Dramatis personae: le pape Pie V; Jan Kostka, le Père de Stanislas; depuis 1564. Castellan de Zakroczym; Margarita de Kryski de Drobin, mère de Stanislaus; Jean Bilinski, maître de Stanislas; Albert, frère de la mère qui est devenu célèbre pour le compte des messages du roi de Pologne à Rome, à l’empereur Ferdinand et au roi Philippe II d’Espagne; Stanislaw, frère de la mère, gouverneur de Mazovia Province; Peter, évêque de Chelm; Père Francis Antonio à Vienne; Francisco de Borja y Aragón, jésuite générale; Père Pierre Canisius, au collège à Dylingen; Paul, Wojciech, Nicholas- frères de Stanislas; Anna, la sœur qui a épousé Mr. Radzimowski; Jadwiga, se est mariée Mr. Warymski; Ernest, un ami Stanislas à Vienne; Matthieu Michon, semé des troubles au collège dans Dylingen; Luthérienne, Christophe Wachenschwarz, est souvent citée comme son autre nom Kinderberg; Stanislaw Warszewicki- compagnon dans le noviciat, chroniqueur de Stanislaus; étudiants, enseignants, nobles de Zakroczym… Préface Région de Mazowsze qui se distingue parmi les districts de Pologne-Lituanie un attachement particulier à la foi catholique. C’ était le seul quartier où il n’y avait pas protestants. Famille Kostka était au XVIe siècle, le noyau du catholicisme de la République de Pologne-Lituanie. La famille royale vivait à Plock …Mes réflexions à ce drame ce ne sont pas les souvenirs d’un créateur de la littérature érotique, clandestine. il n’y a pas d’informations sur des bévues, faux pas de jeune Stanislas ici, vous dire honnêtement. Se dévoyer et penser qu’ils sont deux étapes de la nature opposée. Stanislas se déplace dans un monde défini, de la jeunesse il a gardé sa vie sous contrôle. A la recherche d’un miracle pas de tels crimes à l’extérieur qui n’ont pas honoré le couvert de la vertu. Un poète qui se souvient une histoire de l’Europe a écrit: “Mais la miséricorde est supérieure à la puissance du sceptre, sa trône est dans le cœur des rois, est un signe visible de Dieu lui-même. Et peut devenir la puissance terrestre divine, quand la justice va décorer pitié.” Ainsi, Soeur, Frère, écouter de la musique composée pour la vie de Stanislaus maintenant, jeune maître de Zakroczym. “Plus grande gloire a moins à supprimer.” Je Je présente ces quelques phrases pour vous. Tout ce que je ai, deviendra ouvert à vos besoins et vos objectifs, vous ne seriez pas seul. Je écris sur Stanislas, Dieu l’a créé, il doit être considéré comme un homme, comme un d’entre nous. (à suiv
Category: Rozwazania
Stanisław Barszczak, Getsemani czlowieczego dziecinstwa i noc, jakiej nigdy nie bylo!
Zamiast encykliki, Rozwazanie swietej agonii.
Wstep
Coz za przeskok od tego leniwego zycia do gwaltownych wzruszen, jakie dala niespodziana smierc mojej matki! Niebawem wylonily sie nowe obyczaje I namietnosci. Z dniem 15 maja 2005 caly narod spostrzegl, iz wszystko, co dotad czcil, bylo nad wyraz smieszne, nieraz wstretne. Odejscie w zaswiaty mojej matki zaznaczyl upadek dawnych pojec: narazanie zycia stalo sie rzecza modna. Zrozumiano, iz aby byc szczesliwym po wiekach obludy i gnusnosci, trzeba naprawde ukochac ojczyzne i dokonywac bohaterskich czynow. O historii, z której pragnę zdać relację, dowiedziałem się pół wieku temu w “domu matki” , jako mlody kaplan siedząc na fotelu w naszym domu na ulicy Zwiazku Orla Bialego w Zabkowicach, i zajmując się lekturą czasopisma oprawionego w brazowa tekturą. Nie pamiętam już dokładnie czy były to wypisy z wydawnictwa, ale pamiętam tytuł czasopisma dokladnie, mianowicie “Na szerokim swiecie”. Rzeczywiście w edycji pojawił się w 1936 roku przedruk pt. “Trzy dni, ktore wstrzasnely swiatem”. Zawierał on między innymi historię ostatnich dni Jezusa. Miejscem akcji, która ma wiele punktów wspólnych z ta opowiescia sa rejony nad Wisłą. Legenda, jako że jeździec na koniu zjawiał się na grobli zawsze gdy groziło jakieś niebezpieczeństwo, nie pochodzi jednak z stamtad a jest wymyslem autora tej opowiesci. Większość bohaterów noweli jak i ich szczegółowe charakterystyki zostały wymyślone przez autora. Przy ich tworzeniu bazował on jednak na prawdziwych osobach. Wzorem dla Hajki był lekarz z Zabkowic, ktorego obdarzylem zdumiewajacym talentem do matematyki, mechaniki. Nie byl samoukiem ale swiadomym altruista medycznym w naszym miasteczku, który sam doszedł do zdumiewających osiągnięć spolecznych. Kiedy umarl na jego pogrzebie byla polowa parafii. Tak umial zjednac sobie jego mieszkancow. Uwazalem za celowe wprowadzic do opowiesci zmyslone atrybuty osobowosci naszego medyka, jakoby potrafił budować zegary morskie, teleskopy czy organy. W dziele są też inne zmyslone ślady idei finansjera grobli, który czynnie zajmował się problematyką związaną z polderami. Wszak jezdzil on na wczasy az do Swinoujscia. Również literacki dom wójta zdaje się być łudząco zbieżnt z posiadłością Panstwa Goleniewskich w Zabkowicach.
1. Pomorska puszcza
Po calonocnym, ulewnym deszczu dzien nastal pogodny, parny. Ociekajaca wilgocia puszcza plawi sie teraz w cieplych promieniach. Przemykajacy gorami Lekki wiaterek omiata czuby drzew, straca krople dzdzu, ktore splywaja po lsniacych konarach niczym pot po ramionach olbrzymow. W dole, gdzie zalega mrok, nie dociera najlzejszy powiew – bija duszne opary, pachna mocniej trawy, igliwie, butwiejace liscie. Ulewa wyrzadzila szkod co niemiara. Wsrod wiatrolomow, suszek, wykrotow walaja sie swiezo oblamane galazie drzew. Spod ciemnozielonego kozucha mchow na sedziwym grabie wyziera straszliwa rana: nawalnica odlupala czesc pnia. Rozwalona dziupla – nie wiadomo czyja – zieje pustka. Tylko smuzka bialej mgielki snuje sie wokol niej niczym strzep kobiecego stroiku… Wsrod leszczyn, dzikich jabloni, lip, buczkow, posrod plataniny paproci, zielsk, galezi slychac skwir ptakow nad straconymi gniazdami. Miedzy grube pnie kilku swierkow, co stercza samotnie na skraju poreby plamiacej mnostwem czarnych pniakow zgnilozielony uplaz wzgorza, zsuwalo sie slonce plawiac sie w miedzianym blasku, podobnym do przejrzystego kurzu, nieruchoma warstwa nawislego nad daleka widownia. Odblaski jego lsnily jeszcze na krawedziach chmur, wyzlacajac je i zabarwiajac szkarlatem, wrzynaly sie miedzy faldy szarych klebow i szklily na wodach. W bruzdach sciernisk i podorywek jesiennych, na sapowatych niwkach i swiezych karczowiskach, gdzie staly smugi wody po niedawnej nawalnicy, mienily sie rude plamy jak kawalki szyb przepalonych. Na szare, przyklepane skiby padal uciazliwy dla oczu, zwodniczy cien fioletowy, piaszczyste wydmy zolkly – zielska na przykopach, krzaki na miedzach mialy jakies nie swoje, chwilowe barwy. W glebokiej kotlinie, otoczonej ze wschodu, polnocy i poludnia podkowa wzgorz obdartych z lasu, plynela struga rozlewajac sie w zatoki, bagna , w szeroko rozlane szyje, powstajaca tam wlasnie ze zrodlisk zaskornych. Dokola wody na torfiastym kozuchu rosly gaszcze trzcin, wysmukle sity, tataraki, kepy niskiej rokiciny. Nieruchoma czerwona woda swiecila sie teraz spod wielkich lisci grzybienia i szorstkich wodorostow w postaci bezksztaltnych plam bladozielonych. Nadlecialy stadkiem cyranki, krazyly kilkakroc z wyciagnietymi szyjami, przerywajac cisze melodyjnym, dzwoniacym swistem skrzydel, zataczaly w powietrzu elipsy coraz mniejsze- wreszcie zapadly w trzciny, z loskotem rozbijajac wode piersiami (na Sardyni byly to flemingi, przyp. autora opowiesci).
2. Perspektywa Boga.
Blota nalezaly do dworu. Dawniejszy mlody dziedzic taplal sie po nich z wyzlem za kaczkami i bekasami poty, poki wszystkich lasow nie wycial, pol nie zostawil odlogiem i wyleciawszy nagle z dziedzictwa nie oparl sie az w Warszawie, gdzie teraz wode sodowa w budce sprzedaje. Gdy nastal nowy, madry dziedzic, biegal po polach z kijkiem i czesto nad blotami stawal, w nosie dlubiac. Gmeral w bagnie rekami, kopal, mierzyl, wachal- az wreszcie wymyslil rzecz dziwna. Kazal karbowemu najmowac dzien w dzien chlopow do kopania torfu, szlam na pola wywozic taczkami, na kupy skladac, a dziury kopac precz, poki sie nie wybierze miejsca na sadzawke; wowczas groble fundowac, dol na druga sadzawke wybierac nizej, az ich sie kilkanascie uzbiera; wtedy rowy rznac, wody napuszczac, rury drewniane-mnichy wstawiac i ryby sadzic… Do wywozenia torfu najal sie zaraz Walek Gibala, bezrolny wyrobnik, na komornym siedzacy w pobliskiej wiosce. Gibala u dawnego dziedzica sluzyl za formala, ale u nowego sie nie utrzymal. Nowy dziedzic i nowy rzadca po pierwsze ordynarie i pensje zaraz zmniejszyli, a po wtore szukali w kazdej rzeczy zlodziejstwa. U dawnego dziedzica kazdy formal pol garnca owsa swojej parze koni ujmowal i garsc wieczorkiem do szynkarza za tytun, za bibulke, za kapke gorzalki… We zniwa tu i owdzie po chlopach zarabiali Waldek z zona; ale zima i na przednowku marli, glod straszliwy, nieopisany. Ogromny, koscisty, z zelaznymi miesniami chlop wysechl jak wior, sczernial, zgarbil sie, zeslabl. Gdy karbowy zapowiedzial kopanie na lace, obojgu az sie oczy zaswiecily. Sam rzadca trzydziesci kopiejek od wyrzucenia saznia kubicznego obiecal… Ale zaraz potem po “dwadziescia kopiejek” powiada. Waldek po takiej zapowiedzi poszedl do karczmy i “schlal sie ze zlosci jak bydle”. Na drugi dzien “babe wypral i pojal ze soba do roboty.” I teraz oto z dala noc idzie: dalekie, jasnoniebieskie lasy sczernialy i rozplywaja sie w pomroce szarej, na wodach blask, przygasa, od stojacych przed zorza swierkow padaja niezmierne cienie… Drzewa traca wypuklosc, brylowatosc, kolor naturally i tkwia w szarej przestrzeni tylko jako plaskie ksztalty o dziwacznych zarysach, czarne zupelnie. W nizinie zsiada sie juz mrok gesty i pociaga chlod, pojawia sie strach przejmujacy czlowieka. Pomroka idzie niewidzialnymi falami, pelznie po zboczach wzgorz, wciagajac w siebie jalowe barwy sciernisk, wykrotow, osypisk, glazow… Waldka babe strach ogarnia, ona zachowuje sie jak chora. “Mgly ida jak zywe ciala, podpelzaja do niej chylkiem, zabiegaja z tylu, cofaja sie, czaja znowu lawa sina coraz natarczywiej. Klada na niej wreszcie wilgotne swe rece, wsiakaja w cialo az do kosci, drapia w gardzieli i lechca w piersiach.” Wtedy przypomina sie jej dziecko… moca nerwow pracowala. I polecialy z oczu lzy gorzkie, grube lzy bezmyslnego bolu – w ten gnoj zimny i cuchnacy. Mgly nad szczytem olszyn murem nieruchomym stoja… a w dole “dwoch nedzarzy widma”… a w glebinie niebios rozniecila sie gwiazda wieczorna, plonie drzac i ciska w poprzek mrokow ubogie swoje swiatelko.
3. Bal w hotelu nadmorskim.
Czarnoskory trebacz byl wspanialy, podobnie jak klarnecista, ale to perkusista tchnal zycie w melodie… Przeslanie rytmu bylo prymitywne, ale sygestywne – pean na czesc milosci celebrowanej w mroku, gdy ciala poruszaja sie w narastajacej rozkoszy zmierzajac ku chwili, w ktorej zatrzyma sie czas. Perkusista byl Waldek. Na jego twarzy malowalo sie skupienie, lecz w szarych oczach byl tez jasny usmiech, znak najczystrzego zadowolenia, jakie dawala mu swobodnie plynaca muzyka. Lena, obserwujaca Waldka ze zdumieniem, czula jego radosc. Kryla sie ona w intensywnym wibrowaniu dzwieku, w narastajacym temple i precyzji ruchow muzyka. Przed wszystkim jednak plynela z faktu, ze w tym momencie Waldek sprawial wrazenie zupelnie nieswiadomego, kim jest ani gdzie sie znajduje. Nie miala pojecia, w jaki sposob Waldek stal sie czescia tego przedstawienia ani tez, jak dlugo one trwalo. Zdumiona byla, iz ozywil te czesc swojej osobowosci, ktora od pewnego burzliwego popoludnia na pewnej wyspie uwazala za martwa. Gdy mu sie teraz przygladala, narastal w niej lek, ze swa obecnoscia psula Waldkowi radosc z gry. Dlaczego? Czy tak wlasnie nie bylo dotad. Powodowana niepokojem, zaczela przesuwac sie w tyl i zniknela w tlumie. Wzrok utkwiony miala w twarzy Waldka; on one podniosl oczu. Byla zadowolona, ze nie moze go juz dostrzec za sciana postaci, bo oznaczalo to, ze i on jej nie zobaczy. Znalazla sie znow w glownym holu, gdy jazz rosl ku pulsujacemu crescendo… Ostatnia nuta, z jakiegos powodu, ktorego Lena nie moglaby wyjasnic, przyniosla ulge. Na dziedzincu panowal chlod i wzgledny spokoj. Lena skierowala sie zatem w tamta strone. Waldek spotkal ja kolo drzwi i obiecal przylaczyc sie za kilka minut, z nowymi kieliszkami szampana. Lena znalazla sobie miejsce na niskim murku i usiadla przygladajac sie tancerzom. Wsrod par tanczacych pod drzewami dostrzegla Ele i Bogdana. Dobrze razem wygladali, sprawiali nawet wrazenie nieco wyrafinowanych. Moze z powodu strojow – Bogdan w smoking i Ela w sukni naszytej paciorkami, ktore lsnily, gdy padalo na nie swiatlo malenkich zaroweczek. Orkiestra oglosila pieciominutowa przerwe i Ela z mezem zeszla z parkietu. Powiedzial mu cos, a on skinal glowa i odszedl – najprawdopodobniej w poszukiwaniu baru. Ela zostala w cieniu jednej z fontann. Lena zobaczyla jakiegos mezczyzne, ktory odszedl od grupy stojacej przy drzwiach, a nastepnie okrazyl oswietlone drzewo i gawedzacych pod nim ludzi. To byl Gienek. Pomyslala przez chwile, ze dostrzegl ja. Jednak to Ela byla jego celem. – Gienek – powiedziala. – Czy pan mnie nie poznaje? – A powinienem? – zapytal, odwracajac wzrok. – Jestem Ela, siostra Lent. Wzial mnie pan chyba za nia; jej zdjecie w tej sukni zamieszczono we wszystkich gazetach podczas ostatniego karnawalu… Slowa Leny brzmialy lobuzersko. – Juz pani powiedzialem: potknalem sie – wymamrotal Gienek cicho. Ela rozesmiala sir wysokim glosem. – Lena jest gdzie tutaj, gdyby chcial Pan z nia porozmawiac… Moze powinienem zalatwic to z pania… Wzrok Gienka wedrowal po ciele Eli, az w koncu kobieta oblala sie rumiencem. Ela z trudem lapala powietrze. Widac bylo, ze jest zaintrygowana slowami Gienka. Wtem spostrzegla siostre. – Nie sadze, by panski pomysl byl dobry. Moja siostra jest tam, za panem. – Jeszcze nie ucieklas? – Prosze, mow dalej – zachecila go z promiennym usmiechem. – Jestem pewna, ze twoi wyborcy uczestniczacy w tej gali beda zachwyceni. Musiala podziwiac jego zdolnosci aktorskie… Szarpnieciem oswobodzila palce z jego uscisku. – Chcialem cie zawiadomic, ze jedziemy nad jezioro, do restauracji… jesli nie masz ochoty jechac ze wszystkimi, z przyjemnoscia pomade z toba do domu, gdy ich odwieziemy. – Nie – Nocna i stosunkowo dluga podroz limuzyna sam na sam z Waldkien nie byla tym, z czym chcialabym sie teraz zmierzyc. Lena ruszyla ku drzwiom budynku. Nalezalo sie jeszcze pozegnac i zamienic kilka slow ze znajomymi, ktorych mijala idac przez zatloczone sale… Oboje spostrzegli, ze ich okazaly samochod jest ciemny i pusty. – Mozemy zaczekac w samochodzie. Wsunal reke do kieszeni swego szytego na miare wieczorowego garnituru. Lena odetchnela z ulga. Waldek westchnal cichutko…
4. Grobla nad Baltykiem
-Wlasnie jechalem przez las. Jadąc na koniu przy grobli usłyszałem odgłosy innego jeźdźca, którego jednak nie mogłem dostrzec, widząc jednocześnie przemykający cień. Szybko dostrzegam światła gospody, przybywam na miejsce i opowiadam tom com przezyl. Owe zwierzenia wywołują poruszenie wśród obecnych tam gości. Od mojej opowiesci w karczmie zrobilo sie cieplej a nawet jakby jasniej. W rezultacie zabiera glos nasz stary belfer i opowiada historię Hajki. Hajka, syn geodety, spędza większość swojego czasu, pomagając ojcu w pracy. Trzyma się z dala od rówieśników i bierze udział w pomiarach i obliczaniu pasów ziemi. W wolnych chwilach uczy się hiszpanskiego i nosi się z zamiarem przeczytania dzieł Euklidesa, znajdujących się w posiadaniu jego ojca. Zdaje się on być zafascynowany morzem oraz groblami i spędza noce, wpatrując się w fale uderzające o wały przeciwpowodziowe. Zastanawia się nad zwiększeniem ochrony przed gwałtownymi przypływami poprzez usadowienie grobli pod bardziej płaskim kątem w kierunku morza. W domu przy świetle świecy tworzy ich różnorakie modele, które następnie testuje w pojemnikach na wodę, wywołując sztuczną falę. Jego ojciec szybko staje się niechętny w stosunku do jego poczynań i erudycji. Ale nadarza sie sytuacja. Gdy wójt grobelny Ferenc zwalnia swojego pomocnika, Hajka stara się o jego miejsce i zostaje przyjęty. Także i tutaj częściej pomaga on w obliczeniach i planowaniu, niż w stajniach, co wprawdzie podoba się samemu Ferencowi, ale nie przysparza mu sympatii u jego zwierzchnika Marcina. Konflikt między nimi jeszcze się zaostrza gdy jest on w stanie zainteresować swoją osobą córkę wójta, Ele… Niedługo potem umierają ojcowie Hajki i Eli, a protagonista otrzymuje w spadku dom i ziemię. Kiedy przychodzi czas na wybór nowego wójta grobelnego, raz jeszcze dochodzi do nieporozumień z Ferencem. Tradycyjnie aby móc sprawować ten urząd, trzeba udokumentować wystarczającą ilość własnych połaci ziemskich . Jako iż Hajka nie spełnia tych wymagań, na stanowisko ma zostać powołany pełnomocnik. Jednak podczas spotkania ze starszym wójtem, Ela oznajmia, że zaręczyła się z Hajka, a dzięki ich małżeństwu jej przyszły mąż otrzyma wszystkie ziemie należące do jej ojca. Tym sposobem protagonista dostaje wymarzoną pracę. Hajka nosi się z zamiarem użycia nowego rodzaju grobli, którą wymyślił i zaplanował jeszcze w dzieciństwie. Przed jej starą częścią nakazuje wzniesienie innej, co ma przynieść mieszkańcom nowe poldery, a co za tym idzie miejsce uprawne dla rolników. Zwyczaje chłopów mówią jednak, że we wznoszonej konstrukcji należy umieścić „coś żywego”. Wcześniej odkupywano od Cyganów małe dzieci, które następnie zasypywano żywcem w masach piasku. Sam Hajka nie wyraża jednak zgody na ową procedurę. Także w momencie gdy robotnik chce pogrzebać psa, wójt ratuje zwierzę. Cała społeczność utwierdza się więc w przekonaniu, że nad groblą będzie ciążyła klątwa. Mieszkańcy wioski są również zaniepokojeni siwym koniem wójta, którego ten odkupił w bardzo złym stanie od pewnego wędrowcy. Według miejscowej ludności zwierzę nosi w swoim szkielecie upiór Jozefa, o którym słuch zaginął zaraz gdy zakupił konia. On sam jest także łączony z diabelskimi mocami, a nawet określany szatanem. Niezadowolenie budzi również fakt, iż Hakja posiada grunty w nowych polderach, przez co sam zyska na budowie grobli. Dniami obserwuje on jej konstrukcję, objeżdżając ją na jego siwym koniu. Nowa grobla trzyma się solidnie w obliczu licznych przypływów, jednak stara część , która jest najbardziej wysunięta w kierunku morza, jest przez wójta zaniedbywana. Lata później, gdy nadchodzi przypływ stulecia i stara konstrukcja grozi pęknięciem, adwersarz Hajki, Marcin nakazuje przekłucie nowej grobli, mając nadzieję na skierowanie siły wody na pobliskie poldery . Wójt jednak wzywa do siebie robotników i nakazuje zaprzestanie dalszych prac. Skutkuje to pęknięciem starej konstrukcji. Z obawy o życie męża, Ela wraz z chorą umysłowo córką Danka, udają się na groblę. Przerażony Hajka widzi z oddali jak woda przedziera się z impetem i porywa jego rodzinę. Zrozpaczony udaje się na swoim siwym koniu na miejsce i znika w otchłaniach wodnych, wypowiadając słowa: -Panie, zabierz mnie, ocal pozostałych. Na tym kończy się opowiadanie belfra. Wskazuje on na to, że inne osoby zapewne opowiedziałyby tę samą historię w inny sposób. I tak wszyscy mieszkańcy wioski są przekonani, że do szkieletu konia po śmierci Hajki znów ktos powrócił…
5. Rozwazenienie swietej agonii
Osobiscie chcialbym wyrazic tutaj oburzenie, że z pracowitego człowieka, jakim był Hajka, robi się upiorną postać. A co do wzniesionej przez wójta konstrukcji to wam powieść, ze nadal dobrze się sprawuje, choć opowiedziane zdarzenia miały miejsce przed niespełna stu laty… Henryk Sienkiewicz pragnal, zeby jego dziela “trafily pod strzechy”, do kazdego polskiego domu i nie tylko. Stad na koniec przekazuje wam pewna informacje o tworczosci Pabla Picassa. Ongis artista bedac w Warszawie namalowal “Syrenke”. Najswiezsza informacje o jego obrazie znalazlem ostatnio w ubikacji w warszawskich “wiszacych tarasach”. Otoz Syrenka teraz wisi na scianie boku mieszkalnego w miescie Kolo. “Daleko tobie do republiki, kraju moj! Trzeba by wiekow, by nauczyc wszystkie dzieci, ze sa rownymi mi, ze nie ma pierworodnych i pasierbow.” Zrobmy wszystko, by rany na wspolczesnym obrazie Polski nie zabliznialy sie “blona podlosci.” Wewnetrzny pejzaz duszy, rycerskosc. Kontrast, zmienny nastroj, gwaltowna zmiana tonacji, to niebywaly styl pisarski Emila Zoli i Stefana Zeromskiego… Ozywa pamiec wydarzen, ktore ci ludzie, ich bohaterowie, chcieliby zepchnac na samo dno swiadomości. W nowelach Zeromskiego, uderzaja w nich echa lasu. (Patrz, Jan Rozlucki w “Echach lesnych”). Ale rowniez – walka Gibalow o prawo do istnienia w “Zmierzchu”. Tam opisana zwierzeca praca pary bezrolnych chlopow szlamujacych staw od rana do nocy. W “Doktorze Piotrze” tragiczna koniecznosc wyboru pomiedzy miloscia do matki i stron ojczystych a odpowiedzialnoscia za wyzysk obywateli, robotnikow, z ktorego sie bezswiadomie korzystalo. “Odbite, wypedzone glosy drzaly kedys za swiatem i zza swiata wolaly. Przelekle, niewymowne wracaly z dali, z moczarow, gdzie nikt nie chodzi, gdzie straszy.” Wnioski z polskiej historii nasuwaja sie tutaj oczywiste. Nie chcialbym byc w skorze “stanczykow galicyjskich”, ktorzy byli winni kleski powstania 1864. Zarazem pragne widziec “nedze” wspolczesnych obywateli mojej ojczyzny. Jestesmy po wyborach do parlamentu europejskiego. Otoz “nikczemnosc moralna, zbior wszystkiej najgruntowniejszej, najwszechstronniejszej glupoty, nicosc patriotyczna, slamazarnosc,” to cos powtarzamy w naszych dziejach. Nie wiem, czy w moich opowiesciach pojawilaby sie tak okrutna bezwzglednosc zwierzecia walczacego o byt (jak to mialo miejsce u Zeromskiego). Ale u mnie pojawilby sie wymiar jeszcze bardziej uniwersalny. Uwazam, ze sytuacje popowstaniowa, rodem a okupowanej i pod zaborami bedacej Pokski, juz miala miejsce wszedzie na swiecie. Na razie jest to jednak uniwersalizm niechciany. Naturalizm powtorzyl sie wczesniej, chocby podczas wypral krzyzowych, w XIV stuleciu, gdy szalala “czarna ospa”, nastepnie w czasie wojny trzydziestoletniej. Markietanki, zolnierze z pola bitwy wynosili rzeczy i ubrania po zmarlych, sciagali buty z nieboszczyka, a najczesciej wszelkie kosztownosci… W naszych czasach mamy demokracje. Zeromski znow powiedzialby: Precz z tytulami – ksiaze i pan. Zetrzyjmy slad haniebnych lat. Zawsze bywalem pid wrazeniem jego dziel. Na przyklad przed nami “Echa lesne” -rzecz o trzebieniu lasu… Siedze z orderami, pan general, pisarz, geometra, dwie partie chlopow, urzednicy… Budzi mnie adjutant, strzaly… I ja tam bylem. Kazalem zlozyc sad polowy. Pluton zolnierze, w lesie zastrzelili. Jakie czynimy przygotowanie do smierci… Nad grobem mojej matki, zaraz tez Zeromskiego bohatera, Rymwida kapitana, patrze w moje “szelmowskie oczy,” i widze, ze na tej ziemi, tutaj juz wszyscy sa siwi… stad moj patos moralny i niepokoj o postawe czlowieka. Przywiazanie do ziemi ojczystej, do piekna jej prostego krajobrazu, ukochanie niepodleglosci i uczucie odpowiedzialnosci za los calego narodu, za los jego majbardziej cierpiacych synow. I ja napisalem wam tutaj jakby o pchaniu na ciezkich taczkach blota i szlamu, wykopanego ze stawu, celem zbudowania nowej grobli. Jak mozecie sie przekonac z mojego zyciorysu naocznie, zjezdzilem caly swiat, by groble fundowac nad polskim morzem. Akwen olbrzymiej wody, a wczesniej pewna struga, towarzyszyla mi od lat niemowlecych. W latach radosnego dziecinstwa w Zabkowicach chodzilismy z kolegami nad struge, aby sie wykapac… Chcialbym rozmilowac was w pracy dla Polski. Bo widzialem w zyciu takze rozpaczliwy rozlam spoleczenstwa polskiego, ciemnote i jego zdziczenie, ktorego wiekowa niewola i nedza i konserwatyzm szlachecki kiedys wepchnely na droge wrogosci i walki klas. Czy kapitalizm wchlonie demokracje? Jeszcze tego nie wiem. Opowiesc te skreslono w zimie 2005 roku, o trzy godziny drogi od Warszawy; nie moze tu byc wiec zadnej wzmianki o wydarzeniach wyborczych 2019 roku. Wiele lat wprzody, gdy papiez Polak z ewangelia Jezusa Chrystusa przebiegal Europe i swiat, traf pomiescil mnie na stancji w domu pewnego kanonika; bylo to w Olsztynie, szczesliwej osadzie. Pobyt przeciagnal sie dosc dlugo, mielismy czas zaprzyjaznic sie z kanonikiem… Oglaszam te opowiesc nic nie zmieniajac w rekopisie z roku 2005… Czuwajcie, gdyz nieprzyjaciel nie spi. Coz wam powiedziec, tym razem? Zawczasu uzbrojcie sie w orez modlitwy, abyscie nie zostali zaskoczeni i wciagnieci w grzech. Epoka nasza ma takze godzine mrokow. Tutaj chcialbym stanac z wami, kochani moi czytelnicy, w Ogrodzie Getsemani w Jeruzalem, tam gdzie Jezus byl szczegolnie doswiadczany. Ale po kolei. Jezus oddaliwszy ich (tzn. apostolow) odchodzi na rzut kamieniem i kladzie sie twarza ku ziemi. Jego dusza tonie w morzu udreki i dotyka najprzenikliwszego smutku. (przyp. autora eseju, “bo sam tego chcial”). Zlowieszcze cienie przemykaja w blada noc. Ksiezyc wydaje sie nabrzmialy krwia. Wicher porusza drzewami i przenika do kosci. Cala przyroda zdaje sie drzec w tajemnym przestrachu! O Nocy, jakiej nigdy nie bylo! Getsemani, oto miejsce, gdzie Jezus sie modli. Odziera swoje swiete Czlowieczenstwo z sily, do jakiej ma ono prawo dzieki zjednoczeniu z Osoba Boska. Zanurza je w czelusc smutku, trwogi, upodlenia. Jego duch wydaje sie pograzony… Widzi juz teraz cala swoja Meke… Jezus od pierwszej chwili wszystko przyjal, na wszystko sie zgodzil. Dlaczego to krancowe przerazenie? Bo wystawil swoje swiete Czlowieczenstwo niczym tarcze, w ktora bija ciosy Sprawiedliwosci, zniewazanej grzechem. Jego osamotniony duch zywo odczuwa wszystko, co przyjdzie Mu wycierpiec. Za taki grzech, taka kara… Jest zmiazdzony, bo sam wydal sie na lek, na slabosc, na skonanie. Wydaje sie dochodzic granic cierpienia, lezy wyciagniety twarza ku ziemi przed Majestatem swego Ojca. Swiete Oblicze Czlowieka – Boga, ktore cieszy sie blogoslawiona wizja Boga, lezy w pyle ziemi, zmienione nie do poznania. Moj Jezu! Chcesz nauczyc mnie, owladnietego pycha, ze aby obcowac z niebem, musze pochylic sie az do ziemi. Padasz, by odkupic moja arogancje. Chylisz sie az do ziemi, jakbys chcial zlozyc na niej pocalunek pokoju, pogodzic niebiosa z ziemia… W Getsemani Jezus wyciaga ramiona i modli sie. Jaka bladosc smiertelna okrywa Jego twarz. Blaga Ojca, ktory odwraca sie od Niego. I wie, ze tylko On moze zadoscuczynic nieskonczonej Sprawiedliwosci (obrazanemu Bogu) I pogodzic Stworce ze stworzeniem. Pragnie, domaga sie tego. Ale cala Jego natura wzdraga sie przed taka ofiara. Duch wszakze jest gotow na unicestwienie i twarda walka trwa… A jednak widzac Cie slabym i ponizonym mozemy Cie prosic Jezu, zebys wzial na siebie cala nasza slabosc, zebys dal nam swoja sile. Pragniesz nas nauczyc, ze tylko w Tobie mamy pokladac cala nasza ufnosc, nawet jesli niebo wydaje sie ze spizu. Ten sam Jezus- chociaz wie, ze nie zostanie wysluchany, “bo sam tego pragnie,” jednak modli sie. (“Oddal ode mnie ten kielich”). Jakaz zawrotna tajemnica! Chwiejnym krokiem idzie do uczniow. “Szymonie, spisz?” Jakze nagle czuje sie samotny i odepchniety! Zwraca sie ku innym: “Nie mogliscie wiec czuwac jednej godziny ze Mna? Przynajmniej we wlasnym interesie, czuwajcie i modlcie sie”. – O moj Jezu, ilez szlachetnych dusz, wzruszonych Twoimi skargami, trwa u Twego boku w Ogrodzie Oliwnym, dzielac Twa gorycz i smiertelne udreczenie! Ilez serc poprzez wieki wielkodusznie odpowiedzialo na Twoje wezwanie! Oby pocieszyly Cie i oby, dzielac Twoje cierpienia, mogly wspolpracowac w dziele zbawienia… Zauwazmy chrzescijanskie znaczenie Boga Ojca w zyciu ludzi wierzacych: zdeptana chwala Ojca przez kazdy grzech z osobna… Ale teraz w Getsemani, dwie sily, dwie milosci scieraja sie w Jezusa sercu. Zwycieza obrazona sprawiedliwosc. Jezus drzy jak lisc. -Ojcze, pragne Twojej chwaly, ale nie za te cene! Nie zebym Ja, sama Swietosc, az tak zostal splamiony grzechem. Jezus uprasza o jakis inny sposob zbawienia… Bez odpowiedzi jednak. Budzi uczniow, ale juz nic nie mowi. -Jezu moj! Jakze ogromna troske czytam w Twoim sercu, przepelnionym udreka… teraz Jezus wrecz pada na ziemie. -Moglbym uznac prawdziwa wartosc ceny, jaka ja place, by czlowieka odkupic i dac mu zycie dziecka Bozego – wydaje mi sie ze slysze takie skargi Zbawiciela… Jezus widzi czlowieka, ktory nie wie, bo nie chce wiedziec… ktory bluzni Bozej krwi… Ale garstke ludzi, ktorzy skorzystaja z Jego krwi juz widzi w Getsemani. Wiec wstaje, idzie niezwyciezony… -A ja Jezu pragne uczestniczyc w Twojej swietej agonii. Tym bardziej, ze jestem niemowleciem w trwaniu i odpowiedzi na twoja najwieksza milosc do czlowieka. Wrecz nie znam Ciebie wcale. I swiadom jestem, jak bardzo raczkuje zaledwie chodzac po ziemi, i nie trafiam w istote zycia mojego. Ale wreszcie jestem przekonany, ze powiedzie mi sie na drodze do stawania sie madrym czlowiekiem, bedac w pokoju z Toba- bo tylko z Toba – Jezu, moge adorowac moj zapomniany bialy krzyz ziemskiej wedrowki do nieba i ku braciom w pelni, i moge z powodzeniem przejsc ku ostatniej dojrzalosci w wierze. Ida lata a moj bialy krzyz nie zna juz, kto pod nim spi. Coz mam tutaj wspomniec Jezu? Oby moja dusza upoila sie Twoja krwia i nakarmila sie chlebem Twojej bolesci ostatecznie! Amen.
Sztuka “Z buntownikiem za pan brat”, autor Stanisław Barszczak, część pierwsza
Z buntownikiem za pan brat autor, Stanisław Barszczak —–motto: “W komnacie, gdzie Stanisław święty zasnął w Bogu, na miejscu łoża jego stoi grób z marmuru taki, że widz, niechcący wstrzymuje się u progu, myśląc, że święty we śnie zwrócił twarz od muru i rannych dzwonów echa w powietrzu dochodzi. Nad łożem tym i grobem świeci wizerunek Królowej nieba, która z świętych chórem schodzi i tron opuszcza, nędzy spiesząc na ratunek. Palm, kwiatów wiele aniołowie niosą, skrzydłami z ram lub nogą występują bosą. Gdzie zaś od dołu obraz kończy się ku stronie, w którą Stanisław Kostka blade zwracał skronie jeszcze na ram złoceniu róża jedna świeci: niby, że po obrazu stoczywszy się płótnie, upaść ma jak ostatni dźwięk, gdy składasz lutnię. I nie zleciała dotąd na ziemię – i leci.” —–(C.K.Norwid) Osoby dramatu: Papież Pius V; Jan Kostka, ojciec Stanisława, od 1564 r. kasztelan Zakroczymski; Małgorzata z Kryskich z Drobina, matka Stanisława; Jan Biliński, magister Stanisława; Albert- brat matki, wsławił się poselstwami z ramienia króla polskiego do Rzymu, do cesarza Ferdynanda i do króla Hiszpanii Filipa II; Stanisław- brat matki, wojewoda mazowiecki; Piotr Kostka- biskup chełmiński; Ojciec Franciszek Antonio w Wiedniu; Francisco de Borja y Aragón, generał zakonu Jezuitów; Ojciec Piotr Canisius w koledżu w Dylindze; Paweł, Wojciech, Mikołaj, bracia Stanisława; Anna, siostra która wyszła za Radzimowskiego; Jadwiga, wyszła za Warymskiego; Ernest, przyjaciel Stanisława w Wiedniu; Mateusz Michoń, siejący ferment w koledżu w Dylindze; Luteranin, Krzysztof Wachenschwarz (wymienia się często jego inne nazwisko jako Kinderberg); Stanisław Warszewicki- współnowicjusz, kronikarz Stanisława; studenci, nauczyciele, szlachcice ziemi Zakroczymskiej. Przedmowa: Mazowsze wyróżniało się wśród landów Rzeczpospolitej Obojga Narodów przywiązaniem do wiary katolickiej. Była to jedyna dzielnica, gdzie nie było protestantów. Rodzina Kostków stanowiła w XVI wieku trzon katolicyzmu. A w Płocku przebywali członkowie rodziny królewskiej… Nie są to wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej. Z gaf młodzieńczych Stasia tutaj mało, uczciwie powiem. Błądzić i sądzić, są to dwie czynności o przeciwstawnej naturze. A Stanisław porusza się w świecie określonym, od młodości trzymał życie na wodzy. W poszukiwaniu cudu nie ma takich występków, by z zewnątrz nie ozdabiały się pozorem cnoty. Poeta, który pamięta dzieje szesnastowiecznej Europy napisał: “Lecz litość wyższa jest ponad moc berła, tron jej znajduje się w sercach królewskich, znakiem widomym jest Boga samego; boską stać się może ziemska potęga, gdy sprawiedliwość ozdobi litością.” Tak więc bracie posłuchaj muzyki skomponowanej teraz do życia Stanisława, zakroczymskiego panicza. “Większa chwała musi mniejszą stłumić.” Skreślam te kilka zdań dla Ciebie. Wszystko co mam, będzie stało otworem dla twoich potrzeb i zamierzeń, byś nie był sam. Piszę o Stanisławie, Bóg go stworzył, dlatego uznać go trzeba za człowieka, za jednego z nas. (Dużo informacji zaczerpnąłem przez internet, dialog Prowincjała Piotra Kanizjusza z Stanisławem oparłem na fragmencie “Szeszenia” Ethela Liliana Voynicha. Ale w moim zamierzeniu mój tekst ma być relacją Stanisława i Pawła Kostków, a szczególnie wspomnieniem Mikołaja Kostki, brata Stanisława, którego życia autor jednak nigdy nie poznał do końca. Zdarzenia opisane w tym dramacie, z uwagi na brak konkretnych studiów autora, tu i ówdzie odbiegają od rzeczywistości- ale bardzo mało. Dla koneserów i znawców historii niech istotnie stanowią licentia poetica autora dramatu. Chciałbym wreszcie, aby kochani Czytelnicy zachowali wiele serdeczności dla bohaterów tej opowieści, i to na zawsze… przyp.aut.) Część I Jedną z najlepszych rzeczy, jakie mogą ci się przydarzyć w życiu, jest szczęśliwe dzieciństwo. Moje było bardzo szczęśliwe. Miałam ukochany dom i ogród, mądrego guwernera, ojca i matkę łączyła wzajemna miłość, dzięki czemu cieszyli się szczęściem małżeńskim i rodzicielskim. Patrząc wstecz uświadamiam sobie, że nasz dom był domem prawdziwie szczęśliwym. W dużej mierze dzięki mojemu ojcu, człowiekowi niezwykle zgodnemu. Dzisiaj ta zaleta nie bywa zbytnio podkreślana. Ludzie interesują się raczej, czy ktoś jest zdolny, pracowity, czy przyczynia się do pomyślności ogółu. Według współczesnych standardów mój ojciec prawdopodobnie nie cieszyłby się aprobatą- był człowiekiem leniwym. W tamtych czasach się nie pracowało, jeśli dysponowało się dochodami, które zapewniały niezależność- nie oczekiwano tego. Podejrzewałem zawsze, że i tak ojca nie uważano by za szczególnie dobrego pracownika. Codziennie rano opuszczał nasz dom w Rozstkowie i udawał się do swojego Przasnysza. Przyjeżdżał dorożką do Rozstkowa w porze obiadu, następnie zajeżdżał jako pan dziedzic do pobliskiego Turowa, pojawiając się w domu dopiero w porze przebierania się do kolacji. W sezonie spędzał dni w Przasnyszu, bo też miał od roku nowe obowiązki Zakroczymskiego kasztelana. A mamy rok 1564. Pan dziedzic czasami urządzał także amatorskie przedstawienia. Miał mnóstwo przyjaciół i uwielbiał ich gościć. Co tydzień wydawano u nas w domu wielkie przyjęcie, a na proszone kolacje rodzice chodzili zazwyczaj dwa lub trzy razy w tygodniu. Dopiero później uświadomiłam sobie, jak bardzo ojca kochano. Po jego śmierci przychodziły listy z całego świata. A i wśród miejscowych kupców, dorożkarzy, dawnych pracowników cieszył się wielką sympatią – wciąż podchodzi do mnie jakiś stary człowiek i mówi: – Ach, świetnie pamiętam pana Kasztelana. Nigdy go nie zapomnę. Niewielu jest dzisiaj takich jak on! Ojciec nie wyróżniał się jakimiś wybitnymi zaletami czy szczególną inteligencją. Myślę, że był człowiekiem szczerego i dobrego serca, i naprawdę troszczył się o bliźnich. Obdarzony wielkim poczuciem humoru, z łatwością potrafił innych rozśmieszyć, nie miał w sobie ani krzty małostkowości czy zawiści i odznaczał się wprost fantastyczną wielkodusznością. Charakteryzowała go również wrodzona radość życia i pogoda ducha. Muszę wyznać wreszcie, że i Staniława kochał ponad wszystko… Matka natomiast była zupełnie inna – zagadkowa i frapująca – o osobowości silniejszej niż ojca. Cieszyła się wielkim przywiązaniem służących i dzieci, a każdego jej słowa słuchano zawsze z uwagą- bo mówiła zawsze z najgłębszym przekonaniem odnośnie wyrażanych poglądów. Mogłaby być wprost znakomitą wychowawczynią. Cokolwiek ci mówiła, to stawało się natychmiast ciekawe i doniosłe. Ona była o prawie dziesięć lat młodsza od swojego męża, i kochała go zapamiętale od dziesiątego roku życia. Przez cały czas, gdy on jako wesoły młodzieniec krążył między Wenecją a południową Francją, moja matka, nieśmiałe dziewczę, siedziała w domu, rozmyślała o nim, od czasu do czasu pisała wiersz w swoim „sztambuchu” i wyszywała dla niego sakiewkę. Ojciec miał tę sakiewkę potem przez całe życie. Typowy romans w stylu jagiellońskim, wzbogacony jednak głębokim uczuciem. Interesuję się swoimi rodzicami nie tylko dlatego, że byli to moi rodzice, lecz także dlatego że osiągnęli tę jakże rzadką osobliwość – szczęśliwe małżeństwo. Do tej pory widziałem tylko cztery zupełnie udane mariaże, o których opowiem wam przy innej okazji. Moja matka, Małgorzata Kryska, zaznała niedoli jako dziecko. Jej ojciec, zrzucony przez konia doznał śmiertelnych obrażeń; moja babka, kobieta młoda i ładna, pozostała sama, mając lat dwadzieścia siedem, czworo dzieci i jedynie wdowią pensyjkę. Wtedy to starsza siostra, którą niedawno poślubił pewien zamożny Włoch żeniąc się po raz wtóry, napisała do niej proponując, że jedno dziecko zaadoptuje i wychowa jako swoje. To była propozycja nie do odrzucenia dla zatroskanej młodej wdowy, która usiłowała z szycia utrzymywać i kształcić czwórkę dzieci. Spośród swojej gromadki – trzech chłopców i dziewczynki – wybrała dziewczynkę. Być może sądziła, że chłopcy dadzą sobie radę w życiu, podczas gdy dziewczynka wymaga lepszych warunków albo, o czym moja matka zawsze była przekonana, kochała bardziej synów. Małgorzata opuściła rodzinna wieś i pojechała do Hamburga do obcego domu. Odczuwana uraza, jakże bolesna świadomość, że jest nie chcianym dzieckiem, odbiły się moim zdaniem na jej stosunku do życia. Nastawiły ją nieufnie do samej siebie i podejrzliwie wobec miłości innych. Ciotka była dobrą kobietą i wielkoduszną, nie umiała jednak wczuć się w to, co przeżywa dziecko. Mojej matce zapewniono wszelkie wygody, jakie może dać zamożny dom i staranne wykształcenie, utraciła natomiast coś, czego niczym nie da się zastąpić – beztroskie życie razem z braćmi we własnym domu. Dość często w listach, które przechwyciłem od naszych gońców widywałem zapytania zatroskanych rodziców, czy powinni oddać swoje dziecko innym ludziom ze względu na „przywileje, jakie zyska, takie jak pierwszorzędne wykształcenie, którego ja córce nie mogę zapewnić”. Zawsze miałem ochotę wykrzyknąć: ‘nie oddawajcie córki’. Co znaczy najlepsze na świecie wykształcenie wobec własnego domu i rodziny, miłości i poczucia bezpieczeństwa płynącego z przynależenia do niej? Moja matka czuła się w nowym domu okropnie nieszczęśliwa. Po nocach płakała, wychudła i zmizerniała, i tak się pochorowała, że ciotka wezwała lekarza. Był to doświadczony starszy pan i pogadawszy z dziewczynką oznajmił ciotce: – ‘Mała tęskni za domem’. Ciotka się zdumiała i nie chciała wierzyć. Aż wyraziła zgodę, aby Małgorzata powróciła do Drobina. (Gabinet Jana Kostki w Rostkowie rozświetlony świecami) Do gabinetu weszła Pani Małgorzata. Pan Jan rozejrzał się uważnie po pokoju, blefując trochę, jak człowiek z natury nie dość spostrzegawczy. Następnie zaczął mówić acz niechętnie: -Godzi się, żeby nasi synowie zdobyli wykształcenie. Widzisz jest w modzie teraz wysyłanie paniczów za granicę. -(uśmiechnięta matka) W końcu jesteśmy bogaci. -(ojciec) Wczoraj byłem w Warszawie. Wiesz kogo spotkałem?Alberta i Stanisława, twoich braci. Był Piotr, który wystepował tam jako biskup chełmiński. Przez naszego magistra z Rozstkowa poznałem Rektora Kolegium Jezuickiego w Wiedniu. To dobra szkoła. Wyślemy naszych synów tam na dalsze nauki. Co ty na to? -(szczęśliwa matka) A niech mnie… -Nasi synowie zaczną uczęszczać do tego kolegium już w czerwcu… Pani Małgorzata popatrzyła przez moment na męża wyciągającego szufladę, następnie wyszła z pokoju. Mężczyzna spojrzał jeszcze spektakularnie na warzywa, a potem skinął swojej żonie głową na pożegnanie… Kiedy matka wróciła, ja siedziałem przy tym, co miało stać się zupą. Czekałem, aż zacznie mówić. Kuliła ramiona, jakby chroniąc się przed mroźnym wiatrem, mimo lata i ciepła panującego w kuchni. – Masz jutro z Pawłem jechać do Wiednia. Jeśli będziesz się starać, dostaniesz w przyszłości jeszcze lepszą pracę jak ojciec. Będziesz mieszkać u Jezuitów aż w Wiedniu. Zacisnąłem usta. – Nie patrz tak na mnie, Stasiu – poprosiła matka. – Wiesz, że ojca wola jest święta. – A gdzie mieszkają Jezuici? – to jest centrum Wiednia, u zbiegu Sonnenfelsgasse i Jesuitengasse, szepnęła po niemiecku matka. – Ojcu powiedzieli, że będziesz mógł przyjeżdzać do domu na wakacje. Matka zebrała rękami kawałki rzepy wraz z drobinami kapusty i cebuli i wrzuciła to wszystko do stojącego na ogniu garnka. Zniszczyła w ten sposób zapasy, które tak uważnie ułożyłem… Ale kim są Paweł i jego brat Stanisław, który nie przestaje mówić do nas zawsze: “do wyższych rzeczy jestem stworzony.” To moi bracia. Chciałbym teraz opisać wam moją rodzinę. Stanisław Kostka herbu Dąbrowa urodził się pod koniec 1550 roku w Rostkowie k. Płocka jako syn kasztelana zakroczymskiego. Był synem Jana, kasztelana zakroczymskiego, który był początkowo podsędkiem, następnie stolnikiem ciechanowskim, a od 1564 piastował urząd kasztelana zakroczymskiego. Ojciec Stanisława był dziedzicem Turowa i Rostkowa, synem Nawoja (zm. po 1530), sekretarza królewskiego i chorążego ciechanowskiego. Jan poślubił Małgorzatę Kryską z Drobina, córkę Pawła, wojewody mazowieckiego. Niektórzy podają, że z małżeństwa urodziło się dwóch synów: Św. Stanisław Kostka (1550-1568) i Paweł, jeszcze żyjący chorąży ciechanowski, nadto dwie córki: pierwsza została żoną Mikołaja Narzymowskiego, druga Radzanowskiego, kasztelana sierpskiego. Obie rodziny Kostków i Kryskich są chlubą Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Jeden z braci matki, Albert, wsławił się poselstwami z ramienia polskiego króla: do Rzymu, do cesarza Ferdynanda i do króla Hiszpanii Filipa II. Drugi brat matki, wuj św. Stanisława, Stanisław, był wojewodą mazowieckim. Natomiast Jan Kostka, krewny ojca z linii pomorskiej, był kasztelanem gdańskim i kandydatem na króla polskiego, popierany przez sułtana tureckiego, Selima; Piotr Kostka był biskupem chełmińskim. Rostków jest dzisiaj wioską, jak był nią przed laty. Stanisław był drugim dzieckiem. A więc nie był w rodzinie sam. Powiem więcej, miał jeszcze trzech braci i dwie siostry: Paweł, Stanisław, Wojciech i Mikołaj (to ja niżej piszący te słowa); a z sióstr Anna, która wyszła za mąż za Radzimowskiego, i siostra Jadwiga, która wyszła za mąż za Warymskiego. Rodzice i bracia spoczywają wszyscy, prócz Stanisława, w kaplicy Kostków w Przasnyszu. Stanisław ochrzczony został w kościele parafialnym w Przasnyszu. Do czternastu lat uczyli go rodzice, a następnie jego nauczycielem był magister Jan Biliński. Stanisław w domu uczył się łaciny, historii, literatury antycznej i retoryki. Prawdopodobnie z uwagi na kłopoty finansowe ojca, związane z nielegalnym handlem wełną, Stanisław musiał przerwać naukę. Ale jako syn lokalnego prominenta prawdopodobnie pobierał jeszcze nauki za darmo. Tym sposobem otrzymują edukację trzej bracia Stanisława i dwie jego siostry, którzy pracują w kilku magnackich rezydencjach jako guwernerzy, sekretarze, a także aktorzy w dworskich przedstawieniach. (Stanisław z Pawłem udają się w drogę do Wiednia) Pan Jan, Kasztelan Zakroczymski już od rana czynił wielkie starania odnośnie akuratnego wyprawienia synów na Wiedeń. O brzasku dnia lokajom ukazał się w czerwonym żupanie, amarantowych hajdawerach i brazowych, wysokich butach. Pani Małgorzata pokazała się przed domem w sukni, którą tworzyła marszczona spódnica, połączona z ściśle przylegającym do ciała stanikiem, w konstusiku z jedwabiem, zdobienia brokatowe miały odcień nad wyraz jasny. W gospodarstwie Pana Jana stały lando i coach, ale tym razem kolebka, wygodny czterokołowy pojazd, nowy kocz podróżny, z charakterystycznym zawieszonym na rzemiennych pasach pudłem dla podróżnych, zajechała przed dom w Rozstkowie. Pudło kolebki ozdobiono zasłonami z drogich tkanin i kobiercem. W południe na pożegnanie przyszli wszyscy domownicy. Bo też pożegnaniom nie było końca… Wreszcie pojazd ruszył gościńcem w nieznaną dal, która później okazała się dla Stanisława jego życiowym przeznaczeniem. Gdy tylko minęli zagrody zaraz potem zszedłem do piwnicy, bo byłem poważnie chory. Ale pamiętam jak Paweł krzyknął w stronę Stanisława coś w rodzaju: -Żegnajcie stare podwoje, kuchenne komody, nie istniejemy już dla was, hurra… a lando z wiarą ruszyło w drogę. Czasami Paweł po latach nam opowiadał, że w drodze “studentów” mijały przeróżne kolasy transportowe, które przecież mogły ich powstrzymać od “europejskiej przygody”, lecz żadna- nawet poczta sądowa czy królewska- nie były w stanie już tego dokonać. Owszem wszyscy chcieli wiedzieć, co się w świecie władzy, interesu i dobrego towarzystwa dzieje, wciąż bynajmniej wszyscy jednak nie rozpoznawali ludzkiego serca. A miasta, które mijali utrzymywały własne stacje pocztowe, którymi sprawnie kierowali faktorzy. Gońcy byli jednolicie poubierani, na ramieniu nosili tarcze z pierwszą literą nazwy miasta, mieli ściśle ustalone dni przybycia i odejścia z pocztą. Gońcy dostarczali pocztę do miasta, gdzie listy i przesyłki roznoszone były z kolei przez gońców doręczycieli. 18 października 1558 roku król Zygmunt August powierzył kierownictwo poczty swojemu dworzaninowi Prosperowi Prowanie, „mając na celu własną, tudzież naszych poddanych wygodę”. Datę tę uważa się za początek zorganizowanej poczty polskiej! Uchwalony ostatnio na sejmie koronnym „Uniwersał na powody warszawskie”, prócz skrupulatnych obowiązków powodowych i taryfy pocztowej, wskazywał też, by posłańcy nosili odznaki królewskie do odpowiedniego zresztą ubioru oraz posiadali trąbkę do sygnalizowania. Poczta zaś mianowana została królewską. Część II (Wiedeń, Katedra świętego Stefana, 6 sierpień 1565 roku) Twórca hegemonii Haubsburskiej w środkowej Europie zamknął oczy 25 lipca 1564 roku. A w związku z przygotowaniami do pogrzebu uroczystości pogrzebowe osiągnęly apogeum w Wiedeńskiej Katedrze św. Stefana w dniach 6-7 sierpnia 1565 roku. A ich ostatnim dopełnieniem stało się w dniu 21 sierpnia złożenie zwłok cesarza w Praskiej Katedrze na Hradczanach obok jego małżonki Anny Jagiellonki(zm. 1547). Ferdynand I (ur. 10 marca 1503 Madryt, zm. 25 lipca 1564 Wiedeń) panował od 28 kwietnia 1521 roku. W 1529 r. Ferdynand I, z pomocą hiszpańskich i niemieckich wojsk Karola V, zmusił Turków do odstąpienia od oblężenia Wiednia. Rozpoczęła się epoka panowania Habsburgów w Czechach i na Węgrzech, ale także zmagań między nimi a książętami Siedmiogrodu o koronę Świętego Stefana. Rodzicami Ferdynanda byli Filip I Piękny i Joanna Szalona. Miasto przygotowywało się do pogrzebu cesarza Ferdynanda bardzo starannie. Jest słoneczna sobota 1565 roku. W Wiedniu na orszak oczekiwali przed katedrą św. Stefana posłowie dworów zagranicznych, biskupi, opaci i cechy, z trzydziestoma marami pokrytymi złotogłowiem. Byli również chorążowie w zbrojach pokrytych czarnym suknem, którzy postępowali według starszeństwa reprezentowanych przez siebie ziem. Było też 30 koni przykrytych jedwabiem, żacy, sześciuset ubogich w kapach i duchowieństwo. Prowadzono następnie konia okrytego czarnym aksamitem, a dalej, za cesarskimi marami, jechał rycerz w zbroi na koniu w czerni, z gołym mieczem skierowanym ostrzem ku ziemi. Za nim postępował chłopiec w zbroi, z tarczą, kopią i proporcem także spuszczonym ku ziemi. Po nich podążał rycerz w stroju cesarskim, za nim dostojnicy niosący znaki cesarskie i sześćdziesięciu cesarskich ze świecami oraz zagraniczni posłowie, oraz radni miasta Wiednia. W takiej asyście odprowadzano ciało zmarłego cesarza na wieczny spoczynek. (Stancja we Wiedniu, w domu przy Steindlgasse zur goldenen Schlange, Kurrentgasse 2) W takich okolicznościach stawia swoje pierwsze kroki w Wiedniu i jego słynnej szkole Jezuickiej Zakroczymski kasztelanic Stanisław. A właściwie rok nauki ma już za sobą. A przed nami dawny pokój w domu ewangelicznego właściciela Krzysztofa Wachenschwarza, (wymienia się często jego inne nazwisko jako Kinderberg) w którym mieszkał mój brat, teraz już zamieniony na bogatą kaplicę. W ołtarzu wisi obraz przedstawiający scenę Komunii św. udzielanej Stanisławowi przez św. Barbarę oraz objawienie Matki Bożej z Dzieciątkiem… (Kolegium jezuickie we Wiedniu, w pobliżu Kościoła Jezuitów, u zbiegu Sonnenfelsgasse i Jesuitengasse) Jezuici otworzyli szkołę w Wieniu 1 września 1553 roku. Rok później miała już ona 5 klas z 300 uczniami, dwa lata później- 6 klas z 400 uczniami. A w nowo otwartym konwikcie w 1574 roku mieskało jeszcze 120 uczniów. Według trydenckiego “małego katechizmu” trzeba było najpierw złożyć egzamin wstępny składający się z 121 pytań (Parvus chatechismus catholicorum). Ano takie były czasy, wspomnijmy tutaj rozpowszechnianą wówczas powszechnie łacińską wersję Biblii, tzw. Wulgatę. której drukowaniem zajęły się drukarnie, także ta jezuicka drukarnia w Wiedniu, która istniała od 1559 do 1565 roku. Rodzice katoliccy wychowywali swoje dzieci w dyscyplinie, uczyli pobożności, uczciwości i skromności. Do 14 roku życia jak wam już opowiadałem Stanisław pobierał nauki w domu rodzinnym. Na dalszą naukę został wysłany wraz z bratem Pawłem do Wiednia. Początkowo nauka młodzieńców szła trudno, ale pod koniec trzeciego roku należał do najlepszych uczniów. Władał płynnie językiem ojczystym, niemieckim, łacińskim i trochę greckim. Trzy lata pobytu w Wiedniu – to okres rozbudzonego życia wewnętrznego w życiu Stanisława, który znał wówczas tylko trzy drogi: do kolegium, kościoła i domu. Inni chłopcy łódki puszczali na wodę w Dunaju. Stanisław wolny czas spędzał na modlitwie, lekturze oraz zadawaniu sobie pokuty łącznie z biczowaniem się. Taki tryb życia nie podobał się bratu, wychowawcy i kolegom. Uważali to za rzecz niemoralną, a nawet niebezpieczną dla zdrowia. Dlatego w dobrej wierze usiłowali słowem a nawet biciem wyleczyć go i skierować na drogę normalnego postępowania. Intensywne życie wewnętrzne, nauka i praktyki pokutne tak osłabiły młody organizm chłopca, że w grudniu 1565 roku ciężko zachorował. Miał wówczas wizję, w której św. Barbara z dwoma aniołami przyniosła mu Komunię Świętą. Miał też drugą wizję, w której Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus pochyla się nad nim i składa mu w ramiona Dzieciątko. Rano wstał zupełnie zdrowy…cdn.
Trochę magii z wysp Kanaryjskich pod choinkę
Stanisław Barszczak, Wspomnienia Pana Cervantesa, Kochane Czytelniczki, kochani Czytelnicy! Tym razem jedziemy do Hiszpanii, śladami Miguela de Cervantesa y Saavedra – renesansowego pisarza hiszpańskiego, najlepiej znanego jako autor powieści El ingenioso hidalgo Don Quijote de la Mancha. Ubieram się w jego szaty i jako jego daleki krewny podążam do Gran Canaria, samolotem z Warszawy… Indie i Kuba równoważą klimat, prezydent B. Obama wypunktował to ostatnio. A ja powiedziałbym teraz, że musiałem jechać do Las Palmas, żeby zrównoważyć klimaty w Polsce, i wierzę, że wreszcie otrzymamy porcję śniegu, jakkolwiek na razie za oknem króluje obraz jesienny. Uczciwie powiem, że o wakacjach “na Kanarach” pomyślałem dopiero, kiedy już od dawna miałem wykupiony bilet. Owszem Ksiądz Ryszard zapomknął kiedyś o takiej wycieczce, ale jeszcze nie wierzyłem. Ale praca we wszelkiej odmianie stanowi część mnie, więc stopniowo zacząłem wypełniać nowe przestrzenie, których bardzo słaby zarys miałem przed sobą. Pojechałem do Las Palmas, aby w Canary-Park obudzić do życia marederów i czynić to, co jest piękniejsze. Jak śpimy, nie mamy cudu świadomości. Już wyobrażam sobie wizje moich podróży w detalach. Ale tak coś, czegoś podobnego w całym świecie nie ujrzałem. Jakkolwiek myślę już “w generacjach, a nie w liczbach kwadratowych.” Nie byłem dobrze przygotowany do tej podróży, byłem niewyspany, i to z mojej tylko winy. Z drugiej strony powiem, lubię familiarny charakter, znajduję to cudowne: mianowicie, otworzyć się na profesjonalność codzienności, gościnność i miłość w detalach. W hotelu Falow śpi się wspaniale. Plaże w Las Palmas: de Las Canteras, de las Alcanvaras, Cipriano, playa del Duque są pięknie urządzone. W Las Palmas chodzi się bynajmniej zadbany, czysty, i czuje się na urlopie. W kolegium Salezjańskim koedukacyjnym w Las Palmas panuje hałas, ale ja zachodzę do tutejszego Karmelu- kościółka. Na “moją” Mszę świętą przyszło bardzo dużo ludzi. To mnie bardzo ucieszyło, bo było trochę stresu przedtem. Wcześniej spotkałem się w grudniowy poniedziałkowy ranek z Księdzem Arcybiskupem Frańciszkiem Cases Andreu w Las Palmas, na wyspie którą odwiedził kiedyś Krzysztof Kolumb poszukując drogi nowej do Indii. Gran Canaria – jedna z wysp zaliczanego do Makaronezji[2] archipelagu Wysp Kanaryjskich usytuowana na Oceanie Atlantyckim, tuż obok północno-zachodniego wybrzeża Afryki. Terytorialnie przynależy do Hiszpanii. Razem z wyspami Lanzarote i Fuerteventura tworzy prowincję Las Palmas. Stolicą wyspy jest miasto Las Palmas de Gran Canaria. Wyspa zajmuje centralne miejsce w archipelagu kanaryjskim i jest usytuowana pomiędzy Teneryfą a Fuerteventurą.Wyspa Gran Canaria, ze swoją powierzchnią prawie 1600 km² jest trzecią co do wielkości i drugą co do ludności z 802,247 mieszkańców (005) wyspą archipelagu. Znajduje się na 28º szerokości północnej i 15º 35′ długości zachodniej. Posiada miano “kontynentu w miniaturze” dzięki swojej różnorodności klimatycznej, różnicom geograficznym oraz zróżnicowanej florze i faunie. Wyspa ma okrągły kształt z masywem górskim pochodzenia wulkanicznego w centrum wyspy.Wyspa Gran Canaria jest podzielona na 21 okręgów miejskich. W ogóle można tutaj znaleźć uprawiających szeroko sport sympatycznych Kanaryjczyków. Jedzenie jest tanie. Ale jesteśmy w Domu Arcybiskupów Las Palmas. Poproszono mnie na górę do jego apartamentów. Zaraz też przyszedł moim śladem, było bardzo fajnie, opowiedziałem mu o celu mojej podróży po włosku. Arcybiskup wziął moją książkę, następnie wpatrywał się, wsłuchiwał… A spotkaniu temu towarzyszyła myśli jeszcze głębsza. Otóż patrzę na mój Kościół przede wszystkim jako kapłan, z wielkim zainteresowaniem towarzyszę jego misji od pięćdziesięciu laty. Ten Kościół jest niemożliwy bez possibilitas, gdy jest poza możliwościami. Chciałbym żyć w prawdzie. Bez Kościoła żadne zbawienie. Wydaje mi się, że i w naszych czasach trzeba chrzcić, trzeba chrztu, co mocno podkreślał w swych wystąpieniach święty doktor z Hippony, święty Augustyn. Po Soborze Watykańskim II spójrzmy na nowe akcenty w Kościele, mówi się o gradusach świętości, które powinniśmy wypełniać. Nie tylko hierarchowie, kapłani, ale również wierni. Mnie interesuje organizacja świętości. Zrobić coś kompletnego i intensywnego. W tym celu “używam papieru produkowanego z drzewa pochodzącego z lasów wyrastających w sposób odpowiedzialny.” Najpierw uczyłem się tego wspólnie z mamą, a teraz już samodzielnie spożywam z Kościołem powszedni posiłek. Bo my pragniemy objawienia, jak dzieci z Fatimy. Sławny fizyk, Albert Einstein powiedział: “Przy poszukiwaniu igły w stogu siana zachodzi różnica między mną a normalnym poszukiwaczem; bo normalny poszukiwacz z poszukiwaniami zrywa gdy już igłę znalazł, a ja cały stog przetrząsam, czy może jeszcze inne igły przy okazji nie znajdą się.” Stąd nigdy do końca- muszę to wyznać- nie jestem zadowolony z moich tekstów, nieustannie ubiegam się o ich nową szatę, tak by zaskoczyć czytelnika odwsiedzającego mój blog. Tak dużo zdradziłem idei, które mi przed oczami urosly, a które następnie zarzuciłem. Życie jest walką, z której nie możemy się wycofać, musimy zwyciężyć, mawiał święty Ojciec Pio. Jezu Chryste, ty przecież jesteś moim życiem, jedynym symbolem moich wszelkich emocji i uczuć. A Kościół jest miejscem, w którym czci się każdą istotę ludzkę wystarczająco. Podróże po świecie pozwoliły mi znaleźć język dla porównania czegoś co znamy, a nie umieliśmy tego wyrazić. Musiałem wiele zobaczyć, ażebym mógł teraz nasladować realność. Nie przestaję otwierać przestrzeni. W kontekście pluripantalizmu i oka wizualizacji ofiaruję coś nowego, jak wierzę. Pragnę zaprosić do refleksji i przeegzaminowania nas, aby przywołać nasze własne obrazy. Moja odpowiedzialność społeczna realizuje się przed wspólnotą Kościoła, jego autorytet jest kolektywny, i zawsze przedstawia walory, których suma prowokuje i konkluduje w polityce. Zatem chciałbym przedstawiać pewną syntezę- w tym samym czasie uniknąć uproszczeń manicheizmów i skierować oczy na odpowiedzialność “innych”. W Las Palmas spacerowałem w pobliżu katedry świętej Anny i nad Atlantyk, a tak daleko od ojczyzny łatwo jest poczuć się marginalny. Starożytny mówca Demostenes uczył genialnego wodza Aleksandra: “Kiedy bitwa jest zgubiona, tylko ci, którzy uciekli mogą walczyć w innej.” Ale ja w te rzeczy, które zabrałem do Las Palmas czuję się ubrany i teraz … Faktycznie w Las Palmas eliminowałem celulitis, zapragnąłem też, żeby było więcej testosteronu. Ale te słoneczne siedem dni przeżytych dla wieczności odeszły w dal. W tych dniach radosnego Bożego Narodzenia chciałbym dzielić z wami, Kochani, ideały etyczne bez rezerwy. To jest mój koncert Bożonarodzeniowy, ten tekst niezręczny.Sławny Fiodor Dostojewski pisał: „Chrystusowa miłość ludzi to, moim zdaniem, w swoim rodzaju cud niemożliwy na ziemi. Co prawda, On był Bogiem. Ale my nie jesteśmy bogami”/…/ „Cóż jest piekło?” Otóż więc: „Cierpienie wynikłe z tego, że nie można już kochać.” Mama odeszła zanim mogłem biec. Tak więc każdy ma misję. Jeszcze czasem szepnę sobie: nie posiadam doradców, ale Panie mów do mnie! Bo nikt nie jest sam, i ja żyję miłością innych! W moich tekstach gdybym był młodszym, to dzieci byłyby teraz tematem numer jeden. Albowiem zapragnąłem w te grudniowe noce jeszcze raz dziecku dać promień światła i dalej stąpać ludzką i naszą ścieżyną.
Nadziei, która nie gaśnie, miłości w każdej ilości od Bożej Dzieciny
Bożonarodzeniowy czas —(Ja i Inny- teoria doświadczenia Boga!)–
W swojej teorii intersubiektywności Levinas rozumie identyfikację jaźni ze sobą nie jako tautologię (por. E. Lévinas, Totalität und Unendlichkeit, 1993, 41; zob.J. G. Fichte, Grundlage der gesamtenWissenschaftslehre (1794), 1988, Erster Teil, § 1, S. 18: “Ja jest koniecznie tożsamością podmiotu, i przedmiotu: przedmiot-podmiot, nie ma po prostu dalszej mediacji-Vermittlung”), ale też nie jako tożsamość w formie samoświadomości, to jest jako dialektyczne przeciwieństwo do innego. Poza schematem podmiot-przedmiot ustala się sposób istnienia Ja (des Ich) jako intencjonalność świadomości (por. E. Lévinas, De Dieu qui vient à l’idée, 1992, 226.)Idea intencjonalności świadomości wyraża fenomenologiczne poznanie, według którego myślenie jest żadnym zdarzeniem, a jedynie falą i ciągłym ruchem. Jako intencjonalność mamy identyfikację wszystkich innych, którzy są nie-Ja, jednym w myśli i percepcji dokonanym wchłonięciem w Jaźń (por. E. Lévinas, Die Spur des Anderen. Untersuchungen zur Phänomenologie und Sozialphilosophie, 1992, S.189).Jako ludzie poszukujemy szczęścia nieustannie (por B. Pascal, Myśli 425). Ale szukamy go najczęściej na zewnątrz. I tak respektujemy wszystkie religie. A Dasein (tutaj jako nasza istota) w naszej epoce kosztuje bardzo wiele pieniędzy. Stąd mój szczęśliwy ton, to krytyka Emmanuela Levinasa, choć jeszcze bardzo powierzchowna. Otóż trzeba uzgodnić moją naturę z human, z tym co ludzkie. Zgadzamy się z tym także, że bycie ma być darem dla innych. Tutaj prawda jest na zewnątrz mnie, por. odkrywanie twarzy bliźniego jako innego. Porządek twarzy odsłania porządek pewności wydarzenia, czyli wymiar etyczny. Wpatrując się w twarz innego uświadamiam sobie fakt: muszę żyć jako zakładnik dla innego. Tak rodzi się moja odpowiedzialność przed twarzą, która jawi się mi jako absolutnie obca, wygląda zupełnie obca. Ta odpowiedzialność sprawia oryginalne wydarzenie braterstwa (E. Levinas, Całość i nieskończoność, S.309). Inaczej mówiąc, nikt nie może pozostawać w sobie: człowieczeństwo człowieka, subiektywność, to jest odpowiedzialność za innych, czyli ekstremalna podatność na zranienie. Jestem odpowiedzialny za innego, za jego życie. Tyle mówi Levinas. Ale przecież każdy ma odpowiedzialność. Być w odpowiedzialności, to być we wspólnocie. Sprawiedliwość jest odpowiedzią bliźniego, która jest ontologiczna. Teraz być człowiekiem, to znaczy wzrastać, rosnąć (grandir). Ja mówię o innym: „nie dopuścisz się morderstwa!(niem. du wirst keinen Mord begehen). Ale odtąd inny także ma mnie zauważyć, właśnie również jako innego (comme l’autre). A tutaj bez pomocy łaski Bożej nic nie możemy wykonać, jak myślę. Chodzi o wzajemne oddziaływanie, perichorezę (por. teologia Kościoła Ortoksyjnego).Człowiek jest wynikiem ścisłej wspólnoty z Bogiem, do którego staje się coraz bardziej podobny, i wzrasta w aurze jego uświęcenia, a wówczas też jego grzeszność maleje. Trzeba podjąć egzekwowanie miłosnego oddania się Bogu. W jednym z moim poprzednich tekstów napisałem o zauważaniu obcości mojego „dziecięcego podwórka”, to jest miasteczka mojej chłopięctwa. A teraz powiedziałbym, że podjęcie obcego jako bliźniego, to pokazywanie się Chrystusa w innych. Przebywanie razem z Obcym mamy zatem podjąć jako wzajemne spełnienie (i dokonanie, niem. Vollzug). Każdorazowo obecna, właściwa osoba “jest nieskończenie ważniejsza jak jego religia.” Zamiast zdawać się na ogląd zewnętrzny, to jest tylko na ogląd zmysłowy, a także tylko na rozum, który wierzy, trzeba iść głębiej i głębiej w tym, aż do niewidocznego i niepoznawalnego i tam widzieć Boga. Ponieważ prawdziwe rozpoznanie Poszukiwanego i prawdziwy pokaz polega na tym, żeby zobaczyć to, co jest niewidoczne.”(Grzegorz z Nyssy, De Vita Moysis, PG 44, 376 GB – 377 A) Tak więc w miejsce relacji do Innego jako środka, sposobu relacji z Bogiem, dzisiaj Istnienie Boga zastępuje warunek możliwości związku z Innym w ogóle (por. teologia prawosławna).„Chrystusowa miłość ludzi to, moim zdaniem, w swoim rodzaju cud niemożliwy na ziemi. Co prawda, On był Bogiem. Ale my nie jesteśmy bogami.” (Bracia Karamazowy, str. 291) Ale Bóg jest moim Panem! To jest teraz moja teoria doświadczenia Boga. A w dalszej perspektywie to jest utematyzowanie Ja w obliczu Innego, niejako z drugiej strony istoty podmiotu, zniewolonego współczesnego podmiotu. A czym jestem „bez tożsamości”(por. tekst E. Levinasa niem. Ohne Identitat). Emmanuel Levinas powołuje się tutaj na cytat z Talmudu Babilońskiego: “Jeśli ja nie ręczę za siebie, kto następnie stanie przy mnie? A jeśli ręczę za siebie tylko sam – to jestem i potem tylko ja.”(Talmud Babiloński, Tractate Abot 6, cytowany w: Emmanuela Levinasa, humanizmu Innego, dt.Ludwig Wenzler, Hamburg, Felix I, 2005 str.85). A nie ufamy sobie. Cóż jest piekło?” Otóż więc: „Cierpienie wynikłe z tego, że nie można już kochać.” (Bracia Karamazowy, str. 394) W tej chwili chciałbym przywołać pogląd Emmanuela Levinasa odnośnie połączenia wolności i odpowiedzialności, jako śladu Innego, albo też jako niezrównanego a widocznego światła (zob. E. Lévinas, Die Spur des Anderen, 1998, S.222; ders., Totalität und Unendlichkeit, S.44).Na przedłużeniu myśli Levinasowskiej powiedzielibyśmy, ze w odróżnieniu od nasycenia, które łagodzi intencjonalność, Nieskończoność powala- wydaje się- ideę nasycenia, przesiąknięcia światłem. Albowiem dzisiaj odsłaniamy cud nieskończoności niejako w skończoności myśli! Ale idźmy śladem Innego, skierujmy się ku światłu. Wydaje się w konsekwencji, że to jest obecna a moja radykalizacja wrażliwości, odczuwalności subiektywności- wzajemnej wyczuwalności w naszej epoce, nierzadko bez podmiotu. Tym samym odpowiedzialność przynależy do ludzkiej podmiotowości. Istnieje jednakże potrzeba i możliwości rozwinięcia koncepcji Emmanuela Lévinasa. Zauważamy doniosłość powinności ontycznej, praktyczny wymiar etyki E. Lévinasa, relację inności szczególnie w obliczu trzeciego, kładziemy akcent na potrzeby, ale także na prawo naturalne, pragniemy wychodzić na przeciw praw człowieka. Tak więc otwieramy się na system etyczny, przedstawiamy rozpoznanie jako fundament moralnego zobowiązania. Ale wydaje się, że nie wystarczy etyka do wyjawienia złożoności zagadnienia człowieczeństwa. Zauważmy choćby kilka spraw: istnieje zależność pomiędzy wizją dobrego życia a teorią normatywną; nadto w społecznych relacjach odsłaniane są różne typy inności. Czy inny to odmieniony czy zastąpiony? Zwróćmy także uwagę na zrozumienie jako ma łącznik pomiędzy kategorią czynności a kategorią moralną. Innymi słowy podmiotowa świadomość musi bazować na świadomości moralnej, w rezultacie wynosić obecną odpowiedź społeczną, czyli odsłaniać sprawiedliwość ontologiczną. W tej mierze daleko nam jeszcze do szczęścia. Życie jest walką, z której nie możemy się wycofać, musimy zwyciężyć, mawiał święty Ojciec Pio…Ten tekst, to jest również spotkanie moje z Caritas, również naszej Archidiecezji w Częstochowie. I zaraz przyszedł mi na myśl obraz z Biblii. Samuel i Eli. Jaka jest nasza odpowiedź na misję, powołanie. (niem. Auftrag, Sendung) Eli jest uważny na życie człowieka… Stać się Elim w tym czasie, to jest nasze zadanie. Musimy odkryć: tę uwagę, czuwanie, wyczulenie, skargi, z dziecięcą mądrością rozpoznać, że każdy jest posłany… A następnie modlić się: Dzięki Panie za powołanych, za ten dar, za powołanie, wiele możliwości. Mało albo wcale nie było „powołanych” mężczyzn i kobiet jako szafarzy sakramentów w Parafii św. Józefa, którą nawiedzałem kiedyś. Myślę, że z szkodą dla duszpasterstwa. To, co możliwe, „stały diakonat”, to wielki dar po Soborze Watykańskim II, życzę Caritas rozwoju spektakularnej akcji powołaniowej. Zachęcam, by powstał nowy ruch młodzieżowy, Kubinianiów,(por. choćby ruch Korbinianów w Monachium) w naszej archidiecezji, albo jeszcze inny. Po pierwsze dla uczczenia życia oddanego Bogu i Częstochowie pierwszego biskupa naszej diecezji Dra Teodora Kubiny, a po drugie, byśmy w ten sposób z młodzieżą naszą wspinali się na szczyty świętości! Szczęść Boże! Wchodźmy każdego roku na górę…! Papież-Emeryt Benedykt mówił o tym, żebyśmy i duszę i ciało uświęcali na chwałę Boga. Popatrzcie jaka olbrzymia odpowiedzialność władz miasta, Caritas! Powrót uchodźców do ojczyzny! Więc działania nie dosyć! Czynić, co możliwe, oni potrzebują pomocy. Stokrotne dzięki! Nie barykadować się w swoim zaścianku. trzeba podkreślić to: mamy nie tylko uporczywie się trzymać starych pozycji, ale czynić dobro. Trzeba odpowiedzi, a tutaj choćby grać na fortepianie! To jest moje zaproszenie do świątecznego Caritas. Życzę błogosławionych Świąt. “Nie było miejsca dla Ciebie, Jezu!” Ale ja idę z Tobą Jezu. Gdzie jest moje szczęście? Otóż życie, budować mosty, zbroić mosty. Chodzi nie o to co świeci na zewnątrz, ale o wewnętrzne Myślenie. Doświadczać wspólnoty! Prowokować! Nazywać coś powątpiewając. Jezus mówi: „Ja jestem droga, prawda i życie.” Całą miłość widzimy w czynie! w spotkaniu! Każdy ma misję: Panie mów do mnie! Otóż nikt nie jest sam, więc żyję miłością innych! I udowodnić to w życiu. W liście dziewczęcia do Aloszy w Braciach Karamazowych jest takie zdanie: “tajemnica mojej zrujnowanej reputacji w waszych rękach.” Odwiedzałem przed laty Buenos Aires, Boston, Bombaj, Abidżan, mamy teraz problem, który nazwałbym problemem „Europa”. Ale on jest szansą, niech będzie jeszcze większą, nawet rzeczą pospolitą dla każdego. Trzeba więc nazwać “otwarcie”, to co teraz się dzieje na naszym kontynencie. A niech każdy będzie obrazem Boga i bratem. Zachowały się zeszyty świętego Stanisława Kostki, poprawiane ręką nauczyciela. Mam przed sobą notatki świętego Stanisława Kostki, młodziana, którego wydała polska ziemia, w którym czytam: “Kościołowi właściwe jest to, że zwycięża, gdy jest ranny; wtedy się rozumie, gdy się go poznaje; wtedy wychodzi naprzeciw, gdy się go pragnie”. “W przeciwnym wypadku (gdyby w Kościele nie było prawdy) zostałaby tylko ewentualność: Porzucić wszelką wiarę, oddać się rozpaczy i rozstać się z tym światem.” W innym zeszycie zanotował: “Szczęście ludzi jest podobne do fal rzeźbionych przez przód okrętu, które natychmiast po jego przejściu giną”. A przed nami rekolekcje adwentowe, trudna praca rozpoznania- myśleć różnice w tej epoce! Chodzi o objawienie zła, w którym jesteśmy zanurzeni, absurdalność społecznych postaw. Mamy zmienić nasz sposób życia, myślenia, nasze postawy polityczne. A nierzadko chodzi o radykalną zmianę w hierarchii wartości. Jeśli mamy jakby „robaczywe serce”. Skierujmy się ku Bogu, który mówi: „Ale ja odnajdę Cię!” W sercu pozostać malcem! Skoro naciągają to prawo, to straciło ono moc… niech każdy decyduje za siebie. Na pierwszym miejscu ma być: solidarność, pragnienie świadomego życia, zdolność wzajemnej akceptacji, słuchania się nawzajem i wzajemnego szacunku, przebaczania, pojednania różnic i braterskiego dialogu. Rozbroić ręce, sumienia, serca. Znany myśliciel Jan Patocka pisał o braku jakiegokolwiek zamysłu w życiu, które jest nam dane i którego nie możemy przekroczyć- podjąć poszukiwanie dróg, nie rezygnować! A porozumienie to istotny wkład w kulturę jutra. Jaki obraz Boga i jaki obraz człowieka stoi za rozwojem, w którym na pierwszy plan wysuwa się posiadanie i doznawanie, konsumpcja i władza, a jeszcze bardziej wirtualna gra możliwościami, wpływania na światowy bieg wydarzeń? Jakie wyzwania dla wiary chrześcijańskiej można w takim kontekście jeszcze odkryć? Claude Levi-Strauss mówił o decentralizacji świadomości i podmiotu- jak twierdził- mit jest myślą anonimową! Trzeba “logiki” nadobfitości, wdzięczności, daru, równości, sprawiedliwości i etyki. Przejąć chrześcijaństwo jako styl. Nowa ekonomia królestwa. Od towarzyszenia osobowego do czynu kolektywnego. Sfera ekonomiczna należy do natury ludzkiej Stąd to co ludzkie (humanum), musi być ustrukturalizowane i zorganizowane instytucjonalnie przez wizję etyczną; podjąć maksymalizowanie części stron najbardziej defaworyzowanych (por. J. Rawls) -Co się stało z Pana rodziną… -I Indianie wierzą… -Ma Pan rację. Nie tak wyobrażałam sobie kraj… -Myślałem, że się nie przedrzecie! -Czołem chłopaki… -A jutro z Radą Starszych zaśpiewam pieśń przy ognisku…- Posłuchaj muzyki. Większa chwała musi mniejszą stłumić…Życzę błogosławionych świąt i dołączam się do życzeń innych: Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Ci nadziei, własnego skrawka nieba, zadumy nad płomieniem świecy, dobrej, pachnącej kawy, piękna poezji, pogodnych świąt zimowych, odpoczynku, zwolnienia oddechu, nabrania dystansu do tego, co wokół, chwil roziskrzonych kolędą, śmiechem i wspomnieniami. Wesołych świąt! ksiądz Stanisław Barszczak
Boże Narodzenie w 1587 roku – cz. 2.
“Zajaśniało i rozbłysło od grotów na oszczepach i od kos całe pole. Aż doszli. – Bij! – zakrzyknęli dowódcy – Uch! Wrzask i krzyki wzbiły się aż ku niebiosom…I zmagali się tak jeszcze w niepewności zwycięstwa, dopóki olbrzymie kłęby kurzawy nie wzbiły się niespodzianie po prawej stronie bitwy.” Oddział Stadnickiego wracał teraz i z wrzawą nieludzką pędził jak wicher na swych ścigłych koniach do boju…Lecz bitwa trwała jeszcze, albowiem wiele żołnierzy wolało umierać niż błagać o litość i o niewolę. Zbili się teraz Niemcy wedle swego wojennego zwyczaju w ogromne kolisko. “I znów śmigały ramiona, grzmiały cepy, zgrzytały kosy, cięły miecze, bodły oszczepy, chlastały topory i oksze. Ukradkiem wycinano Niemców jak bór, a oni marli w milczeniu, posępni, ogromni, nieustraszeni. Niektórzy, popodnosiwszy przyłbice, żegnali się z sobą, dając sobie ostatni przed śmiercią pocałunek; niektórzy rzucali się na oślep w ukrop bojowy jakby zdjęci szaleństwem, inni walczyli jak przez sen, inni na koniec mordowali się sami, wbijając sobie w gardło mizerykordię lub porzuciwszy naszyjniki, zwracali się do towarzyszów z prośbą: Pchnij!” Polska armata rozbiła wkrótce wielkie kolisko na kilkanaście mniejszych kup i wtedy znów łatwiej było wymykać się pojedynczym rycerzom. Ale w ogóle i te rozbite gromady biły się ze wściekłością i rozpaczą…Maksymilian zamierzał już zwinąć oblężenie i odejść z wojskiem spod zamku, ale zmienił zamiar, kiedy Stadnicki Stanisław, uderzył na dwór Karlińskiego w Karlinie, spalił go i złupił oraz porwał jego 6-letniego syna. Po dwóch dniach Niemcy postawili zatem na przedzie polskich-jeńców, uprowadzonych w niewolę. Ruszyły kobiety z dziećmi na czele. “By zaś iść krokiem równym i nie łamać szeregów, poczęły wszystkie razem powtarzać: – Zdro – waś – Ma – ry -ja – Łas – kiś – peł – na – Pan-zTo-bą!…I dopiero za nimi jak powódź szły pułki najemne. W oblężonym zamku kona mój syn Janusz, który sprzymierzył się z Niemcami.. Składam w dłonie zmarłego zdjęty z własnego pancerza ryngraf z Matką Boską. W tym momencie wkraczają do kuźni wojacy królewscy. “Nie żyje, nie żyje – poszedł głos z ust do ust. Nie żyje zdrajca i przedawczyk!” Tak jest – rzekłem ponuro- ale jeśli sponiewieracie ciało jego i na szablach je rozniesiecie, źle uczynicie, bo Najświętszej Panny przed skonaniem wzywał i Jej konterfekt w ręku dzierży. Słowa te wielkie uczyniły wrażenie. Krzyki umilkły. Natomiast żołnierze poczęli się zbliżać, obchodzić sofę i przypatrywać się nieboszczykowi…Prawda jest
– rzekłem cichym głosem- Najświętszą Pannę w rękach trzyma i blask mu od Niej na lica pada. To rzekłszy zdjąłem kołpak z głowy. W tej chwili uczynili to wszyscy inni. Nastało milczenie, pełne szacunku”…Następnie Stadnicki zwany też “diabłem łańcuckim” zasugerował dowódcy wojsk Maksymiliana, aby dziecka Karlińskiego użyć jako tarczy ochronnej podczas szturmu na twierdzę. Choć matka uważała, że Ojciec jej syna jest grecki książę i nic dziecku stać się nie może, to jednak stała się ostatnia tragedia. Kiedy Niemcy prowadząc piastunkę z dzieckiem na przedzie oddziału, zbliżyli się do bramy zamkowej, Karliński chwycił zapał armatni i zawołał: “Wpierw byłem synem ojczyzny, a dopiero potem ojcem”, i odpalił działo. Wszystkie działa z murów zamkowych dały ognia kładąc trupem żołnierzy Maksymiliana. Po tym wydarzeniu Niemcy dali za wygraną, w pośpiechu zwinęli oblężenie twierdzy odeszli. Dzięki poświęceniu i odwadze Kacpra, który jako pierwszy wystrzelił w kierunku najeźdźcy zamek nie został zdobyty. Niestety w trakcie późniejszych walk dziecko zginęło…Kacper Karliński po olsztyńskiej tragedii już nigdy nie odzyskał zdrowia. Gdy hetman Zamoyski, po zwycięstwie pod Byczyną 24 stycznia 1588 roku, w której wziął do niewoli Maksymiliana obchodził uroczystość zwycięstwa w Krakowie, wezwał Karlińskiego aby przybył do stolicy po odbiór nagrody, ten jednak nie był wstanie odbyć tej podróży.
Podziękował więc Zamoyskiemu , tłumacząc, że wiek i stan zdrowia nie pozwalają mu przybyć do Krakowa. Przerastała go sława obecna. Oto Bóg ukazał mu się w całym majestacie, który przewyższał teraźniejszą chwałę.
Udał się natomiast do Częstochowy na Jasna Górę, by w modlitwie szukać ukojenia. Gdy zaś modlił się w klęczniku przed Matką Bożą Częstochowską podobno rozważał temat tylko sobie bliski, że Bóg istnieje teraz jeszcze bardziej, jak w tobie ojcze pozbawiony syna. Tam ostatnie lata życia Karliński spędził i tam umarł. Podczas oblężenia przez wojska Maksymiliana Habsburga zamek olsztyński chociaż nie został zdobyty , jednak na skutek ostrzału artyleryjskiego mocno ucierpiał. Naprawa dachów i odbudowa uszkodzonych murów wymagały natychmiastowej pracy.
Joachim Ocieski pod koniec swojego starostwa w Olsztynie co mógł, to zrobił aby przywrócić zdolność obronną zamku. Wojska Maksymiliana zniszczyły natomiast sam Olsztyn.
Mieliśmy na długo tego szczególnego, dziwnego towarzysza przed oczami.
Kasper długo jeszcze chodził po zamku…Teraz przed nami Boże Narodzenie.
Jakie przepyszne słowo. Wciąż wyżej wznosi się śnieg na ulicach, wciąż dłuższe sople zwisają z dachów. Wciąż trudniej topnieją rano zamarznięte szyby okienne. W wielu biednych mieszkaniach tego się nie zauważa. Zza okien wyglądają pełne wyczekiwania twarze dziecięce…Dzieci biegają z czerwonymi nosami na ulicach. Jakim artystą jest zima! Boże Narodzenie 1587 roku zapisało się jako ten piękny czas…Aleśmy pośpiewali kolęd w naszym opróżnionym, choć z nienaruszonymi gontami, kościółku!…Odchodzący rok miał nie tylko piękną wiosnę, błyszczące lato, szturmującą, ciemną jesień, ale też proroczą zimę, która wywróżyła ojczyźnie świetlaną przyszłość. Oto wzrosło też zapotrzebowanie na moją pracę. Gospodarze przyprowadzili więcej koni do podkucia. Po wytężonej pracy w kuźni spojrzałem na wyłomy w murze naszego zamku. Surowość tej sceny żaświadczała o tym, że najeźdźcy odeszli pozostawiając po sobie niechlubną pamięć. Nie przyjmowałem wpierw do siebie innych myśli, ale po chwili ciężar krzyża, tragedia rodziny Karlińskich, sprawiła że odstawiłem stare księgi. Zaraz jednak zapragnąłem, by wam tę jedyną datę z losów naszego zamku rzetelnie przekazać. Oto historia piastunki i syna bohaterskiego dowódcy zamku nie przestaje podnosić serc wszystkich na zamku i mieszkańców Olsztyna. Dlatego zapragnąłem teraz w mowie żyć, bo to znaczy życie w naszym polskim języku przenosić dalej. Teraz niech mowa przynosi szczęście życia olsztyńskiej krainie. Fama o bohaterskim obrońcy zamku rozchodzi się wszędzie. Nieprzerwanie budzi ogromny szacunek życia dla miejsc najmilszych ludzkiej krainie, dla miejsca, w którym się urodziliśmy, wychowaliśmy i wzrastaliśmy w najpiękniejszych wartościach człowieczych. Dlatego ten Olsztyn, teraz złupiony i zniszczony, dla mnie pozostaje już nie jakąś tam “dziurawą skałą”- legenda każe spojrzeć na pokruszone kamienie wokół zamku- lecz miastem z historią żywą, której nie przemogą wszelkie jej późniejsze dzieje.
Wcześniejsze wydarzenia miały olbrzymi wpływ na mój dalszy rozwój…Teraz jest nowy rok. Otrzymałem list z dalekiej Italii, cenny prezent noworoczny. Zimno rozsiadło się tymczasem najwyżej jak mogło. Na dobre zagościła zima, śnieg nazbyt wysoko leży na ulicach, można usłyszeć jakiś krok spóźnionego przechodnia, koło wozu. To jest głęboka noc…Trzy miesiące minęły. To był szczęśliwy czas, to życie tutaj…Następnie również długie lata przeszły, ja mojej ojczyzny nie widziałem. Los mi jednak poszczęścił i powróciłem z zagranicy. Która droga wokół Olsztyna jest piękna? Teraz wybieram się w tę drogę… Po południu zasiadłem w parku w ciepłych promieniach słońca… Dzisiaj wróciłem już z mojego spaceru i siedzę sam przed ułożoną kroniką wypadków z sprzed lat…To był także pierwszy maja. Przybyła wiosna z młodą zielenią, z jaskółkami- czas wesela w starych, ciemnych wróblich zaułkach. Ubraliśmy wiosenne ubiory i mieliśmy radosne twarze. I niebo było błękitne i słońce promieniało przez bluszcz. Nie mówiliśmy zbyt dużo każdego następnego dnia. Przeszedł jeden miesiąc, drugi. To był słoneczny poranek w lipcu. Spaceruję również przez dzień cały w lesie olsztyńskim. Co za dzień! Jeszcze rozprowadzają się białe chmurki nad światem leśnym, wkrótce jednak słońce je pożarło i wieczny błękit uśmiechał się do nas czysty i jasny. Coraz głębiej zanurzaliśmy się w pachnącą puszczę. Słońce na zewnątrz doskwiera, musi palić, stoi wysoko, jest południe. Jest póżno w nocy, gdy to piszę; głęboka ciemność panuje koło kuźni w mym zaułku. Nie widać żadnego pojedyńczego rozjaśnionego okna. Otwieram okno i patrzę w ciemną, cichą, ciepłą noc. Tu i tam migocze samotna gwiazda na czarnym niebie. Po jakimś czasie świta nowy dzień. Moja lampa pali się, ale jest bliska zgaśnięcia. Zmęczoną ręką zamykam okno i piszę ostatnie wiersze. Spojrzałem jeszcze na portrety starostów olsztyńskich na wewnętrznej ścianie kuźni, na Mikołaja Szydłowieckiego, na Piotra Opalińskiego i na Jana i Joachima Ocieskich.
“Historia zamku jest historią jego mieszkańców, historia jego mieszkańców jest historią czasu, w jakim oni żyli i żyją, historia czasów jest historią ludzkości a historia ludzkości jest historią-Boga!”
W tej wiedzy leży przyszłość. Boże błogosław ojczyznę. Niech będą pozdrowione wszystkie wasze serca w dzień i w nocy, bądź pozdrowiona ty wielka, rozmarzona ojczyzno; bądź pozdrowiony ty mały, wąski, ciemny zaułku olsztyński; bądź pozdrowiona ty wielka, stwórcza mocy, która jesteś odwieczną miłością.
Koniec roku wieńczy wieść z Krakowa, koronacja Zygmunta Wazy na króla Rzeczypospolitej w katedrze wawelskiej (27 XII). Co przynoszą kolejne miesiące: 1587-1588 (10 XII-30 I) Sejm koronacyjny (pod laską Jana Gajewskiego). Zygmunt obiecuje darowanie win wszystkim, którzy wystąpili przeciwko jego elekcji. 1588 r. (24 I) Jan Zamoyski rozbija siły Maksymiliana Habsburga pod Byczyną. Pojmanie i uwięzienie (w Krasnymstawie) Maksymiliana Habsburga. 1589 r.- Szlachta odrzuca projekt reform państwowych przygotowany przez Jana Zamoyskiego (głównie z powodu zamieszczenia przepisu o wykluczeniu Habsburgów z grona kandydatów do tronu Rzeczypospolitej). (9 III) Traktat bytomsko-będziński z Habsburgami (zawarty dzięki mediacji kardynała Aldobrandiniego). Cesarz, arcyksiążęta i kraje cesarskie uznają Zygmunta królem i zobowiązują się do nie wiązania się wrogimi Rzeczypospolitej i Szwecji układami z Moskwą i zwrotu Lubowli. Uwolnienie Maksymiliana Habsburga. (24 V) Zygmunt zaprzysięga postanowienia układu w Lublinie. Zaprzysiężenie układu przez arcyksiążąt: Karola (30 V), Ferdynanda (5 VI) i Ernesta (10 VI) oraz przez cesarza (10 VII). Wyprawa kozacka przeciwko Tatarom. Kozacy zdobywają i palą Eupatorię. (VIII) Odwetowy najazd tatarsko-turecki na Rzeczpospolitą. Wojska tureckie palą pograniczny Śniatyń. Pobicie Tatarów pod Baworowem. (7 IX-X) Zjazd z Janem III Wazą w Rewlu. Jan III wzywa Zygmunta do porzucenia Rzeczypospolitej i powrotu do Szwecji.
1590r. (8 III-21 IV) Sejm w Warszawie (pod laską Hieronima Gostomskiego). Pozbawienie arcyksięcia Maksymiliana Habsburga prawa do ubiegania się kiedykolwiek o tron polski.
(przy przedstawianiu mojego obrazu grudniowych dni 1587 roku w Olsztynie korzystałem z informacji zamieszczonych w Internecie, jak też z pomysłów Wilhelma Raabe’ego i Henryka Sienkiewicza. X.St.B)
Boże Narodzenie w 1587 roku – cz 1.
ks. Stanisław Barszczak- Boże Narodzenie w 1587 roku
Drugi grudnia roku Pańskiego 1587. Wczoraj po południu zaczęły się ciężkie deszczowe chmury, które tygodniami będą zalegać nad zamkiem. I oto siedzę w mej kuźni. Nagle znowu zaczęła się siarczysta ulewa. Deszcz uderza wolno o moją szybę. Znowu daję się uśpić deszczem, ale przechodzi mi chwilowa drzemka. Oparty o parapet wąskiego okna spojrzałem w późną jesień na naszym zamku. Jest to w zasadzie zły czas.
Śmiech stał się towarem droższym w tym świecie, marszczenie czoła i westchnienia zupełnie tanie. Spojrzałem właśnie jak w oddali pokazywały się krwawe ciemne chmury, niejako zapowiedź wojny z niemieckimi wojskami arcyksięcia Maksymiliana Habsburga. Zaraz też w pobliżu zaległy niesamowitym woalem tym razem trójkątne chmury, niczym choroba, głód i ostania potrzeba. To jest zły czas! Jest smutniejsza, bardziej melancholijna jesień; drobniejsza zarazem i zimniejsza pora przedzimowa sączy się już dokoła. To jest zły czas! Ludzie mają długie twarze i trudne serca. Kiedy spotykają się dwaj znajomi drżą ich ramiona, ale pośpiesznie mijają się i nie pozdrawiają. To jest zły czas! W złym humorze odstawiłem Psałterz Dawidów poety z Czarnolasu. To była stara księga. Ale oto poprószyło z nieba pierwszym śniegiem. W oknach zamkowych ukazały się śmiejące się twarze dziecięce, małe rączki klaskają radośnie. Jakie myśli zagościły w białych domach przy zaglądających do środka iskrzących się od pierwszego mrozu sosnach.
Teraz jest czas dla opowiadającego bajki, dla poety. Spoglądam z moich marzeń i widzę te same śmiechy, te same zatroskania na ludzkich twarzach, jak w poprzednie długie, czerstwe lata, że radość i cierpienie takie same pozostały na ziemi sędziwej matki. Oto twarze samotne, są mi obce, jestem sam! Sam a przecież nie sam. Z zapadającej nocy zapomnienia wynurzają się i dźwięczą mi w uszach jeszcze: postaci, tony, głosy, które znałem, które posłyszałem, które wpierw chętnie widywałem i słyszałem w minionych złych i dobrych dniach, znów są rozbudzone i żywe.
Dzwonki wracających stad baranków rozlegają się między wzgórzami, dokoła brzmi nieskończone życie, w trawach, na drzewach, w powietrzu, serce dziecięce rozumie wszystko, ono jest jeszcze jedno z naturą, jedno z Bogiem. W umyśle martwe i złożone wiosny zaczęły znowu się zielenić i kwitną, zapomniane baśnie dziecięce przypominam sobie. Jestem na powrót młody, ruszam , budzę się. Ale pogrążony jest niejako świat wspomnienia, drżę w zimnej, smutnej teraźniejszości, ściśnięty czuję moją samotność.
Ja starzec, z drugim dzieciństwem czyhającym w pobliżu, chcę opowiadać o bohaterach ostatnich naszego zamku, których życie jest jakby w moim zakorzenione i jeszcze odbija się na murach naszej fortecy jak promień słońca. Lubię w wielkich miastach te stare części miasta z ich wąskimi, krzywymi, ciemnymi zaułkami, w których jasność słońca tylko ukradkiem odważa się zabłysnąć. Jednocześnie tęsknię do poddaszy krakowskich, gdzie w atelier artystów ubierałem żółte ciżemki krakowskie. To już tak dawno. Mój Boże i pomyśleć, że nasz król Zygmunt I zamieszkiwał komnaty naszego zamku. To były czasy! Moja kuźnia jest położona w tym zaułku zamku, gdzie wznosi się wieża starościnowa. Podobno pod kuźnią znajdują się jakieś tunele, które tworzą sieć podziemnych, zamkowych korytarzy, a których nigdy nie widziałem. Teraz jest pochmurno. Panuje głęboka cisza w pokoju. Zatem to jest właściwy czas, żeby marzyć. Siedzę przy oknie, z głową złożoną na ręce, stopniowo coraz bardziej daję się utulić monotonną muzyką deszczu na zewnątrz, by w końcu zatopić się w teraźniejszości. Dachy domów błyszczą w przedwieczornym słońcu. Coś jeszcze wam powiem, mogę mieszkańców większości domów podzamkowej osady nazwać po imieniu. Znam dźwięk, który się rozlega w spiczastej pokrytej łupkiem wieży każdego pięknego i starego kościoła, gdy zaczynają bić dzwony. Z olbrzymią przyjemnością słyszę bijące dzwony naszego kościółka. To jest niejako zaklęty świat miasteczka mojego dzieciństwa, to jest moja ojcowizna! Ale gdzie jest stary człowiek z pięknymi szarymi włosami, który każdego wieczora z troską zalewał na dziedzińcu swoje kwiaty. Gdzie jest moja matka? Żaden przyjacielski głos nie odpowiada.
Matko, Bogu dzięki, że stół biesiadny się spalił…Matko, nie mogę go już widzieć. Dobranoc matko…Teraz sam mam szare włosy. Matka, ojciec drzemią już długo w swych zapomnianych, zapadających się grobach na małym cmentarzu na pobliskich polach. Nagle przepyszny promień księżyca wdarł się do pokoju poprzez rozerwane chmury, mój cień chodzi po szafie i zdaje się szeptać wolno: “Mario! Mario! Lubię cię, chcę cię bogatą, chcę cię uczynić szczęśliwą, sławną. Oto kreślący te słowa starzec może teraz tylko śmiać się. Świat dla ciebie zwyciężyłem, Mario! Moje serce pali się pod łopatką całą noc dla ciebie, matko!…Słychać deszcz jak uderza w okna, zalega moją izbę lęk człowieczy, to jest późna noc. Jeszcze ostatnie spojrzenie daję na tutejszy zaułek. Jest ciemny i pusty.
Jeszcze jedna myśl: dzisiaj imieniny roku, jest to dzień roku dla mnie jednego, olbrzymiego bólu, jak się niedługo przekonam- zatem nie mogę stracić wspomnienia…Zamierzam pisać kronikę mego zaułka ziemi, choć nieprzerwanie moje miejsca tutaj są jakieś zajęte i wciąż zmieniane na lepsze- nawet od mego serca; nie wiem czy to jest dobrze. Ale oto przecież znów dzisiaj rano dreptał humor na moim progu, zatrzęsły się jego dzwonki, skoczyło jego posłanie, by powiedzieć:”Śmiej się, śmiej się, Janie, jesteś stary i nie masz już czasu do stracenia.” Nie mogę dzisiaj dalej pisać. Bo to był smutniejszy, bardziej niesamowity dzień, jakkolwiek nie był tym, który tak ciężko odciśnął się w mojej duszy. Nie wiem jak długo siedziałem, nie umiem oddać relacji z żadnej mojej myśli w kolejną noc. Głęboka cisza, która zaległa nad zamkiem, pozwoliła mi przejść jedynie uczucie dotyczące życia, a mianowicie: czy to drżące ruchliwe serce porzuciło już tę jedną, olbrzymią krainę.
Dzięki zabiegom Anny Jagiellonki i hetmana Jana Zamojskiego królem został wybrany Zygmunt, syn króla szwedzkiego Jana Wazy i Katarzyny Jagiellonki, siostry Zygmunta Augusta. Kontrkandydatem do tronu polskiego był austriacki arcyksiążę Maksymilian Habsburg, popierany przez pewną grupę szlachty z możnowładczą rodziną Zborowskich. Wypadki potoczyły się lawinowo. Rok 1587 przynosi kolejno (2 II-9 III) Sejm konwokacyjny (pod laską Stanisława Uchańskiego). (30 VI-22 VIII) Sejm elekcyjny w Warszawie (pod laską Kaspra Dębińskiego i Pawła Orzechowskiego). (19 VIII) Zygmunt zostaje wybrany na króla (m.in. dzięki staraniom dyplomatycznym Anny Jagiellonki). (22 VIII) Elekcja arcyksięcia Maksymiliana Habsburga (dokonana głównie przez magnaterię, na czele z rodem Zborowskich). (8 IX) Jan Zamoyski zajmuje Kraków i zabezpiecza insygnia koronacyjne (w celu koronacjiZygmunta). (15 IX) Traktat kalmarski z Janem III Wazą. Regulacja wzajemnych stosunków Rzeczpospolitej ze Szwecją. Maksymilian Habsburg zaprzysięga pacta conventa w Ołomuńcu (27 IX) i wkracza zbrojnie do Polski (5 X). (24-30 XI) Nieudane oblężenie Krakowa przez Maksymiliana Habsburga i jego stronników. (7 X) Zygmunt przybywa do Rzeczypospolitej (do Gdańska).
Zaprzysiężenie pactów conventów w klasztorze oliwskim. (4 XI) Spotkanie z Anną Jagiellonką w Piotrkowie. (9 XII) Zygmunt przybywa do Krakowa. W tym momeńcie historii Rzeczypospolitej przebywamy już na zamku w Olsztynie. Jak powiedziałem Habsburg wkroczył do Polski kierując się na Kraków. Zamoyski uprzedził jednak Maksymiliana i obsadził Kraków wiernym sobie i nowemu królowi wojskiem, a także dał rozkaz Karlińskiemu, aby umocnił mury obronne zamku. Olsztyn był poważną twierdzą nadgraniczną więc Zamoyski liczył się z tym, że Maksymilian może zechce ją zdobyć.
Wojsko Maksymiliana po nieudanej próbie zdobycia Krakowa, wspomagane przez polskich zwolenników arcyksiecia ze Stanisławem Stadnickim, ruszyło na północ na Siewierz i Krzepice i w połowie grudnia 1587 roku stanęło pod murami zamku w Olsztynie.
Na zamku nasza załoga liczyła wówczas 80 żołnierzy. Starosta Kacper Karliński zaopatrzył zamek w broń i żywność oraz wzmocnił załogę forteczną przez pobór okolicznej szlachty. Dni szybko mijały. Wtem już była druga połowa grudnia podnórze zamku zaległy wojska niemieckie. Gdy wojsko Maksymiliana dowodzone przez M.E. Lichtensteina przypuściło szturm, zostało odparte przez załogę zamku, podobnie jak kolejne ataki.
Zamek w Olsztynie dalej oblegały wojska arcyksięcia Maksymiliana Habsburga – pretendenta do tronu polskiego, które odparte zostały przez bohaterskiego dowódcę Kacpra Karlińskiego h. Ostoja. Oddziały niemieckich landsknechtów i rajtarów nie były w stanie przełamać oporu załogi fortecznej, aby wedrzeć się do zamku. 17 grudnia wczesnym popołudniem po moście drewnianym na zamek przybył goniec Maksymiliana.
Był on ubrany w bawełnianą koszulę, kaftan spodni i wierzchni, wreszcie okryty był giermakiem, szubą podszytą futrem. Z rozklinowanego wamsu wystawały spodnie bufiaste, sięgające do kolan, miał on też pończochy i wysokie buty, na głowie zaś wysoką futrzaną czapkę. Natomiast starosta Karliński z wysokim czołem, z futrzanym kołpakiem w ręce już na niego czekał w przygotowanej komnacie. Zdaje się jakby chował w sobie jakąś tajemnicę. Na szyi bieliła się kreza z cienkiego płótna. Jego strój składał się z koszuli, sajanu i kaftanu wierzchniego długiego, dość luźnego, powłóczystego, podkreślającego dostojeństwo dowódcy zamku, z bufiastych spodni i wysokich butów. Goniec stawił się przed Karlińskim, wówczas miał rzec łamaną polszczyzną tylko jedno zdanie: “Otwórz bramy przed armią niemiecką, oddaj Olsztyn, lub zginie twe dziecko.”
Bohaterski dowódca nie wysłuchał do końca słów gońca. Był już myślami przy żonie i dziecku…W pół godziny rozgorzała bitwa na dobre. Krzyknęły z rozpaczą jak jeden mąż grupy polskie. Lecz w tym krzyku i w tej rozpaczy był nie strach, ale wściekłość. “Rzekłbyś, żywy ogień spadł na pancerze/…/Ludzie i konie zbili się w jeden wir potworny, a w tym wirze śmigały ramiona, szczękały miecze, warczały topory, zgrzytała stal o żelazo, łomot, jęki, dziki wrzask wyrzynanych mężów zlały się w jeden przeokropny głos, taki, jakby potępieńcy odezwali się nagle z głębi piekła. Wstała kurzawa, a z niej wypadły tylko oślepłe z przerażenia konie bez jeźdźców, z krwawymi oczyma i rozwianą dziko grzywą.”