w 1219 r. przez Fryderyka II miasto stało się wolnym miastem Rzeszy.Ówczesna Norymberga była, wraz z Augsburgiem, jednym z dwóch największych centrów handlowych na drodze z Rzymu do północnej Europy, a wraz z Legnicą i Wiedniem jednym z największych miast środkowej Europy na początku czternastego stulecia. Do 1427 r. Norymberga była rządzona przez burgrabiów, i to aż do Fryderyka VI, który sprzedał swój urząd “Radzie Miasta”. Rozkwit kulturowy w XV i XVI wieku spowodował, że Norymberga stała się centrum niemieckiego renesansu. W 1525 r. miasto zaakceptowało reformację. Podczas wojny trzydziestoletniej, w 1632 r., Gustaw II Adolf został pokonany w Norymberdze przez Albrechta von Wallensteina. Miasto podupadło podczas wojny. Odzyskało swoje znaczenie w XIX wieku, kiedy odrodziło się jako centrum przemysłowe. Na początku XIX wieku zbankrutowało. Z polecenia Cesarza w 1806 r. Norymberga, jako Wolne Miasto, została rozwiązana i wcielona do Bawarii, na czym niewątpliwie skorzystała. Wszystkie długi miasta zostały spłacone. W 1835 r. została otwarta w Norymberdze pierwsza niemiecka linia kolejowa do pobliskiej miejscowości Fürth. W XX wieku miasto wpisało się w czarne karty dziejów ludzkości. Za czasów III Rzeszy było ważnym ośrodkiem ruchu nazistowskiego. Pozostałościami z tych czasów są monumentalne budowle hitlerowskiej architektury. 2 stycznia 1945 r. średniowieczne centrum miasta zostało zbombardowane przez Brytyjczyków oraz Amerykanów. W wyniku tych nalotów zniszczono ok. 90% starej zabudowy. Do tego czasu Norymberga była jednym z najlepiej zachowanych miast średniowiecza. Po II wojnie światowej odbył się w tym mieście proces zbrodniarzy wojennych – słynny proces norymberski. Ponad miastem góruje zamek – monumentalny kompleks trzech budowli, składający się z zamku cesarskiego (Kaiserburg), zamku burgrabiego (Burggrafenburg) i zamku miejskiego (Stadtburg). Miasto opasują zachowane częściowo obwarowania, z kilkoma basztami (datowane na XIV–XV w.). Przy rynku staromiejskim (Hauptmarkt) wznosi się renesansowy ratusz z XIV–XVII w. Obok – Schöner Brunnen – późnogotycka studnia w kształcie wieży – wysoka na 19 m z licznymi figurami m.in. Marii, apostołów i proroków. W pobliżu dwie gotyckie świątynie – kościół Św. Sebalda, budowany w latach 1230–1273, z XV-wiecznym nagrobkiem patrona świątyni, licznymi zabytkami rzeźby, wśród nich kilka dzieł Wita Stwosza – m.in. krucyfiks Wickla oraz kościół Najświętszej Marii Panny (Frauenkirche), fundacja Karola IV, wznoszony od 1355 do 1361 r., z bogatą dekoracją rzeźbiarsko-architektoniczną oraz figurkami siedmiu elektorów (książąt i arcybiskupów), składających hołd cesarzowi, które pojawiają się każdego dnia w południe na zegarze ponad tzw. balkonem cesarskim. We wnętrzu wiele zabytków gotyckiej rzeźby i malarstwa m.in. Ołtarz Tucherów. Po drugiej stronie rzeki, nieopodal rynku, wznosi się kolejna fundacja cesarska – gotycki kościół Św. Wawrzyńca z XIII–XIV w. z monumentalnym piaskowcowym tabernakulum Adama Krafta, licznymi tryptykami (gł. XV i XVI w.) oraz zespół rzeźb Wita Stwosza – Pozdrowienie Anielskie z 1517 r. Nad rzeką Regnitz zachował się częściowo gotycki kompleks Szpitala Św. Ducha (XIV–XVI w.) Z dawnej zabudowy gospodarczej zachował się Mauthalle – dawny spichlerz (1498–1502). Z zabudowy mieszczańskiej przetrwały jedynie nieliczne stare domy: dom Albrechta Dürera (XV w.), Fembohaus (XVI w.), Nassauer Haus (XIII–XV w.), dom Tucherów (XVI w.) Gdy będziecie w Norymberdze– ja już miałem to szczęście- przekonacie się, że jest to najbardziej żywe muzeum historii Niemiec. Cesarze i książęta, przywódcy i poddani, wynalazcy i uczeni – od średniowiecza Norymberga stanowi zwierciadło niemieckiej historii, imponującej, ekscytującej i olśniewającej, między wielkością a tragedią. Pod czujnym okiem górującej nad miastem twierdzy rozkwitały rzemiosło i sztuka, nowy wolny duch opanował miasto, które wspaniale się rozwijało i bogaciło. Nie zmieniło się to do dzisiaj. Pewnego dnia stanąłem na wzgórzu. Zawedrowałem tam przemieszczając się wąskimi szlakami, mostakami na rzece Pegnitz. Zamek góruje nad miastem jako monumentalny obiekt obronny, którego budowa rozpoczęła się około 1140 roku za panowania cesarza Konrada III i trwała do XVII wieku. Tysięce gości odwiedzające co roku Norymbergę wyruszają w podróż w czasie do epoki średniowiecza, która tutaj jest ciągle żywa. Szlak historyczny Historische Meile Nürnberg rozpoczyna się – czy też kończy – przy zamku. Zachwycałem się masywnymi fortyfikacjami, pięknymi, bogato zdobionymi kościołami, świadkami dawnych epok. Fembohaus z Muzeum Miejskim czy pałac Tucherschloss wyglądają tak autentycznie, jak gdyby ich dawni mieszkańcy tylko na chwilę wyszli na przechadzkę. Już kilkaset lat temu Norymberga była centrum mechaniki precyzyjnej, a bogaci mieszczanie mogli sobie pozwolić na posiadanie kieszonkowych zegarków, słynnych „norymberskich jaj”. Z tej wielkiej epoki pochodzi również dom Albrechta Dürera, w którym artysta spędził wiele lat, oraz oba piękne ratusze. W Norymberdze można znaleźć również miejsca wstydliwej historii, na przykład Centrum Dokumentacji na terenie Reichstagu, gdzie naziści celebrowali swoje upiorne marsze, czy sala sądowa nr 600 w Pałacu Sprawiedliwości, będącej od 2010 roku muzeum „Memorium Nürnberger Prozesse”. Słynny proces toczył się w Norymberdze ( 20/11/1945 r. do 1/10/ 1946 r.). Przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym stanęło 21 przywódców III Rzeszy. Byli sądzeni za niespotykane dotąd w historii świata zbrodnie przeciw ludzkości. W historii prawa proces norymberski był jedynym w swoim rodzaju. Nigdy przedtem winowajcy agresji nie byli pociągani do odpowiedzialności. Dwunastu oskarżonych skazano na kary śmierci. Był to jednak proces nie tylko przeciwko konkretnym ludziom. Na ławie oskarżonych znalazł się nazistowski system. W 1945 roku przed sądem w Norymberdze stanęło 21 nazistów zajmujących w III Rzeszy wysokie stanowiska. Sala Pałacu Sprawiedliwości, w której odbywał się proces, stała się areną walki pomiędzy marszałkiem Rzeszy, Hermannem Göringiem, a głównym oskarżycielem, sędzią Sądu Najwyższego USA, Robertem H. Jacksonem. Wszyscy oskarżeni zbrodniarze wojenni nie przyznali się do winy. Natomiast radosny nastrój panuje natomiast w grudniu na jarmarku bożonarodzeniowym Nürnberger Christkindlesmarkt, który już od 400 lat rozświetla starówkę tysiącami światełek, budząc zachwyt małych i dużych. Lub w Muzeum Zabawek z eksponatami pochodzącymi nawet ze średniowiecza. Także w Muzeum Kolejnictwa, w którym „Adler“, najstarsza na świecie lokomotywa, pozwala cofnąć się do czasów początku nowoczesnego transportu. W jeszcze odleglejszą przeszłość zabiera swoich zwiedzających Germańskie Muzeum Narodowe, największe niemieckie muzeum historii kultury. Od zarania historii, poprzez średniowiecze, barok, renesans i oświecenie, po XIX wiek ponad 1,3 miliona eksponatów prezentuje epoki i przemiany. Podróż w czasie umożliwia również dziedziniec rzemieślniczy, mieszczący się na przeciw neobarokowego dworca głównego. Niegdyś przez jego bramy podróżujący dostawali się do miasta, dzisiaj prezentuje się tutaj barwna mieszanka starych i nowych sztuk rzemiosła. Można również podejrzeć rzemieślników przy pracy i kupić ciekawe pamiątki, na przykład blaszane zabawki i skórzane sakiewki, no i oczywiście słynne norymberskie pierniki. Swoją świadomość historyczną mieszkańcy miasta demonstrują również przy swoim ulubionym daniu, kiełbaskach Nürnberger Rostbratwurst. Pierwsze wzmianki o ich sprzedaży pochodzą już z pierwszej połowy XIV wieku. Od tego czasu te przepyszne małe kiełbaski są wytwarzane według tradycyjnej receptury w zabytkowych kuchniach, na przykład w „Bratwurstglöcklein” niedaleko dziedzińca rzemieślników. Tutaj jedli już kupcy i podróżnicy z całego świata, ale też mieszczanie, rzemieślnicy, artyści i uczeni z Wolnego Miasta Rzeszy, a wśród nich Peter Henlein, Hans Beheim, Albrecht Dürer czy Hans Sachs. Jak widać, wędrówki ich szlakiem mogą stać się również przeżyciem kulinarnym. Jedno jest pewne – dla każdego, kto chce dotknąć żywej historii, może również przy kuflu świeżego piwa w jednej z wielu knajpek na starówce, Norymberga będzie niezwykłym przeżyciem. Tutaj też w środku miasta można pograć w piłke siatkową na piasku rodem z jakiegoś morskiego kurortu. Kiedy spacerowałem pod średniowiecznymi murami otaczającymi miasto dokoła wspomniałem na polskiego poetę Cypriana Norwida, który zostawił nam swój jedyny testament, świadectwo wewnętrznego a wolnego procesu w dziejach człowieka. „Bo nasza rzecz jest wieczność w Polsce”. Zachowując samodzielną postawę nie godził się Norwid na traktowanie religii jako środka wprzęgniętego w służbę narodowi. Przywołajmy dzieje Polski, w XIX stuleciu Polska nie istniała, była pod zaborami państw Rosji, Prus i Austrii. Kult martyrologii narodu i narodowa wyłączność były dla Norwida tak samo nie do przyjęcia jak łączenie „Chrystusowej pokory” z „Napoleońska mocą” i podporządkowanie sprawy narodu sprawie odrodzenia całej ludzkości. Owszem chrześcijaństwo zdolne jest służyć cudownie wzlotom duszy i oczarować umysł, a wiara katolicka jest prawdziwa, gdyż po dobrym zbadaniu przeszłości okazuje się, że ludzkość nie znała innej. Jej dogmaty zapisane są w pyle ziemi i w rocznikach ludów; można je odnaleźć we wszystkich kultach, jakie od swych początków ludzie oddawali bogom, pisał F. R. Chateaubriand. Nasz Norwid upierał się bynajmniej jeszcze przy jedynym sensie dziejów. Jego poglądy mówią o sacrum dziejów, o Bogu w dziejach jednostek i zbiorowości. „Człowiek na to przychodzi na planetę, ażeby dał świadectwo prawdzie”. „Jesteśmy synami narodu szlachetnego i idziemy do ojczystej Ziemi Obiecanej, a jest ona Ziemią Obiecaną nie dlatego, że winne grona w niej będą większe niż gdzie indziej, i że w niej mleko i miód płynąć będzie- ale dlatego, że zapowiedziano nam na Golgocie, iż prawda zwyciężyła i że my przeto w sukcesję dokonanej prawdy onej wchodzimy”. Człowiek winien dbać o opanowanie globu Niebieskim Królestwem. Sensem jego życia jest bój o nie, jest- jak powie Norwid „przepalanie globu sumieniem”, jest praca podejmowana „przez patriotyzm onegoż Królestwa”, jest „walka-wesoła”, ozywiona nadzieją, bo u kresu czasów Chrystus wróci „na obłokach, z góry, światłości rzeką”. „Ojczyzna moja nie stąd wstawa czołem; Ja ciałem zza Eufratu, A duchem sponad Chaosu się wziąłem: Czynsz płacę światu. Naród mię żaden nie zbawił ni stworzył; Wieczność pamiętam przed wiekiem; Klucz Dawidowy usta mi otworzył, Rzym nazwał człekiem”. Tak więc wiara uchroniła Norwida od mesjanizmu, pogłębiła miłość ojczyzny ziemskiej- Polski. Cieszymy się po drugiej wojnie światowej narodową jednością, w Polsce w najwyższym w dziejach procencie żyją Polacy. Właśnie naród był dla Norwida „najstarszym po Kościele obywatelem na świecie” i jedyną w doczesności drogą zbawienia rodzaju ludzkiego. Serce ludzkie jakby za małe na to, by ukochać ludzkość, a więc- by zbawić świat. To zrobił jeden Mistrz i Pan- Jezus Chrystus. Człowiek bezpośrednio niczego dla całości zrobić nie jest w stanie, pracuje on na rzecz zbawienia ludzkości przez naród. Narody jakby są w dziejach, w czasie, ludzkość zaś ma przeznaczenie wieczne. Modlimy się słowami naszej narodowej pieśni („Bogurodzica”): „ziści nam- spuści nam- Twego Syna Chrzciciela Z-bożny czas”. Do epoki chrześcijańskiej „Siła stawała się słowem”, poeta pisze, od epoki chrześcijańskiej zaś „Słowo stawa się siłą”. Zatem osobiście modlę się więcej: żeby przyszedł nareszcie czas uroczysty, ażeby między ludzi wszedł ostatecznie Mistrz-Wiekuisty, i do historii, która nieustannie wielkich zdarzeń czeka, by on Biografię włączył, już każdego człowieka i jego Jeruzalem. „Do epoki- dzień każdy, każdą dnia godzinę, a do słów umiejętnych- wnętrzną słów przyczynę, to jest: intencję serca…” By zmienione ostały się niebiosa, ziemia odnowiona, nie sama boskość- ludzkość by była ludziom objawiona, i „by Ogół stał się…” Dzisiaj na miejsce Ogółu, Całości, wchodzi „większa część” nie licząca się z „częścią mniejszą”, zwyciężają zasady demokracji, która nie jest zdolna dać rozwiązań ostatecznych. Trzeba więc powrotu do świętości słowa, do jego wolności, do prawdy, a to może się dokonać jedynie przez „charakter człeka”, charakter będący „prawdy świadkiem”. Musimy wreszcie zdążyć w narodzie, z wiernością sumieniu narodu, z Norwidowskim powrotem słowa. Amen.

człowiek i skrucha

Stanislaw Barszczak— Trzeba manifestu odpowiedzialności—
Miałem czas na lekturę książki Prof. J. Filka pt. Ontologizacja odpowiedzialności, Kraków 1996. Znalazłem tam ciekawe refleksje, z którymi chciałbym się z wami podzielić. F. Nietzsche opisywał „wyższy typ człowieka” jako zadanie. Chęć znalezienia się „winnym”, „czynienie odpowiedzialnym”, okazuje się w gruncie rzeczy podporządkowaniem sobie, uzależnianiem… A chrześcijaństwo zawyrokowało: w chrześcijaństwie staje się wszystko kaźnią, zasłużoną karą. Jest to nauka o zupełnej nieodpowiedzialności i nieuczciwości każdego. Poczucie odpowiedzialności jest tu przeżyciem negatywnym, mającym charakter poczucia winy i poczucia zależności. Negacja „wolnej woli.”„Chrześcijańsko-demokratyczny sposób myślenia” nienawidzi „wielkich odpowiedzialności.” Zadaniem jest żyć tak, żebyś musiał pragnąć żyć znowu (ryzyko odpowiedzialności) .W rozmowie z bytem człowiek jako „odpowiadający” staje się odpowiedzialny. (J.Filek,Ontologizacja odpowiedzialności, Warszawa 1996, s. 114). W związku z tymi stwierdzeniami przywołam kilka jego historycznych uwag na temat odpowiedzialności. To z E. Husserlem nastapiło jakby przebudzenie się odpowiedzialności. Jego rozumność, to bycie uprawnionym (charakter rozumu- „etyczny”), Husserl podkreśla konieczność samoodpowiedzialności jednostki-członka wspólnoty, która obejmuje również odpowiedzialność za praktykę życia wspólnotowego. Chęć do spełnienia się (moje własne dokonanie samo świadomościowe) jest istotna. Ale dzisiaj mamy już tylko pozytywną odpowiedzialność. Ja transcendentalne jest „podmiotem absolutnie odpowiedzialnym”. Z Heideggerem przedmiotem odpowiedzialności staje się własne prawdziwe istnienie, tu odpowiedzialność za autentyczność. Uratować nas może tylko jakiś Bóg, mówił filozof. Odpowiedzialność wpisana w strukturę troski. Prof. Filek przytacza myśl D. Bonhoeffera, jego odpowiedzialność w kontekście idei zastępowania (zastępczość). Tylko życie, które na gruncie wiązania stało się bezinteresowne, cieszy się wolnością najbardziej własnego życia i działania.”(Ethik, s. 238) Istnienie odpowiedzialności jest warunkiem urzeczywistnienia się zarówno wolności jak i odpowiedzialności.(tytuł) odpowiedzialność polega na substytucji. A substytucja polega na redukcji Ja do mnie, powiedziałby Levinas. Odpowiedzialność o stopień wyższa, jest powrotem do pasywności znoszenia siebie. Człowiek odpowiada nie za siebie, ale za Chrystusa przed ludźmi, oddać biednym i głodującym wszystko, co posiadam. Stawać się dzielnymi= życie w miejsce innych (Stellvertretung) odpowiedzialność jako zawsze już obecna (a nie jako możliwość). Pełne oddanie własnego życia drugiemu= to znaczy odpowiedzialność według Bonhoeffera „wolnym jest człowiek, któremu świat stawia pytania i który odpowiada- to jest człowiek odpowiedzialny.”(E. Mounier) Rozszerzając ciało nie zubożać duszy, powiedziałby Henryk Bergson. Dylematy nie są ostatecznymi faktami życia moralnego: 1/pełnienie więcej niż jednej roli społecznej; 2/ niewspółmierność odnośnych norm powoduje nierzadko nieuchronną porażkę pewnej moralnie zasadnej osoby; 3/ alternatywne ideały charakteru domagają się na przykład bezwzględnego egoizmu- może zaistnieć perspektywa niepełnowartościowego życia. Dzisiaj mamy raczej stosowność winy, a nie skruchy, i ona odróżnia autentyczny dylemat moralny od innych przypadków. Znaczenie moralnego dociekania dla życia moralnego można adekwatnie zrozumieć tylko w kategoriach rozwiniętej koncepcji życia moralnego jako polegającego na praktycznych dociekaniach. (MacIntyre)W.Weischedel- samo odpowiedzialność jako źródłowy fenomen odpowiedzialnośći. Chrystus- wzięcie za człowieka jego winy i kary na siebie. J-P. Sartre- odpowiedzialność za absolutnie wszystko. R. Ingarden w tym kontekście interpretuje ponoszenie konsekwencji, zasługę-pokorę. F. Rosenzweig- stawanie się jednostki. Jonas kładzie akcent na moc podmiotu. Czynienie odpowiedzialnym a pociąganie do czy lepiej przypisywanie odpowiedzialności (imputatio). Ale dopiero Emmanuel Levinas mocno wyakcentował w swej refleksji, oto „nie istnieję bez odpowiedzialności.”(wstęp) Nikt nie może za mnie umrzeć, zdjąć ze mnie mej odpowiedzialności. Każda osoba jest wybrana- to nie jest przywilej, lecz odpowiedzialność właśnie. Uniwersalna wolność, Levinas pisał, jest „dawniejsza niż wszelki grzech” (Trudna wolność, s. 239). Usytuowanie człowieka w bycie, to jest dzisiejsze wyjście rozważań o odpowiedzialności. Odpowiedzialność zaś odkrywa moją ostateczną rzeczywistość. Jeszcze do 1947 roku przedstawiano odpowiedzialność jako zasiadającą wolność i zarazem jako tę wolność ograniczającą. W refleksji Levinasa pierwotny dostęp do bytu, jakim jest relacja z drugim otrzymuje miano „dostępu do twarzy”. I tak relacja z twarzą jest odpowiedzialnością. Moja odpowiedzialność to wezwanie do „mojej ostatecznej istoty”. Pojawia się tutaj stosunek zdecydowanie asymetryczny, nieodwracalny. W otwarciu życia w miejsce innych, Levinasowskie „Bycie ja” stanowi miejsce, w którym może się może się urzeczywistnić bezgraniczna odpowiedzialność. (Inaczej niż być, Warszawa 2000, s. 296). W refleksji A. MacIntyre’a przestrzeganie wymogów cnót jako cnót zostaje tu zastąpione przestrzeganiem wymogów cnót jako wymogów praktyk. Cnoty muszą „umożliwiać” dobro. Nie może być to jednak dobro wewnętrzne względem którejś z praktyk. Jest to dobro życia człowieka. Trzeba pogłębienia rozumienia cnót, nie w relacji do Mac Intyre’a prakt(yk, ale w ich relacji do dobrego życia ludzkiego. Tajemniczy jest proces wchodzenia do praktyk, osiągania jedności… Teoria MacIntyre’a, która przywołuje Prof. Filek, milcząco zakłada etykę (przestrzeganie cnót). Ale ten, kto postępuje etycznie, bo „poszukuje” dla siebie etycznego postępowania, nie postępuje etycznie. Wartości „ dobrego etycznie życia” nabywamy w konsekwencji poszukiwania i urzeczywistniania innych wartości. (J. Filek, Filozofia jako etyka, s.331) Dlatego Filek mówi o koncepcji MacIntyre’a jako o rozumowaniu wewnętrznie sprzecznym. Wymogi cnót autonomiczne, cnoty uprawiamy ze względu na nie same. U Mac Intyre’a mamy deontologizację wartości. Urzeczywistnianie wartości ma iść w parze z urzeczywistnianiem indywidualnej wartości mej osoby (por. N. Hartmann, s. 527). Tedy „brak męstwa” niszczy tradycje, praktyki, niszczy możliwość odnalezienia „dobra swego całego życia”. MacIntyre ma ma racji, stwierdza Filek, takie uzasadnianie zniosłoby etykę. Koncepcje MacIntyre’a to jest stereotyp anglo-amerykańskiego wykształcenia, który odrzuca autonomiczną indywidualność. A dzisiaj mamy wiele sporów moralnych: 1/ niewinne życie ludzkie jest nienaruszalne- czy tak nie jest.. 2/ Jeśli jakiś rodzaj działania jest zły, to moralnie niedopuszczalny jest jakikolwiek czyn tego rodzaju, bez względu na to, jakie korzyści wynikną z tego czynu. 3/ Czy przyjemność seksualna daje się usprawiedliwić? 4/ Problem miejsca honoru i lojalności w życiu. Czy rozważania nad tym powinny mieć prymat nad rozważaniami nad innymi normami. Jak się ma sprawa z pojedynkiem, zabójstwem donosicieli. 5/ Istnieją różne i niewspółmierne koncepcje sprawiedliwości. Otóż pisał kiedyś Martin Buber, iż odpowiedzialność jest pępowiną łączącą nas ze światem, w którym może zrodzić w nas problem: dać się zabić czy zabić samemu? A to jest paradoks etyki. Prof. Filek otwiera nam oczy na etykę jako wiarę w dobro, a odpowiedzialność widzi jako podstawowe odniesienie człowieka do świata. N. Hartmann zapytywał przed laty o to, co powinniśmy czynić? A etyka, to jest rozświetlanie teoretycznej podstawy i przygotowanie człowieka do samodzielnego poszukiwania i opowiadania. Etyka jest zdolna rozbudzać i rozwijać w człowieku jego etyczną wrażliwość. Wartości są tym, przez co rzeczy nabywają charakteru dóbr. Hartmann nazwał wartości „istnościami apriorycznymi”. Podmiot nie „wymyśla” Wartości, nie tworzy, on może je jedynie uchwycić bądź też pozostać na nie „ślepym”. Hartmann akcentuje absolutność wartości, albowiem zawarta w samej materii wartości relacja jest wcześniejsza od wszelkiej świadomości relacji i od niej niezależna. (Ethik, wyd.4, Berlin 1962, s.141). Wielkoduszność osoby, która może „wystąpić” jedynie „na” osobie, tę wielkoduszność Hartmann nazywa materią wartości. Wartości (Ansichsein) mają tendencję do realności, do istoty wartości etycznych przynależy powinność ich bycia. W tej koncepcji następuje determinowanie bytu realnego przez powinność. Tutaj sięgnijmy jeszcze raz do refleksji Profesora Filka. Otóż stanowisko człowieka w świecie wydaje się w ogóle stanowiskiem odpowiedzialnym. Stąd nie zamierzamy oceniać tutaj empirycznych osób, lecz zapytywać o człowieka z racji na jego „stanowisko w kosmosie”, niezależnie od tego czy żyje w sposób „odpowiedzialny,” czy nie. Alisdair MacIntyre to zbliżenie człowieka opisuje od strony praktyk, których jest bez liku, a którą opisuje jako określoną, kooperatywną działalność ludzką. Praktyka ma swoją historię. I tak zauważmy, że dzisiaj jakbyśmy wyczerpali teoretyczne możliwości tkwiące w tradycyjnych pojęciach obowiązku, powinności, normy i wartości. W tym kontekście o tym, że działalność ludzka, poszczególna praktyka określona jest przez właściwe jej dobra wewnętrzne i charakterystyczne dla niej wzorce doskonałości. Dobra i cele (foods and ends). Filek zauważa w koncepcji MacItyre’a niejasność statusu dóbr wewnętrznych, ich ontologiczną nieokreśloność, i zagadkowość ich przyzywania ku sobie- stąd bierze się niejasność pojęcia MacIntyre’owskiej cnoty (virtue). Bo przecież są i „złe” praktyki, a dobro cnót ufundowane jest na dobru praktyk, które tu jest bezkrytycznie założone. Praktyki ukazane jako domeny działalności niewyobcowanej. Dzisiaj polityka nie jest już praktyką, służy bezosobowemu kapitałowi. Dzisiaj, jak to widzi Filek, następuje marginalizacja praktyk. Alisdair MacIntyre napisał: ”cnota jest nabytą ludzką cechą, której posiadanie i przestrzeganie umożliwia nam osiąganie dóbr wewnętrznych wobec praktyk, jej brak natomiast osiąganie tych dóbr skutecznie nam uniemożliwia.”(por. A. MacIntyre, Etyka i polityka, Warszawa 2009, s. 344). Filek MacIntyre’owską tęsknotę za etyką nazywa jego poszukiwaniem „porzuconej narzeczonej”. I twierdzi, że nawet „moje ciało jest bytem społecznym”(J. Filek, dz. cyt., s. 312,391). Już Karol Marks pisał, że istotę człowieka stanowią stosunki społeczne. Wedle Profesora Filka mamy więc dzisiaj zamiast ontologii socjologię. Ten ostatni MacIntyre’a cnoty nazywa postulatami do zrealizowania, a nie już nabytymi cnotami. Jego zdaniem MacIntyre miesza ze sobą język wartości z językiem cnót pojętych jako cechy nabyte. Bycie człowiekiem, to nas interesuje najbardziej, powie Jacek Filek. Tutaj odpowiedzialność jest osądzana jako konsekwencja podjęcia i sprostania odpowiedzialności za powierzone mi dobro czy nawet nie powierzone, ale w jakiś sposób zdane na mnie, ode mnie zależne. Człowiek jest odpowiedzialny bądź nie jest odpowiedzialny, zupełnie niezależnie od tego, czy jest tego świadom, czy nie, czy poczuwa się do odpowiedzialności, czy nie, czy ją podejmuje, czy nie i czy zostaje do odpowiedzialności pociągnięty, czy też nie. W takim ujęciu jest założona zależność między świadomością odpowiedzialności a poczuciem odpowiedzialności. Wróćmy tutaj do pojęcia odpowiedzialności jako podstawowego dzisiaj pojęcia onto-etycznego. Ostateczny cios pojęciu obowiązku i powinności(o rodowodzie Kantowskim) zadały analizy Maxa Schelera, który twierdził: „Każda etyka, która wywodzi od idei obowiązku jako najbardziej źródłowego fenomenu moralnego/…/ posiada czysto negatywny, krytycystyczny i represywny charakter.”(M. Scheler, Der Formalismus in der Ethik Und die materiale Wertethik, s. 219). Podobnie “negatywną” jest etyka, która wywodzi od powinności. Bowiem założeniem powinności- jako powinności bycia- jest “niebycie wartości, ku której odsyła powinność.”(tamże, s.216). Powinność zakłada zło w człowieku. Norma w momencie zachwiania się oczywistości doświadczenia dobra i zła okazała się bez-podstawna. Z kolei wartość nie potrafiła wyzbyć się do końca, jak pisze Prof. Filek, swego ekonomicznego rodowodu, nie potrafiła zadowalająco zabezpieczyć swej obiektywności i absolutności inaczej jak poprzez usytuowanie się w dziedzinie idealnej. Powiedzmy mocno, tradycyjne pojęcia nie uchwyciły jakkolwiek bezpośredniości więzi łączącej człowieka i świat. A człowiek niejako „dojrzał do odpowiedzialności o światowym wymiarze.” Mamy więc bronić odpowiedzialności, którą sami jesteśmy, skoro jesteśmy. Prof. Filek pisze o nowym „archimedesowym punkcie” filozofii człowieka: „odpowiadam, więc jestem”. To jest jego współczesna ontologizacja odpowiedzialności. W 1967 roku Georg Picht mówił nie bez racji, iż „nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, by określić człowieka z perspektywy jego odpowiedzialności.”(G. Picht, Philosophie der Verantvortung, Stuttgart 1985). J. Patocka pisał: ”Odpowiedzialność nie jest stosunkiem do jakiegokolwiek bytu, lecz ontologicznym rysem samej przytomności (Dasein; por. J. Patocka, Heidegger, w: „Znak” 1974, nr6(240), s.715-716). W tym miejscu zasygnalizujmy tylko inne kwestie. „Ze względu na odpowiedzialność, wolność, zadanie, ze względu na sens istnienia człowieka- twierdzi Scheler- jakiś Bóg istnieć nie może i nie powinien.” Wedle N. Hartmanna nostalgia za transcendencją jest objawem słabości moralnej i niemożności uporania się z ciężarem odpowiedzialności osobistej. Dzisiaj człowiek jest odpowiedzialny „za spełnianie własnego etosu”.(N. Hartmann, Ethik, Berlin 1962, s.514). Tylko istota, która jest odpowiedzialna, może stać się winna, pisał V. Frankl. Człowiek jest w rozpaczy, bo pragnie być sobą, pisał z miłości S. Kierkegaard. Aby otrzymać siebie, musi być przepełniony skruchą. Dopiero odpowiedzialność zapewnia błogosławieństwo. (S. Kierkegaard, Albo, albo, Warszawa 1976, s.113). Według późnego Schelera i N. Hartmanna „śmierć Boga” nie oznacza dla człowieka „zwolnienia od odpowiedzialności”. Przypomnijmy tutaj, że dopiero na gruncie religii chrześcijańskiej odpowiedzialność z pojęcia prawniczego przekształciła się w pojęcie etyczne. To dlatego Św. Tomasz pisał wiele na temat prawa, m.in. że prawo składa się z rozporządzeń rozumu nadanych i publicznie obwieszczonych przez odpowiednią władzę i mających na celu dobro wspólne (zob. Sum Teol. Ia-IIae, 30,1,2,4). Rewolucyjny potencjał prawa naturalnego, to przypadek Tomasza z Akwinu. Kiedy żył Tomasz pojawiły się spory w kwestii sprawowania jurysdykcji na określonych obszarach… do jakiego wyżej postawionego autorytetu można się odwołać przeciwko orzeczeniu podmiotu. Skądinąd przekonujemy się, że nie jesteśmy w stanie obejść hierarchicznego porządku różnego rodzaju władz, w tym ustawodawczych i wykonawczych, którymi rządzi się jakaś społeczność. Akwinata komentował tę sytuację w oparciu o następujące stwierdzenia: pierwotne normy prawa naturalnego spełniają wymogi praktycznego rozumu. Przedmiotem namysłu w sytuacjach moralnych są środki do celu, a nie cele. Św. Tomasz uważał, że jako chrześcijanie dążymy do jednego celu ostatecznego, jednego doskonałego Dobra. Tym samym w epoce Akwinaty zadaniem moralnym było praktyczne zapewnienie naszego celu ostatecznego. Z wniosków zaczerpniętych z tekstów Akwinaty można by tutaj przywoływać współczesną solidarność sądów; prowadzenie ustawicznej ankiety moralnej; obstawanie przy pozycji niezezwalającej, by dobro jakieś zostało przeważone przez jakieś inne dobra. (por. komentarz A. MacIntyre’a do św. Tomasza). We współczesnych dylematach moralnych akcentuje się z kolei następujące tezy: przy jakieś praktycznej niezgodności rozum wymaga, abyśmy zapytali, kto z nas ma rację. Chodzi o współpracę przy wyborze najlepszego punktu wyjścia dla wyjaśniania sporów. Główną funkcją prawa jest wychowanie. To w jego pismach mamy ślady pierwszych dysput na temat sporów moralnych, to on pozostawił nam również w spadku koncepcję wspólnego dobra i prawa naturalnego, pojęcie sprawczości, indywidualności osoby. Pojęcie odpowiedzialności „wkracza na dobre” w wieku XVIII. U Kanta mamy odpowiedzialność przed prawem moralnym, przed własnym rozumem. F.W.J. Schelling występuje z oryginalną koncepcją tzw. odpowiedzialności elitarnej, J.G. Fichte- z koncepcją odpowiedzialności zbiorowej za proces dziejowy. Hegel funkcję trybunału tak rozumianej odpowiedzialności powierza historii. Jednakże to dopiero w myśleniu S. Kierkegaarda i F. Nietzschego odpowiedzialność zaczyna w istotny sposób opisywać egzystencję i jej relację z rzeczywistością. Odpowiedzialność nie jest czymś, co jedynie może się nam przydarzyć, co może nas dosięgnąć, lecz jest losem człowieka (J. Filek, Ontologizacja odpowiedzialności, Wyd. Baran i Suszczyński, Kraków 1996, s.19). W tym eseju o odpowiedzialności, która ma historię nie zatrzymałem się świadomie na badaniu struktury odpowiedzialności, tj. na podmiocie, przedmiocie, instancji nakładającej odpowiedzialność, trybunale i egzekutorze odpowiedzialności- a to z powodu charakteru mojego tekstu. Przedstawienie tych kwestii wymaga odrębnego studium. Chciałbym tutaj jeszcze wspomnieć Paula Ricoeura, którego poznałem osobiście. Według niego człowiek pierwotnie doświadczał subiektywnego poczucia odpowiedzialności jako obciążenia przewidywaną karą zupełnie niezależnie od obiektywnej ontologicznej zależności. „Człowiek miał poczucie odpowiedzialności zanim nabrał świadomości, że jest przyczyną, czynnikiem, sprawcą.”(P. Ricoeur, Symbolika zła, tłum. S. Cichowicz i M. Ochab, Warszawa 1986, s.98). Czyli moglibyśmy teraz powiedzieć, że człowiek z wolna dopiero uczył się pojmować siebie, swoje działanie, jako przyczynę, jako czynnik sprawczy. Aż wreszcie w dziedzinie teologicznej pojęcie odpowiedzialności nabrało charakteru eschatologicznego- oto odpowiadało się już nie okazjonalnie za jakiś pojedynczy czyn, lecz za całość egzystencji i za całość powierzonego człowiekowi dobra. Osoba to coś więcej niż tylko sprawca. Jeszcze dzisiaj nie jesteśmy w stanie dopuścić osobistą odpowiedzialność do głosu. Z przeszłości przychodzi do nas apel: dlaczego poczucie odpowiedzialności dawało o sobie znać w sposób negatywny. Musimy na te i inne problemy odpowiedzieć sobie. W dokumentach II Soboru Watykańskiego czytamy:”Jesteśmy świadkami narodzin nowego humanizmu, w którym definiuje się przede wszystkim człowieka przez jego odpowiedzialność.” Trzeba manifestu naszej ostatniej wierności w obliczu historycznej już odpowiedzialności. Według Prof. J. Filka u MacIntyre’a pojęcie cnoty jest „za grube”. Mac Intyre przemilczał faktyczny status cnoty jako pewnego szczególnego ideału. A cnota w moim odczuciu to pewien szczególny ideał, poszukiwanie ratunku dla wybranego przez nas ideału. Mama nauczyła mnie autentyczności. Cel pisania: miałem potężny bodziec w oparciu o narrację życia mojej mamy, wesołej kobiety. A chciałem zachować resztę świata od codzienności- co więcej, żebyśmy stawali się twardzi dosyć, w ustrzeżeniu właśnie pewnego szczególnego ideału naszego człowieczeństwa, tym samym nie bazowali jedynie na zastanej rzeczywistości i ją pożerali. W ten sposób na horyzoncie naszego życia pojawia się pewien szczególny ideał „ dobrego etycznie życia”, tak sądzę, a który nabywamy w konsekwencji dopiero właśnie poszukiwania i urzeczywistniania innych wartości, takich jak czystość, pracowitość, wierność. To będzie moja afirmacja odpowiedzialności, mocy słowa w naszych czasach, w jego wyniesieniu-wniebowzięciu.

Szwecja-Bornholm-Polska

Stanisław Barszczak—Podróż do mojej Itaki—
(informacje o Bornholmie zaczerpnąłem przez Internet, autor)
Bornholm – duńska wyspa w południowo-zachodniej części Bałtyku. Jest najbardziej na wschód położonym okręgiem administracyjnym Danii. Pierwotna nazwa wyspy Burgunarholm lub Burgondhar (skrócona na “Bornholm”) pochodzi od nazwy zamieszkującego ją w przeszłości germańskiego plemienia Burgundów (którzy stamtąd się wywodzili, a w V-VI w. zajęli dzisiejszą Burgundię) oraz germ. holm – “wyspa”. Współrzędne geograficzne wyspy: 55° 5′ 40″ N, 14° 56′ 00″ E. Powierzchnia wyspy wynosi 588,5 km², długość linii brzegowej wynosi 141,4 km, wyspa ma kształt równoległoboku o wymiarach 38 km równoleżnikowo i 28 km południkowo. Po 100 minutach rejsu promem- ferry z Ystad (Szwecja) wysiadłem w Rønne, po stronie zachodniej Bornholmu. Wyspa znajduje się w odległości 135 km na wschód od Mons Klint – najbliższego odcinka wybrzeża duńskiego, 88 km na północ od wybrzeży niemieckich, 100 km na północ od wybrzeży polskich i 37 km na południe od wybrzeży szwedzkich. Na północy Bornholm od wybrzeży szwedzkich jest oddzielony Cieśniną Bornholmską – ważnym szlakiem morskim prowadzącym docieśnin duńskich, na płd.-wsch. od wyspy znajduje się Basen i Głębia Bornholmska (głębokość do 105 m), na płd.-zach. rozciąga się obszar tzw. Ławicy Bornholmskiej z łowiskami dorsza, o średniej głęb. 10-15 m. W odległości 18 km na wschód od Bornholmu znajduje się miniaturowy archipelag Ertholmene (nazywany czasem Wyspami Groszkowymi), w skład którego wchodzi 6 wysepek.
Od XVIII w. stolicą Bornholmu jest portowe miasto Rønne liczące w 2006 r. 14 043 mieszkańców – funkcję tę przejęło od leżącego w centrum wyspy Aakirkeby. Poza Rønne na wyspie znajduje się 7 innych miasteczek: Aakirkeby (2 169 mieszkańców), Hasle(1796 mieszkańców), Allinge-Sandvig (1801 mieszkańców), Gudhjem (788 mieszkańców), Nexø (3772 mieszkańców), Svaneke (1176 mieszkańców) i Tejn (1046 mieszkańców). Administracyjnie Bornholm stanowi jedną gminę (od reformy w 2007 roku). Na specjalnych prawach administracyjnych funkcjonują Christiansø i Fredriksø – dwie zamieszkane wyspy małego archipelaguErtholmene (ich mieszkańcy i administracja bezpośrednio podlegają duńskiemu ministerstwu obrony). Wschodnie, północne i zachodnie wybrzeża wyspy są skaliste, o charakterze klifów, dochodzących do 80 m wysokości (masyw pn. cyplaHammerem), południowe wybrzeża są ukształtowane w postaci rozległych i szerokich piaszczystych plaż. Północna i środkowa część wyspy ma ukształtowanie pagórkowate, na południu przeważają krajobrazy równinne i wydmy. Najwyższe wzniesienie Rytterknægten ma162 m n.p.m. i jest położone w centrum wyspy. Przez wyspę płynie kilkanaście krótkich rzek (niektóre są okresowe), z których najdłuższa Øle Å ma 22 km. Na wyspie znajduje się także kilkanaście niedużych jezior polodowcowych lub będących wyrobiskami kopalnianymi, z których największym jest Hammers (650 m dług., 150 m szer. i 13 m głęb.) Bornholm jest wypiętrzeniem na styku dwóch płyt tektonicznych o odmiennej budowie geologicznej. Ok. 2/3 północnej i środkowej części wyspy jest utworzone z twardych skał granitowych i gnejsu datowanych na ok. 1,4 mld lat (jedne z najstarszych w Europie), pozostałe 1/3 wyspy na południu zbudowane jest z piaskowca (w mniejszej ilości łupków i wapieni), które łatwo ulegają erozji. Teren wyspy uległ wypiętrzeniu ponad poziom morza ok. 0,4 mld lat temu w okolicach równika, a następnie przesuwał się on na północ. Obecny wygląd powierzchni wyspa zawdzięcza oddziaływaniu lodowca, który dwukrotnie nasuwał się na wyspę przed 15 i 12 tys. lat. Złożoność budowy geologicznej wyspy powoduje, że jest ona silnie zróżnicowana krajobrazowo oraz posiada liczne surowce mineralne, będące podstawą tutejszego przemysłu i rękodzieła. Wyspa jest znana z licznychkamieniołomów granitu, wydobywano tu także piaskowiec. Z kolei bardzo drobny i czysty piasek południowych plaż wyspy jest używany w przemyśle szklarskim i był wykorzystywany do napełniania klepsydr. Glinka kaolinowa (wydobywana w okolicach Hasle i Rønne) używana jest obecnie w licznych pracowniach artystycznych do wyrobu przedmiotów terakotowych. Do 1946 r. eksploatowano także niewielkie złoża węgla brunatnego. Klimat wyspy charakteryzuje się dużą wilgotnością powietrza (80 – 90%), małymi różnicami sezonowymi temperatur (najcieplejszy miesiąc lipiec ze średnią temperaturą 17 °C, najzimniejszy styczeń ze średnią 0 °C), dużym nasłonecznieniem (liczba godzin słonecznych wynosi ponad 300 miesięcznie w okresie od maja do sierpnia) i stosunkowo niewielkimi opadami (średnia roczna opadów 550 mm). Nad wyspą wieją silne wiatry, głównie zachodnie, od jesieni do wiosny często pojawiają się sztormy. Właściwości klimatyczne są wykorzystywane w energetyce: na wyspie znajduje się ponad 60 energetycznych turbin wiatrowych oraz liczne kolektory do ogrzewania słonecznego wody. W okresie letnim temperatura okolicznych wód dochodzi do 22 °C. Zalesienie wyspy wynosi 20%. Dwa główne kompleksy leśne Almindingen i Rø Plantage są zbiorowiskami sztucznymi, powstałymi w wyniku nasadzeń przeprowadzonych w początkach XIX w. Stanowią je drzewostany mieszane (głównie iglaste). Resztki pierwotnych drzewostanów liściastych zachowały się jedynie na wybrzeżach. Typowym naturalnym biotopem Bornholmu są wrzosowiska pokrywające skały (których najwięcej jest na północy wyspy). Większość terenów wyspy stanowią wielkoobszarowe użytki rolne. Dzięki korzystnemu klimatowi na wyspie rosną orchidee i anemony, aklimatyzowano z sukcesem kilkanaście gatunków roślin śródziemnomorskich, w tym figowce, brzoskwinie, morwy, morele i inne. Bornholm jest nazywany „zieloną wyspą” (w porównaniu z innymi obszarami Danii) – z tego powodu flagą Bornholmu jest modyfikacja flagi narodowej, w której krzyż ma zielony kolor.
Fauna lądowa wyspy jest zbliżona do fauny Danii i płd. Szwecji. Sztucznie introdukowanym gatunkiem ssaków jest daniel. Wyspa jest znana z dużej liczby dorodnych jeży, które niekiedy stanowią problem (zwłaszcza na kempingach). Bogata jest ornitofauna, głównie reprezentowana przez ptaki morskie, oraz ptaki migrujące ze Skandynawii. Rezerwaty ornitologiczne znajdują się w okolicach Nexø i na wyspie Græsholm (w obrębie archipelagu Ertholmene). W wodach morskich okolic Bornholmu występują śledzie (Clupea harengus), dorsze , łososie, troć wędrowna, flądry i inne ryby bałtyckie.
Do głównych gałęzi gospodarki Bornholmu należą: rybołówstwo, rolnictwo, wydobycie surowców budowlanych oraz usługi turystyczne. Istotne znaczenie ma także dochód związany ze sprzedażą rękodzieła i wyrobów artystycznych powstających w pracowniach licznie tu zamieszkujących artystów plastyków (zwłaszcza w zakresie szkła artystycznego, ceramiki i terakoty oraz odzieży i tkaniny unikatowej).
Bornholm był znany także z produkcji charakterystycznych pokojowych zegarów wahadłowych, zwanych bornholmskimi. Zegary te zaczęto wytwarzać na Bornholmie od 1774 r. kiedy w okolicach wyspy rozbił się statek z ładunkiem angielskich stojących zegarów pokojowych. Bornholmscy rzemieślnicy, z których najzdolniejszymi okazali się bracia Otto i Peter Arboe, w oparciu o angielski wzorzec rozpoczęli produkcję podobnych zegarów. Założyli oni wraz innymi zegarmistrzami “Spółkę Zegarmistrzowską Ronne”, która zrzeszała liczne ich warsztaty (pod koniec XIX w. było ich 240) i eksportowała je do innych rejonów Danii i Europy. Obecnie tradycja ta jest kontynuowana tylko przez jeden warsztat rzemieślniczy, wytwarzający zegary według tradycyjnych wzorów (zwanych “mąż”, “żona” i “panna”) dla amatorów tego typu sprzętów. Jak mogliśmy się już zorientować ciekawa jest historia Bornholmu w erze chrześcijańskiej. W V – VI w. n.e. wyspę zamieszkiwało germańskie plemię Burgundów, natomiast później osiedlili się na niej Normanowie – wikingowie. Z tych czasów (890 r.) pochodzą najwcześniejsze pisane wzmianki o Bornholmie, który był wtedy nazywany Burgundarholm. Według zapisków bryt. podróżnika Wulfstana, wyspa ta była zamieszkana i miała króla. Ok. 1080 r. wikingowie zostali wyparci, a wyspę zasiedlili Danowie, będący pod władaniem króla duńskiego. Wraz z nimi napłynęli na wyspę misjonarze chrześcijańscy. Okres IX – XII w był czasem walk o wyspę pomiędzy germańskimi Danami i słowiańskimi Wendami. Danowie utrzymali wyspę pod swoimi wpływami. Z tego czasu datują się charakterystyczne dla Bornholmu rotundowe kościoły obronne (zachowały się cztery, w Nyker, Olsker, Nylars i Østerlars). Oprócz funkcji sakralnych były one w tamtych czasach punktami oporu wobec najeźdźców oraz stanowiły schronienie dla okolicznej ludności i spichlerz dla płodów rolnych. W 1149 r. znaczna część Bornhnolmu dostała się pod władaniearcybiskupstwa z Lund i od tego czasu wyspa stała się terenem zbrojnej rywalizacji pomiędzy namiestnikami duńskiej władzy królewskiej a przedstawicielami arcybiskupstwa z Lund. Siedzibą władz kościelnych była warownia na północy wyspy w Hammershus (której budowę rozpoczęto ok. 1250 r.), a ostoją władz królewskich była stara warownia Lilleborg (rozbudowana w 1150 r.), znajdująca się w centralnej części wyspy. W wyniku toczonych walk Lilleborg został zniszczony, a od 1303 r. cała wyspa stała się lennem arcybiskupów z Lund. Podczas wojny trzynastoletniej, 14 sierpnia 1457 r. w pobliżu Bornholmu doszło do zwycięskiego starcia trzech statków gdańskich z większą flotą duńsko-inflancką, wspierającą Krzyżaków. W XIV i XV w. faktyczną władzę nad wyspą sprawowały miasta hanzeatyckie, a zwłaszcza kupcy z Lubeki, którzy przejęli zwierzchnictwo nad nią w 1525 r. W 1578 r. król duński Fryderyk II odzyskał władzę nad wyspą. W 1645 r. w czasie walk o panowanie na Morzu Bałtyckim pomiędzy Danią i Szwecją, Bornholm został przejściowo opanowany przez Szwedów, co usankcjonował pokój w Roskilde z 1658 r. Jednak w tym samym roku na Bornholmie wybuchło powstanie przeciwko panowaniu szwedzkiemu, którego przywódcami byli m.in. Jens Pedersen Kofoed (1628-1691), Paul Anker i Willum Clausen. Powstańcy odnieśli zwycięstwo, zabijając m.in. szwedzkiego komendanta wyspy Printzenskölda (1615-1658) i wypędzając wojska szwedzkie. Powstanie zakończone zostało traktatem pokojowym w Kopenhadze z 1660 r., i przekazaniem wyspy Koronie Duńskiej, natomiast na mieszkańców spłynęło sporo przywilejów królewskich. W XVII w. rozpoczęto wydobywanie surowców skalnych i węgla. Zyski ze sprzedaży tych towarów oraz z rybołówstwa były początkiem rozwoju gospodarczego wyspy, przerywanego epidemiami i wojnami napoleońskimi. Wielu Bornholmczyków przez długie lata pracowało jako marynarze, przywożąc pod koniec życia dość znaczące kapitały, które inwestowali na ojczystej wyspie (oraz przywożąc egzotyczne pamiątki z całego świata). Kolejni królowie duńscy umacniali Bornholm pod względem militarnym – stanowił on ważną bazę morską dla Danii. Król Chrystian V rozpoczął w 1684 r. budowę twierdzy morskiej na oddalonej o 18 km na wschód małej wysepce, nazwanej od jego imienia Christiansø – do dziś będącej pod jurysdykcją duńskiego Ministerstwa Obrony. Twierdza ta była podczas wojen napoleońskich bazą wypadową sił kaperskich przeciwko flocie angielskiej (Dania była sprzymierzona z Francją), została zlikwidowana rozkazem królewskim w 1855 r. Po zakończeniu wojen, Bornholm zaczął się znowu rozwijać gospodarczo. W pierwszej połowie XIX w., gdy zaczęło się rozwijać rolnictwo, a potem ruch spółdzielczy, powstały także pierwsze mleczarnie spółdzielcze (duń. andelsmejerier). W 1866, otworzono stałe linie żeglugowe z Kopenhagą i pobliskim Ystad w Szwecji (żegluga była utrzymywana codziennie, z wykorzystaniem statków parowych). Przyczyniło się to do rozwoju turystyki na Bornholmie, zwłaszcza po uruchomieniu stałego połączenia promowego z Sassnitz na niemieckiej wyspie Rugia, a potem z Kołobrzegiem. W II poł. XIX w. i na początku XX w. na wyspę przybyło w celach zarobkowych kilkaset polskich rodzin (głównie z Galicji), które osiedliły się tu na stałe. Od 1823 r. w Rønne funkcjonuje najstarszy duński teatr amatorski. 10 kwietnia 1940 roku na wyspie wylądowali Niemcy, którzy w pobliżu Dueodde (na południu wyspy) zaczęli budować fortyfikacje ze stanowiskami dla 2 dużych dział artylerii nadbrzeżnej. Istnieją także przypuszczenia, że na Bornholmie funkcjonowały podczas wojny stacje obserwacyjne rakiet wystrzeliwanych z Peenemünde. 22 sierpnia 1943 r. na Bornholm spadła testowa rakieta V1, która została sfotografowana lub naszkicowana przez duńskiego oficera marynarki Hasagera Christiansena, a informacja o tym fakcie została przekazana Brytyjczykom (była to pierwsza informacja wywiadowcza o wyglądzie pocisków V1). Okupacja niemiecka nie była uciążliwa dla mieszkańców wyspy, nie odnotowano także poważniejszych aktów oporu przeciwko okupantom. Wstydliwym rozdziałem tamtych czasów były tzw. „niemieckie dziewczyny” – kobiety nawiązujące kontakty z okupantami. Rybacy bornholmscy wzięli natomiast udział w ewakuacji Żydów z Danii do neutralnej Szwecji, w czasie, gdy zawisła nad nimi groźba deportacji do obozów zagłady. Garnizon niemiecki okupujący Bornholm w latach drugiej wojny światowej miał być poddany wojskom brytyjskim, ale nieoczekiwanie pod koniec kwietnia 1945 roku dotarły na wyspę pododdziały Armii Czerwonej. Wobec próby oporu wojsk hitlerowskich, Rosjanie zbombardowali 7 i 8 maja 1945 roku Rønne i Nexø, niszcząc ok. 800 domów. Wobec tych nalotów oraz obecności ok. 26 tys. uciekinierów z Niemiec i krajów nadbałtyckich, dowódca kilkusetosobowego garnizonu niemieckiego, Gerhard von Kamptz 9 maja 1945 roku skapitulował przed Armią Czerwoną (2 Front Białoruski – 19 Armia – 132 Korpus Strzelców), którzy w liczbie ok. 10 tys. żołnierzy okupowali wyspę do 5 kwietnia 1946 roku, kiedy to opuścili Bornholm praktycznie z dnia na dzień. Okupacja sowiecka Bornholmu była przejawem dążenia Stalina do ustanowienia tu bazy wojskowej, kontrolującej trasy żeglugowe z Bałtyku do pobliskich Cieśnin Duńskich (lub nawet włączenia Bornholmu do ZSRR). Być może chodziło także o przejęcie dokumentacji wspomnianych stacji obserwacyjnych. W Allinge znajduje się cmentarz z grobami 36 żołnierzy radzieckich zmarłych w tamtym okresie z powodu chorób. W 1946 roku Szwecja ofiarowała mieszkańcom Bornholmu 300 drewnianych domków (istniejących do dziś), w celu odbudowy zbombardowanych przez Rosjan miasteczek. Bornholm przecina gęsta sieć dobrej jakości dróg kołowych. Wyspa posiada komunikację morską z sąsiednimi krajami: Szwecją, Niemcami i Polską. Od początku XX w. Bornholm stawał się coraz popularniejszym miejscem wypoczynku, zwłaszcza dla mieszkańców Kopenhagi, Niemców, a od niedawna także Polaków. Bornholm leży zaledwie 100 km od Kołobrzegu (4 godziny statkiem). Statek Jantar przez cały rok prowadzi pasażerską żeglugę międzynarodową pomiędzy polskim portem Kołobrzeg i duńskim portem Nexo na wyspie Bornholm. Nowoczesne wyposażenie zapewnia pasażerom komfort i bezpieczeństwo w każdych warunkach. Oprócz rejsów liniowych na statku są organizowane konferencje, przyjęcia okolicznościowe. Można również wyczarterować statek na rejs dowolnie wybraną trasą na morzu Bałtyckim. Bornholm, zwany „Majorką północy” jest magnesem przyciągającym ludzi spragnionych zróżnicowanej przyrody, spokoju i niepowtarzalnych krajobrazów. Wyspa jest wymarzonym miejscem dla rowerzystów, którzy chcą aktywnie spędzić urlop. Wielu ludzi wybiera ten środek lokomocji do zwiedzania, dzięki wygodnym i bezpiecznym ścieżkom rowerowym, które gęstą siecią oplatają całą wyspę. Plusem są niewielkie odległości pomiędzy miejscami wartymi zobaczenia. Bornholm to harmonijne połączenie natury i kultury. Imponująca jest ilość zabytków. Do najcenniejszych należą jedyne w Skandynawii białe romańskie kościoły z XII wieku w kształcie rotundy, a także jak już wspomniałem największa warownia północnej Europy – ruiny zamku Hammershus i morska forteca na skalistej wysepce Christianso, położona w odległości około 18 km od Bornholmu. W tym miejscu chciałbym powiedzieć wam, że już zaprzyjaźniłem się również z Borholmem. Kościół katolicki na Bornholmie: Kościół Różańcowy w Aakirkeby: Adres: Gregersgade 12; Tel: 56 95 08 55; Msze (latem): w niedziele, godz. 10.00. Ksiądz Proboszcz z Ystad mówił mi, ze rozmawiał z swoim Biskupem o stałym duszpasterstwie Polaków na Bornholmie. Osobiście mogłem pomodlić się w kościele św. Mikołaja w Ronne. A u sufitu nawy głównej zawieszony jest piękny statek, wspomniałem wówczas na moje młodzieńcze podróże do Świnoujścia, tam w świątyni również widziałem podobny statek. Dla mieszkańców wyspy turyści są mile widzianymi gośćmi. Dokładają wszelkich starań, aby niezapomniane wspomnienia skłoniły do ponownego przyjazdu. Do dyspozycji gości są wygodne schroniska, campingi, domki letniskowe i piękne hotele. O zaspokojenie wyszukanych gustów kulinarnych dba niezliczona ilość restauracji, barów i kawiarenek. Na każdym kroku spotyka się urokliwe miasteczka i malownicze osady rybackie. Dzień dzisiejszy i nowoczesna technika splata się z tajemniczą przeszłością, zaklętą w pamiątkach z dawnych wieków. W czasie wędrówek po wyspie koniecznie trzeba odwiedzić jeden z licznych warsztatów rzemiosła artystycznego i tradycyjną wędzarnię ryb, by spróbować miejscowego przysmaku, czyli wędzonego śledzia. Stare podanie bornholmskie głosi, że Thor- najważniejszy bóg w mitologii dawnych Wikingów – najpierw stworzył Danię, a potem z tego, co mu pozostało – Bornholm. I rzeczywiście: maleńka wyspa mieści w sobie chyba wszystko co istnieje w pozostałej Danii. Łagodny klimat wyspy, pełna kontrastów natura zawierająca wszystko od dramatycznych klifów, ogromnego lasu (trzeciego pod względem wielkości w Danii) do wielokilometrowego ciągu plażowego o drobnym piasku i łagodnych kąpieliskach, czystość środowiska, kipiące latem życie muzyczne, a przede wszystkim doskonale rozbudowana infrastruktura turystyczna – to wszystko stanowi znakomitą podstawę do zadowolenia prawie 400.000 turystów odwiedzających rocznie na wyspę. Bornholm ma ogromnie dużo do zaoferowania i każdy znajdzie z pewnością odpowiednią dla siebie formę odpoczynku i rozrywki. Wielką atrakcją dla dzieci większych i tych bardziej dorosłych jest olbrzymi park zabaw i wypoczynku Joboland z dużym akwaparkiem, restauracją i koncertami muzycznymi. Cieszy się on zrozumiałą popularnością. Obecność morza umożliwia nie tylko kąpiele, ale także wędkowanie i żeglarstwo. Czysta woda okalająca wyspę kryje w sobie obfitość wielu gatunków ryb, m.in. coraz bardziej popularnego łososia bałtyckiego i dorsza. Ilość i jakość portów bornholmskich na ponad 140 km wybrzeżu zachęca wielu żeglarzy do przybycia na Bornholm. Rejs na leżące w pobliżu Christiansø jest dla wielu turystów obowiązkowym punktem w czasie pobytu na Bornholmie. Rejsy te odbywają sie codziennie statkami wycieczkowymi odchodzącymi z portów w Svaneke, Gudhjem i Allinge. Przez całe lato na Bornholmie odbywają się również koncerty muzyki poważnej, jazzowej i rockowej oraz festyny i pchle targi. Do odwiedzin zapraszają też liczne bornholmskie muzea, galerie, warsztaty mieszkających na wyspie wielu artystów i twórców rzemiosła artystycznego. Bornholm to nie tylko urokliwa natura, piękna pogoda i mile spędzone wakacje. Dumą wyspy jest słynny duński malarz Oluf Høst, którego nastrojowe obrazy podziwiać można w bornholmskim Muzeum Sztuki w Rø oraz znany pisarz Martin Andersen Nexø, którego dom rodzinny w Nexø udostępniony jest zwiedzającym. Latem wyspa tętni życiem muzycznym, odbywa się tu bowiem wiele festiwali i koncertów muzyki poważnej (wiele z nich w zabytkowych kościołach -rotundach) oraz jazzowych; wszystkie z udziałem czołowych muzyków duńskich i zagranicznych. Na koniec retoryczne pytanie postawię nam Polakom: dlaczego upieramy się przy stwierdzeniu, żeby Bornholm był jedynie „duński”. Witamy na Bornholmie.

Patriotyzm Garibaldiego

Garibaldi podczas walk o Rzym w 1849 roku nawoływał do wszczęcia w obronie tamtejszej republiki prawdziwej wojny ludowej, w której przeciw regularnym armiom obcym wystąpiłyby masy ludowe wezwane do swego rodzaju pospolitego ruszenia. Idea „narodu zbrojnego” czy też pospolitego ruszenia mas ludowych wywodziła się z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej, tak pamiętnych dla całej Europy. W 1854 Garibaldi wrócił do Piemontu i wziął udział w wojnie toczonej przez Piemont wspólnie z Francją przeciw Austrii (1859), jako dowódca ochotniczego korpusu strzelców alpejskich, odnosząc zwycięstwa pod Varese i Castenedolo. Garibaldi szedł do boju na czele swych „czerwonych koszul”. Po walkach z Austriakami w Alpach, Garibaldi zaokrętował swoich żołnierzy na dwa parowce i skierował się na południ, aby wesprzeć na Sycylii powstanie przeciw królowi Neapolu Franciszkowi II. W maju 1860 roku oddziały Garibaldiego opanowały Sycylię, a następnie przeprawiły się na półwysep. W lutym 1861 roku Garibaldi zajął Neapol i przejął pełną kontrolę nad południem Włoch. Uznany już powszechnie we Włoszech za bohatera narodowego, przekazał swoje zdobycze królowi Sardynii Wiktorowi Emanuelowi II, który ogłosił 18 lutego 1861 roku powstanie zjednoczonego Królestwa Włoch. Historia zatoczyła nowe koło w czasie wojny francusko- pruskiej, w czasie walk Garibaldczyków z oddziałami z Francji i Państwa Kościelnego. Garibaldi wówczas nie znalazł uznania u króla Sardynii Wiktora Emanuela, ten odsunął go od wpływu na rządy. Pobity przez wojska królewskie pod Mentoną(3 listopad 1867) trafił do więzienia. Zwolniony na żądanie społeczeństwa włoskiego. W czasie wojny z Austrią (1866) był dowódcą korpusu ochotniczego w Tyrolu. Apel Garibaldiego, rzucony Włochom jeszcze we wrześniu 1859 roku i powtarzany przez następne dwa miesiące w różnych miastach północnej i środkowej Italii, nawiązywał wprost do idei „narodu zbrojnego”. „Sytuacja nie toleruje żadnych debat,” mówił, „albo Włochy albo śmierć!” Milionowi, czy nawet dwóm milionom Włochów uzbrojonych, choćby w karabiny i zdecydowanym walczyć o wolność i jedność ojczyzny żadna armia nie mogłaby się, teoretycznie, oprzeć. Wizja takiego pospolitego ruszenia całego narodu działała na wyobraźnię, zwłaszcza na wyobraźnię prostych ludzi. Demagogiczny slogan zyskał błyskawicznie niebywałą popularność. Zbierano więc pieniądze na karabiny i liczono ochotników. Do najbardziej znanych oracji Giuseppe Garibaldiego z tego czasu należy przemówienie wygłoszone na farmie braci Guiccioli koło Ravenny, we wrześniu 1859 roku. Garibaldi wracał do już odwiedzonych miejsc po wielekroć, farma braci Guiccioli pozostawała okryta kirem śmierci jego towarzyszki życia, Anity, pierwszej żony i matki jego czwórki dzieci. Ludzie Garibaldiego karmili się wciąż żywymi uczuciami ich bohatera. A ten mówił im odważnie:
-„Odwoływaliście się tu do historii mojego życia, trzeba więc teraz, abym powiedział wam, jak bardzo czuję się dumny i szczęśliwy, że znalazłem się znowu wśród was, dzielnego ludu, który tyle dał mi dowodów swego męstwa i swego do mnie przywiązania. Powtarzam wam, że do ostatnich chwil mego życia pozostanę ciałem i duszą oddany mojej ojczyźnie. Jeżeli przez czternaście lat służyłem bezinteresownie sprawie wolności innych krajów1, czegóż nie uczyniłbym dla kraju, w którym przyszedłem na świat? Obecny bieg wydarzeń sprzyja nam, wiele jednak pozostaje jeszcze do zrobienia. Nadszedł dzień, w którym Italia winna odzyskać zupełną niezawisłość: trzeba, żeby tym razem naprawdę się to dokonało i żeby sztandar wolności załopotał od Alp aż po Sycylię. Opatrzność zesłała nam człowieka, jaki jest nam potrzebny na to, byśmy mogli się zjednoczyć. Musimy wszyscy stanąć twardo wokół Wiktora Emanuela, aby przepędzić z naszej ojczyzny obcych, których jarzma dźwigać dłużej nie chcemy. Z dniem, kiedy obcy władca (Chodzi o cesarza austriackiego, Franciszka Józefa) wycofa się i pozwoli nam korzystać w spokoju z tego, co do nas należy, powitamy w nim przyjaciela. Ale dopóki będzie chciał nas trzymać pod swoim panowaniem, może od nas oczekiwać jedynie ognia naszej artylerii. Tylko jednością i siłą możemy wywalczyć sobie wolność: pewien jestem, że jeśli będziemy silni, nikt nie ośmieli się nas zaatakować. Nasz naród – cały – winien tworzyć wojsko, a ci, których obowiązki przykuwają do rodzinnego ogniska, mogą przy nim pozostać, ale jako żołnierze, z muszkietami w ręku. Dwóch tygodni wystarczy, aby z każdego Włocha uczynić dzielnego żołnierza, którego zasługą nie będzie jedynie haftowany uniform. Spójrzcie na żuawów!(Żuawami nazywano oddziały piechoty francuskiej, utworzone w Algierii w 1831 roku, składające się początkowo z tubylców i Europejczyków, potem wyłącznie z Francuzów, przyp. autora tekstu) W swych prostych, swobodnych ubiorach okazują się oni najlepszymi w świecie żołnierzami. Pamiętam, jak w czasie jednej z moich kampanii w Ameryce Południowej znaleźliśmy się na rozległej równinie, gdzie nie mogliśmy zdobyć niczego do zaspokojenia naszych potrzeb – ani z wnętrza kraju, ani z portów zablokowanych przez nieprzyjaciela. Stada pasące się na prerii były naszym jedynym źródłem pożywienia. Jedliśmy ich mięso, a ich skóry chroniły nas przed skwarem dni i chłodem nocy; i mimo to, zapewniam was, nasi żołnierze, zbrojni jedynie w muszkiety dokonywali cudów męstwa. Byliśmy postrachem cesarskich i tysiące nieprzyjaciół zmuszaliśmy do ucieczki. Ale dziś brak nam broni, przyjaciele – i po to, byśmy dłużej nie odczuwali tego braku, proponuję, aby Italia stworzyła fundusz społeczny, który pozwoliłby nam zaopatrzyć się w milion karabinów. Pomyślcie! Ileż krzywd mamy do pomszczenia! Ile lat przeżyliśmy w niewoli! Pamiętajcie, na jaką hańbiącą śmierć skazani zostali tacy jak Ciceruacchio i jego synowie, jak Ugo Bassi, czy Antonio Elia!” (Źródło: Edizione nazionale degli scritti di Giuseppe Garibaldi, vol. IV „Scritti e discorsi politici e militari” (1838-1861) – wyd. Bolonia 1934. Zob. Magazyn „Razem”, tłum. Barbara Sieroszewska)
Innym razem mówił: „Do tej wspaniałej karty w historii naszego kraju jeszcze inna, bardziej chwalebna będzie dodane, a niewolnik pokarze w końcu jego wolnym braciom zaostrzony miecz wykuty z ogniw jego kajdan. Oprócz tego, niech wszyscy inni pozostają na straży naszych chwalebnych sztandarów. Wypowiadam to słowo z głębokim uczuciem, z głębin mojego serca. Jeśli te ręce, używane do walki, byłyby do przyjęcia przez Jego Świątobliwość, my najbardziej wdzięcznie ofiarujemy je na służbę Temu, który zasługuje na takie dobro Kościoła i ojczyzny.” Przy innej okazji mówił do swoich żołnierzy: „Nie zapewniam(wam) ani wynagrodzenia, ani ćwiartki(wódki), ani żywności; zapewniam tylko głód, pragnienie, marsze przymusowe, bitwy i śmierć. Ten kto kocha swój kraj sercem, a nie tylko ustami, niech idzie za mną.” ”Dajcie mi raczej gotową rękę, jak gotowy język.”
Wobec klęsk armii francuskiej w czasie wojny francusko-pruskiej (po 1866 roku) na własnym terytorium garnizon strzegący Rzymu został odwołany, na co tylko czekał rząd włoski. Armia zjednoczonych Włoch wkroczyła do państwa Papieskiego, które ograniczone zostało do Watykanu i ogrodów Castel Gandolfo, a papieże – aż do II wojny światowej – uważali się za „więźniów Watykanu”. Powróciwszy do zdrowia Garibaldi udał się do Genui, gdzie na wieść o klęsce pod Sedanem wygłosił przemówienie, którego główne przesłanie brzmiało: „Wczoraj mówiłem wam: wojna na śmierć i życie przeciw Bonapartemu. Dzisiaj mówię: za wszelką cenę ratujmy Republikę Francuską!”. Wkrótce też znalazł się we Francji, gdzie dowodził ochotniczą Armią Wogezów, jedyną armią francuską, która ani razu nie doznała porażki ze strony pruskiej. Brał nawet udział w obradach francuskiego Zgromadzenia Narodowego .Po tej ostatniej wojnie, chociaż został ponownie wybrany do parlamentu, większość czasu spędzał w domu, aczkolwiek nie zapominał o wspieraniu ambitnego planu osuszania bagien w południowym Lacjum. W roku 1879 założył Ligę Demokratyczną wspierając projekty powszechności prawa wyborczego, likwidacji kościelnej własności ziemskiej oraz powołania stałej armii. Pomimo oddawanych mu honorów i zaszczytów Garibaldi nie był usatysfakcjonowany rozwojem sytuacji w swojej ojczyźnie. Rzym pozostawał nadal pod władzą papieża. Garibaldi pragnął dokończyć dzieła zjednoczenia Włoch i podjął w 1862 roku, oraz ponownie w roku 1866, próby przyłączenia Rzymu do Włoch. Za każdym razem wobec przewagi wojsk nieprzyjacielskich jego wysiłki kończyły się niepowodzeniem, a on sam dwukrotnie dostawał się do niewoli. Za każdym razem wyjście na wolność zawdzięczał jedynie swej ogromnej popularności i międzynarodowemu uznaniu. W lipcu 1861 roku prezydent Stanów Zjednoczonych Abraham Lincoln zaproponował mu objęcie dowództwa nad wojskami Unii i poprowadzenie ich do walki ze zbuntowanymi stanami Południa. Garibaldi nie przyjął jednak oferowanego mu stanowiska. Nie wziął też udziału w zajęciu Rzymu przez wojska włoskie w październiku 1871 roku. W 1874 roku został wybrany do parlamentu włoskiego, w którym zasiadał przez 2 lata, zanim 1876 roku wycofał się z życia publicznego. Pod koniec życia zaczął wyrażać poparcie dla idei socjalizmu i występować w obronie praw robotników oraz kobiet. Przeciwstawił się też wszelkim przejawom dyskryminacji rasowej i postulował zniesienie kary śmierci.
Garibaldi był smukłym blondynem o bardzo jasnej cerze i jasnobrązowych oczach, małomówny, oszczędny w gestach. Garibaldi był najzdolniejszym wśród rodzeństwa, więc matka robiła wszystko, aby został duchownym, jednak młody rewolucjonista do kleru odczuwał wielka niechęć, w późniejszym czasie przemienioną w fobię. Po 1831 roku Garibaldi wiąże się z masonami, którzy prowadzili antyjezuicką działalność. Ale dopiero w Brazylii wstąpił do loży masońskiej, w której pozostanie do końca życia. O duchownych mówił wręcz: „Kapłani do łopaty! “Duchowni są badaczami i żołnierzami obcego mocarstwa, władzy zmieszanej i uniwersalnej, autorytetu duchowego i politycznego, który kontroluje, rządzi i nie pozwala, aby dyskutować, siejąc niezgodę i korupcję.””Jeśli powstałby naród Szatana, który walczyłby z dyktatorami i kapłanami, wstąpiłbym w jego szeregi.”Kapłan jest uosobieniem fałszu.” “Kapłan jest mordercą duszy, ponieważ w każdych czasach napędzał ignorancję i dążył do nauki.” „Nie wolno mi akceptować w żadnym czasie służby nienawiści, lekceważę tym samym łotrostwo kapłana, którego służba jest wrogiem rodzaju ludzkiego i Italii w szczególności.” „Papiestwo najbardziej szkodliwe ze wszystkich sekt.” “Papież Pius IX… jest najbardziej szkodliwy spośród stworzeń, bo bardziej niż ktokolwiek inny jest przeszkodą dla ludzkiego postępu i braterstwa między ludźmi i narodami.” W 1867 r Garibaldi próbował po raz kolejny zdobyć państwo kościelne, nie udało mu się i został aresztowany, ale jako bohater narodowy wypuszczony i odesłany na Caprerę. Tutaj pozostając przez 3 lata zajął się pisaniem powieści i wspomnień. W tym czasie Pius IX – 1870 r ogłosił Sobór Watykański I, który ogłosił dogmat o nieomylności papieża. W dniu 20 IX 1870 roku Włosi zajęli Rzym. W tym czasie Garibaldi brał udział w walkach we Francji w obronie republiki, jednak już w lutym 1871 roku znowu stanął na swojej wyspie. Tutaj już został, cierpiał na reumatyzm, nabyty jeszcze w Ameryce Południowej. Dnia 1 VI 1882 roku zachorował na zapalenie płuc, a już 2 VI o 6. 20 rano zmarł w obecności żony. Taką też godzinę wskazuje zegar umieszczony nad wejściem do salonu z łożem śmiertelnym generała. Jego dewizą pozostanie na zawsze hasło: „Zaczynać(pracę) z determinacją, to jest już połowa sukcesu.”
Wróćmy jeszcze na moment do słynnego pisarza z Polski Stefana Żeromskiego, który opiewał polskie krajobrazy, a które przywołują na pamięć ten krajobraz nicejski z dzieciństwa Garibaldiego.
„Między grube pnie kilku świerków, co sterczą samotnie na skraju poręby, plamiącej mnóstwem czarnych pniaków zgniłozielony upłaz wzgórza, zsuwało się słońce pławiąc się w miedzianym blasku, podobnym do przejrzystego kurzu, nieruchomą warstwą nawisłego nad daleką widownią. Odblaski jego lśniły jeszcze na krawędziach chmur, wyzłacając je i zabarwiając szkarłatem, wrzynały się między fałdy szarych kłębów i szkliły na wodach. W bruzdach ściernisk i podorywek jesiennych, na sapowatych niwkach i świeżych karczowiskach, gdzie stały smugi wody po niedawnej nawałnicy, mieniły się rude plamy jak kawałki szyb przepalonych. Na szare, przyklepane skiby padał uciążliwy dla oczu, zwodniczy cień fioletowy, piaszczyste wydmy żółkły zielska na przykopach, krzaki na miedzach miały jakieś nie swoje, chwilowe barwy. W głębokiej kotlinie, otoczonej ze wschodu, północy i południa podkową wzgórz obdartych z lasu, płynęła struga rozlewając się w zatoki, bagna, płanie i szyje, powstająca tam właśnie ze źródlisk zaskórnych. Dokoła wody na torfiastym kożuchu rosły gąszcze trzcin, wysmukłe sity, tataraki i kępy niskiej rokiciny. Nieruchoma czerwona woda świeciła się teraz spod wielkich liści grzybienia i szorstkich wodorostów w postaci bezkształtnych plam biało-zielonych. Nadleciały stadkiem cyranki, krążyły kilkakroć z wyciągniętymi szyjami, przerywając ciszę melodyjnym, dzwoniącym świstem skrzydeł, zataczały w powietrzu elipsy coraz mniejsze -wreszcie zapadły w trzciny, z łoskotem rozbijając wodę piersiami. Ucichł dudniący lot bekasów, głuche wołanie kurki wodnej. Ustało dowcipne pogwizdywanie kulików, poznikały nawet szklarze i modre świtezianki, wiecznie trzepoczące siateczkowatymi skrzydłami dokoła badylów sitowia. Błądziły tylko jeszcze po świetlanej powierzchni głębin niestrudzone muchy wodne na swoich szczudlastych nogach, cienkich jak włosy a zaopatrzonych w kolosalne i nasycone tłuszczem stopy…”
Drożyna zawróciła tam na prawo. Tuż pod stopami mymi, w głębi wąwozu, tuliła się wieś. Białe chatynki stały obok siebie wzdłuż drogi błotnistej, wysadzonej wierzbami o wielkich rosochatych głowach. Od jednej do drugiej szedł, zataczając się, szary, postarzały płotek z wierzbowych palików powiązanych wikliną. W maleńkich ogródkach pod oknami chat kwitły georginie i magnolie. Okna były pootwierane, wieś pusta. Polną ścieżyną idzie ku nam Garibaldi, młodzian w sile wieku. W oddali dostrzega grupkę dzieci.
„— Co to, chłopcy, robicie tutaj?
— A szlam na wodę puszczamy, proszę pana doktora.
— Na wodę…”
Zaraz potem widzimy Garibaldiego w swoim gospodarstwie na Caprerze, który obdziela nas swoimi maksymami:
“Ochrona zwierząt przed okrucieństwem ludzi, nakarmić je, jeśli są głodne, dać im pić, kiedy są spragnione; spieszyć im z pomocą, jeśli są wyczerpane ze zmęczenia, to najpiękniejsza cnota silnego w obliczu słabego.”/…/ Istotnie wolność trzeba oprzeć na mocy, bo ta ostatnia zawsze wspiera.
Jeszcze dnia 8 listopada 1860 roku Garibaldi mówił do zgromadzonych w Neapolu „zapaleńców rewolucji zbrojnej”, do swoich wolontariuszy:
„Mówię moim kompanom wojennym, do widzenia!”. “Musimy wziąć pod uwagę okres, który się kończy, jako ostatni etap naszego zmartwychwstania, i wspaniale przygotować się do ostatecznego zrealizowania niezwykłej koncepcji wybranych z dwudziestu pokoleń, których Opatrzność powołuje do zakończenia tego etapu w tej szczęśliwej generacji. Tak, młodzieńcy, Włochy zawdzięczają wam ‘zakład’, który zasługuje na oklaski wszechświata. Zwyciężyliście i nadal będzie zwyciężać, ponieważ jesteście przygotowani do taktyk, które decydują o losach bitew. Nie należycie absolutnie do zdegenerowanych z tych, którzy przenikali do głębokich szeregów falang macedońskich; którzy przebijali pierś dumnym zdobywcom Azji. Na tej stronie niesamowitej historii naszego kraju to stanie się bardziej chwalebne jeszcze, oto niewolnik pokaże w końcu wolnemu bratu ostry żelazny pierścień, który przynależy do jego łańcuchów. Wy kobiety, także, odrzućcie wszystkich tchórzy od swoich objęć; bo oni dadzą wam tylko tchórzy dla dzieci, a wy, które jesteście córkami pięknej krainy musicie rodzić dzieci, które są szlachetne i odważne. Oby bojaźliwe doktrynerstwa odeszły przynoszące zresztą służalczość i niedole. Ten lud jest panem samego siebie, chce być bratem innych narodów, ale zachować swoją dumę z czołem wysokim, a nie umniejszać ją, prosząc o jego wolność, on nie chce być w tyle za ludźmi o ubłoconym sercu. Nie! nie! nie! Opatrzność uczyniła dar dla Italii Włochy z Wiktora Emanuela. Każdy Włoch włoskie musi odnieść się do niego, być wokół niego. Obok króla pana wszelkie spory powinny zniknąć, rozwiać się wszelkie urazy! Ponownie powtarzam mój krzyk, do broni, wszyscy! wszyscy! Jeżeli w marcu 1861 nie znajdzie się milion uzbrojonych Włochów, biedna wolność i uboga włoska ziemia … O! Nie, daleko ode mnie jest myśl, którą brzydzę się jak trucizną. Marzec 1861, i w razie potrzeby w lutym wszyscy znajdziemy się na naszym posterunku. Niech ci tylko powracają do swoich domów, którzy zostali powołani przez nadrzędne obowiązki, które zawdzięczają ich rodzinom i tym, którzy przez swoje chwalebne rany zasłużyli na zaufanie ich kraju. Będziemy wkrótce iść razem by ratować naszych braci, jeszcze niewolników z zagranicy, i spotkamy się ponownie w obliczu długiego marszu do nowych sukcesów. Włoch z Catalafini, z Palermo, z Volturno, z Ancôny, z Castelfidardo, z Isernii, także my, ludzie z tej ziemi nie tchórze, nie służalczy, skupieni wokół chwalebnego żołnierza z Palestro, zaatakujemy ostatnim porażeniem prądem, ostatnim uderzeniem w tyranię, która się rozpada. Podejmijcie, młodzi wolontariusze, reszto honorowa z dziesięciu bitew, tę mowę pożegnalną. Przekazuję ją wam przejęty uczuciem, z głębi mojej duszy. Dziś muszę przejść na emeryturę, ale na kilka dni. Godzina bitwy znajdzie mnie z wami znowu, obok żołnierzy włoskiej jedności.”(To, co można tutaj wyczytać opiera się na fragmentach biografii Józefa Garibaldiego zaczerpniętych przez Internet i bynajmniej stanowi licentia poetica autora tekstu; tłum. s.Barszczak)

Garibaldi i Kościół

Stanisław Barszczak, cz.III (Biały Dom Garibaldiego)
Józef Garibaldi, Nicejski żeglarz z włoskiej Ligurii, nacjonalistyczny rewolucjonista, w 1836 roku uciekł z Europy i walczył w imieniu separatystycznej republiki w południowej Brazylii (tzw. wojna Ragamuffin). Kiedy pierwszy raz zobaczył osiemnastoletnią Anitę, mógł tylko wyszeptać do niej: “Musisz być moja”. Dom Anity Garibaldi znajduje się w Lagunie, Santa Catarina, Brazylia. Anita przyłączyła się do załogi statku Garibaldiego „Rio Pardo”, w październiku 1839 roku. Miesiąc później miała już za sobą chrzest bojowy w bitwie pod Imbituba i Laguna, walcząc u boku kochanka. Jako wytrawna amazonka, Anita przybliżała Giuseppe kulturę gaucho na równinach południowej Brazylii, Urugwaju i północnej Argentyny. Jeden z towarzyszy Garibaldiego opisywał Anitę, że jest “amalgamatem dwóch żywiołów … siły i odwagi mężczyzny oraz uroku i czułości kobiety, objawiających się w śmiałości i wigorze, z jakimi wywijała mieczem i w pięknym owalu jej twarzy, który objawiał jedyną miękkość jej niezwykłych oczu.” Nie była pięknością, ale miała temperament, była wieśniaczką, nie umiała pisać ani czytać. Była mężatką od 4 lat, ale w późniejszym czasie jej mąż zmarł i mogli się pobrać. W bitwie pod Curirtibanos Garibaldi został oddzielony od Anity, która stała się jeńcem rywalizującej grupy. Ale w końcu udało jej się skontaktować z rebeliantami, tym samym połączyła się znów z Garibaldim w Vacaria. Anita i Giuseppe wzięli ślub w dniu 26 marca 1842 roku w Montevideo. Mieli czwórkę dzieci (Menotti, Rosalinda, Teresita,Ricciotti). Inna kobieta urodziła się w 1842 r. W Europie Garibaldi uznał ojcostwo i dał jej swoje nazwisko. Odnośnie małżeństwa z Anitą, to pomimo pewnych kłótni z tej racji, że Garibaldi był kobieciarzem, ostatecznie zwyciężyła prawda o tym, że ich związek charakteryzował się namiętną miłością. W Europie Anita stanęła przy boku męża, kiedy ten walczył w obronie Rzymu, który upadł z powodu francuskiego oblężenia w dniu 30 czerwca 1849 roku. Przypomnijmy jeszcze tutaj pewne fakty. W listopadzie 1835 roku Garibaldi z Marsylii przez Tunezję popłynął do republiki Rio Grande. Od listopada 1835 do czerwca 1848 Garibaldi przebywał w Ameryce Południowej (Brazylia, Argentyna, Urugwaj) walcząc po stronie sił republikańskich i zdobywając żołnierską sławę. W roku 1842 Garibaldi objął dowodzenie nad niewielką flotą urugwajską i powołał do życia “Legion Włoski”. W czasie walk partyzanckich w Urugwaju Garibaldi odniósł dwa spektakularne zwycięstwa w bitwach pod Cerro i Sant Antonio. Ale Garibaldiego interesował przede wszystkim los własnej ojczyzny. Kiedy wybuchło powstanie w Palermo Garibaldi podjął decyzję, by wrócić zza oceanu. Tak więc w dniu 15 kwietnia 1848 wspólnie z przyjacielem Feliksem Orrigoni, wypłynęli z Montewideo do Włoch. Pewnego dnia przyjaciele podejmują rozmowę na pokładzie statku: – Jesteś marzycielem, zaczął Garibaldi. –”Popatrz, co tam widzisz, zabrał głos Orrigoni. – „Widzę chmury, widzę pałace, widzę katedry: widzę cywilizację… widzę strzeliste iglice sięgające nieba,” nie przestawał mówić Garibaldi. Orrigoni zaripostował: – „To wszystko stworzyli ludzie tacy jak ja. Choćbyś nie wiem jak długo żył Giuseppe, jest coś, co zawsze będzie nas dzielić. Nigdy nie osiągniesz tego, co ja/…/ Życie niesie ze sobą (dużo więcej) , zawiera w sobie wiele piękna, nawet więcej od tego, które pojawi się w naszej wyobraźni, wyobrażeniach czy też w naszych marzeniach”.
Jak już wiemy Anita jest z mężem w czerwcu 1849 roku, kiedy ten walczy w Rzymie przeciw Francuzom. W Rzymie już Czekała na niego, której stosunki z teściowa nie układały się najlepiej. Garibaldi zdecydował się stanąć u boku Karola Alberta. Wojska francuskie wkroczyły do miasta 30 czerwca 1849 roku. Następuje odwrót. Anita też ucieka przed wojskami francuskimi i austriackimi i towarzyszy Legii Garibaldiego. Jest w ciąży i chora na malarię, umiera 04 sierpnia 1849 o godzinie 7:45 po południu, w ramionach męża na farmie braci Guiccioli w Mandriole, w pobliżu Rawenny, podczas tragicznego odwrotu. Jej ciało musiało zostać pochowane w pośpiechu, później-jak podają biografowie- zostało wykopane przez psa. Skądinąd wiemy, że pozostanie ona obecna w pamięci Garibaldiego do końca jego życia. Z jej pamięcią w sercu Garibaldi podróżował do Peru na początku 1850 roku, odszukał tam na wygnaniu i bez środków do życia Manuelę Saenz, legendarną towarzyszkę Simóna Bolivara. Kilka lat później, w 1860 roku, kiedy Garibaldi galopował na koniu pod Teano (Włochy), aby powitać Wiktora Emanuela II, jako króla zjednoczonych Włoch, wówczas założył pasiasty szal Anity na swoje szare południowoamerykańskie poncho. Jak powiedziałem Anita umiera w wiejskim domu niedaleko Rawenny w obecności męża Józefa Garibaldiego, otoczona przez niektórych z jego towarzyszy, i tych, którzy obdarzyli ją azylem, kiedy szukali ich Austriacy. A Garibaldi, ścigany przez Francuzów, Austriaków, Hiszpanów i Neapolitańczyków, skierował się wówczas w stronę Wenecji, która wciąż jeszcze broniła się przed siłami austriackimi. Od strony Wenecji trzynaście statków z ludźmi Garibaldiego w wyniku bombardowania przez austriacką flotę ostatecznie musiało przybić do brzegu w Magnavacca , na wybrzeżu Romanii. A następnie po pełnym trudów marszu, 250 ludzi Garibaldiego znalazło schronienie w republice San Marino. Brzemienna Anita umiera mu na szlaku za Comacchio, kiedy ludzie Garibaldiego musieli przemierzać błota w pobliżu Valle Lido di Magnavacca na drodze ku Ravennie. I oto jest zaledwie kilka dni po jej śmierci w gospodarstwie Guiccioli, a Cugliolo i Garibaldi wciąż są chronieni przez płonący patriotyzm włoskiej krainy Emilia Romagna, wreszcie po 15 dniach przygód dwóch uchodźców, po podróży przez Romagna Toscana wylądowało w Porto Venere w Zatoce La Spezia. Zauważmy tutaj, że Garibaldi jeszcze raz odwiedzi La Spezia w 1862 roku, kiedy ranny w stopę zostanie przetransportowany do twierdzy w La Spezia, będzie tam leczył swą ranę trzymany pod strażą jako “honorowy więzień”. Ale mamy rok 1849, jeszcze w tym roku rząd piemoncki zmusił go do wyjazdu z kraju. Wówczas po raz pierwszy Garibaldi odwiedza wyspę Maddalena na Sardynii, jest wrzesień, październik pamiętnego roku 1849. A następnie przez Tanger udaje się do USA; osiadł w Nowym Jorku, gdzie zyskał nieznaczne wsparcie włoskiej imigracji. Przez jakiś czas pracował w wytwórni świec Antonia Meucciego na Staten Island, następnie wróci na morze i jako kapitan odbył kilka rejsów na Pacyfik. W czasie jednego z nich złożył wizytę peruwiańskiej bojowniczce o wolność, Manueli Sáenz.
Rzym, 1849, sztab generalny Garibaldiego, Anita Garibaldi, Feliks Orrigoni: -(Garibaldi) “Człowiek żyje aby być przydatny dla mas. I wartość osoby jest ustalana przez korzyść jaką przynosi ona bliźniemu. Urodzić się, żyć, jeść, pić i umrzeć, to może jakiś insekt.”
-(Garibaldi zmienionym głosem mówi do swoich żołnierzy) „Europa pozostaje zatrwożona pod Alpami despotyzmu i fałszu, i wam apostołom pokoju i wolności będzie wciąż ciężko to zmienić . Ale im więcej będziecie napotykać na waszej drodze przeszkód, tym chwalebniejsze to się stanie, gdy będziecie dążyć do tego, aby rodzina ludzka uzyskała waszą wolność.” (W rzymskiej winiarni Garibaldi mówił wówczas do swoich kompanów) -„Bakchus utopił więcej ludzi w szklanicach, jak Posejdon w morzu.” W 1854 roku powrócił do Włoch. Zamieszkał na Caprera niedaleko Sardynii i został dowódcą pierwszego włoskiego parowca poruszanego za pomocą śruby napędowej. Garibaldi podczas walk o Rzym w 1849 roku nawoływał do wszczęcia w obronie tamtejszej republiki prawdziwej wojny ludowej, w której przeciw regularnym armiom obcym wystąpiłyby masy ludowe wezwane do swego rodzaju pospolitego ruszenia. Idea „narodu zbrojnego” czy też pospolitego ruszenia mas ludowych wywodziła się z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej, tak pamiętnych dla całej Europy. Garibaldi Wrócił do Piemontu w 1854 i wziął udział w wojnie toczonej przez Piemont wspólnie z Francją przeciw Austrii (1859), jako dowódca ochotniczego korpusu strzelców alpejskich, odnosząc zwycięstwa pod Varese i Castenedolo. Garibaldi szedł do boju na czele swych „czerwonych koszul”. Po walkach z Austriakami w Alpach, Garibaldi zaokrętował swoich żołnierzy na dwa parowce i skierował się na południ, aby wesprzeć na Sycylii powstanie przeciw królowi Neapolu Franciszkowi II. W maju 1860 roku oddziały Garibaldiego opanowały Sycylię, a następnie przeprawiły się na półwysep. W lutym 1861 roku Garibaldi zajął Neapol i przejął pełną kontrolę nad południem Włoch. Uznany już powszechnie we Włoszech za bohatera narodowego, przekazał swoje zdobycze królowi Sardynii Wiktorowi Emanuelowi II, który ogłosił 18 lutego 1861 roku powstanie zjednoczonego Królestwa Włoch. Historia zatoczyła nowe koło w czasie wojny francusko pruskiej, walk Garibaldczyków z oddziałami francusko-pontyfikalnymi. Garibaldi wówczas nie znalazł uznania u króla Sardynii Wiktora Emanuela, ten odsunął go od wpływu na rządy. Pobity przez wojska królewskie pod Mentoną(3 listopad 1867) trafił do więzienia. Zwolniony na żądanie społeczeństwa włoskiego. W czasie wojny z Austrią (1866) był dowódcą korpusu ochotniczego w Tyrolu. Apel Garibaldiego, rzucony Włochom jeszcze we wrześniu 1859 roku i powtarzany przez następne dwa miesiące w różnych miastach północnej i środkowej Italii, nawiązywał wprost do idei „narodu zbrojnego”. „Sytuacja nie toleruje żadnych debat,”mówił, „albo Włochy albo śmierć!” Milionowi, czy nawet dwóm milionom Włochów uzbrojonych, choćby w karabiny i zdecydowanym walczyć o wolność i jedność ojczyzny żadna armia nie mogłaby się, teoretycznie, oprzeć. Wizja takiego pospolitego ruszenia całego narodu działała na wyobraźnię, zwłaszcza na wyobraźnię prostych ludzi. Demagogiczny slogan zyskał błyskawicznie niebywałą popularność. Zbierano więc pieniądze na karabiny i liczono ochotników. Do najbardziej znanych oracji Giuseppe Garibaldiego z tego czasu należy przemówienie wygłoszone na farmie braci Guiccioli koło Ravenny, we wrześniu 1859 roku. Garibaldi wracał do już odwiedzonych miejsc po wielekroć, farma braci Guiccioli pozostawała okryta kirem śmierci jego towarzyszki życia, Anity, pierwszej żony i matki jego czwórki dzieci. Ludzie Garibaldiego karmili się wciąż żywymi uczuciami ich bohatera. A ten mówił im odważnie: -„Odwoływaliście się tu do historii mojego życia, trzeba więc teraz, abym powiedział wam, jak bardzo czuję się dumny i szczęśliwy, że znalazłem się znowu wśród was, dzielnego ludu, który tyle dał mi dowodów swego męstwa i swego do mnie przywiązania. Powtarzam wam, że do ostatnich chwil mego życia pozostanę ciałem i duszą oddany mojej ojczyźnie. Jeżeli przez czternaście lat służyłem bezinteresownie sprawie wolności innych krajów1, czegóż nie uczyniłbym dla kraju, w którym przyszedłem na świat? Obecny bieg wydarzeń sprzyja nam, wiele jednak pozostaje jeszcze do zrobienia. Nadszedł dzień, w którym Italia winna odzyskać zupełną niezawisłość: trzeba, żeby tym razem naprawdę się to dokonało i żeby sztandar wolności załopotał od Alp aż po Sycylię. Opatrzność zesłała nam człowieka, jaki jest nam potrzebny na to, byśmy mogli się zjednoczyć. Musimy wszyscy stanąć twardo wokół Wiktora Emanuela, aby przepędzić z naszej ojczyzny obcych, których jarzma dźwigać dłużej nie chcemy. Z dniem, kiedy obcy władca (Chodzi o cesarza austriackiego, Franciszka Józefa) wycofa się i pozwoli nam korzystać w spokoju z tego, co do nas należy, powitamy w nim przyjaciela. Ale dopóki będzie chciał nas trzymać pod swoim panowaniem, może od nas oczekiwać jedynie ognia naszej artylerii. Tylko jednością i siłą możemy wywalczyć sobie wolność: pewien jestem, że jeśli będziemy silni, nikt nie ośmieli się nas zaatakować. Nasz naród – cały – winien tworzyć wojsko, a ci, których obowiązki przykuwają do rodzinnego ogniska, mogą przy nim pozostać, ale jako żołnierze, z muszkietami w ręku. Dwóch tygodni wystarczy, aby z każdego Włocha uczynić dzielnego żołnierza, którego zasługą nie będzie jedynie haftowany uniform. Spójrzcie na żuawów!(Żuawami nazywano oddziały piechoty francuskiej, utworzone w Algierii w 1831 roku, składające się początkowo z tubylców i Europejczyków, potem wyłącznie z Francuzów, przyp. autora tekstu) W swych prostych, swobodnych ubiorach okazują się oni najlepszymi w świecie żołnierzami. Pamiętam, jak w czasie jednej z moich kampanii w Ameryce Południowej znaleźliśmy się na rozległej równinie, gdzie nie mogliśmy zdobyć niczego do zaspokojenia naszych potrzeb – ani z wnętrza kraju, ani z portów zablokowanych przez nieprzyjaciela. Stada pasące się na prerii były naszym jedynym źródłem pożywienia. Jedliśmy ich mięso, a ich skóry chroniły nas przed skwarem dni i chłodem nocy; i mimo to, zapewniam was, nasi żołnierze, zbrojni jedynie w muszkiety dokonywali cudów męstwa. Byliśmy postrachem cesarskich i tysiące nieprzyjaciół zmuszaliśmy do ucieczki. Ale dziś brak nam broni, przyjaciele – i po to, byśmy dłużej nie odczuwali tego braku, proponuję, aby Italia stworzyła fundusz społeczny, który pozwoliłby nam zaopatrzyć się w milion karabinów. Pomyślcie! Ileż krzywd mamy do pomszczenia! Ile lat przeżyliśmy w niewoli! Pamiętajcie, na jaką hańbiącą śmierć skazani zostali tacy jak Ciceruacchio i jego synowie, jak Ugo Bassi, czy Antonio Elia!” (Źródło: Edizione nazionale degli scritti di Giuseppe Garibaldi, vol. IV „Scritti e discorsi politici e militari” (1838-1861) – wyd. Bolonia 1934. Zob. Magazyn „Razem”, tłum. Barbara Sieroszewska) Wobec klęsk armii francuskiej w czasie wojny francusko-pruskiej (po 1866 roku) na własnym terytorium garnizon strzegący Rzymu został odwołany, na co tylko czekał rząd włoski. Armia zjednoczonych Włoch wkroczyła do państwa Papieskiego, które ograniczone zostało do Watykanu i ogrodów Castel Gandolfo, a papieże – aż do II wojny światowej – uważali się za „więźniów Watykanu”. Powróciwszy do zdrowia Garibaldi udał się do Genui, gdzie na wieść o klęsce pod Sedanem wygłosił przemówienie, którego główne przesłanie brzmiało: „Wczoraj mówiłem wam: wojna na śmierć i życie przeciw Bonapartemu.Dzisiaj mówię: za wszelką cenę ratujmy Republikę Francuską!”. Wkrótce też znalazł się we Francji, gdzie dowodził ochotniczą Armią Wogezów, jedyną armią francuską, która ani razu nie doznała porażki ze strony pruskiej. Brał nawet udział w obradach francuskiego Zgromadzenia Narodowego .Po tej ostatniej wojnie, chociaż został ponownie wybrany do parlamentu, większość czasu spędzał w domu, aczkolwiek nie zapominał o wspieraniu ambitnego planu osuszania bagien w południowym Lacjum. W roku 1879 założył Ligę Demokratyczną wspierając projekty powszechności prawa wyborczego, likwidacji kościelnej własności ziemskiej oraz powołania stałej armii. Pomimo oddawanych mu honorów i zaszczytów Garibaldi nie był usatysfakcjonowany rozwojem sytuacji w swojej ojczyźnie. Rzym pozostawał nadal pod władzą papieża. Garibaldi pragnął dokończyć dzieła zjednoczenia Włoch i podjął w 1862 roku, oraz ponownie w roku 1866, próby przyłączenia Rzymu do Włoch. Za każdym razem wobec przewagi wojsk nieprzyjacielskich jego wysiłki kończyły się niepowodzeniem, a on sam dwukrotnie dostawał się do niewoli. Za każdym razem wyjście na wolność zawdzięczał jedynie swej ogromnej popularności i międzynarodowemu uznaniu. W lipcu 1861 roku prezydent Stanów Zjednoczonych Abraham Lincoln zaproponował mu objęcie dowództwa nad wojskami Unii i poprowadzenie ich do walki ze zbuntowanymi stanami Południa. Garibaldi nie przyjął jednak oferowanego mu stanowiska. Nie wziął też udziału w zajęciu Rzymu przez wojska włoskie w październiku 1871 roku. W 1874 roku został wybrany do parlamentu włoskiego, w którym zasiadał przez 2 lata, zanim 1876 roku wycofał się z życia publicznego. Pod koniec życia zaczął wyrażać poparcie dla idei socjalizmu i występować w obronie praw robotników oraz kobiet. Przeciwstawił się też wszelkim przejawom dyskryminacji rasowej i postulował zniesienie kary śmierci. Garibaldi był smukłym blondynem o bardzo jasnej cerze i jasnobrązowych oczach, małomówny, oszczędny w gestach. Garibaldi był najzdolniejszym wśród rodzeństwa, więc matka robiła wszystko, aby został duchownym, jednak młody rewolucjonista do kleru odczuwał wielka niechęć, w późniejszym czasie przemienioną w fobię. Po 1831 roku Garibaldi wiąże się z masonami, którzy prowadzili antyjezuicką działalność. Ale dopiero w Brazylii wstąpił do loży masońskiej, w której pozostanie do końca życia. O duchownych mówił wręcz: „Kapłani do łopaty! “Duchowni są badaczami i żołnierzami obcego mocarstwa, władzy zmieszanej i uniwersalnej, autorytetu duchowego i politycznego, który kontroluje, rządzi i nie pozwala, aby dyskutować, siejąc niezgodę i korupcję.””Jeśli powstałby naród Szatana, który walczyłby z dyktatorami i kapłanami, wstąpiłbym w jego szeregi.” “Kapłan jest mordercą duszy, ponieważ w każdych czasach napędzał ignorancję i dążył do nauki.” „Nie wolno mi akceptować w żadnym czasie służby nienawiści, lekceważę tym samym łotrostwo kapłana, którego służba jest wrogiem rodzaju ludzkiego i Italii w szczególności.””Papież Pius IX… jest najbardziej szkodliwy spośród stworzeń, bo bardziej niż ktokolwiek inny jest przeszkodą dla ludzkiego postępu i braterstwa między ludźmi i narodami.” W 1867 r Garibaldi próbował po raz kolejny zdobyć państwo kościelne, nie udało mu się i został aresztowany, ale jako bohater narodowy wypuszczony i odesłany na Caprerę. Tutaj pozostając przez 3 lata zajął się pisaniem powieści i wspomnień.W tym czasie Pius IX – 1870 r ogłosił Sobór Watykański I, który ogłosił dogmat o nieomylności papieża. 20 IX 1870 r Włosi zajęli Rzym. W tym czasie Garibaldi brał udział w walkach we Francji w obronie republiki, jednak już w II 1871 r znowu stanął na swojej wyspie. Tutaj już został, cierpiał na reumatyzm, nabyty jeszcze w Ameryce Południowej. 1 VI 1882 r zachorował na zapalenie płuc, a już 2 VI o 6 rano zmarł w obecności żony. Ciało jego zostało spalone, tak jak prosił, aby zaprzeczyć kolejnemu obyczajowi Kościoła, który tak lekceważył. Jego dewizą pozostanie na zawsze hasło:„Zaczynać z determinacją, to jest już połowa sukcesu.”