coś dla młodych, cz.2

stanisław Barszczak—Skarbczyk Johnny’ego—
II
Na skraju miasta był stary ogród zarośnięty, w ogrodzie był stary dom, w domu mieszkał Johnny. Miał dziewięć lat i żył tam sam. Dom był otwarty zawsze, nie tylko na ogród, ale także na szepty pochodzące z ogromnej odległości – jakby kogoś, kto czasem trzaska drzwiami, kogoś o niezgłębionej dobroci, kto nieustannie czuje się w krainie melodii odwiecznych pragnień człowieczych. Nie miał już matki i ojca też nie, i to oczywiście bardzo dobrze, bo nie było nikogo, żeby powiedzieć mu kiedy ma iść do łóżka, szczególnie gdy świetnie się bawił, i nikogo, kto mógłby dać mu lanie, kiedy obżerał się niezdrowo karmelami. Pewnego razu miał ojca, którego wcale nie znał. Oczywiście, że miał też matkę, ale to było tak dawno, że Johnny nie pamiętał jej w ogóle. Jego matka zmarła, kiedy Johnny był malutki, leżał w kołysce i krzyczał, tak że nikt nie mógł do niego się zbliżyć. Johnny był pewny, że jego matka była w niebie, obserwuje go teraz przez wizjer z nieba, a Johnny często ręką macha do niej i woła: “Nie martw się o mnie. I tak wejdę aż na szczyt”. Johnny nie zapomniał swego ojca, który był profesorem leśnikiem, a który pewnego dnia zakupił wielki las. Ojciec skończył pracę w Akademii. Johnny jeszcze z nieprzebudzonym rozumkiem zaczął wówczas otwierać się na pełnię życia. Aż nagle dostąpił zaszczytu bycia w domu swego ojca. Johnny był absolutnie pewny, że ojciec, który nagle zniknął z jego życia kiedyś wróci. On nigdy by nie uwierzył, że zginął na zakręcie drogi, był pewny, że jechał, aż wysiadł na wyspie, zamieszkanej przez kanibali. I myślał, stał się królem Leopoldem wszystkich ludożerców i chodził ze złotą koroną na głowie cały dzień. “Mój tata jest kanibalem króla, to pewne nie każde dziecko ma takiego ojca.” Johnny mówił z satysfakcją. “I tak szybko, jak nagle zniknął, tak szybko mój tata wybudował sobie łódź, i w końcu przyjdzie po mnie, i będę kanibalem-księciem. Hej-ho, czy to nie jest ekscytujące? Johnny był najbardziej dumny z wujka, kapitana marynarki. Wujek kupił stary dom w ogrodzie wiele lat temu. Myślał, że będzie żył tam z Johnny, gdy się zestarzał i nie mógł żeglować po morzu dłużej. A potem coś irytującego musiało się wydarzyć, że „wpadł” do oceanu i przepadł. Johnny czekał na niego, wracając z jednej z przechadzek na pobliskie molo, Johnny skręcił prosto do domu „pod Lwem”. Tak się nazywał ten dom. Stał tam gotowy i czekał na niego. Jednego pięknego letniego wieczoru powiedział do widzenia wszystkim marynarzom na statku wujka. Oni wszyscy uwielbiali Johnny’ego, a on ich. “Tak długo, chłopcy”, powiedział i pocałował każdego z nich w czoło. “Nie martwcie się o mnie. I tak wejdę na szczyt.” Dwie rzeczy wziął tylko ze statku: kota, był prezentem od jego wujka i małą walizkę pełna złotych klejnotów. Marynarze stanęli na pokładzie i patrzyli tak długo, jak mogli go widzieć. „Niezwykłe dziecko”, powiedział jeden z żeglarzy, gdy Jasiek oddalił się już na pewien dystans. Szedł prosto przed siebie nie zwracając uwagi na nikogo, z Panem Protazym na swym ramieniu i z walizką w ręku.. Marynarz miał rację. Johnny był rzeczywiście niezwykłym dzieckiem. Najbardziej zadziwiającą rzeczą opowiadaną o nim było to, że był bardzo dobry. Był także bardzo towarzyski, że na całym świecie nie było ani jednego policjanta tak sympatycznego, jak on. Kiedyś zapragnął mieć konika na własność. Nie było już ani matki, ani ojca. Nawet miał konika już na swojej ulicy, jeździł po niego sam. Ale szeptem rozeszła się wieść po znajomych i Johnny od razu pozbył się pupila. Za to ponieważ zawsze tęsknił za zwierzętami, kupił raz na targu słowika, a teraz tu był. Kiedy Johnny chciał pić po południu kawę, słowik po prostu był z nim w ogrodzie. Obok Villi Porcjunkula był inny ogród i inny dom. W tym domu mieszkał ojciec i matka i dwójka uroczych dzieci, chłopiec i dziewczynka. Chłopiec miał na imię Jasiek a dziewczynka Ewa. Były dobre, dobrze wychowane i posłuszne. Jasiek nigdy nie myślał o gryzieniu paznokci, i robił dokładnie to, co jego matka poleciła mu zrobić. Ewa nigdy się nie nadąsała, gdy nie dostała czegoś co najbardziej lubiła, zawsze wyglądała ładnie i skromnie w jej sukieneczce bawełnianej dobrze wyprasowanej, zresztą bardzo uważała, żeby ją nie zabrudzić. Jasiek i Ewa bawili się w ogrodzie, ale brakowało im nowych form do zabawy. Podczas gdy Johnny żeglował za ocean z ojcem, oni często „wisieli” na płocie i mówili do siebie, “Czy to nie głupie, że nikt nigdy nie chodzi w tym domu. Ktoś powinien żyć tam, ktoś z dziećmi.” W ten miły, letni wieczór, kiedy Johnny po raz pierwszy przekroczył próg Villi Porcjunkula, Jaśka i Ewy nie było w domu. Oni poszli odwiedzić babcię i zostali u niej tydzień, i tak nie pomyśleli, że ktoś mógłby przenieść się do domu obok. W pierwszym dniu po powrocie do domu znowu stanęli przy bramie, patrząc przez ulicę, i nawet wtedy nie wiedzieli, że faktycznie ich sąsiad był tak blisko. Tak jak oni stoisz, zastanawiając się, co powinni zrobić, żeby coś ekscytującego mogło się wydarzyć, czy też miałby być ten dzień jednym z tych nudnych dni, gdy nie można myśleć o niczym. I właśnie odtworzyła się brama Villi Porcjunkula, z której wyszedł on. Był najbardziej niezwykłym chłopcem, jakiego Jasiek i Ewa nigdy jeszcze nie widzieli. Johnny właśnie spacerował i czynił poranną gimnastykę. A wyglądał tak: włosy krótkie, jego nos był na kształt ziemniaka bardzo mały, z charakterystycznymi piegami. Trzeba przyznać, że usta na podstawie niniejszego nosa były bardzo szerokie, z mocnymi białymi zębami. Ubrany był dość niezwykle. Wdzianko było niebieskie, ale nie wystarczyło niebieskiej tkaniny, Jasiek miał jeszcze na nim małe czerwone łaty naszyte tu i tam. Na długich nogach nosił cienkie długie skarpety, jedną brązową, a drugą czarną, a na nich parę czarnych butów, które były dokładnie dwa razy tak długie, jak jego stopy. Te buty jego wujek kupił mu w Ameryce Południowej tak, że Jasiek miał je trochę na wyrost, a mimo to nigdy nie chciał nosić żadnych innych. Jednak rzeczą, na którą Jasiek i Ewa otworzyli oczy najszerzej ze wszystkich, był kot czarno-biały, który siedział był dziwnie na ramieniu chłopca. Johnny chodził po ulicy z jedną nogą na chodniku, a drugą w rynsztoku. Jasiek i Ewa oglądali go tak długo jak mogli go zobaczyć. Po chwili się zatrzymał, i teraz szedł do tyłu. To dlatego, że nie chciał wracać do domu. Gdy dotarł do bramy Jasiek i Ewa wstrzymali oddech. Dzieci patrzyły na siebie w milczeniu. W końcu Jasiek powiedział. “Dlaczego idziesz do tyłu?” “Dlaczego chodzę do tyłu?” mówił wymijająco Johnny. “Czy nie jest to wolny kraj? Czy osoba nie może wykonywać spacer w jakikolwiek sposób ona chce? O to chodzi, powiem wam, że w Egipcie wszyscy spacerują w ten sposób i nikt nie myśli, że to jest czymś dziwnym.” “Skąd wiesz?” zapytał Jasiek. “Nigdy nie byłem w Egipcie, czy to prawda.” “Nigdy nie byłem w Egipcie. Rzeczywiście, ale to jedno możesz być pewien. Byłem na całym świecie i widziałem wiele dziwniejszych rzeczy od tych w rodzaju ludzi chodzących do tyłu. Gdy Johnny się położył na jezdni Ewa nie wytrzymała- “To brzydko kłamać”, mówi Ewa, która w końcu zebrała się na odwagę.”Tak, to bardzo niedobrze kłamać, powiedział Johnny jakoś smutno. “Ale zapomnij o tym teraz i potem. Jak można się spodziewać małego dziecka, którego matka jest aniołem a ojcem jest król wyspy i kanibali, którzy pływał po oceanie przez całe życie, jak można oczekiwać, żeby mówił prawdę zawsze? I o to chodzi, mówił dalej, a cała jego twarz zajaśniała piegami, pozwól mi powiedzieć, że w Kongo nie ma jednej osoby, która mówi prawdę. Leżą cały dzień. Zaczynają o godzinie siódmej rano i leżą aż do zachodu słońca. Więc jeśli mam się położyć teraz i potem, trzeba starać się wybaczyć i pamiętać, że to tylko dlatego, że przebywałem w Kongo trochę za długo. Możemy być przyjaciółmi, a może już nimi jesteśmy, co? ” “Och, na pewno”, powiedział Jasiek i nagle zdał sobie sprawę, że ten dzień nie miał być jednym z tych, nudnych dni. “Przy okazji, dlaczego nie możecie przyjść i zjeść śniadanie ze mną?” zapytał Johnny. “Dlaczego nie?” powiedział Jasiek. “Ale najpierw muszę przedstawić wam Protazego, powiedział Johnny. Następnie wszyscy udali się przez bramę dodo willi, wzdłuż żwirowej drogi, która graniczyła ze starymi omszałymi drzewami. Już odbyli wspinaczkę do willi, gdy dzieci zobaczyły na ganku wielkiego psa, który zajadał coś z miski po zupie. “Dlaczego masz takiego psa na werandzie? zapytał Jasiek, który wiedział, że wszystkie wielkie psy mieszkają w budzie. “To mój Gerwazy, dobrze, powiedział w zamyśleniu Johnny, on lubi kuchnię, on nie lubi salonu.” Jasiek i Ewa poklepali Gerwazego, a następnie weszli do domu. Była tam kuchnia, salon i sypialnia. Wyglądało tak, jakby Johnny zapomniał zrobić porządku w salonie od tygodnia. Jasiek i Ewa rozejrzeli się ostrożnie, bo może król kanibali Leopold siedzi tut gdzieś w kącie. Nigdy nie widzieli króla kanibali w całym swym życiu. Nie było widać taty, ani mamy. Ewa powiedziała z niepokojem: “Czy tu mieszkasz sam?” “Oczywiście, że nie!” powiedział Johnny. “Protazy i Gerwazy tutaj żyją.” “Tak, ale mam na myśli nie masz mamy ani taty tutaj?” “Ale kto mówi, kiedy masz iść do łóżka w nocy, takie rzeczy?” zapytała Ewa. “Mówię sobie, powiedział Johnny, najpierw w miły sposób i przyjazny, a następnie, jeśli nie mam na nic ochoty, mówię sobie jeszcze bardziej gwałtownie.” Jasiek i Ewa pomyśleli, że to dobry sposób. Tymczasem weszli do kuchni, i zawołali Johnny, teraz mamy zamiar zrobić placki, teraz będziemy piec placki. Następnie Johnny wziął trzy jajka i rzucił je w powietrzu. Jeden upadł na głowę i rozlało się tak, że żółtko znalazło się na jego oczach, ale białko złapał umiejętnie do miski.”Żółtko jest dobre dla włosów”, powiedział Johnny, wycierając oczy. “Poczekaj i zobacz, zaczynają rosnąć tak szybko. W rzeczywistości, w Brazylii wszyscy ludzie chodzą z jajami w ich włosach. I nie ma tam łysych osób. Tylko raz był człowiek zupełnie łysy, a kiedy pokazał się na ulicy był taki bunt, że policja wezwano. Johnny zaczął bić ciasto tak mocno, że dostało się na ścianę. W końcu wylał resztę na patelnię, która stała na piecu. Gdy placek ziemniaczany był brązowy z jednej strony Johnny przerzucił go w połowie drogi do sufitu na drugą stronę, a następnie złapał go na patelnię ponownie. A gdy był gotowy rzucił go prosto na talerz, który stał na stole. “Jedz!” zawołał do Jaśka. “Jedz zanim wystygnie!” A Jasiek i Ewa jedli i myśleli, że to bardzo dobry placek. I tak było rzeczywiście. Potem Johnny zaprosił ich do salonu. Był tam tylko jeden mebel. To była wielka komoda z wielu małych szuflad, jedyny ołtarzyk rodzinny. Johnny miał otwarte szuflady i pokazał Jaśkowi i Ewie wszystkie skarby jakie tam trzymał. Były wspaniałe jaja ptasie, dziwne muszle i kamienie, dość małe kwadraciki, piękne lustra srebrne, naszyjniki i wiele innych rzeczy, które Johnny i jego tata kupili w ich podróży dookoła świata. Johnny dał każdemu z jego nowych towarzyszy jakiś prezent czy zabawkę, jako upominek. Jasiek dostał błyszczący sztylet z kości słoniowej a Ewa macicę perłową i uchwyt, małe pudełko z pokrywą ozdobione różową muszlą. W pudełku był pierścionek z zielonym kamieniem. “Wydaje mi się, że już czas wracać do domu”, powiedział w końcu Johnny, “Ale możecie wrócić tutaj jutro. Bo jeśli nie wrócicie do domu, to nie będziecie mogli wrócić do mnie w ogóle, i będzie wstyd”. Jasiek i Ewa przystali na takie zakończenie ich wizyty. Pankracy strącił coś z komody wystawionej pod ganek. Poszli więc do domu, obok Gerwazego, który teraz pożerał kość, na zewnątrz przez bramę willi Porcjunkula, przeszli przez jezdnię do domu naprzeciwko. Słońce stało się większe na popołudniowym niebie.

III
Johnny sam w domu. Położył się późno spać w swoim „gabinecie”. Naraz zdaje mu się, że jest wędrowcem i oczekuje na audiencję u króla Leopolda, której nie chciałby przegapić. Przy ostatnim świetle dnia szmaragdowe jezioro leżące w pobliżu miasta, wyglądało jak morze stopionego złota. Podróżnik kierował się tą drogą właśnie tak o zachodzie słońca –jadąc tą drogą niejako samotnie przebijał się wzdłuż brzegu jeziora – a mógł być święcie przekonany, że zbliża się do tronu monarchy tak bajecznie bogatego, iż ten mógł pozwolić żeby część jego skarbu wylano do tego gigantycznego dołu w ziemi, by olśnić i zadziwić gości. I tak duże było to jezioro złota, iż to musiała być tylko kropla wyciągnięta z morza większej fortuny szczęście- wyobraźnia podróżnika nie była w stanie choćby zacząć pojmować tego rozmiaru matki-akwenu. Nie było tam strażników na złotym brzegu. Oto był król taki szlachetny, że dostęp dla wszystkich swoich poddanych, a nawet obcych i odwiedzających to miejsce turystów, był otwarty, że oni mogli sięgać po ciekłą nagrodę z królewskiego jeziora. Mógł być księciem wśród ludzi, prawdziwy ksiądz Jan, którego zaginione królestwa poezji zawierały niemożliwe cuda. Być może jednak fontanna wiecznej młodości leżała w obrębie murów miejskich – być może nawet legendarne drzwi do raju na Ziemi znajdowały się tu gdzieś pod ręką. Ale słońce przeszło poniżej horyzontu, złoto zniknęło pod powierzchnią wody, i się zgubiło. Odtąd cykady i pijawki będą strzec jeziora, aż do powrotu światła dziennego. Do tego czasu, sama woda będzie tylko niczym skarb, dar przez spragnionego podróżnika przyjęty z wdzięcznością. Obcy jechał na wozie, który ciągnęło ciele, on nie siedział na wygodnej poduszce, lecz stał jak Bóg, trzymając się poręczy i kratownicy wózka. Cielęcy wóz był daleki od gładkich, dwukołowych wózków, podrzucał i szarpał w rytmie kopyt zwierząt, otwierał na wszelkie kaprysy drogi pod jego kołami. Człowiek stojąc może łatwo spaść i złamać kark. Niemniej jednak stał samotnie, patrząc niedbale i bezsensownie. Kierowca już dawno zrezygnował krzycząc na niego, za pierwszym razem biorąc cudzoziemca za głupca, który chciał umrzeć na drodze- gdyby to zrobił, żadnemu człowiekowi w tym kraju nie byłoby przykro! Szybko jednak kierowcy pogarda ustąpiła nieznacznemu podziwowi. Człowiek może rzeczywiście być głupi, można się nawet posunąć do stwierdzenia, żeby powiedzieć, że on był mocno głupi, ale miał za ładną twarz i jak na głupca, to nosił nieodpowiednie ubranie – płaszcz z kolorowej skóry, w takim upale! – zatem jego bilans był nieskazitelny, czemu można się dziwić. Cielęcy trud posuwa do przodu, koła wozu uderzały o dziury i kamienie, ale ledwo kołysząca się postać stojąca na wózku była pełna wdzięku. Głupi, furman myśli, a może w ogóle nie głupi. Może się liczy, może nie jest taki obcy. Kiedy pasażer zszedł z wozu, by odebrać napój w kubku, to czyni to z arystokratyczną godnością. Furman powiedział wówczas marszcząc brwi: “Nie wiem, dlaczego traktują cię tak dobrze. Pewnie ty jakiś fałszywy “. Inny pił głęboko z tykwy. Woda spływała z krawędzi ust i wisiała na brodzie. “Kim jestem?”- powiedział jakby do siebie podróżny, z pomocą własnego języka- “Jestem człowiekiem z tajemnicą, którą tylko cesarskie uszy mogą usłyszeć.” Furman poczuł ulgę: facet głupi nad wszystko. Nie było potrzeby, aby traktować go z szacunkiem. “Zachowuj tajemnicę,” powiedział. “Tajemnice są dla dzieci i szpiegów”. Obcy wysiadł z wozu przy kolejnym postoju, gdzie wszystkie przejazdy kończyły się i zaczynały. Był wysoki i niósł torbę podróżną. “I dla czarownic”, powiedział furmanowi cielęcego wozu. “I dla amantów. I królów.” W karawan-seraju był gwar i szum. Zwierzęta były zadbane, konie, wielbłądy, woły, osły, kozy, podczas gdy inne, nieposkromione zwierzęta dziczały: skrzekliwe małpy, psy, że nie były zwierzętami domowymi, pupilami człowieka, papugi wrzeszczące eksplodowały jak zielone fajerwerki na niebie. Kowale byli w pracy i cieśle, we wszystkich czterech stronach placu-majdanu wielcy panowie planują swoje podróże, zaopatrując się w artykuły spożywcze, świece, olej, mydło, i liny. W turbanach i czerwonych koszulach kulisi biegali nieustannie tu i tam z tobołkami nieprawdopodobnych rozmiarów i ciężarem na głowach. Miał miejsce wielki załadunek i rozładunek towarów. Łóżka na noc miały być tanie, drewnianej konstrukcji łóżka pokryte kolcami i linami, materace z włosia końskiego, stały w wojskowym uszeregowaniu na dachu jednopiętrowych budynków otoczonych ogromnym dziedzińcem. Łóżka, gdzie człowiek może leżeć i patrzeć w niebo i wyobrazić sobie Boga. Na zachodzie słychać było szemrania weteranów wojny. Armii nie wolno było wejść do strefy pałaców, ale musiała zatrzymać się tutaj, u stóp królewskiego wzgórza. Bezrobotna armia, która niedawno powróciła do domu po bitwach, miała być traktowana z pewną ostrożnością. Obcy pomyślał o starożytnym Rzymie. Cesarz nie ufał żołnierzom, z wyjątkiem jego straży pretoriańskiej. Podróżnik wiedział, że kwestia zaufania, prawdy, będzie tą jedną, na którą będzie musiał odpowiedzieć w sposób przekonywujący. Jeśli nie chciał szybko umrzeć. Nie daleko od karawan-seraju stała wieża wysadzane kłami słonia wytyczająca drogę do bramy pałacu. Wszystkie słonie należały do cesarza, a wybicie kłami wieży potwierdzało tylko jego moc. Strzeż się! wieża mówiła. Wchodzisz w strefę suwerennego, słoniowego króla. Podróżny zadawał sobie pytania odnośnie bezpieczeństwa, i nie mógł sobie odpowiedzieć, ale ufał w swoją piękność i własne siły. Oprócz wieży z słoniowymi kłami, stał tam wielki o skomplikowanej maszynerii wodociąg, który zaopatrywał w wodę pałac na wzgórzu. Podróżny był człowiekiem wielu tajemnic, ale tylko jedna była odpowiednia dla króla. Droga do murów miejskich wznosiła się szybko na szczyt wzgórza, gdy stał, to widział wielkość miejsca do którego przybył. Najwyraźniej był to jedno z większych miast na świecie, większe, zdawało mu na oko od Florencji lub Wenecji, nawet Rzymu, większe od miasta jakie samotnie kiedykolwiek widział. Gęste dzielnice skulone poza murami, wołania muezzinów z minaretów, w oddali widać było światła wielkich majątków. Ognie zaczęły się palić o zmierzchu, jako ostrzeżenia. Od kloszowo- czarnego nieba nadeszła odpowiedź od zapalonych gwiazd. Jakby ziemia i niebo było przygotowanie, niczym zaprawione wojska do walki, pomyślał. Jakby ich obozowiska zajęły spokojną noc i czekały na wojnę dnia, który miał nadejść. I we wszystkich tych wnękach ulic i we wszystkich tych domach możnych, poza nimi, na równinach, nie było ani jednego człowieka, który usłyszałby swoje nazwisko, ani jednego, który by łatwo uwierzył w opowieści, jakie on miał do powiedzenia. A miał to tylko powiedzieć, że przemierzył cały świat, aby tu tylko być. Chodził długimi krokami i przyciągnął wiele ciekawskich spojrzeń, ze względu na jego żółte włosy, jak i na swój wzrost. Jego długie i brudne żółte włosy spływały wokół jego twarzy jak złote wody szmaragdowego jeziora. Droga nachylona ku górze obok wieży zębów w kierunku bramy z kamienia, na którym dwa słonie w płaskorzeźbie stały naprzeciw siebie. Przez tę bramę, która była otwarta, dochodziły odgłosy ludzkich gier hazardowych, jedzenie, picie, hulanki. Nie było żołnierzy pełniących służbę na bramie. Było to miejsce publiczne, miejsce spotkań, zakupów i przyjemności. Mężczyźni śpieszyli za podróżnym, powodowani głodem i pragnieniem. Po obu stronach drogi były zajazdy, kawiarnie, stragany i straganiarze wszelkiego rodzaju. Tutaj jest wiecznym biznes kupna i jest co kupić. Tkaniny, naczynia, bombki, broń, rum. Główny bazar znajdował się poza miastem. A mieszkańcy miast unikali tego miejsca, które było dla nieświadomych przybyszów, którzy nie znali rzeczywistej ceny rzeczy. Tutaj był rynek złodziei oszustów rynku, poniżenia, pogardy. Ale nie dość samotny i niechciany, w każdym przypadku, by chodzić dookoła ścian zewnętrznych do większego, bardziej sprawiedliwego bazaru. Potrzeby zmęczonych podróżnych są pilne i proste. Żywe kurczaki, hałaśliwe ze strachu, wisiały do góry nogami, trzepotały z nogami związanymi razem, w oczekiwaniu na garnek. Dla wegetarianina były inne, bardziej wyszukane gotowania, warzywa, widać było garnki, rondle itd. Tam też było słychać głosy kobiet dziwnie pachnących, samotnie rozchodzących się na wietrze. Było za późno, aby szukać dzisiaj cesarza, w każdym przypadku. Podróżnik miał pieniądze w kieszeni i nie szczędził grosza podczas podróży. Kierował się prosto do celu. Przemierzył bardzo długą drogę, także samolotem i helikopterem. Teraz pożądał tylko najbardziej wygodnego łóżka, a na końcu nieco zapomnienia, ucieczkę od siebie. Później, kiedy jego pragnienia zostały spełnione, spał w pachnącym hostelu, chrapał mocno, a gdy przyszła bezsenność zaczął marzyć. Miał sen w siedmiu językach: włoskim, hiszpańskim, arabskim, perskim, rosyjskim, angielskim i portugalskim. Przejął języki jak szkorbut, gorączkę. Gdy tylko zasnął połowa świata rozpoczęła gaworzenie w jego mózgu, i opowiadania cudownych podróżnych. W tym pół -świecie każdy dzień przynosił świeże zaklęcia. Sam bajarz, został był odprowadzony obecnie od swych drzwi przez historie cudowne, a szczególnie przez historię tajemnicy, która mogła ustalić jego majątek i szczęście albo przekreślić jego życie w niebie.

coś dla młodych, cz.1

Stanisław Barszczak—Skarbczyk Johnny’ego—
I
Ponieważ mamy przedstawić tutaj historię pisaną z myślą o dzieciach starszych, to moglibyśmy ją zacząć tak po prostu: urodził się Johnny. Teraz jak rozumiem chcecie wiedzieć o nim więcej. Zatem opowiemy wam o nim, tylko uzbrójcie się w cierpliwość… Był kiedyś, w mieście Będzin, w ziemi Zagłębiowskiej, chłopiec o imieniu Johnny, który miał dwa zwierzęta, kota o imieniu Protazy i psa o imieniu Gerwazy, co oznaczało, że za każdym razem jak zawołał: “Protazy!” kot był już na jego ramieniu, a kiedy krzyknął “Gerwazy!” pies kładł się u jego stóp i machał ogonem. Kot kiedy miał złapać mysz był tancerzem nad tancerzami, był w stanie wykonać z subtelnością i wdziękiem i walca, i polkę, i mazura, a przy tym obracał się wokół własnej osi najpiękniej jak tylko mógł. Gerwazy, pies czekoladowy Labrador, łagodny i przyjazny, choć czasem nieco pobudliwy i nerwowy, absolutnie nie mógł tańczyć, bo, jak to się mówi, miał cztery nogi w lewo, ale zakrywał swoją niezdarność jedynym darem, mianowicie posiadł doskonały słuch, więc mógł śpiewać naśladując burzę, wyć melodie z najpopularniejszych piosenek codziennych, i nigdy nie wychodził z rytmu. I Protazy i Gerwazy z czasem znaczyli więcej od wszelkich innych pupilów domowych Johnny’ego i stali się niezastąpionymi towarzyszami jego życia. Pewnego dnia, kiedy miał dziewięć lat, cyrk przyjechał do miasta. Cyrk z Lechem Grossem i jego zwierzętami zaliczano do najbardziej znanych w kraju Johnny’ego. Więc Johnny był wpierw gorzko rozczarowany, gdy jego ojciec Ryszard Budnik powiedział mu, że nie wybiera się na show, ponieważ ten cyrk jest “niedobrzy dla zwierząt”. Przeminęły dni jego chwały. Lwica miała próchnicę i była ślepa, tygrys i słonie były głodne jak i reszta menażerii. Cyrk był po prostu nieszczęśliwy. Zwierzęta tak boją się jak Lech strzela z bata, zresztą Lech był człowiekiem, który szybko wpadał w gniew a rzadko się śmiał. Kiedy włożył głowę z cygarem w paszczę lwicy, ta była zawsze mocno przestraszona.
Ryszard szedł do domu z Johnny ze szkoły, ubrany, jak zwykle, w jedną z jego kolorowych koszul i pomięty kapelusz panama, słuchał opowieści Johnny’ego o jakimś zamorskim kraju z Ameryki Południowej. Johnny zapomniał niektóre geograficzne nazwy, pamiętał za to, kto był pierwszym prezydentem tego dalekiego kraju, jego imię wymawiał na lekcji historii z dziwnym pietyzmem. Na lekcji sekcji sportowej uderzył się podczas gry z boku w głowę kijem hokejowym. Ale strzelił dwa gole w meczu i pokonał swojego przeciwnika. Johnny liczył plusy i minusy mijającego dnia. Nie był taki zły. Przechodził przez most pod którym szeleściła rzeka z wodą w kolorze błota, która płynęła przez miasto nie daleko od ich domu. Spojrzał raz jeszcze na spadające kakadu w ich klatkach i smutne dromadery tarasujące ruch wzdłuż ulicy, mieszane uczucia zagościły w młodym i szlachetnym sercu Johnny’ego. Jakiś pirat z opaską na trudnych czarnych oczach i barbarzyńskiej brodzie znęcał się nad zwierzęciem. Johnny krzyknął na cały głos: “Niech piekło pochłonie twój namiot. Tak się stało, że w momencie, gdy Johnny krzyknął oto przez jakiś niewytłumaczalny przypadek ustały wszelkie dźwięki wszechświata, w tym samym czasie samochody przestały trąbić, skutery wymijać przechodniów, ptaki przestały skrzeczeć na drzewach, naraz w tej magicznej ciszy głos Johnny’ego rozległ się tak jasno, jak strzał z pistoletu, że słowa jego napełniły niebo, a może nawet znalazły drogę do domu jakiegoś niewidzialnego bóstwa panującego nad światem. Ale po jakimś czasie świat zaczął wyrzucać zwykłe rakiety na nowo, a cyrk jakby przeniósł się o kilka ulic dalej. Johnny i Ryszard wrócili do domu na kolację. Tej nocy podano jednak w telewizyjnych wiadomościach, że zwierzęta w cyrku Lecha Grossa jednogłośnie odmówiły wykonania ich programu. W zatłoczonym namiocie i ku zdziwieniu przebranych klownów i cywilów, także klientów, zwierzęta zbuntowały się przeciwko swemu panu w bezprecedensowy akcie nieposłuszeństwa. Lech strzelał batem, gdy nagle zobaczył, że wszystkie zwierzęta zaczynają chodzić spokojnie i powoli koło niego, miarowym krokiem, jak gdyby służyły w wojsku, zbliżały się do niego ze wszystkich stron, dopóki nie stworzyły kręgu pełnego wściekłości i furii, filigranowy Lech upadł na kolana i żebrał o darowanie życia. Publiczność zaczęła rzucać owoce i poduszki, a następnie trudniejsze przedmioty, kamienie, na przykład, orzechy włoskie i telefony. Zwierzęta rozstąpiły się i Lech odwrócił się i uciekł z areny.
Było to coś niesamowitego. Druga sprawa miała miejsce późną noca. Hałas rozpoczął się około północy, hałas i trzask jakby liści jesienią obudził Johnny’ego. Kiedy wyjrzał przez okno jego sypialni zobaczył, że wielki namiot płonie nad rzeką Wisłą. Paliły się pomieszczenia gospodarcze, a to nie było złudzenie. Od razu zaczęły pracować przekleństwa Johnny’ego. Trzecie zadziwiające zjawisko miało miejsce następnego dnia rano. I Protazy i Gerwazy pojawili się we drzwiach do pokoju Johnny’ego. On zastanawiał się dokładnie w jaki sposób znalazły one tam drogę. Protazy skoczył od razu Johnny’emu na ramię, a Gerwazy zaczął ‘śpiewać’ jakąś melodię. Inne zwierzęta tej nocy uciekły na wolność, za to Protazy przyniósł Johnny’emu mysz, nocny łup, Gerwazy smaczną kość. Naraz pojawił się w drzwiach Ryszard, który powiedział- ” Nigdy nie byłem w stanie zrobić wszystkiego tak dobrze, jak ty to uczyniłeś. Ogromnie mnie to cieszy. I wreszcie osiągnąłeś wiek, w którym ludzie w naszej rodzinie przekraczają niepokonalną granicę, kiedy wchodzą w magiczny świat.”
Do największych przygód Johnny zaliczał ‘wojnę’ placu zabaw w szkole, w której jego gang doprowadził do słynnego zwycięstwa nad Cesarską Armią Franciszka Józefa. Pokonali rywali wygrywając dzień śmiałym atakiem lotniczym z udziałem samolotów z papieru obładowanych karbidem. To był niezwykle satysfakcjonujące oglądać skoki przeciwnika do stawu, aby uśmierzyć powszechne swędzenie ciała. Jacek, brat starszy Johnny’ego poznał bardzo wcześnie pragnienia brata odnośnie prawdziwej przygody, najlepiej z udziałem nieprawdopodobnej istoty, podróży na inne planety (lub przynajmniej satelity). Bracia rzadko się kłócili. Różnica wieku osiemnastu lat okazała się być dobrym miejscem do zrzutu większości problemów, które czasami pojawiają się między braćmi, wszystkich tych małych podrażnień, które sprawiają, że czynimy psikusy. Oto wypełniamy buty z słodkim, lepkim klejem, dzwonimy do dziewczyny, a potem udajemy, że to tylko naprawdę niefortunne przejęzyczenie. Więc nic z tego się nie stało. Starszy brat Johnny’ego uczył się wielu przydatnych rzeczy, znał zasady kickboxingu i gry w krykieta. Johnny przez moment stał się sentymentalny. W szpitalnym oddziale położniczym Sonia, jego matka odebrała nowo narodzonego syna, tuliła go delikatnie w ramiona, i zasypywała nieuzasadnionymi pytania. “Kto by pomyślał? Skąd pochodzisz, sieroto? Jak się tu dostałeś? Co masz do powiedzenia? Jakie jest twoje imię? Kim będziesz jak urośniesz? Co będziesz robił?” Ryszard miał pięćdziesiąt lat, gdy się urodził Johnny. Powiedział tylko- „Wydałaś na świat człowieka, który może cofnąć czas w sobie, aby płynął w nowy sposób, a nas uczynić ponownie młodymi.” Sonia, która dzielnie zastępowała Johnny’emu matkę wiedziała, co ona mówi. Jak Johnny dorastał, jego rodzice zdawali się być młodsi. Kiedy Johnny wyprostował się po raz pierwszy, na przykład, jego rodzice nie usiedzieli. Kiedy zaczął się czołgać, oni podskakiwali w górę i w dół, jak podekscytowane króliki. Kiedy szedł, skakali z radości, a gdy wymówił pierwszy raz ”no!”, można by pomyśleć, że zasypali je całym legendarnym potokiem słów, które wychodziły z ust Ryszarda.
Magiczny Świat był jakkolwiek ukryty od tysięcy lat, strzeżony przez most zagadkowy przeszłych ludzkich generacji. Tak więc każdy w Będzinie był w pełni świadomy, że istnieje magiczny świat istniejący równolegle do naszego, a jego wyrazem była biała i czarna magii, sny, koszmary senne, historie, kłamstwa, smoki, wróżki, niebiesko-brodaci wujkowie, czarne wołgi, mechaniczne czytania w myślach ptaków, skarby zakopane na cmentarzach, muzyka, literatura piękna, nadzieje, lęki, dar życia wiecznego, anioł śmierci, anioł miłości, przerwy, żarty, dobre pomysły, zgniłe myśli, szczęśliwe zakończenia-happy endy, w rzeczywistości niemal wszystko, co istniało bez żadnych odsetek. Johnny dorastał leworęczny i często wydawało mu się, że to reszta świata pracowała w złym miejscu, nie on. Klamki obracały się w zły sposób, podobnie śruby, gitary były nanizane do góry nogami, i skrypty, które w większości języków zostały napisane niezręcznie od lewej do prawej, z wyjątkiem jednego, który był dziwnie nie do opanowania. Koła garncarskie obracały się przewrotnie, wirowałyby lepiej, gdyby wirowały w przeciwnym kierunku, a o ile cieńszy i bardziej sensowny byłby cały świat, gdyby słońce wzeszło na zachodzie i zachodziło na wschodzie. Kiedy marzył o życiu w tym pustym wymiarze Johnny’emu było czasami smutno. Jego brat Jacek był prawą ręką tak jak wszyscy, a więc wszystko przychodziło mu łatwiej, co nie wydaje się sprawiedliwe. Sonia powiedziała kiedyś Johnny’emu niskim głosem -“Jesteś dzieckiem wiele darów, a może i masz rację, aby sądzić, że lewica to odpowiedni sposób realizacji życia, a reszta z nas nie jest w porządku, niech tak będzie. Zatem idź w lewo na wszelkie sposoby, ale nie marudź, nie pozostawaj w tyle “. Johnny’emu zdawało się, że mógłby zasiadać na tronie, zmienić płeć lub stać się Bogiem. A gdy rysował i malował, ojca marynarskie historie na przykład, czynił to w sposób jedyny. Szkicował ptaki z pamięci, pamiętał wszystko, co zdarzyło się wcześniej, jakąś kąpiel w rzece czasu lub kraj utracone dzieciństwo, lub miejsce gdzie nikt nie mieszkał, a przyszedł tam na świat wspaniały, fantasmagoryczny władca, tworzył kolorowe życie niczym arie śpiewającej Sonii. W matematyce i chemii, niestety, nie było tak gorąco. Ryszardowi nie udało się przedstawić własnych badań z chemii nad stężonym kwasem siarkowym. Na szczęście i Johnny żył w epoce, w której prawie nieskończona liczba równoległych rzeczywistości zaczęła być sprzedawana jako zabawki. Jak każdy wiedział, że dołączył do społeczności wyobraźni w cyberprzestrzeni, electro-klubów, których przyjął tożsamość, na przykład, że międzygalaktyczny pingwin pochodzi od członka The Beatles, a nie jest później zupełnie wymyślony, ma latać w kosmosie, nosić włosy sex kolor. Jak każdy Johnny posiadł szeroki asortyment kieszonkowy alternatywnej rzeczywistości pola i spędził większość swojego wolnego czasu na opuszczaniu własnego świata, aby wejść do rozległych, barwnych, muzycznych pól, w środku wszechświata, w których śmierć czasowych, aż zbyt wielu błędów stała się trwała, a życie było takie: coś można wygrać, lub zapisać się na, lub po prostu to jest cudownie oczywiste, ponieważ takie jest prawo, produkować cegły lub inne prawo , na przykład jeść grzyby , lub przechodzić przez prawo wodospad- przez magię, a może zachować wiele istnień, na ile twoje umiejętności i szczęście na to ci pozwoli.
W pokoju Johnny’ego, w pobliżu małego telewizora stało jego najcenniejsze, najbardziej magiczne pudełko, które oferowało wszystkim najbogatsze, najbardziej skomplikowane podróże do innych przestrzeni i różnych czasów, do strefy multi-życia i tymczasowej śmierci: jego nowy Miś. I tak jak Johnny na boisku szkolnym zamieniał się w pogromcę Cesarskiej Wysokości Armii, w dowódcę Sił Powietrznych samolotów papierowych, tak teraz Johnny wyszedł daleko poza świat matematyki i chemii, w Strefie Misia, Wielkiego Mistrza Gry. Soniu, popatrz, jak jego ręce przesuwają się na konsoli,” powiedział Ryszard. “W tych światach leworęczność nie przeszkadza mu, jest on prawie oburęczny.” Ostatnio jednak ręce Ryszarda, którym przydzielił swoiste nazwy zostały spowolnione. Chodził wolniej (choć nigdy nie chodził szybko), jadł wolniej (choć nigdy nie jadł więcej), a najbardziej niepokojące to to, że mówił wolniej (zawsze mówił bardzo szybko). Był wolniejszy uśmiech, a czasem, sam Johnny to zauważył, wydawało się, że myśli Ryszarda faktycznie spowalnia jego głowa. Nawet historie, które opowiadał zdawały się poruszać wolniej niż kiedyś, i to było złe. “Jak mu pomóc”, zastanawiał się Johnny. Ale zanim zdążył rozwiązać problem, coś strasznego stało się pewnej gwiaździstej nocy. Jeden miesiąc i jeden dzień po przybyciu Protazego i Gerwazego do domu Budnika, niebo nad miastem Będzin, nad rzeką Przemszą było cudownie pełne gwiazd, tak genialne, z gwiazdami, jakby nazbyt realne, że na wodach rzeki ludzie oglądali swoich jedynych sobowtórów, wbrew ich woli, z dziwnym uśmiechem na ich obliczach. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki gruby pas galaktyki się przetarł z jasnego nieba tej nocy, przypominając wszystkim, w jaki sposób rzeczy były w dawnych czasach, przed ludźmi. Zanim zanieczyszczone powietrze odsunęło niebo z pola widzenia. Ze względu na smog tak rzadko widziało się Drogę Mleczną w mieście, że teraz ludzie chodzili od domu do domu, aby powiadomić sąsiadów, by wyszli na ulicę i spojrzeli w górę. Wylewali się ludzie ze swoich domów i stawali z brodą w powietrzu, jak gdyby cała okolica była prośbą… Johnny wzruszył się głęboko, zaczął myśleć o tej idei. Gwiazdy wydawały się tańczyć tam na górze, mieszając się w obrębie wielkiego i skomplikowanego wzoru jak kobiety na weselu ubrane w ich ozdoby, kobiety nieskazitelnie białe i zielone i czerwone z brylantami, szmaragdami i rubinami, genialne kobiety tańczące na niebie, zniewalające od widoku ich ognistych kamieni na rękach i szyjach. Przedziwny taniec gwiazd znalazł odzwierciedlenie na ulicach miasta, ludzie wyszli z bębnami i szli, jak gdyby to ktoś znaczny miał urodziny. Ryszard usiadł na ganku i patrzył, i nikt, nawet Johnny nie mógł go wyciągnąć na miasto. “Czuję się ciężki,” powiedział. “Moje nogi są niczym worki z węglem, a ramiona czuję jak kłody. Musi być, że grawitacja jakoś wzrosła w moim pobliżu, bo jestem przyciskany do ziemi.” Wielkie show nieba trwało do późnej nocy i choć przeminęło, to zdawało się być zapowiedzią czegoś dobrego, od początku czasu nadspodziewanie dobrego.. Może to rzeczywiście było swego rodzaju pożegnanie, ostatnie słowo, bo to była noc, po której Ryszard Budnik, legendarny gawędziarz z Będzina, zasnął z uśmiechem na twarzy, z bananem w ręku i błyskiem jego czoła, a nie obudzil się następnego dnia rano. Potem sprawy potoczyły się gorzej. Johnny spał w swoim łóżku w nocy, zbyt wstrząśnięty i nieszczęśliwy by zasnąć. I łzy spływały mu po policzku. Potem Protazy był na łóżku i Gerwazy leżał nieruchomo na sienniku na podłodze. Johnny był przytomny. Nocne niebo za oknem nie było już jasne, ale słabe i niskie, jak gdyby marszczyło brwi, a grzmot burzy rozległ się w oddali, jak głos złego giganta. Następnie Johnny usłyszał bicie skrzydeł blisko i wyskoczył z łóżka i pobiegł do okna, by popatrzeć w niebo. Było siedem sępów niczym batalion ogniowy, ubranych tak jak europejska szlachta na starych obrazach, czy jak cyrkowi trefnisie. Były brzydkie, śmierdzące. Johnny zaczął się trząść, choć noc była ciepła. Czy to prawda? Klątwa na szefa spalonego cyrku ma przejść w klątwę na ojca? Nagłe pojawienie się w jego życiu Protazego i Gerwazego nie mogło zasypać jedynej wyrwy po stracie ojca. To było przygnębiające. Powłócząc nogami, Johnny poszedł z powrotem do swego pokoju. Przez okno widać było niebo, które zaczynało się rozjaśniać. Brzask zawsze podnosił ludzi w górę, ale Johnny nie mógł myśleć o niczym, być wesoły. Podszedł do okna, aby zasunąć kotary, żeby móc przynajmniej leżąc w ciemności odpocząć, i wtedy ujrzał niezwykłe rzeczy. Człowiek ubrany w kolorową koszulę i zniszczony kapelusz panama po prostu zaglądał do domu. W pewnym momencie człowiek odrzucił do tyłu głowę i spojrzał Johnny’emu prosto w oczy. To był Ryszard Budnik! To był jego ojciec, stojąc tam, nic nie mówiąc, ale patrząc na jawie! Ale jeśli Ryszard był za oknem na zagonie, to kto spał w łóżku? A jeśli Ryszard spał w jego łóżku, to jak może być na zewnątrz? Ledwie chwycił się się za głowę, która wirowała teraz z nim, i jego mózg, nie miał pojęcia, co myśleć, podniósł się na posłaniu, jednak nie rozpoczął biegu. Ale potem ścigany przez Protazego i Gerwazego Johnny pobiegł tak szybko, jak mógł, gdzie jego ojciec na niego już czekał. Biegnie po schodach w dół boso, potknął się lekko, zrobił krok w prawo, odczuł dziwny zawrót głowy, na chwilę odzyskał równowagę, by tylko zobaczyć to jedyne stworzenie przez drzwi. To było cudowne, Johnny myśli. Ryszard Budnik ocknął się i jakoś zaczął kontynuować spacer. Wszystko było w porządku.cdn

Pole Umwandlung

Stanislaw Barszczak —Erwachen der Vernunft —
Das Schreiben habe ich einen String in meinen Augen gemacht, und die Service-Kette von meinem Mund, so fragte das Dogma der Kirche Eile erklären, sie Ihnen zu bringen. Um zu begreifen, was das Dogma der Trinität ersten Pause in die Mutterschaft Mariens Mutter Gottes. Erkenntnis Gottes im Neuen Testament wuchs mit der Ankündigung der Lehre von der Mutterschaft Marias. Wenn der Urlaub Elisabeth, vom Heiligen Geist inspiriert, Frucht des Leibes ist die Jungfrau Maria identifiziert und sagte: “die Mutter meines Herrn”, wurde gefesselt war der Herr, ein Gott des Alten und Neuen Testaments. Diese Bibelstelle ist unwiderlegbare Beweise, dass Jesus der fleischgewordene Gott, die Jungfrau und Gottesmutter Maria zu ehren und den Titel geben berechtigt ist “Mutter Gottes”. Wir bekräftigen, dass Maria in der Tat war die Mutter Gottes, weil “das Fleisch”, Jesus geboren wurde, in dem Jahr 431, die Väter des Konzils von Ephesus offiziell für diese Aussage. Im 451 Jahr ist die Konzilsväter von Chalkedon Ego bestätigt, dass die Mutterschaft eine wahre dogmatischen und der offiziellen Doktrin der Heiligen Katholischen Kirche ist. Die Proklamation war auf der Wahrheit gründet, dass die Geburt des Körpers der menschlichen Natur zu offenbaren, während die Jungfrauengeburt, sind ein Beweis der Macht Gottes. Jungfrau Maria Madonna von Wissenschaft bestätigt den frühen Konzilien der Kirche, dass Maria die Mutter Jesu, Gott und Mensch wurde, ist. Bibel unterstützt die Wahrheit, dass Jesus Gott war und Mensch im Evangelium des Johannes, der wie folgt lautet: “Das Wort ward Fleisch und wohnte unter uns.” Matthäus 1:18-25 besagt, dass Maria die Mutter Jesu, das Evangelium des Johannes 20:28 besagt, dass Jesus Gott ist (Thomas sagte:. “Mein Herr und mein Gott) Durch die Vereinigung all dieser biblischen Wahrheiten, kommen wir zu dem Schluss, dass die Jungfrau Maria Mutter Gottes unzweifelhaft ist. Jungfrau Maria hatte nicht immer den Titel der Mutter Gottes. Ihre Mutterschaft begann ab dem Zeitpunkt der ewige Gott eingegeben menschlichen Geschichte. An diesem Punkt, die zweite göttliche Gegenwart der Heiligsten Dreifaltigkeit, nahm das Wort die menschliche Natur in Marias Schoß. Daher, wenn Gott verkörpert, hatte Jesus zwei Naturen, die göttliche und die menschliche Natur. Maria war die Mutter seiner menschlichen Natur. Jesus lebte in der Fülle der Gott, den Vater, Sohn und Heiliger Geist. Der Brief des Paulus an die Kolosser lesen wir, dass in Jesus die Fülle Gottes Gefallen an im Fleisch leben nahm. [Col. 01:19, 02.09] Auf dem Weg in die Gott der Vater wohnte in Jesus, in 431, den dritten Buchstaben von Kyrill zu Nestorius, Epheser Rat sagte: “Aber sagen Sie nicht, dass das Wort Gottes wohnte wie in einem gewöhnlichen Mann, geboren von der Jungfrau Maria, die Christus nicht als Gott-Mensch geboren angesehen werden kann. Denn auch wenn “das Wort unter uns gewohnt ist”, und auch in Christus die ganze Fülle der Gottheit wohnte körperliche “, meine damit, indem er Fleisch, die ihren Wohnsitz nicht in gleicher Weise über ihn, als ob er, dass er unter den Heiligen gelebt, sagte er mit der Natur vereint war und nicht in Fleisch verwandelt definiert, sondern Gott, der Vater, er hat aufzuhalten Christus in der Weise, dass wir sagen können, dass der lebendige Christus entspricht zum anderen, welche die menschliche Seele in den Körper macht das Leben ist. ” ” Daher teilen wir nicht die Worte unseres Erlösers im Evangelium für zwei Hypostase oder Person. Da die erste und einzige Christus ist nicht doppelt, während als zwei unterschiedliche Realitäten, in einem unzerbrechlichen Beziehung vereinigt betrachtet. In der gleichen Weise Menschen, sondern von Körper und Seele zusammengesetzt ist, wird davon ausgegangen, dass es eine Doppel-oder zwei, sondern eins von einem anderen. Deshalb haben wir zu Recht glauben sowohl der menschlichen und göttlichen Ausdruck der gleichen Person. ” Heiliger Paul, der die meisten seiner Generation, ein römischer Bürger erzogen, kannte die syrische Schiene Aber er nie begegnet Jesus persönlich vor Er war bei deinem Namen gerufen:..” Saul, Saul, warum verfolgst du mich? “” Ich bin Jesus, den du verfolgst. “Aber nach seiner Bekehrung predigt die Lehre von der mystischen Leib der Kirche. Ananias Mission beginnt, muss man in den Tod Christi getauft werden. Dies ist der Name von Jesus wird unterdrückt. Paulus versteht jetzt, was der Mann, was er Figuren, die Daten Christus Außerdem:. Sie, bevor die Regierung bekannt sein wird, erkannte Behörden nur mit ihren Leiden, ist die vollständige Umwandlung Leider bestimmtes Alter oder die Anzahl der Korrekturen angewandt, um die Nuancen dieser Wahrheit Jemand wird sagen, weil ihr Leben gesegelt den Ozeanen der Welt… Wie können Sie erwarten, dass ich immer die Wahrheit sagen “aussprechen jetzt eine traurige Beobachtung: die zeitgenössische katholische. Im Namen der Zukunft man tötet späten Leben, was mehr lebendig ist. Wie der Mann zu verteidigen vor der Invasion der Brutalität und Rohheit? Noch einmal tauchen wir ein in die Lehre von der Dreieinigkeit. Da ich kein nierozumnymi Überzeugungen lehnte hier auf den Listen der Kirche. “Er (Gott Vater) seine Residenz (durch Christus in der Welt), können wir sagen,. Wie die menschliche Seele in seinem Körper.” Hier ist es die volle Bedeutung des Wortes zu verstehen “Seele”. Ich bin ein Mann, sein Selbstbewußtsein, in seinem Körper manifestiert. Ähnlich äußert Gottes in Christus. Durch Gottes spirituelles Bewusstsein, könnten beide Gott dem Vater und Jesus sagen: “Ich bin.” Zur gleichen Zeit, durch individuelle Köpfe aller Gegenwart der Gottheit, der Vater, Sohn und Heiliger Geist, alle bestätigen, dass sie eins sind, “ich bin” der Alten und Neuen Testaments. Wie Gott ist eine göttliche Seele, sondern drei göttlichen Geist. (Minds) Nehmen Sie zur Kenntnis, dass das Beispiel der Gabe des Lebens in zwei Orten gleichzeitig (Bilokation) des Heiligen Franz. Armer Mann von Assisi war die Anwesenheit der beiden, sondern eine Seele. Obwohl die beiden Gremien haben zwei Gehirne. Geist, seine Seele, kann sich in zwei Orten. Mutter von Franz war die Mutter von seinem Körper und Seele, dann seine beiden Einrichtungen. Ich kann die Mutter seiner Seele genannt werden, zwei Köpfen und zwei Körpern. Da waren sie alle eins. Aber Franz war einer. Auch die selige Jungfrau Maria aufgerufen Gegenwart der Gottesmutter von drei der Dreifaltigkeit, der Mutter Gottes, ist die Dreifaltigkeit untrennbar miteinander verbunden. Seele, Geist und Körper. Ebenso existierten drei Natur in der Person von Jesus, der Sohn der Maria, war. Denn da die Erschaffung der Welt, seine (Gottes) ewige Macht und göttliche Natur, unsichtbar, obwohl sie sind, verstanden wurden und durchschaut, was er (Gott) getan hat. Also habe ich (Gläubigen) sind ohne Entschuldigung. (Röm 1, 20) Seitdem denke ich, dass wir als Katholiken glauben nicht nur, dass Maria die Mutter Gottes ist, aber wir sind immer noch in den Dienst die wahre Natur des Menschen verurteilt, servieren wir nur das Schreiben des Glaubens. Das ist absolut das gesamte Umwandlung.

coś z pamiętnika nastolatki

Stanisław Barszczak—-Moje perypatetyckie życie (zapis pamiętnika Stefci jest czystym wymysłem autora tekstu)—-Dzisiaj, dokładnie przed 80 laty, 21 listopada 1919 roku, urodziła się w Hucisku (przemyskie), mała dziewczynka. Jasna, dociekliwa i nad wyraz spokojne dziecko. Córka rolnika i jego gospodarnej żony, spędzała z rodzicami i jej braćmi pierwsze beztroskie życie w Hucisku koło Nienadowej, życiem na jakie każde dziecko zasługuje. Ale już w końcu trzeciego roku życia nałożył się ciemny cień na życie tego dziecka. Adolf Hitler i jego banda brunatnych morderców zdobyła władzę w Niemczech. Gdy ojciec zobaczył, że zbliża się katastrofa, sprowadził rodzinę razem, by jej zapewnić bezpieczeństwo. Ale to było złudne bezpieczeństwo. 1939 r. Niemcy w Polsce. Dziewczyna miała już opracowany specjalny talent: pomoc w gospodarstwie. Poszła na służbę do sąsiedniej wioski, gdzie w wolnych chwilach po wypasie bydła i robocie w polu, przekazywała swej przyjaciółce swe dziewczęce tajemnice, których treści nie chciała ujawnić. W 1942 roku dziewczynka otrzymała jako prezent urodzinowy amarantowo- biały pamiętnik w kratkę. Nazywała się ta dziewczynka Stefania Katarzyna Miszczyk. W swoim pamiętniku opisała represje Niemców wobec Żydów i ludności cywilnej w wiosce. Przyszłość okazała się jeszcze bardziej dramatyczna, dlatego jej rodzina uciekła z ich domu, ukrywała się przed deportacją w głąb Rzeszy w oficynie, żyli tam przez dwa lata. To ona nie mogła już opowiedzieć stało się w trzy dni po jej ostatniej notatce w dzienniku: rodzina Stefci została zdradzona i deportowana przez nazistów. Przez różne więzienia, najpierw do obozu w Auschwitz i wreszcie do do Reichu. “Dziewczyna była podłamana”, mówi jej była przyjaciółka, którą Stefcia spotkała po raz ostatni w obozie koncentracyjnym w Niemczech. “Nie mam nikogo więcej”- Stefcia mówi jej przy ogrodzeniu obozu. Jej matka zginęła była w Auschwitz już miesiąc wcześniej, a jej brat na dur brzuszny umiera. Stefcia była pewna, że jej ojciec, z racji na jego wiek, także został wybrany i zamordowany. Kilka dni po tym ostatnim znaku życia, na początku marca 1945 roku, Stefcia zmarła w wieku zaledwie 26 lat w obozie na tyfus. Jej ojciec jednak przeżył obóz koncentracyjny i opublikował pamiętnik córki w 1947 roku pod tytułem “Oficyna”. Dziennik Stefani Miszczyk długo po wojnie jeszcze świeci, niczym latarnia przeciw faszyzmowi. Przyjazny ton, żywy, oczytana Stefcia przedstawia oprócz osobistych wrażeń, pomysłów i marzeń, jedną z najbardziej poruszających historii, jaką ten świat ma do zaoferowania. Ja myślę, że i dzisiaj powinniśmy protestować przeciwko traktowaniu nas jak domu na sprzedaż. To jest historia, historia małej dziewczynki, dziennikarki i pisarki, której marzenie zakończyło się tak brutalnie, która reprezentuje, jak żadna inna, horror Holokaustu. Nie może być jaśniejsze i bardziej emocjonalne oświadczenie, przeciwko wykluczeniu społecznemu i prześladowaniu. Dziennik Stefani Miszczyk, jest to broń w walce z faszyzmem, przed prześladowaniami i wyłączeniem, światłem w ciemności nocy śmierci, a także ostrzeżeniem dla żyjących kacerzy i prześladowców, że nigdy nie zostanie dana im szansa szczęścia. I właśnie poprzez tę książkę mała dziewczynka, która zmarła w obozie koncentracyjnym, pokonała nazistów…
“Kraj, w którym chciałabym mieszkać, musiałby być przyjacielski, musiałby zapewnić każdemu z jego mieszkańców odpowiednie, wystarczające Dasein, być dobrym przyjacielem każdego narodu. Nie ma wojska, nie ma siły wojskowej, nie egzekwuje kary, nie wykonuje się pracy, nie ma tam przymusu zachowania się tak i tak, nie zna się kary śmierci, chroni się bezwarunkową mowę i wolność pisania, seksualność nie stoi pod moralnym prawem. Wolno każdemu według upodobania, uznania czynić i takim pozostawać. Tak daleko, na ile nie czyni krzywdy bliźnim, w którym nikt nie panuje i nie będzie panował, nie daje się pośpiechu, żadnego rekordu łowieckiego, chciwości , żadnego Purytanizmu, złudnego punktu orientacyjnego… żadnej degradacji kultury, ponieważ sztuka jest czymś jeszcze, człowieczeństwem, duchem, osobowością, sercem, duszą, człowiekiem w sobie”…
Dziś pod szyldem nowoczesnej edukacji foruje się małe przedsiębiorstwa. Ale w wielu krajach ludzie nie chcą iść do pracy w małych firmach. Mówimy, że to absolutnie nic złego, ale to nie jest prawda … nic w moim życiu nie było oparte na związku przyczynowym, choć mogę nieustannie trzeźwo chodzić po ziemi. Osobiście jestem przekonana, że nie jestem zła, że nie jestem w błędzie. Chociaż jestem Europejką z przekonania, prawdę mówiąc, chcę być niezmordowanym reformatorem i bojownikiem, praktykującym katolikiem i lojalnym przyjacielem. Nigdy nie zapomniałam, gdzie moje korzenie. Opieram się na wielkoduszności, hojności i zaufaniu, w tym świetle chciałabym widzieć moje przyszłe sukcesy zarówno w kościele, jak i osobiste. Mocno wierzę w walkę przez obowiązek, a jako chrześcijanka czuję się zaproszona do wdzięczności ostatniej, życia Panem każdym dniem…
“Czy widziałaś „Na szerokim świecie” dziś rano?” Pytam Marię, gdy się spotykamy się, aby omówić uczestnictwo we Mszy świętej w kościele. Jest ubrana w dobrze skrojone spodnie i bluzkę, włosy kołyszą się swobodnie wokół jej twarzy, i to z pewnością mogę powiedzieć, że wygląda dzisiaj raczej wspaniale. Jerzy szalenie podkochuje się w niej i miał dziwną obsesję na jej punkcie przez 10 lat od czasu, kiedy zobaczył ją w Rzymie. Pojechał do Italii, aby zobaczyć ją. Jerzy mówił, my pracując umieramy razem z innymi ludźmi, a to dlatego, że nie mamy „tej rzeczy”. I właśnie ona była tą jedną rzeczą! Przyszedł Piotrek. Moja mama z pewnością pokocha go . I ja tak bardzo myślę. On po prostu ma świetny sposób mówienia, jest zainteresowany rzeczami i ludźmi, podobnie jak dobry aktor, który musi takim być. I to jest bardzo dobry sposób na bycie chrześcijaninem. Zjawił się Janek. Sposób, w jaki mówi się o trzech dekadach jego życia, ujawnia impulsywny, wciągający, podpity egoizmem obraz człowieka, jego życie oparte na skłonności do chaosu, przewrotu, zdrady, alkoholu, nieudanego entuzjazmu. Moje podstawowe pytanie tutaj brzmi: “Co jest z nami?” I ciągle myślę, w naszym świecie wielu ludzi boi się mówić tylko na podstawie swego umysłu i nie czyni niczego autentycznie, gdyż martwią się, że kogoś obrażą czy sami zostaną obrażeni, że nie będą lubiani. A to jest facet, który ma mądrze poukładane w głowie i robi swoje…
Koleżanka Ewa mówi do mnie: Miałyśmy tylko jedną poważną scenę razem, czy pamiętasz ja byłam taka przykra! I oto Paweł i ja mieliśmy dzień naszego ślubu, i robiliśmy nasz wielki pocałunek i Zapiera się Paweł, że nie jest to pocałunek . “Och, teraz Paweł, o tak właśnie!” “Aha, teraz ona całuje go mając dużo czasu! On jest zupełnie nieśmiały. Naraz on mówi takie rzeczy jak: „Mario, która część ciała najmniej ci się podoba?” I to bezpośrednio przed wyjściem do sklepu. Ewa, to wyraźnie możliwe, że ona bawi się mną. Edukacja ujawniła komiczne aspekty jej talentów. Ewa, przez długi czas była szykowna, choć uwięziona w koronkach. Paweł mówi jej: „grasz jeden rodzaj rzeczy, następnie na poważnie zatrzymujesz się na chwilę i ktoś ma coś przeciw tobie, i ty masz wszystkiego dość”… Kto wie, co sprawia, że ludzie się śmieją? Z Ewą odkryłyśmy tyle swobody. -Mieć charakter gdy się patrzy na zupełnie zaskoczonych, twierdzi Paweł. Ale jak mówić ludziom w języku francuskim i powiedzieć to bardzo nudne, choć artystyczne rzeczy, powiedzieć zabawnie i na kształt gry. Ewa zachowuje się, jakby zupełnie pewna sienie, ponieważ wie, co znaczą własne aktywa. Z czasem przyjęła bardziej skomplikowane role kobiece; większy nacisk położyła na motywację i sceniczny charakter…
Za mojej młodości byłam w Kalifornii. Tam Sebastian, bohater z odległego czasu wypatrzył mnie, mówił do mnie z amerykańskim akcentem. Nienawidziłam go, po prostu nienawidziłam. Nienawidziłam być traktowana, jak gdybym był Amerykanką, ponieważ samo mówienie „dobrze jest”, nie sprawia tak wiele radości. Spożywaliśmy posiłki w restauracjach i hotelach, co naprawdę otworzyło mi oczy, to to, że zawsze byliśmy traktowani jak zuchwali, inwazyjni Amerykanie, a nie jako tępi, wyrafinowani Anglicy czy pewni siebie Polacy. Bardzo nierówne traktowanie…
Ale teraz jest czas wojny. Maria mówi do mnie: nigdy przekleństwo mi się nie przydarzyło. Byłam zbyt młoda, by nawet wiedzieć, czym ono jest. W naszym świecie każdy ogląda filmy, i to jest jakaś główna korzyść. Czasem mnie irytuje, kiedy ludzie podchodzą na ulicy i mówią: “Och, jestem wielkim fanem Hansa Klosa” – kiedy oczywiście chcesz być fanem w pracy. Poczułam potrzebę, aby odświeżyć jej amerykański „brzdęk”. Zaczęłam od spowiedzi. Gdy miałam 23 lata, żyłam bez żadnego planu kariery, która byłaby uzgodniona z innymi i mówiła o spontaniczności i wewnętrznym impulsie. Mama moja spędzała dużo czasu w drodze, często na doprowadzeniu mnie do przedszkola, następnie chodziła chętnie na moje wywiadówki do szkoły. Uwielbiałam scenę w naszym „Domu Kultury”. Pamiętam, jak przyjechał do nas młody aktor, położyłam się na scenie, obracając się z brzuszka na plecy, czułam gorąco wokół. Myślę, że gdy w rodzinie jest tylko jedno dziecko, rodzice bardziej ochraniają je. Zawsze byłam drugim numerem, najwyżej trzecim, i to nie tylko w szkolnym dzienniku. I nie wolno mi było zrobić wiele rzeczy, że gdybym była, powiedzmy, numer cztery, to wydaje mi się świat potoczyłby się inaczej. Oznacza to, że teraz szukam przygody cały czas… A nasze żywoty wówczas były dość chaotyczne, za to moje dorosłe życie jest teraz bardzo dobrze zaplanowane.. Ale wolność to coś czego bardzo potrzebuję, wręcz pragnę. Czasami różnię się z ludźmi, którzy lubią rzeczy ułożone sztywno według planu i czytają książki podczas obiadu. Wolałabym, żeby ktoś zadzwoni do mnie i powiedział: “Jesteś wolna dziś wieczorem i chcesz iść na zabawę? Czy też zagrać w bilard.” Podczas obecnego pobytu w Kalifornii, mocno naciskałam na podróż do dziewiczych Stanów północnych. Byłam na koncercie w wytwórni filmowej „Universal Studios”, gdzie ludzie robią swoje… Nie bardzo mi coś takiego odpowiada, mówi Maria, która w środku naszej rozmowy ma jakiś impuls i chęć do wędrówki po miasteczku. Pamiętam, mówię do niej, ustawiłyśmy namiot na polu kempingowym koło Wielkiej Krokwi w Zakopanem. Pełne światło. Wróciłyśmy na noc po zrobieniu zdjęć i jednej nocy zastałyśmy koło nas spalony samochód, którego nie było tam wcześniej. I to jest przerażające widzieć taki samochód zupełnie zniszczony, spalony aż do metalu. Po podarowanym nam piwie położyłyśmy się w namiocie, by szybko zasnąć. Ale nagle słyszymy, że jacyś ludzie wracają wszyscy pijani, przekleństwa i krzyki – myślisz, że może oni wrócili, by spalić jeszcze inny samochód lub na nas zrzucić winę za podpalenie samochodu. Pamiętam. jestem przerażona, skamieniała, z tymi zachrypniętymi głosami i ludźmi w środku nocy… Ale o dziwo! Następnego ranka budzisz się idealnie odświeżona Jednak odtąd najwyraźniej mój natychmiastowy instynkt, intuicja podpowiada mi, gdy widzę ekstremalne niebezpieczeństwo … „od razu jest zasnąć”…
Ale jak przygotować się do koniecznego pukania do drzwi. Maria przerywa naszą rozmowę w oficynie w pół słowa i mówi, że trzeba zobaczyć kto to jest. Wraca prawie zalotna z rozkoszy.”Popatrz, przybył, jaki cudowny. Mój Johnny, mówi nie!” Trzyma „baby” na rękach, które tylko płacze i pokazuje paluszkami na koszulę. Mam jedno przeczucie, gdy pytam Marię w końcu, czy była kiedykolwiek sama, jak ja w mojej ostatniej podróży po Kalifornii. – “Wiesz nie, miałam towarzysza”, szepnęła, i malec zaraz uśmiechnął się. A Maria uprzejmie i szybko wdrapała się po stopniach do saloniku, niczym na most zwodzony z otwartą skargą niesioną do Jezusa: “Johnny mówi nie!”
(W tytule autor nawiązuje do sielskiego życia w starożytnej Grecji za czasów Arystotelesa)

Ważne

Stanislaw Barszczak — Częstochowa is a great city! —
There are two Częstochowa in the world, in the United States and city of ours. I dream of a third party. View from Częstochowa with the Jasna Gora is known around the world. Częstochowa is not only a good city, but an unforgettable city. Częstochowa – a city of business, science, culture and fun. Known around the world one thanks to the old image of Our Lady on the monastery of the Order of the Pauline at Jasna Góra. This one began to exist was probably in the eleventh century. However, it was first mentioned in 1220 on the bishop’s of Cracow Iwo Odrowąż document, imposing the obligation to pay tithes by Częstochowa population. Częstochowa received the civic rights in 1356. Prince Wladyslaw of Opole in 1382 founded a monastery of the Pauline here. The kings of the house of Vasa (who especially loved the monastery of Czestochowa), decided to attach it to modern Dutch type fortifications with bastions, which made the Jasna Gora one of the most powerful fortresses in the whole country, in the Commonwealth (Rzeczpospolita). In 1655 during the Swedish ‘deluge’(the Swedish’s army invasion of Poland), that floods the entire country in less than a month’s siege, the crew of a small monastery, under the leadership of Father Augustine Kordecki, as one last she was an attack prevailing an attack of Swedish troops. While the Confederation of Bar Częstochowa became one of the major sites of resistance and shelter of the confederate army. France was helping militarily by sending them their best military instructors. Thanks to help of this country the Confederate army won Czestochowa and Wawel Castle. Here in Czestochowa, Casimir Pulaski, who was a leading military commander of the Confederacy, became famous for his daring defense of the Jasna Gora against the Russian army Gen. Ivan Drewicz and Polish king’ army (since 31 December 1770 to 14 January 1771). At first there were old Częstochowa and Częstochówka (city rights from 1717 as the New Czestochowa), which were merged into one city on August 19, 1826 year. In 1819, it was marked out by the military engineer John Bernhard the most important city road – St Mary Avenue (now Avenue of the Blessed Virgin Mary). In connection with its location at the Warsaw-Vienna railroad (from 17 November 1846), the presence of iron ore deposits (now depleted), deposits of limestone and clean and abundant water in the river in Częstochowa since 1870 began to develop the metal industry (Huta Czestochowa, whose construction initiated Bernard Hantke), textile and paper industries. In 1909 the city was the Great Exhibition of Agro-Industry. Czestochowa was experiencing rapid growth, result in around 60 large industrial plants, 3-fold increase in the number of inhabitants. Czestochowa had a monopoly in the processing of jute (90% of national production), product accessories (80% market share), toys (70%). During World War I Czestochowa was on August 3, 1914 year she was took without fighting by the German army. From the April 26, 1915 to 4 November 1918 Jasna Góra was a Catholic enclave occupied by the Austro-Hungarian Empire. From 1925 in Czestochowa is the seat of the bishopric (archbishop from 1992.) Due to the development of crafts, especially by a production of souvenirs she was called a “small city of Nuremberg.” Germany once again entered the city on Sept. 3, 1939 and the next day made the murders, which went down in history as “bloody Monday”. After the collapse of the Warsaw Uprising Częstochowa was the capital of the Polish Underground State. January 16, 1945, after fighting all day, Częstochowa left the German garrison and the city was occupied by Soviet troops of the Chochriakow Semyon (major-rank). In the Polish People’s Republic rapid expansion of steel mill, which has gained the name of Boleslaw Bierut (after 1989 returned to the original – Huta Częstochowa), resulted in rapid development of the city. In addition to the Jasna Gora monastery museum and exhibition activities also carry out other institutions: City Hall – a historic complex of buildings of the former town hall, now headquarters of the Museum, the archaeological reserve area of the Lusatian culture in Rakow; Iron Ore Mining Museum, the Museum of Poświatowska Halina; Museum of the production of matches, Railway History Museum at the station Stradom Częstochowa, the Museum of the Archdiocese of Częstochowa, Zdzislaw Beksinski Museum, Museum of Imagination – a gallery and studio of Thomas Sętowskiego; Gallery Konduktorownia. The most important cultural institutions should Częstochowa Częstochowa Philharmonic, Theatre. Adam Mickiewicz University and the Center for Culture Promotion “Gaude Mater”. Sport in Częstochowa, mainly volleyball, football and speedway. The most famous are the club volleyball and club AZS Częstochowa and speedway club of Częstochowa Włókniarz. Częstochowa: the city is building a sports hall at the world championships in men’s volleyball in 2014. In Częstochowa are the universities: Polish Virtual University, Technical University of Czestochowa, Polonia University, University of them. Jan Dlugosz, University FOREIGN LANGUAGES, School of Management, College of Hotel and Tourism, the Central School of State Fire Service, Seminary of the Archdiocese of Częstochowa. So, Częstochowa -is not only a great center of culture and tradition and civilization, is even more admirable. This is a piece of the country closest to the Pole. They stay here for those who were born there and the people who settled in the area recently. There are people working here, which, like locusts each day and every night, the city spit. But most of the tourists and pilgrims. Commuters are useful to the city a healthy concern, the residents of stability and continuity, but the pilgrims give it passion. And if it is a farmer arriving from a small town, or a boy arriving from Silesia and the pain in my heart, it does not matter: each includes Czestochowa intense emotions of first love, each absorbs Czestochowa fresh from the adventures, each generates heat and light of the new year. Czestochowa is full of people who are very satisfied with life in various parts of the city. People choose to live in a flat on the Avenue, but now it does not already raised the threshold of milk every morning as it was in the seventies of the last century. I a genealogy is the only mention of the cousin who went to live in Czestochowa in 1991. One hears even today that people are going to seek his fortune at Czestochowa, but many of them looking for that contrariwise, conversely upside. In the case of the cousin, however, says that it is part of the pattern of the family. Over the years his family has changed and had lost himself in an ironic gift to action. The family was honorable, eventually but turned to the inside. Great-grandfather what he said was sacred and acted appropriately and he did not care what anybody thinks about this and that. The next-generation grandfather, seemed to know what it used to, but he was not as confident as the great-grandfather. Yes he was brave. While father though he was the most brave man, and he said simply that he did not care what others think. He wanted to act with honor. But he was ironic. For him it was not a small thing to walk the Avenue normal September morning. He was eventually killed by his own irony and sadness, and by the pinch of the life on account of honor. As for the present young man, the last of the line, he seems to be saying that he did not know what to think. So he became an observer and listener and a wanderer. He could not get enough of watching only. Once, when a boy, sitting in his yard Street of ‘Seven houses’ and threatened the hostile passers-by by his stentorian voice. Today he is a passer, and a boy looking at him all day. Now he even sat down close to him and looked around, listening intently with his mouth open, as a boy was playing a tune with the Vienna Philharmonics repertuar on verbal harmonica. He seems to be asking himself about what happens to a man, who learns the great secret of life … I used to come to Czestochowa by train forty years ago, time with Mom for the first time, we went through the prospect of Soviet soldiers on the square place Dr. Wladyslaw Bieganski, Long Avenue, in the end we reach the peak of the mountain. And so began my study of the only city in the world. From the Jasna Gora up, Piotrkowska street’ the minor seminary, bookstores, church of saint Barbara, the cinemas, to traveling here the popes. And now suddenly, after many years I was in the third Avenue like the Australian man from the antipodes. I left half of the globe, to stand now on the Third Avenue once more, in the middle of rush hour, I arrived as if from my innocent roads, to enter the daily absolute madness and fantastic tumult of the crowd, in his crazy dream, catching them, taking, giving, sighing die. A tall tower of Jasna Gora in front of me grows from the ground by appealing to our deepest hidden feelings. I stood in the door of the bus, I did not take money for the ticket. You know, Olsztyn is a few kilometers from the city gallery. It was dusk. W suddenly I asked myself in the spirit: where is my friend Kazimierz? Where Mama, where Pastor? Nobody is here? I had to go to my room, lay my head and think about losses and gains of life. Rather than beg for money for the bus he intended to go on foot. I finally went to a Japanese professor who was behind the corner. I’ve got a penny. You imagine now, I came back from a long journey. Quickened my pace I was going directly to the bus. I imagined once again that in a few minutes I’ll start with my life again, which no one will know or approve of. Sometimes in my head, walking on the Avenue, with my virtual friends, as if it were at any times, I’m going to their homes in the hidden corners of the streets, turn around and smile at people, before they disappear ‘in the door’ warm darkness. In the enchanted twilight, I felt the loneliness of the city, which haunt us sometimes, my room “go away” somehow to the meeting tonight. Then the others are poor, young officers loitering in front of windows. I did not stop, however, to expect anything else-until it was time for a solitary dinner in the restaurant. Young people, teenagers also, in the dark, they used to waste the most poignant moments of night and life, I suppose. Finally, at eight o’clock, when the taxi cars taking people to the theater, I felt only joy sinking in my heart. Someone he sang out of the car, but there was laughter, but unheard jokes, and lighted cigarettes, and unintelligible gestures inside. I imagined that me also, to the merriment I hurry and release that close to all the excitement, that I always wanted, they felt that some good all around… I also remember it was cold in the autumn and the dark came very early. Electric light was lit, and it was nice to walk the streets, looking in the window. Different games were hung outside the shops, and the snow cleared fur foxes and their tails. Deer hung stiff and heavy and empty, and small birds have spread their feathers. It was cold outdoors. We were all in the monastery, every afternoon, and there were different ways of spending time in prayer. Two routes were along the Avenue, but they were long. But you could always cross the Avenue Sienkiewicz to go in the direction of Jasna Gora. I remember a woman close to the stairs that sold roasted chestnuts. It was warm there, it had been fire, and there were hot chestnuts in her pocket. The monastery was very old and very beautiful, and I walked through the gate and walked through the courtyard, and outside of the gate on the other side were the new brick pavilions, and there we met and everyone was very polite and very interested to know what’s going around … I remember my Czestochowa riotous youth also. It was about eleven o’clock at night, in mid-October, the sun never shines, but the hard, wet rain shines bright at the foot of the mountain. I was wearing my jacket in a blue suit, dark blue shirt, tie and handkerchief, shoes black, black wool socks on the hands of the watch. I was neat, clean, shaved and sober. On the other side of the street he walked another well-dressed dandy, as befits a private detective. But I do not see me in the main hallway of the building with two floors. Behind the entrance door, through which it could have to pass a herd of elephants in India, there was a general silence over the door of a stained glass window depicted a knight in armor, as he intended you to save a woman who was tied to a tree and was just nightgown, had very long hair. Knight pushed the helmet and face appeared sociable. But he was weak, if he sensed that they do not get it does not get his hands to her tree. I stood there and thought that if I lived in this house, sooner or later have to climb up there and help her. Former French doors on the back of the hall, and behind them a broad bed of emerald grass, the White House faced a Porsche, a young, slim, dark chauffeur walks in shiny suit. In addition to the garage were some decorative trees trimmed. Behind them, a huge greenhouse with a domed roof. Further more trees in the dim light passing into the evening in the piedmont. On the eastern side of the hall was the staircase with a wrought iron and stained glass of another piece. High chairs with rounded red, plush armchairs, filled the open spaces around the walls. Did not look as if someone had ever sit in them. In the mid-west wall was a big fireplace with a grate, the brass hinges on four, and over the fireplace ‘danced’ on the corners with marble Cupids. Above the fireplace was a huge oil portrait, and over the and pennants on a portrait of towns and football teams destroyed or eaten by moths. Presented a portrait of an officer on horseback at the time of the Confederation of Bar. Officer groomed, with black eyes and the mustache. I thought it might be the grandfather of the hosts. I still looked hot in those black eyes when the door opened far back under the stairs. It was not the butler, who returns from a distance. There was not a waiter, lifeguard of the pool, but it was a girl, the wisteria flowers in her hands… Ever I heard conversation Mrs. Tony Morrison, Nobel Prize winner in 1993 with young boys, who came to her with a problem: the bird is our hands, but tell us whether he is alive or dead? Because we’re young, immature. We have already heard everything about our short life we have to be responsible. The poet said: “But nothing is need to explain since we have (everything) is impertinent.” Thus, our heritage is an affront. You want to have an old, blank eyes and see only cruelty and mediocrity. Do you think we’re stupid enough to swore in vain again to the patriotism? How dare you talk to us about responsibility, when we stand waist-deep in toxins your past? Trivialize us and despise the bird, which is not in our hands. Do not have a context for our lives, there is no work, literature, poems full of vitamins, no history connected with the experience that you can go to help us begin anew? You are strong and wise adult. But stop to think about saving your face. Think about our lives and share their individual world. Make-up on the story. Narrative is radical, creating us at the moment, something is created. Do not blame you if your reach exceeds your fingertips, if you love your lights and they go up in flames and are not. If the burn is in the hands of a surgeon, your words are the only places on the seams where blood can flow. We know that you can never do it properly – once and for all. Even passion is never enough, even t talent is not even the ability to last. But I try. For our safety and your forget your name on the street, tell us what was the world for you in dark places and light. Do not tell us what to believe, what to fear. Show us the faith and a wide skirt, stitch, which absorbs fat fear. You, old woman, blessed with blindness, can speak the language, which tells us what he can language: how to see without pictures or photos. Language alone protects us from the littleness of things without a name. Language alone is meditation. “Tell us, what it means to be a woman, so we can know what it means to be male, which moves in the margin, what it means to not have a home in this place, and drift from the one that you knew what it meant to live on the outskirts of cities that cannot bear your company.” Mrs. Morrison talking about the hot interesting friendship finally ended their problem: “In the end,” she says:”I trust you, I trust you with the bird, which is not in your hands, because you’ve gotten really (you) to him. Look how beautiful it is, this thing we’ve done-together”. … But now the city, the first time in its long history, is destructible , is sometimes destroyed by the ideology of earthly existence. A single flight of no more than geese may quickly destroy this fantastic island in the middle of Polish, burn the towers, crumble the bridges, overpasses, railways, underground passages, and turn it into a lethal chamber cremation million. Notice of the deaths is now part of Częstochowa, in the sounds of Appeal, in a black report from the latest editions of online newspapers , television news. All the inhabitants of the city have to live with such a stubborn fact of annihilation, Częstochowa, this fact is somewhat less clear because of the fragmentation of the city on a larger space. cities with skyscrapers and ‘skyscrapers’, although the life of a concentrated due to the concentration itself city, where everything is almost at a stone’s throw, is have a certain clear priority. I’m crazy about this city. You built to Our Lady the only skyscraper, in the lovely friendship Częstochowa! Let this event will not be based on free market enterprise, but only on the truth about human transience. Jasna Gora speaks of eternity, and the pyramid of friendship would finally tell all about “steamboat dying.” I strongly believe in the absent or hidden fund of Częstochowa, Częstochowa women in their tower of conscience, that was answering to me. I can see, slanting rays of light, razor-cut buildings in half. At the top of a skyscraper window, I see the face of absent-minded, who wants something from me … But then there is a shade below, where they take place bad things of this world: giggles and love, fists and sad voices of women. The city makes a dream tall and feel different things. When I look out on the strip of green grass on the Warta River in the majestic towers of our department and look for the creamy-copper halls of buildings housing, I am strong. City of me is alone, yes-but only at the highest level and indestructible! People are in the shadow of this motif happy. Finally, in the end, everything is against us. And once again repeated force when calling to you: forget about it … the story ended there, everyone and everything is before us in the end. In his mind, however perverse dreamer who loses the lightning in the eye, at the dawn of the third millennium, Częstochowa must have a continuous, irresistible charm. And that’s a good town today is no longer to be a good one, like town’s banners proclaim that yet. This city can be unique and wonderful for ever.

Słowo

Stanisław Barszczak—Częstochowa to wspaniałe miasto!—
Istnieją dwie Częstochowy w świecie, Amerykańska i Nasza. Marzy mi się trzecia. Widok Częstochowy z Jasną Górą jest znany na całym świecie. Częstochowa to nie tylko dobre miasto, ale to jedyne miasto. Częstochowa – miasto biznesu, nauki, kultury i dobrej zabawy. Znane na całym świecie dzięki staremu obrazowi Matki Bożej w klasztorze OO. Paulinów na Jasnej Górze. Ta Częstochowa powstała prawdopodobnie w XI wieku. Jednak pierwsza wzmianka pochodzi z 1220 roku, z dokumentu biskupa krakowskiego Iwo Odrowąża, nakładającego na Częstochowę obowiązek płacenia dziesięciny. Częstochowa otrzymała prawa miejskie w 1356 roku. Książę Władysław Opolczyk w 1382 ufundował tutaj klasztor paulinów. Królowie z rodu Wazów (którzy szczególnie umiłowali sobie klasztor częstochowski) zdecydowali się obwarować go nowoczesnymi fortyfikacjami typu holenderskiego z bastionami, które uczyniły z Jasnej Góry jedną z potężniejszych twierdz Rzeczypospolitej. W 1655 roku w czasie szwedzkiego potopu zalewającego cały kraj, po niespełna miesięcznym oblężeniu, mała załoga klasztoru pod dowództwem o. Augustyna Kordeckiego, odparła jako jedna w Rzeczypospolitej ataki przeważających wojsk szwedzkich. Podczas konfederacji barskiej okolice Częstochowy były jednym z głównych miejsc oporu wojsk konfederackich. Francja pomogła militarnie barzanom, wysyłając do nich swoich najlepszych instruktorów wojskowych. Dzięki temu wojska konfederatów zdobyły Częstochowę oraz zamek na Wawelu. Tutaj w Częstochowie Kazimierz Pułaski , który został czołowym dowódcą wojskowym Konfederacji, wsławił się brawurową obroną Jasnej Góry przed wojskami rosyjskimi gen. Iwana Drewicza i królewskimi (od 31 grudnia 1770 do 14 stycznia 1771). Początkowo istniały Stara Częstochowa i Częstochówka (prawa miejskie od 1717 jako Nowa Częstochowa), które zostały połączone w jedno miasto 19 sierpnia 1826 roku. W 1819 roku został wytyczony przez inżyniera wojskowego Jana Bernharda najważniejszy trakt miejski – Aleja Panny Maryi (obecnie Aleja Najświętszej Maryi Panny). W związku z położeniem przy kolei warszawsko-wiedeńskiej (od 17 listopada 1846), obecnością złóż rud żelaza (obecnie wyeksploatowane), pokładów wapienia oraz czystych i obfitych w wodę rzek od 1870 roku zaczął w Częstochowie rozwijać się przemysł metalowy (Huta Częstochowa, której budowę zainicjował Bernard Hantke), włókienniczy i papierniczy. W 1909 roku w mieście odbyła się Wielka Wystawa Rolniczo-Przemysłowa. Częstochowa przeżywała dynamiczny wzrost gospodarczy, powstawało ok. 60 dużych zakładów przemysłowych, 3-krotnie wzrosła liczba mieszkańców. Częstochowa miała monopol w przetwórstwie juty (90% produkcji krajowej), wyrobie galanterii (80% rynku), zabawek (70%). Podczas I wojny światowej Częstochowa została bez walk zajęta 3 sierpnia 1914 roku przez wojska niemieckie. Góra od 26 kwietnia 1915 do 4 listopada 1918 roku stanowiła enklawę pod okupacją katolickich Austro-Węgier. Od 1925 roku w Częstochowie mieści się siedziba biskupstwa (od 1992 arcybiskupstwa). Ze względu na rozwój rzemiosła, zwłaszcza pamiątkarskiego, była nazywana “małą Norymbergą”. Znów Niemcy Niemcy wkroczyli do miasta 3 września 1939 i już następnego dnia dokonali mordów, które do historii przeszły pod nazwą “krwawego poniedziałku”. Po upadku powstania warszawskiego Częstochowa była stolicą Polskiego Państwa Podziemnego. 16 stycznia 1945 roku, po całodziennych walkach, Częstochowę opuścił garnizon niemiecki, a do miasta wkroczyły sowieckie oddziały mjra Siemiona Chochriakowa. W okresie Polski Ludowej szybka rozbudowa huty, która zyskała imię Bolesława Bieruta (po 1989 wróciła do pierwotnej – Huta Częstochowa), spowodowała dynamiczny rozwój miasta. Oprócz klasztoru Jasnogórskiego działalność muzealną i wystawienniczą prowadzą również inne instytucje: Ratusz miejski – zabytkowy zespół budynków byłego ratusza, obecnie główna siedziba Muzeum; Rezerwat archeologiczny kultury łużyckiej w dzielnicy Raków; Muzeum Górnictwa Rud Żelaza; Muzeum Haliny Poświatowskiej; Muzeum Produkcji Zapałek; Muzeum Historii Kolei na dworcu Częstochowa Stradom; Muzeum Archidiecezji Częstochowskiej; Muzeum Zdzisława Beksińskiego; Muzeum Wyobraźni – galeria i pracownia Tomasza Sętowskiego; Galeria Konduktorownia. Do najważniejszych instytucji kulturalnych Częstochowy należy Filharmonia Częstochowska, Teatr im. Adama Mickiewicza i Ośrodek Promocji Kultury “Gaude Mater”. Sport w Częstochowie to przede wszystkim siatkówka, żużel i piłka nożna. Najbardziej znanymi są klub siatkarski AZS Częstochowa i klub żużlowy Włókniarz Częstochowa. Częstochowa: miasto buduje halę sportową na mistrzostwa świata w siatkówce mężczyzn 2014. W Częstochowie działają wyższe uczelnie: Polski Uniwersytet Wirtualny, Politechnika Częstochowska, Akademia Polonijna, Akademia im. Jana Długosza, Wyższa Szkoła Lingwistyczna, Wyższa Szkoła Zarządzania, Wyższa Szkoła Hotelarstwa i Turystyki, Centralna Szkoła Państwowej Straży Pożarnej, Wyższe Seminarium Duchowne Archidiecezji Częstochowskiej… Częstochowa jest nie tylko wielkim centrum kultury i tradycji i cywilizacji, jest czymś jeszcze bardziej godnym podziwu. To jest kawałek kraju najbliższy Polakowi. Przebywają tutaj ci, którzy tam się urodzili i ludność, która się osiedliła na tym terenie niedawno. Bywają tutaj ludzie pracy, których jak szarańczę każdego dnia i każdej nocy miasto wypluwa. Ale najwięcej jest turystów i pielgrzymów. Dojazdy do pracy przydają miastu zdrowego niepokoju, jego mieszkańcy trwałość i ciągłość, ale pielgrzymi nadają mu pasję. I czy jest to rolnik przybywający z małego miasteczka, czy chłopiec przybywający ze Śląska i z bólem w sercu, to nie ma znaczenia: każdy obejmuje Częstochowę intensywnymi emocjami pierwszej miłości, każdy pochłania Częstochowę świeżą od przygód, każdy wytwarza ciepło i światło lat nowych. Częstochowa jest pełna ludzi, którzy są bardzo zadowoleni z życia w różnych zakątkach miasta. Ludzi wybierają życie w mieszkaniu przy Alejach, choć teraz nie podnosi się już mleka z progu każdego ranka. W genealogii jest tylko wzmianka o kuzynie, który udał się by żyć w Częstochowie w 1991 roku. Słyszy się, że ludzie idą do Częstochowy szukać szczęścia, ale wielu go szuka na opak. W przypadku kuzyna jednak mówi się, że to część wzorca rodziny. Przez lata jego rodzina zmieniła się w ironiczną i straciła dar do działania. Rodzina była honorowa, ale w końcu zwróciła się do wewnątrz. Pradziadek co powiedział, to było święte i działał odpowiednio i nie obchodziło go, co ktoś o nim myśli. W następnej generacji dziadek zdawał się wiedzieć, co było kiedyś, ale nie był aż tak pewny siebie jak pradziadek. Owszem był odważny. Ojciec natomiast był zbyt odważnym człowiekiem i mówił wręcz, że wcale nie obchodzi go, co myślą inni. Chciał działać z honorem. Ale był ironiczny. Dla niego nie była to mała rzecz, chodzić po Alejach zwykłego wrześniowego ranka. W końcu został zabity przez własną ironię i smutek i przez szczyptę życia na rachunek honoru. Jeśli chodzi o obecnego młodego mężczyznę, ostatniego z linii, on zdaje się powtarzać, że nie wie, co myśleć. Więc stał się obserwatorem i słuchaczem i wędrowcem. On nie mógł nasycić się obserwowaniem tylko. Kiedyś, gdy był chłopcem, siedział na swoim podwórku przy ul i wygrażał się wrogim przechodniom donośnym głosem. Dziś to on jest przechodniem, a chłopiec przygląda mu się przez cały dzień, nawet przysiadł się i patrzył na niego, zasłuchany z otwartymi ustami. I jako taki człowiek zdaje się pytać o to, co się dzieje z człowiekiem, który uczy się wielkiej tajemnicy życia… Kiedyś przed czterdziestoma laty pociągiem przyjechaliśmy z Mamą do Częstochowy po raz pierwszy, przeszliśmy plac Dra Władysława Biegańskiego, długie Aleje, w końcu staliśmy pod szczytem. I tak się zaczęło moje poznawanie tego jedynego miasta w świecie. Od Jasnej Góry, przez liceum, księgarnie, kościół św. Barbary, po podróże tutaj papieży. A teraz nagle po wielu latach znalazłem się w Trzeciej Alei niczym Australijczyk z antypodów. Zjechałem pół kuli ziemskiej, by stanąć teraz na powrót w Trzeciej Alei, w samym środku godzin szczytu, przybyłem z moich niewinnych dróg, by wejść w codzienne absolutne szaleństwo i fantastyczny zgiełk tłumu, w jego szalone marzenia, chwytając je, biorąc, podając, wzdychając, umierając. A przede mną wysoka wieża jasnogórska wyrasta z ziemi apelując do skrywanych przez nas najgłębszych uczuć. Stałem w drzwiach autobusu, nie wziąłem pieniążków na bilet. Olsztyn jest kilkanaście kilometrów od Galerii. To był zmierzch. Gdzie Kazimierz? Gdzie Mama, gdzie Proboszcz? Gdzie wszyscy? Miałem iść do mojego pokoju, złożyć głowę i zastanawiać się nad stratami i zyskami życia. Zamiast żebrać grosza na autobus zamierzyłem pójść pieszo. I w końcu trafił się japoński profesor, który stał za rogiem. Dał mi złotówkę. Wróciłem z dalekiej podróży. Przyspieszyłem kroku idąc bezpośrednio do autobusu. Wyobraziłem sobie jeszcze raz, że w ciągu kilku minut zacznę z nimi znowu życie, o czym nikt nie będzie wiedział czy też aprobował. Czasami w mojej głowie spaceruję po Alejach, z nimi niejako, do ich mieszkań na rogach ulic ukrytych, obracam się i uśmiecham się do ludzi, zanim znikną ‘w drzwiach’ ciepłej ciemności. W zaczarowanym zmierzchu miasta odczułem samotność, co prześladuje nas czasami, mój pokój ‘odchodził’ jakoś na spotkanie wieczoru. Wówczas inni biedni, młodzi urzędnicy wałęsali się przed oknami. Nie przestawałem jednak oczekiwać innego czegoś- aż nadszedł czas na samotną kolację w restauracji. Młodzi urzędnicy w mroku, marnowali najbardziej przejmujące chwile nocy i życia, jak twierdzę. Wreszcie o godzinie ósmej, gdy taksówki zawoziły ludzi do teatrów, poczułem jedyną radość tonącą w moim sercu. Ktoś mi śpiewał z samochodu, ale nie było śmiechu, za to niespotykane dowcipy i zapalone papierosy, i niezrozumiałe gesty w środku. Wyobrażałem sobie, że i ja, ku wesołości spieszę i udostępniam ją wszystkim bliski podniecenia, że zawsze chciałem, żeby mieli dobrze… Pamiętam też, było zimno jesienią w mieście i ciemności przyszły bardzo wcześnie. Zapalono światło elektryczne, i było przyjemne chodzić ulicami, patrząc w okna. Różne gry wisiały na zewnątrz sklepów, a śnieg ośnieżył futra lisów i ich ogony. Jelenie wisiały sztywne i ciężkie i puste, a małym ptakom rozmierzwiły się ich pióra. To był zimny wicherek, który przyszedł z góry. Wszyscy byliśmy w klasztorze, codziennie po południu, a tam były różne sposoby spędzania czasu na modlitwie. Dwie drogi były wzdłuż Alej, ale były one długie. Zawsze jednak można było przekroczyć Aleję Sienkiewicza, aby iść w kierunku Jasnej Góry. Tam przed schodami kobieta sprzedawała pieczone kasztany. Było ciepło, przed nią był ogień, a za nią były ciepłe kasztany w kieszeni. Klasztor był bardzo stary i bardzo piękny, i wszedłem przez bramę i przeszedłem przez dziedziniec, i na zewnątrz bramy po drugiej stronie były nowe pawilony z cegły, i tam spotkaliśmy się i wszyscy byli bardzo uprzejmi i bardzo interesowali się tym, co się dzieje wokoło… Pamiętam rozhukaną moją częstochowską młodość. Było to około jedenastej w nocy, w połowie października, słońce nie świeci, za to twardy, mokry deszcz błyszczy jasnością u podnóża góry. Miałam na sobie moją kurtkę w niebieskim kolorze, ciemną, niebieską koszulę, krawat i chusteczkę, półbuty czarne, czarne wełniane skarpety, na ręce zegarek. I byłem zadbany, czysty, ogolony i trzeźwy. Po drugiej strony ulicy szedł inny dobrze ubrany elegant, jak na prywatnego detektywa przystało. Ale nie zobaczył mnie w głównym korytarzu budynku o dwóch piętrach. Za drzwiami wejściowymi, przez które mogło by przejść stado słoni indyjskich, panowała powszechna cisza, nad drzwiami jakiś witraż przedstawiał rycerza w zbroi, jak zamierzył się, by uratować kobietę, która była przywiązana do drzewa i miała zaledwie koszulę nocną, miała bardzo długie włosy. Rycerz zepchnął hełm i ukazała się towarzyska twarz. Ale on był słaby, jakby przeczuwał, że nie dostanie swymi rękami do jej drzewa. Stałem tam i myślałem, że gdybym mieszkał w tym domu, prędzej czy później musiałbym wspinać się tam i jej pomóc. Były francuskie drzwi z tyłu hali, za nimi szeroki klomb szmaragdowej trawy, biały garaż, przed którym stoi Porsche, a młody, szczupły, ciemny szofer spaceruje w błyszczącym garniturze . Oprócz garażu było kilka drzew ozdobnych przyciętych. Za nimi ogromna szklarnia z kopulastym dachem. Dalej więcej drzew przechodzących w półcieniu wieczoru w teren podgórski. Po wschodniej stronie hali były schody z balustradą z kutego żelaza i kolejny kawałek romansowego witrażu. Duże krzesła z zaokrąglonymi czerwonymi, pluszowymi fotelami zapełniały wolne przestrzenie dokoła ścian. Nie wyglądały tak, jakby ktoś miał kiedykolwiek siedzieć w nich. W połowie zachodniej ścianie znajdował się wielki kominek z kratą z mosiądzu na czterech zawiasach, a nad kominkiem ‘tańczyły’ na rogach amorki z marmuru. Nad kominkiem był wielki olejny portret, a nad portretem proporczyki miast i drużyn piłkarskich zniszczone czy też zjedzone przez mole. Portret przedstawiał oficera na koniu w czasie Konfederacji Barskiej. Oficer schludny, z czarnymi oczami i pod wąsami. Myślałem, że może to być dziadek gospodarzy. I wciąż patrzyłem gorąco w te czarne oczy, gdy drzwi otworzyły się daleko z tyłu pod schodami. To nie był lokaj, który wraca z daleka. To była ona w girlandach… A potem ‘podsłuchałem’ rozmowę Pani Tony Morisson, laureatki nagrody Nobla z 1993 roku z młodymi chłopcami, którzy przyszli do niej z problemem: ptak jest naszych rękach, ale powiedz nam czy on jest żywy czy martwy? Ponieważ my jesteśmy młodzi, niedojrzali. Słyszeliśmy już wszystko o naszym krótkim życiu, że musimy być odpowiedzialni. Poeta powiedział: „Ale nic nie potrzeba wyjaśniać od kiedy już (wszystko) jest bezczelne.” Zatem nasze dziedzictwo jest afrontem. Chcecie mieć starą, puste oczy i widzieć tylko okrucieństwo i miernoty. Czy uważasz, że jesteśmy na tyle głupi, aby znowu krzywoprzysięgać na patriotyzm? Jak śmiesz mówić do nas o odpowiedzialności, gdy stoimy głęboko po pas w toksynach twojej przeszłości? Trywializujesz nas i lekceważysz ptaka, który nie jest w naszych rękach. Czy nie ma kontekstu dla naszego życia, nie ma utworu, literatury, wierszy pełnych witamin, bez historii połączonych z doświadczeniem, które można przejść, aby pomóc nam rozpocząć na nowo? Jesteś silna, dorosła i mądra. Przestań jednak myśleć o ratowaniu twojej twarzy. Pomyśl o naszym życiu i podziel się swoim uszczegółowionym światem. Zrób makijaż na historii. Narracja jest radykalna, stwarza nas w chwili, coś jest tworzone. Nie winimy cię, jeśli twój zasięg przekracza zasięgu ręki; jeśli miłość zapala słowa, a one idą w płomieniach i nie pozostają. Jeśli ich oparzenie znajduje się w ręce chirurga, twoje słowa są tylko miejscami po szwach, gdzie mogła przepływać krew. Wiemy, że nigdy nie można zrobić to poprawnie – raz na zawsze. Nawet pasja nigdy nie wystarcza, nawet talent nie jest umiejętnością ostatnią. Ale spróbuj. Dla naszego bezpieczeństwa i twojego zapomnieć twoje imię i nazwisko na ulicy, powiedz nam, czym był świat dla ciebie w ciemnych miejscach i światło. Nie mów nam, w co wierzyć, czego się bać. Pokaż nam szeroką spódnicę wiary i ścieg, który pochłania sadło strachu. Ty, stara kobieto, pobłogosławiona ślepotą, możesz mówić językiem, który mówi nam, co tylko może język: jak zobaczyć bez obrazków czy zdjęć. Język sam chroni nas przed małością rzeczy bez nazwy. Język sam jest medytacją. “Powiedz nam, co to znaczy być kobietą, abyśmy mogli wiedzieć, co to znaczy być mężczyzną, co przenosi się na marginesie, co to znaczy nie mieć w domu w tym miejscu, i dryfować od tego, który ty znałaś, co to znaczy żyć na skraju miast, które nie mogą urodzić twojego przyjacielstwa.”Pani Morrison mówiąc o gorącej przyjaźni interesująco wreszcie zakończyła ich problem: “W końcu”, mówi: “Ufam Ci, ufam Tobie z ptakiem, który nie jest w Twoich rękach, ponieważ ty naprawdę dotarłeś(aś) do niego. Popatrz, jak piękne to jest, tę rzecz zrobiliśmy –razem.”…Ale teraz miasto, po raz pierwszy w swojej długiej historii, jest zniszczalne (destructible), bywa niszczone przez ideologię ziemskiej egzystencji. Jeden lot samolotu nie większy niż klucz gęsi, może szybko zniszczyć tę fantastyczną wyspę w środku Polski, spalić wieże, pokruszyć mosty, wiadukty kolei, podziemnych korytarzy, i zamienić ją w śmiertelną komorę kremacji milionów. Zawiadomienie o śmiertelności jest częścią Częstochowy teraz, w dźwiękach Apelu, w czarnym doniesieniu z najnowszych wydań internetowych gazet, wiadomości telewizyjnych. Wszyscy mieszkańcy miasta muszą żyć z upartym faktem takiej zagłady, w Częstochowie ten fakt jest nieco mniej czytelny z racji na rozczłonkowanie miasta na większej przestrzeni. Miasta z wieżowcami i ‘drapaczami chmur’, jakkolwiek z życiem skoncentrowanym ze względu na stężenie samego miasta, gdzie wszystko odbywa się niejako na rzut kamieniem, mają pewien wyraźny priorytet. Szaleję za takim miastem. Pobudujcie Matce Bożej wieżowiec jedynej przyjaźni w kochanej Częstochowie! Niech to wydarzenie nie będzie oparte na wolnym rynku przedsiębiorstw, lecz tylko na prawdzie o ludzkim przemijaniu. Jasna Góra mówi o wieczności, a piramida przyjaźni ma nareszcie powiedzieć wszystkim o „parostatku umierania.” Mocno wierzę w nieobecny czy skrywany fundusz Częstochowian, Częstochowskich kobiet, w ich wieżę sumienia, które odezwało się także u mnie. Już widzę, ukośne promienie światła, jak brzytwa przecinają budynki na pół. W górnej części wieżowca widzę za oknem roztargnioną twarz, która czegoś chce ode mnie… Ale zaraz poniżej znajduje się cień, gdzie mają miejsce zblazowane rzeczy tego świata: chichoty i kochania, pięści i smutne głosy kobiet. Miasto sprawia sen wysoki i czucie poszczególnych rzeczy. Kiedy obecnie patrzę na pasy zieleni trawy nad Wartą, w wieże majestatycznej naszej Katedry i zaglądam do kremowo-miedzianych sal budynków mieszkalnych, jestem silny. Miasto moje samo, tak- ale na najwyższym poziomie jedyne i niezniszczalne! Ludzie są w cieniu tego motywu zadowoleni. W końcu, w końcu, wszystko jest przed nami. I raz jeszcze powtarza się życie, gdy woła do ciebie: zapomnij o tym… Tam historia się skończyła, wszyscy i wszystko jest przed nami w końcu. W umyśle, jakkolwiek przewrotnego marzyciela, który traci błyskawicę w oku, na progu trzeciego tysiąclecia, Częstochowa musi posiadać stały, nieodparty urok. I właśnie to dobre miasto dzisiaj już nie ma być dobrym miastem, jak głoszą miejskie transparenty, lecz niech będzie miastem jedynym i wspaniałym.

“widow’s mite”

Stanislaw Barszczak —White fire —
Katowice, a town in Poland, the night of 12 to 13 December 1981. Military units occupied the strategic points of the city. Group ZOMO, breaking up union protection, pulls out of the house chairman of the Works Committee of Solidarity in the mine “Wujek”(“Uncle”mine), John Ludwiczak. This message soon reached the mine. Initially surprised, soon to react spontaneous protest. That same night, three miners come to the parish priest, pleasing him to celebrate Mass for the mine. The next day, December 13 priest prepares for Mass at the mine, at the same time listening to a message the imposition of martial law throughout the country. Dec. 14 at the plant broke the strike. Check out new things: revoke martial law, release all internees Jastrzębie Zdrój binding agreements. None of them did not meet up. December 15 miners reached the news of the shootings in “Manifest Lipcowy” (“The July Manifest” mine, today Zofiówka) in Jastrzebie Zdrój. Brought to the mine late in the evening, Father the pastor prayed the rosary with the miners. There he did not celebrate the holy Mass, because the atmosphere was so tense. Prayer was interrupted by an alarm. It proved to be false. December 16 into the mine drove the Polish army and riot police. There has been the struggle. The army and police used firearms. Nine miners were killed … Many years ago, at the time of the accident at the mine rescued a miner, under the earth was alone for several days, reportedly drank the urine and therefore survived. His name was Uncle, I remember this event, but only as through a mist, from the seventies of last century. The great disasters are on the mines in the wide world that are caused a tumble in the mines, the collapse of the roof in mines, coal dust and methane. An explosion in a coal mine in China, the effect of 13 miners were dead. 29 were jailed in flooded coal mine in Sichuan province. After the second explosion of methane in the mine in southern New Zealand, 29 miners were trapped underground. The authorities can help no miners. Send the robot. But a second explosion received hope. “All are dead.” At least 34 miners were trapped in the copper and gold mine near the town of Copiapo in Chile in August 2010. Miners buried alive. Their representatives then came to Czestochowa to thank Mary for a wonderful event. Here was built windows to rescue the buried miners. The rescue operation after the disaster at the mine lasted for about two months. On the surface all the miners left. Since then, I admire even more the mining state. But what happens to the destruction of the mining team! I wanted to inform you about this. I also wanted to tell you about these abuses. That is why I create, write a poem now, subtitled “two months”. I refer to my trip to India in December 2009 and to California in America in December of next year, ie 2010. Both trips were for me the deep meaning and gave me a lot more than a series of images. I did not think at the beginning of this certificate, I did not expect that they will write, never run or travel diary or nor even been recording his impressions in short notes. But I finally found the time and I described these events in detail. “So when we formed the intention of this work, I had to control the hustle and bustle of crowded roofs, towers gathered in sheaves of shiny streets tangled in inextricable loops, I had to straighten out the valley, separated mountains, rivers pass toward the right direction, pointed out where the sun rises and where it falls . It was a delight to watch it all comes back to life again. “This testimony is part of the continuity of a community involvements and exposures, and even one’s from the period of youth? Tempered his youth near Silesia. But come into the world the way it were, in Tarnowskie Góry, because my parents were somehow on the way to heaven. And then, I think, I was a little longer then able to decide where I feel “at home”. Then Ząbkowice Będzinskie were a village-town. I grew up there just looking for a trace of humanity on earth. In this town, there in the crucible of “workers” of the late 60’s and 70’s of last century and in the care educators from pre-war upbringing “Kinderstube”, I took an active part in beautifying the city, not only physically, but the bulk of interest was a social and sports. I’ve been a huge football fan. While sporting career, in any event ended quickly. You may ask: why? Since I did not understand the matter in the strength training. A voice to sing like I was not set. A sense of home I carry deep in my heart. My mother was very sociable, so much traveled. But the children must go into the world just willy-nilly. So it happened in my case. Personally, I came out of Ząbkowice when I had to go to school. It was hard to part with my mother. What has happened to me then before my eyes? I do not know. It was hard for me to find a school and work. It was difficult to find a job that corresponds to me, it was just for me. I looked for books, of course. I liked playing different instruments in the church to sing. I wanted to practice during the holidays and so I went to piano lessons. I always had an artistic soul already in the blood. I think it was only a passion or interest. Then I went to school to Czestochowa. It is time the August 1980 strikes. Formed the Solidarity labor movement NSSZ. During the war the government’s 10-millionth of a social movement has already went to study in Krakow. and if the sport is left in me to contemporary youth organizations with a political tint does not have the heart. And has remained so to this day, sensitivity to the fate of man, however, the strain of early youth. With my temperament I had to be a good start in the priesthood. Is this a career? No, this is not a career, because as long as I have read articles from others and you cannot shape their own sermons, then with the ability to “sell” that, so long it cannot talk about his career. I still had too much ambition, to go on stage, buy the book, to learn and learn again. The awareness of the urgency has never let me has not left. Finally, I wanted to write something. It cost me a lot. Well, I was not in the blood, ie a real hothead, but I had a desire to work, explore their own language. I looked for the implementation, I wanted to not only read what others have written, but somehow create the world. In school, I prayed a lot, sometimes a good pastor, the incentive to work. This meant my personal progress while maintaining the freedom, the development of my own boundaries. Proper began my service to others before leaving, the time of leaving home, but much earlier. Occurred relatively quickly recognize me by my colleagues in the priesthood. Personally, I think it is too early and unconsciously as though I have met many famous people. Among others I have been in the flat of the Mr. Professor Chief Editor “Tygodnik Powszechny” Jerzy Turowicz. I associated the meetings with Prof. Josef Tischner, Professor Michal Heller. I sometimes felt a bit of popularity in his life, especially when I was a vicar … Then my mother passed away. And if it rains in May, the grass is growing very well. The church showed me the night adoration. But I still cannot understand the statement: indelible bishop, priest. In my life I traveled a lot, I was round at Vienna, Brussels, Rome, Paris, London, St. Petersburg, Jerusalem, Edinburgh. Khalil Gibran said: “He who does not spend his days living on the stage of dreams, it will be a slave to time.” We need to have imagination. When we read a book while reading the book, we see different characters. Every reader sees a different course. Let us in Zabkowice. If such a novice One day as I was in the “parish orchestra”, is not usually that simple. Because you can make many mistakes. Is that everything went smoothly for me No, no. On my face appeared in the spring smile. He operated the very few languages. Somehow I was only an animator, not a conductor of this orchestra. Today I am the author of several books – also called ” The corn-flowers of the freedom” in which I explained that only what is happening now is important to us. The strength of the present. It is a little like: “Do you have a problem now?” “No, I have no problem!” “Well, enjoy your day!” It’s kind of the philosophy and motivation for each school. Sometimes the need for such simplicity. And I was, as I said, in Scotland. Now my housekeeper in the rectory will manage and invest in the future especially in the money that I earn as a writer. Scots and money, no problem, right? – And again appeared a smile on my face, this time stronger. Father Tischner was the creator of the term “Homo Sovieticus,” so the same were with people who have the mining profession workshop. He is in them “homo carbonicus” – says a miner from the blood and bones of Lord Henry Konieczko, my contemporary. “They want to or not they are lies on them. Retired actively working meeting in male company, will be without interruption disturb each other, to “extract coal”, carbon mold, a pickaxe to dig. Of course, a whole kaleidoscope of events. I worked from the beginning, ie since 1961 in the heavily mine methane (Brzeszcze, Silesia), and I know one thing that the art of mastering the profession is needed and called it instinct. “Finger of God.” In my time small pickaxe mining was not a symbol, but a tool for tapping on rocks. Stands prone jockey, was to apparently take over the pressure of the rock mass. I am educated in the concept of not fighting with methane, but the safe intercourse with him. Today number of regulations, orders making a corset for the formation of a miner with instinct. Take the latest incident methane in coal mine “Wujek-Śląsk”(“Uncle-Silesia”) out there looking for the guilty, instead of fixed commissions on how to liquidate the blank spaces workings after extraction of coal from there behind the front with a rigid casing tied arch steel beams. Americans mastering the technique is not perfect escape rocket accident at the start. Of course, that on any reported incidents is human intervention, but not intentional, not criminal. A colleague remembers exactly what particularly those extraordinary events in dealing with the profession of coal miner? Since 1968, being in the leadership of Coal Mine “Silesia” I was on duty on Sunday (at the time every Saturday was a carbon mold with a pickaxe). At the level of 230 m PRG Mysłowice performed dug coal in the Carboniferous and the Tertiary border. On Sunday, the long-hole drilling performed trial, research crashing into the ground. It was a grid of holes to a length of 30 m. After this performance was an obligation of plugging the holes them. Mechanic methane celebrating mines dispatcher reported a small leak of water from closed a hole. The time was the fourth in the morning. The dispatcher immediately notified me. Because on Sunday, the shaft of Ćwiklice was not lining of the sygnalers ( like guards alarms), I commanded from the main shaft to carry the same signalers and I left about 6-th of the level of 230 m. The drift was a distant ancestor of the drift of about 900 m. At the level just behind the shaft, too dams of a security, stated that the water level covers the track. The farther in the direction of the fore all the more the water level rise. This threatened to tear up the water through the windows on the level of mining 360, and flooding mines. After managing the risk, although some water, and so broke up, it turned out that this “hole” came out such a mass of water, sand and gravel that raised the dug into the ceiling over a length of 300 m. In addition to property damage other was not. Putting the same drift saved mine. “(Information from the Internet)
Before my eyes I only have an image of mine now … Joachim was low, with a huge neck, long arms, forming, with massive hands on his knees, haired with dark curly around head and blue eyes strangely confident . But the present situation as if he surpassed, the roar of a moment ago. Joachim ceased to oppose to John, and he acknowledged his gesture as a new step in their current situation and concluded the matter;. “If this is a sabotage, which they themselves want, they will have it that seriously. Our output is therefore the best response to the Coal Company at their request, it will strike, which the world had not yet dreamed of. “Joachim left with his hands in his pockets, shuffled, and though it was just a skinny, gaunt shoulders are turned over like an old miner. John looked at him and the earth in the eyes and asked: “How long been working in the mine? Boguslaw threw his hands in response to the front:” For a long time. There I was eight when I went to mine and now am fifty-eight. “Catherine felt chills. But Joachim, who followed her just nodded his head and now she felt somehow familiar. They were both very young, but somehow strangely pensive. Then Joachim was the shaft in the center of a larger area. Of course, that he thought of himself as a brave but uncomfortable sensation caused his throat seemed to voice that now disappeared between noisy, thunderous cars, rattle signals, suppressed calls megaphones, in the face of constantly flying wires, developed and rolled back in high gear on the spool machine. Elevator with the people moved up and down, constantly swallowed men. Now it was his turn. He was very cold. But he went further down the sidewalk but very nervous. Catherine would have been happy if she could hear his breathing. Suddenly, all seized an even greater panic. Sidewalks everywhere began to flood the passing water. Elevator exploded into little pieces. Nobody complained, dared not speak very loudly, “What the hell we’re doing, what are we waiting here, for God’s sake?” How can they freeze us here like this? ” Richard, foreman, who was also there, he went down, its open mining lamp illuminated his hat, was heard complaining. “Be careful, the walls have ears!” – Zenon paternalistically muttered, as the miner, who is on the side of the workers. “You see? A lift? “And indeed, elevator full plate waiting for them. Went up. Joseph, Christopher, Andrew, Zbigniew, John and Catherine slipping back. They were right by Joachim, who had to squeeze in next to her, beside her, her elbow nudged him around the waist. Though he should hang a flashlight on a button jackets, you held it awkwardly in his hand. Just survive the next hour in the ancestor flooded with mud. It seemed as if waiting for something for a long time. Finally, another shock shook them and all around, the objects around them seemed to fly. Joachim suddenly felt nervous, dizziness, woke up his intestines. And it took so long, though throughout the day. He passed by the several bodies at two levels. Then, covered with black from the bottom, he remained overwhelmed, he was not able to interpret her feelings. “We are,” said Chris quietly. They seemed relaxed. But he wondered at the moment over whether or goes down or up. There were moments where it seemed to him that the cage is falling straight down on it without touching downed wires. Moreover, he could not yet completely understand what is happening. For in the light of the flashlight he saw some bodies just feet. But his practical mind to throw Joachim has new plans: “Housing has to be converted; water leaking everywhere”.. – “Listen, we are down at water level.” But he does not listen, and is suffering now because of the uncomfortable position, and he dared not move, especially tortured by Catherine elbow. She did not say a word when he felt it, the only warmth flooded his heart. When I finally stopped at the bottom, was shocked when he learned that the descent took only a minute. But the sound coming from the other sidewalk already taken possession of him, giving him a sense of something which immediately revived him… walkway is emptied, the workers went into a room barely carved into the rock, where the lighted dome of brick, there were three great lights of torches. loaders and trucks emptied violently pushed the invisible rails to the next level. basement smell oozed from the walls even when the cold smell of saltpeter has mingled with the warm gust of air from the nearby stables. It was their escape route. They another thirty yards behind. “I do not smoke, keep clean” – interrupted the road going to John Joachim, who ran Catherine, Christopher. It was a good sidewalk in the tunnel for a tow truck, crossing the solid layer of rock so that only partial repairs were necessary, Joachim was laying out my plans for the future. They walked in single file, always going forward, without a word, led by small flames in their lamps. Young stumbled at every step, right leg transfusions of someone on the rails. Joachim heard the distant sound of thunder only. Muffled sound of a sudden worried him, because the violence seemed to be coming from inside the earth. Is it the thunder cave, which is crushed and threw down a huge mass of broken rocks, cutting them from the light of day …? Next they went, the transition toward the ladders become lower, with uneven ceiling, forcing them to constantly bend over. Joachim hit his head painfully. If he were not in the cap of the skin, it is certainly to his skull broken. But even more closely watched now the smallest movements of Joseph before him, his somber silhouette created by the flow of light. This young man never ceased to be based on any slippery wall, which was becoming increasingly wet. Sometimes it were passed by a virtual sea, then discovered that his feet were mired in the muddy slime. But what surprised him most, a sudden temperature changes. At the bottom of the shaft was very cold, the air in the tunnel, which rushed into the mine has been trapped between the narrow walls. But now, followed by silence. Joseph did not say a word. He turned to the right, within a few steps away saw the bruised and bleeding head, elbows Joachim. Joachim came back knowing that “sloping roof” has come down so far that he had fifty or a hundred meters come across the sidewalk at the present time, twice since the rest of the road. Water reached the ankles. They passed this way over 600 yards when suddenly Andrew, and Catherine Zbigniew disappeared seemingly swallowed up by the very small cracks in a wide cavern, which opened before him. “You have to climb,” said Joseph. After a while he too disappeared. Joachim had to follow him. Before it opened up a chimney, which tried to get to the next level, seemed to be right there, only the width of the vein of coal, only two feet. Fortunately, the young man was smaller in stature, buttocks, arms, and hid the body upright. Fifty feet above again, he heard Joseph, who seemed to say something like: “How in hell.” Climb, climb up the rock hoppers seemed to last forever. Joachim was breathing less and less, it seemed that the weight of rock crushed his legs, his hands were skinned, bruised leg. The worst part is that the soul, he thought, this feeling that if he had the blood now flowed like the skin on top. He could vaguely look down, crouched in the distance, Catherine pushed his body one small and one large truck. Never stopped to climb to hear his always nimble feet constantly rubbing against the rocks. “Come on, we are here!” Catherine said the voice. . . Gradually, life was back in his eyes, the faces of workers could be seen at every level, in each groove of tertiary rocks. This rock also claimed the 700 workers, working like a giant stack nest, nesting underground in any direction, stuck like an old piece of wood infested with worms. And in the middle of a heavy silence, under the crushing weight of the deep layers of the earth, you could hear – if applied his ear to the rock – the movement of these insects, the human future that is at work, free at the time of the bites mining tools for the extraction of gold ore, coal calories. Joachim was the one who suffered most. High where the temperature was so high, and the air is not the case, he almost choked. Its getting worse torture, primarily moisture. Water flowing over the rocks above him, a few inches from his face and huge drops falling rapidly, continuously, in a crazy rhythm, always on the same spot. It made no sense, twisting the neck or bending of the head, the drops fell on his face, slapping her, splattering endlessly. Even after a quarter was soaked, covered in his own sweat. Everybody went away, and nothing was heard, but those drops incorrect punches, muffled, seemingly distant. This measure does not shine earth tones, and the ubiquitous shadows create a mysterious black, condensed by carbon dust and heavier produced by the gas, which weighed heavily on their eyes. The wicks in flashlights became red at the end. Could no longer see anything clearly. Current jobs miners opened up a big stack, who greeted them deep night. Ghostly shapes moving about the random beam of the light, allowed to see only the curves of the thigh, brawny arm, face, wild, blackened, as if in preparation for the crime. Sometimes blocks of coal suddenly lit up, their lights shining, as only the crystals were amazing. But once everything was plunged back into darkness, above and beyond their sober minds, playing their heavy, blunt impact hammer, and there was no sound, just heavy breathing, moans of pain and fatigue under the weight of air and precipitation from underground streams. Only a slight breeze in the air heralded the top of the force. And like just better Achim opened up yet to only dream of a new day rising. I once read a biography of Oscar Wilde – though more than a biography, this is a story about the life of a writer, pervaded the atmosphere of the era, which weighed hypocrisy, prejudices and vices of society. Wilde in John Parandowski texts consistently fought against vulgarity, suppress it, “the bourgeois addictions, the moral hypocrisy, life without the experience.” No wonder, then, that Wilde was destroyed, the petty bourgeoisie, “which was not in it or one of his virtues common.” And suddenly he has become guilty of all the miseries of the world, he assigned the demoralization of London, that he deserted the churches, and marriage is increasingly dissected, he caused the increased crime, a street vendor and street sweepers are increasingly used filthy words. And yet it is God who gives joy and poured each of us to understand another human being. The Feast of the Nativity of Christ is realized an exchange of our humanity in touch with God our Lord. The Word but became flesh. Now Baby cries all. Child has an eternal glory. But we still run the wrong life. We are on the outside of sinners. We must be ever leave, a place to prepare the next generation of people of this land. Being able to resign one day away from the scene lives in dignity, now that resulted in the lives of other gift and well-used “widow’s mite”. I wish for the future and each other, especially to health has long been with us. It made me very happy that stay with you like an interview on the plane. I think the time passed quickly and we have to order another text for us in the near future with the goddess of inspiration. May the New Year 2011 will bring peace, health, good luck, personal dream and the implementation plans. May the New Year will be closeness and peace. Meanwhile, I wish you a good time.

Sprawy idą w dobrym kierunku

Stanisław Barszczak—Biały pożar—
Katowice, noc z 12 na 13 grudnia 1981 roku. Jednostki wojskowe zajmują strategiczne punkty miasta. Grupa zomowców, rozbijając związkową ochronę, wyciąga z mieszkania przewodniczącego Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność w kopalni Wujek Jana Ludwiczaka. Wiadomość szybko dotarła do kopalni. Początkowo zaskoczeni, wkrótce reagują spontanicznym protestem. Tej samej nocy trzej górnicy przychodzą do proboszcza, aby odprawił mszę na terenie kopalni. Następnego dnia 13 grudnia proboszcz szykuje się na mszę do kopalni, w tym samym czasie słucha komunikatu o wprowadzeniu stanu wojennego. 14 grudnia w zakładzie wybucha strajk. Pojawiły się kolejne postulaty: odwołać stan wojenny, uwolnić wszystkich internowanych, przestrzegać porozumień jastrzębskich. Żaden z nich nie spełnił się. 15 grudnia do górników dotarła wiadomość o strzałach w kopalni Manifest Lipcowy (dziś Zofiówka) w Jastrzębiu-Zdroju. Sprowadzony późnym wieczorem do kopalni ks. proboszcz odmówił z górnikami cząstkę różańca. Nie odprawił mszy, bo atmosfera była już tak napięta. Modlitwę przerwał alarm. Okazał się fałszywy. 16 grudnia na teren kopalni wjechało wojsko polskie i ZOMO. Rozpoczęła się walka. Wojsko i milicja użyły broni. Zginęło 9 górników… Przed laty w czasie wypadku w kopalni uratował się jeden górnik, pod ziemią znajdował się samotnie przez kilka dni, podobno pił mocz i dlatego wówczas przeżył. Nazywał się Wujek, pamiętam to wydarzenie ale tylko jakby przez mgłę, z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. W kopalniach na szerokim świecie dochodzi do katastrof spowodowanych tąpnięciami, pyłem węglowym i metanem. Wybuch w kopalni węgla w Chinach, efekt 13 zabitych.29 górników było uwięzionych w zalanej kopalni węgla kamiennego w prowincji Syczuan. Po drugiej eksplozji metanu w kopalni na południu Nowej Zelandii 29 górników było uwięzionych pod ziemią. Władze nie mogą pomóc górnikom. Wysyłają robota. Ale druga eksplozja odebrała nadzieję. “Wszyscy są martwi”. Co najmniej 34 górników zostało uwięzionych w kopalni miedzi i złota w pobliżu miasta Copiapo w Chile w sierpniu 2010. Zasypani górnicy przeżyli. Następnie Ich przedstawiciele przybyli do Częstochowy, by podziękować Matce Bożej za cudowne wydarzenie. Oto pobudowano szyb, by uratować zasypanych górników. Akcja ratunkowa po katastrofie w kopalni trwała około dwóch miesięcy. Na powierzchnię wyjechali wszyscy górnicy. Odtąd podziwiam jeszcze więcej górniczy stan. Ale co dzieje się z wyniszczeniem kadry górniczej! Chciałem dać wyraz tym wypadkom… Są to dzieje „dwóch miesięcy”, początku grudnia z roku 2009, przeżytego przeze mnie w Indiach, i początku grudnia, który zastał mnie w Ameryce z 2010, w dalekiej Kalifornii. Obie podróże miały dla mnie głębokie znaczenie i dały mi wiele więcej ponad szereg obrazów. Nie myślałem z początku o tym świadectwie, nie spodziewałem się, że je napiszę, nie prowadziłem ani dziennika podróży, ani nawet nie utrwalałem swych wrażeń w krótkich notatkach. Ale wreszcie znalazłem czas i opisałem te wydarzenia szczegółowo. „Kiedy więc ukształtował się zamiar tej pracy, musiałem zapanować nad zgiełkiem dachów stłoczonych, wież zebranych w snopy błyszczące, ulic splątanych w nierozwikłane kłębowiska, musiałem rozprostować doliny, rozdzielić góry, rzeki przepuścić ku ich właściwym biegom, przypomnieć, skąd słońce wschodzi i gdzie zapada. Była to rozkosz patrzeć, jak wszystko na nowo odżywa.” To świadectwo wpisuje się w ciągłość społecznikowskich zaangażowań, jeszcze z okresu młodości? Młodość swoją hartowałem w pobliżu Śląska. Ale przyszedłem na świat po drodze niejako, w Tarnowskich Górach, ponieważ moi rodzice byli jakoś już w drodze do nieba. I wtedy, jak sądzę, byłem trochę w stanie już wtedy zdecydować gdzie czuję się „jak w domu”. Ząbkowice Będzińskie były wówczas miasteczkiem. Wychowałem się poszukując tam właśnie śladu człowieczeństwa na ziemi. W tym miasteczku, tam w tyglu „robotniczym” przełomu lat 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku i pod opieką pedagogów z przedwojenną „kindersztubą”, brałem czynny udział w upiększaniu miasta nie tylko w sensie fizycznym, ale gros zainteresowań miało charakter społeczny i sportowy. Byłem olbrzymim kibicem piłkarskim. Choć sportowa kariera w każdym razie zakończyła się szybko. Zapytacie: dlaczego? Ponieważ nie rozumiałem sprawy wytrzymałości w treningach. Głos do śpiewu podobnie nie miałem ustawiony. Poczucie domu noszę głęboko w sercu. Mama była bardzo towarzyska, więc dużo podróżowaliśmy. Ale dzieci muszą iść w świat po prostu chcąc nie chcąc. Tak więc stało się to i w moim przypadku. Osobiście wyszedłem z Ząbkowic, gdy musiałem iść do szkoły. Było ciężko rozstać się z mamą. Co stało mi wówczas przed oczami? Nie wiem. Trudno było znaleźć dla mnie szkołę i pracę. Było trudno znaleźć pracę, która by mi odpowiadała, była tylko dla mnie. Myślałem, oczywiście, bardzo dużo o książkach. Lubiłem grać na różnych instrumentach i w kościele śpiewać. Chciałem ćwiczyć i dlatego podczas wakacji chodziłem na lekcje gry na pianinie. Duszę artystyczną zawsze miałem już we krwi. Myślę, że to było jedyne zamiłowanie czy zainteresowanie . Potem jeździłem na nauki do Częstochowy. Przyszedł czas sierpniowych strajków 1980. Powstał ruch robotniczy NSSZ Solidarność. Podczas rządowej wojny z 10-milionowym ruchem społecznym wyjechałem już na studia do Krakowa. i jeśli sport we mnie pozostał to do ówczesnych organizacji młodzieżowych mających zabarwienie polityczne nie miałem serca. I tak pozostało do dzisiaj, wyczulenie na los człowieka to jednak szczep z wczesnej młodości. Z moim usposobieniem miałem za to dobry start w kapłaństwie. Czy to jest kariera? Nie, nie jest to kariera, ponieważ tak długo, jak tylko mam czytać artykuły od innych i nie można kształtować własnych kazań, z umiejętnością ich potem „sprzedania”, tak długo nie można mówić o karierze. Wciąż miałem zbyt wiele ambicji, iść na scenę, kupić książkę, uczyć się i jeszcze raz uczyć. Ta świadomość pilności nigdy mnie już nie opuściła. Chciałem wreszcie coś napisać. Dużo mnie to kosztowało. Cóż, nie byłem we krwi, tj. w gorącej wodzie kąpany, ale miałem pragnienie działać , poznać uroki własnego języka. Poszukiwałem realizacji, chciałem nie tylko przeczytać, co inni napisali, ale jakoś tworzyć ten świat. W szkołach dużo się modliłem, chwilami o dobrego proboszcza, o bodziec do pracy. To znaczyło mój osobowy postęp przy zachowaniu wolności, rozwój moich własnych granic. Właściwa moja służba innym zaczęła się jeszcze przed wyjściem, momentem wychodzenia z domu, ale dużo wcześniej. Stosunkowo szybko nastąpiło rozpoznanie mnie w kapłaństwie przez kolegów. Osobiście uważam, że za wcześnie i nieświadomie jakby poznałem wielu sławnych ludzi. M.in. bywałem w mieszkaniu Pana Redaktora Naczelnego „Tygodnika Powszechnego” Jerzego Turowicza. Kojarzę spotkania z Prof. Józefem Tischnerem, Prof. Józefem Hellerem. I chwilami odczuwałem nieco popularności w życiu, szczególnie kiedy byłem wikariuszem… Potem mama odeszła. A jeśli pada deszcz w maju, to trawa rośnie bardzo dobrze. Kościół pokazał mi adoracje nocne. Lecz wciąż nie mogę zrozumieć stwierdzenia: nieusuwalny Biskup, Kapłan. W mym życiu dużo podróżowałem, brałem tury na Wiedeń, Brukselę, Rzym, Paryż, Londyn, Sankt Petersburg, Jerozolima, Edynburg. Khalil Gibran powiedział: „kto nie spędza dni jego życia na scenie marzeń, to będzie niewolnikiem czasu”. Potrzebujemy mieć wyobraźnię. Kiedy czytamy książki, widzimy podczas czytania książki róż znaki. Każdy czytelnik widzi oczywiście różne. Zatrzymajmy się w Ząbkowicach. Jeśli taki nowicjusz jak ja pewnego dnia znalazł się w „parafialnej orkiestrze”, to zazwyczaj nie jest to takie proste. Ponieważ można popełnić wielu błędów. Czy to wszystko poszło gładko dla mnie? Nie, nie. Na mojej twarzy pojawił się wiosenny uśmiech. Operowałem wówczas bardzo mało językami. Jakoś byłem animatorem tylko, a nie dyrygentem w tej orkiestrze. Dziś jestem autorem kilkunastu książek – także pod tytułem “Chabry wolności”, w której wyjaśniłem, że tylko to, co dzieje się teraz jest dla nas ważne. Siła teraźniejszości. To jest trochę na wzór: “Czy masz teraz problem?” “Nie, nie mam problemu!” “No, to ciesz się dniem!” To trochę filozofia i motywacja dla każdej szkoły. Czasami potrzebna jest taka prostota. I byłem , jak powiedziałem, w Szkocji. Teraz moja gosposia na plebani będzie zarządzać i inwestować w przyszłość przede wszystkim w pieniądze, które zarobię jako literat . Szkoci i pieniądze, to żaden problem, prawda?- i znowu pojawił się uśmiech na mej twarzy, tym razem mocniejszy. Ksiądz Tischner jest twórcą określenia „homo sovieticus”, tak jest podobnie z ludźmi, którzy przeszli górniczy warsztat zawodu. Zostaje w nich „ homo carbonicus”- wspomina górnik z krwi i kości Pan Henryk Konieczko, mój rówieśnik. „Chcą czy nie chcą to w nich tkwi. Emeryci czynnie pracujący spotykający się w męskiej kompanii będą bez przerwy „fedrować”. Oczywiście był cały kalejdoskop wydarzeń. Pracowałem od początku, tj. od 1961 roku w kopalniach silnie metanowych (Brzeszcze, Silesia) i wiem jedno, że do sztuki opanowania zawodu potrzebny jest też instynkt i tzw. „palec boży”. W moich czasach kilofek górniczy nie był symbolem, ale narzędziem do opukiwania skał. Stojaki podporowe podatne, miały na celu przejmować widocznie nacisk górotworu. Ja wychowany jestem w pojęciu nie walki z metanem, ale z bezpiecznym obcowaniem z nim. Dzisiaj ilość przepisów, nakazów czyni gorset dla kształtowania się górnika z instynktem. Weźmy ostatni incydent metanowy w KWK „Wujek– Śląsk” tam szukają komisje winnych zamiast ustalić w jaki sposób likwidować wyrobiska za frontem ścianowym ze sztywną obudową łukową wiązaną stalowymi podciągami. Amerykanie opanowując doskonałą technikę nie uniknęli wypadków rakiety na starcie. Oczywiście, że w każdym z opisywanych zdarzeń jest udział człowieka, ale nie umyślny, nie przestępczy. A konkretnie co kolega zapamiętał szczególnie z tych niezwykłych wydarzeń w obcowaniu z zawodem górnika? Od 1968 roku, będąc w kierownictwie KWK „Silesia” miałem dyżur niedzielny (wtedy w każdą sobotę się fedrowało). Na poziomie 230 m PRG Mysłowice wykonywało przekop kamienny na pograniczu karbonu i trzeciorzędu. W niedzielę wiertacze długimi otworami wykonywali przedwierty badawcze. Była to siatka otworów o długości do 30 m. Po takim wykonaniu otworów był obowiązek zaczopowania ich. Metaniarz obchodzący kopalnie zgłosił dyspozytorowi o drobnym wycieku wody z zaczopowanego otworu. Była godzina 4-ta nad ranem. Dyspozytor niezwłocznie mnie powiadomił. Ponieważ w niedzielę szyb w Ćwiklicach nie był obkładany sygnalistami, poleciłem z szybu głównego przewieźć sygnalistów i sam zjechałem ok. 6-tej na poziom 230 m. Przodek przekopu był odległy od przekopu o około 900 m. Na poziomie tuż za szybem, już za tamami bezpieczeństwa, stwierdziłem, że poziom wody zakrywa tory. Im dalej w kierunku przodka tym bardziej poziom wody wzrastał. Groziło to przedarciem się wody przez ten szyb na poziom wydobywczy 360 i zatopieniu kopalni. Po opanowaniu zagrożenia chociaż woda częściowo i tak się wdarła, okazało się, że z tej „dziurki” wypłynęła taka masa wody, piasku i żwiru, że podsadziła przekop pod strop na długości 300 m. Poza szkodami materialnymi innych nie było. Samopodsadzenie przekopu uratowało kopalnię.”(informacje z Internetu) Mam przed oczyma teraz jakiś jedyny obraz górniczy… Joachim był niewysoki, z ogromną szyją, długie ramiona, z masywnymi rękami wchodzącymi na kolana. Ale sytuacja jakby go przerosła, ten huk przed chwilą. Joachim przestał się Janowi sprzeciwiać, a ten uznał jego gest jako nowy krok w ich obecnej sytuacji i podsumował tę sprawę;. „Jeśli to jest sabotaż, który oni sami chcieli, to oni będą go mieli istotnie. Nasze wyjście stąd będzie najlepszą odpowiedzią Kompanii Węglowej na ich żądania, to będzie strajk, o którym światu się jeszcze nie śniło.” Joachim odszedł z rękami w kieszeniach, powłócząc nogami, i choć był zaledwie chudy, to przewracał mizernie ramionami jak stary górnik. Jan spojrzał na niego i na ziemię z zapytaniem w oczach: “Czy długo pracuje w kopalni? Bogusław w odpowiedzi wyrzucił ręce do przodu: „Długo. Nie miałem osiem, gdy poszedłem do kopalni i teraz mam pięćdziesiąt osiem.” Katarzyna poczuła dreszcze. Ale Joachim, który szedł za nią tylko skinął głową i już zrobiło jej się jakoś swojsko. Oboje byli bardzo młodzi, ale jakoś przedziwnie zamyśleni. Wtem Joachim znalazł się przed wałem, w centrum większego pomieszczenia. Oczywiście, że myślał o sobie jako odważny, ale nieprzyjemne uczucie spowodowało, że jego gardło wydawało głos, który zniknął teraz między grzmiącymi wozami, brzękiem sygnałów, stłumionymi rykami megafonów, w obliczu stale pływających drutów, rozwijanych i zwijanych ponownie na najwyższych obrotach na szpulę maszyny. Winda z ludźmi wznosiła się i opadała, nieustannie połykała mężczyzn. Teraz była jego kolej. Było mu bardzo zimno. Ale szedł chodnikiem dalej choć bardzo nerwowy. Katarzyna byłaby szczęśliwa, gdyby mogła usłyszeć jego oddech. Naraz wszystkich ogarnęła jeszcze większa panika. Chodniki zaczęła zalewać wszędzie przedostająca się woda. Windę rozerwało na drobne części. Nikt nie uskarżał się, nie ośmielił się mówić bardzo głośno: “Co to do cholery robimy, na co czekamy tutaj, na Boga? Jak oni mogą nas tutaj mrozić tak ?” Ryszard, majster, który był również tam, szedł w dół, jego otwarta górnicza lampa oświetlała jego czapkę, słychać było narzekania. “Bądź ostrożny, ściany mają uszy!” – mruknął paternalistycznie Zenon, jako ten górnik, którzy jest po stronie robotników. „Widzicie? Jest winda?” I rzeczywiście, winda pełna blachy czekała na nich. Pojechali w górę. Józef, Krzysztof, Andrzej, Zbigniew, Jan i Katarzyna ślizgali się z tyłu. Byli już tuż przy Joachimie, który musiał wpakować się obok niej, jej łokieć szturchnął go koło brzucha. Choć powinien był powiesić latarkę na guziku marynarki, to trzymał ją niezdarnie w ręku. Tak przetrwali następną godzinę w przodku zalanym błotem. Wydawało się, jakby czekali na coś od dawna. Wreszcie kolejny wstrząs potrząsnął nimi i wszystkim dokoła, obiekty wokół nich zdawały się latać. Joachim nagle poczuł nerwowe zawroty głowy, obudziły się jego wnętrzności. A trwało to tak długo, jakby przez cały dzień. Wyminął kilka ciał na dwóch poziomach. Następnie, objęty czernią z dołu, pozostał oszołomiony, nie był już w stanie zinterpretować swych uczuć. “Jesteśmy”, powiedział Krzysztof spokojnie. Wydawali się zrelaksowani. On jednak zastanawiał się co chwilę nad tym, czy idzie w dół lub w górę. Były chwile, w których wydawało mu się że klatka spada prosto w dół na niego bez dotykania zatopionych przewodów. Ponadto, nie mógł zrozumieć jeszcze do końca, co się dzieje. Albowiem w świetle latarki widział zaledwie nogi jakichś ciał. Ale swym praktycznym umysłem Joachim rzucał już nowe plany: “Obudowa musi być przerobiona; woda wycieka wszędzie. . .Słuchaj, my w dół na poziom wody. On cierpi z powodu niewygodnej pozycji , i nie śmiał się poruszyć, przede wszystkim torturowany przez łokieć Katarzyny. Nie powiedziała ani słowa, gdy on poczuł go, jedyne ciepło zalało jego serce. Kiedy w końcu zatrzymał się na dole, był zaskoczony, gdy się dowiedział, że zejście trwało zaledwie minutę. Ale dźwięk wychodzący z innego chodnika już zawładnął nim, dając mu poczucie czegoś, co momentalnie go ożywiło. . .Chodnik wyludnił się, robotnicy przeszli z trudem do pomieszczenia wykutego w skale, gdzie nad sklepieniem z cegły zapalone były trzy wielkie światła pochodnie. Ładowarki i opróżnione wózki brutalnie wpychano po niewidocznych szynach na wyższy poziom. Piwniczny zapach sączył się jeszcze ze ścian, gdy chłodny zapach saletra mieszał się już z ciepłym podmuchem powietrza z stajni w pobliżu. To było ich wyjście ewakuacyjne. Mieli kolejne trzydzieści metrów za sobą. “Nie pal, zachowaj czystość”- przerwał drogę Joachim idący za Janem, który prowadził Katarzynę, Krzysztofa. To był dobry chodnik w tunelu dla ciągnięcia wózków, przecinający warstwę skał tak solidnie, że tylko częściowe remonty były konieczne, Joachim układał sobie plany na przyszłość. Szli gęsiego, idąc zawsze naprzód, bez słowa, prowadzeni przez małe płomienie w swoich lampach. Młodzi potykali się na każdym kroku, właśnie przetaczano czyjeś nogi na szynach. Joachim usłyszał daleki odgłos jedynego huku. Przytłumiony dźwięk nagle zmartwił go, bo ta przemoc wydawała się, że pochodzi z wnętrza ziemi. Czy to grzmot jaskini, która miażdżyła i rzucała w dół ogromne masy podzielonych skał, odcinając ich od światła dziennego…? Dalej szli, przejścia ku drabinom stały się niższe, o nierównym pułapie, zmuszając ich stale do schylania się. Joachim uderzył głową boleśnie. Gdyby nie był w czapce ze skóry, to z pewnością czaszka by mu pękła. Ale jeszcze uważniej teraz śledził najmniejsze ruchy Józefa przed nim, jego ponurą sylwetkę stworzoną przez przepływ światła. Ten młody człowiek nie przestawał opierać się każdej śliskiej nawierzchni ściany, która była coraz bardziej wilgotna. Czasami przechodził niejako przez wirtualne morze, następnie odkrył, że jego nogi pogrążone były w błotnistej mazi. Ale to, co go najbardziej zaskakiwało, to nagłe zmiany temperatury. Na dnie szybu było bardzo zimno, powietrze w tunelu, które wpadało do kopalni uwięzione zostało między wąskimi ścianami. Ale teraz następowała cisza. Józef nie powiedział słowa. Odwrócił się w prawo, na odległość kilku kroków zobaczył posiniaczoną głowę i skrwawione łokcie Joachima. Joachimowi wróciła świadomość, że ‘spadzistym dachem’ zstąpił tak daleko, że musiał po pięćdziesięciu czy stu metrach natknąć się na obecny chodnik w czasie dwukrotnie większym od czasu drogi całej reszty. Woda sięgała kostek. Przeszli w ten sposób ponad 600 metrów, kiedy nagle Andrzej, Zbigniew i Katarzyna zniknęli pozornie połknięci przez małe pęknięcia tej niezbyt szerokiej pieczary, która otworzyła się przed nim. “Trzeba wspiąć się”, powiedział Józef. Po chwili on też zniknął. Joachim musiał iść za nim. Przed nim otworzył się jakiś komin, którym próbował przedostać się na wyższy poziom, zdawał się on być tuż, tuż, tylko na szerokość żyły węgla, zaledwie dwie stopy. Na szczęście młody człowiek był mniejszej postury, ramiona i pośladek skrył za wyprostowanym ciałem. Pięćdziesiąt metrów wyżej znowu usłyszał Józefa, który zdawał się mówić coś w rodzaju: “Jak w piekle”. Wznoszenie, wspinanie się po lejach skalnych wydawało się trwać wiecznie. Joachim dyszał coraz słabiej, zdawało się że masa skały zgniotła jego kończyny, jego ręce były bez skóry, nogi posiniaczone. Najgorsze jest to, że się duszę, pomyślał, to uczucie, które jakby miał we krwi jakby wypłynęło teraz przez skórę na wierzch. Mógł niejasno patrzeć w dół, przykucnął, w oddali Katarzyna pchnęła swym ciałem jeden mały i jeden duży wózek. Nie przestał jednak wspinać się, słysząc jak jego zawsze zwinne nogi nieustannie ocierały się o skały. “Chodź, tu jesteśmy!” powiedział głos Katarzyny. . .Stopniowo życie wróciło w jego spojrzeniu, twarze robotników widać było na każdym poziomie, w każdym zagłębieniu trzeciorzędowej skały. Ta skała pochłonęła jednocześnie 700 robotników, pracujących niczym w gigantycznym stosie mrowiska, zagnieżdżeni pod ziemią w każdym kierunku, tkwiąc jak stary kawałek drewna zaatakowanego przez robaki. A w środku tego ciężkiego milczenia, pod ciężarem kruszenia tych głębokich warstw ziemi, słychać było – jeśli przyłożyć ucho do skały – ruch tych owadów, człowieka przyszłości będącego w pracy, wolnego w tym czasie od ukąszeń kopalnianych narzędzi do wydobywania złotego kruszcu, kalorycznego węgla. Joachim był tym, który najbardziej ucierpiał. Wysoko gdzie temperatura była tak wysoka, a powietrze nie dochodziło, on dusił się wręcz. Jego tortury pogarszała przede wszystkim wilgoć. Woda spływająca po skałach nad nim, kilka centymetrów od jego twarzy i ogromne krople spadające szybko, w sposób ciągły, w szalony rytmie, zawsze na to samo miejsce. To nie miało sensu, skręcanie szyi lub schylanie głowy, krople spadały na jego twarz, bijąc ją, rozpryskując się bez końca. Już po kwadransie był przemoczony, pokryty własnym potem. Wszyscy szli dalej, i nic nie było słychać, tylko nieprawidłowe ciosy tych kropli, stłumione, pozornie odległe. Ten środek ziemi nie błyszczał dźwiękami, a wszędobylskie cienie tworzyły tajemniczą czerń, zagęszczoną przez pył węglowy i cięższą produkowaną przez gaz, który ciążył na ich oczach. Knoty świateł zaczerwieniły się w końcu. Nie można już było widzieć nic wyraźnie. Obecne miejsca pracy górników otworzyły się na duży komin, który witał ich głęboką nocą. Upiorne kształty poruszały się o przypadkowe wiązki światła, pozwalały dostrzec jedynie krzywe udo, krzepkie ramię, twarz, dziką, poczerniałą, jakby w ramach przygotowań do zbrodni. Czasami bloki węgla nagle zapalały się, ich blaski lśniące, jak jedyne kryształy były niesamowite. Ale zaraz wszystko pogrążyło się z powrotem w ciemność, wykraczając poza ich trzeźwe umysły, pokonując ich ciężkie, tępe uderzenia młotkiem, a nie było żadnego dźwięku, tylko ciężki oddech, jęki bólu i zmęczenia pod ciężarem powietrza i opadów z podziemnych strumieni. Jakiś tylko lekki powiew powietrza zwiastował w górze życie. I Achim otworzył się na jedyne marzenie nowego, wschodzącego dnia. Kiedyś czytałem biografia Oscara Wilde’a – choć bardziej niż biografia, to jest opowieść o życiu pisarza, przesycona atmosferą epoki, rysująca zakłamanie, uprzedzenia i przywary społeczeństwa. Wilde u Parandowskiego konsekwentnie walczył z pospolitością, tępiąc ją „w mieszczańskich nałogach, w moralnej obłudzie, w życiu bez wrażeń”. Nic dziwnego więc, że Wilde został zniszczony przez drobnomieszczaństwo, „które nie znajdowało w nim ani jednej ze swych cnót pospolitych”. I nagle to on stał się winnym wszystkim nieszczęściom świata, jemu przypisano demoralizację Londynu, to przez niego pustoszały kościoły, a małżeństwa coraz częściej się rozwodziły; to on spowodował, że wzrosła przestępczość, a przekupki i zamiatacze ulic coraz częściej używali plugawych słów. A przecież to Bóg daje każdą radość i wlewa w nas zrozumienie innego człowieka. W Święto Narodzenia Chrystusa realizuje się święta wymiana naszego człowieczeństwa w kontakcie z Bogiem-Ojcem. Ale to „Słowo stało się ciałem.” Dziecię Jezus woła wszystkich. Dziecko otrzymało chwałę wieczną. Ale my nadal prowadzimy życie niewłaściwe. Jesteśmy na zewnątrz grzesznikami. Trzeba nam będzie kiedyś odejść, przygotować miejsce następnym generacjom ludzi tej ziemi. Móc ustąpić pewnego dnia, odejść ze sceny życie godnie. Życzę na przyszłość i sobie, zwłaszcza, żeby zdrowie było długo z nami. To mnie bardzo ucieszyło ten pobyt z Wami, niczym wywiad w samolocie. Myślę, że czas przeleciał szybko i będziemy musieli zamówić kolejny tekst dla nas w niedalekiej przyszłości u bogini natchnienia. Niech Nowy Rok 2011 przyniesie spokój, zdrowie, wszelką pomyślność, spełnienie marzeń osobistych oraz realizację planów. Niech Nowy Rok będzie Bliskością i Spokojem. Tymczasem życzę dobrego czasu.

borgo della gioventù

Stanislao Barszczak — Quando la vita era il gioco d’azzardo —
E ‘stata una notte tranquilla nella taverna vicino alla fabbrica. Il bar, che è stato dispiegato lungo un lato, la vasta sala, c’era una mezza dozzina di persone, due delle quali ha portato a discussioni sui meriti relativi di abete rosso tè e succo di limoni, come mezzo di malattia più nuovo e lividi. “Dal aria, e di depressione sintomi simili sono legati”, ha rotto il silenzio, purtroppo quest’ultimo. Altri uomini poca attenzione avevano a loro. Contro la parete di fronte era un luogo di gioco d’azzardo. Ma il tavolo era vuoto. Solo una donna lì, posto il ‘solitario’. Roulette inoltre, non è girato, un guardacaccia alla fornace ardente ruggì, i clienti giovani intervistati, solo la donna dagli occhi scuri, viso e figura avvenente, che era conosciuto dal Kedzierzyn a Myszków. I tre uomini erano seduti al tavolo da poker, ma hanno giocato con fiches in mano, e senza entusiasmo, perché non c’era spettatori. Sul pianerottolo, nella ‘dansing camera’, che ha aperto la parte posteriore del ‘Marina Blu’, tre coppie, con l’accompagnamento di violino e pianoforte sono ancora in ballo. Il villaggio non è stato abbandonato ed i suoi abitanti non sono stati poi i soldi.
Taverna ha adottato del’uomini, ha assorbito di lavoratori provenienti da piante locali, vetrerie, sacchi di loro erano intrisi di sudore e di polvere. L’estate è stata buona quest’anno, ma ha approvato nel mese di novembre ha concluso la stagione sul lavoro. Ancora nessuno sentito qui su acciaieria, “Huta Katowice”, e le foreste vicine non sono ancora stati scoperti, né giovane per sapere circa la possibilità di scavare buche profonde nella terra d’origine e la cottura a legna. Più lavoro non è stato fatto in inverno, e dei lavoratori eranno ‘svernati’ in sale di grandi dimensioni durante la lunga notte di dicembre. Il tempo era pesante sulle loro mani, sacchetti nasconsero i loro strumenti, ma li portava ovunque, con una vista che presto avrà un altro lavoro. Neve cominciò a cadere a pezzi nel cortile. Piccole palle di neve sono coperto bene il terreno. Ora, però, era praticamente vuoto, Maria, in piedi accanto alla stufa, sbadigliava con la bocca, Bronek finalmente qualcosa disse: – “Se non succede nulla, poi vado a letto.” – Che cosa è successo al nostro campo, tutti i morti, giusto? Chiunque viva? Bronek non si è preoccupato di rispondere, ma ancora oscuramente rotolare una sigaretta. Krzysztof ero il pioniere giocatore de la prima acqua, gli occhi tristi vagavano attraverso il grande spazio dal pavimento al soffitto, infine riunito i due ai fornelli. “Ognuno è vivo?” Maria gli chiese. “Sembra che, sì,” fu la risposta. “Ci deve essere uno di noi strappato il pacchetto, tutto il campo,” Maria ha detto con un pulsante sempre sbadigliando. Krzysztof sorrise e scosse la testa e aprì la bocca per parlare, quando la porta si aprì e apparve alla luce di un uomo di grande statura. Una folata di gelo dall’esterno, il calore della stanza, ha trasformata in vapore. Il nuovo arrivato ha gettato una neve dai mocassini e calze di alta tedesco. Solo un altro grande uomo gli si avvicinò e lo afferrò per la mano. “Ciao, il sole cocente!” – è stato il suo salute, “Vieni a bere un drink e ci dici a noi su di te. Dove è il vostro compagno?” Un altro colosso locale, gli strinse la mano. Questi giganti, Ricardo e Martin, erano i due più grandi uomini della Slesia. Il sole cocente li guardò come un nano. “Ciao, Ricardo”, si è osso dalle mie ossa. “Domani è il mio compleanno e ho intenzione di trattare tutti voi a causa di festeggiare. Voglio che tutti oggi a curare solo il tuo cuore desidera. E tu, Martin, posso mettere tutto il mio compleanno. Vieni a bere, Krzysztof, e ti dirò tutto. “Nascita di un nuovo arrivato come quello scatenato un’ondata di calore in questo luogo.” Questo è il sole ardente, esclamò Maria, che per primo lo ha riconosciuto quando è venuto alla luce. Krzysztof e Martin si sono uniti i tre al bar. Con l’avvento dei soli ardenti tutto il luogo è diventato improvvisamente più luminosa e gioiosa. I baristi sono stati molto attivi. Le voci sono state sollevate. Qualcuno rise. E quando il violinista, guardando giù al soggiorno, ha mostrato il pianista, “Questo è il sole che brucia, a tempo di valzer sensibilmente stata accelerata, e le danzatrici, cogliendo la metà hanno cominciato a roteare in modo che potesse davvero essere goduto. Era noto a loro fin dai tempi antichi come l’unica luce che non conosce fine. Il sole cocente si diresse verso il bar. Una donna dalla stufa sarà felice di continuare una conversazione con lui. “Ciao, Maria», ha esclamato. “Ciao Krzysztof,” ha salutato vecchio amico. Che cosa ti è successo? Perché porti le facce del quinto, quando il volto della bara costa solo tre euro? Salite, dimmi tutto, e bere. Questa è la mia notte, e ho intenzione di usare qui, domani 30 anni, e ora di diventare vecchio. Domani invecchiare. Questo è il lancio ultimo tiro della gioventù. Ti-ti con me? – “Resisti, David”, ha gridato al giocatore che ha spinto la sedia dal tavolo. “Lo ti lusingare, perché vogliono farci bere insieme”. Sacco pesante di oro dalla tasca della giacca e la lasciò cadere sulla carta più alta.””Cinquanta”, disse il commerciante, che ha giocato due carte. Carta alta vince. Somma rotonda scarabocchiato su un taccuino, consegnato al bar per un importo equivalente pagato in oro. Riversato nei soli oro della borsa. Waltz è già finito, tre coppie, poi una violinista e pianista, erono venuto al bar e hanno sottolineato la luce del sole. – “Muoviti, è la mia notte, questa notte non arriva spesso, io vi dico. “- “Contaminata la notte sporca,” Krzysztof interrotto. “Hai ragione, figlio mio,” il sole è andato allegramente su tutto nella questa conversione. “Notte sporca, ma la mia notte, si vede. Io sono un lupo spelacchiato. Ascolta il mio urlo.” Ho iniziato a ululare come un lupo solitario grigio, fino a quando Maria bloccato le dita nelle orecchie e rabbrividì. Un minuto più tardi ha roteato presto tra le sue braccia in una danza ‘per terra’, dove, insieme con le altre tre donne e ballerini, cultura foxtrot cominciato seriamente. Uomini e donne ballavano in mocassini. Luogo ben presto si trasformò in una carreggiata unica, il sole è stato al centro della viva scintilla, tagliare uno scherzo e letizia, con temperamento li strappò dalla palude del buio, dove è stato trovato. L’atmosfera ha cambiato posto con il suo arrivo. Sembrava che si riempiono con la sua grande vitalità. Gli uomini che venivano dalla strada si sentiva immediatamente, in risposta alla tua domanda baristi hanno mostrato la schiena e ha detto qualcosa di simile: lacrime il sole cocente. E la gente che è entrato un soggiorno, e il barman avuto le mani piene del lavoro. I giocatori hanno preso cuore della vita, e presto i tavoli erano pieni di palle nel ringhio roulette, in costante crescita e imperiosamente, il rauco mormorio di voci maschili, i loro giuramenti e risate pesanti. Gli uomini pochi conoscevano il nome di Vladek diverso da il sole, con un nome che fu dato a lui nei primi giorni di Ząbkowice, a causa della abitudine di prendere i suoi colleghi con reflusso si sentivano le coperte luce sfolgorante. Krzysztof e Martin sono stati i frequentatori abituali di questa terra, ma egli è venuto qui per caso. Nella primavera del 1978, come un ragazzo di diciassette anni, insieme con un compagno, egli è andato alla conquista della Polonia. Gli anni sono passati, il suo compagno era persa con la sfortuna e cupa vastità inesplorate della vita. Vladek ciecamente continuò la lotta per la vita tra le ombre d’oro Ząbkowice. Nessun uomo non ha potuto così ostinatamente spinto il tentoni, né così persistente. E ‘cresciuta dalla terra. Non sapeva che qualsiasi altra terra. La civiltà è stato il sogno di una vita precedente. Le città, Dąbrowa Górnicza e Chorzów erano per lui i metropoli. Poiché la vita Ząbkowice era per lui al gioco d’azzardo. Ci si alzò verso il regno del territorio solo, come è stato grave, come è diventata una bellezza, ha contribuito a farlo. Accompagnata dalla sua storia e la geografia, e per coloro che hanno seguito le sue orme ha descritto la sua mossa, e tracciato sulle mappe dei percorsi su cui quasi si ruppe una gamba. Gli eroi sono rari culto eroico, ma tra quelle di questa terra giovane, e allora era giovane, era considerato il protagonista principale. Ad un certo punto nel tempo è stato prima di loro. Ad un certo punto, l’atto è stato al di là di esse. Ad un certo punto, la forza era che avrebbe potuto uccidere il più forte di loro. Cosa c’è di più, è stato considerato come una sfacciata, l’uomo della piazza, un uomo bianco. In tutti i paesi, dove la vita è gioco d’azzardo, giocato leggermente e passare lato, gli uomini quasi automaticamente, rivolgendosi al divertimento e relax. In Zabkowice la gente ha giocato nella sua vita e suonato qualcosa di domani d’oro, e quelli che alla fine ha vinto, di non giocare con l’altro. Vladek non ha fatto eccezione. Prima era un uomo di uomo, e in lui l’istinto di giocare la partita della vita era molto forte. Ambiente ha stabilito le regole del gioco, quale forma dovrebbe assumere. Vladek è stato portato qui, e il padre emigrato a Cracovia, dove da ragazzo il sole cocente era particolarmente vivace. Wadowice poi, a quel tempo ha dato il Papa polacco. Vladek sapeva esattamente lo stesso potere di colpire e la battaglia per gli alti pali. Il conte coraggio e la forza nel gioco, ma il grande, opportunità divino conduce una carta. lavoro onesto, se è certamente modesto, lei torna inosservato, perché un modesto non conta. Ecco un uomo, questa volta giocato in alcun modo un alto tasso. rischiato tutto per tutto, e non meno di tutto, il che significa in ultima istanza, che è un perdente. Così per 30 anni Vladek era ‘un perdente’. In effetti, l’estate scorsa ha tirato fuori ventimila, e ciò che è rimasto in questa terra, è stato un altro ventimila, e nulla più. Ma, come ha annunciato, è qui per prendere i vostri soldi indietro. Ma qui per quarantamila era solo un piccolo vaso per le sue azioni, il prezzo per vodka e ballare in Tucznawa vicino di lui città. Dopo popolo ‘dissolutezza’ di un inverno una gente di Ząbkowice cominciò a ripetere vecchia massima: cosa difficile da vincere, ed era facilmente gettato nel fango. Alla fine, Vladek è un posto chiamato casa bevve. Un bicchiere di vodka gli costò la strada per la mensa, l’oro contrabbandato attraverso l’Ucraina di perline e collane provenienti dalla Romania è stato valutato come cinquanta per oncia. Ci sono stati una trentina in casa, che ha accettato il suo invito, ogni ospite è stato accolto a casa per una nuova danza. Era la sua notte e nessuno è stato permesso di pagare per nulla. Vladek non era destinata a bere vodka, ma whisky significava per lui sufficient, non è bastato. Egli era davvero vivo e forte, troppo spensierata in testa e il corpo di farti in schiavitù di alcool. Mesi passarono, quando egli ha bevuto niente di più forte di caffè, più di un anno potrebbe anche non conoscere il produttore. Ma egli era un ammiratore del gruppo, e perché solo l’espressione della vita sociale Ząbkowice viveva, era in questo modo essere realizzato. Lui non conosceva altro modo di vita. Anche se era una grande figura di un uomo, anche se il suo costume è simile a tutti gli uomini in città. Mocassini marroni alci, i pantaloni erano tuta ordinaria, giacca era fatto di feltro. Sulla sua testa un cappello di pelliccia, paraorecchie sollevato con rigida corde sospese. Il suo viso, asciutto e leggermente più lunga, suggestiva, con copertura zigomo, silenzioso indiano. pelle bruciata e gli occhi scuri sono pronunciati a favore di questo, ma la pelle marrone e gli occhi si erano principalmente l’uomo bianco. Egli sembrava più vecchio di trenta anni, anche se ben rasato e senza rughe, era quasi fanciullesco. L’impressione di età si è basata su alcuna prova concreta. C’ è il risultato di qualcosa a causa della astratta fatti dell’uomo, uno che ha vissuto ed è sopravvissuto, che è stato ben oltre il destino della gente comune. Ha vissuto la vita nuda e piena di tensione, e qualcosa di tutto questo era nei suoi occhi, la sua voce tremò, e si è manifestata in un bisbiglio sulle labbra. Gli stessi labbra erano sottili, inclini a sigillare i denti bianchi. Ma la loro gravità è stato causato dalla curvatura della parte superiore agli angoli della bocca. Questa curvatura przydawało la sua dolcezza, come un lampo minuti negli angoli dei suoi occhi il solo sorridendo. Questi doni, altrimenti è necessario, lo ha salvato dalla natura stessa, che era in realtà un cinghiale, altrimenti sarebbe crudele e amara. Il suo naso era sottile, ma piena è delicato, e la sua dimensione è stato abbinato al volto, mentre la fronte alta, come se pokutowało per la sua ‘limitatezza’, ma era perfettamente arrotondata e simmetrica. Ma indiano è stato il suo pelo, molto semplice e molto nero, lucido, tutto quello che la salute può dare. “Il sole cocente” rise Ricardo, quando un’esplosione di gioia e urla erono fatto dai ballerini «È un ragazzo che fa impressione su di te solo, Krzysztof?” -. “Sì, ho messo su di lui,” disse Krzysztof. “Questo ragazzo è tutto d’oro” . “E quando l’anima a Dio Onnipotente lavato il sole alla fine,” interruppe Bob,” “Forse Dio Onnipotente avrà la sua anima mescolato con un po ‘di ghiaia.” –“Direi che è buono», borbottò Ricardo col profonda ammirazione. “Molto bene”, ha detto Krzysztof. “Nel frattempo, beviamo, eh?” Rossastro solare sorse ancora una volta attraverso le finestre ad accompagnare il nouvo tempo della loro vita. I raggi del sole visibile attraverso la porta aperta, miracolosamente coprirono tutto l’orizzonte della notte e nuova giornata. ((Il mio commento a un testo di J. London)

wspomnienie

Stanisław Barszczak—Gdy życie było hazardem—

To była spokojna noc w przyfabrycznej Gospodzie. W barze, który rozlokowany został wzdłuż jednej strony olbrzymiej hali, przebywało z pół tuzina ludzi, z których dwóch prowadziło dyskusje na temat względnych zalet świerkowej herbaty i soku z cytryn, jako środki na schorzenia najnowsze i wylewy podskórne. „Z powietrza i depresji podobne objawy,” przerwał ciszę markotnie ten drugi. Inni ludzi mało zważali na nich. Pod przeciwległą ścianą miały miejsce gry hazardowe. Ale stół był pusty. Jeden tylko samotny mężczyzna grał sobie w wykładańca. Ruletka też nie kręciła się, pewien gajowy zaryczał przy rozpalonym piecu; z młodymi klientami rozmawiałaczarnooka kobieta, urodziwa twarz i postać, która była znana od Katowic po Zawiercie. Trzej mężczyźni siedzieli przy pokerze, ale grali z frytkami w ręce i bez entuzjazmu, ponieważ nie było gapiów. Na podeście, w ‘pokoju dansingowym’, który otwierał się na tył ‘niebieskiej przystani’, trzy pary przy akompaniamencie strumowych skrzypiec i fortepianu poszły w tany. Miasteczko nie było opuszczone, a jego mieszkańcy nie byli wówczas przy pieniądzach. Gospoda przyjęła robotników tutejszych hut, ich huciane torby przesiąknięte były potem i pyłem. Lato było dobre tego roku, ale w listpadzie skończył się sezon na pracę. Jeszcze nikt nie słyszał tutaj o Hucie Katowice, i pobliskie puszcze nie zostały jeszcze odkryte, ani młodzi dowiedzieli się o możliwości kopania głębokich otworów w ziemi i o opalaniu domów drewnem. Żadna większa praca nie była wykonywana w zimie, i robotnicy ‘zimowali’ w dużych przyfabrycznych salach, podczas długiej grudniowej nocy. Czas był ciężki na ich ręce, torby skrywały ich narzędzia pracy, ale nosili je wszędzie, z myślą że za chwilę podejmą kolejną robotę. Teraz jednak Gospoda była praktycznie pusta, Marysia, stojąc przy piecu, ziewnęła z odkrytymi ustami, Bronek w końcu powiedział: – “Jeśli nic się nie wydarzy, to idę do łóżka.”- Co się stało z naszym obozem, wszyscy umarli, tak? Każdy żyje? Bronek nie zadał sobie trudu, by odpowiedzieć, ale dalej ponuro skręcał papierosa. Krzysztof pionier i gracz pierwszej wody, wędrował smutnym wzrokiem po całej wielkiej przestrzeni od podłogi po sufit i dołączył do dwóch przy piecu. “Każdy żyje?” Marysia zapytała go. “Wygląda na to, że tak,” brzmiała odpowiedź. “Musi być z nas zgrana paczka, cały obóz”, powiedziała z przyciskiem stale ziewając. Krzysztof uśmiechnął się, skinął głową i otworzył usta, by mówić, gdy otworzyły się drzwi i pojawił się w świetle szeroki mężczyzna. Towarzyszący mu powiem mrozu z zewnątrz, pod wpływem ciepła z pomieszczenia, zamienił się w parę. Biorąc miotłę przybysz zeszczotkował śnieg z mokasynow i wysokich skarpet niemieckich. Zaraz szeroki człowiek podszedł do niego i chwycił go za rękę. “Witaj, Słoneczko!”- to było jego powitanie. “Przyjdź i napij się i powiedz nam o sobie. Gdzie jest ten twój towarzysz?” Kolejny duży człowiek uścisciskał się z nim. Wspomniane wielkoludy, Rysiek i Marcin, byli dwoma największymi ludźmi na śląsku, Słoneczko wyglądał przy nich jak karzeł. “Hello, Rysiek”, jesteś kością z moich kości. “Jutro moje urodziny, a ja zamierzam fundować wam wszystkim? I tobie, Marcin, mogę postawić wszystko na moje urodziny? Przyjdź i pij, Krzysztof, a powiem ci, o wszystkim.” Pojawienie się przybysza jakby zapoczątkowało falę jedynego ciepła w tym miejscu.”To jest płonące Słoneczko,” krzyknęła Marysia, która pierwsza rozpoznala go, kiedy weszła w światło. Krzysztof i Marcin dołączyli do trzech w barze. Wraz z nadejściem płonącego Słoneczka całe to miejsce stało się nagle jaśniejsze i radośniejsze. Barmani byli bardzo aktywni. Podnoszono głosy. Ktoś zaśmiał się. A kiedy skrzypek, spoglądając w dół na salon, pokazał pianiście, “To jest płonące Słoneczko”, walc w czasie odczuwalnie został przyśpieszony, a tancerze, łapiąc się w pół zaczęli wirować tak, że to mogło naprawdę się podobać. On był im znany z dawnych czasów, że nic nie pogrążał się podczas nagrywania światło dzienne w pobliżu. Płonące Słoneczko skierował się stronę baru. Kobieta przy piecu chętnie kontynuowała z nim rozmowę. “Hello, Maryś”, zawołał. “Hello, Krzysztof”. Co się z wami działo? Dlaczego nosicie twarze na kwintę, skoro trumienne oblicze kosztuje tylko trzy uncje? Wejdźcie na górę, powiedzcie mi wszystko, i pijcie. To jest moja noc, i mam zamiar użyć tutaj, jutro mam lat trzydzieści, i już będę stary. To ostatni rzut młodości. Czy-jesteście ze mną? -“Trzymaj się tam, Dawidzie,” zawołał do gracza, który popchnął krzesło od stołu. “Pochlebiam ci, bo chcę żebyśmy pili razem.” I wyciągnąszy ciężki worek złota z kieszeni płaszcza, upuścił je na wysoką kartę.” Pięćdziesiąt “, powiedział dealer, który wyłożył dwie karty . Wysoka karta wygrała. Nabazgrawszy okrągłą sumę na podkładce, przekazał polecenie do baru, by wypłaconą równoważną sumę w złocie. Wsypał złoto do worka Słoneczka. Walc już się kończył, trzy pary, a następnie skrzypek i pianista podeszli do baru i zwrócili uwagę na Słoneczko. –„Ruszcie się, to moja noc, taka noc nie przychodzi często. To moja noc, mówię wam.” -“Winna parszywa noc,” przerwał Krzysztof. “Masz rację, mój synu,” Słoneczko poszedł wesoło na całego. “Parszywa noc, ale moja noc, widzisz. Jestem parszywy, stary wilk. Posłuchaj mojego wycia”. I począł wyć, jak szary samotny wilk, aż Marysia wetknęła palce w uszy i wzdrygnąła się. Minutę później ona wirowała już w jego ramionach w tańcu ‘na piętrze’, gdzie wraz z innymi trzema kobietami i ich partnerami, hulaszczy fokstrot na dobre się rozpoczął. Mężczyźni i kobiety tańczyli w mokasynach. miejsce wkrótce zamieniło się w jedyne rykowisko, Słoneczko był w jego centrum żywą iskrą, ciętym żartem i wesołością, z temperamentem wyrwał ich z marazmu posępności, w którym ich znalazł. Atmosfera miejsca zmieniła się z jego przybyciem. Zdawało się, że napełnić je swoją ogromną witalnością. Mężczyźni, którzy weszli z ulicy natychmiast ją odczuli, w odpowiedzi na swoje pytania barmani pokazywali na zaplecze i mówili coś tak: zapłakane Słoneczko. I ludzie, którzy wchodzili pozostawali,a barmani mieli pełne ręce roboty. Gracze podjęli serce życia, i wkrótce stoły zapełniły się warkotem kuleczki w ruletce, rosnącym jednostajnie i władczo nad chrapliwym pomrukiem głosów męskich, ich zaprzysiężeń i cięzkich śmiechów. Kilku mężczyzn znało Władzia z innego imienia, aniżeli Słoneczko, z imienia które nadano mu we wczesnych dniach w Ząbkowickiej krainie, z racji na zwyczaj przyjmowania kolegów, z zarzucaniem ich kocami przy palącym świetle. Krzysztof i Marcin byli stałymi bywalcami tej krainy, ale on tutaj znalazł się przypadkiem. Na wiosnę 1978 roku, wyrostek siedemastu lat, wraz z jednym towarzyszem wyruszył na podbój Polski. Minęły lata, jego towarzysz przepadł przez ponury pech i niezbadany ogrom życia. A Władziu kontynuował po omacku walkę o złoto życia wśród Ząbkowickich cieni. Żaden człowiek nie umiał tak uparcie pchać się po omacku, ani tak wytrwale. Rósł z ziemią. Nie znał żadnej innej krainy. Cywilizacja była marzeniem jego jakiegoś poprzedniego życia. Dąbrowa Górnicza i Chorzów były dla niego metropoliami. Od czasu Ząbkowic życie było dla niego hazardem. Nie sam rósł z tą ziemią-jedyną krainą, jak była surowa, tak stała się piękna, on pomógł to zrobić. Towarzyszył jej historii i geografii, i dla tych, którzy poszli jego śladami opisał jego przejścia, i naniósł na mapy te szlaki, na których wręcz nogi złamał. Bohaterowie rzadko pdostępują bohaterskiego kultu, ale między tymi tej młodej krainy, taki jaki był on młody, był uważany za starszego bohatera. W pewnym momencie czasu on był przed nimi. W pewnym momeńcie czynu był poza nimi. W pewnym momencie wytrzymałości uznano, że mógł zabić najsilniejszego z nich. Co więcej, był uważany za bezczelnego, człowiekiem placu, białym człowiekiem. We wszystkich krajach, gdzie życie jest hazardem, odgrywane lekko i przechodzące bokiem, mężczyźni niemal automatycznie, zwracają się do rozrywki i relaksu. W Ząbkowicach ludzie grali w ich żywotach o złoto jutra, a ci którzy je w końcu zdobyli, grali o nie ze sobą nawzajem. Władziu nie był wyjątkiem. Najpierw był człowiekiem człowieka, a instynkt w nim do grania w grę życia był bardzo silny. Środowisko ustaliło zasady gry, jaką formę powinna ona przyjąć. Władziu przywieziony był tutaj, a jego ojciec wyemigrował za Kraków, gdzie chłopięctwo Władzia było szczególnie żywe. Wadowice wydały wówczas papieża Polaka. Władziu tym samym znał tylko mocne uderzenia i walkę o duże stawki. Odwaga i wytrzymałość liczą się w grze, ale wielka, boska szansa prowadzi karty. Uczciwa praca jeśli jest na pewno skromna, to ona wraca nie zauważona, bo skromny się nie liczy. Oto człowiek tym razem zagrał o bynajmniej dużą stawkę. Zaryzykował wszystko dla wszystkiego, i nie mniej od wszystkiego, co oznaczało w ostateczności- że jest przegrany. Tak przez trzydzieści lat Władziu był przegrany. Istotnie, przez ostatnie lato wyjął dwadzieścia tysięcy złotych, a co pozostało w tej krainie, to było jeszcze dwadzieścia tysięcy i nic więcej. Ale, jak sam ogłosił, oto ma przejąć forsę z powrotem. Ale oto za czterdzieści tysięcy złotych był jedynie mały garnek dla jego akcji, ceny na drinka i potańcówka w Tucznawie. Po zimowej ‘rozpuście’ ludzie z Ząbkowic powtarzali starą maksymę: trudno przyszło, łatwo poszło. Ostatecznie Władziu to miejsce nazwane domem przepił. Drinki były dolara za sztukę, złoto oceniane jako pięćdziesiąt złotych za uncję. Było trzydziestu w domu, którzy przyjęli jego zaproszenie, każdego gościa w domu witano nowym tańcem. To była jego noc i nikomu nie pozwolono płacić za nic. Władziu nie był pijaczyną.ale whiskey oznaczało dla niego za mało. Był istotnie żywym i mocnym, zbyt beztroski na umysle i ciele, aby skłonić się do niewolnictwa alkoholu. Spędział miesiące, kiedy pił nic mocniejszego od kawy, ponad rok mógł nawet nie znać kawy. Ale on był grupy wielbicielem, i ponieważ jedynym wyrazem życia społecznego Ząbkowic był salon, to on właśnie w ten sposób się realizował. Nie znał innej drogi, sposobu na życie. Była to jakkolwiek wspaniała postać człowieka, mimo jego stroju podobnego do wszystkich mężczyzn w miasteczku. Opalone mokasyny łosiowe, jego spodnie były zwykłym kombinezonem, kurtka zrobiona była z filcu. Na jego głowie była futrzana czapka, nauszniki podniesione z sztywnymi zwisającymi sznurami. Jego twarz, sucha i nieco dłuższa, sugestywna, z osłonką kości policzkowej, niema indiańska. Spalona skóra i ciemne oczy przemawiały za tym, ale brązowa skóra i oczy same były przede wszystkim białego człowieka. Wyglądał starzej jak na trzydzieści lat, choć jeszcze gładko ogolony i bez zmarszczek, był niemal chłopięcy. Wrażenie wieku było oparte na żadnych konkretnych dowodów. Wynikało z abstrakcyjnych faktów człowieka, tego, który przeżył i przetrwał, który był daleko, poza losem zwykłych ludzi. Żył życiem nagim i pełnym napięcia, i coś z tego wszystkiego było w jego oczach, drgało w głosie i objawiało się szeptem na ustach. Usta same były cienkie, podatne na szczelne zamknięcie białych zębów. Ale ich surowość była spowodowana zakrzywienie w górę w kącikach jego ust. To zakrzywienie przydawało mu słodyczy, jak minuta błysku w kącikach oczu jedyny uśmiech. Te dary łaski, skądinąd potrzebne, uratowały go przed naturą samą, która była w istocie dzika, w przeciwnym razie byłby okrutny i gorzki. Nos miał chudy, choć pełny to delikatny, a jego rozmiar dopasowany był do twarzy, podczas gdy wysokie czoło, jak gdyby pokutowało za jego ‘ciasnotę’, ale było świetnie zaokrąglone i symetryczne. Za to indyjskie był jego włosy, bardzo proste i bardzo czarne, z połyskiem, jaki tylko zdrowie może dać. “Płonące Słoneczko” zaśmiał się Rysiek, gdy wybuch okrzyków i radości wydali tancerze. “Czy on jest tym chłopcem, który robi to, Krzysztofie?”- “Tak, stawiam na niego!”, powiedział Krzysztof. “Ten chłopiec jest całym złotem”. A kiedy Bóg Wszechmogący przemywa duszę Słoneczka na dzień ostatni”przerwał Rysiek, „być może Bóg Wszechmogący będzie musiał z jego duszą zebrać do śluzy trochę żwiru.”Chyba to dobrze,” mruknął Rysiek do Krzyśka , wyrażając tym samym dla gracza głęboki podziw. “Bardzo dobrze,” stwierdził Krzysiek.”Tymczasem napijmy się, co?” (Wolny przekład z Jacka Londona)