Z buntownikiem za pan brat, autor Stanisław Barszczak, część druga

(Wielka ucieczka, 10 sierpień 1567)
O świcie 10 Sierpnia 1567 roku Stanisław wychodzi poza mury Wiednia. Wtem przypomniał sobie posłyszane wczoraj słowa Ojca Franciszka Antonio: -W sercu twoim szczęście gości, więc nie tamuj swej radości/…/ A jeśli cię cenić, jak sam siebie cenisz, to zasłużyłeś na wiele… – Po chwili wspomniał także świeżą uwagę Ernesta, ostatniego przyjaciela w tym wielkim mieście: – Pokonani muszą odejść. Ale czekaj cierpliwie, aż czas dojrzeje. – Stanisław ma zarazem w pamięci Jezusowe słowa:- Kto mnie wybierze, musi wszystko, co ma, na szalę rzucić! I oto teraz pieszo, w przebraniu, ucieka z Wiednia. Ale on wie, że w pogoń za nim ruszy jego brat Paweł, że ich spotkanie nastąpi pewnie przy kościółku w Altötting. Tę okolicę pomiędzy Marktl nad Innem i Altötting ujrzał miesiąc temu we śnie. Odtąd nie marnował już ani chwili, skończyły się ‘wyjścia’ z kolegami na tańce, Stanisław zaczął na serio uczyć się niemieckiego. Nadto był już bardzo głęboko przekonany o świętości pewnego Jezuity w Rzymie, przekazywane z usta do ust pobożne słowa Ojca Frańciszka Borgiasza rozświetliły w nadzwyczajny sposób jego ostatnie tęsknoty, wszędobylskie marzenia. I mimo dwóch lat, które upłynęły od wielkich ceremonii pogrzebowych cesarza Ferdynanda, naraz stanął mu przed oczami obraz rozświetlonej świecami wielkiej katedry świętego Stefana w Wiedniu.
Jest 6 sierpień 1565 roku. Twórca hegemonii Haubsburskiej w środkowej Europie cesarz Ferdynand zamknął oczy 25 lipca 1564 roku. Uroczystości pogrzebowe osiągnęly apogeum w Wiedeńskiej Katedrze św. Stefana w dniach 6-7 sierpnia 1565 roku. A ich ostatnim dopełnieniem stało się w dniu 21 sierpnia złożenie zwłok cesarza w Praskiej Katedrze na Hradczanach obok jego małżonki Anny Jagiellonki. Ferdynand I panował 43 lata. W 1529 r. Ferdynand I, z pomocą hiszpańskich i niemieckich wojsk Karola V, zmusił Turków do odstąpienia od oblężenia Wiednia. Rozpoczęła się epoka panowania Habsburgów w Czechach i na Węgrzech, ale także zmagań między nimi a książętami Siedmiogrodu o koronę Świętego Stefana. Rodzicami Ferdynanda byli Filip I Piękny i Joanna Szalona. Miasto przygotowywało się do pogrzebu cesarza Ferdynanda bardzo starannie. Jest słoneczna sobota 1565 roku. W Wiedniu na orszak oczekują przed katedrą św. Stefana posłowie dworów zagranicznych, biskupi, opaci i cechy, z trzydziestoma marami pokrytymi złotogłowiem. Są również chorążowie w zbrojach pokrytych czarnym suknem, którzy postępują według starszeństwa reprezentowanych przez siebie ziem. Następnie 30 koni przykrytych jedwabiem, żacy, sześciuset ubogich w kapach i duchowieństwo. Za nimi prowadzony jest koń okryty czarnym aksamitem, a dalej, za cesarskimi marami, jedzie rycerz w zbroi na koniu w czerni, z gołym mieczem skierowanym ostrzem ku ziemi. A za nim postępuje chłopiec w zbroi, z tarczą, kopią i proporcem także spuszczonym ku ziemi. Po nich podąża jeszcze rycerz w stroju cesarskim, za nim dostojnicy niosący znaki cesarskie i sześćdziesięciu cesarskich ze świecami oraz zagraniczni posłowie, oraz radni miasta Wiednia. W takiej asyście odprowadzane było ciało zmarłego cesarza na wieczny spoczynek.
W tym momeńcie Stanisław zobaczył się w nowym świetle, już pełnego dnia. Poderwał się naraz, jakby broniąc się przed nadciągającą burzą, a to jego organizm przypominał mu właśnie o skradzionej nocy. Krajobraz stawał się coraz sielski, niebiański. Po chwili Stanisław przyzwolił więc na inne jeszcze nurtujące go myśli, które wstrząsnęły nim do głębi podczas godzin spędzanych ostatnio samotnie na stancji w domu luteranina Krzysztofa Wachenschwarza. Tak więc decyzja pozostania w zakonie Jezuickim była podjęta. W tak wewnętrznej decyzji rodzice nie będą mogli mu przeszkodzić, nie bedą w stanie powstrzymać go nakazując mu powrót w rodzinne strony. Teraz tylko trzeba mi dobrze przygotować serce i umysł na rozstanie ostatnie z Ojcem i z rodzeństwem, a brat Paweł w tej kwestii mi nie pomoże, co do tych prawd poczuł się nagle mocno przekonany. A więc trzeba mi wybrać zupełnie inny kierunek wymarszu z miasta, wyjść inną bramą, ażebym nie został tak szybko rozpoznany podążając po nieznanej drodze. Przed kilkoma miesiącami posłyszał z ust kolegów o Jezuickim nowicjacie w Dyllindze i jego sławnym przełożonym Piotrze Kanizjuszu. Zapragnął tego kapłana za wszelką cenę poznać. I teraz to pragnienie może się spełnić…
Stanisław ma już za sobą pogoń sług brata Pawła; w nowym przebraniu przetrwał jednak dwadzieścia dni. Właśnie ujrzał miasto, o którym wiele słyszał, Altötting. Tam znajduje się główne sanktuarium maryjne i ośrodek pielgrzymkowy nie tylko regionu Bawarii, ale i innych landów niemieckich. Początki kultu maryjnego w Altötting wiązane są z postacią św. Ruperta z Salzburga, zwanego Apostołem Bawarii. Tutaj, według tradycji, Święty miał nawrócić Ottona, księcia Bawarskiego oraz wielu jego poddanych, przyczyniając się tym samym znacznie do chrystianizacji tych ziem. Na początku VIII wieku św. Rupert wzniósł na miejscu dawnej świątyni pogańskiej kaplicę poświęconą Matce Bożej i umieścił w niej cudowną figurę Maryi. Do naszych czasów zachował się jej kształt z końca XIII wieku. W 1489 r. w Altötting miały miejsce dwa cudowne wydarzenia. Dwaj miejscowi chłopcy stracili życie, jeden z nich podobno pod kołami wozu pełnego zboża, a drugi- utopił się w rzece. Po żarliwej modlitwie zrozpaczonych matek przed figurą Matki Bożej chłopcy jednak zostali przywróceni do życia. Wieść o tych wydarzeniach sprawiła, iż Altötting zaczęły nawiedzać tysiące pielgrzymów. Miasteczko Altötting przechodziło różne koleje losu, m.in. po dwukrotnym najeździe Węgrów w IX i X wieku przez blisko 200 lat leżało w ruinie, nigdy jednak nie ucierpiała jego cudowna kaplica i figura Matki Bożej, zwanej Czarną Madonną lub Naszą Kochaną Panią. Na przestrzeni wieków okolice Altötting wolne były od klęsk nieurodzaju, głodu i zaraz pustoszących te tereny. Ośrodkiem życia religijnego w Altötting, niezmiennie od wieków, pozostaje cudowna kaplica, zwana Kaplicą Łask, ze słynną figurą Matki Bożej (Łaskawej). Rzeźba ma 65 cm wysokości i przedstawia Maryję trzymającą na prawej ręce Jezusa, a w lewej – berło. Duża dłoń Jezusa symbolizuje ogrom rozdawanych łask. Bardzo liczne wota umieszczone w kaplicy świadczą o doznawanych tu łaskach i cudach. W kaplicy znajdują się też urny z sercami władców Bawarii. Przez wieki bowiem zapisywali oni w testamencie swe serca Matce Bożej z Altötting, jako dowód wielkiej miłości i czci do Niej. Do sanktuarium przybywają Niemcy i Austriacy, ale nie brak także pielgrzymów z Polski, Francji i Hiszpanii. Liczną grupę stanowią chorzy. Niektóre pielgrzymki przybywają pieszo, zwłaszcza z diecezji Passau, na terenie której leży Altötting… U przeźroczystego źródła pobliskiej rzeki Inn zasiadł Stanisław, usłyszał naraz głos kopyt końskich. Ktoś jechał bardzo szybko w brożce, w karecie bogato zdobionej. Był to paradny pojazd o otwartej, prostopadłościennej skrzyni, nakrytej czterospadowym baldachimem, wspartym na słupach. To nie była już kolebka, nawet nie basztarda, ale brożka, która posiadała na bokach malowidła, płaskorzeźby i inne złocenia. Stanisław podnosi się i przygląda jeźdźcowi. To jego brat Paweł popuściwszy cugle podąża teraz do niego. Koń w pianie, twarz jego brata rozpalona bardziej niż słońce.
Uderza nas postać rozważnego zazwyczaj Pawła, którego postawa tym razem nie jest wolna od jakichś nadzwyczajnych względów czynionych wobec uciekiniera… W Wiedniu psotnik okrutny. Tutaj u stóp Matki Boskiej Paweł w niebieskim sajanie. Był to rodzaj kaftana czy też sukni obcisłej do pasa z doszytą krótką spódniczką, sięgającą do połowy uda i uszytej z połączonych ze sobą wycinków koła tworzących regularne rurkowate fałdy. Sajan miał szeroki, kwadratowy dekolt i szerokie, bufiaste rękawy ujęte w połowie ramienia i w dolnej części przedramienia szerokimi pasami. Sprawiało to razem wrażenie nadmiernie rozbudowanego torsu. Dodatkowymi ozdobami tego stroju były obszycie u dołu i koło szyi z aksamitnej listwy oraz szerokie, naszyte pasy z wzorzystej tkaniny lub haftu. Szeroki dekolt odsłaniał marszczony przód i rękawy koszuli z cieniutkiego płótna. Dekolt zdobiony pasami haftu, wykonany tutaj z czarnego jedwabiu ‘a trapunto’; czarny adamaszek u szyi, na głowie czarno-biały czepiec wykonany z cienkiej tkaniny, z węzłem ściągającym, umieszczonym pod klejnotem. Przód czepca był wzniesiony wysoko w górę, tym sposobem poszerzał kształt głowy, na plecy zarzucony kapelusz filcowy o dużych, odgiętych ku górze brzegach. Twarz Pawła czerwona, grzywka zaczesana na lewo. Kasztelanic miał na sobie płytkie, głęboko wycięte trzewiki, zawiązywane lub zapinane na biegnący w poprzek podbicia pasek, o szerokich przodach. Na wierzchu miał jeszcze długą, luźną i fałdzistą błękitną szubę o szerokich, niezapinanych połach z białymi gwiazdkami; z długimi, luźno od ramion zwisającymi dekoracyjnymi rękawami, stąd widoczne były w całości bufiaste rozcinane rękawy ubioru spodniego. Szuba podbijana była futrem, które tworzyło dodatkowo duży kołnierz i wąskie obszycie z błamów z futra popielic. Paweł miał szerokie, bufiaste spodnie do kolan, rodzaj pludrów. A obok niego jechali słudzy. Uderzał ekstrawagancki strój landsknechtów z schlitzami, w oczy rzucają się bufy ich pluderhosen z sutymi podszewkami, z nacinaniami, przez które wysuwały się podszewki w odmiennym kolorze dla zachowania kontrastu…
Stanisław w tym czasie ujrzał się na tle małego, a zaraz potem dużego domu przy gościńcu. Nagle tuż obok niego przebiegł karzeł o pustych oczach. Właściwie nie było w tym nic nadzwyczajnego. Stanisław nie dziwił się nawet zbytnio słysząc, jak poprawny karzeł szeptał do siebie: “O rety, o rety, na pewno się spóźnimy”. Dopiero kiedy karzeł wyjął z kieszonki od kamizelki jakieś preciozum, spojrzał nań i puścił się pędem w dalszą drogę do kaplicy w Altotting, Stanisław zerwał się na równe nogi. Przyszło mu bowiem na myśl, że nigdy przedtem nie widział karła w kamizelce z preciozami. Płonąc z ciekawości pobiegł na przełaj przez pole za karłem i zdążył jeszcze spostrzec, że znikł za żywopłotem z pielgrzymami. Wsunął się więc za nim do tłumu pątników nie myśląc o tym, jak się później stamtąd wydostanie.
Już po zmieszaniu się Pawła z tłumem pątników, któremu przewodził tutejszy Biskup, Stanisław prowadzi ze soba monolog:
-(Stanisław)Nie chciałbym spotkać świętego!
-(Ernest) A dlaczego nie!
-(Stanisław) Stajesz się tym kim nie byłeś, zmieniasz teraźniejszość… A ja chciałbym widzieć siebie na nowo narodzonego. Spójrz, za sprawą Marii, matki Jezusa, Bóg stał się interesującym człowiekiem. I tak dzięki Bogu przeszukując nasze dusze jesteśmy wręcz poszukiwaczami złota. Wiesz co ci powiem, otóż prowadzę przetarg z każdym, kto przebywa ziemie Jagiellonów… Otóż najpierw widzę właśnie obrazy ojczyste, jakąś ‘pierwszą’ historię w moim umyśle nieskończoną, kiedy głowa moja pełna wojny; a dopiero potem ta cudowna a stwórcza historia wyczarowuje się wreszcie z osobistych zapytań w ten sposób rozbudzonych mocno we mnie.
-(Ernest) Nam trzeba było iść na wschód, nie na zachód.. Widzisz, car Iwan grozi terrorem, przeraża- ale Rosjanie nie zostawią mocy, oni nie zignorują świata.
Z kaplicy Matki bożej w Altötting Stanisław posłyszał śpiewy pielgrzymstwa i narodu niemieckiego.
-Ach, och! Ernest westchnął wpatrując się w rozmodlonego Stanisława.
… cdn. (jest to fragment nowej mojej opowiesci o świętym Stanisławie Kostce, zatytułowanej “Z buntownikiem za pan brat”. Fakty opisane tutaj stanowią licentia opetica autora opowieści, X.SB)

Część III
“Świat zawsze zdaje się zwodzić ozdobom- kochanek zwykle wyprzedza zegary. Dziesięćkroć prędzej mkną gołębie Venus, chcąc złożyć pieczęć na nowej miłości.”(W. Shakespeare)
Ale nie było łatwo Stanisławowi wykonać polecenie otrzymane z nieba. Jezuici nie mieli bowiem zwyczaju przyjmować kandydatów bez zezwolenia rodziców, a na to nie mógł Stanisław liczyć, o czym juz tutaj wspomnieliśmy. Zdobywa się więc Stanisław na heroiczny czyn: organizuje ucieczkę, do której się starannie przygotował. Było to pamiętnego 10 sierpnia 1567 roku. W trzy tygodnie później Ojciec Franciszek Antonio z wiednia pisał w tej sprawie do Rzymu, do O. Generała Franciszka Borgiasza:
1 września 1567 rok (list Ojca Franciszka Antonio do O. Generała Franciszka Borgiasza)
-“Pewien młody Polak, szlachetny rodem, lecz bardziej jeszcze szlachetny cnotą, który dwa całe lata nalegał (o przyjęcie do zakonu)… zawsze jednak spotykał się ze stanowczą odmową, bowiem nie wyszłoby to na dobre, by mógł zostać przyjęty bez zgody rodziców, nie tylko z tego względu, że był naszym konwiktorem i bez przerwy uczniem naszego gimnazjum, lecz również z innych przyczyn. Nie mając nadziei, by tutaj wstąpić do zakonu, wyruszył przed niewielu dniami w nieznanym kierunku z zamiarem próby, czy w innym miejscu przypadkiem nie mógłby wypełnić swego ślubu. Był on wielkim przykładem stałości i pobożności; wszystkim drogi, nikomu nie przykry; chłopiec wiekiem, ale roztropnością mężczyzna; mały ciałem, ale duchem wielki i wyniosły. (…) Również legatowi papieskiemu poddawał sugestie, by naszych do tego (przyjęcia do zakonu) nakłonił. Lecz wszystko na próżno. Dlatego postanowił wbrew woli rodziców, braci, znajomych i powinowatych udać się gdzie indziej i na innej drodze szukać dostępu do Towarzystwa Jezusowego. A gdyby się to również gdzie indziej nie powiodło, zdecydował całe życie pielgrzymować oraz prowadzić odtąd w miłości do Chrystusa życie najbardziej wzgardzone i ubogie (…) Mamy nadzieję, że działo się to nie bez rady Bożej, iż w ten sposób odszedł. Taki był bowiem zawsze stały, że wydaje się, że do tego nakłoniła go nie dziecinna zachcianka, lecz jakieś niebiańskie natchnienie”.
List ten zawiera cenne szczegóły: Stanisław nosił się z myślą wstąpienia do jezuitów już od dawna, gdy tylko z nimi zetknął się w Wiedniu. Nakaz, jaki otrzymał od Matki Bożej, był jakby niebieską aprobatą i ponagleniem. Co więcej, jest wyraźna mowa o złożonym ślubie. Potwierdza również list ów, że Stanisław prowadził wówczas bardzo intensywne życie wewnętrzne. Świadkowie procesu kanonicznego zeznali, że miał nawet ekstazy. Tak zgoła odmienny tryb życia Stanisława musiał niepokoić jego najbliższe otoczenie w domu luterańskim i wywoływać gwałtowne rekacje. Nie rozumieli bowiem jego stanów mistycznych. Sam także Stanisław w egzaminie przednowicjackim w Rzymie 25 października 1567 roku napisze, że już przed rokiem złożył ślub wstąpienia do jezuitów.
– Kochany Erneście/…/ “przebyłem w zdrowiu już połowę drogi (…) Niedaleko od Wiednia dogonili mnie dwaj moi słudzy, których poznawszy schowałem się do pobliskiego lasu i w ten sposób uszedłem ich rąk. Przebyłem już wiele wzgórz i lasów. Kiedy koło południa pokrzepiłem swoje ciało znużone u przeźroczystego źródła, usłyszałem naraz głos kopyt końskich. Podnoszę się i przyglądam jeźdźcowi. To mój brat, Paweł. Popuściwszy cugle podąża do mnie. Koń w pianie, twarz brata rozpalona bardziej niż słońce. Możesz sobie wyobrazić, mój Erneście, w jakim musiałem być wtedy strachu, nie mając możności ucieczki. Stanąłem dla nabrania sił i pierwszy zbliżając się do jeźdźca proszę jako pielgrzym o jałmużnę. Zaczął dopytywać się o swojego brata. Opisał jego ubranie, wzrost i wygląd. Zwrócił uwagę, że był podobny do mnie. Odpowiedziałem, że nad ranem, tędy przechodził. Na to on, nie tracąc chwili, spiął ostrogami konia i rzuciwszy mi pieniądz popędził w dalszą drogę. Podziękowałem Najśw. Pannie, Matce mej, i by uniknąć następnej pogoni, skryłem się do pobliskiej groty, gdzie przeczekawszy trochę, puściłem się w dalszą podróż”.
Za poradą O. Franciszka Antonio, wiernego przyjaciela, który był wtajemniczony w plany Stanisława, może nawet sam mu poradził, gdzie się najpierw ma zwrócić i dał mu też list polecający do św. Franciszka Borgiasza, Stanisław jak juź wiem udał się nie wprost do Rzymu, gdzie byłby łatwo w drodze pochwycony, ale do Augsburga, gdzie przebywał Piotr Kanizjusz, przełożony prowincji niemieckiej. Spowiednik Stanisława stwierdza, że w drodze otrzymał również łaskę Komunii świętej z rąk anioła, kiedy zawiedziony wstąpił do protestanckiego kościoła w przekonaniu, że jest to kościół katolicki. Ale Stanisław wówczas w istocie rzeczy chciał wiedzieć więcej o cudzie w Augsburgu. Historia cudu w Augsburgu ma swój początek w chwili, gdy pewna kobieta wpadła na myśl, by przechowywać konsekrowaną Hostię u siebie w domu. Po przyjęciu Komunii podczas porannej Mszy Świętej, wyjęła Hostię z ust i zaniosła do domu, gdzie zalepiła Ją w woskowanym pudełeczku, tworząc w ten sposób coś na wzór prostego relikwiarza. Najświętszy Sakrament pozostawał w jej domu przez pięć lat. Dopiero w 1199 roku, pod wpływem wyrzutów sumienia, kobieta wyjawiła prawdę kapłanowi, który natychmiast przeniósł Hostię do kościoła Świętego Krzyża. Kapłan otwierając woskowy relikwiarz zauważył, że część Hostii przemieniła się w ciało pokryte czerwonymi smugami. Następnie okazało się, że ciała nie można rozdzielić z powodu scalających je cieniutkich żyłek. Wtedy kapłani uznali że było to prawdziwie Ciało Jezusa Chrystusa. W otoczeniu wiernych i kapłanów z wielu parafii, biskup zbadał cudowną Hostię i zarządził, by złożona w woskowym relikwiarzu, przeniesiona została do katedry. W czasie wystawienia Hostii w katedrze, trwającego od Wielkanocy do świąt Jana Chrzciciela, miał miejsce następny cud. Na oczach wiernych Hostia koloru krwi powiększył się i rozsadziła woskowy relikwiarz. Decyzją biskupa cudowna Hostia i cząstki wosku złożone zostały w kryształowym naczyniu i zwrócone do kościoła Świętego Krzyża. Tamże cudowna Hostia przechowywana jest pod szkłem już ponad 400 lat, zachowując doskonale nienaruszony stan.
Stanisław w Augsburgu jednak nie zastał prowincjała, dlatego podąża dalej do Dylingi. Trasa z Wiednia do Dylingi wynosi około 650 km. W Dylindze Jezuici mieli swoje kolegium. Trafił jednak Stanisław na moment krytyczny. Właśnie wystąpiło z zakonu dwóch tamtejszych Jezuitów, przeszli na protestantyzm. Wywołało to silny ferment w kolegium, na czele którego stał Polak – Mateusz Michoń. Nie dziw więc, że w takiej sytuacji nie mogło być mowy o przyjęciu Stanisława do zakonu. Nie odrzucono jednak jego prośby, ale przyjęto go na próbę. Wyznaczono mu zajęcia służby u konwiktorów: sprzątanie ich pokoi i pomaganie w kuchni. Z całą pewnością zawód ten przecierpiał boleśnie Stanisław. Ufny jednak w Bogu, starał się wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej.
Po powrocie do Dylingi Ojciec Piotr Kanizjusz bał się jednak przyjąć Stanisława do swojej prowincji w obawie przed gniewem rodziców i ich zemstą na Jezuitach w Wiedniu. Ale opowiem wam coś więcej o tej historii. Posłuchajcie. Stanisław stanął w Dylindze, i teraz przebiegł pokój swym bezszelestnym krokiem, który zawsze irytował jego współmieszkańców. Oto drobny, smukły młodzian, w końcu doczekał się jedynego spotkania z tym mężem, o którym tyle dobrego już słyszał. Nowicjat-Koledż mieścił się w budynkach starego klasztoru. “Przed dwustu laty czworokątne to podwórze było całkiem puste, krzewy rozmarynu i lawendy bramowały wysoki parkan. Ale balsamiczne zioła dotąd kwitły i wydawały woń w uroczy wieczór letni, choć nikt ich już nie zrywał, by z nich sporządzać leki. Kępki dzikiej pietruszki i orlika wyrastały wśród gracowanych ścieżek, a wodotrysk pośrodku podwórza zakryły paprocie i pryszczeńce. Róże rozrosły się dziko, ich kolczaste łodygi snuły się w poprzek ścieżyn. Po bokach płonęły ogromne czerwone maki; duże naparstnice opadały na zmierzwioną trawę, a stara winna latorośl, zdziczała i bezpłodna, oplotła swe pędy koło zaniedbanego niespliku, który liściastą głową potrząsał z wolna ze smutnym jakimś uporem. Jeden róg ogrodu zajęła olbrzymia kwitnąca magnolia – gąszcz ciemnych liści tu i ówdzie upstrzonych śnieżnobiałym kwieciem.” Prosta ława drewniana oparta była o jej potężny pień; na niej usiadł Ksiądz Piotr. Stanisław, skromny posługiwacz w kuchni, nie mogąc wykrztusić z siebie mocnego słowa odnośnie swojej przydatności w Nowicjacie, zauważając także na twarzy “ojca” pewne wątpliwości, zwrócił się doń w słowach:-A teraz odejdę – rzekł- chyba że mogę jeszcze być na coś potrzebny. – Nie będę już pracował, ale chciałbym cię jeszcze trochę zatrzymać, jeżeli masz czas, spokojnie zarispostował Ksiądz Kanizjusz. – O, tak!- odrzekł Stanisław. Oparł się o pień drzewa i poprzez ciemne gałęzie patrzył w spokojne niebo, na którym zapalały się zwolna pierwsze blade gwiazdy. Marzycielskie, mistyczne oczy, koloru ciemnobłękitnego, pod czarnymi rzęsami, odziedziczył po matce. Ksiądz Piotr odwrócił głowę, by ich nie widzieć, – Mein Junge, wyglądasz, jakbyś był ogromnie znużony – Cóż poradzę? – W głosie Stanisława brzmiało lekkie rozdrażnienie, które tamten wyczuł natychmiast. – Nie trzeba było odchodzić tak prędko z Wiednia ; jesteś zupełnie wyczerpany po tamtych nocach. Powinienem był stanowczo nalegać, byś wypoczął należycie przed wyjazdem z Dylingii. – Ach, ojcze, na co by się to przydało? Nie mogłem przecież po moich spotkaniach z Matką Bożą pozostać w tamtym domu (chodzi o dom luterański w Wiedniu). Ten Luteranin byłby mnie doprowadził do obłędu! – Nie żądałbym, żebyś pozostał u swych krewnych – łagodnie odparł Ksiądz Piotr. – Wiem dobrze, że byłoby to dla Ciebie czymś najgorszym. Żałuję jednak, że nie przyjąłeś zaproszenia swego ojca do powrotu do domu w jakimś to Rozstkowie, czy tak?; miesiąc spędzony w jego domu byłby cię uczynił zdolniejszym do dalszej pracy. – Nie, ojcze, nie mógłbym, naprawdę! Rodzice są bardzo dobrzy i serdeczni, ale oni tego nie rozumieją…martwią się z mego powodu…Czytam to na ich twarzach…Zapewne próbowaliby mnie pocieszyć i mówiliby o moim szczęściu ziemskim. To Matka Boża, która ukazała mi się z Dzieciątkiem, z moich chorób światowych mnie uleczyła zupełnie. A teraz ja bardzo marzę o wstąpieniu do stanu duchownego.
-Co więc, mój synu? Stanisław zerwał kilka kwiatów ze zwisającej gałęzi naparstnicy i nerwowo miął je w palcach. – Nie mogłem znieść tego miasta (mowa o Wiedniu) – zaczął po chwilowej pauzie – Na każdym kroku sklepy, gdzie stąpnę, wszędzie to samo. Każda kwiaciarka na ulicy ofiarowuje kwiaty…jak gdyby teraz były mi potrzebne! Wreszcie ten cmentarz…Nie, musiałem stamtąd uciec! o chorobę przyprawiał mnie sam widok tego miejsca…”Urwał nagle i usiadł rwąc w strzępy dzwoneczki naparstnicy. Zapanowało milczenie tak długie i głębokie, że nareszcie podniósł oczy, zdumiony, iż ksiądz nic nie odpowiada. Mrok już zapadał pod rozłożystym drzewem magnolii i wszystkie przedmioty wokół zacierały się z wolna, dość jednak było jasno, by Stanisław mógł widzieć, jak śmiertelnie blada stała się twarz Księdza Piotra. Zwiesił głowę na piersi, a prawą ręką kurczowo obejmował brzeg ławy. Młodzian odwrócił oczy, zdjęty trwożnym zdumieniem. Miał wrażenie, że niechcący stąpił na ziemię świętą. Boże! – pomyślał – jakże mały i samolubny jestem wobec niego! Gdyby mój smutek był jego własnym, nie mógłby go głębiej odczuwać. W tej chwili Ksiądz Piotr podniósł głowę i rozejrzał się wokoło. – Nie chcę cię zmuszać, byś tam wracał, zwłaszcza teraz – rzekł tonem najbardziej pieszczotliwym – musisz mi jednak przyrzec, że postarasz się wreszcie o zupełny wypoczynek.” Sądzę, że najlepiej będzie, gdy je spędzisz z dala od Dylingii. Nie mogę pozwolić, byś zapadł na zdrowiu. – A ty, kochany Księże, gdzie zamierzasz wyruszyć po zamknięciu nowicjatu? – Jak zwykle, ruszę z uczniami w góry i tam ich ‘poumieszczam’. Ale w połowie września, gdy zastępca dyrektora wróci z wakacji, postaram się wyjechać w Alpy, by mieć jakieś urozmaicenie. Pojechałbyś ze mną? Zabrałbym cię chętnie na kilka górskich wycieczek, gdzie mógłbyś też poznać alpejskie mchy i porosty. Tylko obawiam się, czy w moim towarzystwie nie byłoby ci za nudno? – Kochany Księże! – Stanisław ujął jego ręce w sposób „demonstracyjnie przesadny”. – Oddałbym wszystko w świecie, aby móc wyjechać z tobą, kochany Księże. Tylko…nie jestem pewny…- urwał. – Sądzisz, że ci nie pozwolą? – Oczywiście, że ojcu w Przasnyszu to będzie nieprzyjemne, ale zakazać mi przecież nie może. Mam siedemnaście lat i mogę robić, co mi się podoba. A Paweł ostatecznie jest tylko przyrodnim moim bratem i nie widzę powodu, dla którego miałbym mu być posłuszny. – Jeśli jednak sprzeciwi się stanowczo, to sądzę, że lepiej byłoby go nie drażnić; to mogłoby jeszcze pogorszyć twe stosunki domowe… – Pogorszyć się już nie dadzą! – porywczo zawołał Stanisław. – Zawsze mnie nienawidzili i będą nienawidzić…bez względu na moje postępowanie. Zresztą, jakżeby Paweł mógł się sprzeciwiać memu wyjazdowi z tobą, mym kochanym Księdzem- spowiednikiem? – Zważ, że jest szlachcicem. W każdym razie lepiej będzie napisać do niego i zaczekać na odpowiedź, jak się na to zapatruje. Tylko staraj się pisać spokojnie, mój synu, wszak postępowanie twoje musi być niezależne od tego, czy cię ktoś kocha czy nienawidzi. Napomnienie udzielone zostało w formie tak łagodnej że Stanisław lekko się tylko zarumienił. – Tak, wiem o tym – odpowiedział wzdychając – ale to tak trudno… – Żałowałem, że nie mogłeś przyjść do mnie we wtorek wieczór – rzekł ksiądz Piotr przechodząc na inny temat. – Przyrzekłem wpierw jednemu z kolegów, że przyjdę na zebranie w jego mieszkaniu. Byliby na mnie czekali. – Jakież to było zebranie? Stanisław zdawał się zmieszany tym pytaniem. – To…to nie było zebranie zwyczajne – odparł zacinając się nerwowo. – Przybył jeden student o imieniu Mateusz i wygłosił mowę…rodzaj wykładu. – Cóż on wykładał? Artur się zawahał. – Ojcze, czy nie będziesz żądał, bym ci wymienił jego nazwisko? Bo przyrzekłem… – Nie będę ci w ogóle zadawał żadnych pytań, a jeśli zobowiązałeś się do tajemnicy, to musisz ją, oczywiście. zachować. Sądzę jednak, że mogłeś już nabrać do mnie zaufania. – Rozumie się, kochany Księże. Mówił nam…o naszych obowiązkach względem narodu Wybranego i Boga…i…względem nas samych. no i o tym…w jaki sposób moglibyśmy przyjść z pomocą… – Z pomocą, komu? – Ludowi…i… – I? – Narodowi Wybranemu. Zapanowało długie milczenie. – Powiedz mi, Staszku – ozwał się ksiądz Piotr tonem bardzo poważnym. -Mateusz z jego towarzyszami obrażają matkę Bożą, Stanisław zerwał znów garść naparstnic. – Posłuchaj, kochany Księże, jak to się stało – zaczął spuszczając oczy. – Zaraz po moim przyjeździe tutaj do Dylingii, poznałem wielu studentów, wszak pamiętasz? Otóż niektórzy z nich poczęli opowiadać o wszystkich tych sprawach i pożyczali mi książki. Nie zajmowałem się tym zbytnio, bo spieszyłem zawsze na spotkanie z matką Bożą. Ale podczas moich długich nocy; wówczas zacząłem myśleć o tych książkach i o tym, co słyszałem od studentów…i zastanawiałem się, czy mieli słuszność i…czy…Pan Bóg byłby z tego zadowolony. – Czy pytałeś Go o to? – Głos księdza Piotra drżał lekko. – Często, kochany Księże. Nieraz modliłem się do Niego, by mi powiedział, co mam uczynić. Żadnej jednak nie otrzymałem odpowiedzi. – I nigdy o tym nie rzekłeś ani słowa, Staszku, sądziłem, że mi ufasz. – Kochany Księże, wiesz dobrze, że ci ufam! Istnieją jednak rzeczy, o których mówić nie można z nikim na ziemi; muszę otrzymać odpowiedź wprost od Boga. Widzisz przecie, że chodzi tu o całe moje życie, o duszę. Ksiądz odwrócił się i wlepił oczy w osłonięte cieniem gałęzie magnolii. Zmierzch wieczorny był już teraz tak gęsty, że twarz księdza miała wyraz upiorny, niby oblicze czarnego ducha wśród czarniejszych jeszcze gałęzi. -Przez całe dwa dni ostatnie dni – począł znów Stanisław głosem znacznie cichszym – nie mogłem myśleć o niczym. Aż… zachorowałem. Wiesz, kochany Księże, że nie mogłem przyjść do spowiedzi. – Tak, wiem. Będziemy widzieć teraz, jak profesorowie walczą o Boga, modlitwa to jedyna a słuszna rzecz do zrobienia teraz. Ksiądz Piotr tak charakteryzuje rozpoczęcie tej jedynej bitwy o katolików w Dylindze w obliczu schizmy Mateusza Michonia, który przeszdł na luteranizm: dla rozpoczęcia bitwy ranek jest porą najodpowiedniejszą, bo wieczorem to już czas rozpoczynania wojny. Widzisz, wódz armii musi być zdolnym skazać na śmierć nawet rzeczy, które kocha. Zgadzam się na twoja podróż do Rzymu.- Żołnierz musi zwyciężać, aby uratować swoją i innych duszę, jednym tchem Stanisław wykrztusił to z siebie. -Jesteś idealistą, pochwalony bądź za to, wymówił ostatnie słowo ksiądz Piotr.
W tej miejscowości (Dylinga nad Dunajem) ówczesny prowincjał Jezuitów niemeickich, Piotr Kanizjusz, wystawił jak najlepsze świadectwo młodemu kandydatowi do zakonu i skierował na dalszą naukę do Rzymu. Tak więc po kilku tygodniach w końcu doceniono Stanisława pokorę, pracowitość i pobożność i skierowano wraz z dwoma innymi kandydatami do Rzymu. Przedziwnym zrządzeniem Opatrzności Stanisław, kasztelanic polski, a mój brat, znalazł się najpierw w Sigmaringen. To miasto znajduje sie w kraju związkowym Badenia-Wirtembergia, w rejencji Tybinga, w regionie Bodensee-Oberschwaben. Sigmaringen dzięki swojemu dogodnemu położeniu, gdzie krzyżowały się drogi handlowe, w naszych czasach stało się znacznym ośrodkiem rzemieślniczo-przemysłowym i handlowym. Dużą rolę odgrywa tam rzeka Dunaj. Liczne ustawy nakazywały usuwanie przeszkód takich jak młyny, tamy, groble. Władze miejsca starały się utrzymać tamy i mosty w należytym stanie, pobierano na nich zapewne specjalne cła, funkcjonowała też pewnie komora celna. Były tam czerpalnie wody z Dunaju, wytyczano wreszcie miejsca pod koszary wojskowe. Pierwsze zakłady przemysłowe powstały na tym terenie już w średniowieczu. Rozwijało się tu górnictwo i hutnictwo, przetwórstwo metalu między innymi produkcja broni, wydobywano rudy ołowiu, miedzi i srebra. Stanisław dowiaduje się, że spłonęła drewniana kuźnica; podpalanie miejscowych kuźnic było praktykowane jako ucieczka przed bankructwem sług rodu Hohenzollern-Sigmaringen. Ten niemiecki ród arystokratyczny, posiadający tytuł książęcy, to jedna z katolickich gałęzi rodu Hohenzollernów. Rodzina wywodzi się od hrabiego Karola II, syna Karola I, ostatniego hrabiego Hohenzollern. Przed kilkunastu laty nastąpił podział hrabstwa między trzech synów Karola I. Część objęta przez Karola II nosiła nazwę Hohenzollern-Sigmaringen, od będącego siedzibą rodziny zamku Sigmaringen. Stanisław, mój brat schodząc do Dunaju mógł cieszyć się wspaniałym widokiem zamku Sigmaringen. A w tę stronę skierował się za podszeptem jednej z tamtejszych franciszkanek tercjarek, ażeby u Hohenzollernów szukał finansowego wsparcia na drogę do Rzymu. Stanisław przechodzi obok kuźnicy w Singeringen, którą ogarnął pożar. Do spalonej drewnianej zabudowy kuźnicy przychodzi jakaś niewiasta z dziećmi, wdowa po robotniku i domaga się odszkodowania za jego śmierć, na co hrabia Karol Hohenzollern opowiada: „(…) cham umyślnie podłożył łeb pod koło, jemu się nie chciało pracować, a jemu się chciało okraść kuźnicę”. Hrabia Karol Hohenzollern, który właśnie napawa się widokiem przygasającego pożaru, daje jej jakieś pieniądze i każe się zgłosić po odszkodowanie za kilka dni. Później rozmawia z synem Karola hrabią Hohenzollern także Stanisław. Hrabia jest człowiekiem zimnym, obojętnym, ale i mądrym, gotowym do wszystkiego, prawdziwym Hohenzollern… Dom Hohenzollernów, rodzina książąt-elektorów Brandenburgii, książąt Prus, książąt Dolnego Śląska w latach 1543-1549, 1556-1558, hrabiów Hohenzollern od około 1050 roku po dziś dzień (Hohenzollernowie dali początek dynastii cesarzy Niemiec w latach 1871-1918, królów Prus w latach 1701-1918, królów Niemiec w latach 1867-1871, w latach 1852-72 w Sigmaringen-Gorheim otwarto Nowicjat Jezuicki, w naszym stuleciu żywotne w Italii jest Bractwo Paska św. Franciszka (Cordigeri), zatwierdzone przez Sykstusa V w 1585, którego konfraternie działały przy kościołach franciszkanów, także w księstwach niemieckich. Tercjarze wydawali liczne owoce świętości, przyp. autora). To jeszcze wam powiem, że pierwsze wzmianki o rodzinie pochodzą z miasta Hechingen w Szwabii z XI wieku. Nazwę przyjęli od ich dziedzicznego zamku Hohenzollern Burg. Zawołaniem rodowym jest ‘nihil sine Deo’ (nic bez Boga). Rodzinny herb, najpierw zaadoptowany w 1192 roku, zaczął się jako prosta tarcza srebrny soból. Głowa i ramiona psa myśliwskiego zostały dołączone w 1317 roku do herbu Fryderyka IV. Później dzielenie na czterech części wcieliło inne gałęzie rodziny. Podział rodu nastąpił na dwa gałęzie: katolicką – zamieszkiwali w Szwabii i protestancką gałąź we Frankonii. Stanisław skierował się zatem do katolików w Sigmaringen i widocznie otrzymał jakieś wsparcie na dalszą drogę, skoro cały i zdrów zawitał w wiecznym mieście, w Rzymie…cdn

Sztuka “Z buntownikiem za pan brat”, autor Stanisław Barszczak, część pierwsza

Z buntownikiem za pan brat autor, Stanisław Barszczak —–motto: “W komnacie, gdzie Stanisław święty zasnął w Bogu, na miejscu łoża jego stoi grób z marmuru taki, że widz, niechcący wstrzymuje się u progu, myśląc, że święty we śnie zwrócił twarz od muru i rannych dzwonów echa w powietrzu dochodzi. Nad łożem tym i grobem świeci wizerunek Królowej nieba, która z świętych chórem schodzi i tron opuszcza, nędzy spiesząc na ratunek. Palm, kwiatów wiele aniołowie niosą, skrzydłami z ram lub nogą występują bosą. Gdzie zaś od dołu obraz kończy się ku stronie, w którą Stanisław Kostka blade zwracał skronie jeszcze na ram złoceniu róża jedna świeci: niby, że po obrazu stoczywszy się płótnie, upaść ma jak ostatni dźwięk, gdy składasz lutnię. I nie zleciała dotąd na ziemię – i leci.” —–(C.K.Norwid) Osoby dramatu: Papież Pius V; Jan Kostka, ojciec Stanisława, od 1564 r. kasztelan Zakroczymski; Małgorzata z Kryskich z Drobina, matka Stanisława; Jan Biliński, magister Stanisława; Albert- brat matki, wsławił się poselstwami z ramienia króla polskiego do Rzymu, do cesarza Ferdynanda i do króla Hiszpanii Filipa II; Stanisław- brat matki, wojewoda mazowiecki; Piotr Kostka- biskup chełmiński; Ojciec Franciszek Antonio w Wiedniu; Francisco de Borja y Aragón, generał zakonu Jezuitów; Ojciec Piotr Canisius w koledżu w Dylindze; Paweł, Wojciech, Mikołaj, bracia Stanisława; Anna, siostra która wyszła za Radzimowskiego; Jadwiga, wyszła za Warymskiego; Ernest, przyjaciel Stanisława w Wiedniu; Mateusz Michoń, siejący ferment w koledżu w Dylindze; Luteranin, Krzysztof Wachenschwarz (wymienia się często jego inne nazwisko jako Kinderberg); Stanisław Warszewicki- współnowicjusz, kronikarz Stanisława; studenci, nauczyciele, szlachcice ziemi Zakroczymskiej. Przedmowa: Mazowsze wyróżniało się wśród landów Rzeczpospolitej Obojga Narodów przywiązaniem do wiary katolickiej. Była to jedyna dzielnica, gdzie nie było protestantów. Rodzina Kostków stanowiła w XVI wieku trzon katolicyzmu. A w Płocku przebywali członkowie rodziny królewskiej… Nie są to wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej. Z gaf młodzieńczych Stasia tutaj mało, uczciwie powiem. Błądzić i sądzić, są to dwie czynności o przeciwstawnej naturze. A Stanisław porusza się w świecie określonym, od młodości trzymał życie na wodzy. W poszukiwaniu cudu nie ma takich występków, by z zewnątrz nie ozdabiały się pozorem cnoty. Poeta, który pamięta dzieje szesnastowiecznej Europy napisał: “Lecz litość wyższa jest ponad moc berła, tron jej znajduje się w sercach królewskich, znakiem widomym jest Boga samego; boską stać się może ziemska potęga, gdy sprawiedliwość ozdobi litością.” Tak więc bracie posłuchaj muzyki skomponowanej teraz do życia Stanisława, zakroczymskiego panicza. “Większa chwała musi mniejszą stłumić.” Skreślam te kilka zdań dla Ciebie. Wszystko co mam, będzie stało otworem dla twoich potrzeb i zamierzeń, byś nie był sam. Piszę o Stanisławie, Bóg go stworzył, dlatego uznać go trzeba za człowieka, za jednego z nas. (Dużo informacji zaczerpnąłem przez internet, dialog Prowincjała Piotra Kanizjusza z Stanisławem oparłem na fragmencie “Szeszenia” Ethela Liliana Voynicha. Ale w moim zamierzeniu mój tekst ma być relacją Stanisława i Pawła Kostków, a szczególnie wspomnieniem Mikołaja Kostki, brata Stanisława, którego życia autor jednak nigdy nie poznał do końca. Zdarzenia opisane w tym dramacie, z uwagi na brak konkretnych studiów autora, tu i ówdzie odbiegają od rzeczywistości- ale bardzo mało. Dla koneserów i znawców historii niech istotnie stanowią licentia poetica autora dramatu. Chciałbym wreszcie, aby kochani Czytelnicy zachowali wiele serdeczności dla bohaterów tej opowieści, i to na zawsze… przyp.aut.) Część I Jedną z najlepszych rzeczy, jakie mogą ci się przydarzyć w życiu, jest szczęśliwe dzieciństwo. Moje było bardzo szczęśliwe. Miałam ukochany dom i ogród, mądrego guwernera, ojca i matkę łączyła wzajemna miłość, dzięki czemu cieszyli się szczęściem małżeńskim i rodzicielskim. Patrząc wstecz uświadamiam sobie, że nasz dom był domem prawdziwie szczęśliwym. W dużej mierze dzięki mojemu ojcu, człowiekowi niezwykle zgodnemu. Dzisiaj ta zaleta nie bywa zbytnio podkreślana. Ludzie interesują się raczej, czy ktoś jest zdolny, pracowity, czy przyczynia się do pomyślności ogółu. Według współczesnych standardów mój ojciec prawdopodobnie nie cieszyłby się aprobatą- był człowiekiem leniwym. W tamtych czasach się nie pracowało, jeśli dysponowało się dochodami, które zapewniały niezależność- nie oczekiwano tego. Podejrzewałem zawsze, że i tak ojca nie uważano by za szczególnie dobrego pracownika. Codziennie rano opuszczał nasz dom w Rozstkowie i udawał się do swojego Przasnysza. Przyjeżdżał dorożką do Rozstkowa w porze obiadu, następnie zajeżdżał jako pan dziedzic do pobliskiego Turowa, pojawiając się w domu dopiero w porze przebierania się do kolacji. W sezonie spędzał dni w Przasnyszu, bo też miał od roku nowe obowiązki Zakroczymskiego kasztelana. A mamy rok 1564. Pan dziedzic czasami urządzał także amatorskie przedstawienia. Miał mnóstwo przyjaciół i uwielbiał ich gościć. Co tydzień wydawano u nas w domu wielkie przyjęcie, a na proszone kolacje rodzice chodzili zazwyczaj dwa lub trzy razy w tygodniu. Dopiero później uświadomiłam sobie, jak bardzo ojca kochano. Po jego śmierci przychodziły listy z całego świata. A i wśród miejscowych kupców, dorożkarzy, dawnych pracowników cieszył się wielką sympatią – wciąż podchodzi do mnie jakiś stary człowiek i mówi: – Ach, świetnie pamiętam pana Kasztelana. Nigdy go nie zapomnę. Niewielu jest dzisiaj takich jak on! Ojciec nie wyróżniał się jakimiś wybitnymi zaletami czy szczególną inteligencją. Myślę, że był człowiekiem szczerego i dobrego serca, i naprawdę troszczył się o bliźnich. Obdarzony wielkim poczuciem humoru, z łatwością potrafił innych rozśmieszyć, nie miał w sobie ani krzty małostkowości czy zawiści i odznaczał się wprost fantastyczną wielkodusznością. Charakteryzowała go również wrodzona radość życia i pogoda ducha. Muszę wyznać wreszcie, że i Staniława kochał ponad wszystko… Matka natomiast była zupełnie inna – zagadkowa i frapująca – o osobowości silniejszej niż ojca. Cieszyła się wielkim przywiązaniem służących i dzieci, a każdego jej słowa słuchano zawsze z uwagą- bo mówiła zawsze z najgłębszym przekonaniem odnośnie wyrażanych poglądów. Mogłaby być wprost znakomitą wychowawczynią. Cokolwiek ci mówiła, to stawało się natychmiast ciekawe i doniosłe. Ona była o prawie dziesięć lat młodsza od swojego męża, i kochała go zapamiętale od dziesiątego roku życia. Przez cały czas, gdy on jako wesoły młodzieniec krążył między Wenecją a południową Francją, moja matka, nieśmiałe dziewczę, siedziała w domu, rozmyślała o nim, od czasu do czasu pisała wiersz w swoim „sztambuchu” i wyszywała dla niego sakiewkę. Ojciec miał tę sakiewkę potem przez całe życie. Typowy romans w stylu jagiellońskim, wzbogacony jednak głębokim uczuciem. Interesuję się swoimi rodzicami nie tylko dlatego, że byli to moi rodzice, lecz także dlatego że osiągnęli tę jakże rzadką osobliwość – szczęśliwe małżeństwo. Do tej pory widziałem tylko cztery zupełnie udane mariaże, o których opowiem wam przy innej okazji. Moja matka, Małgorzata Kryska, zaznała niedoli jako dziecko. Jej ojciec, zrzucony przez konia doznał śmiertelnych obrażeń; moja babka, kobieta młoda i ładna, pozostała sama, mając lat dwadzieścia siedem, czworo dzieci i jedynie wdowią pensyjkę. Wtedy to starsza siostra, którą niedawno poślubił pewien zamożny Włoch żeniąc się po raz wtóry, napisała do niej proponując, że jedno dziecko zaadoptuje i wychowa jako swoje. To była propozycja nie do odrzucenia dla zatroskanej młodej wdowy, która usiłowała z szycia utrzymywać i kształcić czwórkę dzieci. Spośród swojej gromadki – trzech chłopców i dziewczynki – wybrała dziewczynkę. Być może sądziła, że chłopcy dadzą sobie radę w życiu, podczas gdy dziewczynka wymaga lepszych warunków albo, o czym moja matka zawsze była przekonana, kochała bardziej synów. Małgorzata opuściła rodzinna wieś i pojechała do Hamburga do obcego domu. Odczuwana uraza, jakże bolesna świadomość, że jest nie chcianym dzieckiem, odbiły się moim zdaniem na jej stosunku do życia. Nastawiły ją nieufnie do samej siebie i podejrzliwie wobec miłości innych. Ciotka była dobrą kobietą i wielkoduszną, nie umiała jednak wczuć się w to, co przeżywa dziecko. Mojej matce zapewniono wszelkie wygody, jakie może dać zamożny dom i staranne wykształcenie, utraciła natomiast coś, czego niczym nie da się zastąpić – beztroskie życie razem z braćmi we własnym domu. Dość często w listach, które przechwyciłem od naszych gońców widywałem zapytania zatroskanych rodziców, czy powinni oddać swoje dziecko innym ludziom ze względu na „przywileje, jakie zyska, takie jak pierwszorzędne wykształcenie, którego ja córce nie mogę zapewnić”. Zawsze miałem ochotę wykrzyknąć: ‘nie oddawajcie córki’. Co znaczy najlepsze na świecie wykształcenie wobec własnego domu i rodziny, miłości i poczucia bezpieczeństwa płynącego z przynależenia do niej? Moja matka czuła się w nowym domu okropnie nieszczęśliwa. Po nocach płakała, wychudła i zmizerniała, i tak się pochorowała, że ciotka wezwała lekarza. Był to doświadczony starszy pan i pogadawszy z dziewczynką oznajmił ciotce: – ‘Mała tęskni za domem’. Ciotka się zdumiała i nie chciała wierzyć. Aż wyraziła zgodę, aby Małgorzata powróciła do Drobina. (Gabinet Jana Kostki w Rostkowie rozświetlony świecami) Do gabinetu weszła Pani Małgorzata. Pan Jan rozejrzał się uważnie po pokoju, blefując trochę, jak człowiek z natury nie dość spostrzegawczy. Następnie zaczął mówić acz niechętnie: -Godzi się, żeby nasi synowie zdobyli wykształcenie. Widzisz jest w modzie teraz wysyłanie paniczów za granicę. -(uśmiechnięta matka) W końcu jesteśmy bogaci. -(ojciec) Wczoraj byłem w Warszawie. Wiesz kogo spotkałem?Alberta i Stanisława, twoich braci. Był Piotr, który wystepował tam jako biskup chełmiński. Przez naszego magistra z Rozstkowa poznałem Rektora Kolegium Jezuickiego w Wiedniu. To dobra szkoła. Wyślemy naszych synów tam na dalsze nauki. Co ty na to? -(szczęśliwa matka) A niech mnie… -Nasi synowie zaczną uczęszczać do tego kolegium już w czerwcu… Pani Małgorzata popatrzyła przez moment na męża wyciągającego szufladę, następnie wyszła z pokoju. Mężczyzna spojrzał jeszcze spektakularnie na warzywa, a potem skinął swojej żonie głową na pożegnanie… Kiedy matka wróciła, ja siedziałem przy tym, co miało stać się zupą. Czekałem, aż zacznie mówić. Kuliła ramiona, jakby chroniąc się przed mroźnym wiatrem, mimo lata i ciepła panującego w kuchni. – Masz jutro z Pawłem jechać do Wiednia. Jeśli będziesz się starać, dostaniesz w przyszłości jeszcze lepszą pracę jak ojciec. Będziesz mieszkać u Jezuitów aż w Wiedniu. Zacisnąłem usta. – Nie patrz tak na mnie, Stasiu – poprosiła matka. – Wiesz, że ojca wola jest święta. – A gdzie mieszkają Jezuici? – to jest centrum Wiednia, u zbiegu Sonnenfelsgasse i Jesuitengasse, szepnęła po niemiecku matka. – Ojcu powiedzieli, że będziesz mógł przyjeżdzać do domu na wakacje. Matka zebrała rękami kawałki rzepy wraz z drobinami kapusty i cebuli i wrzuciła to wszystko do stojącego na ogniu garnka. Zniszczyła w ten sposób zapasy, które tak uważnie ułożyłem… Ale kim są Paweł i jego brat Stanisław, który nie przestaje mówić do nas zawsze: “do wyższych rzeczy jestem stworzony.” To moi bracia. Chciałbym teraz opisać wam moją rodzinę. Stanisław Kostka herbu Dąbrowa urodził się pod koniec 1550 roku w Rostkowie k. Płocka jako syn kasztelana zakroczymskiego. Był synem Jana, kasztelana zakroczymskiego, który był początkowo podsędkiem, następnie stolnikiem ciechanowskim, a od 1564 piastował urząd kasztelana zakroczymskiego. Ojciec Stanisława był dziedzicem Turowa i Rostkowa, synem Nawoja (zm. po 1530), sekretarza królewskiego i chorążego ciechanowskiego. Jan poślubił Małgorzatę Kryską z Drobina, córkę Pawła, wojewody mazowieckiego. Niektórzy podają, że z małżeństwa urodziło się dwóch synów: Św. Stanisław Kostka (1550-1568) i Paweł, jeszcze żyjący chorąży ciechanowski, nadto dwie córki: pierwsza została żoną Mikołaja Narzymowskiego, druga Radzanowskiego, kasztelana sierpskiego. Obie rodziny Kostków i Kryskich są chlubą Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Jeden z braci matki, Albert, wsławił się poselstwami z ramienia polskiego króla: do Rzymu, do cesarza Ferdynanda i do króla Hiszpanii Filipa II. Drugi brat matki, wuj św. Stanisława, Stanisław, był wojewodą mazowieckim. Natomiast Jan Kostka, krewny ojca z linii pomorskiej, był kasztelanem gdańskim i kandydatem na króla polskiego, popierany przez sułtana tureckiego, Selima; Piotr Kostka był biskupem chełmińskim. Rostków jest dzisiaj wioską, jak był nią przed laty. Stanisław był drugim dzieckiem. A więc nie był w rodzinie sam. Powiem więcej, miał jeszcze trzech braci i dwie siostry: Paweł, Stanisław, Wojciech i Mikołaj (to ja niżej piszący te słowa); a z sióstr Anna, która wyszła za mąż za Radzimowskiego, i siostra Jadwiga, która wyszła za mąż za Warymskiego. Rodzice i bracia spoczywają wszyscy, prócz Stanisława, w kaplicy Kostków w Przasnyszu. Stanisław ochrzczony został w kościele parafialnym w Przasnyszu. Do czternastu lat uczyli go rodzice, a następnie jego nauczycielem był magister Jan Biliński. Stanisław w domu uczył się łaciny, historii, literatury antycznej i retoryki. Prawdopodobnie z uwagi na kłopoty finansowe ojca, związane z nielegalnym handlem wełną, Stanisław musiał przerwać naukę. Ale jako syn lokalnego prominenta prawdopodobnie pobierał jeszcze nauki za darmo. Tym sposobem otrzymują edukację trzej bracia Stanisława i dwie jego siostry, którzy pracują w kilku magnackich rezydencjach jako guwernerzy, sekretarze, a także aktorzy w dworskich przedstawieniach. (Stanisław z Pawłem udają się w drogę do Wiednia) Pan Jan, Kasztelan Zakroczymski już od rana czynił wielkie starania odnośnie akuratnego wyprawienia synów na Wiedeń. O brzasku dnia lokajom ukazał się w czerwonym żupanie, amarantowych hajdawerach i brazowych, wysokich butach. Pani Małgorzata pokazała się przed domem w sukni, którą tworzyła marszczona spódnica, połączona z ściśle przylegającym do ciała stanikiem, w konstusiku z jedwabiem, zdobienia brokatowe miały odcień nad wyraz jasny. W gospodarstwie Pana Jana stały lando i coach, ale tym razem kolebka, wygodny czterokołowy pojazd, nowy kocz podróżny, z charakterystycznym zawieszonym na rzemiennych pasach pudłem dla podróżnych, zajechała przed dom w Rozstkowie. Pudło kolebki ozdobiono zasłonami z drogich tkanin i kobiercem. W południe na pożegnanie przyszli wszyscy domownicy. Bo też pożegnaniom nie było końca… Wreszcie pojazd ruszył gościńcem w nieznaną dal, która później okazała się dla Stanisława jego życiowym przeznaczeniem. Gdy tylko minęli zagrody zaraz potem zszedłem do piwnicy, bo byłem poważnie chory. Ale pamiętam jak Paweł krzyknął w stronę Stanisława coś w rodzaju: -Żegnajcie stare podwoje, kuchenne komody, nie istniejemy już dla was, hurra… a lando z wiarą ruszyło w drogę. Czasami Paweł po latach nam opowiadał, że w drodze “studentów” mijały przeróżne kolasy transportowe, które przecież mogły ich powstrzymać od “europejskiej przygody”, lecz żadna- nawet poczta sądowa czy królewska- nie były w stanie już tego dokonać. Owszem wszyscy chcieli wiedzieć, co się w świecie władzy, interesu i dobrego towarzystwa dzieje, wciąż bynajmniej wszyscy jednak nie rozpoznawali ludzkiego serca. A miasta, które mijali utrzymywały własne stacje pocztowe, którymi sprawnie kierowali faktorzy. Gońcy byli jednolicie poubierani, na ramieniu nosili tarcze z pierwszą literą nazwy miasta, mieli ściśle ustalone dni przybycia i odejścia z pocztą. Gońcy dostarczali pocztę do miasta, gdzie listy i przesyłki roznoszone były z kolei przez gońców doręczycieli. 18 października 1558 roku król Zygmunt August powierzył kierownictwo poczty swojemu dworzaninowi Prosperowi Prowanie, „mając na celu własną, tudzież naszych poddanych wygodę”. Datę tę uważa się za początek zorganizowanej poczty polskiej! Uchwalony ostatnio na sejmie koronnym „Uniwersał na powody warszawskie”, prócz skrupulatnych obowiązków powodowych i taryfy pocztowej, wskazywał też, by posłańcy nosili odznaki królewskie do odpowiedniego zresztą ubioru oraz posiadali trąbkę do sygnalizowania. Poczta zaś mianowana została królewską. Część II (Wiedeń, Katedra świętego Stefana, 6 sierpień 1565 roku) Twórca hegemonii Haubsburskiej w środkowej Europie zamknął oczy 25 lipca 1564 roku. A w związku z przygotowaniami do pogrzebu uroczystości pogrzebowe osiągnęly apogeum w Wiedeńskiej Katedrze św. Stefana w dniach 6-7 sierpnia 1565 roku. A ich ostatnim dopełnieniem stało się w dniu 21 sierpnia złożenie zwłok cesarza w Praskiej Katedrze na Hradczanach obok jego małżonki Anny Jagiellonki(zm. 1547). Ferdynand I (ur. 10 marca 1503 Madryt, zm. 25 lipca 1564 Wiedeń) panował od 28 kwietnia 1521 roku. W 1529 r. Ferdynand I, z pomocą hiszpańskich i niemieckich wojsk Karola V, zmusił Turków do odstąpienia od oblężenia Wiednia. Rozpoczęła się epoka panowania Habsburgów w Czechach i na Węgrzech, ale także zmagań między nimi a książętami Siedmiogrodu o koronę Świętego Stefana. Rodzicami Ferdynanda byli Filip I Piękny i Joanna Szalona. Miasto przygotowywało się do pogrzebu cesarza Ferdynanda bardzo starannie. Jest słoneczna sobota 1565 roku. W Wiedniu na orszak oczekiwali przed katedrą św. Stefana posłowie dworów zagranicznych, biskupi, opaci i cechy, z trzydziestoma marami pokrytymi złotogłowiem. Byli również chorążowie w zbrojach pokrytych czarnym suknem, którzy postępowali według starszeństwa reprezentowanych przez siebie ziem. Było też 30 koni przykrytych jedwabiem, żacy, sześciuset ubogich w kapach i duchowieństwo. Prowadzono następnie konia okrytego czarnym aksamitem, a dalej, za cesarskimi marami, jechał rycerz w zbroi na koniu w czerni, z gołym mieczem skierowanym ostrzem ku ziemi. Za nim postępował chłopiec w zbroi, z tarczą, kopią i proporcem także spuszczonym ku ziemi. Po nich podążał rycerz w stroju cesarskim, za nim dostojnicy niosący znaki cesarskie i sześćdziesięciu cesarskich ze świecami oraz zagraniczni posłowie, oraz radni miasta Wiednia. W takiej asyście odprowadzano ciało zmarłego cesarza na wieczny spoczynek. (Stancja we Wiedniu, w domu przy Steindlgasse zur goldenen Schlange, Kurrentgasse 2) W takich okolicznościach stawia swoje pierwsze kroki w Wiedniu i jego słynnej szkole Jezuickiej Zakroczymski kasztelanic Stanisław. A właściwie rok nauki ma już za sobą. A przed nami dawny pokój w domu ewangelicznego właściciela Krzysztofa Wachenschwarza, (wymienia się często jego inne nazwisko jako Kinderberg) w którym mieszkał mój brat, teraz już zamieniony na bogatą kaplicę. W ołtarzu wisi obraz przedstawiający scenę Komunii św. udzielanej Stanisławowi przez św. Barbarę oraz objawienie Matki Bożej z Dzieciątkiem… (Kolegium jezuickie we Wiedniu, w pobliżu Kościoła Jezuitów, u zbiegu Sonnenfelsgasse i Jesuitengasse) Jezuici otworzyli szkołę w Wieniu 1 września 1553 roku. Rok później miała już ona 5 klas z 300 uczniami, dwa lata później- 6 klas z 400 uczniami. A w nowo otwartym konwikcie w 1574 roku mieskało jeszcze 120 uczniów. Według trydenckiego “małego katechizmu” trzeba było najpierw złożyć egzamin wstępny składający się z 121 pytań (Parvus chatechismus catholicorum). Ano takie były czasy, wspomnijmy tutaj rozpowszechnianą wówczas powszechnie łacińską wersję Biblii, tzw. Wulgatę. której drukowaniem zajęły się drukarnie, także ta jezuicka drukarnia w Wiedniu, która istniała od 1559 do 1565 roku. Rodzice katoliccy wychowywali swoje dzieci w dyscyplinie, uczyli pobożności, uczciwości i skromności. Do 14 roku życia jak wam już opowiadałem Stanisław pobierał nauki w domu rodzinnym. Na dalszą naukę został wysłany wraz z bratem Pawłem do Wiednia. Początkowo nauka młodzieńców szła trudno, ale pod koniec trzeciego roku należał do najlepszych uczniów. Władał płynnie językiem ojczystym, niemieckim, łacińskim i trochę greckim. Trzy lata pobytu w Wiedniu – to okres rozbudzonego życia wewnętrznego w życiu Stanisława, który znał wówczas tylko trzy drogi: do kolegium, kościoła i domu. Inni chłopcy łódki puszczali na wodę w Dunaju. Stanisław wolny czas spędzał na modlitwie, lekturze oraz zadawaniu sobie pokuty łącznie z biczowaniem się. Taki tryb życia nie podobał się bratu, wychowawcy i kolegom. Uważali to za rzecz niemoralną, a nawet niebezpieczną dla zdrowia. Dlatego w dobrej wierze usiłowali słowem a nawet biciem wyleczyć go i skierować na drogę normalnego postępowania. Intensywne życie wewnętrzne, nauka i praktyki pokutne tak osłabiły młody organizm chłopca, że w grudniu 1565 roku ciężko zachorował. Miał wówczas wizję, w której św. Barbara z dwoma aniołami przyniosła mu Komunię Świętą. Miał też drugą wizję, w której Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus pochyla się nad nim i składa mu w ramiona Dzieciątko. Rano wstał zupełnie zdrowy…cdn.

Trochę magii z wysp Kanaryjskich pod choinkę

Stanisław Barszczak, Wspomnienia Pana Cervantesa, Kochane Czytelniczki, kochani Czytelnicy! Tym razem jedziemy do Hiszpanii, śladami Miguela de Cervantesa y Saavedra – renesansowego pisarza hiszpańskiego, najlepiej znanego jako autor powieści El ingenioso hidalgo Don Quijote de la Mancha. Ubieram się w jego szaty i jako jego daleki krewny podążam do Gran Canaria, samolotem z Warszawy… Indie i Kuba równoważą klimat, prezydent B. Obama wypunktował to ostatnio. A ja powiedziałbym teraz, że musiałem jechać do Las Palmas, żeby zrównoważyć klimaty w Polsce, i wierzę, że wreszcie otrzymamy porcję śniegu, jakkolwiek na razie za oknem króluje obraz jesienny. Uczciwie powiem, że o wakacjach “na Kanarach” pomyślałem dopiero, kiedy już od dawna miałem wykupiony bilet. Owszem Ksiądz Ryszard zapomknął kiedyś o takiej wycieczce, ale jeszcze nie wierzyłem. Ale praca we wszelkiej odmianie stanowi część mnie, więc stopniowo zacząłem wypełniać nowe przestrzenie, których bardzo słaby zarys miałem przed sobą. Pojechałem do Las Palmas, aby w Canary-Park obudzić do życia marederów i czynić to, co jest piękniejsze. Jak śpimy, nie mamy cudu świadomości. Już wyobrażam sobie wizje moich podróży w detalach. Ale tak coś, czegoś podobnego w całym świecie nie ujrzałem. Jakkolwiek myślę już “w generacjach, a nie w liczbach kwadratowych.” Nie byłem dobrze przygotowany do tej podróży, byłem niewyspany, i to z mojej tylko winy. Z drugiej strony powiem, lubię familiarny charakter, znajduję to cudowne: mianowicie, otworzyć się na profesjonalność codzienności, gościnność i miłość w detalach. W hotelu Falow śpi się wspaniale. Plaże w Las Palmas: de Las Canteras, de las Alcanvaras, Cipriano, playa del Duque są pięknie urządzone. W Las Palmas chodzi się bynajmniej zadbany, czysty, i czuje się na urlopie. W kolegium Salezjańskim koedukacyjnym w Las Palmas panuje hałas, ale ja zachodzę do tutejszego Karmelu- kościółka. Na “moją” Mszę świętą przyszło bardzo dużo ludzi. To mnie bardzo ucieszyło, bo było trochę stresu przedtem. Wcześniej spotkałem się w grudniowy poniedziałkowy ranek z Księdzem Arcybiskupem Frańciszkiem Cases Andreu w Las Palmas, na wyspie którą odwiedził kiedyś Krzysztof Kolumb poszukując drogi nowej do Indii. Gran Canaria – jedna z wysp zaliczanego do Makaronezji[2] archipelagu Wysp Kanaryjskich usytuowana na Oceanie Atlantyckim, tuż obok północno-zachodniego wybrzeża Afryki. Terytorialnie przynależy do Hiszpanii. Razem z wyspami Lanzarote i Fuerteventura tworzy prowincję Las Palmas. Stolicą wyspy jest miasto Las Palmas de Gran Canaria. Wyspa zajmuje centralne miejsce w archipelagu kanaryjskim i jest usytuowana pomiędzy Teneryfą a Fuerteventurą.Wyspa Gran Canaria, ze swoją powierzchnią prawie 1600 km² jest trzecią co do wielkości i drugą co do ludności z 802,247 mieszkańców (005) wyspą archipelagu. Znajduje się na 28º szerokości północnej i 15º 35′ długości zachodniej. Posiada miano “kontynentu w miniaturze” dzięki swojej różnorodności klimatycznej, różnicom geograficznym oraz zróżnicowanej florze i faunie. Wyspa ma okrągły kształt z masywem górskim pochodzenia wulkanicznego w centrum wyspy.Wyspa Gran Canaria jest podzielona na 21 okręgów miejskich. W ogóle można tutaj znaleźć uprawiających szeroko sport sympatycznych Kanaryjczyków. Jedzenie jest tanie. Ale jesteśmy w Domu Arcybiskupów Las Palmas. Poproszono mnie na górę do jego apartamentów. Zaraz też przyszedł moim śladem, było bardzo fajnie, opowiedziałem mu o celu mojej podróży po włosku. Arcybiskup wziął moją książkę, następnie wpatrywał się, wsłuchiwał… A spotkaniu temu towarzyszyła myśli jeszcze głębsza. Otóż patrzę na mój Kościół przede wszystkim jako kapłan, z wielkim zainteresowaniem towarzyszę jego misji od pięćdziesięciu laty. Ten Kościół jest niemożliwy bez possibilitas, gdy jest poza możliwościami. Chciałbym żyć w prawdzie. Bez Kościoła żadne zbawienie. Wydaje mi się, że i w naszych czasach trzeba chrzcić, trzeba chrztu, co mocno podkreślał w swych wystąpieniach święty doktor z Hippony, święty Augustyn. Po Soborze Watykańskim II spójrzmy na nowe akcenty w Kościele, mówi się o gradusach świętości, które powinniśmy wypełniać. Nie tylko hierarchowie, kapłani, ale również wierni. Mnie interesuje organizacja świętości. Zrobić coś kompletnego i intensywnego. W tym celu “używam papieru produkowanego z drzewa pochodzącego z lasów wyrastających w sposób odpowiedzialny.” Najpierw uczyłem się tego wspólnie z mamą, a teraz już samodzielnie spożywam z Kościołem powszedni posiłek. Bo my pragniemy objawienia, jak dzieci z Fatimy. Sławny fizyk, Albert Einstein powiedział: “Przy poszukiwaniu igły w stogu siana zachodzi różnica między mną a normalnym poszukiwaczem; bo normalny poszukiwacz z poszukiwaniami zrywa gdy już igłę znalazł, a ja cały stog przetrząsam, czy może jeszcze inne igły przy okazji nie znajdą się.” Stąd nigdy do końca- muszę to wyznać- nie jestem zadowolony z moich tekstów, nieustannie ubiegam się o ich nową szatę, tak by zaskoczyć czytelnika odwsiedzającego mój blog. Tak dużo zdradziłem idei, które mi przed oczami urosly, a które następnie zarzuciłem. Życie jest walką, z której nie możemy się wycofać, musimy zwyciężyć, mawiał święty Ojciec Pio. Jezu Chryste, ty przecież jesteś moim życiem, jedynym symbolem moich wszelkich emocji i uczuć. A Kościół jest miejscem, w którym czci się każdą istotę ludzkę wystarczająco. Podróże po świecie pozwoliły mi znaleźć język dla porównania czegoś co znamy, a nie umieliśmy tego wyrazić. Musiałem wiele zobaczyć, ażebym mógł teraz nasladować realność. Nie przestaję otwierać przestrzeni. W kontekście pluripantalizmu i oka wizualizacji ofiaruję coś nowego, jak wierzę. Pragnę zaprosić do refleksji i przeegzaminowania nas, aby przywołać nasze własne obrazy. Moja odpowiedzialność społeczna realizuje się przed wspólnotą Kościoła, jego autorytet jest kolektywny, i zawsze przedstawia walory, których suma prowokuje i konkluduje w polityce. Zatem chciałbym przedstawiać pewną syntezę- w tym samym czasie uniknąć uproszczeń manicheizmów i skierować oczy na odpowiedzialność “innych”. W Las Palmas spacerowałem w pobliżu katedry świętej Anny i nad Atlantyk, a tak daleko od ojczyzny łatwo jest poczuć się marginalny. Starożytny mówca Demostenes uczył genialnego wodza Aleksandra: “Kiedy bitwa jest zgubiona, tylko ci, którzy uciekli mogą walczyć w innej.” Ale ja w te rzeczy, które zabrałem do Las Palmas czuję się ubrany i teraz … Faktycznie w Las Palmas eliminowałem celulitis, zapragnąłem też, żeby było więcej testosteronu. Ale te słoneczne siedem dni przeżytych dla wieczności odeszły w dal. W tych dniach radosnego Bożego Narodzenia chciałbym dzielić z wami, Kochani, ideały etyczne bez rezerwy. To jest mój koncert Bożonarodzeniowy, ten tekst niezręczny.Sławny Fiodor Dostojewski pisał: „Chrystusowa miłość ludzi to, moim zdaniem, w swoim rodzaju cud niemożliwy na ziemi. Co prawda, On był Bogiem. Ale my nie jesteśmy bogami”/…/ „Cóż jest piekło?” Otóż więc: „Cierpienie wynikłe z tego, że nie można już kochać.” Mama odeszła zanim mogłem biec. Tak więc każdy ma misję. Jeszcze czasem szepnę sobie: nie posiadam doradców, ale Panie mów do mnie! Bo nikt nie jest sam, i ja żyję miłością innych! W moich tekstach gdybym był młodszym, to dzieci byłyby teraz tematem numer jeden. Albowiem zapragnąłem w te grudniowe noce jeszcze raz dziecku dać promień światła i dalej stąpać ludzką i naszą ścieżyną.

Nadziei, która nie gaśnie, miłości w każdej ilości od Bożej Dzieciny

Bożonarodzeniowy czas —(Ja i Inny- teoria doświadczenia Boga!)–

W swojej teorii intersubiektywności Levinas rozumie identyfikację jaźni ze sobą nie jako tautologię (por. E. Lévinas, Totalität und Unendlichkeit, 1993, 41; zob.J. G. Fichte, Grundlage der gesamtenWissenschaftslehre (1794), 1988, Erster Teil, § 1, S. 18: “Ja jest koniecznie tożsamością podmiotu, i przedmiotu: przedmiot-podmiot, nie ma po prostu dalszej mediacji-Vermittlung”), ale też nie jako tożsamość w formie samoświadomości, to jest jako dialektyczne przeciwieństwo do innego. Poza schematem podmiot-przedmiot ustala się sposób istnienia Ja (des Ich) jako intencjonalność świadomości (por. E. Lévinas, De Dieu qui vient à l’idée, 1992, 226.)Idea intencjonalności świadomości wyraża fenomenologiczne poznanie, według którego myślenie jest żadnym zdarzeniem, a jedynie falą i ciągłym ruchem. Jako intencjonalność mamy identyfikację wszystkich innych, którzy są nie-Ja, jednym w myśli i percepcji dokonanym wchłonięciem w Jaźń (por. E. Lévinas, Die Spur des Anderen. Untersuchungen zur Phänomenologie und Sozialphilosophie, 1992, S.189).Jako ludzie poszukujemy szczęścia nieustannie (por B. Pascal, Myśli 425). Ale szukamy go najczęściej na zewnątrz. I tak respektujemy wszystkie religie. A Dasein (tutaj jako nasza istota) w naszej epoce kosztuje bardzo wiele pieniędzy. Stąd mój szczęśliwy ton, to krytyka Emmanuela Levinasa, choć jeszcze bardzo powierzchowna. Otóż trzeba uzgodnić moją naturę z human, z tym co ludzkie. Zgadzamy się z tym także, że bycie ma być darem dla innych. Tutaj prawda jest na zewnątrz mnie, por. odkrywanie twarzy bliźniego jako innego. Porządek twarzy odsłania porządek pewności wydarzenia, czyli wymiar etyczny. Wpatrując się w twarz innego uświadamiam sobie fakt: muszę żyć jako zakładnik dla innego. Tak rodzi się moja odpowiedzialność przed twarzą, która jawi się mi jako absolutnie obca, wygląda zupełnie obca. Ta odpowiedzialność sprawia oryginalne wydarzenie braterstwa (E. Levinas, Całość i nieskończoność, S.309). Inaczej mówiąc, nikt nie może pozostawać w sobie: człowieczeństwo człowieka, subiektywność, to jest odpowiedzialność za innych, czyli ekstremalna podatność na zranienie. Jestem odpowiedzialny za innego, za jego życie. Tyle mówi Levinas. Ale przecież każdy ma odpowiedzialność. Być w odpowiedzialności, to być we wspólnocie. Sprawiedliwość jest odpowiedzią bliźniego, która jest ontologiczna. Teraz być człowiekiem, to znaczy wzrastać, rosnąć (grandir).  Ja mówię o innym: „nie dopuścisz się morderstwa!(niem. du wirst keinen Mord begehen). Ale odtąd inny także ma mnie zauważyć, właśnie również jako innego (comme l’autre). A tutaj bez pomocy łaski Bożej nic nie możemy wykonać, jak myślę. Chodzi o wzajemne oddziaływanie, perichorezę (por. teologia Kościoła Ortoksyjnego).Człowiek jest wynikiem ścisłej wspólnoty z Bogiem, do którego staje się coraz bardziej podobny, i wzrasta w aurze jego uświęcenia, a wówczas też jego grzeszność maleje. Trzeba podjąć egzekwowanie miłosnego oddania się Bogu. W jednym z moim poprzednich tekstów napisałem o zauważaniu obcości mojego „dziecięcego podwórka”, to jest miasteczka mojej chłopięctwa. A teraz powiedziałbym, że podjęcie obcego jako bliźniego, to pokazywanie się Chrystusa w innych. Przebywanie razem z Obcym mamy zatem podjąć jako wzajemne spełnienie (i dokonanie, niem. Vollzug). Każdorazowo obecna, właściwa osoba “jest nieskończenie ważniejsza jak jego religia.” Zamiast zdawać się na ogląd zewnętrzny, to jest tylko na ogląd zmysłowy, a także tylko na rozum, który wierzy, trzeba iść głębiej i głębiej w tym, aż do niewidocznego i niepoznawalnego i tam widzieć Boga. Ponieważ prawdziwe rozpoznanie Poszukiwanego i prawdziwy pokaz polega na tym, żeby zobaczyć to, co jest niewidoczne.”(Grzegorz z Nyssy, De Vita Moysis, PG 44, 376 GB – 377 A) Tak więc w miejsce relacji do Innego jako środka, sposobu relacji z Bogiem, dzisiaj Istnienie Boga zastępuje warunek możliwości związku z Innym w ogóle (por. teologia prawosławna).„Chrystusowa miłość ludzi to, moim zdaniem, w swoim rodzaju cud niemożliwy na ziemi. Co prawda, On był Bogiem. Ale my nie jesteśmy bogami.” (Bracia Karamazowy, str. 291) Ale Bóg jest moim Panem! To jest teraz moja teoria doświadczenia Boga. A w dalszej perspektywie to jest utematyzowanie Ja w obliczu Innego, niejako z drugiej strony istoty podmiotu, zniewolonego współczesnego podmiotu. A czym jestem „bez tożsamości”(por. tekst E. Levinasa niem. Ohne Identitat). Emmanuel Levinas powołuje się tutaj na cytat z Talmudu Babilońskiego: “Jeśli ja nie ręczę za siebie, kto następnie stanie przy mnie? A jeśli ręczę za siebie tylko sam – to jestem i potem tylko ja.”(Talmud Babiloński, Tractate Abot 6, cytowany w: Emmanuela Levinasa, humanizmu Innego, dt.Ludwig Wenzler, Hamburg, Felix I, 2005 str.85). A nie ufamy sobie. Cóż jest piekło?” Otóż więc: „Cierpienie wynikłe z tego, że nie można już kochać.” (Bracia Karamazowy, str. 394) W tej chwili chciałbym przywołać pogląd Emmanuela Levinasa odnośnie połączenia wolności i odpowiedzialności, jako śladu Innego, albo też jako niezrównanego a widocznego światła (zob. E. Lévinas, Die Spur des Anderen, 1998, S.222; ders., Totalität und Unendlichkeit, S.44).Na przedłużeniu myśli Levinasowskiej powiedzielibyśmy, ze w odróżnieniu od nasycenia, które łagodzi intencjonalność, Nieskończoność powala- wydaje się- ideę nasycenia, przesiąknięcia światłem. Albowiem dzisiaj odsłaniamy cud nieskończoności niejako w skończoności myśli! Ale idźmy śladem Innego, skierujmy się ku światłu. Wydaje się w konsekwencji, że to jest obecna a moja radykalizacja wrażliwości, odczuwalności subiektywności- wzajemnej wyczuwalności w naszej epoce, nierzadko bez podmiotu. Tym samym odpowiedzialność przynależy do ludzkiej podmiotowości. Istnieje jednakże potrzeba i możliwości rozwinięcia koncepcji Emmanuela Lévinasa. Zauważamy doniosłość powinności ontycznej, praktyczny wymiar etyki E. Lévinasa, relację inności szczególnie w obliczu trzeciego, kładziemy akcent na potrzeby, ale także na prawo naturalne, pragniemy wychodzić na przeciw praw człowieka. Tak więc otwieramy się na system etyczny, przedstawiamy rozpoznanie jako fundament moralnego zobowiązania. Ale wydaje się, że  nie wystarczy etyka do wyjawienia złożoności zagadnienia człowieczeństwa. Zauważmy choćby kilka spraw: istnieje zależność pomiędzy wizją dobrego życia a teorią normatywną; nadto w społecznych relacjach odsłaniane są różne typy inności. Czy inny to odmieniony czy zastąpiony? Zwróćmy także uwagę na  zrozumienie jako ma łącznik pomiędzy kategorią czynności a kategorią moralną. Innymi słowy podmiotowa świadomość musi bazować na świadomości moralnej, w rezultacie wynosić obecną odpowiedź społeczną, czyli odsłaniać sprawiedliwość ontologiczną. W tej mierze daleko nam jeszcze do szczęścia. Życie jest walką, z której nie możemy się wycofać, musimy zwyciężyć, mawiał święty Ojciec Pio…Ten tekst, to jest również spotkanie moje z Caritas, również naszej Archidiecezji w Częstochowie. I zaraz przyszedł mi na myśl obraz z Biblii. Samuel i Eli. Jaka jest nasza odpowiedź na  misję, powołanie. (niem. Auftrag, Sendung) Eli jest uważny na życie człowieka… Stać się Elim w tym czasie, to jest nasze zadanie.  Musimy odkryć: tę uwagę, czuwanie, wyczulenie, skargi, z dziecięcą mądrością rozpoznać, że każdy jest posłany… A następnie modlić się: Dzięki Panie za powołanych, za ten dar, za powołanie, wiele możliwości. Mało albo wcale nie było „powołanych” mężczyzn i kobiet jako szafarzy sakramentów w Parafii św. Józefa, którą nawiedzałem kiedyś. Myślę, że z szkodą dla duszpasterstwa. To, co możliwe, „stały diakonat”, to wielki dar po Soborze Watykańskim II, życzę Caritas rozwoju spektakularnej akcji powołaniowej. Zachęcam, by powstał nowy ruch młodzieżowy, Kubinianiów,(por. choćby ruch Korbinianów w Monachium) w naszej archidiecezji, albo jeszcze inny. Po pierwsze dla uczczenia życia oddanego Bogu i Częstochowie pierwszego biskupa naszej diecezji Dra Teodora Kubiny, a po drugie, byśmy w ten sposób z młodzieżą naszą wspinali się na szczyty świętości! Szczęść Boże! Wchodźmy każdego roku na górę…! Papież-Emeryt Benedykt mówił o tym, żebyśmy i duszę i ciało uświęcali na chwałę Boga. Popatrzcie jaka olbrzymia odpowiedzialność władz miasta, Caritas! Powrót uchodźców do ojczyzny! Więc działania nie dosyć! Czynić, co możliwe, oni potrzebują pomocy. Stokrotne dzięki! Nie barykadować się w swoim zaścianku. trzeba podkreślić to: mamy nie tylko uporczywie się trzymać starych pozycji, ale czynić dobro. Trzeba odpowiedzi, a tutaj choćby grać na fortepianie! To jest moje zaproszenie do świątecznego Caritas. Życzę błogosławionych Świąt. “Nie było miejsca dla Ciebie, Jezu!” Ale ja idę z Tobą Jezu. Gdzie jest moje szczęście? Otóż życie, budować mosty, zbroić mosty. Chodzi nie o to co świeci na zewnątrz, ale o wewnętrzne Myślenie. Doświadczać wspólnoty! Prowokować! Nazywać coś powątpiewając. Jezus mówi: „Ja jestem droga, prawda i życie.” Całą miłość widzimy w czynie! w spotkaniu! Każdy ma misję: Panie mów do mnie! Otóż nikt nie jest sam, więc żyję miłością innych! I udowodnić to w życiu. W liście dziewczęcia do Aloszy w Braciach Karamazowych jest takie zdanie: “tajemnica mojej zrujnowanej reputacji w waszych rękach.” Odwiedzałem przed laty Buenos Aires, Boston, Bombaj, Abidżan, mamy teraz problem, który nazwałbym problemem „Europa”. Ale on jest szansą, niech będzie jeszcze większą, nawet rzeczą pospolitą dla każdego. Trzeba więc nazwać “otwarcie”, to co teraz się dzieje na naszym kontynencie. A niech każdy będzie obrazem Boga i bratem. Zachowały się zeszyty świętego Stanisława Kostki, poprawiane ręką nauczyciela. Mam przed sobą notatki świętego Stanisława Kostki, młodziana, którego wydała polska ziemia, w którym czytam: “Kościołowi właściwe jest to, że zwycięża, gdy jest ranny; wtedy się rozumie, gdy się go poznaje; wtedy wychodzi naprzeciw, gdy się go pragnie”. “W przeciwnym wypadku (gdyby w Kościele nie było prawdy) zostałaby tylko ewentualność: Porzucić wszelką wiarę, oddać się rozpaczy i rozstać się z tym światem.” W innym zeszycie zanotował: “Szczęście ludzi jest podobne do fal rzeźbionych przez przód okrętu, które natychmiast po jego przejściu giną”. A przed nami rekolekcje adwentowe, trudna praca rozpoznania- myśleć różnice w tej epoce! Chodzi o objawienie zła, w którym jesteśmy zanurzeni, absurdalność społecznych postaw. Mamy zmienić nasz sposób życia, myślenia, nasze postawy polityczne. A nierzadko chodzi o radykalną zmianę w hierarchii wartości. Jeśli mamy jakby „robaczywe serce”. Skierujmy się ku Bogu, który mówi: „Ale ja odnajdę Cię!” W sercu pozostać malcem! Skoro naciągają to prawo, to straciło ono moc… niech każdy decyduje za siebie. Na pierwszym miejscu ma być: solidarność, pragnienie świadomego życia, zdolność wzajemnej akceptacji, słuchania się nawzajem i wzajemnego szacunku, przebaczania, pojednania różnic i braterskiego dialogu. Rozbroić ręce, sumienia, serca. Znany myśliciel Jan Patocka pisał o  braku jakiegokolwiek zamysłu w życiu, które jest nam dane i którego nie możemy przekroczyć- podjąć poszukiwanie dróg, nie rezygnować! A porozumienie to istotny wkład w kulturę jutra. Jaki obraz Boga i jaki obraz człowieka stoi za rozwojem, w którym na pierwszy plan wysuwa się posiadanie i doznawanie, konsumpcja i władza, a jeszcze bardziej wirtualna gra możliwościami, wpływania na światowy bieg wydarzeń? Jakie wyzwania dla wiary chrześcijańskiej można w takim kontekście jeszcze odkryć? Claude Levi-Strauss mówił o decentralizacji świadomości i podmiotu- jak twierdził- mit jest myślą anonimową! Trzeba  “logiki” nadobfitości, wdzięczności, daru, równości, sprawiedliwości i etyki. Przejąć chrześcijaństwo jako styl. Nowa ekonomia królestwa. Od towarzyszenia osobowego do czynu kolektywnego. Sfera ekonomiczna należy do natury ludzkiej Stąd to co ludzkie (humanum), musi być ustrukturalizowane i zorganizowane instytucjonalnie przez wizję etyczną; podjąć maksymalizowanie części stron najbardziej defaworyzowanych (por. J. Rawls) -Co się stało z Pana rodziną… -I Indianie wierzą… -Ma Pan rację. Nie tak wyobrażałam sobie kraj… -Myślałem, że się nie przedrzecie! -Czołem chłopaki… -A jutro z Radą Starszych zaśpiewam pieśń przy ognisku…- Posłuchaj muzyki. Większa chwała musi mniejszą stłumić…Życzę błogosławionych świąt i dołączam się do życzeń innych: Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Ci nadziei, własnego skrawka nieba, zadumy nad płomieniem świecy, dobrej, pachnącej kawy, piękna poezji, pogodnych świąt zimowych, odpoczynku, zwolnienia oddechu, nabrania dystansu do tego, co wokół, chwil roziskrzonych kolędą, śmiechem i wspomnieniami. Wesołych świąt!                ksiądz Stanisław Barszczak

Jest człowiek, nie Bóg, odpowiedzialny za To działanie złe lub dobre

Stanisław Barszczak, Wystarczy ci mojej łaski,
Człowiek został stworzony po to, aby był początek. Zrozum człowieku, jak wiele znaczysz! Powiem więc osobiście: jestem szczęśliwy, że mogę pisać ci o człowieczej wolnej woli. Ogłaszam dzień wolny od życia, tu i teraz. Ale zaraz, po kolei… To człowiek, nie Bóg, jest odpowiedzialny za działanie złe lub dobre, i faktycznie i sprawiedliwie, jemu (jest) winny. Człowiek jest zawsze winny za To działanie, przed Bogiem samym. Św. Augustyn komentował swoją myśl: wolność woli wynika z natury człowieka. Wręcz jest zdeterminowana naturą człowieka, który ową własną wolę posiada… Natura jest więc uprzednia względem woli. Nie tworzy się przez dobre uczynki, nie jest- jak twierdzi Pelagiusz- skutkiem ulegania wpływom zewnętrznym przez człowieka, który może wybrać dobro; natura jest uprzednia względem uczynków, które są jej przejawami, owocami. Jesteśmy więc grzeszni nie dlatego, że grzeszymy, ale dlatego grzeszymy, że jesteśmy grzeszni… Wolność woli realizuje się w zakresie, jaki wytycza natura osoby, która ją posiada. Jeśli człowiek jest zły, swą wolność realizuje zawsze w zły sposób, i inaczej nie może. Jeśli dobry, to natura popycha go do dobra, i znów, wolność realizuje się w zakresie dobrych uczynków. Mawiał święty Augustyn, że człowiek “w wyniku skażenia nie może sobie poradzić z grzechem.” Komentarze do Augustyna znajdujemy przez internet. Dyskusja nad wolną wolą jest pytaniem o zasługi przed Bogiem. Jeśli jest tak, że jeden jest bardziej pobożny niż drugi, Bóg powinien jakoś przychylniej patrzeć na tego, który jest lepszy niż tego, który jest gorszy. A jeśli znów i jeden i drugi jest tak samo zły, po co robić cokolwiek? W końcu, dyskusja nad wolną wolą jest dyskusją nad skażeniem człowieka, a skażenie człowieka wraz z jego skutkami jest przyczyną, dla której Chrystus umarł na krzyżu. Dyskusja nad wolną wolą jest więc w istocie dyskusją nad tym, od czego Chrystus zbawił człowieka na krzyżu; czy była to śmierć absolutnie konieczna, czy też człowiek, ze względu na absolutną wolność woli, może sobie, przynajmniej hipotetycznie, przy silnym samozaparciu i dyscyplinie, poradzić sam – i zyskać zbawienie nie mocą łaski Bożej okazanej przez zastępczą śmierć Chrystusa, ale dzięki własnym uczynkom, w wyniku czego zbawienie okazuje się raczej odpłata Bożą za pobożne życie niż przebaczeniem (por. artykuł w kręgu myśli protestanckiej, Mateusz Wichary: Wolna wola i łaska w myśli św. Augustyna). Ale takie postawienie sprawy zmusza do odpowiedzi na dwa pytania. Po pierwsze, skąd w człowieku dobra i zła wola? Doświadczamy przecież w życiu obu. I dalej, po drugie, co zrobić z wersetami, które wydają się wskazywać, że człowiek jednak ma wybór między dobrem i złem? Odpowiedź na oba przynosi augustyńska koncepcja łaski. Postawienie pytania o wolę człowieka jest więc nierozerwalnie związane z postawieniem pytania o wolę Boga i ich wzajemne powiązanie. Wymagania Boże nie implikują braku łaski i istnienia dobrej woli w człowieku, lecz wręcz przeciwnie, implikują konieczną niezbędność łaski Bożej jako siły, działającej w nas… Słabość woli wraz z Bożym wymogiem Prawa jest więc narzędziem, które zmusza wiernego do szukania Bożej pomocy i rozpaczliwego zdania się na nią – przez korzystanie ze środka łaski, jakim jest modlitwa. Chrześcijanin nie modli się dlatego, żeby siebie sam udoskonalić; modli się dlatego, że bez modlitwy nie uzyska pomocy z zewnątrz, spoza siebie, od Boga, której koniecznie potrzebuje. Tylko Bóg potrafi zmienić naturę człowieka: odjąć serca twarde, a stworzyć serca posłuszne. Człowiek tego sam nie uczyni. Koniecznie więc potrzebuje pomocy Bożej, bez której posiada wyłącznie złą wolę. Wolność woli wraz z Bożym wymogiem Prawa jest więc narzędziem, które zmusza wiernego do szukania Bożej pomocy i rozpaczliwego zdania się na nią – przez korzystanie ze środka łaski, jakim jest modlitwa. Chrześcijanin nie modli się dlatego, żeby siebie sam udoskonalić; modli się dlatego, że bez modlitwy nie uzyska pomocy z zewnątrz, spoza siebie, od Boga, której koniecznie potrzebuje. Tylko Bóg potrafi zmienić naturę człowieka: odjąć serca twarde, a stworzyć serca posłuszne. Człowiek tego sam nie uczyni. Koniecznie więc potrzebuje pomocy Bożej, bez której posiada wyłącznie złą wolę… Wolność woli realizuje się w zakresie, jaki wytycza natura osoby, która ją posiada. Jeśli człowiek jest zły, swą wolność realizuje zawsze w zły sposób… Przy słabości woli konieczna pomoc Boża ( „cokolwiek człowiek czyniłby w swym mniemaniu dobrego, nie byłoby to wcale dobre, jeśliby miłość nie ożywiała jego uczynków,”zob. Augustyn, Traktaty o łasce, w: Łaska, Wiara, Przeznaczenie. Pisma Ojców Kościoła, t. 27, Poznań 1971, s.137) I tak, Stare Przymierze jedynie wymaga miłości, a Nowe podtrzymując ów wymóg jednocześnie „udziela łaski.”( Tamże) Tak więc człowiek posiada możliwość wyboru między dobrem a złem o ile jest pod działaniem łaski. Sic! To łaska Boża sprawia, że człowiek chce wybierać dobro; to łaska Boża daje pomoc ku temu, by wypełnić to, czego nakazuje Prawo… Zauważmy tutaj: łaska Augustynowa nie usprawiedliwia, ale jedynie uświęca! Łaską Bożą jest dostęp do środków łaski i danie przez Boga grzesznikowi dobrej woli. Bóg udziela łaski tym, którym chce, a którym nie chce, nie udziela. Tym, którym udziela, zmienia wolę. Tym, którym nie udziela, tej woli nie zmienia. A więc, wola Boża, wyrażona w Bożym wyborze, determinuje kształt i działanie wolnej woli człowieka… Ale Augustyn pyta nie tylko o relację Bożej woli względem łaski, ale również relację Bożej woli względem wolnej woli ludzi bez łaski. Oto jego wnioski: „Co mówi Dawid obrońcy swemu, który chciał uderzyć syna Jemniego, miotającego przekleństwa? „Cóż mnie i wam synowie Sarwi? Dajcie mu spokój, aby złorzeczył, ponieważ Pan kazał mu złorzeczyć Dawidowi. A któż mu powie: ‘Czemuś tak uczynił’?” (2Sm 16:10). (…) Jakiż mędrzec pojmie słowa, którymi Pan polecił synowi Jemniego złorzeczyć Dawidowi? Słowa Boże nie wyrażały rozkazu, którego spełnienie byłoby chwalebnym posłuszeństwem. Pan – według opowiadania Pisma świetego – „rzekł mu”; to znaczy, że sprawiedliwym i tajemniczym wyrokiem swym skłonił wolę tego złego z powodu swej winy człowieka do wymienionego grzechu.”(Tamże, s.141) Warto zwrócić uwagę na sam koniec tej wypowiedzi. Augustyn mówi po pierwsze o sprawiedliwości – bez względu na nasze pytania o Boże działanie względem ludzi pozostających w swej złej woli – nie wolno zanegować tego podstawowego Bożego atrybutu. Dalej, o tajemnicy – tajemnicy Bożego działania dla nas; nie jesteśmy w stanie nazwać ani poznać, przeniknąć przyczyn, dla których tak się dzieje i w związku z tym nie wolno nam tego czynić (por. Pwt 29:28). Z drugiej strony, Bóg objawił częściowo w fragmencie, który przywołuje, swe działanie. „Skłonienie woli” człowieka do złego nie neguje „z powodu swej winy” – to człowiek, nie Bóg, jest odpowiedzialny za to działanie, i faktycznie i sprawiedliwie jemu winny… Jaki wniosek: Boża predestynacja, Boże rządy nie tylko nie przeczą wolnej woli człowieka, jego odpowiedzialności, ale są koniecznym dla prawdziwej pobożności i ufności względem Boga wyjaśnieniem wszystkiego, co się dzieje: „Czyż wrogowie Izraela nie walczyli z własnej woli przeciw ludowi Bożemu, któremu przewodził Jozue syn Nuna? A jednak mówi Pismo: „Pan wzmocnił ich serca, aby wyruszyli na wojnę przeciw Izraelowi i zaznali zniszczenia” (Joz 11:20).” „Bóg posługuje się sercami ludzi złych na chwałę i pożytek dobrych; tak posłużył się Judaszem, zdrajcą Chrystusa; tak posłużył się Żydami, krzyżującymi Chrystusa (Tamże, s.141) Grzesznicy ze swymi grzechami są w tajemniczy sposób – ale przecież ostatecznie pokrzepiający dla chrześcijan – narzędziami Boga, który jakkolwiek dziwnie i w sposób przekraczający wszelkie ludzkie pojmowanie, realizuje w nich i przez nie swoje święte, sprawiedliwe zamiary (por. Mateusz Wichary…) Mnich przybyły z Irlandii do Rzymu Pelagiusz oponował: jak postępujemy, zasługujemy na pochwałę lub naganę. Pelagiusz ograniczał łaskę do takiej czysto zewnętrznej pomocy… jedynie przez własne zasługi ludzie czynią postępy w świętości, a przeznaczenie Boże działa ściśle w zgodzie z jakością ich życia, które według tego, jak je Bóg przewidział, będą oni prowadzić. Skutkiem tego, człowiek może, i jest to w jego mocy, zachowywać Boże przykazania bez grzeszenia. Tyle Pelagiusz, który był wychowanym w surowej pobożności klasztornej Irlandii, od dziecka wdrażanym w dyscyplinę i pobożne życie. Augustyn natomiast nawróconym rozpustnikiem, w którym wszelkie zmiany wniosła właśnie wewnętrzna duchowa przemiana. Jeśli bynajmniej w obliczu pism Augustyna krytykujemy Pelagiusza to dlatego, że ostatnia koncepcja “absolutnie wolnej woli” implikuje koncepcję człowieka współuczestniczącego nie tylko w dziele zbawienia, ale również w historii, jako całkowicie nieprzewidywalny składnik, stawiający pod znakiem zapytania najpierw Bożą wszechmoc, ale następnie i mądrość oraz dobroć. Natomiast koncepcja wolnej woli Augustyna choć zaczyna w sposób bardzo ponury, ostatecznie wskazuje bardzo jednoznacznie i pozytywnie odpowiedź – u Boga wyłącznie – dając również, choć trudną, to jednak nadającą sens egzystencji, cierpieniu i wierze wizję historii i życia każdego człowieka. W tym momencie oderwałem się od tych uwag i wspomniałem na własne skromne doświadczenie odnośnie wolności i odpowiedzialności, a które chciałbym poprzeć również tekstami św. Augustyna. “Cóż gorszego od domu, w którym niewiasta mężem rządzi? Dobrze zaś jest w tym domu, gdzie mąż rządzi, a niewiasta ulega… Cały świat jest chrześcijański i cały świat jest bezbożny; na całym świecie są bezbożni i na całym świecie są pobożni; i jedni drugich nie znają. Bóg dobrze używa złych dzieł i ludzi niegodziwych. Każdy będzie taki, jaka jest jego miłość. Kochasz ziemię? Ziemią będziesz. Boga kochasz? Cóż powiem? Że będziesz Bogiem? Nie śmiem powiedzieć tego sam od siebie, ale posłuchajmy Pisma: „Bogami jesteście jesteście synami Najwyższego” (PS. 31,6). “I małe grzechy zabijają, jeśli się je lekceważy…” A Kościół lekceważy maluczkich w tej epoce dziejów! “Nie miłuje się tego, czego wcale się nie zna. Jeśli się zaś miłuje to, co się zna, to ta miłość sprawia, iż można to poznać coraz lepiej i coraz pełniej.” To prawda: “niejeden czyn wygląda na surowy i twardy, choć dokonuje się go dla wychowania, z pobudki miłości. Dlatego polecamy ci jedno krótkie zdanie: Kochaj i czyń, co chcesz! Gdy milczysz, milcz z miłością; gdy mówisz, mów z miłości; gdy karcisz, karć z miłości; gdy przebaczasz, przebaczaj z miłości. Niechaj tkwi w sercu korzeń miłości; wyrośnie z niego tylko dobro.” Chcesz mieć radość wieczną? Złącz się z Tym, który jest wieczny. Dusza żywi się tym, z czego się cieszy. A droga człowieka to droga od upadku do upadku. I ja przechodziłem w życiu złe góry. “Strzeż się, żebyś nie uciekał się do takich gór. Przyjdą bowiem ludzie i powiedzą ci: To jest mąż wielki, wspaniały człowiek…Jaki on był! A jakim był ów Ariusz! Wymieniłem wszystkie góry, ale grożące rozbiciem.” I tak zapragnąłem widzieć siłami umysłu to, w co uwierzyłem, z wielkim Augustynem… Idziesz drogą; przybyłeś, aby ją opuścić, a nie pozostawać na niej; idziesz drogą, a to życie jest gospodą. Pamiętaj o tym, że twoje swobodne i wolne od zajęć chwile obciążone są największymi zadaniami i odpowiedzialnością. Święty Augustyn modlił się wreszcie: Imię Syna Twego, mego Zbawcy, już z mlekiem matki moje serce w dzieciństwie wchłonęło w siebie. Boże, daj mi siłę, abym mógł zrobić wszystko, czego ode mnie żądasz. A potem żądaj ode mnie, czego chcesz… Człowiek może robić tylko to, do czego Bóg da mu siłę. Odnaleźć stałość w odczuwanych sprzecznościach – oto jest cel walki z samym sobą… Ale dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Bo właśnie człowiek jest tęsknotą Boga, jest celem Jego miłości. Bóg jest głębszy od rowu mariańskiego, mówią niektórzy. Bóg miłuje nas takimi, jakimi będziemy, a nie takimi jakimi jesteśmy. Im bardziej wątpiliśmy w Boga, tym bardziej opieszale Go szukaliśmy. Bóg jest bliżej nas, niż my siebie samych. Otwórzmy się na Boga. Nie będzie miał Boga za Ojca ten, kto nie chciałby mieć Kościoła za matkę. Chciałem widzieć Kościoła-matkę zawsze. Choćby z daleka… jak ostatnio na audiencji z udziałem papieży w Rzymie. Ale nie ma radości bez smutku i goryczy. Tym razem zabrakło mi bezpośredniego spotkania z Ojcem świętym. Spojrzałem na mędrców wokoło i z ust moich wyszeptałem: “To, czym dusza jest w naszym ciele, tym Duch Święty jest w ciele Chrystusa, którym jest Kościół. Rzym przemówił – sprawa skończona! Ziemia jest twoim okrętem, nie siedzibą. Prawda jest słodka i gorzka. Kiedy jest słodka, oszczędza, a kiedy jest gorzka, leczy.” Zarazem w tej ciszy odnalazłem czas na modlitwę: “Tylko Kościół katolicki jest Ciałem Chrystusowym. Chrystus jest Głową i Zbawicielem swojego Ciała. Poza tym ciałem Duch nie ożywia nikogo… Poza Kościołem można wszystko uczynić, poza zbawieniem duszy. Można doznawać czci, można przyjmować sakramenty, można śpiewać „Alleluja”, można odpowiadać „Amen”, można głosić Ewangelię, można wyznawać i głosić wiarę w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, ale wyłącznie w Kościele katolickim można odnaleźć zbawienie.” “Poza Kościołem katolickim nie ma prawdziwej ofiary,” kontynuował modlitwę swoją biskup z Hippony… I zawyrokowałem: Szczęśliwy jest ten, kto Boga posiada! Dajcie mi modlące się matki, a uratuję świat! Matki słuchające syna! Jezus mógł zejść z krzyża, ale wolał powstać z grobu. Miłość to wybór drogi miłości i wierność wyborowi. Oddajmy siebie w całości… po prostu dlatego, że nie mamy nic więcej. Jeszcze jest godzina powstania ze snu. Czuwajcie i módlcie się, aby nie zabrakło wam tej wiary, z którą się modlicie.

To był piękny czas

Stanisław Barszczak, Na samotności—
Nikt mi w życiu tak bardzo nie pomógł. A to, do czego w życiu doszedłem, zawdzięczam woli spełnienia obowiązku stwarzania lepszej generacji ludzi, następnie Matce, wreszcie Bogu w Trójcy świętej Jedynemu. I zacząłem podróżować po świecie. Mój inteligentny naród jest po wyborach samorządowych, a teraz jakby szukał śnieżek na suchym skądinąd lotnisku. Osobiście wciąż nie przestaję poszukiwać sprawiedliwości, która jawi mi się jakaś daleka, w drodze.. Pozwólcie że powiem tutaj, bowiem w tym kształcie zauważam ją tylko na świecie. Czy to jest ujma dla naszej epoki, chyba nie. Tak więc mam za sobą odwiedziny 45 krajów. A było to tak! Pewnego dnia Mama mi powiedziała: co z tobą będzie.. -Wiesz co, jedź do Ojca świętego, może on Cię zrozumie- Tak więc odbywam te współczesne podróże teraz przeważnie samolotem. Nawet kiedy już mamy zabrakło. A ona jak wierzę, jest już w niebie: “[…]Byłaś moją nadzieją w dniach sa­mot­ności, niepo­kojem w chwi­lach zwątpienia i pew­nością w chwi­lach wiary. Wie­działem, że kiedyś spot­kam moją Drugą Połowę, dla­tego poświęciłem się zgłębianiu Tra­dyc­ji Słońca. Miałem ochotę żyć tyl­ko dla­tego, że wie­rzyłem w two­je istnienie.”(Paulo Coelho) Podróże z papieżem, to jest teraźniejsza, moja pasja w życiu. Miejscem naszego spotkania jest bezinteresowność. Ktoś powiedział tę myśl, którą w momencie sobie przypomniałem: narze­kałem, że nie mam butów, dopóki nie spot­kałem człowieka, który nie miał stóp. I zaraz też ujrzałem chromego gołębia, który akurat spacerując i ulatując nad moją ławką, marzył pewnie o jakieś strawie. Jak wspomniałem najpierw były audiecje generalne z udziałem Jana Pawła II (16 czerwiec 1996; marzec 2000; 20 lipiec 2003). Nie mogłem nie pojechać na uroczystości żałobne po śmierci Papieża Polaka Jana Pawła II (8 kwiecień 2005). Następnie były audiencje generalne z udziałem Benedykta XVI (27 wrzesień 2006; 28 maj 2008; 22 kwiecień 2009; 30 czerwiec 2010- reparto speciale (otrzymałem dwa bilety w kolorze żółtym, abym mógł uczestniczyć w audiencji na Placu świętego Piotra tam za schodami, na górze, blisko papieża; 9 listopad 2011 -kolejne reparto speciale; 27 luty 2013- ostatnia audiencja generalna z udziałem Benedykta). Wreszcie przybywam do rzymu na audiencje generalne z udziałem papieża Franciszka (18 wrzesień 2013- reparto speciale; była też audiencja “niema” z 4 czerwca 2014 roku, po napisaniu listu do Prefektury Rzymskiej otrzymałem reparto speciale, lecz w tym samym dniu miałem samolot do Polski, musiałem wybrać ten ostatni; i teraz audiencja z 26 listopada 2014 z reparto speciale (także bilet w kolorze żółtym). Mam to szczęście, chciałbym to wam wyznać, przechowuję w kasetce wszystkie bilety na audiencje a udziałem papieży, również wejściówki na inne uroczystości z udziałem dostojników watykańskich i papieży. W tym miejscu pragnę zauważyć naród włoski, oni są zawsze u siebie, w Rzymie, owszem nad wyraz kochają ciało, ale są zawsze bardzo okay. “Szliśmy z od­da­li – cieniem – Spot­ka­liśmy się – płomieniem – Czem nasze życie? – miłością – Czem miłość nasza? – wiecznością!” Były poza tym jeszcze inne wielkie spotkania z papieżami w moim życiu, przede wszystkim w mojej ojczyźnie (1979- pierwsze spotkanie; 1983; 1987; 1991; 1997; 1999; 2002), ale również w Rzymie, jak choćby w Bazylice św. Pawła za murami, 7 czerwiec 2012 godz. 19.00. John R.R. Tolkien napisał: Tak to już by­wa, że kiedy człowiek ucieka przed swoim strachem, może się prze­konać, że zdąża je­dynie skrótem na je­go spotkanie. A kiedyś Konstanty Ildefons Gałczyński sobie śpiewał (tym razem rzeczywiście postraszył nas deszczyk rzymski): “żeby tak w oczy pat­rzeć: kto to widział? żeby pod deszczem ta­ki niemy film bez słów, żeby tak rękę w ręku trzy­mać: kto to słyszał? a prze­cież jut­ro tu­taj się spot­ka­my znów – i tak się trud­no rozstać, i tak się trud­no rozstać, no, na­wet jeśli trochę pa­da, to niech pa­da.” Pomyślałem tutaj na tym placu zaraz o ojczyźnie, której się nie nazywa… Ktoś powiedział: że naj­gor­sze są niepot­rzeb­ne spotkania. A ja uważam, że każde spotkanie może nas ubogacić. Z resztą, naj­ważniej­sze spot­ka­nia od­by­wają się w duszy, na długo przed tym, nim spot­kają się ciała. Ostatnio napisałem do Księdza Arcybiskupa Georga Gänsweina, ponieważ on jest obecnie odpowiedzialny za Gości odwiedzających papieża. I otrzymałem upragnione reparto speciale. Oczywiscie Ksiądz Arcybiskup przybył też na audiencję, przebywał bardzo blisko Franciszka. Chyba nawet mogłem podejść bliżej Papieża Franciszka. Ale zrezygnowałem. “Jak się spot­ka­li? Przy­pad­kiem, jak wszyscy.” Uważam, że wiara góry przenosi, i potrzebne były także moje, teraźniejsze chwile spotkań z Włochami (poprzednim razem stałem na audiencji przy Argentyńczyku), z Panem z Treviso i z grupa policjantów z Vareso. W samolocie współpasażer czytał Gabriela Marqueza “Sto lat samotności”. Czy podczas tej pielgrzymki do Rzymu byłem samotny. Wydaje mi się, że nie. Bowiem tutaj mam kilku znajomych z sprzed lat. Zdziwicie się pewnie, gdy przytoczę to zdanie kogoś nieznanego: w sa­mot­ności nig­dy nie mar­nu­jemy cza­su, na­wet nic nie ro­biąc. Niemal zaw­sze trwo­nimy go w to­warzys­twie. “Nie myślałem i nie śniłem w mym życiu, że spot­kam w tak czys­tej fomie tak gwałtowną żądzę i tak gorące i tęskne pożądanie,” powiedział nam Goethe. “Naj­smut­niej­si ludzie ja­kich w życiu spot­kałam, to ci, którzy nie in­te­resują się niczym głębo­ko. Pas­ja i za­dowo­lenie idą ze sobą w parze, a bez nich każde szczęście jest wyłącznie chwi­lowe, nie ma bo­wiem bodźca, który by je podtrzymywał,” zauważył inny, już wybitny pisarz współczesny Nikolas Sparks. “Nie brak nam spot­kań na szczy­cie. Je­dyną rzeczą, ja­kiej nam brak, to wy­nik tych spotkań, mawiała M. Thatcher, premier Wielkiej Brytanii. “Jes­teśmy jed­ni dla dru­gich piel­grzy­mami, którzy różny­mi dro­gami zdążają w trudzie na to sa­mo spotkanie,” przypominał nam tę prawdę wspaniały pilot Antoine de Saint-Exupéry. Istotnie “wol­ność przychodzi po spot­ka­niu dru­giego wol­ne­go człowieka.” Za mną dwanaście oficjalnych audiencji z Papieżem. Były to kolejne odwiedziny w mieście papieży, w Rzymie. I to był piękny czas, koniec listopada. Można było przebywać pośród dużej grupy policjantów, nie zwracałem uwagi na to, czy mają broń. Bo naszą bronią był Bóg. Na audiencji byli wierni papieżowi Włosi. Tak więc można było walczyć o swoje, wesprzeć się na Bogu. Ale teraz już przed nami nowy czas. Wykorzystajmy adwent i urokliwą, kościelną modlitwę na spotkanie Pana.

das Heimat

Polen ist das Heimatland…

Wir sind gut, sage ich, fähige Leute, aber für den Eigentümer im Ausland arbeiteten. Wir leben in diesem Land in einer interessanten Zeit, nach den Kommunalwahlen. Vor allem im Monat November jetzt noch bei der Arbeit und nach der Arbeit wir träumen. Also, wenn ich ein kleiner Junge war, sage ich dir, ich wollte ein Gärtner sein; als ich elf Jahre alt war-Briefträger, sehr angenehm für die Menschen sein; bis eines Tages wollte ich ein Sportliche Kommentator sein. Ich wählte keiner der aufgeführten Berufe, keiner von ihnen. Jetzt habe ich ein Problem, meine Existenz “keine Sprache” ist. Ich konnte nicht sprechen, und ich habe es immer geliebt zu verstehen. Daher schreibe ich Ihnen, ich unterstütze die Initiative, ich zeige unsere polnischen Wirklichkeit auf der Leinwand des Weltgeschehens. Darüber hinaus beschreibe ich die Helden in der Schwäche hin und wieder. Ich bin offen für die moralische Entwicklung, so erinnere ich erfolgreiche Menschen. Ich möchte hier erwähnen, meinen priesterlichen Freundschaft mit Pater Zdzislaw von Czestochowa, Treffen mit ihm im Radio war als Augenöffnung für mich. Während wir unsere Treffen fortsetzen, es ist eine andere Zeit, würde ich sagen. Persönlich kann ich nicht aufhören starren auf den polnischen Landschaft weiter. Und ich sehe meine Landsleute auf der ganzen Welt verstreut. Aber unsere Situation zu dieser Zeit und Ort ist. Lieber Leser, würde Ich mag, um für Ihre zeit schreben, nicht so sehr gegen den Willen der christlichen, aber mit ihm zusammen, um eine Brücke der Generationen Treue und die Zukunft unserer Weisheit zu bauen. Ich möchte nicht ein Heuchler sein, aber ein Mensch und ein Zeuge der Geschichte. Ein Schriftsteller ist wie ein Maler, der mit Farben, Kugeln umgebenden Aura spielt. Und ich werde sagen, ich beschreibe nicht die Atmosphäre, sondern die Landschaft unserer Tage und Stunden, ja Momente des Alltags. Ich möchte um genau zu sein, dass wir die Realität besser zu verstehen und auszudrücken könnten. Polnische Leute ständig recken und strecken.. und es war Zaporoska Sich (Ukraine), im siebzehnten Jahrhundert sie gehen auf Dänemark, der König von Dänemark, polnische Söldner (verbeugt Sie Herr Pasek in seinen Memoiren); dann mit Schweden gehen sie nach Russland; nachher “für Ihre und unsere Freiheit” an der Seite von Napoleon zu kämpfen; im zwanzigsten Jahrhundert Polen wandte sich gegen den Kommunismus. Ich persönlich sage, ich war in Tarnowskie Góry geboren, dass ist ein Juwel von Schlesien, aber immer noch war ich nicht in der Lage, entweder einmal einen Spaziergang, entweder charmantes Dinner-Erlebnis dort machen. Ich möchte gestehen, dass ich “meine Napoleons Zeit” in dem südpolnischen Land erlebte, es ist Zabkowice Będzińskie (jetzt die Stadt Dąbrowa Górnicza dieses Städtchen als Eigentum übernommen hatte; es gibt früher, in meiner Kindheit, Tausende von Menschen, die im Wirtschaft-Glashütte, weitere Fenster-Glashütte, in Dolomit-Pflanzen gearbeitet haben (Ząbkowice’ Stein auch jetzt in ganz Polen und Ausland exportiert wird), in der Chemiefabrik. Und es gab Kinder, die in die Kolonien in der Sommerzeit nach Niechorze Siedlung in Norden und Tęgoborze in Süden von Polen transportiert wurden. Heute sind nur noch die Schornsteine zeugen von der extrem reiche Ząbkowice Geschichte. Ich erinnere mich noch sehr viel jener Tage. Vor den Augen der Rest meines Lebens werde ich ein Bild von meiner Mutter sein, die nach einem anstrengenden Tag der Arbeit, ging sie nach Hause zurück, sie sprach darüber, wie sie es manchmal ein wenig “Glas”, sie trug in ihrer Arbeitskleidung durch das Pförtnerhaus farbige Gläser , Milch Zuckerdose, Platten, Gedenkmedaillons, etc. Für eine Zeit, sagte sie: ich heute verwendet wurde, hatte ich mehr zu arbeiten, weil jemand nicht gekommen ist, um zu arbeiten; andere Male kommentierte sie seine Freude: wie ich werde ich pensioniert werden, werde ich geben das “Glas” damit es meine Freunde und Bekannten zu schenken. Wir haben andere Zeit heute. Ich mich jetzt persönlich davon überzeugt, dass ich zum diesem so fruchtbar “Tal” nicht mehr angehöre hin. Aber es war Mutter einmal brachte mir dort, aus dem Haus für Kinder. Und so alles begann … dies ist jetzt meine Frucht Leben. Daher möchte ich hier sagen, Sie wissen nicht, ihre Heimat, Liebe. Und ich, ja! Ich traf meine Heimat Kern, weil es ein Ort, wie die Entdeckung der Fremdheit, diese meine Kindheit Szenen -die als Netzwerke und leeren Raum jetzt ist. Um gerade die Weise erwähnen sowohl jetzt Grab meiner Mutter auf dem örtlichen Friedhof, sie hinter geliebten von ihr, und jetzt sehr verzweigene Linden dort ruht. Bäume, Flüssen, tolle Gegend, Eisenbahngleise verzweigen sich dort. Obwohl ich hab immer noch nicht bis zum Ende der Fremdheit meiner männlichen Zeit entdecken. Aber hab ich dieses Stück meines irdischen Heimat. Dies ist ein Land, nicht ein Ort, wo Sie getrennt sind, ausgeschieden werden. Lassen Sie Polnische Gegenwart eine Lektion sein! Nun, es ist kein Abonament der Ewigkeit. Sie müssen ständig für “unser und Ihr Land” kämpfen. Ich schreibe so, wieder einmal, so der Name vollen Zufriedenheit haben, in der Weiterbildung Aufdeckung der Wahrheit über die Tatsache, dass der Mensch nicht genug Freund sei. Ich meine “meine und Ihre Kaulquappen.” Haben Sie verstanden, was ich meine? Wir leben in einer perspektivischen Zusammenprall der Kulturen zu Beginn des dritten Jahrtausends: Ost-Iran, Irak; Nahost-Israel, Palästina; Westeuropäische Union. In meinem Kampf mit der Welt flog ich ein Flugzeug im Ausland für die billigste Geld, immer die billigsten Linien, Fluggesellschaften- ständig selbst auf die Fremdheit der Welt offen, die Erde meiner Heimat, die Farben, die ich sah, in der hintersten Ecke der Erde. Da Polen als das Haus ist mir sehr nahe. Dies ist mein Land, diese Mühle, die balk, dieser Stein. Ich möchte die Melancholie des Weltraumzeitalters zu beschreiben, aber nicht beschränkt auf: Empfindlichkeit, Zärtlichkeit, einer Fantasy meiner Lands; Ausdrucken für Ihre, meine Zeit. Finde ich es geht, lassen den Leser nicht allein sein, und so objektiv meinen aufrichtigen Absichten zu beurteilen. Gott segne Sie. (Alle Rechte von Text vorbehalten, stanislaw Barszczak)

“To nie jest pikuś”

stanisław Barszczak, Polska jest ojczyzną,

Jesteśmy, no dobrze powiem, zdolnym narodem, ale który pracuje u właściciela za granicą. A w kraju żyjemy w tym ciekawym czasie powyborczym jakoś nieciekawie, choć towarzyszy nam jeszcze ruch samochodowy stale, a za nami- listopadowe wypominki za naszych bliskich, którzy już “nie byli dzisiaj z nami”. Odeszli, i my odejdziemy, jeśli mogę tak powiedzieć, na spoczynek wieczny. Ale teraz jeszcze marzymy w pracy i po pracy. Kiedy więc byłem młodym chłopcem, to wam powiem, chciałem być ogrodnikiem; gdy miałem lat jedenaście-listonoszem, to jest najmilszym dla ludzi; aż pewnego dnia zapragnąłem być komentatorem sportowym- ale nie stałem się żadnym z nich. Za to charakteryzuje moją teraźniejszą egzystencję swoisty “brak mowy”. Nie mogłem się wypowiedzieć, a zawsze uwielbiałem być zrozumianym. Stąd piszę dla was, popieram inicjatywy, proteguję naszą polską rzeczywistość ukazując ją na kanwie światowych wydarzeń. Ponadto opisuję bohaterów uwikłanych w słabości, którym jednak nie patronuję. A otwarty na moralny rozwój przypominam sukcesy ludzi, choćby moją kapłańską przyjaźń z księdzem Zdzisławem z Częstochowy, spotkania z nim w Radio były jak otwarcie oczu dla mnie. Ale to już za nami, inna epoka za oknem, z którego wpatruję się w polski krajobraz. A moi rodacy rozsiani po całym globie ziemskim, jak myślę. Oto nasza sytuacja w tym czasie i miejscu. Kochany Czytelniku, chciałbym pisać dla twojego czasu- nie tyle wbrew woli chrześcijańskiej, ale wspólnie z nią budować most generacyjnej wierności i przyszłej naszej mądrości. Chciałbym być nie tyle hipokrytą, co człowiekiem i świadkiem historii. A pisarz jest jak malarz, który bawi się kolorami, sferami otaczającej go aury. I powiem tak, nie opisuję atmosfery, a wręcz scenerię tych dni naszych, i godzin, zaiste momentów codziennego bycia. Chciałbym być precyzyjny i wyrażać rzeczywistość, abyśmy mogli ją lepiej zrozumieć. Polacy przez swoje dzieje nieustannie ciągną.., a to na Sicz Zaporoską (Ukraina), a to zachód, w XVII stuleciu- na Danię(kłania się pan Pasek w jego Pamiętnikach); dalej- z Szwecją na Rosję; z Napoleonem, aby bić się “za waszą i naszą wolność”; w XX stuleciu Polacy obrócili się przeciw komunizmowi. Osobiście powiem, urodziłem się w Tarnowskich Górach, to perła Śląska, ale jeszcze nie byłem w stanie ani raz tam sobie pospacerować i zjeść tam obiad jakże szczęśliwy. Przyznam się wam, że “moje czasy napoleońskie” przeżywałem na południu Polski, to jest w Ząbkowicach Będzińskich (teraz Dąbrowa Górnicza zabrała to miasteczko, tam kiedyś, w latach mojego dzieciństwa tysiące ludzi pracowało w Hucie Szkła Gospodarczego, dalej w Hucie Szkła Okiennego, w Zakładach Dolomitowych (Ząbkowicki kamień rozwozi się jeszcze teraz po całej Polsce) , w Zakładach Chemicznych. I były tam dzieci, które wywożono na kolonie w sezonie letnim- i nie tylko- do Niechorza i Tęgoborza. Dziś jedynie kominy zaświadczają o przebogatej historii osady. A tam kiedyś przywiozła mnie mama, i tam wszystko się zaczęło… to jest mojej owocne życie. Stąd powiem tylko, Kochani, jeszcze nie poznaliście ojczyzny! A ja owszem tak!Bo ojczyzna moja, to jest to miejsce, to jest odkrycie obcości mojego dzieciństwa, jakkolwiek jeszcze nie odkrywam do końca obcości mojego czasu męskiego. Ale mam już ten skrawek mojej ziemskiej ojczyzny. To jest ojczyzna, a nie to miejsce, gdzie się jest separowany, wydzielany, czy pozostawiony. Niech to będzie lekcja polskiego, teraźniejsza! Otóż nie ma abonamentu na wieczność. Trzeba stale walczyć o “naszą i waszą ojczyznę.” Piszę więc, raz jeszcze to tak nazwę, aby mieć pełne zadowolenie, w kontynuowaniu odsłaniania prawdy o tym, iż człowiek jest za mało przyjacielem. Mam na myśli “moje i wasze kijanki.” Czy zrozumieliście o co mi chodzi? Żyjemy w perspektywie starcia się cywilizacji początku trzeciego tysiąclecia: Wschód- Iran, Irak, bliski Wschód- Izrael, Palestyna. Zachód- Unia Europejska. W moich bojach z światem- a leciałem samolotem za granicę za najtańsze pieniądze zawsze, najtańszymi liniami lotniczymi- otwieram się stale jeszcze na obcość świata, tej mojej ojczyzny ziemskiej, której barwy ujrzałem w najdalszym zakątku ziemi. Ponieważ Polska jako ojczyzna jest mi bardzo bliska. To moja ziemia, ta huta, ta miedza, ten kamień. Chciałbym opisywać melancholię ery kosmicznej, ale nie tylko: czułość, tkliwość, fantazję moich rodaków; wypisywać się dla twojego, mojego czasu. Czy mi się to udaje, niech Czytelnik nie będzie sam i oceni w miarę obiektywnie moje szczere intencje. Szczęść Boże.

Moje Buffalo Bayou

Stanisław Barszczak, Kufer pełnych marzeń (część następna)
W latach 1642–1649 w okresie wojny domowej w Anglii, jej zainteresowanie koloniami w Ameryce zmalało. Przybywało coraz mniej imigrantów oraz zmalał handel. Jednak aktywność żeglugi bostońskiej wzrastała, znajdując nowe źródła zaopatrzenia miasta w brakujące towary. Statki przywoziły ziemniaki, pomarańcze z Bermudów, na Barbados i Jamajkę eksportowano mięso, masło, sery i suchary. W zasięgu znalazł się również Madagaskar. Handel ten w dużej mierze uzupełniał podupadłą wymianę z portami europejskimi. Boston był także zaangażowany w handel niewolnikami w Afryce, gdzie za ładunek rumu nabywano darmową siłę roboczą do plantacji cukru. Z czasem bezpośredni import z Francji, Hiszpanii, czy Holandii był zakazany. Kupcy bostońscy, dla których akty znaczyły ograniczenie zysków, zignorowali je. Większa część wymiany handlowej Bostonu pomiędzy rokiem 1660 a 1675 miała charakter nielegalny. Towary z całego świata wchodziły do portu bez cła. Flota bostońska zawijała do portów Nowej Fundlandii, Annapolis, wożąc rum i sól. Handlowano wbrew prawu z Francją, Portugalią i Hiszpanią. Do końca XVII wieku zanotowano ciągły wzrost liczby statków posiadanych przez mieszkańców Bostonu; w 1698 zanotowano 193 jednostki.W XVIII wieku Boston był uznawany za centrum handlu północnoamerykańskiego. O bogactwie miasta świadczyła rozbudowana sieć biur rachunkowych, domów kupieckich, magazynów, nabrzeży, jak i okazałe rezydencje wybudowane wzdłuż głównej arterii miasta, King’s Street. Zamożne rodziny kupieckie generowały rozwój usług, takich jak krawiectwo, perukarstwo czy jubilerstwo. Osiemnastowieczny Boston był integralnie związany ze swoim portem w sferze przestrzennej, funkcjonalnej, a przede wszystkim ekonomicznej. Port należał do miasta i jego mieszkańców, dając im miejsce pracy oraz źródło utrzymania, będąc podstawą systemu ekonomicznego. Na początku lat dwudziestych XX wieku Boston był wciąż największym centrum produkcji wełny na świecie, jednym z największych importerów skór i jednocześnie eksporterem butów, a przede wszystkim największym rynkiem rybnym w Stanach Zjednoczonych. Pod koniec dekady miasto plasowało się na trzeciej pozycji wśród miast amerykańskich, których głównym źródłem dochodów była gospodarka morska. Już w tamtym czasie zauważalne były niekorzystne symptomy zniżkowe, które pogłębił kryzys gospodarczy lat trzydziestych. Podczas kiedy następował wzrost importu zagranicznego, w szybkim tempie malały wskaźniki bostońskiego eksportu. Sytuacja taka była rezultatem ogólnego trendu zmian w gospodarce amerykańskiej tamtego okresu. Szczególnym czynnikiem, który doprowadził do osłabienia roli portu bostońskiego, był niekorzystny poziom stawek frachtowych, zarówno kolejowych, jak i morskich, które stawiały na pozycji uprzywilejowanej głównego konkurenta portu, Nowy Jork, oraz inne ważniejsze porty południa. Ale w 1913 na terenie waterfrontu w dzielnicy South Boston oddano do użytku nowoczesne nabrzeże Commonwealth No. 5 o długości ponad 350 metrów, którego urządzenia mogły obsługiwać jednocześnie 5 statków. Innym dużym przedsięwzięciem związanym z gospodarką morską oraz zagospodarowaniem frontu wodnego była budowa nabrzeża rybnego (ang. the Boston Fish Pier), w tamtym czasie największego na świecie. Budowa tego kompleksu spowodowała przeniesienie niemal wszystkich funkcji związanych z rybołówstwem i przetwórstwem ryb z obszarów śródmiejskich na tereny South Boston. W tamtym okresie funkcje portowe uległy znacznemu rozbudowaniu także w East Boston, czego kulminacją było ukończenie prac nad nabrzeżem Commonwealth Pier No. 1 w 1919. W miarę postępowania inwestycji tereny South i East Boston stały się najbardziej aktywnym bostońskim waterfrontem pod względem działalności morskiej. Regiony Inner Harbor zatoki wewnętrznej, w szczególności Chelsea Creek i the Mystic River, specjalizowały się w przeładunku ropy naftowej, drewna, węgla i chemikaliów, co wymagało rozbudowania specjalistycznych terminali. W 1917 wybudowano największy suchy dok na świecie, który jednak nie mógł być wykorzystywany przez największe statki z powodu ograniczenia głębokości kanału doprowadzającego the Broad Sound North Channel. Prace pogłębiarskie kanału przeprowadzono dopiero w 1925. Rozbudowa urządzeń portowych była kontynuowana na dużą skalę również w latach nastepnych.Po II wojnie światowej Boston przeżywał niespotykaną wcześniej stagnację gospodarczą oraz związany z tym odpływ ludności. Stagnacja lat pięćdziesiątych wynikała głównie z upadku przemysłu tekstylnego na terenie Nowej Anglii, co nie mogło przecież pozostać bez wpływu na port, a przez to i sam Boston, stolicę regionu. Innym istotnym czynnikiem, który przesądził o spadku znaczenia miasta i jego ekonomii był kryzys w rybołówstwie. Pomiędzy rokiem 1950 a 1963 liczba rybaków Nowej Anglii zmniejszyła się o ponad jedną trzecią. Dynamiczny rozwój infrastruktury portu bostońskiego w pierwszej połowie XX wieku, a potem jego upadek, doprowadziły do stworzenia ponad dwustukilometrowej linii waterfrontu, z którego około sześćdziesiąt kilometrów stanowiła linia nabrzeży, wraz z ogromnym kompleksem urządzeń, zaledwie w niewielkim stopniu wykorzystanych. Sytuacja ta w powiązaniu z kryzysem gospodarki morskiej w Bostonie, leżała u podstaw decyzji o realizacji szeroko zakrojonych programów renowacji urbanistycznej terenów poprzemysłowych i portowych. Pierwszym krokiem na drodze ku rewitalizacji Bostonu był ogłoszony w roku 1950 przez władze General Plan for Boston, projekt, który postulował ponowne zagospodarowanie około dwudziestu procent przestrzeni miasta w ciągu kolejnych dwudziestu pięciu lat. Jednak w realiach lat pięćdziesiątych realizacja tego projektu oznaczała przede wszystkim porządkowanie dzielnic slumsów poprzez wyburzanie starej zabudowy i przesiedlenie ubogiej ludności. Pierwszym celem projektu stał się obszar New York Streets, który po oczyszczeniu miał w zamierzeniu przyciągnąć przedsiębiorstwa przemysłowe i handlowe. Według planistów dogodna lokalizacja i łatwy dostęp do głównych arterii miasta czynił ten obszar idealnym miejscem pod inwestycje przemysłowe. Fizyczne zmiany zapoczątkowane w Bostonie w latach sześćdziesiątych oznaczały więcej niż tylko wysokie budynki i kosztowne projekty architektoniczne. Zmiany te przyczyniły się do przekształcenia charakteru i specyfiki miasta. Wiele budowli będących dowodami trzechsetletniej tradycji Bostonu, które nadawały mu ten wyjątkowy europejski charakter, zostało rozebranych, a tereny przeznaczano na modernistyczne drapacze chmur ze szkła i stali. Z drugiej strony, rodzaj inwestycji realizowanych na terenie miasta oraz rodzaj funkcjonujących korporacji, spowodowały powstanie nowoczesnego systemu ekonomicznego opartego w zasadniczym stopniu na usługach. Miasto, którego mieszkańcy historycznie zajmowali się przeważnie czynnościami związanymi z importem i eksportem, handlem, rybołówstwem oraz przemysłem stoczniowym, teraz stali się znani ze względu na wysoki poziom świadczonych usług medycznych, szkolnictwo wyższe, usługi związane z technologią komputerową, turystyką. Potrzeba wysoko kwalifikowanej kadry, szczególnie managerów o wysokim stopniu wykształcenia, zmieniła Boston w miasto urzędników biurowych i spowodowała w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych niespotykany wcześniej wzrost liczby miejsc pracy oraz płac. Ta nowa fala wykształconych i zamożnych młodych ludzi, zazwyczaj profesjonalistów – inżynierów, informatyków, architektów – napływała do miasta, zachęcona mnogością instytucji kulturalnych, edukacyjnych i bliskością terenów rekreacyjnych. Zajmowali ocalałe dzielnice historyczne, zlokalizowane niedaleko centrum, będące jeszcze w trakcie renowacji, takie jak North End czy South End, oraz obszary waterfrontów wzdłuż Atlantic Avenue. Po tej mojej wizycie w Ameryce snuje te relacje majac zarazem na uwadze zdanie zapisane na ścianie mojego hotelu w bostonie: wielkie różnice w podróżowaniu spoczywają nie na podróżach statkiem(ship), lecz na spotkaniach z ludźmi, których spotykamy w naszych wędrówkach po świecie. W Houston odwiedziłem Kościół Księży Chrystusowców (1731 Blalock Rd, TX77080). Ale pierwszym celem mojej wizyty były odwiedziny Księdza Jana Kubisy, którego poznałem jeszcze w seminarium w Krakowie. Jest kapelanem w porcie (Houston International Seafarers’ Center; P.O. Box 9506, Houston TX 77261). Mieliśmy jeden dzień dla siebie. Jak kiedyś w Chicago mogłem wdać się w pogawędki z przyjacielem z sprzed lat, Księdzem Emilem Cudakiem, tak obecnie z Księdzem Janem zaczęliśmy od budowania zamków z piasku, ale w rzeczy samej marzylismy o Kościele jutra. Jakkolwiek Ksiądz Jan, jak sam mówił, zaprzestał już pływania w pobliżu Gaveston, ponieważ tam “atakują ludzi rekiny.” Rozstalismy się tym razem na lotnisku. W oczekiwaniu na powrót zacząłem pisać dla was. A teraz ubogacam moje wspomnienia informacjami zzaczerpnietymi przez internet.Parafia rzymsko-katolicka pw. Matki Boskiej Częstochowskiej otacza działalnością duszpasterską polskich emigrantów w Houston oraz z okolic Texasu, umacnia ich w wierze, podtrzymuje więzi duchowe z Ojczyzną, integruje z Kościołem lokalnym a także pielęgnuje polskie narodowe tradycje. Parafia jest centrum życia religijnego, kulturalnego i społecznego polonii w Houston. Parafia polonijna jest również otwarta na duszpasterstwo lokalne dla wiernych, którzy nie mają polskich korzeni.(1712 Oak Tree Drive, Houston,TX 77080;e-mail: proboszcz@parafiahouston.com )Biuro parafialne czynne: od poniedzialku do środy w godz. 9:00-10:00 rano lub po umówieniu się. Obecnie Ksiądz Proboszcz, to ks. waldemar matusiak SChr- z Towarzystwa Chrystusowców. Adres kościoła: 1731 Blalock Drive, Houston, TX 77080. Parafianie zaprosili mnie na uroczysty posiłek po Mszy świętej, za co jestem im bardzo wdzięczny. Oto mój obecny słoneczny ganek, przepiękna kraina ludzkiego Mississipi. I tak teraz pewnego listopadowego dnia przeżyłem mój poranek nad Mississipi, kiedy leciałem nad tą sławną rzeką, opiewaną w dziewiętnastym stuleciu przez Marka Twaina, tym razem do Houston w Teksasie. I zarazem też pomyślałem niemrawo o naszej ludzkiej wierze w sens historii. Bo w czasie tej podróży mogłem tez pewnego dnia pospacerować wokół Białego domu w Waszyngtonie.Ach, było się już w świecie szerokim. Na przykład z Korsyki popłynąłem na Sardynię. A to ziemia, która nigdy nie była zdobyta (napisał D. H. Lawrence o Sardynii). Innym razem zaleciałem na Sycylię. Odwiedźcie kiedyś Taorminę, teatr grecki z Etną. “Bez Sycylii nie jest możliwe mieć jakąś realną ideę Italii. Tu leży klucz do wszystkiego,” sam Goethe pisał. Odwiedżcie Puglię- katedręTrani, Castel del Monte Frydereyka II, katedrę Ruovo, spójrzcie na cudowną architekturę Baroku w Lecce. Tu nie było czasu średniowiecznych Komun. Bądźcie w Ravello, tu Wagner zaczął komponować “Parsifala”, a Grieg rozpoczął jego “Pieśni”(Lieder).Positano- tu bywali Paul Klee i Tennessee Williams.Positano, to miejsce przenika najgłębsze części… To jest miejsce, które w istocie nie jest rzeczywiste, kiedy się tam aktualnie jest- ale którego ‘wołanie’ staje się realne dopiero wówczas, gdy się je już zostawiło za sobą.Capri, piękna i straszna wyspa zarazem, nawiedzona- i to jest esencja tego, co ona mówi do ciebie. (tam byliCurzio Malaparte, Tyberiusz cesarz 27-37 A.D).Pompeje- zdobyte przez Rzymian w 89 przed Chrystusem. Chyba każdy z was marzył juz być w ‘wiecznym’ Rzymie. Ach, tam jest Piazza Navona- “Ideałem byłoby aktywne życie, wymieniane z okresami odpoczynku i przyjemności słodkiego klimatu Rzymu.”(O tym placu tak pisał sławny Stendhal) A jeśli macie zamiar obejrzeć obrazy slynnych artystów, to jedźcie do Wenecji na pzrykład. Mantegna- święty Sebastian i Van Dyk- Portret Gentelmana są Wenecji. Jeśli kochacie się w cudach, to jedźcie do Orvieto- cud w 1263 roku jest znowu bardzo czytelny, z Hostii podczas Nabożeństwa popłynęła krew. A jeśli utrzymujecie kontakty z ‘wielkimi’ tego świata, to wybierzcie się do Asyżu. Assisi- Wyższy Kościół,tutaj Goethe spacerował poprzedzany przez powóz z parobkiem. Bazylika świętego Franciszka. Piękna jest Toskania. Zajedźcie do San Giminiano (region Sieny), tu bogate rodziny stawiały w XII i XIII stuleciu wysokie wieże, które stanowiły wizytówki tych możnych rodów. Jeśli macie czas pomódlcie się w Pizie.Piza, katedra z 1118 roku cudownie marmurem obłożona. Z muzeów, które zobaczyłem polecam: Florencja- Palazzo degli Uffizi, Ermitaż, Galerię Tretiakowską, muzeum Maksymiliana w Monachium. Po odkrywanie sensu egzystencji ludzkiej trzeba wybrać się do Sankt Petersburga, ujrzeć Sobór Zmartwychwstania, fortecę Pietro-Pawłowską, w letniej rezydencji Cesarzowej Katarzyny ‘Carskie Sioło,’ odwiedzić Sobór Wniebowstąpienia, ale także odwiedzić Peterhof z wiekim kanałem, a wieczorami pospacerować uliczkami Sankt Petersburga, miasta Piotra I, które zaświadczają o jego trzechsetletniej bogatej historii. Na narty zabierzcie się do Valle d’Aosta- tam stoi kamienny zamek, jakkolwiek przez wieki osunięty w ruinę, to jednak dla mnie pozostanie na zawsze ostatnim symbolem bohaterskiej części mojego dzieciństwa. A w pobliżu macie Lago di Como,w północnych Włoszech, to miejsce akcji “Narzeczonych” Mazzoniego- a więc sentyment do tej ziemi jest zapewniony. My focus is Poland, moją ojczyzną jest Polska, ziemia pomiędzy Odrą a Bugiem, gdzie byłem młody. “Narody tracąc pamięć tracą życie.” Jaka będzie Polska z jej 20 milionową emigracją, to jest praca domowa, jaką Wam tutaj przedstawiam- tylko od nas zależeć będzie ocena, którą w okresie teraźniejszej wojny i pokoju otrzyma to zadanie polskie, szkolne.

Z babcią na wybory

Stanisław Barszczak, Kufer pełnych marzeń (część pierwsza)
Już jestem tu, a więc macie powiem szczęście trwania w dziejach. Kochani Czytelnicy moich tekstów, przypominam się wam w przeddzień naszych samorządowych wyborów. A człowiek zamknął się sam dzisiaj, powiedziałby osiemnastowieczny William Blake (zob. Zaślubiny Nieba i Piekła). Ten człowiek obecnej moderny, zdaje się on widzieć wszystkie rzeczy przez wąskie cienie jego jaskini tylko. Jest przeniknięty subpodziałem, kocha jeszcze mniejszy -jak się wydaje teraz- kasztan jego dzieciństwa- oto jak postępuje do przodu w kierunku miłości narodu i tych ludzi, którzy zamieszkują jego ziemię. Ostatnio mówiłem kazanie do Polaków w Neapolu (w październiku). Ale wy możecie w tym samym czasie pojechać do Pompejów i Herkulanum, małych osiedli pod pobliskim wulkanem, które zalane zostały lawą Wezuwiusza. Osobiście wolałem odbyć wiele spacerów w wielkim mieście, poszedłem w kierunku przystani, gdzie zatrzymują się statki zabierające turystów na pobliskie wyspy, w tym na Capri. A przede mną za wodą wznosił się majestatyczny Vesuvio. A naprzeciw miałem “Zamek nowy”. Zaraz więc zbliżyłem się do niego, obejrzałem dziedziniec, i skierowałem się pod pobliski Teatr z wspaniałym repertuarem. W samo południe odwiedziłem zamek Roberta Angiu z XIV stulecia. Następnie w drodze powrotnej przeszedłem ulicę Toledo, aby odwiedzić Neapolską Katedrę z cudownym relikwiarzem świętego Januarego. Układ architektoniczny Katedry otworzył mnie dziwnie na wrodzone, jak myślę, a moje osobiste intuicje odnośnie podobnego konstruowania świątyń na przestrzeni stuleci, szczególnie ich wnętrza. Stanął mi przed oczami obraz z Konstantynopola, kościół świętej Zofii. Następnie idąc ulicą via Tribunali pospieszyłem z powrotem do mojego Hotelu. Podczas mojej wizyty w Neapolu modliłem się w kościele świętego Jerzego (Giorgio Magggiore), św. Jana Większego (Giovanni Maggiore), w kościele-klasztorze św. Klary, zaraz wszedłem do kościoła naprzeciwko, tj. barokowego kościoła Immaculata, zajrzałem też do kościoła św. Wawrzyńca z wystawioną świętą Hostią, a potem jeszcze spojrzałem na Dom św. Januarego przy via Baggio. Jednego wieczoru odprawiałem w katedrze świętego Genaro Mszę świętą, a towarzyszył mi Ksiądz Wincenty, tutejszy Proboszcz. I byłem wówczas tak szczęśliwy, że nawet nie zabrałem głosu po skończonej Eucharystii, by opowiedzieć zebranym wiernym o tym, że ten kościół to moje dzieciństwo, oto “spełniły się moje marzenia”. Znalazłem się w 53 roku mojego ziemskiego bytowania w miejscu, w którym trwa święta legenda o wielkim świętym Januarym. Kiedyś chciałem być tylko nim, a teraz nie umiem wyrazić nawet słowa tutaj powszechnej wdzięczności Bogu za to, że osiągnąłem pewien szczebel godnego życia, właśnie z pomocą mojej chrześcijańskiej wiary i tradycji katolickiego Kościoła. Aczkolwiek tej, która mi tę wiarę przekazała, to jest- mojej mamy już nie ma pośród żywych, także innych moich znajomych już zabrakło. Ale ja jeszcze przebiegam, idę przez to życie. Kiedy wszedłem do kaplicy z wotami i srebnymi mojego dzieciństwa przy Ząbkowickim kościele świętego Ducha. W Neapolu w czasie Mszy świętej teraz ksiądz włącza muzykę kościelną z kasety. Przed czterdziestu laty “odprawiałem suche mszy święte” w obecności mamy, wchodziłem na stołek, aby coś powiedzieć; winem była zwykła herbata, ornatem -roboczy fartuch mamy. Boże, czemu ja tam w Neapolu nie zapłakałem. Ach. W Ameryce na progu listopadowej aury zawitałem po raz trzeci. Dawno juz temu poleciałem aż do Kalifornii, miałem wybrane miasta: Los Angeles, Las Vegas, San Francisco, San Diego. Zupełnie niedawno, byłem w Chicago. Tak. Tym razem odwiedziłem dwie parafie Matki Bożej Czestochowskiej i Parafię świętego Józefa na wschodnim i południowym wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Moje Hotele:w Waszyngtonie: 1009 11th St, NW Dowtown Washington; w Houston the Morty Rich- 501 Lovett Boulevard; w Bostonie 19 Stuart Street w centrum miasta; w Nowym Jorku 184 11th Chelsea Highline Hotel. W nowym Jorku miałem wejść do kościoła świętego Stanisława blisko Manhattanu(101 E 7th), bo też niosłem zaproszenie do tej świątyni. Ale zaszedłem również na Broadway. Ksiądz Artysta. W Bostonie odwiedzałem Kościół Ojców Franciszkanów (655 Dorchester Ave, South Boston, MA 02127), w Central Falls Kościół świętego Józefa(391 High St, Central Falls). W tej ostatniej Parafii pracuje ksiądz Proboszcz Dariusz Jończyk, który był moim oazowiczem w Parafii Konopiska. ale zaczne od innej Parafii. Nazwa parafii w Bostonie jest związana z kultem Matki Boskiej Częstochowskiej.Jest ona jedną z wieloetnicznych, polonijnych parafii rzymskokatolickich w Nowej Anglii. Podlega terytorialnie pod dzielnicę South Boston w Centralnym regionie w archidiecezji Boston.Ustanowiona 2 października 1893 roku. W 1898 parafia liczyła już ok. 600 parafian.Pośród imigrantów wielu grup etnicznych, przyjeżdżających do Stanów Zjednoczonych pod koniec XIX wieku, znajdowała się znaczna liczba Polaków, którzy z różnych powodów opuszczali swoją ojczyznę. Stosunkowo wielu z nich osiedliło się w Bostonie, a szczególnie w południowej części miasta Dorchester. O tym możemy przeczytać w historii Parafii zamieszczonej przez internet.W 1893 roku do włoskiej Parafii Najświętszego Serca (ang., Sacred Heart Parish) w Bostonie, przybył polski kapłan ks. Jan M. Chmieliński.Polscy imigranci wytypowali spośród siebie przedstawicieli, którzy udali się do arcybiskupa John J. Williams z prośbą o udzielenie pełnomocnictwa ks. Chmielińskiemu, do utworzenia polskiej parafii w Bostonie. Arcybiskup Williams mianował ks. Chmielińskiego duszpasterzem Polaków na Boston, Salem i okolice. W okresie po II wojnie światowej była miejscem skupiającym żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie osiedlonych w okolicach Bostonu. Zrzesza ich Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce (SWAP) (ang. Polish Army Veterans’ Association in America).W 1986 r. Kardynał Bernard Law podczas wizyty w Polsce, zwrócił się do matki generalnej Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia z prośbą, o przysłanie do Bostonu kilku sióstr w celu stworzenia wspólnoty Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Trzy siostry przybyły do Bostonu 15 września 1988, gdzie założyły tymczasowo klasztor przy obecnej parafii. Był to pierwszy międzynarodowy dom tego zgromadzenia założony poza Polską. 10 października 1993 roku przeniosły się do stałej siedziby przy Neponset Ave. w Dorchester.W 1973 roku wybuchł pożar w kościele który dokonał ogromnych zniszczeń. Dzięki poświęceniu parafian kościół wkrótce został odbudowany.W 2000 roku parafia liczyła około 200 rodzin.Obecnie Proboszczem Parafii jest Ojciec Jan Łempicki OFMConv, z którym moje serdeczne spotkania w mojej pamięci zachowam na zawsze. Miasto Boston, jest to jedno z najważniejszych i najbogatszych miast Wschodniego Wybrzeża. Boston od zawsze był nierozerwalnie związany z morzem. Jego historia rozpoczęła się w XVI wieku, kiedy to rybacy hiszpańscy i portugalscy żeglowali po Zatoce Massachusetts w poszukiwaniu ryb lub schronienia przed sztormem, co zapewniały liczne małe zatoki. Jednak pierwsza stała osada na tych terenach została założona dopiero we wrześniu 1623 przez Anglika Roberta Gorgesa, który w imieniu Korony Brytyjskiej stał się zwierzchnikiem dziesięciomilowego pasa wybrzeża ciągnącego się od Nahant do Charlestown.Kupcy osiedlali się niedaleko małej zatoczki, w której we wczesnych latach trzydziestych XVII wieku wybudowano pierwszy basen portowy (ang. the Town Dock). Na długie lata stał się on centrum działalności morskiej Bostonu. Rybacy oraz budowniczy łodzi zajmowali rozległe obszary frontu wodnego, podczas gdy rolnicy – tereny południowe i zachodnie w głębi lądu. Ważnym punktem miasta był rynek, za który służyła rozszerzona część ulicy, wiodącej w kierunku zachodnim od frontu wodnego do Town Dock. Tam koncentrowało się życie pierwszych mieszkańców. I teraz mogłem osoniście tam pospacerować. A nawet odwiedzałem tutejszy ‘parlament’ czyli ‘kościół’ Zebrań Miejskich.Już od pierwszych dni istnienia osady jej mieszkańcy prowadzili ożywioną wymianę barterową z Indianami (łatwo dostępne ryby wymieniano na futra). W krótkim czasie nastąpił gwałtowny wzrost handlu między osadami sytuowanymi wzdłuż całej zatoki. W 1689 roku doszło w mieście do tzw. rewolty bostońskiej, w czasie której mieszkańcy zbuntowali się przeciwko rządom Edmunda Androsa – znienawidzonego gubernatora tzw. Dominium Nowej Anglii.Miasto sukcesywnie rozrastało się. Budowa pierwszych nabrzeży portowych wynikała z inicjatywy przedsiębiorczych kupców, którzy za zgodą władz decydowali się na ich konstruowanie w wielu miejscach frontu wodnego. Wraz z rozwojem handlu i jednoczesnym wzrostem zamożności kupców liczba nabrzeży wzrastała. W 1708 istniało już ich siedemdziesiąt osiem, co świadczy o skali działalności portu w tamtym okresie. W 1710 wydano pozwolenie kapitanowi Oliverowi Noyesowi na wybudowanie najdłuższego z nabrzeży (Long Wharf (ang.)), które przez lata było centrum działalności portowej Bostonu. Nabrzeże umożliwiało obsługę największych statków tamtych czasów. Boston był pierwszym miastem kolonialnym, w którym wybudowano latarnię morską, będącą dowodem rosnącego znaczenia bostońskiego portu w XVIII wieku. Wraz z rozwojem Bostonu i jego działalności morskiej znaczenia zaczęły nabierać kwestie obronności miasta. W 1632 na Wzgórzu Fort wybudowano pierwsze fortyfikacje w zatoce. W dwa lata później wzniesiono kolejne na wyspie Castle. Znaczącą budowlą tego typu był również półmilowy wał wzdłuż wybrzeża służący celom obronnym, jak i jako nabrzeże portowe.Budowa fortyfikacji na froncie wodnym odzwierciedla wzrastającą rangę bostońskiej floty handlowej. Jej wczesna działalność była w przeważającej mierze ograniczona do gromadzenia dóbr na eksport, redystrybucji dóbr importowanych, bądź wymiany barterowej towarów kolonialnych. Kolejnym etapem rozwoju handlu w regionie stało się nawiązanie kontaktów handlowych z innymi koloniami wschodniego wybrzeża Ameryki. Już w 1631 nawiązano stosunki handlowe z Wirginią, co zapoczątkowało przepływ takich towarów jak kukurydza, cukier, mosiądz, skóry bobrów itd.Podwalinami dynamicznego handlu bostońskiego było budownictwo okrętowe. Pierwszym statkiem wybudowanym w kolonii był Blessing of the Bay, który został zwodowany na rzece Mystic w Medford w 1631. Statek miał zapewnić stałe dostawy podstawowych towarów niezbędnych dla funkcjonowania miasta i jego mieszkańców.Trzydzieści pięć lat później Medford stało się centrum bostońskiego okrętownictwa, a w posiadaniu kupców bostońskich było około trzystu jednostek zaangażowanych w żegludze zamorskiej i kabotażowej. Zarówno władze miejskie, jak i prywatni przedsiębiorcy aktywnie wspierali rozwój okrętownictwa, które w Bostonie zajmowało szczególną pozycję. Statki były przedmiotem zyskownego handlu między kolonią a Anglią. W latach 1674–1714 sprzedano ich 1332. Powszechną praktyką stała się sprzedaż ładunku w obcych portach wraz ze statkiem, co dotyczyło szczególnie małych jednostek. Zyski z takich transakcji przywożono w gotówce lub przeznaczano na zakup towarów w Anglii, bądź innych krajach.Działalność morska stała się podstawą dobrobytu Bostonu, którego władze aktywnie współpracowały z mieszkańcami na rzecz jej rozwoju. Wprowadzono prawa zwalniające rybaków oraz cieśli okrętowych z obowiązku pełnienia służby wojskowej. Statki oraz inne urządzenia używane do połowu ryb przez siedem lat nie były objęte podatkami ani cłami. Władze wymogły na budowniczych statków konsolidacje w przedsiębiorstwa, aby lepiej zarządzać całym przemysłem.cdn.