śnić o potędze, 3

stanisław Barszczak—Książki pod polskie strzechy— Kiedy zostałem pisarzem te obszary ciemności wokół mnie były zastąpione światem Syberii, aborygenów; Nowego Świata; kolonii; historii Indii; świata muzułmańskiego, światem Matki Bożej i Częstochowy, w której robiłem zadania polskie szkolne. Na początku mojej pisaniny nie miałem literackich modeli. Nigdy nie miałem planu, ani systemu. Może tylko trochę fiszek i bazgraniny na kartkach. Zawsze pracowałem intuicyjnie. Moim celem była za każdym razem książka, żeby stworzyć coś, co będzie łatwe i ciekawą lekturą. Na każdym etapie mogłem działać tylko w ramach mojej wiedzy i wrażliwości i talentu i poglądu na świat. Musiałem wyjaśnić mój świat, wyjaśnić go dla siebie. Musiałem udać się do Rzymu i innych miejsc, aby uzyskać prawdziwy klimat historii chrześcijaństwa. Wybrałem się do Indii, bo nie było nikogo, kto by mi powiedział o hinduskiej wielkiej religijnej tradycji. Celem zawsze było wypełnić mój obraz świata, a ten cel pochodził z mojego dzieciństwa… Gdy zaczynałem nie miałem pomysłu na przyszłość. Chciałem tylko zrobić książkę, moje doświadczenie było bardzo cienkie. Opowieści mamy o ząbkowickim światku należą już do przeszłości. Mój świat był zupełnie inny. To był świat miast, bardziej zróżnicowany. Pewnego dnia usiadłem na mej werandzie w domu mamy w Ząbkowicach, przy ulicy Związku Orła, ponieważ sprawiało mi przyjemność obserwować ten światek z tego miejsca. To życie ulicy było tym, co zacząłem opisywać. Chciałem napisać coś szybko, aby uniknąć zbyt długiej refleksji. Przedstawiałem tylko ludzi, tak jak pojawiali się na ulicy. I napisałem opowiadanie dziennie. Te opowieści dały mi więcej niż wiedza. Dały mi coś w rodzaju solidności. Pozwoliły mi stanąć na świecie. Nie mogę sobie wyobrazić, co znaczyłby mój umysłowy obraz bez tych opowieści. Wydaje się, że kiedy miałem trzydzieści pięć lat zacząłem poważnie pisać. Pierwsze opowieści były bardzo krótkie. Nie było znikąd jakiejś większej zachęty. Ale historie stawały się coraz dłuższe, których nie można napisać w jeden dzień. W końcu książka została napisana, choć jeszcze nie wiedziałem, że mam zostać pisarzem. Nikt tak jak Polak nie jest powołany do stania się pisarzem. Będzie Polska wielka, gdy będzie miała wybitnych pisarzy. Właśnie jestem już na tyle stary, aby mieć jakieś pojęcie o polskich epopejach, zarazem posiadłem świadomość, że nie można się spotkać w życiu idei, jak tylko przez wiarę… Odległość między pisarzem a jego materiałem rosła, później były dwie książki, wizja była szersza. I wtedy intuicja zaprowadziła mnie do obszernej książki o naszym życiu religijnym. W tej książce moje pisarskie ambicje wciąż rosły. Uratował mnie wypadek. Udałem się w drogę do Mexico City, by zrozumieć o wiele więcej o kolonialnej historii naszego chrześcijaństwa. Następnie udałem się do Indii, to moja ziemia obecnie najżywsza, to podróż, która złamała moje życie na dwie części. Zapamiętałem z tej podróży hinduski dom w regionie Ujjain. Był przedzielony na dwie części. Przednia część, z cegieł i tynku, pomalowana na biało. To było jakby coś w rodzaju indyjskiego domu, z wielkim tarasem z balustradą i pokojem do modlitwy na piętrze. Pamiętam ambitne dekoracyjne szczegóły, rzeźby bóstw hinduistycznych, wszystkie wykonane przez osoby pracujące tylko z pamięci rzeczy w Indiach. Na tyłach tego domu kolumnada z drzewa wybudowana w innym stylu. Brama wjazdowa była z boku, między dwoma domami. Na bramie był wąski pas falistej blachy na drewnianej ramie. Taki układ przydawał okolicy ostrego rodzaju prywatności. Można sobie wyobrazić, więc że jako dziecko miałem też ten sens dwóch światów, świata poza tą wysoką bramą z falistego żelaza, a światem mego wnętrza, w domu, który symbolizował czworobok utworzony z ulic w miasteczku: Gospodarcza, ORMO, 22 Lipca , Kościelna. Książki, które napisałem o tych dwóch światach sprawiły we mnie przypływ nowych sfer emocji, dały mi pogląd na świat, którego nigdy bym nie posiadł, przedłużył mnie ‘technicznie’. W końcu napisałem książkę pt. Człowiek z misją. Lepiej by było dać tytuł: Ludzie z misją. Na niektórych stronach tej książki, które czytam nieraz odkrywam drogę naszej chrześcijańskiej schizofrenii. Niestety tutaj, co kiedyś było proste, to stało się skomplikowane. Opowieści chłopięce i reportaże z podróży dały mi mój sposób patrzenia na świat. Obecnie patrzę jeszcze w inny świat, bo amerykański. Uważam teraz, że razem z mamą patrzyliśmy na świat jakoś zupełnie niewinnie, jakbyśmy byli daleko od władzy przez wiele stuleci. To przydało nam specjalnego punktu widzenia. Czuję, że jesteśmy bardziej skłonni, aby zobaczyć humor i litość rzeczy. Prawie trzydzieści dziewięć lat temu pojechałem do Niechorza na polskie morze. Było to w czasie polskiej jedynej nadziei. Kraj pełen był planów. Lecz nie było prawdziwej debaty o niczym. A była tylko pasja i zapożyczenia z żargonu politycznego Europy, ludzie nie mieli przyczyn, tylko wrogów. Jestem pod koniec mojej pracy teraz. Cieszę się, że zrobiłem wszystko, co mam zrobić. Każda książka jest jak błogosławieństwo. Każda książka na nowo mnie zaskakuje, aż do momentu pisania nigdy nie wiedziałem, że to będzie tak. Wierzę, że największy cud pisarski dla mnie dopiero się zaczyna. Uważam, że “rzeczy piękne napiszemy, jeśli mamy talent”, Marcel Proust mówił: Talent jest swego rodzaju pamięcią, która pozwala mi w końcu doprowadzić tę niewyraźną muzykę bliżej mnie, aby usłyszeć ją wyraźnie, aby ją najlepiej zapamiętać. Wszystkim jej życzę. Talent, powiedziałbym raczej, jest to szczęście i dużo pracy.(koniec)

śnić o potędze, 2

stanisław Barszczak—Książki pod polskie strzechy— Czytelniku kochany. Od jakiegoś czasu i ja piszę z wielką penetracją o wszystkim, co mnie spotyka choć nie nienagannie. I wszystkie wiadomości o mnie można znaleźć w moich książkach. W moim pisaniu jest element zaskoczenia. To jest mój sposób oceny tego, co robię, a to nigdy nie jest łatwą rzeczą do zrobienia …Książka jest produktem o innych ‘ja’, opisuje zwyczaje w życiu społecznym, nasze wady. Są tutaj wszystkie szczegóły z życia, i dziwactwa i przyjaźnie układają się dla każdego z nas, ale tajemnicą pozostanie samo pisanie …. człowiek ufa swojej intuicji i czeka na szczęście. Mam zaufać intuicji. Czyniłem to na początku, mogę to zrobić nawet teraz. Nie mam pomysłu na to, w jaki sposób rzeczy mogą wyglądać, choć w moim pisaniu zawsze idę najdalej jak tylko można w kwestii naświetlenia jakiegoś problemu, i pójdę jeszcze dalej. Mam ufać swojej intuicji, aby znaleźć tematy, które mam napisane intuicyjnie. Mam pomysł, kiedy się rozpoczyna, mam kształt;. Ale w pełni mogę zrozumieć to, co napisałem, tylko po kilku latach … Powiedziałem wcześniej, że wszystko o mnie, co ma posmak wartości, jest w moich książkach. Pójdę dalej teraz, powiem, że jestem sumą moich książek. Każda moja książka stoi na tym, co było wcześniej, i rośnie powagą wcześni ego pamiętnika. Uważam, że na każdym etapie mojej kariery literackiej można by powiedzieć, że ostatnia książka zawierała wszystkie inne. Pierwszą książkę pisałem w Ząbkowicach, gdzie chodziłem do szkoły powszechnej. Była to historia Polski, historia człowieka, starającego się odtworzyć na ludzi i ich historię. Potem udałem się do Częstochowy na spotkanie z Ojcem świętym Janem Pawłem II i nie zostałem przyjętym, nie pozwolono mi zobaczyć się papieżem. Ale Jasna Góra stała się, moim zdaniem, jedną z gór mego urodzenia. Tarnowskie Góry, poza tym co przekazała mi mama, to jeszcze nie dowiedziałem się nic o moim miejscu urodzenia na Śląsku. A szkoda, że tak długo noszę w sercu podróż do miejsca urodzenia. Udaję, że tego nie widzę. Mówię sobie, widocznie niedobry jest jeszcze czas po temu…Zawsze robię coś za coś … I zwykle za Arystotelesem do wiedzy o świecie i ludziach. Muszę zrobić więcej i więcej … moją wiernością jest kraj między dwoma rzekami, to jest między Bugiem i Odrą. Chcę być elastyczny. Świat jest zawsze w ruchu. I uważam też, że ludzie wszędzie co jakiś czas są ‘wywłaszczani’. Kraj lat dziecinnych zawsze jednak pozostanie pierwszym czasem mojej młodości. Pamiętam obok naszego domu był sklep z wełną i bawełną pani Antosowej. To było wszystko, co wiedziałem o niej i jej rodzinie. Na następnej ulicy była rada miasta, biuro, gdzie dawano śluby cywilne. Kilka lat temu budynek wyburzono, po urzędzie stanu cywilnego w moim miasteczku ani śladu, tylko odnowione okna w sąsiednim budynku, nad byłym sklepem spożywczym, zaświadczają tutaj o rozgrywającej się tutaj jakiejś historii. I dowiedziałem się niedawno, że istniała tutaj rozgłośnia radiowa nadająca programy dla całego miasteczka…Kiedy byłem w Ząbkowicach wówczas nie towarzyszyła mi nigdy idea jakiejś obcości, wyobcowania. Pamiętam na przykład, że uwielbiałem chodzić do ogrodu Państwa Goleniewskich, w który znajdowałem ogród-biblijny raj, co jednak było wielką rzadkością. Przekroczenie furtki tego ogrodu uważałem za tabu. Ależ byłem naiwny. Ale było kilka niezwykłych ludzi, którzy odwracali ten naturalny porządek rzeczy. W piątej klasie widziałem nowego kolegę w szkole, nazywał się Leszek, dziś myślę o tym epizodzie, jako o elemencie pewnej obcości. Jest kilka innych obcości w moim życiu, inni ludzie nie są tego winni. Musisz wyobrazić sobie mnie w tej chwili, kiedy miałem czternaście lat, wówczas skończył się pewien etap mojego życia. Przeprowadziliśmy się niedaleko, bliżej huty, w której mama odnosiła szkło i stacji kolejowej. Wydaje mi się, że w związku z tym nawyki mojego umysłu powstałe w wyniku tego włączania się w życie i wyłączania, ciągnęły się w nieskończoność i stawały się o chwilę późniejsze. Świat na zewnątrz istniał jakoś, w rodzaju ciemności, a my nie pytaliśmy o nic. Byli też nauczyciele. Jednym z nich był mój pierwszy nauczyciel w Szkole w Ząbkowicach, pani Grzegorczyk, następnie pani Grzesica, Pani Ptak, Pani Nowak. Byli ludzie, nazywani Kubanski, Ostrouch, Skalski, Sídlo, Nowak, pani Rabowa, którzy przybyli jakby z innego czasu, jest to rodzaj historii absolutnie poza zrozumieniem dziecka. W następstwie życia jako przybysze w Ząbkowicach byliśmy z mamą w niekorzystnej sytuacji wspólnoty. Ale z mamą rozumieliśmy się w pół słowa. Był to rodzaj ochrony, to pozwoliło nam choć tylko na razie żyć na swój sposób i według własnych zasad…Dzieci, które przyszły na świat dziesięć lat po mnie, w późnej dekadzie „gierkowskiej”, nie miały już takiego szczęścia. Rosyjski był wszechobecny, nikt nie uczył nas angielskiego. Moja mama była bardzo religijna, rok odliczałem ilością uroczystości i świąt kościelnych. W domu ‘sprawowałem’ mszę świętą, stawałem w fartuchu mamy na krześle i głosiłem pierwsze kazania, mieliśmy ołtarz ze stołu. Pod płaszczem zdawałem się chronić jedyny a własny język każdego człowieka. Jako dziecko wiedziałem prawie nic, nic poza to, co przejąłem od mamy. Wszystkie dzieci, jak sądzę, przyszły na świat tak, nie wiedząc, kim są. W Ząbkowicach byłem jasnym chłopcem, choć byłem otoczony niestety przez obszary ciemności również. Szkoła na przykład niczego tak naprawdę mi nie wyjaśniła. Lekcje były zapchane faktami i wzorami. Wszystko trzeba było się uczyć na pamięć, wszystko było dla mnie abstrakcyjne…

śnić o potędze

Stanisław Barszczak—Książki pod polskie strzechy—
Jak mówi pani Katarzyna Goldenstein o moim związku z Profesorem Paulem Ricoeurem: “Wydaje się, że zamieszkał Pan w „Pamięci, historii, zapomnieniu” (książce P. Ricoeura) na dość długo”. Okazuje się, że dzisiaj pamięć jest zupełnie stracona … Vidiadhar Surajprasad Naipaul , laureat Nagrody Nobla
o swoim życiu mówi bardzo przekonywująco: Urodziłem się w Trinidadzie. Jest to mała wyspa u ujścia wielkiej rzeki Orinoko w Wenezueli. Trynidad nie jest ściśle w Ameryce Południowej, i nie ściśle w obrębie Karaibów …Urodziłem się w małym miasteczku w kraju zwanym Chaguanas, dwie lub trzy mile żeglugi z Zatoki Paria. Chaguanas była to dziwna nazwa. To był mój kraj małej społeczności, gdzie ludzie byli napływowi. Większość migracji z Indii miały miejsce po 1880 roku. Wówczas doszło do porozumienia, na mocy którego ludzie zawierali obustronne umowy na pięć lat, aby służyć sprawie osiedli. Pod koniec tego czasu dostawali kawałek ziemi, może pięć hektarów, lub odpływali z powrotem do Indii. W 1917 roku, z powodu interwencji Gandhiego i innych, system ten został zniesiony. Może z tego powodu, lub z innych powodów, zastaw ziemi lub repatriacja były hańbą dla wielu późniejszych przybyszów. Ci ludzie byli całkowicie bez środków do życia. Spali na ulicach ‘Port of Spain’, stolicy. Kiedy byłem dzieckiem, widziałem ich. Nie wiedziałem, że byli bez środków do życia… Pewnego dnia przeczytałem o poszukiwaniu raju, nowego El Dorado, i krwiożerczym angielskim bohaterze, sir Walter Raleigh. W 1595 roku najechał Trinidad, zabił ilu mógł Hiszpanów, i udał się wzdłuż Orinoko na poszukiwanie El Dorado. On nic nie znalazł, ale gdy wrócił do Anglii, powiedział, że tak. Miał kawałek złota i trochę piasku, by o tym zaświadczyć. Powiedział, że uzyskał złoto z klifu nad brzegiem Orinoko. Później opublikował książkę w celu udowodnienia swojego stanowiska, a przez cztery wieki ludzie wierzyli, że Raleigh znalazł coś. Magia książki Raleigh, która jest naprawdę bardzo trudna do odczytania, leży w jej bardzo długim tytule: „Odkrycie dużego, bogatego i pięknego Imperium Gujany, w związku z wielkim i złotym miasta Manoa (które Hiszpanie łączą z El Dorado) i prowincji Emeria, Aromaia, Amapaia i innych krajów, i ich rzek sąsiednich”. Jak realnie to brzmi! Ale Raleigh został schwytany przez własne fantazje. Dwadzieścia jeden lat później, stary i chory, został wypuszczony z londyńskiego więzienia, aby przyjechać do Gujany i znaleźć kopalnie złota; i powiedział, że znalazł. W tym oszukańczym przedsięwzięciu Bral udział jego syn. Ojciec, ze względu na jego dobre imię, ze względu na jego kłamstwa, wysłał swojego syna właściwie na śmierć. A potem Raleigh, pełen żalu, z niczym wrócił do Londynu, aby został wykonywany na nim wyrok… Osiem lat później Hiszpanie Trynidadu i Gujany jeszcze byli rozliczani z ich ówczesnych osiągnięć łupieżczych w Zatoce Indian… Ta historia powinna tutaj się kończyć.

Ale hiszpańskie wspomnienia trwają długo, co do tego nie ma wątpliwości.
I tak list może iść do dwóch lat z Trinidadu do Hiszpanii, by go tam odczytać. Pewnego dnia w Brytyjskim Muzeum odczytałem list od króla Hiszpanii do gubernatora Trynidadu. Było to dnia 12 października 1625. ” Proszę cię, pisze Król, dać mi jakieś informacje na temat pewnego szczepu Indian o nazwie Chaguanes, o którym mówisz, że liczba ich jest ponad tysiąc, a którzy mają złe samopoczucie, choć zaprowadzono język angielski w podbitych miastach. Nikt ze swych zbrodni nie został ukarany, ponieważ nie mieliśmy wystarczających sił do tego celu. Indianie sądzą, że ich własna wola jest ponad wszystkim, nie uznają nad sobą władzy. Powinniście wymierzyć im karę. Postępujcie zgodnie z zasadami, które wam przydzieliłem. Co zrobił Gubernator, ja nie wiem. Nie znalazłem żadnego dalszego odwoływania się do Chaguanes w dokumentach w Muzeum. Być może były też inne dokumenty o Chaguanes. Więcej dokumentów można by znaleźć za pewne w hiszpańskich archiwach w Sewilli .”
Pan Naipaul napisał: Mieszkaliśmy na Chaguanes. Każdego dnia w czasie semestru – właśnie zacząłem chodzić do szkoły – szedłem z domu mojej babci – mijałem dwie lub trzy główne dróg, sklepy, chiński salon, jubileuszowy teatr, nagle rozniósł się zapach z portugalskiej fabryki, która produkowała tanie mydło, niebieskie i żółte tanie mydło w długie paski, które było pozostawiane do wyschnięcia i utwardzenia w godzinach porannych. Każdego dnia przechodziłem obok tych wieczystych rzeczy do szkoły. Oglądałem poletka z trzciną cukrową, grunty, nieruchomości, podchodząc do Zatoki Paria…Rodzaj wiedzy o Chaguanes nie został uznany za ważny, i nie byłoby łatwe go odzyskać. Byli małym pokoleniem, aborygenami- czyli tubylcami tylko. Tacy ludzie na lądzie, w tak zwanej Gujanie Brytyjskiej, stanowili jedynie przedmiot żartów. Ludzi, których głośne i złe zachowanie było znane, w Trinidadzie nazywano warrahoons. Kiedyś myślałem, że to gotowe słowa, sugerujące pewną dzikość. Dopiero kiedy zacząłem podróżować do Wenezueli, w moich latach czterdziestych, zrozumiałem, że słowa takie jak ta nazwa, było łączone z dość dużym plemieniem aborygenów… Ta historia nie była czytelna dla mnie, kiedy byłem dzieckiem. Ale widocznie tak być mogło. W pewnych okresach aborygeni zabierali kajaki od lądu, szli przez las ku południowej części wyspy, by potem w pewnym miejscu wziąć jakiś owoc lub wykonać jakąś pracę- oferty, w końcu jednak wracali nad Zatokę Paria do gorącego ujścia Orinoko. Obrzędy te musiały mieć ogromne znaczenie, skoro trwały jako jedyne wstrząsy przez czterysta lat, i jakby przyczyniły się do wygaśnięcia aborygenów w Trynidadzie. A może – choć Trynidad i Wenezuela mają wspólną florę – przypływali tylko po odbiór określonego rodzaju owoców. Nie wiem. Nie pamiętam. Pozostają wątpliwości… Przez cztery wieki ludzie wierzyli, że Raleigh znalazł coś …Ludzie, którzy zostali ‘wywłaszczeni’ mieli tam swój własny rodzaj rolnictwa, kalendarz własne, ich własne kody, swoje własne strony święte. Oni zrozumieli Orinoco karmieni prądami rzeki w Zatoce Paria. Teraz wszystkie swoje umiejętności i wszystko o nich zostało zatarte… Rytuał, postawa ważne dla wywłaszczonych… Obrzędy muszą mieć ogromne znaczenie, skoro przetrwały burzliwe wydarzenia w ciągu tych czterystu lat, i jakoś przyczyniły się do wygaśnięcia aborygenów w Trinidadzie …Prawdą jest, że mały szczep, około tysiąca ludzi zamieszkiwał po obu stronach Zatoki Paria, jednak zniknął tak zupełnie, że nikt w mieście Chaguanas lub Chauhan nic nie wiedział o nich. Uświadomiłem sobie właśnie , że dokument dotarł do mnie w Muzeum, że byłem pierwszą osobą od 1625, dla której list króla Hiszpanii ma prawdziwe znaczenie. I że pismo to zostało wydobyte z archiwów dopiero w 1896 lub 1897 roku. Jedyne zaginięcie, a potem cisza wieków …Ludzie, którzy zostali wywłaszczeni mieli swój własny rodzaj rolnictwa, własny kalendarz, własne kody, ich święte miejsca. Oni zrozumieli Orinoco karmieni prądami wody w Zatoce Paria. Oto teraz wszystkie ich umiejętności i wszystko o nich zostało zniszczone …Przypuszczam, że takie było ogólne nastawienie …Ludzie ci żyli w większości zrytualizowanym życiem, nie byli jeszcze zdolni do samooceny, która zaczyna się z nauką. Połowa z nich na tej ziemi Chaguanes uważała ( być może nie uważali, może tylko odczuwali, nie formułując tego), że przynieśli z sobą coś z Indii, coś jak rozwijany dywan na płaskiej ziemi…

listopadowe zaduszki, 2

Stanisław Barszczak—-Zobaczyć pacjenta—-

Dzisiaj do wyżej przedstawionych elementów schizofrenii dorzuca się jeszcze aktywację układu immunologicznego matki i płodu, proces rozwoju mózgu… Badając przyczyny autyzmu naukowcy odkryli, że matki, które miały zakażenia w czasie ciąży, to wówczas jest bardziej prawdopodobne, że dzieci przejmują nieprawidłowości w ekspresji genu i zachowania. Nieprawidłowości te były nie tylko zgodne z zachowaniem dzieci autystycznych, ale także chorych na schizofrenię. (Smith, 2007) Odnośnie matek z aktywacją immunologiczną, oznacza to, że w czasie ciąży, układ odpornościowy matki był stymulowany, wyższy niż zwykle z powodu infekcji, przed czym należało chronić. Stwierdza się często zmiany równowagi substancji chemicznych w rozwoju mózgu dziecka. W szczególności, poziom cytokin interleukiny-6 (IL-6) został obniżony. Chemicznym zadaniem tego ostatniego jest pośredniczenie zachowania i aktywności transkrypcyjnej w mózgu. Jeżeli ilość tego związku chemicznego została obniżona w trakcie rozwoju płodu mózgu, to oznacza obecność deficytów behawioralnych, emocjonalnych i poznawczych osób cierpiących na schizofrenię.
2.
Takie odosobnienie, jak w przypadku Adama, nie mogło by mi pomóc, innym osobom może tak. Któregoś rana doktor Kotania stał u stóp mojego szpitalnego łóżka w wybielonym fartuchu i zadawał mi pytania. Zanim zdiagnozowano u mnie ponownie odwarstwienia siatkówki. przeniesiono mnie na inne łóżko i przywieziono do sali operacyjnej. Dziwny zapach sali operacyjnej i ta czystość. Światła wydawały mi się zbyt jasne. Po zastrzyku poczułem się dziwnie. Pamiętam głos dra Kotanii, który położył na mnie swą rękę. Odwróciłem głowę, by trochę rozejrzeć się i widziałem asystentów dra Ordynator, ujrzałem czapki, maszyny dziwne, i światła. Wszystko było nieostre, ponieważ nie miałem już moich okularów.. Zacząłem czuć się surrealistyczne i zdezorientowany, wręcz nie byłem pewien, czy to znieczulenie było potrzebne, czy to był mój niepokój. Położyłem głowę z powrotem w dół i po prostu zamknąłem oczy. I nie byłem już świadomy. To było takie silne uczucie, moje ciało dosłownie było w jego ręce. Nie mogę mu pomóc, ale czuję się z doktorem jedyne złączenie. Widziałem wiele razy Dra Kotanię w ciągu ostatnich trzech lat, odkąd po raz pierwszy rozpoznano u mnie odwarstwienie siatkówki. Nie mogłem mu pomóc, ale czuję miłość i wdzięczność dla tego człowieka, który jest moim lekarzem. On jest ekspertem, zawsze jest miły i delikatny, ma wiedzę chirurgiczną. Chirurgia jest olbrzymim doświadczeniem, bo powierzasz siebie i całe ciało w czyjeś ręce i jego wiedzy. Po raz pierwszy doznałem uczuć wywołujących lęk bycia “pod nóż”, jak też “poddany” znieczuleniu, to mnie denerwuje. Może dlatego, że obawiałem się, że mogę się nie “obudzić” ponownie … Po operacji pamiętam, że pielęgniarka kazała mi poprawić się na poduszce, ale przede wszystkim ujrzałem zielone i niebieskie punkty na podłodze. Wystąpił ostry ból i uczucie przepełnienia. Rozejrzałem się. Wiedziałem, że muszę skorzystać z łazienki. “Muszę iść”- mówiłem sobie, pielęgniarka pomogła mi się stopniowo. Po mojej operacji miałem dla dra Kotanii wiele ciepłych słów. Dr Kotania nie mógł wrócić mi wizji pełnej w oku, miałem już je stracone, ale zapobiegł odłączenia siatkówki zupełnego i uchronił od utraty wszystkich moich wizji w tym oku, i jestem bardzo mu za to wdzięczny.
Jest dość przyzwoite widzenie w tym oku, które stara się współpracować z moim prawym okiem. Zajęło mi cały dzień, aby obudzić się z narkozy. Jurek, asystent i myślę, że główny technik Dra Kotanii, zaprowadził mnie do pokoju, przygotowany był do robienia zdjęć mojej siatkówki. Czułem się zdenerwowany, bo moja operacja nie zadziałała na sto procent, nawet zacząłem płakać. Jurek poklepał mnie po ramieniu, aby mnie pocieszyć. Bałem się utraty więcej wizji, ale także konieczności przechodzenia przez kolejne wyczerpujące, chirurgiczne, bolesne zabiegi. Ale skontaktował się z dr Kotanią dla mnie. Powiedziałem mu o moich zaburzeniach widzenia, a nawet zgodził się ze mną odnośnie niektórych terminów wizyt. Teraz jeszcze czekam na spotkanie z dr Kotanią o godzinie 9:30. Słyszę jego głos, już rozmawia z innymi na korytarzu. Widzę go w przejściu w jego białym płaszczu. Potem pojawia się w drzwiach, wchodzi pewnie. Uścisnął mi rękę. “Co się dzieje?”, mówi z zadowoleniem. “Czy twoje oczy są w porządku, nie zauważyłem żadnych zmian?” Znieczulenie jest dziwne, nie umiem zasnąć; to nawet nie lubię chodzić spać, ponieważ nie mam snów w ogóle, i mam problemy z zasypianiem.
Kiedy byłem w pokoju laserowym, zapytałem dra Kotanię o czerwone światło w maszynie. “To mój wskaźnik, to co używam przy punktowaniu lasera,” Jaki on jest wysoki i potężny jak on stoi przy biurku, patrząc w swoich papierach. On ustawia krzesło przy maszynie tak, że mogłem moją brodę umieścić w maszynie. Trzyma rękę na mojej twarzy i dostosowuje swoje stanowisko do poziomu podbródka. Czułem, że już coś zajęło moje prawe oko. Myślę, że to specjalny obiektyw, aby moje oczy były otwarte. “Czy jesteś gotowy? Przesuń swoje czoło do przodu, ząbki trzymaj razem “, powiedział.” Będziesz słyszeć kilka dźwięków, i zobaczysz migające światła, jak światło błyskowe “,” Popatrz w lewo. Pięknie “. Laser miga mi w oczy i jest bardzo jasno. Słyszałam trzask za każdym razem jak Dr Kotania przysuwał suwak lasera w oko. Czułem coś kapiącego z mojej twarzy po prawej stronie. Na początku myślałem, że to krew, ale to musi być właśnie, w celu wprowadzenia obiektywu na łatwiejsze pole. Dr. Kotania wygląda jak chirurg TV, bardzo przystojny i jest wysoki. Dosłownie ma ręce chirurga. Jego ręce są duże i gładkie. One zawsze pachną jak mydło i kocham go, gdy trzyma mą twarz czasami, aby podnieść głowę nieco. Teraz czasami czuję zawrotu głowy… Dr. Kotania jest moim ulubionym lekarzem. Czuję się jakbym znał go na zawsze. Nie można nie kochać go. „Popatrz w górę nad głową,” mówi. “Popatrz na w lewo … w porządku, popatrzeć w lewo … spojrzeć w dół na lewo … Spójrz na swoje nogi”, powtarza. Kontroluje zbieżność obu oczu w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Co zrobić z tym, że siedzi przy biurku z długimi skrzyżowanymi nogami i robi szkice mojej siatkówki na wykresie. „Bezpieczniej jest, żeby receptę na okulary otrzymać od okulisty niż od optyka”, mówi w końcu gdy odwiedzam go w gabinecie przed wyjściem z oddziału.
3.
Jutro kończę drugi miesiąc pobytu w tym szpitalu, nasza rozmowa z Adamem znowu przedłużyła się daleko po północy. W przeddzień wyjścia ze szpitala już z pewnością nie spałem, żeby tylko pójść do domu, wspominał mój rekonwalscent. Mój kolega odwiózł mnie już nie raz do domu. Pomyślałem, że ten dom, będzie to duży budynek z kamienia z hektarami ziemi, a ściany będą białe i miękkie jak w filmach i każdy będzie zamknięty w swoim pokoju przestraszony i samotny. Ale to była moja wyobraźnia. Miejsce okazało się bardzo przytulne i miłe, jest duży telewizor, są gry i filmy. Byłem nieco nieśmiały, ale po tygodniu się przełamałem. Moja ostatnia hospitalizacja była najkrótsza ze wszystkich. I pozostałem tam tylko 24 godziny i zostałem zwolniony natychmiast. Wiele osób pyta mnie, jak tego dokonałem. Odpowiedź jest prosta. Chcieli, żebym się zachowywał w określony sposób, tak zrobiłem. Tutaj różnorodna grupa ludzi, którzy są poławiani w zbiorowej sytuacji względnej izolacji, wykonują codzienne zajęcia… Te ograniczone siły środowisk stanowią naturalną i przekonującą metaforą życia… To wyzwanie i triumf ducha wolnego człowieka wszędzie tam, gdzie pozwala się istnieć. Ludzie chorzy psychicznie, ja powiem szczerze, byłem po ich stronie, a nawet miałem moc, ale wciąż nie chciałem przebić się do ich „klatek i wyzwolić ich”. Widzę wiele osób cierpiących na choroby psychiczne i muszę powiedzieć, że media rzeczywiście dają błędny ich obraz. Wielu z nich jest naprawdę wielkimi ludźmi, którzy niestety się napiętnowani ze względu na ich cierpienia. Mój najlepszy przyjaciel, jego imię Adam, zawsze był trochę dziwny, ostatnio ponowiły się ataki, aż znalazł się w szpitalu psychiatrycznym. Odwiedzałem go kilka razy, a potem w końcu przeniósł się i ślad po nim zaginął. Myślę, że niektóre aspekty to było dobre. Uczciwie powiem, zrobiono kilka rzeczy gorzej jednak. Byłem tam z powodu nadużywania rzeczywistości mojego życia w domu. Nie myślę, że tego typu ograniczenia są naprawdę konieczne. To było przerażające. Zwykle nie było nikogo obok mnie. To było straszne … Moje życie w tym stresie przez lata, uważam, że to była wielka pomyłka, moje ubóstwo. Ponieważ byłem chciany przez innych, a nie chciany jeszcze przez samego siebie. Uważamy, że ubóstwo jest tylko wtedy, gdy jesteś głodny, nagi i bezdomny. Sprawa jednak wygląda inaczej. A szczególnie, gdy jest się niechcianym, niekochanym i zaniedbanym, to jest właśnie największe ubóstwo. Musimy zacząć kochać w naszych domach, aby zaradzić tej biedzie. Przedstawiłem tutaj jakiś model choroby ludzkiej. Wymiary modelu postrzegania choroby są bardzo różne. Włączenie choroby do percepcji opieki medycznej poprawia jakość życia pacjentów.
Tej nocy zostałem sam. Poddałem się jedynej refleksji. Ludzie, którzy zostali tam na dowolny okres czasu wiedzą, jak prawdziwie w szpitalu jest, więc nie czuję się winy, mówiąc, że „wciąga się” w tam. Jak już wspomniałem, personel był pomocny dla mnie zawsze i znalazłem paru dobrych przyjaciół. Nigdy nie zapomnę naszych wspólnych rozmów z Adamem na korytarzu szpitalnym. Nauczyłem się więcej mieć współczucia dla ludzi, niż kiedykolwiek wcześniej. Byłem całą noc w moim jasnym pokoju, płacz i drżenie odeszły. Naprawdę myślę, że zakład psychiatryczny nie pomógł mi znaleźć lepszych sposobów radzenia sobie z moimi problemami. Tylko czas goi rany. Nikt przedtem nie chciał być wokół mnie, ponieważ myśleli, że byłem szalony, niedobry. A ja tylko martwiłem się codziennie o utratę mojej pracy, ponieważ tak wielu ludzi to spotkało. Mogłem zacząć dwa potencjalne romanse w szpitalu, jeden z pielęgniarką, a drugi z lekarką. Ale wówczas była tylko mama. Starałem się jednak zawsze trzymać Boga i miałem nadzieję, że pewnego dnia znajdę ogólne zrozumienie i miłość. Bywałem wieczorami w mieszkaniu mamy, nawet z wymówkami, że nie mam gdzie spać. Matczyne uczucia były silne, wydawały się nawet być odwzajemnione, choć wydaje się, że żadne bezpośrednio: Nie byłem wówczas przygotowany na myślenie. Moją jedyną radością byłoby, aby przyjść i leżeć u jej stóp jak pies, jak nieszczęśliwy i pobity żołnierz wracający po przegranej wojnie; aby położyć się na podłodze i oddychać na nogach jak jedyne szczenię. To byłoby szczęście większe od tego, jak mógłbym je sobie wyobrazić. Pewnego dnia zamiast tego, decyduję się mniej mieć z życia, niż się powszechnie spodziewamy, i chcę się z nim zmierzyć sam. Mama już odchodzi ku Olkuszowi, ku swemu końcowi. Tylko ja jeszcze wyjeżdżam w nieznane, choć mogę wam powiedzieć szczerze: nawet jeśli z mamą nie mieliśmy najbardziej intelektualnej rozmowy, to szczerze wierzyłem, że wszystko jej z serca powiedziałem. Ona mogłaby zaś powiedzieć: Jeśli mocno trzymasz głowę, gdy o tobie tracą dobre zdanie i obwiniają cię za nic. Jeśli możesz ufać sobie, kiedy wszyscy ludzie mają wątpliwości co do ciebie. Jeśli możesz poczekać i nie czujesz się zmęczony czekaniem. Jeśli możesz marzyć i nie ulegasz marzeniom; jeżeli rozumiesz i nie czynisz się rozumu celem; jeśli potrafisz spożytkować każdą minutę wartą sześćdziesięciu sekund, to twoja jest ziemia i wszystko, co w niej jest, będziesz człowiekiem, mój synu! Dzisiaj więc wybrać muszę rozważnie ostatnią ścieżkę miłości, ochronę każdego życia i jedyne otwarcie na dyspozycyjność moich, chrześcijańskich braci.
(wszystko tutaj, to licentia poetica autora, SB.)

listopadowe zaduszki, 1

Stanisław Barszczak—-Zobaczyć pacjenta—-
Największym niszczycielem pokoju jest aborcja, ponieważ jeżeli matka może zabić swoje własne dziecko, co pozostało dla mnie zabić ciebie i mnie zabić? Nie ma nic pomiędzy- powiedziała Matka Teresa z Kalkuty. Nasza mądrość pochodzi z naszego doświadczenia, a nasze doświadczenie pochodzi z naszej głupoty, dorzucił reżyser Sacha Guitry. Najczęściej poznajemy człowieka w sytuacjach skrajnych, przełomowych dla jego życia. Przed laty byłem na wybitnym filmie w kinie. Inspiracja dla „Lotu nad kukułczym gniazdem” przyszła podczas pracy na nocnej zmianie w Szpitalu Weteranów Menlo Park. Tam, Ken Kesey (czytaj Kizi), autor powieści o tym samym tytule, często spędzał czasu na rozmowy z pacjentami, czasem pod wpływem środków halucynogennych, pod wpływem których najmował się na ochotnika do eksperymentów. Kesey nie wierzył, że ci pacjenci byli wariatami, a że społeczeństwo zepchnęło ich ponieważ nie pasowali do konwencjonalnych pomysłów, ludzkich miar działania i zachowania. O ósmej w każdy wtorek pojawiał się u weterynarza szpitala w Menlo Park, gotowy do użycia. Lekarz kładł mnie w małym pokoju na swoim oddziale, przyjmowałem kilka kilka tabletek lub szklankę gorzkiego soku, a następnie zamykał drzwi. Przychodził co czterdzieści minut, aby sprawdzić, czy jeszcze żyję, czy zrobiłem kilka testów, zadał kilka pytań. Resztę czasu spędziłem studiując to wnętrze lub patrząc przez okienko w drzwiach, które miało szerokości sześć cali i osiem cali wysokości, i miało mosiężny drut wewnątrz szkła. Pacjenci byli w hali na zewnątrz, ich twarze wyglądały jakby po okropnej spowiedzi. Weterynarz czasem spojrzał na nich i czasami spojrzał na mnie. ale rzadko patrzyliśmy na siebie. To było zbyt nagie i bolesne. Więcej już stwierdzono w ludzkiej twarzy, niż człowiek może znieść. Czasami pielęgniarka przyszła, by sprawdzić mnie. Jej twarz była inna. To był bolesny handel, ale nie nago. Wówczas człowiek nie może pozwolić sobie być nago. Sześć miesięcy później skończyłem eksperymenty leków i zabrałem się do pracy. I zostałem przyjęty w tym samym okręgu, u tego samego lekarza, na tych samych oddziale i musicie zrozumieć, że mówimy tutaj o wielkim szpitalu! To było dziwne. Ale, jak powiedziałem, to było w latach sześćdziesiątych. Te twarze nadal istnieją, wciąż boleśnie nago. W moim okręgu… mam wiele komplementów od pielęgniarek: „Dzień dobry”, panie Kesey. “To jest duchowość. Poznaj tych ludzi”
1.
Nazywam się Leszek Polska Zapolny. Mieszkam na Śląsku. Pewnego dnia moje takie przemyślane, pożyteczne życie, znalazło się nadszarpnięte jeśli nie na skraju przepaści… I tak było mi żal siebie i bliźniego. I tak bardzo chciało się płakać… Łzy były tuż, tuż… brakowało jednego małego impulsu, by przerwały zaporę powiek. Ktoś powiedział, że człowiek może przekroczyć granicę śmierci, choć jego ciało jeszcze żyje. Ale czy człowiek to jedynie kawał drewna? Bo tylko jemu może być wszystko jedno, czy leży sam, czy z innymi kawałkami drewna. Właśnie ilu ludzi, tyle dróg! Na oddziale pod nami w tym samym szpitalu leżał kolega Adam. „– Za co cię wsadzili? – pyta mnie raz na korytarzu. – Trawa…– To za co cię wsadzili? – Posiadanie oraz uprawę. – Czy to nie hańba – wsadzać ludzi z powodu tego, co podarował Pan Bóg? Gdyby chciał, nigdy nie stworzyłby nasion. Ile ci wlepili? – Sześć miesięcy, pięćset dolców grzywny, trzy lata ograniczenia praw. – Czy to nie jedno wielkie łajno?”
To był oddział psychiatryczny w pobliżu jego domu. Był leczony z depresji i zaburzeń lękowych. Zdiagnozowano u niego objawy schizoidalnej osobowości i zaburzenia schizoafektywne. Zupełnie niedawno przeczytałem o schizofrenii jako chorobie, a szczególnie naszej cywilizacji. Schizofrenia jest chorobą mózgu, jak choroba Alzheimera. Nie da się jej przewidzieć ani zapobiec; jej przyczyną nie jest wada charakteru czy obecność złych rodziców. Zaprzyjaźniłem się z Adamem, który opowiedział mi swoją historię. Przedtem nienawidziłem być w oddziale psychiatrycznym, i nie mogłem znieść konieczności interakcji z obcymi ludźmi i nienawidziłem konieczności poddawania się leczeniu, powtarzał. Nienawidziłem wrażenia, że coś jest ze mną lub że jestem utracjuszem. Nie było nawet około trzysłownej walki, kiedy byłem tam. Miałem w izolatce trzech różnych współlokatorów i było zupełnie przyjemnie. Ale nie było jakichś sesji terapeutycznych każdego dnia, tak naprawdę nie stwarzałem szansy, żeby otworzyć się więcej. Jakie były moje problemy? Ciężka depresja, zaburzenia lękowe uogólnione, cięcie się, łagodne próby samobójcze, myśli samobójcze? Moje dzieciństwo było za mną, pozostała jeszcze tylko mama w pobliżu. Moi przyjaciele byli już za daleko ode mnie. Miewałem klasyczne migreny odkąd byłem nastolatkiem. Mój lekarz przepisał mi lek specjalnie dla mojej migreny jeszcze kilka lat temu. I zawsze powtarzały się wszystkie klasyczne jej objawy: dezorientacja, ból głowy .. Główne objawy zwykle trwały kilka godzin i powodowały, że byłem zmęczony i moje oczy także. Migreny są jak wstrząs mózgu i ból głowy w tym samym czasie. Nie pamiętam tej nocy, wcześniej poszedłem spać w pokoju nad garażem. W dniu 05 grudnia 2001 nad ranem był pożar w domu naszym. Dwa miesiące temu udałem się z moim kolegą do lekarza psychiatry, by porozmawiać, a lekarz nic tylko, żeby moja mama oddała mnie do szpitala. W dniu 6 grudnia w południe odwieziono mnie pod eskortą policji na oddział psychiatryczny do szpitala znajdującego się w centrum Dąbrowy Górniczej. Próbowałam uciec, ale zostałem powstrzymany. Z izolatki mogłem obserwować tylko lipę na dziedzińcu, wciąż nie przestawał kontynuować rozmowy Adam. Kiedy dotarłem na miejsce w pierwszą noc nie mogłem spać. W pierwsze noce przeżywałem szok, ściągano z okolicy jakichś „niedoszłych samobójców” i kładziono ich obok mnie. Tutaj doktor wydawał się jak góra, zdecydowany i wszechwiedzący.
Po jednej z takich długich naszych nocnych rozmowach postanowiłem poczytać o schizofrenii. Schizofrenia nie jest również dysharmonią zwielokrotnionej osobowości (MPD). Jest to błędne przekonanie, które w znacznym stopniu przyczyniło się do “schizofrenicznego piętna” , które sprawia, że życie dla schizofreników jeszcze trudniejsze. Schizofrenia ze względu na objawy wyniszczające, powoduje wątpliwości i stopnie trudności, aby znaleźć odpowiednie leczenie dla indywidualnego pacjenta, schizofrenia jest najtrudniejsza psychicznie w życiu codziennym. Najczęstszym objawem u osób cierpiących na schizofrenię jest doświadczenie, że w trudnej sytuacji nie są w stanie odróżnić prawdziwych wydarzeń od marzeń i halucynacji. Rozróżnienie między rzeczywistością a wyobraźnią, między tym, co jest prawdziwe, a co nie jest prawdziwe, nie jest jasne dla osoby chorej na schizofrenię. Mogą one mieć sen lub halucynacyjne doświadczenia, które są dla nich na pewno prawdziwe. Omamy są kolejnym częstym objawem schizofrenii. Chorzy mogą widzieć osoby lub rzeczy, które nie istnieją, mogą słyszeć głosy i dźwięki, które także nie istnieją. (Lepage, 2007) Schizofrenicy często rozmawiają z ludźmi, których “zobaczyli” lub powołują się na głosy, które “usłyszeli”, jak gdyby też mówili do siebie. Czasem czujemy się niewygodnie przy tych osobach, a więc ich unikamy. Dlatego też wielu schizofreników pragnie prowadzić samotne życie. Ale też tak trudno im powiedzieć, co jest prawdziwe a co nie. Wielu schizofreników ciągle boi się zmiany. Depresja i zaburzenia lękowe często współistnieją przy schizofrenii właśnie z tego powodu. Wielu schizofreników prezentuje się jako zimne, wycofujące się osoby, wykazują niewielkie lub żadne emocje, unikają kontaktu z innymi ludźmi i często gniewają się lub boją się swoich bliskich, bez powodu. (Gleeson, 1993) Mogą używać słów, które nie mają sensu, gdy mówią do ludzi. Podejrzliwość, poczucie zagrożenia , i uczucie, jak gdyby “każdy ma gdzieś mnie”, są zgodne ze schizofrenią. Zwykle proste zadania w szkole i pracy są trudne do wykonania dla schizofreników, i mają trudności z myśleniem i koncentracją prawidłowo. Schizofrenia wpływa również na pamięć. Nie jest rzadkością, że chora na schizofrenię osoba nie jest w stanie przypomnieć sobie, co mówiła, czy i co widziała podczas psychozy, czy te rzeczy były prawdziwe czy nie. Utrata masy ciała i myśli samobójcze występują również często.
Pojawienie się objawów schizofrenii najczęściej uderza w osoby między drugą i trzecią dekadą życia. Może jednak wpływać na dzieci w wieku dwunastu lat, lub może ranić osobę w stanie uśpienia aż do końca jej lat dwudziestych, jak też w czasie, w którym u tych osób objawy nasilenia określane są jako “czary”, lub, częściej, “epizody psychotyczne”. Czary są łagodniejsze, epizody psychotyczne są to bardzo poważne wydarzenia, w których osoba nie potrafi odróżnić rzeczywistości od wyobraźni, osoby takie mają często wrażenie, że są w niebezpieczeństwie lub są zagrożone i trzeba coś zrobić, aby to zatrzymać. Te epizody psychotyczne mogą być poprzedzone innymi objawami, ale dość często pojawiają się nagle i bez ostrzeżenia. Większość osób zostaje dotkniętych schizofrenią w pierwszym epizodzie psychotycznym w okresie dojrzewania. Jakie są przyczyny schizofrenii? Dokładna przyczyna schizofrenii nie jest znana, ale jest mało prawdopodobne, że nie ma jednej konkretnej przyczyny choroby. Przedstawiono hipotezę, że, jak w przypadku innych zaburzeń psychicznych, takich jak przy zaburzeniach obsesyjno-kompulsyjnych i antysocjalnych zaburzeniach osobowości, schizofrenia swą genezę czerpie z połączonych obszarów biologicznych, psychologicznych i społecznych (Cantor-Graae, 2007). Istnieją dwie teorie szczegółowe, odnośnie tego, co powoduje schizofrenię: jedna za sprawą równowagi substancji chemicznych podczas rozwoju płodu mózgu, a druga z niewystarczającego stanu atraktora w mózgu. Ze względu na charakter choroby, schizofrenia może być bardzo trudna do wykrycia. Schizofrenicy często błędnie diagnozują depresję, lęk, m.in. jako antyspołeczne zaburzenia osobowości. Schizofrenicy często starają się ukryć fakt, że widzą halucynacje, gdyż obawiają się ośmieszenia, boją się odchodzenia od nazbyt reaktywnej wyobraźni, a następnie za niedojrzałości, dziecinności. (Vianna, 1993) Ze względu na wyżej wymienione czynniki, często, niestety, tylko można rozpoznać osoby cierpiące na schizofrenię po tym, jak przeszły poważne epizody ich choroby .

wiersz

stanisław barszczak—Ucieczka z masakry—
Magdeburg, bogate miasto nad Łabą, jest oblężone przez kilka miesięcy. Około 30.000 osób jest uwięzionych w mieście. Przed bramami katolickiej armii najemników, która tylko czeka żeby protestanckiej twierdza w końcu poddała się. W przeddzień milkną działa. Dla ludności szykowana jest katastrofa. W pamięci Europy do pierwszej wojny światowej masakra magdeburska jest symbolem okropności wojny po prostu jest. We wczesnych godzinach 10 maja 1631 roku dano sygnał do ataku. W ciągu zaledwie trzech dni, dumne hanzeatyckie miasto jest zupelnie zniszczone. Dwadzieścia tysięcy jego mieszkańców zostało zmasakrowanych przez atakujących je żołnierzy, albo umarli męczeńską śmiercią w płomieniach ognia. Dla strony katolickiej, to zwycięstwo spalonej ziemi: Chciała nienaruszonego zamku, bogatego, dobrze prosperującego miasta, a nie ruiny. Z masakrą magdeburgską przekroczono ostatnią moralną granicę już 30 lat trwającej okrutnej wojny. Ludzie w całej Europie byli w szoku. Dla następnych pokoleń, szturm magdeburgski symbolizuje cierpienie ludności cywilnej i ostatnią brutalności wojska. “Magdeburgisieren” to termin odtąd symbolizujący największy horror… Muszę oznajmić że to żadne pocieszenie, że mnie tam nie było, że wyszedłem poza mury miasta.

czas odchodzenia, cz.2

stanisław Barszczak—Cudne imię wolności—
Dzisiaj istnieje dużo przerw, co więcej sama pogoda jest rwana; w następstwie dekolonizacji w literaturze za to jest miejsce dla mężczyzn i kobiet naszych czasów, aby wyrazić swoje tożsamości, twierdzą, że ich prawo do wypowiadania się i słychać ich w różnorodności. Bez ich głosów, a nie tylko ich połączenia, będziemy żyć w cichym świecie. Kultura w świecie – to nasza wspólna sprawa. Trzeba chronić jej pomyślności. Pozwoliłoby to również w literaturze trwać nadal tym wspaniałym sposobem poznania siebie, odkrywanie siebie, aby usłyszeć w jedynym bogactwie jej motywy i jej koncert modulacji głosu ludzkości… Dlaczego mity i opowieści są niemożliwe dzisiaj w naszym uprzemysłowionym społeczeństwie? Czy powinniśmy odkrywać kulturę wracając do natychmiastowego przekazania, bezpośrednio? I oto mit, przychodził do mnie regularnie, prawie co noc. Mama jakby przedzierała się przez las, była poszukiwaczem przygód, choć z uwagi na niewinność jej dziecka żyła z ludźmi. Powiedziano mi, że nie troszczyła się o mnie, że po pracy biegała po znajomych, ale nie wierzę w to… Jeśli szła z domu do domu, to tylko by śpiewać pieśni o swym dziecku. Barwa jej głosu, rytm jej kroku. W prostej ramie mitów –mowa o wynalazku tytoniu, oryginalna para bliźniąt, opowiadania bogów i ludzi z głębi czasu. Następnie dorzucała swoją własną historię, swe życie tułacza, jej miłości, zdrady i cierpienia, radości wielką cielesną miłość, kwas zazdrości, owiany strachem starzenia się i umierania. To była poezja w akcji, starożytnego teatru, rodem z Eurypidesa. To wszystko było w ogniu, gwałtowne, odkrywane jakby w ciemności lasu… Kiedyś przywieziono mnie do Olsztyna, więc zgłosiłem się na szofera do nieba. Teraz już wszyscy obliczają i mierzą. Tylko niektórzy ludzie pozostają jakby zawieszeniu w powietrzu, czy „na drzewie”. Muszą wybrać strony, na odległość. To stało się udziałem Cicero, Rabelais, Condorcet, Rousseau, Madame de Stael, niedawno Sołżenicyna lub Milana Kundery, wybrali drogę wygnania. Osobiście również jestem za ruchem, ale zakaz życia w miejscu wybranym jest czymś anormalnym, uważam to zjawisko jako niedopuszczalne, jako pozbawienie wolności… Teraz chodzimy albo jeździmy z kolegą po pobliskich gościńcach i trasach rowerowych. Las jest światem bez punktów orientacyjnych. Upał pośród drzew i panujące ciemności sprawiają, że można w nim się stracić. Pośród hałasu otoczenia owadów i motyli, wichru nietoperzy, to uczucie, że nie ma innej nazwy do wyśpiewania jak piękno. Jakby nosiła w śpiewie prawdziwą moc natury… Przy końcu tej opowieści chcę wysłać jedyny apel w obronie ‘naszych latorośli’. Nieznane mi sześcioletnie dziecko poznałem pewnego dnia na molo w Indiach, nad Morzem Arabskim. Pamiętam jego modlitwę zanoszoną do Allacha, to dziecko siedząc ze skrzyżowanymi nogami nieustannie pochylało się do tyłu i do przodu.. A w indyjskim mieście Ujjain miewałem długie rozmowy z dziećmi z wioski. Nawet podczas akademii szkolnej jakby nie zwracały uwagi na to, co je otacza, niezależnie od dyskomfortu, hałasu, przeludnienia, życia goryczy i przemocy, rozwijających się hen, poza ich ziemią rodzinną. To nie był przypadek, że przychodzili do mnie, jak do kogoś nowego, że chciały się ode mnie sporo dowiedzieć. A to był chyba największy paradoks, że w odosobnionym miejscu, tam na słonecznym boisku, najdalej od złożoności świata, odnajdywałem mowę natury, więcej siły i autentyczności, gdy chłonąłem atmosferę przeciętnego życia małego prowincjonalnego miasteczka śpiącego w słońcu… Chcę oddać głos tym chłopcom i dziewczynkom z indyjskiej wioski, oni też pragną być wysłuchani, pozwólmy im wypowiedzieć ich ból. Niestety, czy nam się to podoba czy nie, nawet jeśli nie jesteśmy jeszcze w wieku rzeczywistości, już nie żyjemy w czasach mitu. To z tego trzeciego tysiąclecia, które właśnie rozpoczęła nasza wspólna ziemia- jakby bez dzieci, bez względu na ich płeć, język lub religię, które są opuszczone, głodne lub bez wiedzy. Niech wreszcie nadejdzie ich święto. Nie jest możliwe budowanie szacunku dla innych i równości, bez otwarcia każdego dziecka na sprawę bycia sobą. Ponieważ dziecko niesie ze sobą przyszłość naszej rasy ludzkiej, zaczyna jedyny czas ludzki błogosławionych lat.

czas odchodzenia, cz.1

Stanisław Barszczak—-Cudne imię wolności—-
Dlaczego piszemy? Powiedzmy wpierw od niechcenia, Bóg chce nie tyle równorzędnych darów, ile równych ofiar. W dzieciństwie były w mym życiu okresy odosobnienia. Dzieci miały trochę swobody, aby przejść do gry na zewnątrz, kilometry poza domem, ponieważ grunty i ogrody wokół były zabudowane. Pamiętam dobrze nasze błądzenie po miasteczku, by przejść na boisko szkolne, gdzie zbierali wszyscy chłopcy. Ale tak naprawdę, to mama była najpierw, ona swą pobłażliwością przekazywała mi jedyne zwierzenia, w rodzaju, żebyś nigdy nie płakał… Byłem wówczas szczęśliwy, zatem mama uspokoiła się, zgasł lęk w jej oczach, przysiadła u brzegu wersalki. Musiałem się jakoś rozruszać przy tym, bo mama przystanęła, zajrzała do szafy i wyjęła dla mnie czekoladę. Książki pojawiły się w moim życiu trochę później. Doskonale pamiętam ten pierwszy raz, gdy poczułem czym może być literatura. Rozczytałem się w Lessingu. Przeżyłem to bardzo, jako nawrócenie czy też odkrywanie zupełnie nowej drogi mego życia, jej jedynej opowieści. To było mądre, ale sercu niewiele ta mądrość pomoże… Potem wracałem do miasteczka. Serce boli, tęskni, jak grusza na polu przechylona. Pamiętam tego ranka poszedłem obejrzeć parę wolnych tu jeszcze domów. Znów przed oczyma się zjawia wioska dzieciństwa. Coś mnie pociągnęło na pola. Oparty o pień stałem popatrując wkoło. A pień też podobny, nawet kozikiem wyrżnął ktoś litery… Ulęgałki przyświecały spomiędzy liści. Las ten sam, na polanach cały we wrzosach. Tęskniłem, całym sobą byłem tam, gdzie rosłem, chowałem się, gdzie i dobro, i zło stawało się czymś realnym, takie drogie. Rwałem się duszą do tamtej ziemi… Tutaj mama opowiedziała mi o skomplikowanej ciąży pani Heli. Ułożenie płodu było niepomyślne, tętno dziecka stawało się przerywane, zapadła decyzja: cesarskie cięcie… Gdy jeździliśmy na oazę pociągiem do Zakopanego zajmowaliśmy kilka przedziałów. Pamiętam moją podróż w schowku nad wejściem do przedziału, atmosfera była przeurocza, gry na gitarze, śpiewy. A szczególnie pamiętam nasze radosne zmęczenie, że nikt nie śmiał mocniej odetchnąć w przedziale… Po latach wolności w Ząbkowicach, właśnie książki dawały mi smak przygody, które pozwoliły mi widzieć poczucie wielkości realnego świata, odkrywania instynktów i zmysłów, a nie tylko wiedzy. Jakoś pozwoliły mi czuć bardzo wcześnie sprzeczność życia dziecka, które ukrywa się za schronieniem matki, gdzie może zapomnieć o przemocy i konkurencji, i czerpać przyjemność z patrzenia na życie poza kwadratem z okna. Musi zarazem uznać wszelki obóz autorytetu, każdy szczegół, każdą drogę zbadać, by dać imię dla każdego drzewa. W szkole średniej miewałem „szewskie poniedziałki”, gdy w ciszę sali wykładowej, czy na studium, wpadały zgryźliwe słowa, przekpinka jakaś, głupawy żart. Koledzy po niedzieli wracali od rodzin zmęczeni, zanurzeni po uszy w tamtym najbliższym sobie klimacie. Towarzyszą im echa wolnego dnia, gruchań z dziewuchą, stanu odprężenia, po którym zawsze tak trudno jest wziąć się w garść. Choć nie monotonny był głos wykładowcy, to jednak usypiał uwagę. Światło padające od zakurzonego, szklanego ekranu telewizora kłóciło się z resztkami ustępującego dnia, lepką żółcią padając na twarze słuchaczy. Zatraciły się w tym oświetleniu cechy indywidualne, wszystkie oblicza przybierały identyczny senny, apatyczny wyraz. Staszek trącił mnie w bok, zaszeptał: -ale nudy,- Urwał, pozorując tępe zasłuchanie. Nastoletnią wiarę naszą nigdy nie zapomnę… Franciszek Rabelais, największy pisarz francuski, raz poszedł na wojnę przeciwko pedanterii ludzi Sorbony rzucając w ich twarze słowa zapisane w języku ojczystym. Literatura myślę, że dziś jest jeszcze bardziej potrzebna niż w czasie Byrona i Victora Hugo. Każdy z języków świata posiada taką samą logiczną całość, kompleksowe złożoności strukturalne, analityczne, które pozwalają wyrazić świat. Broniąc istnienia tego, język jest nieco archaiczny i niejednoznaczny, to znów powołuje się na ‘chwilę’, jak u Pani Szymborskiej… cdn

Wschód słońca, cz.3

Im bardziej ludzie zbliżali się do dna doliny, miasto zniknęło, a oni stwierdzali jedynie obecność suchej, jałowej ziemi. Upał był okropny, pot spływał z twarzy Konrada, sprawiając, że jego niebieska odzież trzymała się jego pleców i ramion. Teraz inni ludzie, inne kobiety również pojawiły się, jakby nagle wyrośli byli z doliny. Niektóre kobiety rozpaliły ich piecyki na wieczorny posiłek, dzieci, mężczyźni siedzieli spokojnie przed ich zakurzonymi namiotami. Oni przyjechali z zupełnej pustyni, stąpali po kamienistych zboczach gór, skręcili ku wielkiej oazie południowej, z podziemnego jeziora. Wszystkie południowe narody miał przyjść, nomadowie, handlowcy, pasterze, szabrownicy, żebracy. Być może niektórzy z nich opuścili Królestwo wielkiej oazy. Ich twarze znaczył bezwzględny znak słońca, śmiertelnie zimne noce w głębi pustyni. Niektóre z nich były czarniawe, prawie czerwonego koloru, wysocy i szczupli, mówili e nieznanym języku, pochodzili z zupełnej pustyni, połykacze orzechów, którzy szli aż do morza. Jako oddział ludzi i żywego inwentarza mnożyły się czarne kształty ludzi. Za podpatrującymi akacjami, pojawiły się chatki z błota i gałęzi, podobnie jak kopce termitów. Domy z desek i błota, a przede wszystkim, te niskie, ściany z suchego kamienia, ledwo do kolan – podzielenie czerwonej ziemi niczym plastra miodu. Na polach pojawiły się bób, papryka, proso. Przez kanały irygacyjne rozszerzyli swoje spieczone rowy w poprzek doliny, aby uchwycić najmniejszy ustęp wilgotności. Zwierzęta zapędzili w kierunku studni, nieczuli na płacz zwierząt i niewyraźne krzyki innych ludzi. Gdy dotarli do studni i byli przed kamiennym murem zatrzymali się. Dzieci drażniły zwierzęta poprzez rzucanie kamieniami, podczas gdy mężczyźni uklękli, aby się modlić. Następnie każdy z nich zanurzył twarz w wodzie i pili głęboko. To było tak po prostu, a przed nimi te oczy wody na pustyni. Ale letnia woda nadal była w posiadaniu siły wiatru, piasku, mrożonego i wielkiego nieba nocy. Jak wypił, Konrad poczuł pustkę. Mętne i czerstwe wody doprowadzały go do mdłości, nie mógł ugasić pragnienia. To tak, jakby cisza i samotność, wydmy i płaskowyże były rozliczane głęboko w nim. Woda w studniach nadal, gładka jak metal, z kawałkami liści i wełny zwierząt, unoszącymi się na powierzchni. Na drugim planie kobiety zabierały się do mycia się i wygładzania włosów. Obok nich, kozy i dromadery stały nieruchomo. Inni mężczyźni przychodzili i odchodzili między namiotami. Byli niebiescy wojownicy pustyni, zawoalowani, uzbrojeni w sztylety i długie karabiny, podążali wzdłuż, nie patrząc na nikogo; sudańscy niewolnicy, w łachmanach, przewożący ładunki prosa, koziego mleka z olejem; synowie wielkich namiotów prawie czarnoskórzy, ubrani w białe i granatowe szaty; synowie z wybrzeża z czerwonymi włosami i piegami na skórze, trędowaci żebracy, którzy nie poszli w pobliżu wody. Wszyscy szli do zasypanego pyłem kamiennym miasta Jeruzalem, zdążali w kierunku murów świętego miasta. Uciekli na pustynię na kilka godzin, kilka dni. Mieli rozwinąć ciężkie tkaniny do swoich namiotów, owinęli się w ich wełniane płaszcze, oczekiwali nocy. Jedli teraz, proso zmieszane z kwaśnym mlekiem, chlebem, suszonymi daktylami, na przemian z miodem i pieprzem. Muchy i komary tańczyły wokół główek dziecięcych w powietrzu wieczorem, osy paliły ich w ręce, policzki zabarwione były pyłem.
Rozmawiali teraz bardzo głośno, a kobiety w ciemności powstrzymując się nieco, naraz z namiotów zaśmiały się i rzuciły trochę kamyczków ku dzieciom, które bawiły się. Mężczyźni zaczęli śpiewać, krzyczeli, rozbrzmiewały gardłowe dźwięki. W namiotach w pobliżu murów zaczyna się nowy rozdział dziejów świata, wiatr gwiżdże w gałęziach akacji, w liście palm karłowatych. A jednak, mężczyźni i kobiety, których twarze i ciała z barwionego indygo są jeszcze pogrążeni w milczeniu, nie opuścili pustyni, nie potrafią zapomnieć wielkiej ciszy, która przetaczała się stale nad wydmami, i była głęboko w ich ciałach, w ich wnętrznościach. To był prawdziwy sekret. Naraz jakiś mężczyzna z karabinem przestał mówić do Konrada i spojrzał z powrotem w kierunku szczytu doliny, skąd wiatr nadchodził. Czasami człowiek z innego plemienia podszedł do namiotu i pozdrowił ich, wyciągając dwie otwarte ręce. Wymienili tylko kilka krótkich słów, kilka imion. Ale były to słowa i nazwy, które zniknęły od razu, po prostu niejasne ślady, wiatr i piasek pokrywał je niepamięcią. Kiedy zapadła noc, rozgwieżdżone niebo pustyni panowało ponownie. W dolinie za miastem noce były łagodniejsze, i nowy księżyc na ciemnym niebie. Nietoperze rozpoczęły taniec wokół namiotów, fruwające także nad powierzchnią wody. Światło z piecyka migotało, wydzielając zapach gorącego oleju i dymu. Niektóre dzieci bawiły się między namiotami na powrót, wypuszczały ujadające psy. Inne bestie już spały, dromadery poruszały nogami, owiec i kozy w kręgach z suchych kamieni. Mężczyźni wystawili straże. Przewodnik położył karabin na ziemi przy wejściu do namiotu i palił tytoniowe liście, wpatrując się w noc. Prawie nie słuchał miękkiego głosu i śmiechu kobiet siedzących w pobliżu piecyka. Być może śnił o innych wieczorach, innych podróżach, a opalenizna na jego skórze i uciążliwe łaknienie były początkiem jakiegoś innego pragnienia.

Wschód słońca, cz.2

Jeden człowiek prowadził dromadery tak po prostu swym głosem, narzekając i plując jak oni. Ochrypły dźwięk dyszenia złapany na wietrze nagle zniknął w zagłębieniach wydm po stronie południowej. Ale wiatr, suchość, głód, nie były już ważne. Ludzie i stado schodzili powoli w dół, ku bezwodnej, dolnej bezcieniowej dolinie. Stado wreszcie dopadło trawy, osty, liście, dzieląc się nimi z tubylcami. Wieczorem, gdy słońce zbliżało się do horyzontu, cienie krzew rosły nadmiernie długie, ludzie i zwierzęta przestały chodzić. Mężczyźni rozładowali wielbłądy, rozbili namiot, duży brązowy z wełny, wsparty na jednym biegunie drzewa cedrowego. Kobiety rozpaliły ogień, przygotowały puree z prosa, kwaśne mleko, masło. Noc zapadła bardzo szybko, zimne niebo przyjęło przestrzeń ciemnej ziemi. A potem pojawiło się tysiące gwiazd, zatrzymały się bez ruchu w przestrzeni. Człowiek z karabinem, który przewodził grupie wezwał Konrada i pokazał mu koniec Małego Wozu, samotną gwiazdę, znaną jako Cabri, a po drugiej stronie konstelacji, Kochab niebieski. Na wschodzie pokazał Konrad grupę pięciu innych gwiazd świecących. W rogu daleko na wschodzie, ledwie nad popielatym horyzontem Orion właśnie pojawił się z Alnilam, opierający się nieco na boku, jak maszt statku. Wiedział, że wszystkie gwiazdy, przydawał im czasami dziwne nazwy, nazwiska, jak na początku historii. Potem pokazał Konrad trasy, jakie podejmą następnego dnia, jak gdyby światło migające na niebie zakreślało przeznaczenie, które ludzie muszą śledzić na ziemi. Było tak wiele gwiazd! Noc pustyni była pełna tych iskier pulsujących lekko jak wiatr, przychodziły i odchodziły, jak oddech. To była ponadczasowa ziemia, usunięta z historii ludzkości może, z kraju, gdzie nic innego nie mogło być czy też umrzeć, działo się tak, jakby to było już ponad innymi krajami, na szczycie ziemskiej egzystencji. Ludzie często oglądali gwiazdy, ogromny biały pokos, który jest jak most na piaszczystej ziemi. Rozmawiali trochę, paląc walcowane liście tytoniu, ludzie opowiadali sobie historie z podróży, pogłoski o wojnie z chrześcijanami, o represjach. Potem słuchali nocy. Płomienie ognia w kształcie gałązek tańczyły nad garem z miedzi, wydawał jedyny dźwięk środek wody. Z drugiej strony kosza, kobiety mówiły, a jedna została nucąc coś swemu dziecku, które zasypiało przy piersi. Dzikie psy ujadały i echa w dziuplach wydm odpowiedziały im, podobnie jak inne dzikie psy. Zapach zwierząt i róż mieszał się z wilgocią szarego piasku, z gryzącym zapachem dymu z piecyka. Wreszcie kobiety i dzieci poszli spać w namiocie, potem ludzie owinięci w swe płaszcze na zupełnie zimnym ogniem. Oni wtopieni w ogromną przestrzeń piasku i skał – niewidoczni – kiedy czarne niebo iskrzyło coraz bardziej błyskotliwie. Wędrowali tak przez miesiące, lata, na trasach nieba pomiędzy falami piasku, szli dalej na północ ku niekończącym się trasom, które wnikały w głąb pustyni. Niektórzy z nich zginęli po drodze, inni urodzili się, pobrali się. Zwierzęta pozdychały, zapładniając wnętrzności ziemi lub gnijąc na twardej ziemi.
To tak, jakby na pustyni nie było żadnych nazw, jak gdyby nie było słów. Pustynia oczyszcza wszystko. Ludzie mieli wolność otwartej przestrzeni w ich oczach, ich skóra była jak metal. Światło słoneczne płonęło wszędzie. Począwszy od poświaty u kresu nocy, przez kulistą, strzelającą do ciebie czerwień dokoła, ku oszałamiającemu blaskowi południowego słońca. Ochra, żółty, szary, biały piasek, drobny przesuwający się piasek, wskazywały kierunek wiatru. Obejmowało ono wszystkie ślady, wszystkie kości. Ludzie doskonale wiedzieli, że na pustyni nie ma współpracy: tak szli bez przerwy, po ścieżkach, gdzie inne stopy już posuwały się w poszukiwaniu czegoś innego. Jeśli chodzi o wodę, to tylko znak potu na powierzchni pustyni, skromny dar Boga suchych, ostatni dreszcz życia. Ciężka woda wyrwana z piasku, martwa woda od wywichnięć, woda alkaliczna, która powodowała kolkę, wymioty. Muszą iść jeszcze dalej, zgięci lekko do przodu, w kierunku pokazującej się gwiazdy. Ponieważ to być może ostatni wolny kraj, kraj, w którym prawa kobiet nie są istotne. Ziemia pełna kamienie i wiatru, i skorpionów i skoczków pustynnych, które wiedzą jak się ukryć i uciec, gdy słońce pali i noc nastaje zimna. Teraz pojawili się nad doliną, schodzą powoli malejącym piaszczystym stokiem. Na dnie doliny, ślady ludzkiego życia zaczęły się: pola otoczone murami z wyschniętych kamieni, kojce dla wielbłądów, wełniane namioty sklecone z liści palm karłowatych, przypominające odwrócone łodzie. Mężczyźni podchodzą powoli, pięty mają w piasku, który przesuwa się pod ich nogami. Kobiety zwolniły tempo i pozostały w tyle z grupą zwierząt, nagle ogarnia je szaleństwo przy zapachu studzienek. Następnie pojawiły się ogromne doliny, które rozłożyły się pod skałą. Konrad popatrzył na wysokie, ciemno- zielone palmy rosnące z ziemi w pobliżu, wokół jasnych słodkowodnych wód jeziora. Konrad spojrzał na biały pałac, minarety, na to wszystko, co przedstawiał sobie w myślach i o czym mówił od dzieciństwa, gdy ktoś wspomniał o podróży do krajów arabskich. To było tak dawno, jak widział drzewa. Jego ramiona zwisały luźno z jego ciała, gdy szedł w kierunku dna doliny, na wpół z zamkniętymi oczami przed słońcem i piaskiem.