Tekst stanowi licentia poetica autora tekstu

Stanisław Barszczak— Podróże po Europie—

-I-
Nazywają mnie Hubertem. Rzeczywiście sporo myślę o naszej rzeczywistości, o Polsce, mojej ojczyźnie. Wyobraźcie sobie, uważam, Rosjanie w czasie drugiej wojny światowej nas zaskakująco uprzedzili, tak los wystawił nas jeszcze raz na pastwę dwulicowości świata. Gdyby Rosjanie wówczas nie przekroczyli polskich granic, skądinąd wiemy weszli na polską ziemię dnia 17 września 1939 roku, z pewnością naród Polski nie poddałby się Hitlerowi tak szybko. Najjaśniejsza Rzeczpospolita broniłaby się do końca. Mieliśmy wielki potencjał duchowy w generacji ludzi II Rzeczypospolitej i ich wojennych kompetencjach. Niedługo potem w bitwie o Anglię zapragnęło walczyć 8 tysięcy polskich pilotów, którzy z dalekich ziem, często przez Rumunię, kierowali się na zachód Europy. Ich marzenia, aby walczyć z Hitlerem ziściły się bynajmniej na obcej ziemi. W Dywizjonie 303 walczyło z niemieckimi messerschmittami 154 polskich pilotów. A przecież z honorem oddaliby oni za ojczyznę nawet własne życie, wyrzucając najeźdzcę z polskiej ziemi, tu właśnie. Tak więc jeszcze raz zwyciężyła dwulicowość egzystencji i zwykła głupota.

Szanuję człowieka, który niezależnie od słów, a nawet kiedy słowa przeczą sobie wzajemnie, trwa niezmienny. Tutaj będę mówił o ludzkim powołaniu. Bo to ostatnie pomaga człowiekowi wyzwolić się w pełni. Ale trzeba także wyzwolić powołanie, tym samym pomóc człowiekowi spełnić jego kulturową powinność. Podczas moim odwiedzin świata naszej cywilizacji ujrzałem niewidzialny kontynent… Bo żyć możesz tylko tym, za co zgodzisz się umrzeć. Ktoś powiedział, kiedy wszystko opiera się na jednej mierze, kościół po prostu wygląda porządnie. Proporcja to serce piękna. Moim marzeniem jest opisywać powidoki natury. Od wielu lat opisuję w mych tekstach serce piękna, to jest mój kościół katolicki, który jednak nie ustrzegł się błędów w przeszłości. Pokazując te błędy, jeszcze bardziej zakorzeniam się w tej wspólnocie ludzi zbawionych. Jakkolwiek w jedno wierzę: że wolny, badawczy unysł jednostki jest najcenniejszą rzeczą na świecie. A o to bedę walczyl: by umysł miał możność podążać, niekierowany, tą drogą, jaką zapragnie. A przeciw muszę walczyć: przeciwko każdej idei, religii czy rządowi, które ograniczają lub niszczą jednostkę. Tym jestem i takie są moje dażenia.

Tak więc człowiek nie tylko przez osobiste wybory, ale także przez cywilizacyjną traumę, może tkwić w nieprzeniknionej ciemności. Sprawdziły się stwierdzenia Josepha Conrada:
“Przenikaliśmy wciąż głębiej i głębiej w jądro ciemności(…)Nie istniało dla niego nic nad nim ani też przed nim(…) Dusza znalazłszy się w samotności wśród dziczy, zajrzała w głąb samej siebie i przebóg! Mówię wam, że oszalała(…) Widziałem niepojętą tajemnicę duszy, która nie zna żadnego hamulca, żadnej wiary, żadnego lęku, a jednak walczy na oślep sama z sobą(…) Podbój ziemi, polegający przeważnie na tym, że się ją odbiera ludziom o odmiennej cerze lub trochę bardziej płaskich nosach, nie jest rzeczą piękną, jeśli się w niego wejrzy dokładnie(…) Wytępić wszystkie te bestie! (…) Dla dziczy stał się rozpieszczonym i zepsutym ulubieńcem(…) Niepodobna dać komuś żywemu pojęcia o jakiejkolwiek epoce swego istnienia – o tym, co stanowi jej prawdę, jej znaczenie – jej subtelną i przejmującą treść. To niemożliwe. Żyjemy tak, jak śnimy – samotni? (…) Nie mogę sprostać tej opłakanej grze.”
Nie potrafię inaczej o tym pisać. Jeśli nie bierzemy udziału we wspólnocie chrześcijańskiej, to stwierdzenie Conrada o naszej samotności, pozostaje nader aktualne. Należałoby rzucić się w wir oszalałego świata. W czasie tej samej II wojny światowej artystka Florence Foster Jenkins , aktorka bez talentu wokalnego, zrobiła zawrotna karierę w Stanach Zjednoczonych. Artystka mówiła:”Ludzie mogą mówić, że nie potrafię śpiewać. Ale nikt nie może nigdy powiedzieć, że nie śpiewałam.” Tak więc piszę jak mogę. Jednak już za naszych dni, odwołajmy się do zamachu w Nowym Yorku z 11 września 2001 roku, stały się rzeczy dziwne. “Tej świetlanej stolicy widzialnego siły niewidzialnego zadały straszny cios. (…) Teraz musimy sprawić, by rana nie okazała się śmiertelna. By świat tego, co widzialne, zatriumfował nad tym, co otoczone tajemnicą, dostrzegalne tylko przez skutki swych okropnych czynów. (Salman Rushdie) Nie możemy wyciszać tych spraw, nawet narzeczony względem narzeczonej powie: posiadam tyle, a wszystko pochłania uczucie dla niej. Posiadam tyle, a bez niej wszystko mi jest niczym. To co ja wiem, może każdy wiedzieć. Ale moje serce mam tylko ja… Czyn jest wszystkim, niczym sława. Biorąc pod uwagę wszystkie akty tworzenia, odkrywa się jedną elementarną prawdę: gdy się czemuś prawdziwie poświęcamy, wspiera nas opatrzność. Ktoś powiedział: “Nauka Chrystusa nigdzie nie była bardziej tłumiona niż w chrześcijańskim Kościele(…) Autorytety są główną przyczyną tego, że ludzkość stoi w miejscu(…) Istnieją dwie pokojowe formy przemocy: prawo i przyzwoitość(…) Los spełnia nasze życzenia, ale na swój sposób, żeby móc nam dać coś ponad życzenie(…) Ludzkość? To abstrakcja. Zawsze istnieli i będą istnieli tylko ludzie.”
Henryk Sienkiewicz pisał: “Ale jak sobie co baby wbiją w głowę, obcęgami nie wyciągniesz. Cóż bowiem są smutki, jeśli nie myszy, które gryzą ziarna wesołości złożone w naszych sercach? Jak nie ma ginąć ta Rzeczpospolita, skoro w niej białogłowy rządzą?(…) Ale gdy pożyjesz dłużej, poznasz, że gdy ktoś chce czegoś na świecie dokazać, temu nie wolno ni własnej, ni cudzej słabości folgować, nie wolno większych spraw dla mniejszych poświęcać(…) Najenergiczniejszy człowiek potrzebuje, by go ktoś kochał. Inaczej czuje w sobie śmierć i jego energia zwraca się przeciw życiu.” Tak więc póki nie umierasz i nie stajesz się na nowo, jesteś tylko smutnym gościem na tej tajemniczej ziemi. Trzeba choćby miłoscią zdobywać świat. Stąd Goethe miał powiedzieć: “Należy każdego dnia posłuchać krótkiej pieśni, przeczytać dobry wiersz, zobaczyć wspaniały obraz i jeśli byłoby to możliwe – wypowiedzieć kilka rozsądnych słów.” Gwiazdka nadziei niknie ostatnia. Miłość potrzebuje gniazda jak ptak. To dobrze, że czujesz radość, bez której świat by nie istniał, że od najmłodszych lat przeczuwasz, jak potoczą się twoje losy, że przy swoim zagrożeniu, masz nagłe poczucie bezpieczeństwa i spokoju, jakiego nigdy nie czułeś wcześniej. I ja odczułem podobne uczucia, o których chciałbym teraz wam opowiedzieć.
Jest bardzo późno, znalazłem się w miasteczku na południu Polski.

A przed oczami wyobraźni miałem wówczas obraz z Turynu z sprzed stu pięcdziesięciu laty. Oto jakiś nieproszony gość stał na klepisku małego, zagraconego podwórka, pośród rozgdakanych kurcząt i minę miał dosyć niepewną. Ubrany był w pomarańczową, usianą plamami koszulę i brudne dżinsy, a na jego ramieniu wisiała mocno sfatygowana czerwono-czarna torba. Długowłosy, z poplątaną brodą, wydzielał kwaśny odór niemytego ciała. Trzeba go zaprowadzić do don Bosco, pomyślała Janina. Mężczyzna nerwowo kartkował niewielką książkę. Opodal zebrała się gromadka dzieci, które ze śmiechem trącały się łokciami, pokazując na nieznajomego. Janina strzepnęła poplamiony fartuch i odgarnęła włosy, by zaprezentować się jak należy…

Tej sceny nigdy nie zapomnę, ale już powracam do rzeczywistości. W “Dzienniczku” świętej Siostry Faustyny przeczytałem ostatnio następujące słowa: “(Dz 83) Nim przyjdę jako Sędzia sprawiedliwy, przychodzę wpierw jako Król miłosierdzia. Nim nadejdzie dzień sprawiedliwy, będzie dany ludziom znak na niebie taki. Zgaśnie wszelkie światło na niebie i będzie wielka ciemność po całej ziemi. Wtenczas ukaże się znak krzyża na niebie, a z otworów, gdzie były ręce i nogi przebite Zbawiciela, będą wychodziły wielkie światła, które przez jakiś czas będą oświecać ziemię. Będzie to na krótki czas przed dniem ostatecznym. (Dz 635) Ja dałam Zba­wiciela światu, a ty masz mówić światu o Jego wielkim miłosierdziu i przygotować świat na powtórne przyjście Jego, który przyj­dzie nie jako miłosierny Zbawiciel, ale jako Sędzia sprawiedliwy. O, on dzień jest straszny.(…) Postanowiony jest dzień sprawiedliwości, dzień gniewu Bożego, drżą przed nim aniołowie. Mów duszom o tym wielkim miłosierdziu, póki czas zmiłowania; jeżeli ty teraz mil­czysz, będziesz odpowiadać w on dzień straszny za wielką liczbę dusz. Nie lękaj się niczego, bądź wierna do końca, ja współczuję z tobą…”

Księżyc już rozjaśnij nadchodzącą noc. Po drugiej stronie jeziora ledwie majaczą wilgotne światła miasta. Z bujnej zieleni bulwaru przy rzeczce Trzebyczce zostało tylko kilka obumarłych drzew i kępy skarlałych krzewów. Fasady kamienic najczęściej są mroczne, zda się spopielałe. Miasto utraciło swój kosmopolityczny, letniskowy polor. Skurczyło się do rozmiarów osiedla Dąbrowy Górniczej. Zwykła, przycupnięta na głębokiej prowincji mieścina… Kawiarnie są zamknięte. Przez drzwi lokalu przesącza się różowe światło. Chcecie wejść i sprawdzić, czy wciąż są tu te same mahoniowe boazerie, czy lampa z abażurem w szkocką kratę nadal wisi w tym samym miejscu – z lewej strony baru? Nie zdjęto też fotografii Roberta Lewandowskiego, polskiego futbolisty robiącego światową karierę w Niemczech. Ani Agnieszki Radwańskiej. Ani zdjęcia Anity Włodarczyk. Nadal wiszą nad rzędami butelek aperitifów. Pożółkły już, oczywiście. A w półmroku samotny klient, mężczyzna o przekrwionej twarzy i w kraciastej marynarce z roztargnieniem podrywa barmankę. Na początku lat sześćdziesiątych była zabójczej urody, ale od tamtej pory zrobiła się nieco przyciężka. Jakkolwiek na pustej ulicy Zwycięstwa nie słychać już echa własnych kroków. Nie ma kina “Uciecha”, kupa gruzu. Plac przed tutejszym Domem Kultury to jedyne miejsce w mieścinie, gdzie palą się mocniejsze światła i panuje nieco ożywienia… Mamy przygotowac ludzi na wielkie miłosierdzie, obwieszczać wielkie miłosierdzie Boga, jednocześnie być pokornymi, wychwalać króla miłosierdzia. Szczególnym znakiem miłosierdzia będzie odtąd krzyż na niebie. Trzeba nam wierzyć w znaki…Wtem nadjeżdża pociąg, do którego wsiadam, aby pomknąć ku nowemu światu.

-II-
Ale nawet w pociągu, który wciąż zbliża mnie do wielkiego miasta, nie przestaję otwierać się na obrazy z przeszłości. Jestem na plaży Maddalena albo w dalekiej Catanii. Kiedy Monika osuszyła się po nurkowaniu, kupiła cornetti z kremem i kawę latte w Caffè del Porto. Smakowały przepysznie. Przy plaży spacerował proboszcz Don Sandro, ale gdzieś zniknął. Wgryzła się w miękkie, polukrowane cornetti i rozkoszowała słodkim, gęstym, waniliowym kremem. Zaraz jednak pomyślała o gościach hotelowych. Z drugiej strony kamiennego łuku dobiegały ją odgłosy targu i krzyki. Przed stu laty i więcej do tego miejsca rozlewały się wody portu. Teraz Sycylijczycy często wydawali się rozgniewani, a przynajmniej rozdrażnieni, nawet wtedy, gdy zapewne uprzejmie rozmawiali o pogodzie. Za kapitanatem portu dostrzegała feerię barw, czuła też zapach świeżych ryb, przypraw i owoców rozchodzący się z Piazza Currò.

Przechodząc pod łukiem prosto na środek placu, pomyślała, że nic nie może się równać z sycylijskim bazarem. Dzień targowy najwyraźniej był wydarzeniem towarzyskim, gdyż mężczyźni i kobiety zbili się w grupki, by z sobą pogawędzić. Mężczyźni palili i pili espresso z kafejek na kółkach, kobiety miały torby z zakupami i zdeterminowane miny. Przy straganach sprzedawcy wyciągali bochny chleba albo fioletowe kalafiory, by każdy chętny mógł je dokładnie obejrzeć. Kobiety marszczyły brwi, wypytywały, kłóciły się i targowały, zanim w końcu postanowiły, czy i na co wydać część pieniędzy. Słyszała krzyki carciofio fresci… funghi bella… tutto economico… Tak sprzedawcy rywalizowali o klientelę.

Przy straganie z rybami ustawiło się coś w rodzaju kolejki. Monika zauważyła już wcześniej, że na Sycylii stanie w kolejce oznaczało, iż trzeba przepychać się na sam początek, nieustannie przepraszając, i bardzo donośnym głosem starać się zwrócić na siebie uwagę sprzedawcy, nim zrobi to osoba obok. Potem następowały jeszcze bardziej wylewne przeprosiny i dyskusja o tym, kto był pierwszy, przy akompaniamencie głosów innych, że to właśnie oni powinni zostać obsłużeni na samym początku. Przynajmniej tak to odbierała Monika. Cóż, etykieta towarzyska rzadko miewa swoje korzenie w logice.

Monika chodziła po placu, żeby nacieszyć się tym widowiskiem i oglądać białe, wiotkie kalmary (choć i tak nie wiedziałaby, co z nimi zrobić), pulchne, nakrapiane mątwy oraz wielkie plastry tuńczyka, ułożone na pokrytym lodem marmurze.

Postanowiła najpierw odwiedzić Santinę, żeby wreszcie ją dorwać samą, a następnie Giovanniego, żeby poprosić go o pomoc w kwestii remontu willi. Brzmiało to bardzo sensownie, gdyż potrzebny był jej ktoś, kto mówił płynnie zarówno po sycylijsku, jak i po angielsku. Giovanni był biznesmenem, wydawało się, że dysponuje mnóstwem wolnego czasu i już wcześniej przypadło mu do gustu stanowisko klucznika Villa Nike. Wybór był oczywisty. Monika zdecydowała jednak jasno dać mu do zrozumienia, że to ona kontroluje sytuację i nie da się zmusić do sprzedaży domu. Jeśli Giovanni zdoła to przełknąć, jego pomoc mogła się okazać niezwykle przydatna.

Przystanęła przy straganie pełnym ziół oraz przypraw i odetchnęła zapachem zakurzonych, schnących kęp oregano, tymianku i dzikiego kopru. Za straganem stały worki z ciecierzycą i soczewicą, z metalowymi łyżkami do nabierania, dostrzegła także starą wagę. Pod względem obyczajów i pewnych tradycji na Sycylii zapewne nic się nie zmieniło od czasów, kiedy żyła tu matka Moniki. Catania nie wkroczyła w nowe milenium, a już na pewno nie w drugą dekadę dwudziestego pierwszego wieku.

Monika schyliła głowę, żeby uniknąć zderzenia z poobijanym, fioletowym czosnkiem, zwisającym w warkoczach z markizy straganu. Podeszła do owoców i warzyw, gdzie zapatrzyła się na złociste kwiaty cukinii, błyszczące papryki o barwach słońca i strażackiej czerwieni, wyglądające jak polakierowane papryczki chilli, oraz na pokryte aksamitnym meszkiem żółte brzoskwinie. Wzięła do ręki melanzane i kciukiem pogłaskała lśniącą skórkę. Bakłażan był smukły, ciemny, a jednak opalizujący. Taki jest kolor Sycylii, pomyślała z uśmiechem.

Nagle impulsywnie postanowiła zjeść dzisiaj w domu, więc kupiła pół arbuza, który wręcz ociekał sokiem, aromatyczny ser, niewielki bochenek pysznego, sycylijskiego żółciutkiego chleba, pomidory i czarne oliwki. Urządzi sobie prawdziwą ucztę.

Płacąc za oliwki, dostrzegła, że kobieta po drugiej stronie straganu uśmiecha się do niej. Monika odruchowo odpowiedziała uśmiechem. Kobieta była drobna, o twarzy chochlika, okolonej ciemnymi włosami, obciętymi na idealnego pazia. Usta umalowała śmiałą, krwistoczerwoną szminką i z jakiegoś powodu zupełnie nie wyglądała na Włoszkę. Monika zaczęła się zastanawiać, czy się znają i czy do niej podejść, kiedy nagle, kilka metrów dalej, dostrzegła znajome oblicze. Natychmiast przecisnęła się przez grupkę ludzi stłoczonych wokół straganu. – Santina?

Co za szczęście. Właściwie mogła się domyślić, że staruszka będzie tutaj w dniu targowym. Santina odwróciła się, wymamrotała coś po sycylijsku i szybko rozejrzała się wokół siebie. Po chwili chwyciła Monikę za ramię i pociągnęła na bok, gdzie mogły przynajmniej częściowo skryć się pod markizą. Tam objęła jej twarz dłońmi.

– Wróciłaś – powiedziała, rozciągając usta w bezzębnym uśmiechu radości.

Monika także uśmiechnęła się do niej.

– Nie mogłam długo trzymać się od was z daleka – wyznała. – Chciałam się dowiedzieć więcej o matce i o tym, dlaczego opuściła Sycylię. – Pochyliła się bliżej.

– Ty wiesz, prawda? Powiesz mi?

Raz jeszcze oczy Santiny miały nieobecny wyraz.

– Zakochana – oznajmiła staruszka po angielsku, z mocnym sycylijskim akcentem. – Justyna zakochuje się szybko, ot tak. – Udała, że omdlewa.

– Naprawdę? – Monika uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

– A tak. – Santina energicznie pokiwała głową. – Była… – Policzyła na kościstych palcach i spojrzała na Monikę uważnie. – Miała siedemnaście. Santina wspominała jakiegoś Anglika. – Poznała Anglika tutaj, w Catanii, kiedy miała siedemnaście lat?

Santina rozejrzała się trwożliwie, a Monika odruchowo poszła w jej ślady. Kogo się jednak spodziewały, i kto miałby się tym interesować po tylu latach?

– Justyna znaleźć pilota. – Santina zaczęła wymachiwać rękami i łopotać nimi w powietrzu. – Znaleźć go i zabrać do domu, ocalić mu życie. Tak. Oni się kochać, lotnik obiecywać wszystko. – Dramatycznym gestem przycisnęła ręce do piersi.

Monika wpatrywała się w nią w osłupieniu. Mimo łamanej angielszczyzny Santiny fragmenty układanki już zaczęły tworzyć całość. Jakiś angielski pilot, pewnie ranny, został znaleziony przez młodą Sycylijkę. Sycylijkę, która nie zgadzała się na życie, jakie jej zaplanowano, która chciała zwiedzać świat i zakosztować wolności. Teraz wystarczyło poukładać to chronologicznie, co nie wymagało szczególnej inteligencji.

– Co się wydarzyło? – szepnęła Monika.

Przestała słyszeć gwar dochodzący z targu. Cofnęła się w czasie i trafiła do ogarniętej wojną Catanii, w której Justyna zakochała się po raz pierwszy w życiu.

– Ojciec Justyny, on go odesłać – ciągnęła Santina ściszonym głosem. – On mieć inne plany dla córka. Inny mężczyzna. – Przeżegnała się. – W Sycylii żenimy się, żeby kwitła przyjaźń. Czy rozumiesz to?

Monika skinęła głową. Rozumiała. Chodziło o rodzinne alianse i równowagę sił.

– Kogo miała poślubić?

Santina znienacka zachichotała.

– Mojego kuzyna, Rodrigo Sciarra – odparła. – Mój ojciec zawsze chce związek z twoją rodziną. Potrzebna mu była pomoc ojca przeciwko wrogom, si?

– Czy twój kuzyn Rodrigo…?

– Ojciec Giovanni, si.

Przez głowę Moniki przelatywały tysiące myśli. Intryga się komplikowała. Wśród wrogów, o których mówiła Santina, bez wątpienia znajdowała się również rodzina Amato.

– Ach, ale tak nie miało być. – Na twarzy Santiny pojawił się smutek.

– A Justyna? – spytała Monika.

– Justyna? Złamane serce. Tak, to prawda. Myślę, że ma złamane serce na zawsze…

(wykorzystałem tutaj większy fragment “Domu na Sycylii” Rosanny Ley, podkr. autora tekstu)

-III-
Cieszę się, iż znalaziono mi nowe miejsce zamieszkania, to dla mnie znak z nieba. Jadę teraz pociągiem do tego nowego miejsca. A oczom wyobraźni ukazuje się jeszcze inny obraz z niedalekiej przeszłości.

Cagliari to kropla rosy, biała piana obłoku, to promienne miejsce obmyte niebiańską wodą, serce wspomnień oblewanych miodem i łzami.

Potężny wysoki budynek pojawia się jak stara twarz, która tkwi w twojej pamięci, znasz ją, ale ona patrzy przed siebie obojętnie i cię nie poznaje. Wspaniały Ratusz sprzed stu kilkudziesięciu lat stoi frontem do zatoczki Morza Śródziemnego, której brzegi pokrywają drzewa palmowe rosnące wzdłuż wybrzeża. Marianna, kochana Marianna. Pragnę cię zastać w twojej historycznej twierdzy, inaczej będę musiał pożegnać się ze światem. Już niewiele czasu mi zostało, wszystko na świecie się powtarza, jednak przedstawia on dziwny obraz dla zmęczonego, ocienionego białymi brwiami, pozbawionego rzęs oka. Wróciłem do ciebie wreszcie, moje Cagliari.

Nacisnąłem dzwonek mieszkania na czwartym piętrze. Drzwi się uchyliły i stanęła w nich Marianna. Bardzo się zmieniłaś, kochanie. Nie poznałaś mnie w ciemnym korytarzu. Twoja biała, czysta cera i złote włosy błysnęły w świetle wpadającym przez okno w głębi mieszkania.

– Czy to pensjonat Miramar?

– Tak, proszę pana.

– Czy znajdzie się wolny pokój?

Drzwi się otworzyły i powitała mnie figura Matki Boskiej z brązu. Zapach, którego czasami było mi brak. Staliśmy, patrząc na siebie. Wysoka, elegancka, złote włosy, zdrowie raczej niezłe, ale mocno zgarbione plecy, zapewne farbowane włosy, żylaste ręce, zmarszczki w kącikach ust wskazują na podeszły wiek. Masz, kochana, sześćdziesiąt pięć lat, ale nie odpłynęła od ciebie całkiem twoja uroda.

Czy mnie pamiętasz?

Przyglądała mi się badawczo. Wreszcie coś drgnęło w niebieskich oczach. Tak, pamiętasz mnie. Wróciłem do istnienia.

– Och… To pan!

– Madame!

Uściskaliśmy się gorąco. Wzruszona, śmiała się głośno, jak kobiety z dalekiego Egiptu. Jednym ruchem zrzuciła z siebie powagę.

– Andrzej, nie do wiary, pan Andrzej… Ha… ha…

Usiedliśmy na hebanowej kanapie stojącej pod figurą Matki Boskiej, a nasze postacie odbijały się w szybie szafy z książkami stanowiącej dekorację.

– Hol wcale się nie zmienił – powiedziałem, rozglądając się dokoła.

– Ależ był kilka razy odnawiany, malowany – zaprotestowała, machając rękami. – Są tu nowe rzeczy: żyrandol, parawan, radio…

– Jakie to szczęście, Marianno, że widzę cię w dobrym zdrowiu.

– Pan także, monsieur Andrzej, jest zdrowy, odpukać…

– Och, mam kłopoty z jelitem grubym i prostatą, w każdym razie Bogu niech będą dzięki.

– Przyjeżdżać na koniec lata?

– Przyjechałem na stałe. Kiedy widzieliśmy się ostatni raz?

– W roku… Powiedział pan, na stałe?

– Tak, moja droga. Ostatni raz widziałem Panią prawie dwadzieścia lat temu.

– Taki kawał życia się ukrywać.

– Praca, kłopoty…

– Założę się, że nieraz odwiedzał pan Cagliari w ciągu tych lat.

– Czasami, ale miałem nawał pracy, wiesz najlepiej, jak to jest w dziennikarstwie.

– Wiem także, jak niewdzięczni są mężczyźni.

– Kochana Marianno, jesteś moją Częstochową.

– Oczywiście ożenił się pan.

– Jak dotąd nie!

– Więc kiedy ma pan zamiar to zrobić?

– Nie jestem żonaty, nie mam dzieci, już nie pracuję, koniec ze mną, Marianno – powiedziałem ze złością. – W takiej sytuacji wezwała mnie Cagliari – mówiłem dalej, bo zachęciła mnie ruchem ręki – tu się urodziłem, a ponieważ nikt z moich bliskich nie żyje, pomyślałem o jedynym przyjacielu, jaki mi pozostał.

– Dobrze, gdy człowiek znajdzie przyjaciela, który będzie dzielił z nim jego samotność.

– Pamiętasz dawne czasy?

– Minęły jak wszystko, co piękne.

– Ale my musimy żyć.

Przyszła chwila pomówienia o cenie i potargowania się. Marianna stwierdziła, że nie ma innych dochodów poza tymi z pensjonatu, dlatego przyjmuje gości także w zimie, nawet jeżeli to są nieznośni studenci. W tym celu korzysta z pomocy pośredników i pracowników hoteli. “Tak nisko upadłam”. Przydzieliła mi pokój numer sześć w skrzydle mieszczącym się daleko od morza.

Uzgodniliśmy rozsądną cenę za wszystkie miesiące z wyjątkiem letnich, w których mógłbym mieszkać, ale płacąc letnią taryfę. W każdym razie w umowie było obowiązkowe śniadanie. Serce sercem, wspomnienia wspomnieniami, a targować się trzeba, udowodniła Madame. Zapytała mnie o walizki, odparłem, że zostawiłem w przechowalni na dworcu.

– Nie był pan pewny, czy Marianna jeszcze żyje, co? No, niech będzie na zawsze – dodała.

Gasnąć w zenicie, taki los kobiety, przemówiłem do siebie. Ale ta prawda nie sprawdziła sę w przypadku Marianny.

Spojrzałem na swoją rękę, która już przypominała rękę mumii w Muzeum Archeologicznym.

Mój pokój w niczym się nie różnił od pokojów wychodzących na morze. Niezbędne sprzęty, wygodne fotele w starym stylu. Książki mogą zostać w pudłach, a te, do których się wraca, niech leżą na stole lub toaletce. Niczego mu nie brakowało z wyjątkiem światła, panował w nim półmrok, ponieważ okno wychodziło na wewnętrzny szyb ze świetlikiem w dachu; po jego ścianach pięły się schody dla pracowników, miauczały koty i nawoływali się robotnicy. Zajrzałem do wszystkich pokojów, różowego, liliowego i niebieskiego, były puste. W dawnych czasach w każdym z nich mieszkałem całe lato, a nawet dłużej. Mimo że zniknęły stare lustra, wspaniałe dywany, srebrne świeczniki i kryształowe żyrandole, pozostał lekki ślad arystokracji w tapetach o liściastym wzorze, wysokich sufitach pokrytych obrazami aniołów.

– To był pański pensjonat – westchnęła Marianna, a ja zauważyłem, że ma sztuczne zęby.

– Oby Bóg dał, żeby istniał jak najdłużej.

– Większość gości w zimie to studenci, w lecie przyjmuję każdego, kto się nawinie. . . .

– Panie Andrzeju, wstaw się za mną u Jego Ekscelencji.

– Ekscelencjo, ten człowiek nie ma odpowiednich kwalifikacji, ale stracił syna na wojnie i zasługuje na to, żeby kandydować ze swojego okręgu…

Biskup zgodził się ze mną, niech mu Bóg da najlepsze mieszkanie w raju, lubił mnie i z prawdziwym zainteresowaniem czytał moje artykuły. Któregoś dnia powiedział: Jesteś piewcą narodu. Niech Bóg będzie dla niego miłosierny, q wymawiał jak k. Słyszało to kilku moich kolegów z Partii Ojczyzny i kiedy tylko się spotykaliśmy, witali mnie: Witaj, piewco narodu. Mimo wszystko były to dni chwały, walki i bohaterstwa. Tak, nasz Biskup był wyjątkowym człowiekiem, zwracali się do niego w potrzebie przyjaciele i unikali go ze strachu wrogowie.

W swoim pokoju wspominam, czytam albo odbywam popołudniową drzemkę, w holu spędzam wieczory na rozmowie i słuchaniu radia z Marianną. Inne rozrywki zapewnia kawiarnia Miramar, znajdująca się w tym samym budynku na dole. Bardzo rzadko się zdarza, że spotykam kogoś, kogo znam lub kto zna mnie, nawet w sławnej kawiarni Trianon. Odeszli przyjaciele i odeszły ich czasy. Poznałem cię, zimowa kraino, moje Cagliari. O zmierzchu pustoszeją twoje ulice i place, w deszczu i pustce hula wiatr. Wieczorne rozrywki i rozmowy toczą się w twoich mieszkaniach. (wykorzystałem tutaj fragment: “Pensjonat Miramar” Nadżiba Mahfuza, podkr. autora tekstu)

-IV-

W pociągu otworzyłem w końcu gazetę i czytam:

“Leszek nie wraca do domu.” Według raportu policji adwokat Nick stał dokładnie w miejscu, gdzie po raz ostatni widziano chłopca. Nie widzieli go sprzedawcy w sklepach położonych dalej przy tej samej ulicy, chociaż był regularnym gościem w pobliskim barze i często obserwowali, jak wspina się na cokół brązowego pomnika konfederackiego żołnierza na skwerze przy placu Biegańskiego… Zmęczony odłożyłem gazetę. I po chwili wspomniałem na moją podróż do przyjaciela na wieś. Jego gospodyni nie miała łatwego życia, a przelane łzy wyżłobiły z czasem jej śniadą, niegdyś gładką twarz, pozostawiając na niej coraz wyraźniejsze bruzdy. Liczyła sobie lat czterdzieści, wcześnie owdowiała i pochowała dwójkę dzieci, troje pozostałych mieszkało z nią w domu i nic nie zapowiadało rychłej poprawy losu.

Miasteczko Valle de la Virgen leży na dnie głębokiego wąwozu porośniętego wzdłuż górnej krawędzi eukaliptusami, który przechodzi w mroczną, bagnistą dżunglę, zamieszkaną przez kolibry i hałaśliwe małpy. Okolica jest piękna, lecz mało kto zapuszcza się w te strony, gdyż autobusy zjeżdżające w dolinę mają przykry zwyczaj wypadania z drogi, toteż turystyka jest dla miejscowych cokolwiek niepewnym źródłem dochodu. W kościele, wzniesionym przez kolonialnych przodków obecnych mieszkańców na cześć Świętej Dziewicy z Bagien, stoi płacząca figura, będąca ponoć jednym z największych dzieł sztuki swej epoki oraz źródłem natchnienia dla mistrzów naszej epoki.

Przewodniki mają niewiele do powiedzenia na temat Valle de la Virgen i przeważnie ograniczają się do wzmianki, że na przekór urodzie i historycznej roli miasteczka niełatwo tu dotrzeć, droga bowiem jest zdradliwa, a niewielu przecież ma ochotę wędrować przez las. Jeden ze starych przewodników głosi nawet, że Valle de la Virgen to twór zrodzony z miejscowej legendy, przekazywanej z ust do ust przez podróżników, i że droga prowadzi po prostu w głąb moczarów.

Jedyny przybysz z obcych stron zjawił się któregoś dnia w dolinie. Ernesto jego imię i ku nieopisanej konsternacji jego matki został tutaj na dobre. Bardziej niż widokiem rozczochranego nieznajomego, Pani Kazia zdumiała się nagłym powrotem syna, który nie dalej jak trzy miesiące wcześniej został hucznie odprawiony w świat, ku wielkiej uldze i przy niemałym nakładzie środków całego miasteczka. Nina, jej najmłodsza córka, pierwsza przyniosła wieść o powrocie Ernesto i przybyciu nieznajomego, który wyraźnie nie spodobał się psu.

– Szybko! – krzyknęła bez tchu, wpadając do kuchni, gdzie pochylona nad zlewem matka obierała ziemniaki. – Ernesto wrócił i przywiózł ze sobą jakiegoś człowieka. Burek zaraz się na niego rzuci! Pewnie dlatego, że śmierdzi.

Pani Kazia bez namysłu porzuciła ziemniaki i wybiegła na dwór, wołając psa, a w myślach szukając słów reprymendy pod adresem syna.

-V-
Wracam pociągiem z Ząbkowic, miasteczka mojego dzieciństwa. Nie tak dawno, a minęło zaledwie kilka miesięcy. W uśpione ulice miasteczka wtargnął trzydziestodwutonowy olbrzym. Zadrżały germańskie kamienice i stojące obok dla estetycznej równowagi wytwory architektury socjalizmu. Wjeżdżając w światła kolejnych latarni, czołg sapał, chrzęścił i brzęczał gąsienicami, ciągnąc za sobą pasma fioletowych cieni. W oknach i na balkonach pojawili się ludzie, nad parapetami wyrosły dziecięce główki…
“Kolejówka” był to długi, niski budynek o oknach biegnących rzędem na całej jego długości, skąd – od czasu, gdy sąsiednia drogeria została zamknięta, a następnie przeznaczona do rozbiórki – można było, siedząc przy kontuarze barowym na drugim pietrze, spojrzeć przez tory na drugą stronę miasteczka aż po starą przędzalnię i przylegającą doń fabrykę koszul. Oba zakłady stały zamknięte od blisko dwudziestu lat, a mimo to ich rysujące się w oddali ciemne kształty nadal przyciągały wzrok. Naturalnie, nic nie stało na przeszkodzie, by klienci patrzyli sobie w drugą stronę, na komin zakładu waty szklanej, jednak szef restauracji a w przyszłości, jak na to liczył, również jej właściciel wiedział z własnego doświadczenia, że zdarzało się to niezmiernie rzadko.
Nie, ich wzrok w naturalnym odruchu kierował się przeważnie za tory, do tego miejsca, gdzie ulica kończyła się ślepo, zamknięta fabrycznymi budynkami, które stanowiły niezaprzeczalny fizyczny dowód przeszłości miasta. Opuszczone i zaniedbane, budynki te wciąż miały w sobie jakąś dziwną magnetyczną siłę, i to była główna przyczyna, która powstrzymywała wójta od ostatecznej decyzji, by sprzedać “Kolejówkę”, z chwilą gdy w końcu stanie się jego własnością, pewnie zresztą za niewielkie pieniądze.

Tuż za obiema fabrykami płynęła rzeczka, która w dawnych czasach stanowiła ich siłę napędową, i wójt nieraz się zastanawiał, czy gdyby te stare budynki pewnego dnia zburzono, wówczas miasto, które wokół nich wyrosło, zdobyłoby się wreszcie na to, by pomyśleć o swojej przyszłości? Prawdopodobnie nie. Nic poza ogrodzeniem z łańcucha nie pojawiło się w miejscu, gdzie kiedyś stała drogeria, co, jak przypuszczał wójt, oznaczało, że odwrócenie czyjejś uwagi od przeszłości to jednak nie to samo, co wyobrażenie sobie przyszłości, nie mówiąc już o jej budowaniu. Z drugiej strony, kto wie, gdyby w końcu przeszłość została zrównana z ziemią, gdyby nareszcie puszczono w niepamięć to, co było, może wtedy mniej ludzi myliłoby ją z przyszłością, a to już byłoby coś. Wójt jednak obawiał się, że jak długo obie fabryki stoją na swoim miejscu, tak długo ludzie będą wierzyli, na przekór rozsądkowi, że pewnego dnia znajdzie się kupiec na jedną z nich albo nawet na obie, dzięki czemu do “Kolejówki” powrócą dawne, dobre czasy ekonomicznego rozkwitu.

Jednakże dzisiaj, w to wrześniowe popołudnie, wójt wyglądał z niepokojem na “Kolejówkę” nie tyle z troski o losy mrocznego budynku o wysokich oknach, gdzie kiedyś szyto męskie koszule i gdzie jego matka spędziła większą część swego dorosłego życia, ani też z powodu stojącej nieco dalej większej i wyższej przędzalni, ile w nadziei, że zobaczy swoją córkę, Bożenę, w chwili gdy wyłoni się ona zza rogu i niespiesznym krokiem rozpocznie swój samotny marsz ku niemu. Jak większość jej szkolnych kolegów, Bożena, cienka niczym szparag uczennica drugiej klasy szkoły średniej, nosiła podręczniki w płóciennym plecaku, i żeby zbalansować ten ciężar równy niemal wadze jej ciała, musiała mocno pochylać się do przodu, zupełnie jakby szła pod silny wiatr. Dziwne, jak większość zachowań, które wójt zapamiętał z czasów, kiedy on sam chodził do gimnazjum, osobliwie się zmieniły. On i jego kumple nosili książki, opierając je na biodrze, to przechyleni w lewo, to znów przerzucając ciężar i pochylając się na prawą stronę. Do domu zabierali tylko te podręczniki, których potrzebowali danego dnia do odrobienia zadanej pracy, czy raczej należałoby powiedzieć, o których pamiętali, że mogą im się przydać, resztę pozostawiając zrzuconą bezładnie na stos w szkolnych szafkach. Dzisiejsza młodzież upychała całą zawartość szkolnych szafek w swoich pękających w szwach plecakach i targała ją do domu, przypuszczalnie dlatego, jak domyślał się wójt, żeby nie trzeba było za dużo myśleć o tym, co mogło im się przydać, a bez czego można się było doskonale obyć, w ten sposób oszczędzając sobie wszelkich decyzji, które pociągałyby za sobą jakiekolwiek konsekwencje. Oprócz tego, że taka postawa sama w sobie pociągała określone konsekwencje. Wizyta u lekarza ostatniej wiosny ujawniła u Bożeny początki skoliozy, i to lekkie skrzywienie kręgosłupa zaniepokoiło wójta z kilku powodów. „Ona po prostu nosi za duże ciężary” – wyjaśniła pani doktor, zupełnie nieświadoma, zdaniem wójta, jak wiele metaforycznych implikacji niosły ze sobą jej słowa- Bożena potrzebowała niemal całego lata, by odzyskać normalną postawę, a wczoraj, po pierwszym dniu w szkole, była już znowu zgarbiona i pochylona do przodu jak przedtem.(fragment zaczerpnąłem z Richarda Russo, Empire Falls, podkr. autora tekstu)

-Epilog-

Z każdą śmier­cią człowieka gi­nie cały niez­na­ny świat, zdążyłem pomyśleć tylko. Po chwili jednak znajdowałem się już na peronie w mojej Częstochowie…Obudziłem się rano. Robota już czekała. Robota. Dzięki niej trzymasz się kupy. Otacza cię: wszechobecna, chłonna galareta. Gdy masz robotę, patrzysz na życie pod innym kątem. Zgoda, są czasami małe strefy względnej swobody, w których można się zaszyć, jasne, delikatne przestrzenie, gdzie możesz dostrzec przebłyski czegoś nowego, lepszego. Tego dnia obudził się ze mną mój patriotyzm, bo zaraz pomyślałem. “Jeśli chodzi o nasz naród, to mogę nadmienić, że gdybym miał żyć jeszcze pięćdziesiąt lat i miał do wyboru stały pobyt w dowolnym kraju na świecie, wybrałbym bez wahania Polskę, pomimo jej nieszczęśliwego położenia geograficznego. Nad Polską bowiem nie widzę ciężkich chmur, lecz promienne blaski przyszłości…” I mógłbym teraz powiedzieć:

“Nadszedł już piękny miesiąc maj… Wiosenna zieloność okryła rany poszarpanej ziemi. Pióra, liście, szypułki, pokrętne badyle i wielorakie odmiany barw osłoniły rany ziemi i zalecały się oczom ludzkim. Podobnie jak wsysały w siebie wilgoć i zgniliznę, tak sami barwami, kształtem i nieskończoną potęgą swego rozrostu chciały wessać w siebie cierpienie dusz, zniszczyć pamięć o tym, co już padło i umarło. Na dobro nowego życia rosło i bujało wszystko – na stratę śmierci. Słowik śpiewał nocami nad wodą, w sąsiedztwie wzgórka, pod którym Hubert O. znalazł schronienie.”(Stefan żeromski, Wierna rzeka)

Proroctwo o miłosiernym królu

Stanisław Barszczak, Bój bezkrwawy na czasy ostateczne

20 września 1918 r. w czasie modlitwy przed Ukrzyżowanym, Ojciec Pio otrzymał stygmaty na boku, stopach i rekach. Zmarł w 1968r. Twierdził, że 15 stycznia 1957 otrzymał objawienie od Jezusa Chrystusa. Oto jego treść: Godzina mojego powrotu jest bliska. Aniołowie Moi powołani do tego zadania będą uzbrojeni w miecze. Uwaga ich będzie zwrócona przeciw bezbożnemu. Z chmur powstaną ogniste orkany i strumienie lawy spadającej na ziemię. Burze, pioruny, powodzie, trzęsienia ziemi będą nieustanne. Ogniste plagi występować będą w różnych krajach będzie padał ognisty deszcz. Rozpocznie się to w bardzo zimną noc. Grzmoty i trzęsienia ziemi będą trwać trzy dni i trzy noce. Będzie to dowodem, że Bóg jest Panem. Ci wszyscy, co wierzą we Mnie i wierzą Moim słowom, niech się nie lękają, bo Ja ich nie opuszczę, a w szczególności tych, którzy to niniejsze ostrzeżenie podają innym do wiadomości dla ich dobra, ażeby się nawrócili do Boga i źle nie czynili. Daję wam znaki, abyście się na to przygotowali. Noc będzie zimna (…) Nastąpią grzmoty, a wtedy zamknijcie drzwi i okna i nie rozmawiajcie z nikim poza domem. Uklęknijcie pod krzyżem i módlcie sie za swoje grzechy. Podczas gdy ziemia trząść się będzie, nie wyglądajcie na zewnątrz, bo gniew Boży jest święty, czyli podwójnego szacunku. (…) Kto tej rady nie posłucha, zginie. Na trzecią noc ustanie ogień i trzęsienie ziemi. O świcie zaświeci słonce. Aniołowie w ludzkich postaciach zstąpią na ziemię przynosząc ducha pokoju. Niezmierna radość będzie wznosić dziękczynne modły do Boga. Kto jest w łasce i czci Matkę Najświętszą, temu się nic nie stanie. Kara, jaka spadnie, nie może być porównana z inną karą, jaką Bóg dopuszcza na stworzenie świata. Jedna trzecia ludzkości zginie (…) Powaga chwili skłania Mnie do zwrócenia uwagi, że wielkie niebezpieczeństwo zagraża całej ludzkości, jeżeli się nie odmieni. Nikt nie wie dnia ani godziny, kiedy to nastąpi, jedynie Ojciec Mój wie o tym. Pamiętajcie o tym napomnieniu, które wam podaję, a nie lekceważcie go sobie, ponieważ niebezpieczeństwo jest blisko i już krótki czas. Należy go wykorzystać i nie poddawać się złu, i nie ustępować przed złem. Nie będzie usprawiedliwienia, że nie wiedzieliście o tym. Niebo was ostrzega, chociaż ludzie się tym nie zrażają, ale wtedy będzie za późno. Wyłoni się głaz z białej mgły poprzez (noc). Wypowiedzenie wojny od Budapesztu do Norymbergi, od Drezna do Zagłębia Ruhry, Królewiec. Przylecą czarne i szare ptaki od południa z taką mocą, że zasłonią niebo. Kwatera ich będzie Petersburg koło Rosjan. A wpierw spadnie bomba koło kościoła w bawarskim lesie i zniszczone zostanie wszystko. Nikt nie będzie mógł przekroczyć tych stron. Będą różne straszne pojazdy we wsiach i miastach. Południowa Anglia i biegun północny znikną na zawsze. Powstaną nowe lądy. Zginie Nowy York, Marsylia, Paryż będzie zniszczony w dwóch trzecich. (…)Augsburg, Wiedeń zostaną oszczędzone. Augsburg i kraje na południe od Dunaju nie odczują skutków wojny. Kto spojrzy w kierunku zniszczeń, zginie, bo serce jego nie wytrzyma tego strasznego widoku. W jedną noc zginie więcej ludzi niż w dwóch wojnach światowych. Po tym wszystkim wiara będzie wielka. Po tych okropnościach nastąpią złote czasy. Trwajmy w stanie łaski, bez grzechu ciężkiego, bo jesteśmy na łasce Boga, który pragnie dobra swoich dzieci, by je zabrać do Siebie w chwili najbardziej odpowiedniej. Musimy się modlić o zbawienie dusz. Dajcie dobry przykład wszystkim. Chrystus obiecał kapłanowi Pio, że każdego, kto będzie rozpowszechniał to objawienie: Nigdy go nie opuszczę i otoczę specjalną opieką.(To tłumaczenie kopii prywatnego listu autorstwa Ojca Pio, adresowanego do Komisji w Heroldsbach wyznaczonej przez Watykan w celu przebadania prawdziwości objawień o ‘Trzech Dniach Ciemności’ danych przez Naszego Pana, Ojcu Pio, zakonnikowi Zgromadzenia Kapucynów i stygmatykowi.) Dobrze pozamykajcie i uszczelnijcie okna. Nie wyglądajcie na zewnątrz. Zapalcie święconą świecę, która wystarczy na wiele dni. Módlcie się na różańcu. Czytajcie duchowe książki. Czyńcie akty przyjęcia Duchowej Komunii, a także uczynki miłości, które są nam tak potrzebne. Módlcie się z wyciągniętymi rękami lub padając na twarz, aby uratować wiele dusz. Nie wolno wam wychodzić na zewnątrz. Zaopatrzcie się w wystarczającą ilość pożywienia. Moce natury zostaną wstrząśnięte i deszcz ognia napełni ludzi przerażeniem. Miejcie odwagę! Jestem pośród was. -Kto będzie nieposłuszny temu słowu, zginie! Dokładnie zakryjcie okna. Moi wybrani nie powinni widzieć Mojego gniewu. Miejcie Ufność we Mnie, a Ja będę waszą obroną. Wasza wiara, zobowiązuje Mnie, do przybycia wam z pomocą. Godzina Mego powrotu jest bliska! Jednak okażę Miłosierdzie. Najstraszliwszą karę będzie cierpieć świadek czasów. Moi aniołowie, którzy będą egzekutorami tej pracy, stoją już w gotowości z ostrymi mieczami! Szczególnie zadbają o zniszczenie tych, którzy Mnie przedrzeźniali i nie wierzyli w Moje objawienia (…) Każdy, kto będzie cierpiał i umrze niewinnie, stanie się męczennikiem i będzie przebywał ze Mną, w Moim Królestwie.(…) Szatan zatryumfuje! Jednak po trzech nocach, ogień i trzęsienie ziemi ustaną. Następnego dnia słońce znów wzejdzie i oświeci ziemię. Aniołowie przybędą z Nieba i przykryją ziemię duchem pokoju. Uczucie niezmierzonej wdzięczności ogarnie tych, którzy przeżyją okropne doświadczenia, bliską karę , którymi Bóg nawiedza ziemię od jej stworzenia.(…) Módlcie się dużo w czasie tego Świętego Roku 1950. Módlcie się na różańcu, ale tak, aby wasze modlitwy dosięgły Nieba. Wkrótce znacznie gorsza katastrofa nadejdzie na cały świat, jakiej nikt nie widział, straszliwa kara! Wojna 1950 roku jest wstępem do tych wydarzeń. Jakże obojętny jest człowiek na te sprawy, które już wkrótce staną się rzeczywistością, wbrew wszelkim oczekiwaniom! Jakże dalecy są od roztropnego przygotowania się na te przepowiedziane, a niewysłuchane wydarzenia, przez które niebawem będą musieli przejść.(..)żadne ludzkie rozumowanie nie jest w stanie pojąć głębin Mojej Miłości! Módlcie się! Módlcie się! Pragnę waszych modlitw. Moja Najdroższa Matka, Maryja, Św. Józef, Św. Elżbieta, Św. Konrad, Św. Michał, Św. Piotr, Mała Tereska, wasi Aniołowie Stróżowie niech będą waszymi rzecznikami. Błagajcie o ich pomoc! Bądźcie dzielnymi żołnierzami Chrystusa! Gdy powróci Światłość, niech wszyscy złożą dziękczynienie Świętej Trójcy za opiekę! Zniszczenia będą ogromne! Ale Ja, wasz Bóg oczyszczę ziemię. Jestem z wami. Miejcie ufność! (Koniec listu Ojca Pio) “Zobaczył Bóg czyny ich, że odwrócili sie od swojego złego postępowania. I ulitował się Bóg nad niedola, która postanowił na nich sprowadzić, i nie zesłał jej”(Jon 3, 1-10) Wydaje się, że Biblia się nie zmieniła, to tylko my zaczynamy ją lepiej rozumieć. Gwiazdka nadziei niknie ostatnia. Na te czasy ostateczne Bóg obdarzył Polskę świętą Siostrę Faustynę Kowalską, apostołkę wielkiego miłosierdzia Boga. Uroczystość kanonizacji z 30 kwietnia 2000 roku opisała Siostra Faustyna w swym „Dzienniczku” na wiele lat przed tym wydarzeniem. 23 marca 1937 roku miała wizję, w której zobaczyła, że ta uroczystość odbywa się równocześnie w Rzymie i w Krakowie, choć nie znała wynalazku telewizji ani łączności przez tele-most. Spełniła się więc jej prorocza wizja dotycząca uroczystości kanonizacyjnej w Rzymie i Krakowie, a także proroctwo dotyczące ustanowienia święta Miłosierdzia Bożego dla całego Kościoła. Tak tę uroczystość opisała sama Siostra Faustyna.”Nagle zalała mnie obecność Boża i ujrzałam się naraz w Rzymie w kaplicy Ojca Świętego, i równocześnie byłam w kaplicy aszej, a uroczystość Ojca Świętego i całego Kościoła była ściśle złączona z naszą kaplicą i w szczególny sposób z naszym Zgromadzeniem; i równocześnie wzięłam udział w uroczystości w Rzymie i u nas. Ponieważ uroczystość ta była tak ściśle złączona z Rzymem, że chociaż piszę, nie mogę rozróżnić, ale tak jak jest, czyli jak widziałam. Widziałam w kaplicy naszej Pana Jezusa wystawionego w monstrancji na wielkim ołtarzu. Kaplica była uroczyście ubrana, a w dniu tym wolno było wejść do niej wszystkim ludziom, ktokolwiek chciał. Tłumy były tak wielkie, że ani okiem przejrzeć nie mogłam. Wszyscy z wielką radością brali udział w tej uroczystości, a wielu z nich otrzymało to, co pragnęło. Ta sama uroczystość była w Rzymie w pięknej świątyni i Ojciec Święty z całym duchowieństwem obchodził tę uroczystość.(…) Wtem nagle zostałam porwana w bliskość Jezusa i stanęłam na ołtarzu obok Pana Jezusa, a duch mój został napełniony tak wielkim szczęściem, którego ani pojąć, ani napisać nie jestem w stanie. Głębia pokoju i odpocznienia zalewała duszę moją. – Jezus pochylił się ku mnie i rzekł łaskawie: Czego pragniesz, córko Moja? – I odpowiedziałam: Pragnę chwały i czci dla miłosierdzia Twojego. – Cześć już odbieram przez założenie i obchodzenie święta tego; czego jeszcze pragniesz? – I spojrzałam na te wielkie rzesze, które oddawały cześć miłosierdziu Bożemu, i rzekłam do Pana: Jezu, błogosław tym wszystkim, którzy są zgromadzeni dla oddania Ci czci, nieskończonemu miłosierdziu Twemu. Jezus zakreślił ręką znak krzyża świętego; błogosławieństwo to odbiło się na duszach blaskiem światła. Duch mój zatonął w Jego miłości, czuję, jakobym się rozpłynęła w Bogu i znikła w Nim. Kiedy przyszłam do siebie, głęboki spokój zalewał duszę moją, i udzieliło się umysłowi mojemu dziwne zrozumienie wielu rzeczy, które przedtem były mi niezrozumiałe (Dz. 1044-1048). W czasie uroczystości kanonizacyjnej najokazalej przedstawiał się regiment polski- kaszubski, w błękitnych koletach z żółtymi ładownicami, złożony z tęgich na schwał chłopów, rosłych i tak dobranych, że jeden wydawał się być drugiemu bratem. Chciałbym w tym miejscu wyakcentować inną ważną kwestię odnośnie miłosierdzia Boga względem ludzkości, żeby ciemności nie zapanowały nad światem. Pięknie brzmi to proroctwo Siostry Faustyny o przyjściu Króla miłosierdzia na progu trzeciego tysiąclecia chrześcijaństwa. W “Dzienniczku” czytamy: (83) Nim przyjdę jako Sędzia sprawiedliwy, przychodzę wpierw jako Król miłosierdzia. Nim nadejdzie dzień sprawiedliwy, będzie dany ludziom znak na niebie taki. Zgaśnie wszelkie światło na niebie i będzie wielka ciemność po całej ziemi. Wtenczas ukaże się znak krzyża na niebie, a z otworów, gdzie były ręce i nogi przebite Zbawiciela, będą wychodziły wielkie światła, które przez jakiś czas będą oświecać ziemię. Będzie to na krótki czas przed dniem ostatecznym. (635) ja dałam Zba­wiciela światu, a ty masz mówić światu o Jego wielkim miłosierdziu i przygotować świat na powtórne przyjście Jego, który przyj­dzie nie jako miłosierny Zbawiciel, ale jako Sędzia sprawiedliwy. O, on dzień jest straszny.(…) Postanowiony jest dzień sprawiedliwości, dzień gniewu Bożego, drżą przed nim aniołowie. Mów duszom o tym wielkim miłosierdziu, póki czas zmiłowania; jeżeli ty teraz mil­czysz, będziesz odpowiadać w on dzień straszny za wielką liczbę dusz. Nie lękaj się niczego, bądź wierna do końca, ja współczuję z tobą. (686) Wrzesień. Pierwszy piątek. Wieczorem ujrzałam Matkę Bożą, z obnażoną piersią i zatkniętym mieczem, rzewnymi łzami płaczącą, i zasłaniała nas przed straszną karą Bożą. Bóg chce nas dotknąć straszną karą, ale nie może, bo nas zasłania Matka Boża. Lęk straszny przeszedł przez moją duszę, modlę się nieustannie za Polskę, drogą mi Polskę, która jest tak mało wdzięczna Matce Bo­żej. Gdyby nie Matka Boża, na mało by się przydały nasze zabiegi. (687) W pewnej chwili, kiedy przechodziłam korytarzem do kuchni, usłyszałam w duszy te słowa: Odmawiaj nieustannie tą koronką, której cię nauczyłem. Ktokolwiek będzie ją odmawiał, dostąpi wiel­kiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Kapłani będą podawać grzesz­nikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko zmówi tę koronką, dostąpi łaski z nies­kończonego miłosierdzia mojego. Pragnę, aby poznał świat cały mi­łosierdzie moje; niepojętych łask pragnę udzielać duszom, które ufa­ją mojemu miłosierdziu.(699) W pewnej chwili usłyszałam te słowa: Córko moja, mów światu całemu o niepojętym (138) miłosierdziu moim. Pragnę, aby święto Miłosierdzia było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrz­ności miłosierdzia mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia mojego; która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii św., dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar; w dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łas­ki; niech się nie lęka zbliżyć do mnie żadna dusza, chociażby grze­chy jej były jako szkarłat. Miłosierdzie moje jest tak wielkie, że przez cala wieczność nie zgłębi go żaden umysł, ani ludzki, ani anielski. Wszystko, co istnieje, wyszło z wnętrzności miłosierdzia mego. Każda dusza w stosunku do mnie rozważać będzie przez wiecz­ność całą miłość i miłosierdzie moje. Święto Miłosierdzia wyszło z wnętrzności (139) moich, pragnę, aby uroczyście obchodzone było w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd nie zwróci się do źródła miłosierdzia mojego. (848) Wtem usłyszałam glos podczas odmawiania tej koronki: O, jak wielkich łask udzielę duszom, które odmawiać będą tę koronkę, wnętrzności miłosierdzia mego poruszone są dla odmawiających tę koronką. Zapisz te słowa, córko moja, mów świa­tu o moim miłosierdziu, niech pozna cała ludzkość niezgłębione mi­łosierdzie moje. Jest to znak na czasy ostateczne, po nim nadejdzie dzień sprawiedliwy. Póki czas, niech uciekają się do źródła miłosierdzia mojego, niech korzystają z krwi i wody, która dla nich wytrysła. O dusze ludzkie, gdzie się schronicie w dzień gniewu Bo­żego? (1732) Gdy się modliłam za Polskę, usłyszałam te słowa: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje. (Chodzi o papieża Jana Pawła II.) O trzeciej godzinie – powiedział Pan Jezus do siostry Faustyny w październiku 1937 roku w Krakowie – błagaj Mojego miłosierdzia szczególnie dla grzeszników i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, szczególnie w Moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego (Dz. 1320). Taka jest historia powstania tej formy kultu Miłosierdzia Bożego. Kilka miesięcy później Pan Jezus powtórzył to żądanie określając cel jej ustanowienia, obietnice związane z praktykowaniem modlitwy w tej godzinie oraz sposoby jej obchodzenia. Godzina Miłosierdzia jest formą kultu, w której czcimy moment konania Jezusa na krzyżu (15.00), kiedy to stała się łaska dla świata całego – miłosierdzie zwyciężyło sprawiedliwość (Dz. 1572). Z modlitwą w godzinie Miłosierdzia związał Pan Jezus obietnice wszelkich łask. W tej godzinie – powiedział – nie odmówię duszy niczego, która Mnie prosi przez mękę Moją (Dz. 1320). W godzinie tej uprosisz wszystko dla siebie i dla innych (Dz. 1572). Chrystus postawił więc trzy warunki konieczne dla spełnienia obietnic: modlitwa ma mieć miejsce o godzinie 3.00 po południu, ma być skierowana do Pana Jezusa i winno się w niej odwoływać do wartości i zasług Jego męki. Ponadto trzeba jeszcze zaznaczyć, że przedmiot modlitwy musi być zgodny z wolą Bożą, a sama modlitwa powinna być ufna, wytrwała i połączona z uczynkami miłosierdzia, co jest warunkiem prawdziwego nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego. Pan Jezus udzielił również wskazówek dotyczących sposobów modlitwy w godzinie Miłosierdzia: Staraj się w tej godzinie – powiedział – odprawiać drogę krzyżową, o ile ci na to obowiązki pozwolą; a jeżeli nie możesz odprawić drogi krzyżowej, to przynajmniej wstąp na chwilę do kaplicy i uczcij Moje Serce, które jest pełne miłosierdzia w Najświętszym Sakramencie; a jeżeli nie możesz wstąpić do kaplicy, pogrąż się w modlitwie tam, gdzie jesteś, chociaż przez króciutką chwilę (Dz. 1572). Kardynał August Hlond (1881-1948), prymas Polski, arcybiskup warszawski i gnieźnieński był nie tylko wielkim sługą Kościoła katolickiego podczas niezwykle dramatycznego okresu naszych dziejów, ale i gorącym patriotą, on także posiadał dar prognozowania przyszłości. Pisał: “(…) Bóg nas na to pozostawił przy życiu i sposobi nas do zadań w przyszłości, byśmy jako naród byli światu wzorem zdrowego chrześcijańskiego życia zbiorowego, a jako jednostki budowali się wzajemnie przykładem szczerych cnót ewangelicznych. Bez wahania decydujemy się pójść w przyszłość z Bogiem. Jutro Polski będzie wielkie i szczęśliwe, bo oparte na trwałych wartościach moralnych narodu i opromienione łaską oraz błogosławieństwem Stwórcy(…) Polska urośnie do znaczenia i potęgi moralnej i będzie natchnieniem przyszłości Europy, jeżeli nie ulegnie bezbożnictwu, a w rozgrywce pozostanie niezachwianie po stronie Boga. Jako promieniujący ośrodek chrześcijański Polska będzie powagą i może odegrać rolę wzoru oraz pośredniczki oczekiwanego braterstwa narodów, którego sama li tylko gra dyplomatyczna zbudować niepodobną. Na rozstaju dziejowym Polska nie powinna się przeto zawahać, nie powinna zbaczać ze swej drogi, lecz iść za swym powołaniem, nie uczyć się zła od nikogo, a wszystkim podawać naukę prawdy i dobra”. Z notatek kard. Augusta Hlonda przekonujemy się o tym, że przyjdą czasy, kiedy Bóg w ręce swej Matki na pewien czas złoży atrybut swej wszechpotęgi. Polska nie zwycięży bronią, ale modlitwą, pokutą, wielką miłością bliźniego i różańcem. Polska będzie przewodniczka narodów. Maryja obroni świat od zagłady zupełnej. Polska nie opuści sztandaru Królowej Nieba. Nastąpi wielki triumf Serca Matki Bożej, po którym dopiero zakróluje Zbawiciel nad światem, przez Polskę. W naszych czasach słusznie mówią o Polsce jej syny: Odnowiona Polska będzie promieniować kulturą na cały świat, wyda wtedy wielkiego Papieża i zajmie świetne stanowisko pomiędzy wszystkimi narodami. Nawet sztuka i poezja polska zasłyną na całym świecie. Polska będzie światu torowała najszczęśliwszą drogę do Boga. Cóż powiedzieć więcej. Przyjdź królu miłosierdzia. I niech tak już będzie zawsze w tych czasach ostatecznych.

cesarz rzymski i papież

Stanisław Barszczak, Wieniec od nieznajomego—

Wprowadzenie

Papież Klemens VII urodzony 26 maja 1478, zmarł 25 września 1534, pochodził z rodu Medyceuszy. Był nieślubnym synem Juliana Medyceusza i jego metresy, Fioretty Gorini. Jego stryjem był Wawrzyniec Wspaniały, a kuzynami – kardynał Hipolit Medyceusz i papież Leon X. Urodził się miesiąc po zamordowaniu Juliana i otrzymał imiona Giulio Zenobio.
W 1513 został, przez Leona X, kreowany kardynałem i mianowany arcybiskupem Florencji. 4 lata później został wicekanclerzem Kościoła Rzymskiego, gdzie odpowiadał za politykę papieską w stosunku do Marcina Lutra. W 1521 roku przygotowywał sojusz Leona X z Karolem V, a jednocześnie sprawował władzę w rodzinnej Florencji (od 1519). Po śmierci Hadriana VI, pierwszego nie-Włocha na stolicy Piotrowej, konklawe trwało 50 dni. 1 października 1523 trzydziestu pięciu elektorów zebrało się w Kaplicy Sykstyńskiej. Młody wicekanclerz Medyceusz, był popierany przez cesarza, a także zapewnił sobie poparcie Wenecji, z którą prowadził wcześniej korespondencję. Głównym kontrkandydatami byli Pompeo Colonna i Alessandro Farnese. Było także kilku popieranych kardynałów spoza Włoch (m.in. Thomas Wolsey), lecz nastroje w Rzymie nie pozwoliły tym razem na elekcję obcokrajowca. Giulio Medici został wybrany 19 listopada 1523. Jedną z pierwszych inicjatyw nowego papieża, było zaprowadzenie pokoju pomiędzy władcami chrześcijańskimi, w celu zawiązania szerokiej koalicji przeciwko Turkom. Usiłował więc doprowadzić do rozejmu pomiędzy królem Francji, Franciszkiem I, a cesarzem Karolem V. Działanie to było także powodowane troską o Florencję. Początkowo odmówił Karolowi odnowienia sojuszu obronnego, a po podbiciu Mediolanu (1524) przez Franciszka, zawarł sojusz z francuskim królem i z Wenecją (na przełomie 1524 i 1525).

Kiedy Francja poniosła klęskę w bitwie pod Pawią, papież zwrócił się do Karola. Kolejną zmianę politycznego frontu przedstawił Klemens w maju 1526, kiedy to założył z Francją, Mediolanem, Wenecją i Florencją Ligę Świętą przeciw cesarzowi Karolowi V. W konsekwencji, cesarz najechał na Rzym i złupił go 6 maja 1527. Papież został zmuszony do ukrycia się w Zamku św. Anioła, lecz 5 czerwca tegoż roku został wzięty do niewoli. Dzięki obietnicy zapłacenia dużego odszkodowania i innych ustępstwach, papież został uwolniony w grudniu 1527. Ponieważ jednak Rzym został zniszczony, Klemens mieszkał w Orvieto oraz w Viterbo. W tym czasie Karol starał się przekonać papieża do zwołania soboru, w celu przerwania herezji. Pokój pomiędzy nimi został oficjalnie podpisany w czerwcu 1529 i przypieczętowany koronacją Karola na cesarza 24 lutego 1530. Klemens zbliżył się też do króla Franciszka, wydając swoją krewną za mąż za syna króla, Henryka.

Klemens VII przyczynił się także do oderwania się Anglii od Kościoła katolickiego, poprzez postawę wobec Henryka VIII. Początkowo chciał spełnić prośbę króla, o unieważnienie jego małżeństwa z Katarzyną Aragońską, lecz następnie przeniósł rozpatrywanie tej sprawy do Rzymu, by w 1533 ekskomunikować Henryka i unieważnić jego rozwód. Klemensowi nie udało się także zahamowanie rozwoju luteranizmu w Skandynawii, ani zwinglianizmu w Szwajcarii. Jedną z nielicznych udanych inicjatyw, było erygowanie kilku biskupstw w Ameryce Południowej.
Klemens był podejrzewany o posiadanie nieślubnego syna, Aleksandra Medyceusza. Jego matką była czarnoskóra, afrykańska niewolnica. Dobrze poinformowany kardynał Gasparo Contarini twierdził, że Aleksander był synem Wawrzyńca Wspaniałego. Jednak współcześni badacze i historycy potwierdzają tezę, że Aleksander był synem Klemensa VII. Papież prowadził się nienagannie po elekcji, lecz gdy jeszcze był kardynałem, zdarzały mu się ekscesy.
W czasie swojego pontyfikatu kreował 33 kardynałów, podczas 14 konsystorzy. W czasie pontyfikatu Hadriana VI artyści renesansowi nie przebywali w Rzymie. Na wieść o elekcji Klemensa natychmiast powrócili, mając nadzieję, że papież będzie ich mecenasem, tak jak miało to miejsce za czasów poprzedniego Medyceusza, Leona X.
Okres jego pontyfikatu jest negatywnie oceniany przez historyków Kościoła – Klemens jest uważany za typowego papieża renesansu. Papież obawiał się koncyliaryzmu (a więc utraty własnej realnej władzy) i głównie z tego powodu odmawiał zdecydowanie zwołania soboru. John Kelly uważał go za papieża niezdecydowanego i nierozumiejącego zmian zachodzących w Kościele.
Ludwig von Pastor uznał, że Klemens był jednym z najbardziej pechowych papieży. Świadczy o tym fakt, jak szybko został zapomniany, a to co zapamiętano, to katastrofalny stan finansów i wysokie podatki. Nawet związany z Medyceuszami, Guiccciardini oskarżał go o “chłód serca”, słabość, niezdecydowanie i dwulicowość.

Zdaniem współczesnego Klemensowi historyka, Paolo Giovio, papież był pozbawiony wielkoduszności i szczodrości, a cechowała go obłuda i skąpstwo. Ponadto Jovius uważał, że Klemens nikogo nie nienawidził i nikogo nie kochał. Polemikę z Joviusem podjął florencki polityk i pisarz, Francesco Vettori, który stwierdził, że nikt lepszy od Klemensa, nie zasiadał na Tronie Piotrowym. Do oceny Pastora, przyłączył się także Ferdinand Gregorovius, który uważał papieża za człowieka słabego, bojaźliwego i małego serca. W jego opinii bierność Klemensa wobec reformacji była brzemienna w skutkach dla Kościoła na całym świecie. Obarczył go także winą za stan finansów i Kurii Rzymskiej.

 

I
34 tysiące żołnierzy cesarskich pod dowództwem Francuza, księcia Bourbon Karola III, wkroczyło do Lombardii w 1527 roku. Wśród nich było 6 tysięcy Hiszpanów, 14 tysięcy niemieckich landknechtów Georga von Frundsberga oraz oddziały włoskie. Na opłacenie ogromnej armii nie starczyło jednak Karolowi Habsburgowi pieniędzy. Zirytowani tym żołnierze zbuntowali się i zażądali od Karola de Bourbon, by poprowadził ich na Rzym. Bourbon nie miał innego wyjścia jak tylko przystać na żądanie swoich żołnierzy. Pod mury Rzymu armia podeszła 5 maja. Miasta broniło 5 tysięcy milicjantów Renzo di Ceriego i pięćsetosobowa papieska Gwardia Szwajcarska Kaspara Röista. Na korzyść obrońców przemawiały potężne mury i posiadanie artylerii, której nie miała armia Bourbona. Cesarscy żołnierze przystąpili do szturmu 6 maja. W trakcie natarcia poległ Karol Bourbon. Książę nosił biały płaszcz, by jego żołnierze widzieli go podczas bitwy, jednak dzięki niemu stał się też łatwym celem dla przeciwnika. Szturm okazał się skuteczny. Mury miejskie zostały sforsowane. Śmierć dowódcy spowodowała, że żołnierze cesarscy zaczęli działać na własną rękę. Dowodzenie objął Philibert de Chalon, jednak nie posiadał takiego autorytetu jaki miał Bourbon.
Na schodach Bazyliki Świętego Piotra doszło do masakry szwajcarskich gwardzistów. Zginął Kaspar Röist. Część gwardzistów jednak ocalała i udało im się bezpiecznie ewakuować papieża z Watykanu. Przy użyciu sekretnego 800-metrowego przejścia uciekł on do Zamku Świętego Anioła. Żołnierze cesarscy dokonali egzekucji na około tysiącu pochwyconych obrońców miasta, po czym przystąpili do łupienia swojej zdobyczy. Kościoły i klasztory, a także pałace prałatów i kardynałów zostały splądrowane i zniszczone. Nawet popierający cesarza kardynałowie musieli przekupywać żołnierzy, by uratować swoje majątki.
8 maja do Rzymu wkroczył osobisty wróg Klemensa VII, kardynał Pompeo Colonna, prowadząc chłopów ze swoich dóbr, którzy mogli się teraz odpłacić za najazdy armii papieskich, jakich doświadczyli wcześniej. Jednak nawet Colonnę wzruszył los Rzymu i łaskawie wpuścił do swojego pałacu uciekających przed siepaczami mieszkańców.
Po trzech dniach plądrowania, de Chalon zarządził jego zakończenie, jednak niewielu żołnierzy go posłuchało. 6 czerwca Klemens VII, wciąż przebywający w Zamku Świętego Anioła, poddał się i w zamian za swoje bezpieczeństwo zgodził się zapłacić 400 tysięcy dukatów i oddać cesarzowi Parmę, Piacenzę, Civitavecchię i Modenę. W wyniku „sacco di Roma” zginęło kilka tysięcy rzymian, a dużo więcej zostało wypędzonych ze swoich domów.
Cesarz Karol V był zakłopotany postępowaniem swoich żołnierzy, ale na pewno ucieszył go fakt, że udało się skutecznie uderzyć w serce papiestwa i uwięzić samego Klemensa VII. Papiestwo zostało wyeliminowane z wojny. Przez sześć miesięcy papież pozostawał więźniem w Zamku Świętego Anioła. W końcu udało mu się uciec w przebraniu handlarza. Powrócił do wyludnionego i zniszczonego Rzymu dopiero w październiku 1528 roku. Franciszek I, by ratować równowagę sił, zawarł przymierze z królem Anglii Henrykiem VIII.

II
W nocy nie mógł zasnąć, przypomniał sobie swoje spotkania z papieżem Hadrianem. Pomimo że pierwsze spotkanie z papieżem zbiło arcybiskupa Florencji z tropu i pozostawiło po sobie nieprzyjemne wrażenie, Giulio uważał to za dość naturalne, iż papież pragnął zawsze spotkać się z watykańskimi dygnitarzami jak najszybciej. Właśnie przyniósł ze sobą teczkę, w której zgromadził pomysły kategorycznie odrzucone przez Hadriana niespełna tydzień wcześniej. Chociaż wierni słudzy papieża zachowywali niewzruszone milczenie na temat intencji Hadriana, wśród członków Kurii krążyły pogłoski wskazujące na niego jako na prawą rękę nowego papieża i najprawdopodobniej przyszłego sekretarza Stanu. To tak niedawno. Tej nocy wydawało mu się, że jako sześciolatek doił kościste krowy, nosił pomyje świniom do chlewa przy domu i podbierał małe jajka patykowatym kurom. Nawet kiedy zaczął uczęszczać do wiejskiej szkoły oddalonej o osiem mil od domu, jego dni wypełniała taka czy inna praca, którą zaczynał, nim nastawał świt, a kończył po zmroku.
W dniu dzisiejszym wspomniał matkę, która mówiła do niego zawsze tak, jakby przyszłość była hipotetycznym problemem do rozwiązania…

A teraz miała się odbyć audiencja dla kardynała Lorenzo Campeggio. Kardynał został zaproszony do papieskich komnat. Klemens przyjął go chłodno, choć z nieskrywaną z radością.
– Musimy poważnie porozmawiać, przyjacielu. Jak wspomniałem, mój kapelan jest już w drodze do Norymbergi, wioząc odpowiednie instrukcje dla nuncjusza. Jeśli książęta przyjmą propozycję, będziemy mogli zrealizować, punkt po punkcie, wasze pomysły, które szczerze mówiąc zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Na chwilę przerwał:
– Nie spodziewałem się was tak szybko, przyjacielu.
– Nie jestem jednym z tych, którzy każą papieżowi czekać. Wezwał mnie i oto jestem.
Kardynał Lorenzo Campeggio uśmiechnął się, głęboko zaszczycony, i pochylił głowę w geście szacunku. Jak na razie wszystko szło tak, jak planował Klemens. Ale furia watykańskiej Kurii, zgodnie z oczekiwaniami, miała za chwilę wybuchnąć…
Jeszcze przed najazdem na Rzym, w 1524 roku, papież wysłał do Niemiec kardynała jako swojego legata. Na obradach w Norymberdze domagano się zwołania soboru w Trydencie. Ostatecznie odbył się jedynie zjazd stanów niemieckich 8 kwietnia 1530. W Augsburgu uchwalono reformacyjne Credo (tzw. Wyznanie augsburskie, będące jednym z dokumentów założycielskich Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego).

III
Jednym z głównych dzieł wykonanych w tamtych czasach było udekorowanie Stanzy Watykańskich; praca nad nimi została rozpoczęta jeszcze przez Rafaela za pontyfikatu Leona X. Papież współpracował także ze związanym ze swoim rodem historykiem, Francesco Guicciardinim, a także z filozofem i politykiem Niccolò Machiavellim. Zlecał prace artystom takim jak: Benvenuto Cellini czy Michał Anioł; temu ostatniemu, pod koniec pontyfikatu, polecił namalować słynny fresk – Sąd Ostateczny. Jest czerwiec 1527.

Pożądanie i uczenie się. To naprawdę wszystko to, co jest, prawda? pytał się w duchu.Na co oczekiwałeś? pytał siebie. Albowiem poczuł się w końcu, jakby zaczynał być nauczycielem, który jest po prostu człowiekiem, dla którego biblia jest jedyną prawdą, który przejmuje godność sztuki, która ma niewiele wspólnego z jego głupotą lub słabością czy nieudolnością jako człowieka.
Do komnat papieskich wszedł Nicolo Macchiaveli. Pewność siebie Klemensa VII była zadziwiająca. Jakkolwiek miał czterdzieści dziewieć lat, a nie mógł przewidzieć nic co przed nim, czym chciał się cieszyć, ani odrobinę tego co za nim, o co zatroszczył się, aby pamiętać.
Znowu zaczął mówić, tym razem nieco żywiej.
-Wojna nie tylko zabija kilka tysięcy lub kilkaset tysięcy młodych ludzi. Ale zabija coś w ludziach, co nigdy nie można odwrócić. A jeśli ludzie przechodzą przez wystarczającą ilość wojen, wkrótce wszystko, co pozostało jest brutalne, istota, taka jak my-wy i ja i inni tacy jak my, są edukowane z szlamu.
-Ale trzeba wiedzieć, że dwa są sposoby prowadzenia walki, trzeba przeto być lisem i lwem.
Podczas gdy oni rozmawiali wspominali lata swojej młodości, a każda myśl inna od drugiej, jakby była z innego czasu.
– Umiłowanie literatury, języka, tajemnicy umysłu i serca, pokazujące się w jednej minucie, dziwne i nieoczekiwane kombinacje liter i słów, w najczarniejszym i najzimniejszym wydruku- miłość, którą musiał ukrywać, jakby była nielegalna i niebezpieczna, teraz zaczął ją wyświetlać, początkowo nieśmiało, a potem śmiało, a następnie z dumą.
– Musisz pamiętać, kim jesteś i co wybrałeś, żeby się stać, a nawet znaczenie tego, co robisz. Istnieją wojny i klęski i zwycięstwa rodzaju ludzkiego, które nie są wojskowe i które nie są zapisane w annałach historii. Pamiętaj to, gdy starasz się zdecydować, co robić.
Czasami, gdy był zanurzony w swoich książkach, przychodziła do niego świadomość wszystkiego, co nie wiedział, wszystkiego, co nie przeczytał; i spokój, dla którego pracował, bywał rozbity, gdy uświadomił sobie jak mało czasu miał w życiu, by przeczytać tak dużo, aby dowiedzieć się, co musiał wiedzieć. Ale dopiero w jego piędziesiątym roku nauczył się, co inni, znacznie młodsi, nauczyli się długo przed nim: że osobę, którą kocha się pierwszą nie jest osobą, którą kocha się jako ostatnią, i ze ta miłość nie jest celem, lecz procesem, przez który jedna osoba usiłuje poznać drugiego.
– Biedny tata Juliusz. Odszedł za wcześnie. Ale i tak ludzie prędzej puszczają w niepamięć śmierć ojca niż stratę ojcowizny.
– Nie było ci w życiu łatwo, prawda? zagadnął go przyjaciel.
Papież pomyślał przez chwilę, zanim odpowiedział.
– Nie. Ale chyba nie chciałem, żeby było.
Papież wysłuchał jego słów spadających jakby z ust drugiego po Bogu, nadto obserwował jego twarz, a przyjmował te słowa jak kamień przyjmuje wielokrotne ciosy pięścią. Czuł się zwyciężonym.
-Piękna jest twojego autorstwa historia miasta Florencji, ożywił się Klemens VII.
Potem przez kilka chwil w godzinach wieczornych rozmawiali cicho i niedbale, jakby byli starymi przyjaciółmi lub wyczerpanymi wrogami…

IV
Bolonia uroczyście w pełnym słońcu przeżywa koronację Karola V na cesarza Świętego Cesarza Rzymskiego. Koronacji dokonał 24 lutego 1530 r. w Bolonii papież Klemens VII. Ale już papież Juliusz II zezwolił Maksymilianowi I tytułować się cesarzem bez koronacji papieskiej, od tamtej pory uznano, że nie koronacja przez papieża, a wybór przez elektorów Rzeszy daje prawo do tytułowania się cesarzem rzymskim, przyjęto tytuł Electus Romanorum Imperator (Wybrany Cesarz Rzymski). W wypadku, gdy elekcja odbywała się za życia panującego cesarza (vivente imperatore) elekt przyjmował tytuł króla Rzymian (Niemiec). Tytuł cesarski przejmował w owej sytuacji, automatycznie po śmierci poprzednika. Od czasów Maksymiliana I przeprowadzano również jedną koronację, dokonywaną przez elektorów duchownych, która odbywała się niezwłocznie po wyborze. Ostatnim cesarzem rzymskim koronowanym przez papieża był Karol V w 1530, od 1519 jako wybrany cesarz rzymski.

Epilog
W czerwcu 1534 Klemens poważnie zachorował. Po krótkiej poprawie, jego stan znowu się pogorszył; lekarze podejrzewali, że może to być skutek otrucia. Według różnych opinii, dolegliwości gastryczne mogły mieć złośliwy charakter lub też być wynikiem utworzenia się w ciele przetoki. W lipcu i sierpniu, stan papieża ulegał gwałtownym zmianom – raz wyglądał na całkowicie zdrowego, a innym razem był umierający. 21 września 1534 nastąpiło gwałtowne pogorszenie – znacznie wzrosła gorączka, a Klemens nagle osłabł. Zmarł 4 dni później.
W Cagliari na majestatycznej górze wznosi się imponująca katedra Santa Maria z XIII w., z fasadą w stylu pizańskim. Szczególnie cenne są płaskorzeźby ambony z 1160 r. mistrza Guglielmo z Pizy. Piękna jest też wydrążona w skale krypta Świętych Męczenników Cagliari, bogato zdobiona kolorowymi marmurami. Można do niej wejść i oglądać figury świętych i kamienne urny z prochami 197 męczenników. Świątynia słynie dzisiaj z Tryptyku Klemensa VII; w prawej nawie wisi kopia słynnego dzieła Flamanda Rogiera van der Weydena (oryginał wystawiany jest w święto Wniebowzięcia 15 sierpnia). Cudem uratowani z burzy żołnierze Karola V, wylądowawszy w Cagliari, oddali łupy biskupowi. Był wśród nich i słynny tryptyk Klemensa VII, który wykradziono z osobistych komnat papieskich. Data „sacco di Roma” jest symbolicznym końcem renesansu we Włoszech.
Grobowiec papieża znajduje się w rzymskiej bazylice Najświętszej Maryi Panny “sopra Minerwa”. Ale jako iż powszechnie został uznany za odpowiedzialnego za niezręczną politykę, która doprowadziła do tragedii Rzymu, jego grobowiec smarowano gnojem, a wypisane na płycie nagrobnej imię Clemens (łac. łaskawy) Pontifex Maximus – nieznany osobnik zmienił na InClemens czyli bezlitosny. Jakkolwiek w pewnej odległości od grobu widać było również położony wieniec od nieznajomego z Florencji.
(informacje o Klemensie VII zostały zaczerpnięte przez internet, przypadki tutaj opisane stanowią licentia poetica autora)

Tytuł 21

Stanisław Barszczak, Pielgrzymka do Chorwacji była piękna jak wiosna —
Tak, można powiedzieć, żeśmy wałkonili się na kempingu. To nie jest zabronione, co? Były to jedyne wakacje mojego życia, czas rekolekcji prowadzonych przez Ojców Gabrielistów w dalekiej Chorwacji. I mogliśmy sobie pozwolić na to, żeby się obijać, bo wtedy byliśmy, że tak powiem, bogatymi próżniakami. Nie spodziewałem się takiego wspaniałego klimatu do modlitwy. Przejdę do rzeczy. O czym to ja? Kemping, bungalow tak? Nad Adriatykiem na wyspie Krapanij. To nic nadzwyczajnego, jednopokojowy domek, kawałek plaży i stara ogrodowa przystań. Siadaliśmy pod zadaszeniem w ogrodzie klasztornym, słuchaliśmy nauk rekolekcyjnych i patrzyliśmy, jak życie się toczy. Posesja klasztoru stoi na brzegu– a oboje wiecie, jak tam jest, płytka woda, trzciny, krzaki i nic więcej. Południowy brzeg wyspy jest ładniejszy, z dużymi domami, takimi, co to letnicy koniecznie muszą je mieć; wyobrażam sobie, że kiedy patrzyli na nasze domki letniskowe i przyczepy mieszkalne, mówili między sobą, jakie to przykre, że oni muszą żyć w takich warunkach, bez kortu tenisowego i w ogóle. Mogli sobie myśleć, co chcieli. Nam było dobrze. Mieliśmy wodę bieżącą i nie musieliśmy po nocy latać do wychodka. Mówię, było dobrze. W każdym razie rekolekcje spadły z nieba..To był uśmiech losu numer jeden. A były złote lata moich podróży po świecie, jak pewnie pamiętacie, i wtedy zaczęło się dla nas życie jak w Madrycie. Śpiewy, Msze święte po chorwacku, następnie wspólny obiad w refektarzu klasztornym, po obiedzie gra w siatkówkę na kempingu, słońce ostro przygrzewa, słychać głośne cykady. A zaczęło się tak. W tamtym czasie często spotykaliśmy się, ja z Bratem Genaro z zakonu Gabrielistów. Ci ostatni świeżo co pobudowali klasztor w centrum miasta, za murem Seminarium Duchownego. Było gorąco, właściwie nie mieliśmy już po co siedzieć w Częstochowie, przynajmniej dopóki było ciepło. Podróż na Krapanij to była pielgrzymka autokarowa. Na miejscu nikt nam nie przeszkadzał, nie było przejść z tymi makaroniarzami z drugiego brzegu, z Częstochowy i z Medjugoria przyjeżdżaliśmy do klasztoru i zostawaliśmy gdzieś tak dziesięć dni. Nastał piękny sierpniowy wieczór, zostałem zachęcony, aby wybrać się na spacer. Powiedziałem, że chętnie, więc wyszliśmy z krzesłami na koniec przystani, oglądając zachód słońca. Dobrze nam tam było, lepiej niż wielu. Rozmodlony Brat Genaro, moja krew. Z takim podejściem do życia nigdy nie dostaniesz wrzodów. -A teraz chodźmy się przespać- powiedziałem jakby do siebie. I tak zrobiliśmy. Obudziliśmy się koło siódmej, a koło dziewiątej zaczęliśmy modlitwy. W tym czasie nie słyszeliśmy o żadnych katastrofach na lądzie czy morzu. A przecież zdarzyło się, że pijany kierowca zabił kogoś pewnej nocy. Można powiedzieć, że to ironia losu, tragedia albo że po prostu takie jest życie. Nie wiem, nie jestem filozofem. Dobrze choć, że na przykład nie wiózł swojej rodziny. I mam nadzieję, że regularnie opłacał ubezpieczenie. No dobra, to jest tło sytuacji. Teraz przejdziemy do sedna. Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że za murem biwakuje rodzina Fiore, która miała dom dokładnie naprzeciwko nas, duży, biały, z filarami i trawnikiem sięgającym do plaży, która była czyściutka, piaszczysta, nie kamienista jak nasza. W środku pewnie z tuzin pokojów. Może nawet dwadzieścia parę, jeśli liczyć domek gościnny. Swoją działkę nazwali Obóz Dwanaście Sosen, ponieważ dookoła głównego domu rosły sosny, prawie jak ogrodzenie. Obóz! Boziu drogi, toż to była prawdziwa posiadłość. I owszem, mieli kort tenisowy. Oprócz tego siatkę do badmintona, teren pod golfa. Podobno przyjeżdżali pod koniec czerwca, zostawali do początku września, a potem zamykali chatę na cztery spusty. Taki wielki dom, a dziewięć miesięcy w roku stał pusty. Wierzyć się nie chciało. Ojciec Gabrielista w jego języku włoskim jednak nie dziwił się. Stwierdził, że my jesteśmy „bogaci z przypadku”, ale ci Fiore to prawdziwi bogacze. -Tylko że ich pieniądze są brudne – powiedział.Wszyscy wiedzą, że Pietro Fiore ma powiązania. Pieniądze podobno pochodziły z prowadzenia legalnie Firmy. Jesteście gliny, więc resztę możecie sobie dopowiedzieć sami. Jak mawiała moja zmarła mama, kiedy dodać dwa do dwóch, nigdy nie wyjdzie pięć. Po przyjeździe Fiore wszystkie pokoje w dużym białym domu były zajęte, tyle powiem. Te w „domku gościnnym” też. Pewnego razu patrzyłem za mur, kończyliśmy słuchać konferencji duchowej z Ośmiu Błogosławieństw. Ojciec Rekolekcjonista wznosił za nich toast swoim Sombrero i uśmiechając się mówił, że namnożyło się tych Fiore jak mrówków. Potrafili się bawić, co prawda, to prawda. Urządzali grille, ganiali się z pistoletami na wodę, młodzi śmigali na skuterach wodnych -mieli ich chyba z pół tuzina, w tak jaskrawych kolorach, że oczy bolały patrzeć. Wieczorami grali w futbol, zwykle było ich tylu, że mogli wystawić dwie drużyny po jedenastu, a kiedy robiło się za ciemno, żeby widzieć piłkę, śpiewali. Koło jedenastej w nocy impreza się kończyła. Nie wiem, czy któryś z sąsiadów protestowałby, nawet gdyby śpiewy i trąbienie trwały do trzeciej nad ranem; było nie było, wszyscy na naszym brzegu mieli Pietro Fiore za takiego prawdziwego Kiepurę. Następnego dnia kończyliśmy nasz pobyt na Krapanij. Z rana obszedłem wyspę dookoła, bo mam w zwyczaju wszędzie obchodzić kulę ziemską. Nadto miałem trochę zimnych ogni i parę petard. Kupiłem to wszystko przed wyjazdem na te święte ćwiczenia rekolekcyjne od brata Genaro. I to nie tak, że na niego kabluję. Bo wiem, że nie jesteście głupi. Kurczę, wszyscy wiedzieli, że w klasztorze można dostać fajerwerki. Ale pani Janina sprzedawała tylko małe, bo wtedy wszelka pirotechnika była zakazana. W każdym razie Fiore latali po brzegu, grali w futbol i tenisa, szczypali jeden drugiego w tyłek, młodsze dzieci pluskały się na płyciźnie, starsze skakały z kamieni do wody. My z Gabrielistami siedzieliśmy na krzesłach ogrodowych na końcu naszej ogrodowej przystani, wszystko było cacy, cały patriotyczny ekwipunek leżał koło nas. O zachodzie słońca dałem im zimny ogień, zapaliłem go, a potem odpaliłem od niego swój. Machaliśmy nimi w zapadającym zmroku i dzieciarnia zza muru zaraz je zobaczyła i w krzyk, że też takie chcą. No to dwaj starsi synowie Pietro Fiore rozdali każdemu po jednym i wszyscy machali nimi do nas. Ich zimne ognie były większe, paliły się dłużej niż nasze; główki miały nasączone jakimś związkiem chemicznym, dzięki któremu leciały z nich różnokolorowe iskry, nie tylko żółtobiałe jak z naszych. Teraz dopiero widzicie, i ja tam byłem, miód i wino piłem, by wam to wszystko później szczerze opowiedzieć.
(licentia poetica autora tekstu)

Matka zwycięża świat

Aforyzmy świętego Ojca Pio:
Rzućmy się jak dzieci w ramiona Matki niebieskiej.
Ofiarowaliśmy się Madonnie i będziemy zawsze wybawieni od każdego niebezpieczeństwa.
Jeśli jesteśmy oddani Maryi, powinniśmy ją naśladować.
Pragniemy czasem być dobrymi aniołami a zaniedbujemy być dobrymi ludźmi
Człowiek będzie mógł uniknąć sprawiedliwości ludzkiej ale nie boskiej.
Bądź pokorny sercem, poważny w słowie, roztropny w twoich rozwiązaniach.
Akceptuj wszelki ból i niezrozumienie ze względu na miłość Jezusa.
Nie przerażaj się ciężarem krzyża, który trzeba nieść.
Miej słodycz względem bliźniego i pokorę wobec Boga.
Modlitwa powinna być nalegająca. Zdrowy upór oznacza wiarę.
“Dlaczego” zrujnowało świat.
Ratowanie wszelkiej budowli zależy od fundamentu i dachu.
Cały dzień niech będzie przygotowaniem i dziękczynieniem do świętej komunii.
Bądź zawsze wierny Bogu i zachowuj obietnice, który mu złożyłeś.
Bądźcie zawsze silni w pokorze.
Chowaj w sercu Jezusa Chrystusa a wszystkie krzyże świata wydadzą ci się rozradowane.
Bóg jest naszym Padre- Ojcem. Kto lękałby się być synem takiego Ojca?
Tylko ci, którzy użyli, zaznali miłosierdzia otrzymają od Boga miłosierdzie.
Bóg karci, ponieważ kocha.
Gdzie nie ma posłuszeństwa, nie ma cnoty.
Jeśli nieprzyjaciel nie zaśnie, aby (cię) zgubić, to Madonna nie zostawi ani na chwilę
Jeśli nachodzi cię przygnębienie, słabość ducha, biegnij na nogach do krzyża.
Powinniśmy czynić tylko wolę Boga, reszta się nie liczy.
Jesteśmy zawsze uczciwi, odrzucając wszelką złą myśl z naszego umysłu
Jeśli stanie na nogach zależałoby tylko od nas, nie postalibyśmy ani chwili.
Nie troskajcie się szukając Boga na zewnątrz was, ponieważ jest wewnątrz was i z wami.
Jeśli Bóg nie zostawił cię w przeszłości, jak będzie mógł zostawić cię dla przyszłości.
Pamiętaj, że z Bogiem się nie żartuje.
Kiedy Jezus puka do drzwi naszego domu, otwórzmy mu i urządźmy gościnę
Błogosław tę rękę, która cię bije. To jest ręka Padre-ojca!
Jezus w Nazarecie żył życiem ukrytym. Czyń także to samo.
Kiedy znajdujesz się na modlitwie u Boga, mówi mu, czyń żeby to widział.
Jedyny lęk obrażenia mojego Boga sprawia mi drżenie, silne bóle, umieranie.
Miłość i lęk powinny iść zjednoczone.
Uświęcajmy się i wychwalajmy Pana.
(tłum. ks. stanisław Barszczak)

ARE YOU READY

Stanisław Barszczak, Gabriela, cytadela i cedry

Musi być coś szlachetnego, odważnego i ekscytującego, co mógłbym zrobić w tym roku, czyż nie? A mamy rok 2016, Światowych Dni Młodych w ojczyźnie. Marzy mi się rok jedynych wzruszeń, żeby niektórzy mówili: “Wszyscy zapewne pamiętają owo przedziwne, niewytłumaczone i niewytłumaczalne zjawisko, które miało miejsce w 2016 roku. Nieprawdopodobne plotki krążyły wśród mieszkańców miast portowych i niepokoiły umysły szerokiej publiczności, wstrząsając szczególnie silnie wyobraźnią ludzi bezpośrednio związanych z morzem. Do najwyższego stopnia zainteresowali się tą sprawą europejscy i amerykańscy kupcy, armatorzy, kapitanowie statków, szyprowie, następnie oficerowie marynarki wojennej wszystkich bander świata, wreszcie rządy wielu państw położonych na obu kontynentach.  Od pewnego czasu, mianowicie, statki zaczęły spotykać na pełnym morzu ‘coś ogromnego’, jakiś długi, wrzecionowaty, niekiedy fosforyzujący przedmiot, bez porównania większy i szybciej się poruszający niż wieloryb.” Niech to będzie złoty okręt, czy coś w tym stylu. Przyjmij mnie Boże w tym roku. Chciałbym coś takiego jedynego przeżyć. Tworzyć siły, a rozwiązanie samo przyjdzie. Nie jesteśmy wieczni, i nie możemy znieść tego, aby sprawy nasze i czyny utraciły nagle w naszych oczach wszelki sens. Wtedy bowiem obnaża się pustka, która nas otacza…”Ale ja chcę, żeby miłość trwała. Bo miłość jest tylko tam, gdzie wybór jest nieodwołalny, gdyż konieczne są postawione granice, aby człowiek się stawał. Inne szczęście daje zasadzka, polowanie czy pojmanie, a inne miłość(…) Przymuszam cię, żebyś w sobie zbudował dom. Kiedy dom będzie gotowy, przyjdzie zamieszkać w nim ten, kto w twoim sercu położy płomienną pieczęć(…) Jedyny most pomiędzy tobą i bliźnim biegnie drogą Boga.”(Antoine de Saint- Exypery) Więc idę do studni, a tam spotykam ich obu. Właśnie w tym roku o tej porze to rozkwitła idylla między Mulatką Gabrielą a Arabem Nacibem. “Najmniejszy ptaszek nie spocznie na najwspanialszym drzewie tak, by nie poruszył najdelikatniejszych strun jego życia, owych niewidzialnych nici stanowiących rdzeń życia. Tak i umysł ludzki bywa równie czuły na najlżejsze słowo.”(A. de Saint-Exypery) Zamierzyłem opisać ich razem.”Cytadelo, ja ciebie stworzę w swoim sercu. Cytadelo! Zbudowałem ciebie jak statek. Dałem mu mocne wiązania i maszty, wyposażyłem w osprzęt potrzebny i wypuściłem w przestrzenie czasu, który wytwarza przyjazne wiatry podróżne. Wiem, że nad tobą wiszą liczne zagrożenia i ciągle cię nęka groźne morze. [Ale trwaj.] Odkryłem, że człowiek podobny jest do cytadeli. Burzy mury, aby osiągnąć wolność, ale od tego momentu staje się bezbronną twierdzą, wydaną gwiazdom.” (A. de Saint-Exypery) Praw­dzi­wa miłość zaczy­na się tam, gdzie nicze­go już w za­mian nie oczekuje. “A żyć możesz tyl­ko dzięki te­mu, za co mógłbyś umrzeć.” Mądrymi oczami spojrzałem na Mulatkę Gabrielę z Arabem Nacibem. Piękna i pełna słońca jest ich wioska teraz, w tym roku upalne lato. Ona “wierzyła, iż miłość przyjść musi nagle, wśród wielkich wybuchów i błyskawic, niby huragan, który spada na życie, wzburza je do gruntu, porywa wolę jak liście drzew i pociąga całe serce w otchłań.”(Gustave Flaubert) Nie zważała na nic, nie dbała o opinię, planowała ucieczkę z Nacibem, ale on przeraził się siły uczucia, jakim go darzyła. Dla niego był to tylko przelotny flirt, jeden z wielu, więc porzucił ją, gdy zaczęła być zbyt zaborcza.”Ach! On odjechał! A razem znikł z nim jedyny urok jej życia, jedyna możliwa nadzieja radości. Dlaczego nie złapała tego szczęścia, kiedy jej się samo narzucało? Czemu nie przytrzymała go obiema rękami, choćby na klęczkach, gdy zaczęło uciekać? Rzucała na siebie przekleństwa (…), odczuwała nieprzeparte pragnienie jego warg. Brała ją chęć pobiec za nim, rzucić się w jego objęcia, powiedzieć mu: «- To ja – jestem twoja!» Lecz już wcześniej przerażały ją komplikacje związane z tak szalonym krokiem, a żądze jej, potęgowane żalem, stawały się tym bardziej gwałtowne.”(Gustave Flaubert) “Pozostajesz na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś(…)Naj­ważniej­sze jest, by gdzieś is­tniało to, czym się żyło: i zwycza­je, i święta rodzin­ne. I dom pełen wspom­nień. Naj­ważniej­sze jest, by żyć dla powrotu(…)Pus­ty­nię upiększa to, że gdzieś w so­bie kry­je studnię.”(A. de Saint-Exypery) Wioska czci Matkę Bożą Szkaplerzną. Dajcie mi modlące się matki, a uratuję świat, powiedział Augustyn z Hippony. “Kościół śpiewa, ponieważ samo słowo nie wystarcza do modlitwy.” “Być człowiekiem, to czuć, kładąc swoją cegłę, że bie­rze się udział w bu­dowa­niu świata.” Wioska odwiecznie strzeże zwyczajów modlitwy i powszechnej pieśni. Zbiór, żniwa tym razem zapowiadały się wyjątkowe, nawet miały przewyższyć wszystkie poprzednie. Oznaczało to jeszcze większe bogactwo, wzmożony dobrobyt, obfitość pieniędzy. “W perspektywie – możność kształcenia synów w najdroższych zakładach naukowych wielkich miast, wznoszenie nowych rezydencji dla rodzin na świeżo powstałych ulicach, sprowadzanie luksusowych mebli(…), fortepianów dla ozdoby salonów, powstawanie dobrze zaopatrzonych magazynów, rozwój handlu, obfitość trunków w kabaretach i kobiet przybywających na statkach, gry hazardowe w barach i hotelach, jednym słowem – postęp, owa osławiona cywilizacja.”(Jorge Amado) Z wdzięczności za pogodę wyniesiono Najświętszą Panienkę przybraną kwiatami i zielem, Michała Archanioła, pogromcę smoka. Nadto bogato haftowany złotem feretron świętego Jerzego nieśli na dumnych ramionach co znaczniejsi obywatele, najwięksi farmerzy, w czerwonych togach konfraterni.”Tłum idący ulicą za feretronami łączył się w modłach z księżmi. Ojciec Bazyli, w uroczystych szatach, z pobożnie złożonymi dłońmi, z pokornym wyrazem twarzy, intonował modlitwy donośnym głosem. Do tej ważnej funkcji wybrano go z powodu wybitnych cnót, jakimi się odznaczał; niemałą rolę jednak odegrał tu również fakt, że święty ten mąż, jako właściciel ziemi i plantacji, był bezpośrednio zainteresowany (złotą) interwencją niebios. Modlił się więc ze zdwojoną żarliwością. Liczne stare panny zgromadzone wokół obrazu świętej Marii Magdaleny, który w wilię procesji został wyprowadzony z kościoła świętego Sebastiana, by mógł towarzyszyć feretronowi świętego patrona w jego wędrówce po mieście, wpadały w ekstazę na widok egzaltacji księdza, zazwyczaj dobrodusznego, szybkiego w mowie i ruchach, który odprawiał mszę w mgnieniu oka, a przy spowiedzi z roztargnieniem wysłuchiwał ich długich, wyczerpujących zwierzeń(…) Silny i nie całkiem bezinteresowny głos księdza wznosił się w górę gorącą modlitwą razem z jazgotliwym wołaniem starych panien, jednobrzmiącym chórem pułkowników, ich żon, córek i synów, kupców, eksporterów, robotników, którzy przybyli z interioru na tę uroczystość, tragarzy, marynarzy, kobiet lekkich obyczajów, urzędników handlowych, zawodowych graczy i przeróżnych hultajów, chłopców ze szkół katechizacji i dziewcząt z Sodalicji Mariańskiej(…)”Tak więc od czterystu lat mniej więcej święty Jerzy na koniu śledzi z księżyca burzliwe losy miasta(…) widział, jak powstawały młyny cukrowe(…)Widział, jak przez całe stulecia ziemia ta wegetowała bez żadnej przyszłości(…). W jego oczach kraj rozrastał się gwałtownie, powstawały osiedla i miasteczka, fale postępu przyniosły miastu…. biskupa w darze, zakładano nowe ośrodki municypalne(…)zbudowano szkołę prowadzoną przez zakonnice, statki wyładowywały wciąż nowych ludzi – jednym słowem, święty patron widział tyle, że nic już, zda się, nie mogło wywrzeć na nim wrażenia. A jednak wzruszyła go nieoczekiwana i głęboka pobożność pułkowników, ludzi szorstkich, mało skłonnych tak do modlitw, jak i do poszanowania zasad moralności, oraz złożona mu szaleńcza obietnica ojca Bazylego Cerqueiry, z natury namiętnego i ognistego(…). Kiedy procesja przeszła plac świętego Sebastiana, zatrzymując się przed Białym Kościółkiem(…) Arab Nacib wyszedł przed swój opustoszały bar, by lepiej przyjrzeć się temu widowisku(…).”(Jorge Amado) Lazurowe niebo zwiastowało, iż zbiory będą zapewnione. “Miały to być największe, wyjątkowe zbiory przy cenach stale rosnących w tym roku bogatym w wydarzenia polityczne i społeczne, roku przez wielu uważanym za decydujący w życiu tego regionu, kiedy to tyle rzeczy zmieniało się (we wsi). Dla jednych rok ten był znamiennym z powodu sprawy portowej tamy, dla innych z powodu walki politycznej pomiędzy Mundinhem Falcao… a Ramirem Bastosem. Niektórzy wspominali go jako rok sensacyjnego sądu nad pułkownikiem Jesuino Mendonça, jeszcze inni – jako rok, w którym pierwszy statek szwedzki zawinął do portu…”(Jorge Amado) “Słowo oznacza coś dla człowieka, który już zna góry.” Mogą cię nazwać małym człowiekiem… “Bóg sprawia, że rodzisz się, rośniesz, że wypełniają cię kolejno pragnienia, żale, radości i cierpienia, wściekłość i przebaczenie – a potem bierze cię do siebie z powrotem. Nie jesteś jednakże ani uczniem, ani małżonkiem, ani dzieckiem, ani starcem. Jesteś tym, który szuka swojej pełni. Rok 2016 był rokiem kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych Donalda Trumpa i Hillary Clinton. Ale rok ów zakwitł w ojczyźnie mojej kwiatami młodzieży z całego świata, byli mulatki, murzyni i biali, którzy spotkali się w Polsce pod przewodnictwem papieża Franciszka.”Zawsze można zburzyć kościół i wziąć z niego kamienie do budowy innego kościoła, który jednakże nie będzie ani prawdziwszy ani bardziej fałszywy, ani bardziej bogobojny. I nikt nie dowie się niczego od tej kupy milczących kamieni. Dlatego chcę, aby statek miał jak najmocniejszy szkielet, by można było ratować ludzi z pokolenia na pokolenie.” Buduję w kościele statek z wielkich cedrów! Moje cedry wyrastają wokół swych ziarenek i rozkwitają w swoich przestrzeniach. “Ratuję [na swój statek] tylko tych, co lubią to co mają i tych, których można nasycić(…) Ratuję tylko TĄ, co kocha nie po prostu wiosnę, lecz symetrię kwiatka stanowiącego jej wcielenie, co kocha nie po prostu miłość, lecz niepowtarzalność osoby, którą zawładnęła miłość.”(A. de Saint-Exypery) Modlitwa nie polega na tym, żeby dużo myśleć, ale na tym, żeby bardzo kochać, mawiała św. Teresa. Modlitwa jest zawsze właściwą odpowiedzią, nawet jeśli nie zawsze jest odpowiedzią pełną… Ale tego wreszcie okresu 2016 roku nikt nie kojarzył w swoich wspomnieniach z rokiem miłości Naciba i Gabrieli, “a jeśli nawet wspominano perypetie tego romansu, nie zdawano sobie sprawy, do jakiego stopnia dzieje tej szaleńczej namiętności, bardziej niż jakiekolwiek inne wydarzenie, skupiały na sobie uwagę całego miasta, którego fizjonomia zmieniała się wówczas szybko dzięki zawrotnemu postępowi i nowym zdobyczom cywilizacji.”(Jorge Amado) “Tyl­ko człowiek, który kochał, umiera jak człowiek.”Proszę Bo­ga, nie­chaj oca­li niejedną miłość od zep­su­cia.

 

Krapanj i Kaszuby

Bo to nieprawda, żebyśmy absolutnie nie wiedzieli, co jest dobro…

Pewnego razu wybrałem się w podróż do Chorwacji. Odwiedziłęm Krapanj. Nigdy tej podróży nie zapomnę, szczególnie nauk rekolekcyjnych z “Ośmiu Błogosławieństw.” Błogosławieni… Krapanj jest to chorwacka wyspa, leżąca na Morzu Adriatyckim. Jest jedną z najmniejszych zamieszkałych wysp Chorwacji. Jej powierzchnia wynosi 35,61 ha a długość linii brzegowej 3 620 m. Jednocześnie ma największą gęstość zaludnienia. Jest najmniejszą spośród zamieszkałych wysp archipelagu šibenickiego, do którego należą też między innymi Wyspa Kaprije czy Wyspa Prvic. Krapanj należy do wodnego regionu Šibenika. Jest najniżej położoną i najmniej zasiedloną wyspą na Adriatyku. Jej najwyższy punkt ma wysokość 1,25 m nad poziomem morza. Gąbki morskie i czerwone rafy koralowe pokrywają jej skaliste obszary. Wyspa jest znana głównie z gąbek morskich, cenionych ze względu na swoje walory i piękno, a także z możliwości do nurkowania. Plaże na wyspie są kamieniste i odpowiednie do zabawy dzieci, dlatego polecamy to miejsce szczególnie rodzinom z dziećmi i tym, którzy lubią aktywny wypoczynek. Ale również zachęcamy do rekolekcji w tutejszym klasztorze, który jest najbardziej rozpoznawanym zabytkiem na wyspie, posiadającym bardzo cenne zbiory, chronione przez państwo. Najcenniejszymi z nich są: obraz Ostatniej Wieczerzy z XVI wieku oraz renesansowy obraz malarstwa bizantyjskiego, przedstawiający Madonnę na tronie. Klasztor posiada również specjalne muzeum – zbiory gąbek, korali, amfor i antycznych naczyń. Miasteczko ma siedem sklepów spożywczych i kilka serwisów samochodowych. Jak to ma miejsce we wszystkich miastach Dalmacji, tak i w Krapanj w sezonie letnim obchodzi się różne uroczystości, z których najbardziej popularne jest „Święto Krapanj” (święto Matki Boskiej Anielskiej, które odbywa się tradycyjnie od wielu dziesięcioleci). Możesz skosztować kulinarnych specjałów tego regionu w restauracjach „Spongiola”, „Kapelica”, „Krapanj” i „Ronilac”. Niektóre kawiarnie oferują różne rozrywki, jednakże osoby szukające zabawy do samego rana powinny wybrać się do klubów nocnych w Vodice, Primošten i Šibeniku. Na wyspie mżna przenocować ponadto w dwóch hotelach.„Ach, o jakiejś chwili ogarnąć spojrzeniem las i morze, chłonąć tę wspaniałość natury i czekać: a jasność się stanie,” pisał R.M. Rilke. I to stało się moją radością w Chorwacji, sięgałem dalekich przestrzeni, wielkich marzeń człowieczych. A Stefan żeromski notował: “Kiedy mogę przyczynić się, żeby w człowieku dobro się objawiło, no to przyczyniam się. Mam chyba, do diaska, po temu prawo! Nie sprzeciwiam się dobru. Dobru – słyszysz? Bo to nieprawda, żebyśmy absolutnie nie wiedzieli, co jest dobro. My wiemy, że jest dobro. Wiemy, że stoi ono wyżej niż piękno.” Tam w Krapanj dobro miesza się z pięknem. Więc “ani chwili tracić darmo nie wolno!/…/ Ludzkość musi przejrzeć – musi! Głupota średniowieczna wiecznie trwać nie może – to nie podobna!” pisał żeromski. Zauważmy szczęście jednostki dzisiaj. “Kiedy wszystko opiera się na jednej mierze, kościół po prostu wygląda porządnie. Proporcja to serce piękna./…/ Prawda jest po mojej stronie. – Zgoda. Ale prawda i fałsz nie liczą się na tym świecie, tylko na tamtym.”(Ken Follet, Uciekinier). Osobiście nie zamierzam robić interesów ze zwykłymi grzesznikami, którzy grzeszą dla własnej korzyści, a w końcu mówią prawdę i dotrzymują obietnic. I nie zmieniają zdania. Nie straciłem zapału, zajmuję pokój w centrum miasta, na Ostatnim Groszu w Częstochowie, aby Państwu o tym pisać… Przypomina mi się powiedzenie: każdy ma swoje miejsce ulubione w dzieciństwie. To jest ojczyzna duszy. “Mury, które budujesz dla własnej ochrony, stają się twoim więzieniem,” stwierdził Ken Follet (Klucz do Rebeki). Pobudowałem więzienie-twierdzę, która bynajmniej nie jest zimna, a przyciąga radosnym słońcem. “Nigdy nie będzie się miało szansy zostać szczęściarzem, jeżeli nie podejmie się ryzyka.” Zamierzyłem teraz opisywać Państwu miejsca na ziemi, które są pięknem, dla którego człowiek chce jeszcze żyć. Moja opowieść mogłaby zacząć się tak: właściwa akcja rozgrywa się w malowniczej wiosce rybackiej Grzybowo, gdzie znajduje się wspaniały dom lady Kamilli Tyszkiewiczowej – inteligentnej, schorowanej staruszki, która przyjmuje u siebie gości niczym królowa swych poddanych. Jednak tym razem wizyta krewnych i przyjaciół będzie pełna napięcia…Innym razem moja opowieść przesuwwałbym na wschód. Rosja to dla wielu wciąż nieodkryty ląd, intrygujący, lecz obcy nam w swojej kulturze, mentalności, wielości narodów i religii. Na początek opowiedziałbym Państwu o wielkości, historii i tajemnicach metra w Moskwie. Ale za mnie już to zrobił Maciej Jastrzębski w książce “Matrioszka Rosja i Jastrząb”. Autor przywołuje jesień w Moskwie, która przychodzi szybko. “W połowie października drzewa już prawie nie mają liści. Nim zdążą pożółknąć, brązowieją. Czerwień, tak pięknie zdobiąca polskie parki, w rosyjskiej stolicy jest nieobecna. Listopadowe dżdżyste dni przynoszą pierwszy zapach zimy i pierwsze płatki śniegu. Szybko zapadający zmierzch i chłód wyganiają spacerowiczów z moskiewskich deptaków. Na Arbacie pozostają tylko najwytrwalsi sprzedawcy obrazów i antykwariusze/…/ (na moim Arbacie- sentymentalnie podpowiem Państwu- który odwiedziłem w czasie podróży do Moskwy, podkr. autora tekstu). Borys Anatolijewicz nie rozstawia o tej porze roku sztalug. Nie maluje i nie handluje. Wybiera raczej długie spacery tunelami moskiewskiego metra. ‘Na głowę nie pada. Jest ciepło, a każda stacja to taka maleńka perełka socrealistycznej sztuki’ – przekonuje znajomych, którzy nie bardzo mają ochotę na podziemne eskapady. Wujek Borka ma rację, bo moskiewska kolejka podziemna uznawana jest, obok tokijskiej i seulskiej, za jedną z trzech największych na świecie. Dwanaście linii tworzy sieć o długości prawie 310 km. Pociągi zatrzymują się na 186 stacjach, z których 44 uznane zostały za obiekty dziedzictwa narodowego. Władze rosyjskiej stolicy zapowiadają, że do 2020 r. wybudują jeszcze 66 nowych przystanków, dodając 142 km torów. Moskiewskie metro skrywa wiele tajemnic i stało się inspiracją dla autorów powieści sensacyjnych. Pierwsze pomysły budowy podziemnej linii kolejowej pojawiły się w 1875 r. Ówczesne władze miasta chciały połączyć Dworzec Kurski z rejonem Marina Roszcza. Tunel miał przebiegać pod placami Łubiańskim i Trubnym. Jednak projekt porzucono, obawiając się trudności technicznych. Wujek Borka ma swoją teorię na ten temat… Dopiero latem 1931 r. władze Moskwy uznały, że bez metra nie rozwiążą problemów komunikacyjnych. Dwa lata później rozpoczęto budowę linii łączących stacje: Sokolniki, Komsomolskaja, Bibliotieka im. Lenina i Park Kultury. Kilka miesięcy później ruszyła budowa stacji: Aleksandrowskij Sad, Ochotnyj Riad, Smolenskaja i Dzierżyńskiego. Ta ostatnia obecnie nazywa się Łubianka. Oficjalnie moskiewskie metro otwarto 15 maja 1935 r. Do 1941 r., kiedy to Niemcy napadli na Związek Radziecki, ukończono budowę jeszcze kilku przystanków podziemnej kolejki. Łączyły one niemal wszystkie najważniejsze miejsca w centrum radzieckiej stolicy. W czasie wojny tunele wykorzystywano jako schrony. Gdy w październiku 1941 r. hitlerowska armia zbliżała się do Moskwy, wydano rozkaz wysadzenia podziemnych korytarzy. 16 października zamknięto wszystkie stacje i wstrzymano ruch pociągów. Na szczęście alarm odwołano i metro ocalało. Był to jedyny dzień w całej historii metra, w którym kolejka nie woziła ludzi. Po II wojnie światowej władze Moskwy nie skąpiły pieniędzy na budowę kolejnych linii. W latach 50. XX w. wybudowano wszystkie stacje linii Kolcewaja. Później pajęczyna podziemnych korytarzy zaczęła obejmować coraz dalsze rejony miasta. Prace szły już znacznie wolniej, ale co kilkanaście miesięcy dodawano nowe odcinki torów. 30 sierpnia 2012 r. prezydent Rosji Władimir Putin osobiście otworzył stację Nowokosino i zapowiedział, że nie jest to ostatnie słowo w historii moskiewskiego metra. Wycieczka podziemnymi korytarzami to chyba najtańszy sposób zwiedzania Moskwy. Za jedyne 28 rubli można cały dzień krążyć od stacji do stacji, podziwiając dzieła mistrzów wielbiących komunizm. “Można też znaleźć tu żonę” – dodaje z pełną powagą Borys Anatolijewicz/…/” Kontynuuje swoją opowieść Pan Jastrzębski:”W 1977 r., zaraz po przyjeździe z Kazania, Borka nie miał jeszcze służbowego samochodu. Do pracy musiał więc dojeżdżać metrem…’To było na początku grudnia. Moskwę zasypał śnieg’ – wspomina Borys. Zobaczył wtedy drobną dziewczynę o długich czarnych włosach zjeżdżającą ruchomymi schodami. Im była bliżej, tym mocniej biło Borkowe serce. Włosy dziewczyny były oblepione płatkami śniegu. Śnieżynki spadały na jej długie rzęsy i razem z tuszem spływały po policzkach.’Pamiętam, że czytała książkę. Nie zwracała uwagi na to, że wygląda jak małe straszydełko’ – śmieje się Borys, wspominając tamten dzień. Sam nie wie, dlaczego podszedł do dziewczyny i podał jej wielką kraciastą chustkę do nosa. Ona wytarła mokre policzki, podziękowała i pozwoliła zaprosić się do kina. Tak Borys Anatolijewicz poznał swoją przyszłą żonę, Larysę. Była nauczycielką biologii w jednej z moskiewskich szkół. Urodziła Borce syna Ludwika i córeczkę Tamarę. Po ucieczce Borki na Zachód utrzymywała z nim telefoniczny i listowny kontakt. Na początku przychodzili do niej “smutni panowie” i namawiali, aby ściągnęła męża do Rosji. Zawsze odpowiadała, że ‘boi się o jego życie i nie zrobi tego’. Wreszcie dali jej spokój. Nadal pracowała w szkole. Nie awansowała, nie dostawała podwyżek i czekała z nadzieją, że kiedyś jej ukochany wróci. No i wrócił. Za pieniądze zaoszczędzone w Londynie Borys Anatolijewicz kupił dom pod Moskwą. Larysa zajęła się ogrodem, on malowaniem i sprzedażą dzieł sztuki, a dzieci poszły na studia. ‘Wszystko zaczęło się na stacji Biełorusskaja’ -powtarza wujek Borka. Biełorusskaja to miejsce, w którym zaczyna się i kończy podróż linią Kolcewaja. Wagoniki jeżdżą wokół centrum Moskwy, łącząc pozostałe nitki metra w wielką pajęczą sieć. Kolcewaja została wybudowana we wczesnych latach 50. XX w. i dlatego odzwierciedla dominujący w radzieckiej architekturze trend ‘stalinowski empire’. Monumentalizm i przepych zostały wrzucone do jednego worka z wiejską tradycją. Dwanaście stacji, każda poświęcona jednemu tematowi, związanemu z uczuciami wielkiego narodu radzieckiego. Dla przykładu: stacja Park Kultury symbolizuje aktywny wypoczynek ludu pracującego, a Oktiabrskaja zwycięstwo Wielkiej Rewolucji Październikowej. Pawieleckaja sławi rzekę Wołgę – karmicielkę, natomiast witraże i rzeźby na stacji Nowosłobodskaja odnoszą się do kulturalnych osiągnięć radzieckich artystów. Borys Anatolijewicz słyszał kiedyś, że to polskie szkło. Mieli je zrabować Niemcy w czasie II wojny światowej, ale ich transport przejęła Armia Czerwona. Stacje Biełorusskaja i Kijewskaja przypominają o przyjaźni z bratnimi narodami: białoruskim i ukraińskim. Początkowo na każdej stacji moskiewskiego metra można było znaleźć elementy architektury sławiące wielkość Józefa Stalina. W latach 60. XX w. usunięto je. Jednak wciąż w moskiewskiej kolejce obecne są motywy odnoszące się do rewolucji bolszewickiej, wielkiej wojny ojczyźnianej czy podboju kosmosu./…/Najgłębiej położoną stacją moskiewskiego metra jest Park Pobiedy, czyli Park Zwycięstwa. Perony znajdują się 84 m pod poziomem ulic. Najpłycej, bo zaledwie 5 m pod ziemią, jest stacja Pieczatniki. Najdłuższy peron (282 m) ma stacja Worobiowy Gory. Podziemnymi korytarzami jeździ osiem pociągów mających swoje nazwy. To m.in.: Krasnaja Strieła (Czerwona Strzała), 175 Let Żeleznym Dorogam Rossii (175 Lat Rosyjskich Kolei) i Rietropojezd (Pociąg Retro). Są również składy z ciekawymi projektami. W pociągu ‘Czytająca Moskwa’ na ścianach wagoników rozmieszczone są fragmenty książek najznamienitszych pisarzy świata. Podobnie jest w wagonikach noszących wspólną nazwę ‘Poezija w Mietro'(Poezja w Metrze). Inna ciekawostka: gdy oddalamy się podziemną kolejką od centrum Moskwy, słyszymy komunikaty wypowiadane żeńskim głosem, ale gdy zmierzamy w kierunku centrum, stacje zapowiada głos męski. Wujek Borka ma wszystkie te informacje w małym palcu. Jednak najbardziej lubi opowiadać o tajemnicach podziemnej kolejki, a tych jest niemało. Wrota czasu, przejścia w inny wymiar, spacerujące duchy – to tylko niektóre historie. Są jeszcze opowieści o wielkich zwierzętach czy robalach grasujących w ciemnych tunelach i o ukrytych skarbach. Każdą z tych historyjek potwierdzają świadkowie niezwykłych wydarzeń. W maju 1999 r. pasażerowie jadący linią Arbatsko-Pokrowskaja na wysokości stacji Izmajłowskaja widzieli przez okna toczącą się bitwę. Obok pociągu galopowali rewolucjoniści i białogwardziści. Wybuchały szrapnele, a krew lała się strumieniami. Na linii Kolcewaja raz w miesiącu o północy pojawia się pociąg widmo. Trzeba pamiętać, aby do niego nie wsiadać, bo podróż może trwać wieczność. Podobno siedzą w nim więźniowie, których wykorzystywano do budowy metra. Tych, którzy padali z wycieńczenia, strażnicy zamurowywali w ścianach tuneli. Na stacji Krasnyje Worota ma się znajdować wejście do piekła. Borys Anatolijewicz wspomina również opowieści o duchach spacerujących po peronach. Jest wśród nich dróżnik, który nawet po śmierci nie może rozstać się ze swoim miejscem pracy. Jest zakonnik o białej twarzy, który pokazuje się wtedy, gdy na miasto ma spaść jakieś nieszczęście. Świadkowie widzieli go w 2000 r., gdy w przejściu podziemnym na placu Puszkina bomba zabiła 13 osób i raniła 118. Miał też pokazać się w 2002 r., tuż przed zamachem terrorystycznym w teatrze na Dubrowce. Jednak najpopularniejsze są historie z pogranicza prawdy i fikcji. Od dawna grupki zapaleńców poszukują tajemnych przejść do tak zwanego Metra 2. Chodzi o linie podziemnej kolejki służące do ewakuacji najważniejszych urzędów państwowych. Wujek Borka jest przekonany, że takowe rzeczywiście istnieją. Dokładnie nie pamięta, ale wydaje mu się, że dostrzegł ich schemat w tajnych dokumentach odnalezionych na Kremlu. Może to właśnie dlatego stracił posadę szefa prac konserwatorskich i musiał uciekać z radzieckiej Rosji? Jednym z badaczy tej tajemnicy jest przyjaciel Borki -Andriej Nowosilcow. Na co dzień szanowany fizyk moskiewskiego uniwersytetu, w wolnych chwilach penetrator podziemnych korytarzy i katakumb. Według niego pierwsze linie Metra 2 wybudowano w latach 60. XX w. Później sukcesywnie je przedłużano i rozbudowywano. ‘Najkrócej mówiąc: zaczynają się na Kremlu. Biegną w pobliżu siedzib sztabu generalnego, Federalnej Służby Bezpieczeństwa, dawnej KGB, i kończą się niedaleko rządowego lotniska Wnukowo 2′ – streszcza rezultaty poszukiwań Andrieja wujek Borka.’Piękna na górze i tajemnicza pod ziemią, taka jest ta nasza Moskwa’- kończy swoją opowieść Borys Anatolijewicz. Wsiada na stacji Biełorusskaja do pociągu. Jedzie przez stacje Majakowskaja i Twierskaja do Teatralnej. Chce przed zachodem słońca zatrzasnąć drzwi samochodu zaparkowanego obok placu Czerwonego i wreszcie dotrzeć do domu otoczonego smukłymi świerkami.” Tutaj kończymy tę długą a mądrą opowieść. Spojrzeliśmy poza polski horyzont. A mnie się zdaje, że oto jakby syn “wypowiadał teraz matce umarłej te ciche, woniejące jak fiołki słowa, na nic nikomu nie przydatne, swojskie i obce, których dawniej nie rozumiał i nie cenił. Posyłał jej do zimnej głębi grobu wiadomość tamtymi słowy, iż wiosna przyszła znowu – iż ptaszek złotopióry, wiwilga boża-wola, którego tak lubili pokazywać sobie za dni szczęśliwych, upłynionych, którego śpiewu słuchać lubili w poranki wiosny, zjawił się skądsiś znowu i wśród gałęzi samotnego cedru niezrozumiałą mową swoją ogłasza niebiosom, morzu i ziemi szczęście powrotu przedwiośnia.” To fragment z stefana żeromskiego, który pisał o polskim przedwiośniu także: “Nie będzie już przenigdy Prusak niemczył Kaszuby!/…/Nadszedł już piękny miesiąc maj… Wiosenna zieloność okryła rany poszarpanej ziemi. Pióra, liście, szypułki, pokrętne badyle i wielorakie odmiany barw osłoniły rany ziemi i zalecały się oczom ludzkim. Podobnie jak wsysały w siebie wilgoć i zgniliznę, tak sami barwami, kształtem i nieskończoną potęgą swego rozrostu chciały wessać w siebie cierpienie dusz, zniszczyć pamięć o tym, co już padło i umarło. Na dobro nowego życia rosło i bujało wszystko – na stratę śmierci. Słowik śpiewał nocami nad wodą, w sąsiedztwie wzgórka, pod którym Hubert Obromski znalazł schronienie.”(Wierna rzeka) A mnie się zdaje, że wciąż trzeba nawet po przywołaniu moim Krapanj i metra Moskwy, widzieć polską a piękną ziemię, i rozrywać te jakby rany polskie, żeby się nie zabliźniły błoną podłości (Sułkowski, akt III).

 

Maryja wcielona Mądrość

Piszę to w błogosławionym stanie oczekiwania na Papieża Franciszka…

Co mógłbym zaproponować młodym i tym, którzy chcą wzrastać w świętości. Św. Ludwik Grignon de Montfort (ur. 31 styczeń 1673), wielki patron naszych trudnych czasów, mówił o konieczności naszego uświęcenia przez Maryję. Ale aby się uświęcić, należy praktykować cnoty. Cnoty to środki osiągnięcia zbawienia, konieczne dla wszystkich, którzy chcą się zbawić i dojść do doskonałości. Więc Św. Ludwik pisał: „Aby znaleźć łaskę Bożą, trzeba znaleźć Maryję.”(św. Ludwik Grignon de Montfort, Tajemnica Maryi,s.19) Maryja znalazła tę łaskę i jest Matką łaski…posiada wolę Bożą, powiedziałbym, w stu procentach. Aby praktykować cnoty, niezbędna jest łaska Boża. Jedynie Maryja jest Skarbniczką wszystkich łask. Święty pisał: „Duch Święty, zaślubiwszy Maryję, utworzył w Niej, przez Nią i z Niej to Arcydzieło, jakim jest Jezus Chrystus-Słowo Wcielone. Nie odtrąciwszy Jej nigdy, nie przestaje dalej tworzyć w Niej i przez Nią, w sposób tajemniczy, lecz rzeczywisty, swoich wybranych.”(św. Ludwik Grignon de Montfort, Tajemnica Maryi, Niepokalanów 2004, s.21)…Osobiście powiedziałbym tutaj, nie jestem jeszcze gotów, aby przyjąć Maryję do mojego domu, a tym domem jest moja ziemska ojczyzna. Ale ponieważ święci stworzyli mi wielką propozycję, zaprosili, wezwali… do rzeczy głębokiej, trudnej, do rzeczy nieodzownej, że mam nie tylko oddać się Maryi na wyłączną własność, w bezgraniczną niewolę, ale i tez przyjąć najpiękniej jak tylko potrafię Następcę Chrystusa, i to na polskiej ziemi, papieża Franciszka- to w mym akcie oddania, zaufania znajduję miejsce dla każdego, osobiście zaś zobowiązuję się, aby wypełnić moim życiem w tym czasie zamierzenia Maryi wobec nas. A więc także gdzie będę w tych dniach, pragnę łączyć się z Papieżem i młodzieżą świata zebraną w Częstochowie i Krakowie. By w ten sposób wreszcie otworzyć się w pełni na prawdziwe nabożeństwo do Matki Boga. Święty Augustyn przekazał nam naukę, że w tym życiu wszyscy wybrani są zamknięci w łonie Maryi i ujrzą dzień wtedy, gdy ta Dobra Matka zrodzi ich do życia wiecznego. Maryja jest „żywą Formą” Boga. A na czym polega święta niewola miłości do Maryi? Wedle świętego Ludwika nabożeństwo to polega na oddaniu się całkowitym jako niewolnik miłości Maryi, a przez Nią Jezusowi.”Oddajemy Maryi do dyspozycji całą wartość zadośćczyniącą i błagalną naszych dobrych uczynków. W ten sposób po ofiarowaniu się, choćby bez żadnego ślubowania, nie jesteśmy już panami tego wszystkiego dobra, jakie spełniamy.”(św. Ludwik Grignon de Montfort, Tajemnica Maryi, Niepokalanów 2004, s.31)…

 

 

strong institutions

Shared responsibility of modern Europeans…
“Life’s under no obligation to give us what we expect.,” Margaret Mitchell said. Global Refugee Crisis Deepens by the Day, Joshua Pringle a journalist and novelist living in Los Angeles she writes about it. Let’s just Syria, for example. Syria’s pre-war population was 22.6 million people, and more than half of those people have been displaced- more than 7 million internally displaced, more than 4.6 million in other countries. Russia’s bombing campaign in Syria will ensure that the situation gets worse before it gets better. Additionally, people from Afghanistan, Iraq, Iran, Somalia, South Sudan, Eritrea and elsewhere have been forced to flee the brutality of insurgent groups or the repression of their governments.

According to Unicef, women and children make up 60 percent of those on the move… In the midst of an unprecedented crisis, developing countries are shouldering most of the burden. Of the world’s refugees, 86 percent are in developing countries. Of Syria’s refugees, 95 percent are currently in only five countries: Turkey, Lebanon, Jordan, Iraq and Egypt. In Lebanon, one out of every five people is a Syrian refugee. Meanwhile, European countries have responded by lining their borders with razor wire. As Amnesty International writes, “E.U. governments are already spending billions on fences, high-tech surveillance and border guards.”

“The people are coming for a reason. They’re coming because they really feel as if they don’t have any other choice. The vast majority of people who are on the move are not doing it because they’re coming to look for jobs. They’re doing it to save their lives and to save the lives of their children.”

In the midst of an unprecedented crisis, developing countries are shouldering most of the burden. Of the world’s refugees, 86 percent are in developing countries. Of Syria’s refugees, 95 percent are currently in only five countries: Turkey, Lebanon, Jordan, Iraq and Egypt. In Lebanon, one out of every five people is a Syrian refugee. Meanwhile, European countries have responded by lining their borders with razor wire. As Amnesty International writes, “E.U. governments are already spending billions on fences, high-tech surveillance and border guards.”

The European Union was created in a spirit of open borders and solidarity. Now, put to the test, states are tightening borders and pointing fingers. Recent summits have failed to forge a viable, united plan of action. The €3 billion pledged to Turkey, which is hosting more than 3 million refugees, has not come through. And from Sweden to the Balkans, governments are pushing to seal the Greek-Macedonian border—as if Greece and its decimated economy can handle the 2,000 asylum seekers arriving on its shores daily, on top of the 800,000 who arrived last year. German Chancellor Angela Merkel is the only head of state talking in terms of welcoming refugees instead of keeping them away, and because of that she is fighting members of her own party while also seeing her popularity plummet.

The first two things that students of international relations learn is that the international system is one of anarchy, and that states act out of self-interest. We are seeing both principles on full display.

In some cases, borders are being closed for certain nationalities, also Pakistan or South Sudan or Somalia refugees. That’s happening increasingly. It’s happening now at the border between Greece and Macedonia. That led to a real buildup at Greece’s northern border. Prevalent in all this is a lack of empathy. In Hungary, refugees are being detained like criminals. Denmark passed a law that allows officials to confiscate assets over €1,340 from refugees, and to delay family reunification for three years. In the German town of Bautzen, people cheered when a refugee shelter went up in flames after a suspected arson attack. There were about 1,000 attacks on refugee shelters in Germany last year. Humanitarian agencies are working hard on the ground, often with limited aid and under circumstances that require improvisation.

The U.N. Refugee Convention obligates states to offer protection to refugees. It also establishes the principle of shared responsibility, whereby the international community must work together so as not to force a few countries to carry the weight of a crisis alone. Expecting Greece and Turkey to keep the crisis out of sight and out of mind is neither moral nor realistic.The United States has not taken in nearly its share of refugees, either. “America has given refuge to scarcely 2,000 Syrians.
“A big country would take in Muslim refugees and say to the terrorists in Islamic State: You won’t scare us into not doing what’s right. A big country would stand by Europe and its Middle Eastern allies and help them to cope,” Michael Ignatieff writes in the Boston Globe.

Fear of terrorism is part of the reason the international community is not stepping up to the plate. In the wake of the Paris attacks in November, Serbia, Macedonia, Croatia and Slovenia announced that they would turn back migrants.

It’s also important to remember that extremism grows out of extreme conditions. Hatred springs from alienation. The people who have been driven from their homes are not terrorists. They are normal people in a desperate situation. If we help them, we’ve made allies for life. If we treat them like they’re less than human, some of them could go another way.

Some people fear refugees from conflict zones because they see them as a threat to their world. But there is only one world- not mine and yours and theirs. If we can avoid getting caught up in geography, perhaps we can let go of fear and inch toward empathy, Joshua Pringle said that. Thus the growing crisis of democracy in Europe and the crisis of representation. Do not we already have authority. A need strong institutions defending ordinary inhabitant of the earth.(translated by Father Stanislaw Barszczak)

Czyściec i Msza święta z kwadransem dla zmarłych

KSIĄDZ z dwóch światów… Wielu świętych miało wielkie nabożeństwo za dusze czyśćcowe. Takim nabożeństwem wyróżniał się Święty Ojciec Pio z Pietrelciny: Dusze zawsze miały uprzywilejowane miejsce w jego życiu duchowym. Przypomniał sobie stale wobec własnego umysłu, nie tylko w swoich codziennych modlitwach, ale przede wszystkim w Najświętszej Ofierze Mszy. Pewnego dnia, rozmawiając z niektórymi zakonnikami, którzy go pytali, właśnie o znaczenie modlitwy za te dusze, Ojciec Pio powiedział: “Na tę górę (czyli w San Giovanni Rotondo, i ja tam się wspinałem, podkr. autora tekstu) wchodzą więcej dusze cierpiące, jak mężczyźni i kobiety żywi, aby asystować moim Mszom i szukać mojej modlitwy.”

Czyściec to było coś, co Ojciec Pio rozpoznawał dobrze i kiedy mówił o cierpieniach dusz nie rozmawiał o tym ze słyszenia albo po przeczytaniu o tym w książkach, ale czynił zawsze odniesienie do swojego osobistego doświadczenia.

“Ojcze, co myślisz o płomieniach czyśćca?”. A on odpowiedział: “Jeśli Pan pozwoliłby duszy przechodzić przez ten ogień do najbardziej piekącego na tej ziemi, to byłoby jak z przejściem od “goracej wody-wrzątku do zimnej, świeżej wody.”

Innym razem był też zapytany: “Ojcze, ona również cierpi męki piekielne?”. A on odpowiedział: “Tak, oczywiście”. I jeszcze: “bóle czyśćcowe?”. On odpowiedział: “Wierz mi, te też. Oczywiście, dusze w czyśćcu, nie cierpią bardziej niż ja. I jestem pewny, że nie jestem w błędzie.” Ale wierz mi, z bliźnim nie brakuje miłości.

Gdy zapytano go: “Ojcze, w jaki sposób mogę cierpieć czyściec na ziemi, dzięki czemu można następnie przejść bezpośrednio do Nieba?”. Ojciec odpowiedział: “Przyjmując wszystko z rąk Boga, oferując wszystko z miłości i wdzięczności. Dopiero wtedy możemy przejść od łoża śmierci do raju.”(oprac. ks. Stanisław Barszczak)