Bóg i on 59

Stanisław Barszczak, Świadomość się spóźnia, cz.1

1.Wstęp

Są momenty radości w kościele Chrystusowym. Mamy wiele szkół i ruchów w tym kościele. Stanowimy zatem szlachtę kościoła. I możemy cieszyć się życiem najlepszego Nauczyciela. Zarazem to światło Chrystusa jest dzisiaj zamglone, zmatowiałe, jakby powiedział Jan Paweł II. Obok wzlotów chrześcijańskich trzeba to także pokazać. Bo ewangelia, dobra nowina, to nie tylko miłosierdzie, ale jednocześnie odpowiedzialność, konkretność. Jan Paweł II napisał: Człowiek jest podmiotem swego działania. Człowiek przeżywa siebie jako podmiot wówczas, gdy w nim coś się dzieje. Gdy natomiast człowiek działa, wówczas przeżywa siebie jako sprawcę. Struktura „człowiek działa” oraz struktura „(coś) dzieje się w człowieku” zdają się dzielić człowieka na dwa światy. Ale nie sposób zakwestionować jedności i tożsamości „człowieka” u podstaw działania oraz dziania się. Ta wspólna obu strukturom podmiotowość człowieka znalazła w filozofii swój  wyraz w koncepcji sup-positum. Suppositum wskazuje na samo bycie podmiotem albo też wskazuje na podmiot jako byt. Tę koncepcję moglibyśmy wypowiedzieć w rezultacie w sposób następujący: naprzód coś musi istnieć, aby następnie mogło działać. Istnienie znajduje się u początku całego właściwego człowiekowi dynamizmu. Dzisiaj od powyższej koncepcji „suppositum” przejętej przez Karola Wojtyłę od Arystotelesa i Akwinaty, następnie rozwiniętej w teorii uczestnictwa, chcemy iść wyżej, przez „substitutio” Emmanuela Levinasa, zastąpienie, postawienie się w miejsce Innego, samotność rozbijaną w śmierci, jeszcze bardziej w kierunku, by przygotować ziemię pod optymalne spotkanie z człowiekiem, otworzyć drogę na osobową choćby najmniejszą  bliskość nienasycenia człowiekiem. I to w coraz lepszym tego słowa znaczeniu. W związku z tym ślę te kilka słów do was, Drodzy Czytelnicy. Trzeba wierności, trwałości, wytrwałości. Tak, nie bądźcie ślepi, musicie założyć, iż nasze życie jest niekomunikowalne. Trzeba wpierw rozwinąć powyższą kwestię. Zacznijmy od stwierdzenia: jesteśmy skazani na szukanie siebie, co jest zajęciem raczej beznadziejnym. Nasze życie jest przecież tak indywidualne, że – jak mówił Kierkegaard – przypomina jednoosobową łódź, na którą nie można zabrać drugiej osoby. Możemy płynąć obok, ale nigdy razem. Nasze życie jest niezrozumiałe nawet dla nas samych. Dlatego nawet w najbliższych relacjach społecznych jesteśmy tylko częściowo obecni. Bo one oparte są na konwencjach, a jednostkowe życie, jak mówi Profesor T. Gadacz, pozostaje ukryte: „Trzeba dać sobie pożyć.  Musimy żyć pomiędzy”. Jednak mamy przykłady innych ludzi, którzy są dla nas autorytetami. Mamy kulturę i literaturę. Czym są te wielkie opowieści o Prometeuszu, Adamie i Ewie, Jezusie? Paul Ricoeur mówił, że to są indeksy ludzkiego życia. Więc mamy punkty odniesienia. Ksiądz Tischner ‘mnie nauczył’, że nie ma takiego dobra, które nie byłoby opłacone złem. Nie wiem, czy czyste dobro jest w ogóle możliwe. Kard. Walter Kasper pisze: „Jezus Chrystus tak, Kościół nie”. Jak powiedziałem nawet w najbliższych relacjach społecznych jesteśmy tylko częściowo obecni. Musimy być gotowi oddać rzeczywistość i zapał pierwszej gminy apostolskiej odnośnie historycznego Chrystusa, zwłaszcza przy naświetlaniu wskrzeszenia i podniesienia Jezusa, jego zmartwychwstania. Powinniśmy zatem szukać nowych pól dramatyczności relacji, jakie ja jako osoba utrzymuje z innymi.  Jako przedmiot trwający w czasie stanowi ona jedynie podłoże dla procesu wprowadzającego zmiany w jego obręb. Chcemy ostatecznie skonfrontować dwa spojrzenia na osobę- ontologiczne, statyczne kierowane na osobę oraz fenomenologiczne, bardziej dynamiczne wpływające niejako z jej wnętrza i nasycone większą konkretnością. Tożsamość osoby ma charakter dynamiczny. Pozostawanie tą samą osobą warunkowane jest obecnością w jej obrębie istotnego bytowego sedna. Tutaj ważne jakościowe uposażenie owego rdzenia. I tak ‘natura konstytutywna’ osoby przybiera w ciągu osobowej egzystencji odmienne konkretne postacie. Nie występuje od razu w formie ostatecznej, wymaga czasu dla swego pełnego urzeczywistnienia.

Wszystko nadto można między bytami wymieniać oprócz istnienia. W tym sensie być to izolować się poprzez istnienie. „O ile jestem, jestem monadą. Jestem bez drzwi i okien właśnie przez istnienie, a nie dzięki jakiejkolwiek treści, która byłaby we mnie niekomunikowana. Jeśli jest niekomunikowana, to dlatego, że jest zakorzeniona w moim byciu, które jest tym, co najbardziej prywatne we mnie. Do tego stopnia, że wszelkie rozszerzanie mojego poznania, moich środków wyrazu pozostaje bez wpływu na moją relację poznania, relację par ‘excellence’ wewnętrzną” (Emmanuel Levinas, Czas i to co inne, s. 24-25)  Emmanuel Levinas twierdzi, że chodzi mu o kogoś, kto istnieje samodzielnie w sposób jednostkowy i niepowtarzalny, a jednocześnie świadomościowy. Do problemu świadomości powrócimy w następnym paragrafie. Zatem jestem sam wpierw. Bo monada jest najpierw samotna przez samo swoje istnienie. Relacje pojawiają się później.  Pierwszym rodzajem relacji, jakie są udziałem monady, są jej relacje do niej samej, do jej istnienia. Levinas mówi o wydarzeniu ontologicznym, w którym istniejący (l’existant) ściąga na siebie istnienie (l’existence). Wydarzenie to jest nazywane przez niego hipostazą. (Tamże, s. 26) Z anonimowego bycia, z il y a, wyłania się ‘coś, co jest’. Tym, ‘czymś, co jest’, jest hipostaza, czyli  świadomość. Samotność –tu duma, suwerenność. Odwrotnością jest materialność podmiotu i wynikająca zeń konieczność odpowiedzialności za siebie. Levinas zwraca uwagę także na relację ojcostwa. Na marginesie lektury Levinasa rodzi się pytanie: Jak podmiot może nadal pozostać sobą wobec tego wszystkiego, co sobą zwiastuje śmierć? Otóż Ojcu- monadzie, przeżywającej tragizm swej materialności i samotności, zdaje się wystarczać już sam fakt istnienia syna. Relacje osobowe są bowiem osnute wokół ontologicznego egoizmu podmiotu. On jawi się jako zdecydowanie pierwszy, natomiast relacje intersubiektywne są czymś jedynie wtórnym. Trzecią relacją, którą Levinas nam pokazuje jest relacja inności- zdaje się najważniejsza. Teraźniejszość podmiotu(resp. świadomość) polega na nieuchronnym powrocie do siebie- nie można oderwać się od siebie… to jest rodzaj przekleństwa wręcz. Tożsamość, to konieczność zajmowania się sobą- oto jako wolny nie jestem wolny, ponieważ jestem odpowiedzialny za samego siebie… i tutaj  ważna jest cała materialność człowieka. (Tamże, s.44-45) W „De l’existence a l’esxistant”, w dziele z pierwszego okresu twórczości Levinasa, który przetłumaczyłbym jako „o urzeczywistnianiu istnienia”, tego które jest niewymienialne – tutaj Czas i Drugi są konieczni do wyzwolenia podmiotu. (E. Levinas, De l’existence a l’existant, Paris 1947, 2, wyd. 1984, s. 171). W dziele wieńczącym ten okres, w „Całości i nieskończoności”(1961), Hipostaza jawi się jako podłoże dla relacji, one zaś coś ontologicznie wtórnego, choć niezbędnego… Ale bez relacji z transcendencją- czyli z innością, (zwłaszcza syna), osoba jako monada trwałaby w swoim dramatycznym związaniu z własnym istnieniem, skazana na samotność… I oto syn „pokonuje” ojca, gdy powiemy: między nami czas martwy… Aby mógł powstać odstęp, który wyzwala byt z ograniczeń jego losu, konieczna jest śmierć. W jakiejś mierze musi nastąpić śmierć ojca by nastał czas na ‘ja’ syna. Obstaję przy poglądzie, że nie można przedłużać przemilczania trudnej, jednocześnie już bardzo bolesnej sprawy życia razem, w trzecim tysiącleciu chrześcijan, również w kościele katolickim. Chcę sobie powiedzieć, dlaczego właśnie Drugi jest bliżej Boga niż ja sam… Filozofia jeszcze powołuje się tutaj na pojęcie diachronii, na „anarchiczność czasu wybrania”. Dlaczego Drugi znajduje się niejako wyżej niż ja, będąc moim Mistrzem i stanowiąc dla mnie epifanię Nieskończonego? Dzieło „Całość i nieskończoność”(Totalite et Infini) nie rozstrzygnęło także problemu, dlaczego mam być posłuszny etycznemu wezwaniu, które płynie do mnie od twarzy Drugiego. Levinas nie dał jeszcze jasnej odpowiedzi na pytanie, jaki jest ostateczny fundament idei Nieskończonego jako struktury formalnej spotkania z Drugim. Zabrakło wyjaśnienia odnośnie do idei braterstwa międzyludzkiego. Ta perspektywa została zawarta w trzecim okresie twórczości Levinasa, a mianowicie w „Inaczej niż byt albo poza istotą” (Autrement qu’etre ou au de la essence, 1974) i jest wyznaczona przez „anarchiczność czasu wybrania”. Myśliciel przekonuje nas, że chodzi o przekraczanie bycia(istoty) w stronę istniejącego (Boga). W „Autrement…” wysiłki Levinasa idą w kierunku wyrażenia tego, co jest ‘poza bytem’, co jest przerwaniem równości z sobą.  Tu próba wyrażenia Transcendencji… w kierunku rdzenia podmiotowości człowieka…, który odrzuca przyłączenie istoty (bycia) . Do pewnego okresu teraźniejszość podmiotu (resp.świadomość) była synchronicznością. Czyż trudność i wzniosłość religii nie tkwi w tym, że Dia-chronia jest czymś ‘więcej’ niż synchroniczność, że bliskość jest ‘bardziej wartościowa’ niż fakt bycia danym, że poddanie się temu, co niezrównoważone, jest ‘lepsze’ niż samoświadomość? Wszystkie opisy ‘dystansu-bliskości’ mogą być zresztą tylko przybliżone lub metaforyczne, ponieważ dia-chronia czasu jest zarazem jego nieobrazowanym  sensem, sensem właściwym, jak też i modelem. (E. Levinas, Czas i to, co inne, Warszawa 1999, s.10-11)

2. Od teraźniejszości do bliskości

Człowiek to jest dynamiczna tożsamość, trzeba zatem pogłębienia eksplikacji najbardziej znaczących momentów dla bycia osobą. Jak powiedziałem Emmanuel Levinas twierdzi, że chodzi mu w relacjach o kogoś, kto istnieje samodzielnie w sposób jednostkowy i niepowtarzalny, a jednocześnie świadomościowy. Stąd najpierw zajmiemy się nieco problemem świadomości. Sfera świadomościowa w człowieku to jest, jak pisał Roman Ingarden, całość nierozparcelowana… Podmiot dokonuje swoistego przeskoku ponad okresami owych przerw przeżyciowych i w specyficzny sposób zespala je w jedną całość jako przynależne jemu i tylko jemu… Spełniając pewne przeżycie, pewien akt myślenia czy spostrzegania albo miłości, jestem świadom ‘siebie’, mianowicie nie tylko tego, co przeżywam, o czym mam wiedzę, lecz także mnie jako doznającego, jako myślącego, kochającego, nienawidzącego itd. (Rman Ingarden, Spór o istnienie świata, 2,  część II, s.171) Podmiot nie jest tylko biegunem, z którego wypływałby strumień świadomości… Stanowi bowiem konkretne i realne świadomościowe ‘Ja’ obdarzone określonymi władzami i właściwościami…. To jest pewna obecna dyspozycja…. Jednak taka świadomościowa całość zdaje się jeszcze posiadać ogólny, powtarzalny i kategorialny charakter (haecceitas). Haecceitas – nieprzetłumaczalny termin pochodzący z filozofii Dunsa Szkota, oznacza zasadę jednostkowienia, czyli to, co czyni każde konkretneindywiduum akurat tym indywiduum, którym to indywiduum jest, konkretną rzeczą czy osobą. Koncepcja „heacceitas” pozwalała Ingardenowi wskazać na swoisty, strukturalny niejako element podmiotowej całości, który decyduje o jej jedyności i niepowtarzalności… świadomość (indywiduum) wykracza poza podobieństwo do innych  (por. imiona własne). Jak ujawnić bogactwo świadomościowej rzeczywistości…  zdaje się, że przez pokazanie specyficznych świadomościowych składowych.

Powróćmy do „Całości i nieskończoności” Levinasa. Monada (podmiot jako samotność istnienia) zdaje się identyfikować z całością świadomościowej sfery bytowej, która stanowi jednocześnie podmiotowe centrum i przynależną jej przeżyciową zmienność. Monada zatem stanowi całość konkretnego i indywidualnego życia świadomości. Nie jest zatem tylko ogółem świadomościowego prze-życia, lecz także obejmuje tego, kto owe życie przeżywa, któremu ono przysługuje i kto jest jego autorem. Ale jak powiedziałem świadomość jako teraźniejszość polega na nieuchronnym powrocie do siebie- nie można oderwać się od siebie… Tożsamość, to konieczność zajmowania się sobą- oto jako wolny nie jestem wolny, ponieważ jestem odpowiedzialny za samego siebie. Warunkiem zatem swoistego przekształcenia duszy ludzkiej w byt osobowy- owego osiągnięcia statusu bycia osobą- jest jej dojrzałość do odpowiedzialnej autonomii i samoświadomości.   Nie mam czasu, by tutaj przedstawiać szczegółowo strukturę aktów świadomości,  omawiać przedmiot intencjonalny. Ingarden już wyręczył mnie natomiast w kwestii zarysu estetyki osobowej, gdy pisał:  jednakże nasza przestrzeń estetyczna nie stanowi jeszcze całości rzeczywistości aksjologicznej, która zdaje się stanowić konieczny przedmiot więzi osobowych. .. trzeba  zatrzymać się  na osobowym odniesieniu do wartości moralnych… Wydaje się zatem, iż człowiek nie może- posiadając świadomość swej osobowej wewnętrznej godności- zamknąć się na sferę wartości moralnych… Osoba bowiem pozwala jedynie wartościom moralnym nadać niejako konkretny, indywidualny wymiar… przestrzeń aksjologiczna budowana jest nie tylko poprzez czyny osoby, lecz także poprzez nią samą. To, jak moralnie żyję, jakie wartości realizują się dzięki moim czynom, wpływa na to, kim jestem… Twierdzę zatem, że osobowy mikrokosmos zawsze umykać będzie przez próbą jego ostatecznego poznawczego zgłębienia. Każda taka próba napotyka wszakże na pewien szczególny rys niedostępności osobowej głębi, na specyficzną aurę nieprzenikliwości dla poznawczej aktywności, której ontycznym uzasadnieniem jest specyfika natury konstytuującej osobę; specyfika indywidualnej, niepowtarzalnej i tajemniczej heacceitas. Tak, na końcu zawsze zostaje tajemnica.  W ramach spojrzenia na osobę Ingarden eksponuje zwłaszcza jej substancjalny charakter. Levinas zachęca nas, by iść dalej. Jesteśmy mesjańską generacją dla tych którzy przyjdą po nas, powiedział. Od samotności istnienia, znalezienia odpowiedzialności za siebie, od poznawania trudu pracy (rozkoszowania się- jouissance), mamy iść w kierunku inności, wówczas u końcu drogi będę mógł powiedzieć o sobie, jestem „już Inny”. Tutaj przedkładam spotkanie nad poznanie Bliźniego. Jednakże potrzebuję czasu i Drugiego człowieka. Twierdzę jednocześnie, iż nie istnieje spotkanie bez poznania, choć nie wykluczam wyjątków. A prawdziwość poznania może uzasadnić tylko doświadczenie; Poprzez doświadczenie człowiek ujawnia się jako osoba, ujawnia siebie jako podmiot i równocześnie przedmiot tegoż doświadczenia. Osoba jest więc podmiotem (suppositum) tak istnienia, jak i działania.

Transcendencja, wskazująca na wymiar duchowy człowieka, umożliwia jego integralność i tożsamość jako bytu podmiotowego. Stąd wniosek, że duchowość stanowi o jedności osobowej i bytowej człowieka. Jan Paweł II napisał: Człowiek jest słusznie “bytem relacyjnym, pozostającym w ścisłej relacji z innymi osobami. W osobie jest obecny  wymiar, który nazywa on uczestnictwem. Jest to coś więcej niż społeczny charakter człowieka – to skierowanie ku życiu z innymi osobami, a w sposób szczególny z Bytem Absolutnym. Osobowa zdolność do uczestnictwa polega na tym, że człowiek istnieje i działa z innymi osobami i ze wspólnotą w taki sposób, iż zachowuje swoją tożsamość, nie przestaje być sobą, a jego wolność (samostanowienie) nie ulega przekreśleniu.”  Przy tworzeniu pojęcia osoby personalizm chrześcijański odwołuje się do klasycznej definicji Boecjusza: “osoba jest indywidualną substancją natury rozumnej” (persona est naturae rationis individua substantia). Definicja ta jest jednak niewystarczająca, z tego też powodu warto w tym miejscu przytoczyć określenia osoby ludzkiej skonstruowane przez myślicieli personalistycznych. Według E. Mouniera na przykład osoba jest “jedyną rzeczywistością, którą poznajemy i zarazem tworzymy od wewnątrz. Wszędzie obecna, nigdy nie jest dana. Jest […] przeżywaną działalnością autokreacji, komunikacji i przynależności, którą daje się uchwycić i poznać w swoim akcie jako ruch personalizacji.” Inną definicję osoby ludzkiej proponuje ksiądz Wincenty Granat: “Osoba ludzka jest to jednostkowy, indywidualny, substancjonalny, cielesno – duchowy podmiot zdolny działać w sposób rozumny, dobrowolny, moralny i społeczny w celu harmonijnego ubogacenia siebie i innych ludzi w zakresie kultury.” cdn

Pokaz sztucznych ogni

Stanisław Barszczak, Teraźniejszy bulwar zachodzącego słońca,2

W tej właśnie chwili wspomniał Kasię, jak podczas spaceru po plaży ona chroniła go od bezmyślności. I zaraz sama Kasia wyszła z lasu sosnowego za kościołem. A w chwilę potem szeroko rozwarte, bardzo młode oczy zwracała ku Klaudiuszowi z wyrazem najgłębszego podziwu, pełnej szacunku nadziei. Gdy znaleźli się poza molo, musieli biec, taksówki ochlapywały ich wodą, sznury kolorowych lampek wzdłuż promenady w Międzyzdrojach lśniły niczym kałuże benzyny podczas deszczu. Pod filarami jakiegoś pensjonatu otrzęśli się z przelotnego deszczyku jak zmoknięte psy i Kasia zobaczyła, że całe schody na galerię zatłoczone są czekającymi. -Pełno- stwierdziła z rozczarowaniem. -Pójdziemy na parter- zdecydował Klaudiusz i zapłacił dziesięć złotych. -Czego byś ty chciała?- spytał ostro.- Ja nie wiem, co ty lubisz. -Lody-odparła z rozczarowaniem. Nie mogła pozwolić, by dłużej czekał. -Miły dzieciak z ciebie- stwierdził Klaudiusz.-Ile masz lat? -Szesnaście-odparła wyzywająco. -Umiesz tańczyć? Nagle reflektor wyłowił w mroku kawałek podłogi, śpiewaka w smokingu, mikrofon na czarnej ruchomej podstawie. Śpiewak obejmował go czule jak kobietę, kołysząc się lekko w prawo i w lewo, zalecał się doń, podczas gdy z głośnika pod galerią jego szept odbijał się chrapliwie po całej sali, jak głosząca zwycięstwo mowa dyktatora, jak podawane po długim cenzurowaniu wiadomości z urzędu stanu cywilnego: „Muzyka mówi o naszej miłości, o naszej miłości śpiewa ptak, trąbi o niej taksówka, i huczy o niej sówka, i metro o niej dzwoni, i pszczółka na jabłoni, o naszej brzęczy miłości. Muzyka mówi o naszej miłości, i szumi o niej zachodni wiatr, i Słowik śpiewa o niej, i listonosza dzwonek, i ciężki młot parowy, i telefon biurowy, o naszej mówią miłości… O naszej miłości mruczy kot… Pole szumiące zbożem, gangster z ogromnym nożem, o naszej mówią miłości!” -Chcesz będę twoim chłopcem, co? Będziemy razem chodzić? -Och, tak, chcę- odparła. -Chodźmy stąd. Nie mogę już tu wytrzymać- powiedział z wściekłością i Kasia zaczęła posłusznie chować do torebki puderniczkę i chusteczkę. -Co to takiego-spytał Klaudiusz, gdy coś brzęknęło w torebce, pokazała mu kawałek różańca. -Jesteś katoliczką? -Tak- odpowiedziała. -I ja także- rzekł Klaudiusz. Schwycił ją za ramię i wyciągnął na ciemną dżdżystą ulicę. Poniósł kołnierz marynarki, a gdy błysnęło i rozległ się grzmot, zaczął biec. Biegli od drzwi do drzwi, aż znaleźli się z powrotem na promenadzie w jednej z pustych szklanych altanek. Mieli ją tylko dla siebie w tę duszną, burzliwą noc.-Byłem kiedyś w chórze-wyznał Klaudiusz….-Czy chodzisz na mszę? –spytał. -Czasem- odpowiedziała Kasia.-Po większej części nie mogę, bo nie miałabym kiedy się wyspać. -Mało mnie to wzrusza, co ty robisz!- rzucił Klaudiusz szorstko.-Ja nie chodzę na mszę! -Ale wierzysz, prawda?- spytała błagalnie.-Myślisz, że to jest prawda? -Jasne, że to prawda-powiedział Klaudiusz.-Co innego mogłoby być?- ciągnął dalej pogardliwie.-Cóż to jedyna rzecz z sensem. Ci bezbożnicy nic nie wiedzą…

Woda głośno tłukła o pale, chcąc je przestawić nieco dalej. Przypływ regularnie toczył fale, które dziwnie załamywały się na widok przyjaznego brzegu. Tutaj pale wystawały z wody, jakby chciały przepłynąć wpław duże bajoro, wody ciemnozielonej, pełnej wodorostów, która uparcie podmywała je przy końcu molo. Klaudiusz wspiął się po drewnianych schodkach na taras kawiarni i rozejrzał; ktoś zajmował stolik blisko okna. Oszkloną galerią Klaudiusz przeszedł dokoła aż do długiej wąskiej sali wychodzącej na zachód i zawieszonej na wysokości jakich pięćdziesięciu stop ponad wodą, która właśnie zaczęła powoli odpływać. Zobaczywszy wolny stolik usiadł przy nim tak, by widzieć całą salę i przez szyby cała stąd promenadę. Tym bardziej, iż poza Zachodnie Molo widać było światła jakiejś cudownej krainy. -Czekam na przyjaciół- powiedział kelnerce. Naraz jednak wstał i już szedł sztywno przez długą wąską galerię ponad morzem. Niepodobna było zgadnąć, czy się boi, na jego choć młodej, to nieprzeniknionej twarzy, nie było można nic odczytać.

Klaudiusz stanął w drzwiach pensjonatu i z niechęcią spojrzał na dziewczynę przy bufecie, na widok której znów jednak uległ czarowi wyobraźni. W słońcu na tarasie, w wiklinowych fotelach, siedziały dwie starsze panie, opatulone w szale: wiało od nich poczuciem kompletnego bezpieczeństwa; rozmawiając nie patrzyły na siebie, tylko spokojnie wymieniały spostrzeżenia w otaczającej je przychylnej atmosferze. Wspomniał, jak byli tutaj raz z Kasią: jasne jak srebro włosy, szerokie, bezmyślne czoło, ładny mały kuperek rysujący się wyraźnie na wysokim stołku; samotna ze swoim kieliszkiem i smutkiem. Do pensjonatu przyniósł niewesoły nastrój człowieczy.  I znowu w żyłach Klaudiusza pienił się jad. Obrażano go. Musi komuś pokazać, że jest mężczyzną. -Żądam obsługi!- zwrócił się do kelnerki. Ale po chwili nie wierzył własnym oczom, gdy ujrzał znów ją. Tyle ostatnio o Kasi rozmyślał. W policzku drgnął mu nerw, odczuł pracę zwojów mózgowych… -Zdejm ten kapelusz- rozkazał.-wyglądasz w nim okropnie.- Usłuchała. Na małe głowie płasko leżały jej złote włosy. -Jak to pięknie- szepnęła Kasia- być tu, na wsi, razem z tobą… Raz jeszcze spojrzał na tępą, pełną oddania twarz i poczuł złość wobec skrępowania i przymusu, jakie narzucać może czyjaś lojalność. Ale stopniowo twarz dziewczyny przybierała wyraz śmiały jakby i bezczelny. Klaudiusz poczuł znów cień  zmysłowego podniecenia. -Masz stąd odejść. Masz się ze mną ożenić, jak powiedziałeś. Wściekłość i oburzenie wyrzucała z siebie w zdaniach lekkich jak papier… -I tak, co byśmy nie zrobili, nie będziemy małżeństwem… -‘jesteś podły’-powiedziała- jesteś tchórz. Jesteś taki tchórz, że mógłbyś zabić najlepszego przyjaciela, byle ratować własną skórę.

-„Nie słuchaj się zanadto księży-przerwał- nie znają świata tak dobrze jak ja. Idee zmieniają się, świat nie stoi w miejscu”… -słowa jego potknęły się o nieugiętą pobożność Kasi. Twarz jej, równie jasno jak słowa, mówiła, że idee nigdy się nie zmieniają i że świat wcale nie idzie naprzód: zawsze w tym samym miejscu, wklinowany między dwie wieczności, leży obszar sporny i wciąż pustoszony. Patrzyli na siebie wzajem jak gdyby z krajów nieprzyjacielskich, ale patrzyli tak jak wojska podczas świąt Bożego Narodzenia: bratali się. Kasia przyszła niosąc w ręku kapelusz, którego wówczas nie lubił. Przystroiła się do ślubu: nowy nieprzemakalny płaszcz, odrobina pudru, tania pomadka do ust. Wyglądała jak mały pretensjonalny posąg w brzydkim kościele, bibułkowy wianek czy namalowane serce nie raziłyby na niej; można by się modlić do niej, lecz niepodobna by oczekiwać od niej odpowiedzi.

Strwożony wracał sam pieszo do miejsca, które porzucił był przed wielu, wielu laty. Bladozielone morze pieniło się na kamieniach, jakaś zielona wieża przypominała pokrytą grynszpanem monetę, która setki lat przeleżała w ziemi. Ku najwyższej promenadzie leciały rybitwy wrzeszcząc i kołując w słońcu, a w oknie hotelu ‘Royal’ jakaś suczka kręciła się na wyścielonym parapecie. Dzień był tak pogodny, że oczy same wypatrywały Bornholmu. Powoli, bocznymi ulicami, Klaudiusz zdążał ku pensjonatowi. Każdy krok Klaudiusza był tu krokiem wstecz. Myślał, że uciekł stąd na zawsze o całą długość promenady, a oto na nowo brała go w posiadanie skrajna nędza… Klaudiusz poczuł lęk, że go poznają a zarazem i niejasny wstyd, jakby to jego rodzinne ulice miały prawo mu przebaczyć… Minąwszy gospodę znalazł się na szczycie pagórka, w samym centrum zniszczenia. Klapiąca, oberwana rynna, okna bez szyb, przed domem, w małym jak stół ogródku, żelazne łóżko. Połowa Rajskiego Zakątka rozwalona była jakby wybuchem bomby. Chcąc oszczędzić na taksówce, piechotą wlókł się … Na plaży panował niemal mrok. Brzeg morza przypominał linijkę pisma skreślonego wapnem: duże, rozciągnięte litery. Klaudiusz usiadł w szklanej altance i zapatrzył się w stronę morza. Wzbierająca niska jeszcze fala tonęła we mgle. Gdzieś w oddali odezwała się syrena z jakiegoś statku, potem odpowiedziała jej inna i jeszcze inna. Jak psy budzące się nawzajem po nocy.

I nagle w altance pojawiła się jeszcze raz Kasia. Tak widział. Ta dziewczyna została wybrana, sobie pomyślał… jest bezbronna wobec wymagań swych bliskich.  Tak, jeżeli Bóg kogoś chce, zabiera go sobie wszystko jedno skąd! To był jedyny czas. Była to jedna z owych chwil niespodzianej ciszy, jaka zapada czasami w najbardziej gwarne popołudnie: ani dzwonków tramwajowych, ani syku pary z końcowej stacji. Ponad promenadę wzbiło się w górę stadko ptaków i jęło niespokojnie krążyć w powietrzu, jakby tu na ziemi, popełniono zbrodnię. Wyszli na nabrzeże i noc cofnęła się o krok. Morze oślepiało blaskiem. Patrzyła nań z rozkoszą, jakby to było niekiełznane morze. Upiorny pociąg turkotał unosząc czułe parki w pełen pisków i wrzasków mrok…  A on miał poczucie, że nigdy już się nie będzie bać… Na spotkanie im maszerowały małe domki o blaszanych dachach i smołowanych ścianach, wydrapane w kredzie ogródki. Reklamy głosiły „Prawdziwe antyki… , a o setki stóp niżej bladozielone morze podmywało pokancerowane i obszarpane brzegi ojczystej ziemi. Pobierowo przycupnęło wśród wzgórz, na pół wykończone ulice przechodziły w porosłe trawą ścieżki. Zeszli w dół między domkami na brzeg urwiska. Prócz kominów i jakichś ruin nie było nikogo wokół nich. Jeden z domków miał powybijane szyby, inny zamknięte na amen okiennice.

Klaudiusz pragnął towarzystwa, rozmowy. W pensjonacie szybko jednak wrócił do swej kawalerki. Jakkolwiek okno wychodziło na zachód i do pokoju wpadały jeszcze promienie słońca, Klaudiusz zasunął stare portiery, chcąc zakryć stację i kominy, poprawił poduszki na tapczanie i przysunął do stołu dwa krzesła. W oszklonej szafce odbijało się jego życie, dobre życie: porcelanowe figurki kupione kiedyś nad morzem, pasyjka z Jeruzalem, trochę książek, fotografia matki, znów porcelana, kilka zwierzątek z drzewa i sznurka, bibeloty, które dał mu ten, tamten czy ów, siostry. Nagle promień słońca ukazał zbyt ciasną, lichą marynarkę, przydługie miękkie włosy na karku. Zapalił lampę z czerwonym jedwabnym abażurem przybranym frędzlą. W stronę pokoju niosła się muzyka, smutek wwiercający się w mózg. Siedział w zupełnej ciszy, a z jego bezbarwnych, bardzo starych oczu nic nie można było wyczytać. Usłyszał, jak zamknęły się drzwi. Policzek mu pulsował, leżał wpatrzony w sufit: to nie moja wina, że mnie tak złoszczą, aż chcę coś im zrobić. Gdyby dali mi spokój… Przy tym słowie zawiodła go wyobraźnia. Bez przekonania spróbował uzmysłowić sobie ‘spokój’- oczy mu się zamknęły i pod powiekami ujrzał ciągnący się bez końca szary mrok, kadry z filmu ‘polskie zoo’, i naraz krainę, której nie znał nawet  pocztówek, miejsce o wiele bardziej dlań egzotyczne niźli Wielki Kanion czy Tadż Mahal… Wreszcie znalazł się w pobliżu wielkiego jawora, gdzie dzieci wysypały się ze szkoły i grały w piłkę na wylanym asfaltem boisku. Podczas nocy budził się kilkakrotnie i nasłuchiwał. Jakiś rodzaj ciszy informował go, która jest godzina. Jeżeli słychać jeszcze taksówki, mówił sobie, że ludzie wracają z teatru, a zatem dopiero co usnął. W końcu żarówka w pokoju zgasła, ale za oknem niby lampa dalej świecił księżyc, ślizgał się po dachach, rozściełał po wzgórzach cienie chmur, oświetlał czarną wyniosłą sosnę, biały plac boiska sportowego, puste, pomieszczenie z drewna pod sosną i rząd garaży z cegły, upodabniając je do monolitów w Stonehenge.

Nazajutrz wstał z łóżka otumaniały snem, wargi miał lepkie i niesmak w ustach. Wyszedł w słoneczną porę ku czemuś na kształt strzelnicy. Klaudiusz od kilkunastu lat nie mógł w pełni poświęcić się swojej pracy komentatora sportowego. Przez pewien czas nie spowiadał się, nie pozwolono mu, za to zachował wówczas świadomość, iż jest stuprocentowym penitentem. A kto się nie spowiada, to czegoś brakuje w jego życiu. Zawsze próbował rozmawiać z ludźmi. Nieraz może próbował odsunąć spowiedź. Skądinąd posiadać informację, iż rozgrzeszenia można odmówić tylko wtedy, gdy jest się pewnym, że nie ma żalu za grzechy. Ponieważ dzisiaj kościół ma żal do pedofilów, to powinno się mieć sposobność krytykować kościół- tak sobie myślał, gdy układał w myśli całe kazanie. Za mało krytyki ze strony dojrzałych katolików , ale także ze strony małolatów. Nie wolno jednak zapominać, że to rośliny, które wzrastają. Kiedyś, gdy urosną, powiedzą: nigdy nas nie dostrzegaliście! Nie bójcie się krytyki, krytykowania kościoła… To my jesteśmy kościołem. Gdy był w Rzymie, to na witrynach księgarni widać było przeważnie tytuły pedofilskie. Nikomu nie można pomóc, jeżeli się go nie zna. Nie znamy papieża! Nie można wszystkiego sprowadzać do genitaliów i seksu. Nie jest zabronione, by ksiądz poprosił także dziewczynki, aby podawały do mszy świętej. Są jeszcze ekonomia, prawa człowieka, wojna, pokój, sprawiedliwość… Kościół ma w tych sprawach wielki autorytet. Najlepszą metodą, aby być respektowanym w świecie, jest głoszenie Ewangelii, bez narzucania swojej woli, bez poszukiwania władzy. Mamy głosić Ewangelię… Przynajmniej tak samo trudno przeniknąć do współczesnej kultury, jak ma się rzecz z drożdżami. Nie widzimy ich i nie słyszymy, ale to one unoszą całe ciasto. I z łaski również mojego losu pojawił się Internet na świecie… Klaudiusz ma stronę internetową, cudowna to rzecz, choć dla niego zawsze o generację za wcześnie. Ktoś może zarzucić mu, że jest odmieńcem w Kościele. No dobrze. Zresztą ta sprawa już dawno ucichła. Trzeba unikać całkowitej asymilacji z zsekularyzowanym środowiskiem, bo to oznacza koniec. Bogactwo generuje samowystarczalność. To największe niebezpieczeństwo dla chrześcijan. Klaudiusz nie jest jednak pewny, czy po radości apostolskiej naszych czasów nie przyjdzie w kościele czas cierpienia. Widzicie, trzeba jednak zaakceptować nasze cierpienie w Kościele i z pełną pokorą zadbać o naszą większą wyrazistość.

-Proszę dać strzelbę – usłyszał nagle właściciel strzelnicy, człowiek, który jedną nogę miał sztuczną. Podniósł strzelbę, pewnie wycelował w środek tarczy, potem umyślnie przesunął lufę i strzelił. -Co ci się stało!- wykrzyknął właściciel strzelnicy.-Spudłowałeś. Klaudiusz odłożył broń. -Musimy się przewietrzyć- zawyrokował. I już byli znów razem. Po jednej stronie skończyły się domy i znów wróciło do nich morze… z głuchym łoskotem tłukło w ciemnościach o skałę, po której szła droga… Oślepiały ich wozy jadące naprzeciw. Pozwoliła mu wysiąść przy sosnowym lesie, a sama pozostała wewnątrz. Powędrował przez pobliski cmentarz. Zdawało mu się, iż coś widział. Jakby ktoś przyszedł do niego. Wierzył w duchy, ale tej cieniutkiej przezroczystej zjawy nie mógł uznać za dowód życia wiecznego. A przed laty na cmentarzu zostawił swoją matkę. Kwiaty- myślał z pogardą- to nie jest życie. Życie to światło słońca wpadającego przez okno do pokoju w którym przebywał i rozjaśniającego swym blaskiem antresolę klaski schodowej macierzystego tam budynku. A ksiądz mówił pożegnanie nad trumną chyba kogoś bardzo zasłużonego. I to z takim zapałem i determinacją, że Klaudiusz czuł, jak wali weń przemożne wzruszenie, zaczął płakać. A podczas gdy płakał, rosło też postanowienie, na całą drogę do „tramwaju, który miał go odwieźć z powrotem do dobrze mu znanej dzielnicy, do barów, neonów i rewiowych teatrzyków jutra”. Człowiek jest taki jak miejsca, w których spędza życie, i umysł Klaudiusza pracował z prostotą i regularnością reklam świetlnych. Na plaży panował niemal mrok. Brzeg morza przypominał linijkę pisma skreślonego wapnem: duże, rozciągnięte litery. Klaudiusz usiadł w szklanej altance w sosnowym lesie i zapatrzył się w stronę morza. Wzbierająca niska jeszcze fala tonęła we mgle. Gdzieś w oddali odezwała się syrena z jakiegoś statku, potem odpowiedziała jej inna i jeszcze inna. Jak psy budzące się nawzajem po nocy. W końcu ujrzał, jak handlarze o obwisłych podbródkach siedzieli w cieniu pobliskiego pensjonatu. Promienie słońca załamywały się w gałęziach platanów, a w całym domu dzwoniono na nabożeństwo do kaplicy. Milczenie zmarłej mamy nie kojarzyło mu się jednak z pojęciem nieobecności. Milczy, lecz dopóty on będzie na tej ziemi, i ona będzie także, i to nie jako obraz pośród tysięcy innych. Wiara sprawia, że obcujemy ze zmarłymi, nie dlatego, iż wyznajemy doktrynę, zgodnie z którą posiadają oni nieśmiertelność, ale dlatego, że jedną z podstaw świata chrześcijańskiego jest możność przekazywania łask, i obcowanie zmarłych z żywymi polega na ustawicznych wymianach, nie kończącym się dialogu. Kobiety mają coś innego. Symbolizują także coś innego. Macierzyństwo, otwartość, zaproszenie, słuchanie. Bardzo się cieszę, że Matka Boska była kobietą. Jest Ona ponad wszystkimi księżmi, ponad apostołami łącznie z św. Piotrem. Zawsze zastanawia mnie, że Maryja zamieszkała z Janem i to Ona, która dała życie Zbawicielowi, otrzyma teraz od Jana, Syna eucharystycznego. Zastanawiające, prawda? Kapłaństwo jest z porządku „robić”, a nie „być”. Po naszej śmierci porządku „robić” już nie będzie. Pozostanie tylko „być”, czyli miłość, a kobiety mają o wiele większą siłę i zdolność do miłości niż mężczyźni.

Przez chwilę znów dał się unieść fali wspomnień. „Czy teraz starczyłoby matusi odwagi na popełnienie samobójstwa, gdyby nie lęk, że gdzieś w nieznanej krainie śmierci mogliby się rozminąć- miłosierdzie mogłoby objąć jedno, a drugie nie…” I pewnie umarłby w tym oddaleniu, na tym cmentarzu. Klaudiusz zostawił rodzinę, znanych mu ludzi, to my nierzadko nazywamy grzechem śmiertelnym.  Ale nie możemy pojąć… ani ty Kasiu, słusznie, ani ja nie mogę, który piszę o was… ani w ogóle nikt…  jak przerażająco… dziwne jest miłosierdzie Boga. Klaudiusz nie powrócił do sosnowego lasu. Z pewnością teraz uczestniczy w wieczystej Mszy świętej na jakimś pustkowiu. Bo tak bardzo pragnął ruchomych skrzydeł szczęścia. Chciał, by go szanowano, kochano… Dusza unosi ze sobą i w sobie Tego, kto jej spotkanie wyznaczył. Odtąd może już spokojnie przebywać na swojej wypalonej skale. Już nawet zapomina schodzić w głąb groty, do skarbu. Na tym polega łaska, dana staremu człowiekowi, że nie wie już, co to nuda, romantyczne znużenie i tęsknota, nie odstępujące go, kiedy był młodzieńcem. Teraz nie tęskni, ponieważ już go nie zajmuje stworzenie ludzkie, którego nigdy nie było przy nas wtedy, gdyśmy je kochali, i którego brak dręczył nas bezustannie… Pozostał stary człowiek, który nie usiłuje niczego już ustawiać, niczego wymyślać, lecz obserwuje samego siebie i słucha, jak gdyby w gęstniejącym mroku, niczym słowo będące rozwiązaniem zagadki, które miało raptem zmienić kształt i kolor, nowy feniks na niebie upuszczający swego pióra…

Pokaz sztucznych ogni w Olsztynie

Stanisław Barszczak, Teraźniejszy bulwar zachodzącego słońca, 1 

W tej opowieści daję wam wizerunek osoby: odbicie w lekturze jej całego życia. Jest to świadectwo, rodem z Grahama Greene’a, że ufam w wasze przeznaczenie, a jednocześnie dowód bezgranicznego uczucia, jakim osoba ta obdarzała literaturę. Nazywał się Klaudiusz Adamek. Jakże lubił ten krótki przedsmak wakacji! Przez długi czas tajemnicza nazwa Zielone Świątki oznaczała dla niego tylko dwa dni wakacji, świąteczne i jasne, w pełni rozwijającego się lata. Podziwiał przed kościołem jedyny czar wiosny. Z młodym, bujnym latem ostatnich tygodni maja, kiedy łąki porastała wysoka szeleszcząca trawa, nie stykał się jednak osobiście, jedynie okno klasy wycinało mu jego osobliwy skrawek. Historię jego życia piszę do Was poprzez lata, które nas dzielą… Albowiem to nie grzechy oddzielają nas od Boga; a nawet przeciwnie, to przez grzechy, z powodu grzechów i dzięki nim bywaliśmy do Niego przywiązani w wielu momentach życia. Im bardziej nasze winy nas upokarzały, tym zapewne bliżsi byliśmy stanu, w jakim Jezus życzyłby sobie nas widzieć. Ale jego oddzielał od Niego sposób, w jaki pokierował życiem, wcześniej to jakieś dawkowanie, które pozwoliło mu na ‘rozkoszne a zbrodnicze używanie świata’, nie wytrącając go ani na chwilę we własnych oczach i wobec ludzi z szeregów, do jakich sam siebie zaliczał i jakim naprawdę był. Od pierwszej chwili, gdy ruszył w życie, kości już były rzucone. Nie mógł stać się kimś innym, musiał być tym właśnie dzieckiem szczęścia, które dzięki literaturze miało przeobrażać spuściznę po erze komunizmu. Ale wróćmy do Zielonych Świątek. Długo Klaudiusz czekał na pierwsze kramy. A najwcześniej ustawiano strzelnicę. Jakie wówczas bywało strzelanie! A jakże! Prosto ze szkoły, mijając obojętnie inne automaty i krążki do rzucania, ruszył ku strzelnicy. Ustawione tu na półkach lalki spoglądały w dół ze szklistą niewinnością jakby figury Przenajświętszej Dziewicy w schowku kościelnym. Spojrzałem w górę: kasztanowe loki, błękitne oczy, malowane policzki. ‘Zdrowaś Maryja… i w godzinę śmierci naszej’ –przemknęło mi przez myśl. -Płacę za sześć strzałów. -Och, to ty? –spytał właściciel budy, patrząc na Klaudiusza z niechęcią i niepokojem. -Tak, to ja. Podaj mi pan tamten pistolet.- Podniósł broń, młoda koścista ręka spokojna była jak głaz. Sześć strzałów wpakował w sam środek tarczy.- To warte nagrody- powiedział. -Możesz dostać swoją przeklętą nagrodę i odwal się- burknął biały na twarzy właściciel budy. -Co chcesz? Czekoladę?- Nie jadam czekolady- odparł Klaudiusz. -Paczkę Klubowych? -Nie palę. -To możesz wziąć lalkę lub wazon do kwiatów. -Niech będzie lalka- odparł Klaudiusz.- Daj mi pan tę z góry, z ciemnymi włosami. -Czy zakładasz rodzinę?- spytał kramarz. Klaudiusz nic nie odpowiedział. Odchodził sztywno, mijając inne kramy. Zaszedł ‘pod muszlę’. Klaudiusz zapłacił trzy złote i wszedł przez kołowrót. Sunął sztywno obok ustawionych w cztery rzędy krzeseł, gdzie publiczność czekała na koncert orkiestry. Z tyłu- w ciemnym, marnym gotowym ubraniu, nieco zbyt szerokim w biodrach- sprawiał wrażenie młodszego, oglądany twarzą w twarz zdawał się starszy. Szaroniebieskie oczy nosiły na sobie niszczycielskie piętno wieczności, z której był wyszedł i ku której zdążał. Orkiestra zaczęła grać. Klaudiuszowi zdawało się, że muzyka porusza mu wnętrzności, że skrzypce zawodzą mu w kiszkach. A słyszał dziwne słowa: Jestem podrzutkiem… ima się mnie inny koloryt, inny rodzaj… Na skrzyżowaniach pośrodku wiosek niczym zbłąkany chłopczyk, śpiewam tylko dla mnie, wtórując sobie na harfie, z której deszcze zmyły już złocenia… W istocie miał w sobie coś z puchacza, któremu na głowie sterczą dwa pęczki piór, zwane uszami. Radość tworzył sobie sam- nawet w jakiejś mierze przyjemność fizyczną… Sadowił się wygodnie na zwykłym miejscu w ławce i pochłaniał książkę, jaką sobie wybrał z ‘drewnianej’ biblioteki w głębi klasy… Dzisiaj odczytuje tylko to, co już czytał… Szukał odbicia swojego ja w stworzeniach ludzkich, jakkolwiek dziś już nie żyjących, w takiej postaci, w jakiej ich widziały jego dziecinne oczy… Pierwszy jego pamiętnik opisywał drogę uświadamiana sobie własnej osobowości poprzez ulubione dzieła… Literatura zdawała się mu być podobną do zaczarowanego pałacu o labiryntach korytarzy, gdzie błąkał się z komnaty do komnaty… Dzieci łakną jednak świadomości, że są co najmniej miłe. Teraz jakby przebudzał się z pierwszego snu… Teczka wypchana książkami mniej mu ciążyła niż serce. Matka nie wiedziała, że co rano przeżywał ten sam ból: oto miał znowu spędzić cały dzień z dala od niej!…O ciemne poranki, jak bardzo on was pokochał! Miasta, przechodząc z jednej epoki w drugą, zmieniają nie tylko wygląd, ale i atmosferę, i zapach. Ani wstawanie przed świtem w lodowatym pokoju, ani nogi i ręce spuchnięte od odmrożeń, nieżyczliwi nauczyciele, kpiny całej klasy, gdy stał przykuty do tablicy, ani kolega, w czasie pauzy dotkliwie wyzyskujący swą siłę, żadna z tych udręk nie zatruwała tajemnego źródła jego radości: wyczekiwania godziny trzeciej, powrotu do domu we mgle, już pachnącej Gwiazdką. Mimo całej posępności uczniowskiego życia, szczęście Gwiazdki wciąż na nowo je rozświetlało i wystarczało, by rozproszyć jego smutek. O Miłości moja, miłości zmierzchu mojego żywota, uraduj mnie swoim widokiem w chwili, gdy będę odchodzić, zdawał się sobie podśpiewywać. A na wsi w Przemyskiem albo za Krakowem lubił iść wtedy do czarnej obory, gdzie w półmroku połyskiwało wielkie oko bydlęcia. W ten sposób czas jakby się odnalazł, ale nie jak w powieści Prousta poprzez smak ciastka czy aromat lipowego naparu, a dlatego, że Bóg narodził się dzieckiem i przez to wprowadzony został w wiekuistą teraźniejszość… Za sprawą Łaski sponad mętnych wód, niczym posągi bożków, co zdołały ocaleć, choć zatopione zostały przed wielu, wielu wiekami, wyłania się smagła, zadumana twarzyczka, na której muł i błoto nie zostawiły śladów, ta sama twarz, na którą padał łagodny migotliwy blask świeczek szopki, ustawianej w pokoju. Jako dziecko z rozkoszą przepadał w ogrodzie Państwa Goleniewskich, na czas ich wizyty tam, kiedy kolega zapraszał go z zapadłego kąta w samym sercu parafii, koło kościoła… A czasami znajdował nawet chwile, by nawiedzić Państwa Lenarcików. Ich dom pozostawał miejscem szczególnym, jedynym schronieniem skrywanych przez Klaudiusza w głębi serca odczuć i marzeń. Tam droga nie prowadziła już dalej… kończyła się na domu pani Lenarcik. Dzięki temu kojarzył mu się on z wyobrażeniem jakiegoś wybielonego bunkra, poza którym nie istnieje już nic. Na końcu przeczystych pokoi był gabinet pana Profesora od matematyki, gdzie stał fortepian… Klaudiusz miał zawsze przed oczami ulicę Gospodarczą, z czasem wyłożoną cegłą i zalaną asfaltem. Nic poza tą krainą najmniej malowniczą, jakie mogły chyba być na świecie, najuboższą, najbardziej płaską: pole- podwórko i na nim gdzieniegdzie sterczący, na wpół zeschły kasztan, zabytek z bardzo odległych czasów; a dokoła królestwo wielkich landów, za murem królestwo kościoła, potem królestwo landów, na których jedyne drogi znaczyły koleiny wozów, zdążających do świata, zamknięta przestrzeń do komórek z węglem i do opuszczonych zabudowań gospodarczych, z rosnącą brzózką w miejscu wiązania brakującego dachu… Tu ogarniało go głębokie uczucie bezpieczeństwa, jakie później nie doznawał już nigdy; jakby na powrót znalazł się w łonie matki: na nowo skulony w najtajniejszym ukryciu owej ubogiej ziemi, która go przyjęła. „Ona mi pierwsza pokazała księżyc i pierwszy śnieg na świerkach, i pierwszy deszcz. Byłem wtedy mały jak muszelka, a czarna suknia matki szumiała jak Morze Czarne.” W domu przy kościele mieszkały dwie starsze panie, o tej która była głucha, mówiono, że była niegdyś śliczna. Ale jakąż rolę mogła grać uroda pod wieczór jej dni. Maleńki, zaczarowany świat u kresu drogi, tutaj się kończącej, dawał mu pojęcie tego, co niezmienne. Wszystko przeminie, lecz przynajmniej coś pozostanie nie zmienione. Że pewnego dnia nic nie zostanie z owego biednego raju, nie umiałby sobie w ogóle wyobrazić, tak bardzo te starodawne ‘folwarczki’, ten wówczas olbrzymi kasztan, zdawały się na wieki tu osiadłe i jakby skamieniałe w wiekuistym trwaniu… Klaudiusz nie umiał nigdy uwierzyć, że nosimy w sobie arcydzieło wspaniałego malarza, co nigdy się nie ujawni… W miasteczku była remiza strażacka na ulicy Szosowej, Szkoła im. F. Dzierżyńskiego (w szkole nie cuchnął chlorek z ubikacji, za to rozbrzmiewał donośny głos pana Warkocza i pani Nowak), Huta Szkła Gospodarczego, Kamienica Łaniewskich, na zakręcie była cukiernia, ‘schódki’, to tam -pamiętał- otrzymał dropsy. Po drugiej stronie torów była stacja kolei żelaznej z okazałym budynkiem stacyjnym. Za stacją ‘pałac’, którego tylko ruiny wyrastają teraz z ziemi, ale także ośrodek zdrowia, przychodnia, ‘dom kultury’ , ‘defiladowa’ ulica Chemiczna. Oczarowanie było jakby stanem łaski, właściwym dzieciństwu i sprawiającym, że oddychał i poruszał się w świecie odmienionym… Często skakał po korytarzu na drugim piętrze kamienic Kościelna 75 i Gospodarcza 8, które już mało kto pamięta… Każda chwila dni i nocy pozostawała w zasięgu tej symfonii… Z ‘chorób’, które wtedy czasem pojawiały się w miasteczku, można wymienić ‘zaglądanie do kieliszka’, ‘letarg’, ‘czyny partyjne’, wycieczki robotników fabryk ku kurortom, piękne ogrody, kolejki za mięsem na kartki, siostra skrytka. Nie było takich ‘chorób’ jak wykrwawienie się przy porodzie dziecka, czy ‘pojawienie się księży z innej planety’ itp. Czy ów obraz Klaudiusz odnajdywał w sobie? Nie, on go odtwarzał z wyblakłej już kliszy. Klaudiusz szedł prosto przed siebie, nie patrząc ani w prawo, ani w lewo. Marzył o spotkaniu Kasi. Odszukać pulchną Kasię? Już pewnie ją znaleźli inni. Muszę pomyśleć-powtarzał sobie-muszę pomyśleć. Otworzył kołowrót i wyszedł na ulicę. Przez pośpiech nie wziął nawet kapelusza. Włosy na czubku głowy miał przerzedzone, suche i łamliwe; pełno w nich było łupieżu. Jeszcze w tym tygodniu wyjechał daleko, do Pobierowa, nad Bałtyk w Polsce. Szedł szybko bez wyraźnego celu, ale w Pobierowie każda droga prowadzi nad morze… Zszedł kamiennymi schodami, lasem sosnowym nad morze. Pragnął być sam. Tego dnia wcześnie zamykano sklepy, toteż sklepiki frontem zwrócone do plaży, były już zamknięte. Wlókł się brzegiem asfaltu, szurając nogami po żwirze. -Nie będę sypał- powiedział głucho do fali, gdy nadpłynęła i cofnęła się… Przeszedł w cień pod molo, a tani fotograf zdjął go tam na migawkę i wcisnął mu do ręki kwitek. On nawet tego nie zauważył… Po mokrym, pociemniałym, gruboziarnistym piachu biegły w dal słupy żelazne, dźwigające ponad jego głową drogę szybkiego, fotoplastykony, oraz teraźniejsze ‘cuda techniki’. Spomiędzy filarów wprost na niego wyleciała mewa, ten przestraszony ptak, co zbłąkany w buszu wyrwał się z ciemności na światło słońca… Potem potknął się jeszcze o stary chodak i- by nie upaść- wsparł się ręką o kamienie. Tu, pod filarami, gdzie nie docierało nigdy ciepło słońca, skrył się cały chłód morza. W końcu wyszedł z cienia i znowu wdrapał się na promenadę. Dzisiaj jeszcze nie ma w Pobierowie lepszej promenady i Zachodniego Mola. A szkoda. Ale Klaudiusz go tam widział. Dalej, był tam jego pensjonat. Słońce schodziło już za morze. Lecz zmierzch bywa różny, i widnokrąg o zachodzie barwi się rozmaicie, w zależności od losu człowieka. Bladozielone kopuły Pawilonu płynęły nad zakurzonymi drzewami niby fale…

Widok ze wzgórza Pincio

Stanisław Barszczak, Cytadela rzymskiej jedności

Podczas obecnej dziękczynnej pielgrzymki do Rzymu za pięćdziesiąt lat życia i wizyty u grobów Świętych Apostołów z podziękowaniem za dwadzieścia pięć lat mojego kapłaństwa, zwiedziłem jedną z największych atrakcji Rzymu, Villę Borghese. Do tego obiektu można wejść z 18 punktów, znajdujących się w różnych dzielnicach Włoch. Park, który należy do Villi zajmuje obszar 80 hektarów. Przez wielu, jest on uznawany za najwspanialszy park świata. Można w nim zobaczyć drzewa i krzewy ukształtowane w geometryczne figury. Znajdują się tutaj ogrody w stylu angielskim, łąki i gaje , które odzwierciedlają pozamiejskie pejzaże. Jednakże wspaniała i bujna roślinność to nie jedyna atrakcja Villi Borghese. Nieopodal Viale dei Pupazzi zobaczyć można dwie cudowne, XVII- wieczne fontanny, zaś przy Piazza di Siena oczarowuje swym pięknem świątynia Diany. Wewnątrz świątyni podziwiać można posąg słynnej Afrodyty. Zwiedzając Villę Borghese podczas pielgrzymki do Rzymu obowiązkowym punktem jest także XVII- wieczny budynek Casina di Raffaello, z którego tarasów można podziwiać wspaniały widok na całą okolicę. To jednak nie wszystkie atrakcje jakie kryje w sobie Park. Ponieważ na jego terenie znajduje się także rzymski ogród zoologiczny, który powstał już na początku XIX wieku. Koniecznie zajrzeć trzeba również do Muzeum Villi, w którym znajduje się Galeria Borghese – muzeum państwowe w Rzymie, przechowujące znaczącą część kolekcji Borghese na które składało się malarstwo, rzeźba i antyki. Muzeum mieści się w Willi Borghese wchodzącej w skład zespołu pałacowo-parkowego. Kręgi nieba, góra i bolesna dolina – Raj, Czyściec i Piekło – są wszystkie naraz w Villi Borghese, o której powiemy dziś sobie więc tyle, ile chcemy sobie powiedzieć, nie więcej. O Villi Borghese można mówić na przykład na marginesie szkiców o piniach i o kardynale Scypionie, który wątpliwymi środkami stworzył niewątpliwie przejmującą kolekcję, z Caravaggiem, Berninim, Antonellem z Messyny, Rafaelem i kim tylko chcemy. Wszystkie te dzieła to jednak byłoby wciąż za mało wobec ambicji niektórych, by w jednym miejscu świata znaleźć wszystkie zaświaty, widoczne naraz, pogodzone w różnorodnym pejzażu. Cechą Villi, na którą rzadko się zwraca uwagę, jest jej naturalne zanurzenie w Mieście, bez przesadnych bram i ogrodzeń. Jak z lasu na polanę, z początku nie rozpoznaną i nieogarnioną, można wejść do niej, czyli do parku, od Porta Pinciana, czyli od via Vittorio Veneto, zostawiając za sobą blaski Dolce Vita, albo od drugiej strony, od via Giulia, mając za plecami Muzeum Etruskie i wydział architektury ze wspomnieniem rewolty 1968 roku. Można zacząć od Monti Parioli, od Piazzale Flaminio, i na kilka jeszcze sposobów, ale ja radzę od Piazza del Popolo, od stromej wspinaczki na sterczące nad placem Pincio. Na taras Pincio można wejść również sprytniej, mniej stromą drogą – od szczytu Schodów Hiszpańskich, wzdłuż Villa Medici, przecinając skwer Mickiewicza. Pierwsza droga jest trudna i krótka, druga długa i krajobrazowa, ale obie prowadzą na taras, z którego można spojrzeć na dachy Rzymu, na plac, przez filigran konturów par, które na Pincio właśnie całują się chyba najchętniej na świecie, a przynajmniej w Rzymie. Idąc dalej, wśród głów bohaterów narodowego zjednoczenia, mija się teatrzyk San Carlino, gdzie podobno neapolitańska grupa administrowana przez uzdolnionego Niemca, gra dla dzieci również polskie spektakle, o Chopinie i Smoku Wawelskim, mija się też kawiarnię dell’Orologio, w której pracuje bodaj najbardziej ‘brytyjski’ barman, mija się zegar wodny, wchodzi się na pomost nad ruchliwą arterią Muro Torto, następnie w wysadzaną magnoliami aleję, po której obu stronach otwierają się pierwsze połoniny niebios. Polegują na nich kochankowie, biwakują rodziny, leżakują do dojrzałości licealiści i studenci. W tej części parku, przepołowionego przez rondo delle Canestre, biją również źródła gwaru i hałasu. Tego, który da się znieść, czyli popisów wrotkarzy i rolkarzy (mistrzów w każdym wieku, którzy ustawiają sobie tory przeszkód i pokonują je podziwiani przez zakochane nastolatki i zachwyconych adeptów), i tych, które są zmorą parków i kurortów, czyli samochodów, które nie pozwalają się zagubić w myślach, bo mogłyby zgilotynizować zamyślonym nogi. Ale nie tutaj jeszcze bije ta rozpierająca piersi, do zachłyśnięcia, radość Villi Borghese, płynąca z harmonii nieba, wzgórza i bolesnej doliny. Po nią trzeba pójść dalej, w kierunku galerii, przechodząc przez rondo delle Canestre, z którego rozchodzą się drogi prowadzące na Piazza del Popolo i na via Vittorio Veneto, i po chwili zacznie rysować się ukochany spektakl. Lecz jeszcze pozwlekajmy, zajrzymy nad jeziorko po lewej, z kawiarnią, za którą jest plac z posągami pisarzy o imionach nieznanych w części, bo przecież Gogola i Sienkiewicza rozpoznamy z łatwością, zerknijmy też, po prawej, na rozczulające rozmiarami pokaźnej zabawki Cinema dei Piccoli, ‘Kino Maluchów’, lecz miejsce, które skupia w sobie wszystkie miejsca świata zaczyna się dopiero od maleńkiego wzgórza, na którym stoi tak zwany (myląco) Domek Rafaela, z kościółkiem i ośrodkiem zabaw dla dzieci. I kiedy tam staniesz, Wędrowcze, jak ja lubię stawać, albo usiądziesz, jak i ja lubię, na wielkim pniu niczym gigant powalony na trawę, zacznie się dla Ciebie ze zmysłową również ta wielka duchowa uczta. Usiądź a rozpoznaj teren. Polanka schodzi do placu Sieneńskiego, który nazywa się, jak się nazywa, dla przypomnienia, że rodzina Borghese pochodzi ze Sieny. Odbywają się tutaj zawody konne i koncerty, ale nie myśl o nich w tej chwili. Lekko bielejący budynek za krzakami, nieco po lewej, to teatr szekspirowski. Lecz najciekawsze jest to, co ukrywa się przed tobą na wprost – Valle Giulia, wąwóz, biegnący prostokątnie do Twojego wzroku. W tej scenerii spotkałem dwie turystki z pieskiem na spacerze. A niczym na jawie -parę młodych Włochów, którzy rozumieją się w mig. Chcą wiedzieć po co tu jestem. Obecność przeplata się w naszej bliskości z dyskretnym skrywaniem osobistych ambicji i jedynych uczuć podczas tego urokliwego dnia. Idę za nimi, pozostawiając za sobą ‘hipodrom’ . Oto kręgi nieba, czyli czasze pinii nad tobą. Oto wzgórze: na którym siedzisz. Oto bolesna dolina: do której zejdź natychmiast, kiedy już się napatrzysz. I kiedy będziesz nią schodził, ze świadomością, że cała sztuka i cała natura, wszystkie cienie i blaski kładą się na jej zboczach, i kiedy zobaczysz innych, którzy schodzą razem z tobą, choć niezależnie od ciebie, a wśród tych innych są nie tylko osoby ludzkie, lecz również psy, czasem konie, i kiedy do twoich uszu dotrą głosy zwierząt, ludzi i maszyn, zrozumiesz, że jesteś gdzieś wszędzie ze wszystkimi bez reszty. A przed tobą 15 mniejszych zabytkowych zabudowań, 13 małych budowli, dziesiątki fontann, pomników i rzeźb. Sama Villa Borghese znajduje się tedy w jednym z najstarszych i najpiękniejszych parków miasta, rozciągających się na przestrzeni 80 ha. Park składa się z obszarów o rozmaitym charakterze, ogrody o geometrycznych klombach, obszary ukształtowane malowniczo, typowe dla ogrodów angielskich, laki i małe lasy które przypominają pejzaż wsi około rzymskiej. Wycieczka po parku w letnie dni to doskonały pomysł na ucieczką od tłoku stolicy rzymskiej. Można się tutaj doskonale zrelaksować i nabrać sił do kolejnego etapu zwiedzania. Podziwiałem ten park z nutką poezji, z naszym Jankiem Lechoniem.. „Ogród, z którego jesień wszystkie zdarła wdzięki, Drzew wierzchołki strzaskane, bielejące kości, Marmurowy Apollo bez głowy i ręki i podarte sztandary szumiące w ciemności. Miłość, która jak wicher przez dusze przewiała, łzy piła, jak zwierz była, co krew naszą chłeptał, wiarołomne przysięgi, któreś mi szeptała, zaklęcia, w którem wierzył i sam je podeptał. A nad ową otchłanią, gdzie się razem stacza, zło i dobro i w trupiej rozkłada się pleśni, głos się wznosi, co wszystko wskrzesza i przebacza; ‘Ach! musi umrzeć w życiu, co ma powstać w pieśni’. Zespół parkowy powstał z woli właściciela Pałacyku Książęcego (Casino Nobile) siostrzeńca papieża Pawła V Kardynała Scipiona Borghese dla pomieszczenia jego słynnej kolekcji sztuki. Pałac został ukończony w 1616. Architektem budynku był Flaminio Ponzio, chociaż wkład w projekt miał również flamandzki architekt Giovanni Vasanzio. Vasanzio jest autorem fasady, Ponzio zadecydował o proporcjach pomieszczeń i doryckim porządku zewnętrza. Gromadzenie zbioru rozpoczął kardynał Scipione Borghese, siostrzeniec papieża Pawła V. Dla niego też została zbudowana Villa Borghese, gdzie aktualnie mieści się galeria. Scipione był jednym z pierwszych mecenasów Berniniego oraz wielbicielem sztuki Caravaggia co znalazło odbicie w zawartości kolekcji. W 1807 książę Camillo Borghese sprzedał część kolekcji Napoleonowi Bonaparte, to jest 154 posągów, 160 popiersi, 170 płaskorzeźb, 30 kolumn i rozmaitych waz. Sprzedane działa utworzyły Kolekcję Borghese w Luwrze. W 1827 książę Camillo zakupił w Paryżu słynną Danae Correggia. Głównym celem naszej wizyty jest zapoznanie sie z kolekcją, która została udostępniona publiczności dopiero w 1903 roku. Tu znajdują sie rzeźby młodego Berniniego: “David”, “Porwanie Dafne”, “Pluto i Proserpina”; rzeźbiarski akt Paoliny Bonaparte dzieło Canowy, kolekcja obrazów Tycjana, Rafaela, Caravaggio oraz wielu innych. Przechodzę w kierunku Villi Borghese. Wspomniałem na przypadek Charle’a Bukowskiego: „/…/ Nagle jakaś mniej więcej piętnastolatka w ciasnych niebieskich dżinsach, które ściskają jej tyłek jak dwie dłonie, wychodzi na jezdnię tuż przed moim wozem, zatrzymuję się, żeby dać jej przejść, kiedy przyglądam się jej falującym kształtom, rzuca przekrwione spojrzenie przez przednią szybę, prosto na mnie wydyma największą różową kulę balonówy jaką w życiu widziałem, a ja przez radio z samochodu słucham Beethovena. Wchodzi do sklepiku spożywczego i już jej nie ma, a ja zostaję z Ludwigiem.” Kiedy przemierzałem kolejne sale w gościnnym Muzeum, znów ujrzałem moich nastolatków. Widzę tę dziewczynę na obrazach kąpiącej się Diany. Jej chłopaka jako rozlegającego się na posłaniu aniołka pogrążonego w jemu tylko znanym śnie o miłości. Tycjan wydał mi się zbyt naturalny w odmalowywaniu życia, Bassano z kolei -mi najbliższym, przez sam fakt nieskrępowanych a zadurzonych jak w letargu apostołów, z świętym Janem śpiącym wygodnie przed Chrystusem. Podziwiałem z nimi ich przyjemne chwile przeżywane z mistrzem, naszym Panem, na ostatniej wieczerzy. Przedstawieni w Galerii Borghese malarze ukazują narodzenie Jezusa z perspektywą najczęściej po lewej stronie przecudnej krainy. Ujrzałem tutaj świętego Piotra z ‘małą’ głową a z wielkim kluczem w ręce; świętego Pawła rzuconego na ziemię na momentalnie rozjaśnionej polanie pośród drzew, małego Jana i Jezuska bawiących się razem; ekstazy świętej Katarzyny; świętego Józefa pozostającego nieco w cieniu Maryi; Józefa Egipskiego z żoną Putyfara (jakby odwzorowanie języka miłości mojej pary); świętego Hieronima i świętego Krzysztofa wspólnie stojących pod krzyżem Chrystusowym; uczniów zdążających do Emaus, których w zamaszystym kroku wyprzedza Pan Jezus, a oni go doganiają; Chrystusa na weselu w Kanie, jak wydaje polecenia do sług uczty z jednego rogu wielkiego stołu; pietę- cześć ołtarzową z przedstawionymi św. Antonim, świętą Elżbietą Węgierską… Kolosseum Canaletta. Wydaje mi się, że wkroczyliśmy obecnie w wielką epokę świętego Jana Chrzciciela, który głosi dalej wielkie kazania o wchodzącym w nasze życie Jezusie. Z obrazów w Galerii Borghese przeświecała prawda, że ten Jezus musiał zmartwychwstać, „bo próżna byłaby nasza wiara!” Nie, nie. A właśnie z powodu wejścia przez nas na szczyty nieosiągalne. W przedstawianiu zmartwychwstałego Chrystusa wiele postaci zastygło w pozach zaskoczonych, tu widać kogoś głowę, tam nogi czy odwrócone ręce, a wszyscy zastygli w działaniu jakby w różnych kierunkach, nie ma tu żadnej symetrii. Gdy zszedłem na parter pozostawałem pod ogromnym urokiem marmurowych figur Jana Wawrzyńca Berniniego. Po dwóch godzinach podczas tej jedynej podróży w czasie, musiałem wrócić na ziemię. Moi kochani. W końcu chcę jeszcze Wam powiedzieć, że spotkałem ten Rzym nieco inny wieczorem. Widzicie, wciąż myślą podążam na spacer po Rzymie jakby ostatnim razem. Marzą mi się spacery z wami, i pewnego dnia podobne widoki: Piazza del Popolo, Kościół S. Maria del Popolo, Villa Borghese, Trinita dei Monti, Schody Hiszpańskie. W dniu drugim zwiedzanie Watykanu: Vialle della Conciliazione, Most i Zamek Anioła, Bazylika św. Piotra, groby papieskie, wyjazd na kopułę Bazyliki oraz wieczorem: Bazylika Santa Maria Maggiore, Święte Schody, Bazylika św. Jana na Lateranie . W dniu trzecim Muzeum Watykańskie (rano), Forum Romanum, Piazza Venezia, Ołtarz Ojczyzny, Koloseum, Kapitol, kościoły: Santa Maria di Aracoeli, św. Piotra w Okowach, Bocca di Verità (Usta Prawdy); odpoczynek w południe w Circo Massimo lub Termach Karakalli. W dniu czwartym: Bazylika św. Pawła za Murami, a następnie pociągiem ze stacji Basilica San Paolo (ta sama co linii metra) do Ostaia Antica; tam zwiedzanie niczym w Pompejach ruin starożytnej Ostii. Wersja letnia: rano pobyt nad morzem w Ostii – dojazd metrem B do stacji Piramide lub Basilica San Paolo i przesiadka na pociąg do Ostii, wysiadka na Lido Centro lub na którejkolwiek z następnych stacji i udanie się na plażę. A było się tam, a jakże! Wszak obecnie już po raz siódmy byłem w wiecznym mieście. W drodze powrotnej Bazylika św. Pawła za Murami. Wieczór – spacer spod Koloseum w kierunku Fontanny di Trevi (oczywiście z kupnem loda) albo w kierunku Piazza Navona. W końcu w dniu piątym przed południem: kościół św. Andrzeja na Kwirynale z relikwiami św. Stanisława Kostki, pierwowzór baroku – Bazylika Il Gesù, Panteon, Piazza Navona, następnie Anioł Pański z papieżem, później Campo di Fiori. Nie orientuję się czy powędrowalibyście ze mną przez wszystkie słynne siedem wzgórz Rzymu, a mianowicie: Awentyn, Palatyn, Kwirynał, Wiminał, Celius, Eskwilin, Kapitol. Ale z pewnością tą drogą bylibyście zauroczeni. „Od cienistego schodziłem klasztoru…W dole, na Forum, chłodny cień wieczoru. Na Kapitolu – ostatni błysk słońca! Na Palatynie zieleń ciemniejąca, na tle niebiosów jasnych, przypomina półfantastyczne obrazy Boecklina. Niżej kolumny pośród ciętych cisów, białe z marmuru i czarne z cyprysów. Nad całym miastem mrok i fiolety, po Corso stępem wracają karety z Villa Borghese. Wśród zgiełku i wrzawy w oczy dam rzymskich patrzy tłum ciekawy. Szare ulice purpurą swą plami Collegium z wolna idące parami, i nad niepokój wieczornego miastakopuła, wznosząc złoty krzyż, urasta.” W Rzymie bywałem również z J. Parandowskim, J. Iwaszkiewiczem, M. Wańkowiczem, z obrazami wyjętymi z filmu „Bitwa pod Anzio”, niczym Eneasz, który unosi z płonącej Troi swojego słabego ojca, obok biegł jego syn, a z tyłu tuż za nimi jego żona. Kiedyś Tadeusz Konwicki napisał: “Bogowie są dobrzy, gdyż boskość to bezruch. Wszelkie zło bierze się z ruchu. Ruch w tym mikrokosmosie powoduje zmiany, a zmienności towarzyszy ból”. “Jestem tylko echem, co przenosi w wieczność wasz ludzki płacz. Może jedynie to stanowi istotę boskości”. Niech i tak będzie.

Die Liebe der Kirche

Stanisław Barszczak, Die Kirche war immer der Mann

War das für Sie als Holocaustüberlebende eine besondere Verpflichtung, weil Sie Ausgrenzung am eigenen Leib erfahren mussten? Channa Birnfeld, Zeitzeugin und Holocaust-Überlebende im Gespräch mit Dr. Sybille Krafft spiegelte sich auf diese und andere Fragen. Wir durften nicht mehr in die Schule gehen, meine Geschwister, die auf der Universität waren, mussten die Uni verlassen. Allerdings hatten Sie dann das große Pech, dass die Kühe, die sie hatten, einer Epidemie zum Opfer fielen. Da es dort nicht für sie alle Arbeitsplätze gab, haben sie sich getrennt: Jeder versuchte irgendwo, irgendwie auf eigene Faust Arbeit zu finden…-Was wussten Sie denn damals überhaupt von Nazi-Deutschland? -Die Reichspogromnacht vom November 1938 war ja schon längst vorbei: Wie viel wussten Sie? Wussten Sie, wie bedroht Sie sind? Ich muss Ihnen gestehen, dass ich damals mit meinen 18 Jahren sehr unbedarft gewesen bin. Dort in dieser Gegend der Welt haben damals die 18-Jährigen nur sehr wenig Zeitung gelesen. Und wenn sie Zeitung gelesen haben, dann hat sie natürlich nur die Berichterstattung über Kino und Theater interessiert. Aber wir wussten doch, dass es schlimm um uns steht. In das Haus, in dem wir wohnten, kam nun auch eine Familie aus Österreich, eine jüdische Familie, die aus Österreich geflüchtet war. Das Wort “Flüchtling” gab es also bereits bei uns. Aus meinen jugendlichen Erfahrungen ich erinnere mich wie zu Ząbkowice in den 1970er Jahren im vergangenen Jahrhundert dieRückkehrer aus dem Osten, aus Weißrussland, Litauen angekommen sind. Sie lebten in der Nähe von uns, und ich hatte das Bild von einigen der Leute-Pilger. Karaimowie, deren Geschichte ich vor fünf Jahren in Trakai in Litauen traf, erinnerte mich die Geschichte dieser Menschen. Alles war breit, danach umfangreich, auch die Spuren aus Russland in eine neue Eisen und Stahl Huta Katowice, der mit große Anstrengung von Mitteln und Kraft menschlichen gebaut worden ist. Horizont war immens, der am Konklave Polnischen Papstes in Oktober 1978 gab. Ich persönlich las dann mit Aufmerksamkeit die viele Zeitschriften und Zeitungen, beobachtete gute Filme und Theater in der polnischen Fernsehen. Aber zurück zu der Geschichte über das Leben der Mrs. Channa.- Und dann kam der Tag, an dem die deutsche Wehrmacht einmarschiert ist: Das war der 19. März 1944. Können Sie sich noch an diesen Tag, der Ihr weiteres Leben so verändert hat, erinnern? Ich kann mich noch sehr gut an diesen Tag erinnern. Es gab teilweise eine Euphorie, die aber nicht sehr weit verbreitet war. Vor allem aber waren wir bedrückt, und wir Juden sowieso. Denn wir fürchteten uns vor dem, was nun kommen würde. Wir hatten ja bereits seit 1940 unter dem ungarischen Regime genug gelitten, denn wir hatten z. B. von den höheren staatlichen Schulen abgehen müssen: Für uns war dann extra ein jüdisches Gymnasium errichtet worden. Wir hatten also ganz schlechte Vorahnungen als die Deutschen einmarschierten. In meinem Leben war so ein besonderer Tag ein Sprung-Umzug von Mom und mich nach Krakau, Kozłówek, am 20. März 1991.- Bevor Sie ins Getto gekommen waren, Dr. Sybille Krafft Holocaust-Überlebende fragte, hatten Sie ja all Ihre Habseligkeiten und Ihr Eigentum zurücklassen müssen. In diesem Ghetto blieben Sie jedoch nur drei Wochen, und dann kam der große Transport. Ja. Wie war das? Wohin ging dieser Transport, wohin dachten Sie, dass Sie gebracht werden mit Ihrer Familie? Wir dachten nicht wirklich konkret nach, jedenfalls zumindest ich nicht. Man hat stattdessen einfach so in den Tag hineingelebt und hat gehofft und gehofft und gehofft. Aber eines Tages wurden wir eben doch zu Fuß zum Bahnhof geführt: Dort mussten wir in Viehwaggons einsteigen. Wir waren sehr, sehr viele Menschen jeweils in diesen Viehwaggons. Vier Tage und Nächte dauerte diese Fahrt, ohne dass wir gewusst hätten, wohin es geht. Als wir an die Grenze kamen, kam an dieses kleine Fenster am Viehwaggon ein ungarischer Zöllner und sagte zu uns: “Wenn ihr noch irgendwelchen Schmuck habt, gebt ihn mir, denn das wird euch sowieso alles weggenommen.” Nun ja, das war schon ein ganz schlechtes Zeichen. Die Fahrt ging Tag und Nacht weiter und eines Nachmittags sind wir dann irgendwo angekommen. Wir mussten im Waggon bleiben, in diesem Waggon waren zwei Kübel, je einer links und rechts. Sie waren schnell voll geworden, waren inzwischen übergelaufen. Und sie stanken natürlich grausam, das ist klar. Erst als es dunkel wurde, wurden dann die Türen aufgerissen und es hieß: “Los! Los!” Dort habe ich zum ersten Mal dieses Wort “los!” gehört. Wir hatten zwar in der Schule Deutschunterricht gehabt, aber das Wort “los!” hatten wir nicht gelernt.  Als diese Transporte damals stattfanden, hat man ja innerhalb weniger Monate insgesamt an die 500000 ungarische Juden deportiert. Lieber Leser, wenn ich war in Ząbkowice eines Tages ich besuchte eine Frau, Maria, der auf die Pfarrei in Ujejsce wohnte, und sie sprach mit mir über seine Rückkehr solche Wagen am Ende der Hitlerische Besatzung in Polen nach Hause. Die Lage war sehr ähnlich.- Das waren gerade mal sechs Wochen! -Diese Menschen wurden in die Deportationslager, in die Vernichtungslager deportiert. Aber diese Lager waren ja ohnehin bereits übervoll, sodass ein Großteil der Ankommenden sofort weiter in die Gaskammern getrieben wurde.-Laut Statistik wurden 87 Prozent der ungarischen Juden sofort ermordet. Was ist mit Ihrer Familie bei der Ankunft passiert?- Wie gesagt, es hieß “Los! Los!” und wir sprangen aus dem Waggon. Sofort mussten wir uns aufteilen, die Frauen nach links, die Männer nach rechts. Und dann kamen so merkwürdige Gestalten in Pyjamas an und stupsten uns hin und her. Wir wussten nicht sofort, was sie meinten, bis uns klar wurde, dass wir uns in Fünferreihen aufzustellen hatten. Wir marschierten also in Fünferreihen los und diese Leute in den Pyjamas sagten, wenn sie Frauen mit kleinen Kindern sahen, zu uns auf Jiddisch: “Gib dein Kind deiner Mutter, gibt dein Kind deiner Schwiegermutter!” Die Frauen verstanden nicht, warum und weshalb sie das tun sollten, aber es herrschte einfach Panik und alles musste ja schnell, schnell gehen. Also machten sie, was ihnen diese Pyjama-Menschen sagten. Wir marschierten also in Fünferreihen, wobei es zufälligerweise so war, dass ich links in der Reihe marschierte und rechts von mir waren meine Mutter und meine Schwester und zwei mir unbekannte Frauen. Als wir im Dunklen dort vorne ankamen, wartete unter einer Laterne ein SS-Offizier auf uns. An mehr kann ich mich jedenfalls nicht erinnern. Dieser SS-Offizier guckte in unsere Gesichter: Ich war ja jung und stand links in der Reihe. Mich schickte er auf die Seite, während die anderen vier weitergehen mussten. Meine Schwester hatte aber das Gefühl: “Das Kind” – damals war ich für sie noch ein Kind – “hat bestimmt Angst in dieser Dunkelheit.” Deswegen drehte sie sich nach einigen Schritten nach mir um: und zwar hinter dem Rücken meiner Mutter. Dabei fiel das Licht der Laterne auf ihr Gesicht: Sie war blond und jung und hübsch, woraufhin dieser SS-Mann zwei Schritte nach vorne machte, sie am Ellenbogen fasste und auf meine Seite zog. Dann hörte ich, wie jemand meinen Namen rief: Ich drehte mich um und sie lief mir einfach hinterher. Später hat sie mir dann erzählt, dass unsere Mutter in diesem Moment gesagt hat: “Ja, wohin bringen Sie denn die beiden? Das sind doch meine Töchter!” Sie bekam zur Antwort: “Das macht nichts, morgen siehst du sie wieder!” So hatte ich jedenfalls das große Glück, dass ich meine Schwester an meiner Seite hatte.- Was haben Sie gedacht, was mit Ihrer Mutter und mit Ihrem Vater geschehen ist? Und wann hatten Sie Gewissheit, was mit ihnen passiert war? Gar nichts habe ich gedacht, denn man konnte sich einfach nicht vorstellen, dass man da an etwas sehr, sehr Schlimmes denken muss. Nach zwei Tagen fragten wir dann aber unsere Blockälteste: Sie zeigte nur mit dem Daumen nach oben. Wir fragten sie, was diese Handbewegung bedeute. “Na ja, sie sind durch den Schornstein gegangen”, gab sie uns zur Antwort. Wir erwiderten, dass doch kein Mensch durch den Schornstein passt. Daraufhin sagte sie: “Ja seid ihr denn verrückt? Die sind verbrannt worden!” Sie wurden dann zusammen mit Ihrer Schwester und Ihrer Tante im Frauenteil von Auschwitz-Birkenau untergebracht. Das, was Ihnen dort alles passiert ist, wie man untergebracht war, welche “Verpflegung” es gegeben hat, ist bereits häufig geschildert worden. Was war unter all diesen schlimmen Umständen für Sie das Schlimmste? Am Anfang war das Schlimmste, dass wir unten auf der Pritsche lagen. Wir durften ja nur einmal am Tag für wenige Sekunden auf den Lokus gehen. Da wir Frauen dort in den Baracken ohne Unterwäsche leben mussten, passierte es eben, dass von oben “Wasser” nach unten lief. Später gelang es uns dann, nach oben in die oberste Pritsche zu kommen. Das war eine große Erleichterung für uns beide. Am schlimmsten aber war, dass wir dann anfingen, tatsächlich Angst zu haben, und zwar richtig Angst. Es gab Selektionen, bei denen es hieß: “Los! Los! Raus!” Wir hatten Angst, dass man uns unsere Schuhe stiehlt, denn wir wussten: Ohne Schuhe sind wir verloren!- Eines Tages im Mai 1944 musste Ihre Familie dann ins Getto nach Klausenburg. Was hat das für Sie bedeutet? Das war etwas Schreckliches, das war furchtbar. Früh am Morgen wurden wir abgeholt: Wir mussten alles zurücklassen, mussten sogar noch den Schlüssel ins Türschloss stecken. Wir wurden auf einen Lieferwagen verladen und fuhren durch eine kleine Straße. Dabei saßen wir oben auf diesem offenen Lieferwagen und ich sah auf einmal eine Frau. Heute sagen wir “Roma”, damals nannten wir solche Frauen “Zigeunerinnen”. Sie hatte eine Pfeife im Mund. Als sie uns nachschaute, wischte sie sich die Tränen aus dem Gesicht. Ich dachte mir: “Oh weh, oh weh, wenn sie unseretwegen weint, was wird uns dann erwarten?” Ich hatte also ein ganz schlechtes Gefühl und hatte eine ganz negative Erwartung. Lieber Leserinnen. Vor kurzem habe ich bei der Beerdigung gesehen der junge gesehen, der schrie über dem Grab des die Großeltern. In meinem Leben hatte ich licht Angst immer, über die Zukunft, aber sogar heute… Dies ist noch nicht gut, okay, die Kirche in diesen Zeiten, sie auch nicht helfen mir kann, um dieses Gefühl zu überwinden. -Na ja, dieses Getto bestand nicht aus Häusern, sondern das war eine ehemalige große Ziegelei: Man wusste schon, dass man uns dort nicht lange halten werde. Das war schrecklich: Es gab nur ein Dach und ansonsten war dort alles offen. Einige Mütter haben dann versucht, mit irgendwelchen Laken die Seiten des Gebäudes abzudichten…Und dann kam eines Tages endlich die lange ersehnte Befreiung. Wie haben Sie diesen Tag erlebt, mit welchen Gefühlen? Am Nachmittag hörten wir ein merkwürdiges Geräusch und öffneten deswegen die Tür: Das war der erste amerikanische Panzer! Der Panzerfahrer sagte zu uns: “Ihr seid frei! Aber der Krieg ist noch nicht zu Ende. Geht bloß nicht raus.” Wir haben weder gesungen noch getanzt noch irgendwelche Freudenausbrüche gehabt. Es war wohl ein Stein gefallen von unserer Seele, aber diese Ungewissheit, diese Apathie, die in uns steckte – denn wenn man so sehr hungert und friert, wird man einfach apathisch, hat in uns keine große Freude aufkommen lassen…Wir waren aber ohnehin nicht auf die Leute neugierig, sondern auf etwas anderes. Ich weiß nicht, ob ich das erklären kann: Wir wollten uns lediglich versichern, dass die Welt wirklich noch besteht, dass es noch Häuser gibt, dass es noch Vögel gibt, dass es überhaupt noch Menschen gibt, dass die Welt eben nicht untergegangen ist mit uns. Das hat uns viel mehr interessiert…Wie schwer fällt heute die Erinnerung nach so vielen Jahren? Die Erinnerung an was? An Ihre Lagerzeit, an Ihr Leben, das eigentlich ganz anders hätte verlaufen sollen? Ich habe diese Zeit im Lager jahrzehntelang verdrängt. Das ging so lange, bis ich schließlich überredet wurde, doch einmal mit nach Dachau zu kommen, um diesen sogenannten Gedenkmarsch mitzumachen. Zu diesem Gedenkmarsch kamen so viele Leute, ältere Leute, aber auch so viele junge Leute und marschierten mit uns und suchten das Gespräch mit uns. Dies hat dann bei mir sozusagen eine Tür geöffnet: Seitdem fange ich an, auch darüber zu sprechen. Wir haben nämlich auch untereinander Jahrzehnte lang nicht darüber gesprochen. Wir wohnten zusammen in einer Familie und alle Familienmitglieder waren im Lager gewesen, auch die Freunde um uns herum waren im Lager gewesen, aber wir haben niemals darüber gesprochen. Wir alle hatten das unausgesprochene Gefühl: “Das ist vorbei! Schluss!” Wir gaben uns wirklich Mühe und wir redeten uns ein, dass wir genauso normale Menschen wären wie alle anderen auch. Aber das stimmte nicht. Wir haben eben doch einen “Tick” mitgenommen aus dieser Zeit, wie Channa Birnfeld, Zeitzeugin und Holocaust-Überlebende im Gespräch mit Dr. Sybille Krafft gesagt hatte. Diese Gefühle der Krieg hatte ich auch in Friedenszeiten. In meinem Leben habe ich gegangen West Polen ze sehen, meine Heimat. Nach Jahren wieder Szczecin, Rzepin angezeigt. Breslau, damals gab es sehr große Rüstungsbetriebe. Wie war denn dann, als ich befreit war, der erste Kontakt mit der Bevölkerung, mit der Kirche? Wenn ich kam, da war schon bereits eine Kirche. Deshalb möchte ich ihm treu bis zum Ende meiner Tage bleiben. Ich bin davon überzeugt, dass das Leben ist langweilig, aber die Literatur, die Geschichte von Kirche ist nich langweilig. Dr. phil. Christoph Quarch sagte: Schon lange beschäftigt mich die Frage nach dem Glück. Und dabei habe ich mir irgendwann überlegt: Wie wäre es, wenn wir unser ganzes Leben so leben könnten wie Verliebte, wie ein verliebter Mensch? Mit einem offenen Herzen, mit der Begeisterungsfähigkeit eines Verliebten, der die Welt in einem anderen Licht sieht, der sich an der Welt erfreuen kann und der darin glücklich wird. Wir verlieben uns ins Schöne; und das Schöne wird dadurch schön, dass wir uns in es verlieben. Wenn ich in meinen Büchern für eine Kultur der Schönheit werbe, dann geht es mir dabei um eine Lebenspraxis, die es bewusst darauf anlegt, Schönheit zu inszenieren, Schönheit im Leben zu integrieren; um dadurch ein Feld zu schaffen, das uns öffnet – das Herz bereit macht und aufbricht. Damit wir uns dann auch tatsächlich verlieben können. Das körperliches Lebenskunst eines Mannes heißt nicht, über das Leben hinauszukommen in höhere Bewusstseinssphären, wo wir eine Alleinheit erfahren. Auch solche Erfahrungen sind wichtig, aber sie sind nach meinem Ermessen nicht das Entscheidende für unser Glück hier und jetzt. Zu diesem Glück braucht es das liebende In-Verbindung-Treten mit der Welt in ihrer Konkretion und Paradoxie: mit anderen Menschen, mit der ganzen Natur, mit der Schöpfung, mit allem was ist. Der Weg dahin bedeutet vor allem: die Schönheit in alledem erkennen – die Schönheit, die uns ja sagen lässt, zu dem, was uns dort begegnet. Und in dem Maße, in dem es uns gelingt, zum Leben und zu uns selbst ja zu sagen und mit uns und der Welt im Einklang zu sein, in dem Maße sind wir glücklich. In diesem Sinne meine ich, dass der Liebe Weg ein spiritueller Weg ist, der uns mit unserem menschlichen Potential in Verbindung treten lässt und es zur Blüte bringt. Ein blühender Mensch ist das, was mir als das Ziel eines körperlichen Lebenskunst  Lebensweges vor Augen steht. aus der Vergangenheit erinnern wir wieder einmal nur gestohlene Gärten unseres Bewusstseins, und Ich würde Ihnen über sie sagen, in der Zwischenzeit. Über das, wie der junge Jesus in der Tür stand, spielte er auf der Straße, berühren ihre Hände diese Steine, kletterte, näherte sich die Berge, nach diesen Hügeln von Nazaret…Ich will zeigen, dass ich etwas für Menschen wichtig. Zeit lief, Ewigkeit erwartet. Jeder hat das, was er mindestens abhängt, ein Los denn gibt einem anderem, was man wünscht, die meisten . Genug für heute, die Rede von Herzen fertig ist.

Tytuł 60

Stanislaw Barszczak, Ballade to The Our Lady

I

In a town of the steppes where I found exceedingly merry and happy life of my childhood, the best and the brightest spot was the forest(resp.end). Often did I use to walk there, first to lay on some thick, rich, sweet-smelling grass; second berries to collect, making then love with the girlfriend of my dreams. You had to go through the beautifully cornfields. As looking backwards, you had a view of our Church and several hills around. In the game show the left hand was a cemetery. That time I could discern through openings in the curtain of verdure a belfry’s gilded cross which reared itself solemnly over crosses and memorials. At the foot of those memorials the sacramental vestment of the cemetery was studded with a kaleidoscopic sheen of flowers over which bees and wasps were so hovering and humming that the grass’s sad. I did not hear the birds, only cuckoo. I have seen pigeons, and yes. Beyond the wall of the cemetery the blue void of the firmament was pierced with smoky chimneys of the glass factories, the roofs of which showed up like colored stains against the darker rags and tatters of other buildings; while blinking in the sunlight I could discern windows which looked to me like watchful eyes. On the nearer side of the wall was a sparse strip of turf dotted over with ragged, withered, tremulous stems, and beyond this, again, lay the site of a burnt building which constituted a black patch of earth-heaps, broken stoves, dull grey ashes, and coal dust. Viewed toward the gravesite suddenly somebody halted on the path, sternly extending a hand towards a white stone monument near us, one read aloud: “Under this cross there lies buried the body of the respected citizen and servant of God.” On the white sides of the memorial-stones, the setting sun was casting warm lurid reflections. Moreover, everything around us seemed curiously to have swelled and grown larger and softer and less cold of outline; the whole scene, though as motionless as ever, appeared to have taken on a sort of bright-red humidity, and deposited that humidity in purple, scintillating, quivering dew on the turf’s various spikes and tufts. Gradually, also, the shadows were deepening and lengthening, while on the further side of the cemetery wall a cow lowed at intervals…I remember, when I was a high school boy in the sixth class, I was walking with her the village in the Katowice region near the great Steel Mills. It was a sultry, languidly dreary day of September. Our eyes were glued together, and our mouths were parched from the heat and the dry burning wind which drove clouds of dust to meet us; one did not want to look or speak or think. Her name was Lidia. Our eyes were glued together, and our mouths were parched from the heat and the dry burning wind which drove clouds of dust to meet us; one did not want to look or speak or think. And we went into the forest, where were the small trees. I was with her, wandering aimlessly. Suddenly I was awakened with the sound of blows being struck against the ground near my head. At a time I had had the thoughts of lust, even sensible view donated to me girl already. I but had for a while, on this sunny, southern time, a view of my mother also. Face then struck me branch birch. At first my eyes remained blinded with unfathomable brightness, that hit from heaven, and could not discern what the matter was. The only thing that I could see amid the golden glare of the June sunlight was a wavering blur which at intervals seemed to adhere to a tree. Raising but myself to a standing posture, I found crazy about this girl. I’d welcome her more and more. Presently, however, against my wish, indeed, that wavering blur resolved itself into a little, poor girl, neutral on my sensible desire of hers…Never in my life have I seen a greater occasion to be loved than that very day. I knew that they would be a good hour getting the big friendship; that Mom would be not less than an hour returning from a factory home, and then would laundered clothes from Mrs. Irena for seven or eight hours, the same working hours as mill glass marketing before a noon; that I should waste a quarter of the day waiting, after which there would be again the heat, the dust. I still even heard the muttering of the two voices, Mrs. Irena and Mom in my ears during this afternoon. Lidia was a girl of thirteen in a simple cotton dress. She had long chestnut hair, and standing now with her back to me, and all I could see was that she was of a slender figure, and that her little bare heels were covered by long trousers. I took little air into the lungs, and felt all at once as though a wind were blowing over my soul and blowing away all the impressions of the day with their dust and dreariness. I saw the bewitching features of the most beautiful face I have ever met before in real life or in my dreams. It stood a beauty, and I recognized that at the first glance as I should have recognized lightning. “All gaze at the sunset, and every one of them thinks it terribly beautiful, but no one knows or can say in what its beauty lies.” At first I felt hurt and abashed that Lidia took no notice of me, but was all the time looking down. As I said, she did not even look at me at this moment.; it seemed to me as though a peculiar atmosphere, proud and happy, separated her from me and jealously screened her from my eyes. I was conscious only of the its healthy rural girls’ step in the passage and in the forest behind me…This was supposed to be love, my first time. But Lidia was not prepared for it. The three hours of waiting passed unnoticed. It seemed to me that I had not had time to look properly at Lidia. I don’t know how it happened, but this afternoon I found quickly back in the house. The wet bed linen and clothing I saw after the clock house. Mrs. Irena shouted to Mom: “whether or not is something yet to washing?” Mom helped her as she could, till night to wash everything. While all the topics of a busy day have been over, Mrs. Irena has opened the door and she moved to yourself. Mom and me we went to sleep in silence as though we were angry with one another. In our home was white at night, because of pure underwear and bed linen. II Another time, after I had become a priest, I was traveling by car to the north an Our Lady of Sorrows, it seemed the Madonna of Częstochowa have appeared me in the way at Rząśnia near Piotrków Trybunalski. It was May. Then I got out of the car in the garage, to walk about the rectory. The shades of evening were already lying on the parish garden, and on the fields; the garden screened off the sunset, one could see the sun had not yet quite vanished. I noticed that the a few people were standing or walking near the church. Among the curious whom I met near this day I saw, however, an intelligent man with his dog, cordial, and sympathetic fellow, as people mostly are whom we meet on our life travels by chance and with whom we are not long acquainted. I only wished to him good day. Then I walked up and down the path I prayed breviary. Suddenly I saw a feminine figure. Bejewelled in black robes, the Mother of God holds no Child in her arm. The brightness of her mind hit me in time. I’d welcome her very much. The Black Madonna can be seen with various icon covers depending upon the season or holiday. The jeweled covers are examples of rich artwork and images of the Black Madonna wearing all of them can be purchased in the monastery’s gift shop. Also take note of the amber rosaries that hang from the wall around the chapel and add a warm glow to the already rich surroundings. The dark tones of the Black Madonna’s skin are attributed to a legend that describes a fire that damaged the monastery but left the icon unscathed except for the discoloration of the pigments of the painting. The darkness of her face is ascribed to various conditions, accumulated residue from candles, of which its age is primary. Somebody opines: the shrine was destroyed by fire, but the picture was not burned, however, the flames and smoke had darkened it and from that day it has been known as the “Black Madonna.” An art historian who studied the image, believed that the present image was restored in the nineteenth century and painted somewhat darker than previously. Adding to all this confusion, a notable Swiss copy, kept in the Hospice of the Great St. Bernard Pass, is much darker than the version in Jasna Gora, while a copy at a shrine in Doylestown, Pennsylvania is depicted in lighter flesh tones. I saw her in black while going to the Church, which is located behind a gate in the wall. The Virgin Mary with darkened skin. So, the Virgin’s darkened face and hands. When I want to hug, striving for her upraised right hand, she significantly prohibits to touch her, as the mother of a child it does. Perhaps all that may be said of Our Lady is that she may be called black, but she is certainly beautiful. Her miraculous reputation, though, is beyond dispute, I suppose. “I am black but beautiful” Our Lady of Częstochowa at this moment would said certainly. With an intensity of stare that knows suffering past and suffering to come, this is no woman of timidity, but a woman of steel. Protected by concrete brick gate in the Wall, the Virgin has a stilling effect on me. She demands attention, complete attention. I was pierced by her gazing at me no matter where I was. It has a tangible effect. As one regular disciple I would said, she brings comfort to those in discomfort, and discomfort to those in comfort. As I said the Black Madonna could have been it. She can be seen with various icon covers depending upon the season or holiday. The jeweled covers are examples of rich artwork and images of the Black Madonna wearing all of them can be purchased in the monastery’s gift shop. Also take note of the amber rosaries that hang from the wall around the Częstochowa chapel and add a warm glow to the already rich surroundings. The dark tones of the Black Madonna’s skin are attributed to a legend that describes a fire that damaged the monastery but left the icon unscathed except for the discoloration of the pigments of the painting…My Black Madonna, she was also woman of thirty, wearing a black dress, with her head bare and a little shawl flung carelessly on one shoulder. Before I had time to realize what I was seeing, I was suddenly overwhelmed by the feeling I had once experienced in the Ząbkowice village. The woman was remarkably beautiful, and that was unmistakable to me and to those who were looking at her as I was. If one is to describe her appearance feature by feature, as the practice is, the only really lovely thing was her thick wavy fair hair, which hung loose with a black ribbon tied round her head; all the other features were either irregular or very ordinary. Her eyes were screwed up, her nose had an undecided tilt, her mouth was small, her profile was feebly and insipidly drawn, her shoulders were narrow and undeveloped for her age, and yet the girl made the impression of being really beautiful, and looking at her, I was able to feel convinced that the Polish face does not need strict regularity in order to be lovely; what is more, that if instead of her turn-up nose the girl had been given a different one. She was continually looking round at me, at one moment put her arms akimbo, at the next raised her hands to her head to straighten her hair, talked, laughed, while her face at one moment wore an expression of wonder, and I remember for a moment her face and body were at rest. The whole secret and magic of her beauty lay just in these tiny, infinitely elegant movements, in her smile, in the play of her face, in her rapid glances at me, in the combination of the subtle grace of her movements with her matured freshness, the purity of her soul that sounded in her laugh, and with the weakness we love so much in others. I bet that she is in love with a king, I thought. To live out with that ethereal creature and not fall in love is beyond the power of man. What a calamity. Putting my head out and looking back, I saw how, she walked along the path by the church, smoothed her hair, and ran slowly into the garden, which no longer screened off the sunset, the plain lay open, but the sun had already set. It was something melancholy in the spring air, and in the darkening sky, and in the village for a while. The familiar figure of the guard came into the church, and he began lighting the candles inside. O Our Lady, pray for us sinners. “The Battler’s vision and the World’s reply, you shall restore me, O my last Ally.” May you remain with us in its Częstochowa shape always, because you are really beautiful.

Notes

[1] The woods are the physical location in which I explore his doubts and opposing desires, and as such represent his personal hell.  The forest setting and the path become increasingly symbolic with details such as the dark wall of forest, an altar like rock, blazing pines, the strange sinful hymn with all of such…The forest is the home of the strange and threatening and is also viewed as the home of the devil. Symbolism is amazing in many ways, and so is this forest. I believe the forest was in many ways an evil place. This place didn’t have to be evil but was. The forest is also on a dark path, love for faith, and his beliefs on society in general. The most fascinating part about the forest to me is that it closes behind him. This is the point of no return, where he first doomed himself by willing to admit he is unsure of the world and his surroundings. This also is a symbol declaring that one may not return to own faith, because our mind won’t let us. The forest is full of evil, and ancient puritan beliefs which is a great basis for the story in questioning dream or reality. Oh, and if your really into the Bible you could go as far as saying this is like the Garden of Eden.  Speak of the forest, one may think of “The divine comedy ”by Dante in which he said “in life’s midway, I get lost in the black forest”, moreover, in the story, the setting is dark and gloomy, so for my part it represents the devil. The man who meets me in the forest appears to represent the greatest generation of a world ; his staff is a symbol of any generation as well. Thus, we have Adam facing the serpent in the Garden of Eden. It was, of course, a tree the Tree of Knowledge, that enticed Adam. The man is enticed by an entire forest. Like Adam, he suffers a great fall from innocence. Faith appears to represent in time religious faith of mine and my faith in others; her pink ribbons stand for innocence. “Look up to Heaven, and resist the Wicked One.” He then finds himself alone in the forest, wondering whether he has awakened from a dream or really did attend the witches’ sabbath of our civillisation. This man appears to represent human beings confronted with temptation, that is, he wishes to enter the dark forest of sin, so to speak, to satisfy his curiosity about the happenings there and perhaps even to take part in them. By author.

Najczystszy uścisk z Bogiem

Barszczak S., List do matki

Najdroższa Paulo, Dziękuję, że nie wypuściłaś we mnie zdradzieckiej strzały z powodu moich doczesnych sukcesów:  to byłoby takie łatwe!  Oszczerstwami proszę się nie przejmować. Przecież Ciebie zupełnie się one nie imają. Cóż można zdziałać przeciw człowiekowi tak  „otwartemu“, jak Ty mamo. Otóż w niektórych momentach w naszym sercu powstaje taki zamęt, że nic z zewnątrz, spoza serca nie jest zdolne nas zainteresować. Wówczas zabieram się do porządkowania listów: smętne zajęcie! Ileż tu wygasłych już przyjaźni! Ileż wyłania się twarzy, których rysy, tak mi ongiś drogie, zatarły się w pamięci. Kiedy pomyślę, ile tych miłości i przyjaźni my zabijamy, Ty i ja, w ciągu naszych żałosnych udręczonych żywotów, przechodzi mnie dreszcz. Mam czułość żywą i aktywną dla najbliższych, ale gościmy przecież w sobie tak wiele różnych istot! Ile zaś z nich należy zdławić i pozabijać, by zadowolić się najpobożniejszą i najbardziej rozsądną!…Otwarłem Twoje ponaglenie o moje najlepsze prowadzenie się  z dnia dzisiejszego. Twoja matczyna życzliwość wobec mnie jest wielce zobowiązująca. Od lat chłopięcych byłaś dla mnie utajonym mistrzem, którego urokowi starałem się zbytnio nie poddawać, jako że podlegałem innym nakazom. Ale różniąc się od Ciebie umiałem spełnić twoje życzenie. Sprzeniewierzywszy się Tobie czasem, czułem w sobie wierność dla twojego ducha. Dodam tylko,  że aczkolwiek często burzyłaś mój spokój, doznałem od Ciebie jedynie wiele dobrego, jeżeli za dobro uważać można kochanie życia bardziej, niż ja je kochałem, dopóki się nie poznaliśmy. Chciałbym stać się człowiekiem, który wnosi trochę prawdziwej Światłości- zadanie szczytne, którego nie czuję się już godzien. Och! Ale przynajmniej niech oceniaj poprzez mnie doktryny życia, którą moje życie obraża. Najdroższa mamo, bezkresne pole buraków odgradza mnie od świata, zamyka w stylowej bombonierce ojczyzny mojej. Co by nie mówić religia chrześcijańska w Polsce ma w sobie coś zdumiewającego… ja nie wybierałem chrześcijaństwa, zostało mi ono wszczepione, ledwie się urodziłem- a nawet zanim się urodziłem… opieram się jej, mimo, że się w niej urodziłem. Ludzi, którzy przyszli z drugiego brzegu nie mogą pojąć owej pasji. Nie wierzę, nie chcę wierzyć w twoją równowagę ducha. Z punktu widzenia chrześcijańskiego byłoby to oznaką, że jesteś pozostawiona sama sobie- znakiem, że jeśli o Ciebie chodzi, Bóg się już zniechęcił… Twoja świadoma postawa wydaje mi się czymś najbardziej tragicznym w dzisiejszym świecie. Twój przypadek” kryje w sobie sens (jednak), który mnie fascynuje. Każdy ma własne trudności: dla mnie to jest wiara; tak dużo igrałem z ogniem, że teraz prześladują mnie tysiączne trudności. W zamian jednak mam w sobie trochę miłości; a zaiste to osobliwe- wątpić w przedmiot swojej miłości. Poprzestaję tedy na powtarzaniu: „Wierzę w Ciebie, ponieważ Cię bardzo kocham”. Mam pięćdziesiąt lat. Nie mogę  już znieść życia w ciągłym rozdarciu. Poddaję się mojej większej miłości. Im bardziej jednak jej ulegam, tym bardziej czuję się wyleczony z obojętności wobec innych, która niegdyś pomagała mi żyć. Opowiadam się z wyjątkowym pisarzem F. Mauriac, po stronie słabszego- Chrystusa- ale nie po to, żeby walczyć- ale żeby kochać. Nie powinniśmy zdumiewać się tym, że umieramy, ale że żyjemy pomimo setek tysięcy chorób, które na nas czyhają. Poczucie, że znajdujemy się w rękach Boga, wielce wszystko upraszcza. Dziś bardzo dobrze rozumiem to, co ongiś nazywałem głupotą, a co jest dziecięctwem duchowym. Wszystko, co Jezus powiedział, okazuje się prawdziwe dosłownie; trzeba się stać małym dzieckiem: podać rękę, zamknąć oczy. Trzeba kochać, niczego nie żądając w zamian, i od Jezusa uzyskać, aby nas za wszystko wynagrodził… zdarza się, że przystępuję do komunii bardzo ozięble, żałośnie… i nagle w ciągu dnia, kiedy pracuję i kiedy właśnie najmniej o tym myślę, doznaję nagle wrażenia czyjejś obecności zmuszającej mnie, żebym wszystko odłożył. Chcę Ci przedstawić swoistą historię duszy współczesnego nam człowieka! I w moim przypadku nie raz bywało tak, jak w opowiadaniu C. Carretto pt. Pustynia w mieście: „Uczyniłem pociąg ‚miejscem‘ mojej modlitwy. Ty wiesz czym jest wagon pociągu, który rano i wieczorem wyjeżdża i przyjeżdża do miasta, przeładowany robotnikami i studentami. Hałas, wybuchy śmiechu, dym, zgiełk, tłok. Siadałem sobie w rogu i nic nie słyszałem. Czytałem ewangelię. Zamykałem  oczy. Słuchałem Boga. Co za słodycz, co za spokój, co za cisza! Siła miłości zwyciężała rozproszenie, które chciało wtargnąć do mojej fortecy…. Byłem naprawdę sam z sobą i nic nie mogło mnie rozproszyć. W objęciach miłosci pozostawałem w pokoju. Tak, to właśnie miłość musiała stworzyć wem nie jedność. Przebywający w pociagu zakochani szeptali coś między sobą, w doskonałej harmonii, nie zwracając uwagi na to, co działo się dokoła. Ja sobie szeptałem z moim Bogiem“. I powiewm Ci więcej. Otóż przez zgłębianie innych dzieł zatraciłem Cię mamo. Jak to uczucie, którym darzyłem Cię w latach chłopięcych odzyskać? A człowiek musi być z Bogiem. Niestety nieustannie przez dzieje im bliżej jesteśmy Golgoty naszej, tym więcej jesteśmy paraliżowani sobą. Moja wiara była odpowiedzią miłości. To zawdzięczam Tobie mamo. Idąc tą drogą maluję dalej jeszcze szczęście w optymalnych barwach. A przecież szczęście jest niedaleko każdego z nas. Nie raz już modliłem się: O Boże, ten świat opuścił Ciebie, który jesteś jedynym fundamentem jedności. Owocem wiary jest miłość. Oddajemy życie za siebie. I bardzo dobrze. Ale mnie się wydaje  też, że zacząłem spełniać wiarę innych ludzi, i to mnie uszlachetnia. W jakim celu: by oświetlić miłość w jej różnorodnej gamie odcieni, by dać jej jedyną pełnię.   Tutaj też zachowuję jedyne napięcie wiary i miłości, jak pisał F. Mauriac, jeśli Jezus nie byłby Chrystusem, to nie odczuwałbym w katedrach nic innego jak wielką pustkę. Katolicyzm bez Chrystusa byłby pustą wydmuszką, spreparowaną w ciekawy sposób. Krzyż bez Słowa nie byłby niczym jak szubienicą. Papież obecnego odrodzenia chrześcijańskiego kard. G. Ravasi napisał: Chrystus jest rzeczywiście pewnym, nie dającym się zastąpić korzeniem, który rodzi nadzieję i tragizm, który zapuszcza się w grunt historii i wypuszcza gałęzie w niebie wieczności, który wywołuje słabość i wielkość w pewnym splocie, dla tego, kto wierzy i dla tego, kto wątpi. Koniec cytatu. I tak stałem się w czasie. W ten sposób dzielę mój czas: połowę śpię, połowę marzę. Kiedy śpię, nie marzę, byłby to grzech: ponieważ sen jest czymś najbardziej genialnym. Czas- substancja, z której zostałem zrobiony, pseudonim samego życia. Pragnąłbym nieraz modlić się w Ojcze nasz:„Wyzwól nas od myśli, pierwotnego trądu, niedorzecznego upojenia, tratwy zła i wygnania; i niech tak się stanie.“ „Kiedy nadejdzie czas, abym do Was przyszedł, mój Boże, uczyńcie aby był to dzień, w którym na świętujących polach błyszczy pyłek. Chciałbym wybrać dla siebie drogę prowadzącą do Raju, gdzie w jasny dzień błyszczą gwiazdy. Wezmę mój kij i ruszywszy wielką drogą, powiem osłom, moim przyjaciołom: to ja jestem Francis Jammes i idę do Raju. Chodźcie słodcy przyjaciele błękitnego, biedne, drogie zwierzęta, które niecierpliwym ruchem ucha odganiacie natrętne muchy, pszczoły i uderzenia.“ Jeszcze włoch S. Quasimodo napisał: „Jakże mogliśmy śpiewać z obcym butem na naszym sercu, pośród zmarłych opuszczonych na placach, na trawie twardej od lodu, wobec płaczu młodego jagnięcia, wobec czarnego krzyku matki, która szła na spotkanie syna ukrzyżowanego na słupie telegraficznym? Na gałęziach wierzb, z wyboru, także nasze cytry zostały zawieszone, kołysały się lekko na smutnym wietrze.“Mamo tak, straciłem dzieciństwo i nie będę mógł go odzyskać inaczej jak przez świętość, która dla mnie jest odzyskiwaniem duszy… Gdzie są te pokolenia, gdzie poszły sobie gwiazdy, gdzie uleciało słońce lata? W rzeczywistości to problem duszy, a nie otaczającego nas świata. Znalazłem się był niedawno w Nazare nad Atlantykiem, w Portugalii. Chcę teraz powiedzieć: jestem tylko jak dziecko, które bawiło się na brzegu morza i zajmowało się szukaniem, od czasu do czasu, kamienia wygładzonego przez wodę lub muszli ładniejszej niż inne, podczas gdy wielki ocean prawdy rozciągał się przede mną nieznany. Bawiłem się odblaskiem fal, mogłem tylko zanurzyć się na jakimś obszarze w jedyne fascynacje ostatnie…Serce oceanu znajduje się jednak z daleka od nas, niedostępne dla nas, nawet jeśli słyszymy jego rytmiczne bicie. Człowiek nie może posiadać prawdy. Powtórzę się tutaj z pewnością, istnieje podanie, które nigdy nie przeczytałem, L. Pirandello, Bajka o zamienionym dziecku: oto matka musi wychować podrzucone dziecko. Ale na końcu jednak, prawdziwy syn, nieszczęśliwy pomimo bogactwa, powraca do matki, ponieważ to autentyczna miłość daje prawdziwe szczęście. Idąc pod górę i ja spotkałem ‚oślepiające‘ słońce i raz zawołałem: Boże, zerwij te szaty śmiertelne, rozbierz mnie do naga, przyodziej mnie twoją miłością. Dusza nie może się zatrzymać…Żyłem omamiony, więzień ciała i pokornej duszy. Nauczyłem się czuwania, snu, marzeń, ignorancji, ciała, opóźnionych labiryntów umysłu, przyjaźni ludzkiej i tajemniczego oddania psów. Byłem kochany, rozumiany, wywyższony i zawieszony na krzyżu, pisał ‚dyrektor biblioteki‘ J. Borges. Poznałem w końcu Jezusa Chrystusa -Mądrość doskonałą, który dostosował się do labiryntów umysłów…Wszechmogący, a jednak musiał przyzwyczaić się do rytmów fizjologicznych czuwania i snu. Jest pełnią Miłości, a jednak wybrał doświadczenie ograniczeń i niedoskonałości przyjaźni ludzkich. Jest Życiem, a jednak przeszedł przez mrok śmierci.(F. Ravasi) Życie nie przynależy już do pełni, do tej pierwotnej i skończonej całości, nie stanowi już centrum wartości; jest jak postrzępiona krawędź, która opasuje pustkę. Poeta to widział tak: ‚Ja, Pan, stałem się małym, aby móc podnieść was z waszego upadku. A cesarz M. Aureliusz słuchał nawet morzaa, gdy pisał: Każde morze jest kroplą kosmosu; góra Athos jest małą bryłką kosmosu; cały obecny czas jest punktem wieczności: wszystko jest małe, niestabilne, zmierzające do zniknięcia. Miłość Boga nie chroni mnie przed każdym cierpieniem. Chroni mnie jakby w każdym cierpieniu. Pozwól Chryste, abym wkroczył w jasny i bezkresny dzień, z oczami utkwionymi w Twoim białym ciele, Synu Człowieczy, Ludzkości doskonała, w niestworzonym świetle, które nie umiera; oczami, Panie, utkwionymi w Twoich oczach, i w Tobie, Chryste, i ja zatraciłem spojrzenie! Nie przestaję otwierać się na bliźnich, nawet ich pouczać miłością, i wpajać szczególnie młodym smak bezkresnego morza. To, czego nam brakuje to kurs, kierunek, który zorientowałby nas na prawdziwą mądrość. Ponieważ może się wydarzyć taka sytuacja, jak w czasach duńskiego samotnika S. Kierkegaarda: „Statek jest w ręku kucharza pokładowego i wyznaczonym kursem nie jest już to, co przekazuje megafon kapitana, ale to, co będziemy jeść jutro.“ Czyż nasze ciało, którego już nikt nie może kochać, ma ciągle jeszcze odciągać nas od Ducha, który wymyka się czasowi i który również, nade wszystko, jeden tylko stworzony jest po to, aby kochać- który jest miłością? Nasza religia jest identyfikacją. Ale Pan wie, iż wracamy nieustannie jednak do ogrodu Eden. Mam doświadczenie różnych ludzi, czasem jedynie także tego, że dobrze wybraliśmy chrześcijańskie wartości, jak również że nie bezpośrednio w chrześcijańskim zagajniku ogrodnik  pracował, jak również iż jako wierzący musimy jednak stale poprawiać naszą logikę życia. Otóż przykładowo gdzie nie ma humoru,  jest obóz koncentracyjny. Przez wiele lat z własnej niewymuszonej woli, mógłbym powiedzieć, przebywałem w takim obozie dla mej duszy. To był przedsmak piekła. A piekło oznacza już nie kochać, nie spotkać drugiego człowieka, i to przez całą wieczność. Nie wyobrażam sobie raju chrześcijańskiego jako rodzaju greckich Pól Elizejskich. Przecież chodzi o posiadanie, poza czasem i przestrzenią, tej miłości, w której pokładam większe zaufanie niż w samym moim życiu! Sugeruje się tutaj pewną ciszę i rodzaj czynnego napięcia skierowanego ku owej mecie. A przed nami w pięknym ogrodzie katolicyzmu Róża niczego, znowu zdajemy się krzyczeć: będziemy kwitnąć! Nierzadko Boże odwieczny, jesteśmy ślepi, bez żadnego światła…Tym litościwym okiem, którym stworzyłeś nas i wszystkie rzeczy, pomyśl i zatroszcz się w potrzebach świata…wskrześ Pawła, który oświetliłby świat! Mamo najdroższa! Od kiedy masz tę plamę na oku? Ty mówisz, od kiedy twoja miłość do mnie osłabła! Ja Ci powiem. Sucha gałązka, zlożona na kilka lat w kopalniach soli kamiennej, przemienia się we wspaniałą grę klejnotów, które błyszczą niczym brylanty w świetle słońca. Nadzieja przez pewną chwilę ukazała się we wzroku matki, ale wiedziałem, że chwila była czymś więcej. Mamo kochana, ty wciąż choćby ‚przez pewną tylko chwilę‘ potrafisz się jeszcze uśmiechnąć, sprawić, że zabłyśnie iskierka nadziei. Gdzie moja dusza. Ja jestem bliźnim siebie samego. Duszo bądź jak pinia, która przez całą zimę rozpościera w pustym, białym powietrzu swoje kwitnące ramiona…Kiedy byłem dzieckiem, źdźbła trawy i maszty wznosiły się nad brzegiem i dla mnie tam rozciągniętego były wszystkie jednakowe, ponieważ wznosiły się ku niebu, wyżej ode mnie…ale my odbywamy drogę w przeciwnym kierunku niż kwiaty już, zejść w dół i zakończyć, korzeń, w łonie ziemi, w ciemności. Dusza człowieka jest jak tropikalna dżungla. Z jedynymi pasatami, jak w zaimprowizowanej dżungli w ‚szkolnym planetarium‘ w szkockim Edyndburgu. A kiedy są dziury w duszy, potrzeba jeszcze większych iluzji, absolutnych. Mawiał święty proboszcz z Ars: Nadejdzie dzień, w którym ludzoie tak będą zmęczeni ludźmi, że wystarczy mówić im o Bogu, aby zobaczyć jak płaczą. Boże, ty jesteś tajemnicą myśli, dla której każdy cud jest zebrany w Tobie, jak w amforze zbiera się trzciny. Możliwe, że jutro wstanie świt ostatniego dnia: wtedy, nie wcześniej, przrwiemy chętnie pracę, dla lepszej przyszłości…Ileż to razy, o kraju mego urodzenia, do ciebie przyjeżdżałem, aby szukać tego, co do mnie należy i tego, co utraciłem. Ten stary wiatr, te stare głosy, zapachy i pory roku kiedyś, biada mi, przeżywane. Słodka i jasna jest noc i bezwietrzna, spokojny ponad dachami i w ogrodach wstaje księżyc i z daleka ukazuje każdą ukrytą górę. Co ty robisz księżycu na niebie? Powiedz mi co robisz, milczący księżycu? Jeśli życie jest niedolą, dlaczego się w nas utrzymuje? Jakże piękna jest młodość, która cały czas ucieka. ‚A tymczasem szybuje drogi czas młodości, droższy od sławy i jeszcze droższy niż czyste światło dnia. Serce matczyne, serce ukrzyżowane, serce błogosławione, serce krwawiące, serce modlące się na krawędzi przepaści, już nie dla ciebie, już nie dla ciebie będziesz żyło, ale dla syna w tysiącu formach przebaczenia i miłości odrodzisz się. Ave. Nie pozwól, abym ugiął serce przed gwałtowną falą tłumu: trzymaj wysoko moją głowę, dumną z tego, że jest Twoim sługą. Zobacz, drzewa stoją, domy które zamieszkujemy stoją. My tylko przemijamy, powietrze które się zmienia. A wszystko sprzysięga się, aby milczeć na nasz temat, tak jak przemilcza się wstyd czy przemilcza się niezrównaną nadzieję. A przecież odnalezione królewskie klejnoty, jak na przykład przed dwustu laty w przypadku Szkotów, zaświadczają, że byliśmy człowiekiem! Przechodzi generacja za generacją, trzeba odnaleźć dokładny kierunek bytu i wyborów ku jednej jedynej mecie. „Widzieć świat w ziarenku piasku, firmament w polnym kwiatku, nieskończoność we wklęsłości dłoni i wieczność w godzinie.“(W. Blake) O tym, że byliśmy człowiekiem obwieszcza nam również wieczna pewność odkupienia, która wyłania się z obrazów Michała Anioła z kaplicy Sykstyńskiej. Co ci powiem jeszcze mamo, piekło jest jakby tutaj. Ktoś powiedział, żę istnieją dwa sposoby, aby nie cierpieć z jego powodu. Pierwszy jest prosty: zaakceptować piekło i stać się jego częścią aż do momentu, w którym już się go nie widzi. Drugi jest ryzykowny i wymaga nieustannej uwagi i pogłębienia: szukać i umieć rozpoznać, kto i co w tym piekle nie jest piekłem, i pozwolić mu trwać i dać mu przestrzeń. Ja myślę, że ten drugi sposób jest bliski także moim wyborom. Niektórzy mówili nawet, że ci, którzy kiedyś umierali wiedzieli, gdzie mają iść- dokładnie na prawicę Boga- teraz ta ręka została amputowana- Boga nie można znaleźć. Trzeba nam się narodzić powtórnie, a jeżeli przyjdzie, to i po raz trzeci. Najdroższa mamo, to mają być narodziny Boga we mnie. Zapytasz z pewnością, w którym miejscu doskonałej duszy Bóg-Ojciec wypowiada swoje wieczne słowo? Trzeba nawet głosić miłość niekochaną. Wielki J.W.Goethe powiedział w końcu: „dojdzie się do momentu, że w chrześcijaństwie wszyscy będziemy wreszcie jedną tylko rzeczą.“ Zatem spójrz, o jaki zabiegam  mój orszak w niebie. Tymczasem tam w niebie ty pomódl się za mnie, który codziennie modlę się za Ciebie z głębokim i czułym przywiązaniem. Życzę pomyślnego roku i serdecznie ściskając całuję Twoje dłonie…. Niezmiennie wdzięczny, Stanisław.

Forty-on the shore

Stanislaw Barszczak, Three boats on the sea’s shore

I

My name is Ignaś, and I am in my fourties. In my imagination I saw three boats on the sunned shore of the sea. I am inside ones which sways in the middle, between two others, is modernly equipped and ready to go on a cruise. I can weigh anchor and went to sea. The storm had gone down a great deal of yesterday, but the sea had not. A village, its charming bay, a smooth sea, can always be expected. A day will be spent here, and leaving in the evening, the course will be taken homeward, miles by bus, can be made again. The are several people. The boat will at all times be a home, where the excursionists, if sick, will be surrounded by kind friends, and have all possible comfort and sympathy. Then the course will be taken towards country of dreams. I began to indulge in the beauty of the human imagination. Jerusalem, the River Jordan, the Sea of Tiberias, Nazareth, Bethany, Bethlehem, and other points of interest in the Holy Land can be visited. I was shown Nazareth. The boy Jesus has stood in this doorway has played in that street has touched these stones with his hands has rambled over these chalky hills. We visited the places where Jesus worked for fifteen years as a carpenter, and where he attempted to teach in the synagogue and was driven out by a mob. Catholic chapels stand upon these sites and protect the little fragments of the ancient walls which remain. Our pilgrims broke off specimens. We visited, also, a new Basilica, The Annunciation Of St. Mary’s Church, in the midst of the town. I see a girl on the street. She is not tall, she is short; she is not beautiful, she is homely, she is graceful enough, I grant, but she is rather boisterous. Then I found myself in the sun-flooded Holy Land, at a time when the cross of Christ has been found. “The question intruded itself, M. Twain said: ‘Which bore the blessed Saviour, and which the thieves?’ To be in doubt, in so mighty a matter as this, to be uncertain which one to adore, was a grievous misfortune. It turned the public joy to sorrow. But when lived there a holy priest who could not set so simple a trouble as this at rest? One of these soon hit upon a plan that would be a certain test. A noble lady lay very ill in Jerusalem. The wise priests ordered that the three crosses be taken to her bedside one at a time. It was done. When her eyes fell upon the first one, she uttered a scream that was heard beyond the Damascus Gate, and even upon the Mount of Olives, it was said, and then fell back in a deadly swoon. They recovered her and brought the second cross. Instantly she went into fearful convulsions, and it was with the greatest difficulty that six strong men could hold her. They were afraid, now, to bring in the third cross. They began to fear that possibly they had fallen upon the wrong crosses, and that the true cross was not with this number at all. However, as the woman seemed likely to die with the convulsions that were tearing her, they concluded that the third could do no more than put her out of her misery with a happy dispatch. So they brought it, and behold, a miracle! The woman sprang from her bed, smiling and joyful, and perfectly restored to health. When we listen to evidence like this, we cannot but believe. We would be ashamed to doubt, and properly, too. Even the very part of Jerusalem where this all occurred is there yet. As M. Twain said, so, there is really no room for doubt. Then I saw on my imagination the city of Jerusalem. The population of Jerusalem is composed of Moslems, Jews, Greeks, Latins, Armenians, Syrians, Copts, Abyssinians, Greek Catholics, and a handful of Protestants. One hundred of the latter sect are all that dwell now in this birthplace of Christianity. The nice shades of nationality comprised in the above list, and the languages spoken by them, are altogether too numerous to mention. It seems to me that all the races and colors and tongues of the earth must be represented among the fourteen thousand souls that dwell in Jerusalem. Rags, wretchedness, poverty and dirt, those signs and symbols that indicate the presence of Moslem rule more surely than the crescent-flag itself, abound. Lepers, cripples, the blind… assail you on every hand, and they know but one word of but one language apparently… To see the numbers of maimed, malformed and diseased humanity that throng the holy places and obstruct the gates, one might suppose that the ancient days had come again, and that the angel of the Lord was expected to descend at any moment to stir the waters of Bethesda. Jerusalem is mournful, and dreary, and lifeless. I would not desire to live here… All sects of Christians (except Protestants,) have chapels under the roof of the Church of the Holy Body of Christ, and each must keep to itself and not venture upon another’s ground. It has been proven conclusively that they cannot worship together around the grave of the Saviour of the World in peace. The chapel of the Syrians is not handsome; that of the Copts is the humblest of them all. It is nothing but a dismal cavern, roughly hewn in the living rock of the Hill of Calvary/…/ The enthusiasm of Israelites was at least warranted by the fact that they had never seen a country as good as this, I think. There was enough of it for the ample support of their six hundred men and their families, too. The land is solid and fertile, and watered by Jordan’s sources. There is enough of it to make a farm. They said: ‘We have seen the land, and behold it is very good.  A place where there is no want of anything that is in the earth.’/…/Then I saw very dark-skinned Bedouins with inky black beards. They were tall, muscular, they had firm lips, unquailing eyes, and a kingly stateliness of bearing. They wore the parti-colored half bonnet, half hood, with fringed ends falling upon their shoulders, and the full, flowing robe barred with broad black stripes, the dress one sees in all pictures of the swarthy sons of the desert. These chaps would sell their younger brothers if they had a chance, I think. They have the manners, the customs, the dress, the occupation and the loose principles of the ancient stock. From Galilee to the birthplace of the Savior, the country is infested with fierce Bedouins, whose sole happiness it isn’t now, in this life, to cut and stab and mangle and murder unoffending Christians. Allah be with us!/…/I remembered the description of God Tomb presented by M. Twain. “Entering Church of the Holy Body, the building, through the midst of the usual assemblage of beggars, we saw on his left a few Turkish guards, for Christians of different sects will not only quarrel, but fight, also, in this sacred place, if allowed to do it. Before you is a marble slab, which covers the Stone of Unction, where on the Saviour’s body was laid to prepare it for burial. It was found necessary to conceal the real stone in this way in order to save it from destruction. Pilgrims were too much given to chipping off pieces of it to carry home. Nearby is a circular railing which marks the spot where the Virgin stood when the Lord’s body was anointed. Entering the great Rotunda, we stand before the most sacred locality in Christendom, the grave of Jesus. It is in the centre of the church, and immediately under the great dome. It is inclosed in a sort of little temple of yellow and white stone, of fanciful design. Within the little temple is a portion of the very stone which was rolled away from the door of the Sepulchre, and on which the angel was sitting when Mary came thither ‘at early dawn.’ Stooping low, we enter the vault, the Sepulchre itself. It is only about six feet by seven, and the stone couch on which the dead Saviour lay extends from end to end of the apartment and occupies half its width. It is covered with a marble slab which has been much worn by the lips of pilgrims. This slab serves as an altar, now. Over it hang some fifty gold and silver lamps, which are kept always burning, and the place is otherwise scandalized by trumpery, gewgaws, and tawdry ornamentation/…/ I climbed the stairway in the church which brings one to the top of the small inclosed pinnacle of rock, and looked upon the place where the true cross once stood, with a far more absorbing interest than I had ever felt in anything earthly before. I could not believe that the three holes in the top of the rock were the actual ones the crosses stood in, but I felt satisfied that those crosses had stood so near the place now occupied by them, that the few feet of possible difference were a matter of no consequence.”

II

There must be readers whose engagement in a narrative is intensified by formulas like “I would always remember”, “we were not aware of its irony”, “she and I would come to share a deep slice of each other’s lives”. Dear Reader, my time at parish wasn’t very productive. I didn’t put much work up. Priesthood is where I took that gamble! I was 20 or 21. I didn’t know anything of the world. I was stupid. Innocent. It’s a kind of a gamble. With my life. But I survived. Anyway. I had no need to carry on with the house then, although I sometimes have had a vision of a parallel existence in which I had stayed in that life. I haven’t been convinced I would have been any less happy. Once morning but I woke up with a terrific urge to lie in bed all day and read. I also had moments of reverie. In my twenties or thirties, anything could happen. It was so exciting, but at the same time, it was risky. I also was heavily in debt, working long hours in the garden, unsure of my future. The bets were so big. But I knew intuitively or subconsciously. If you can win, you could get big bets, but if you lose, you are lost. I loved you mom so much once. I did. More than anything in the whole wide world. Imagine that. What a laugh that is now. Can you believe it? We were so intimate once upon a time I can’t believe it now. The memory of being that intimate with somebody. We were so intimate I could puke. I can’t imagine ever being that intimate with somebody else. I haven’t been. When I was at schools I had my accountant and my mum took care of that. They don’t let me know anything. I’m just working. I must have trust my mum! We’ve been together for 44 years or something. I remember from early childhood, as we were with mom at the Marian celebrations in Kalwaria Zebrzydowska, near Krakow. I recall then, the carousel started, and I watched her go round and round…All the kids tried to grap for the gold ring, and so was good man, and I was sort of afraid she’s fall off the goddam horse, but I didn’t say or do anything. She’s still my friend. We have a conversation, always a conversation. She helps me a lot. She gives me little advice regarding my books. I respect her opinion. Sometimes we quarreled. Her opinion had been so harsh sometimes. It could be. Perhaps I needed that. I guess so. If my editor did the same thing, I would get mad. I can leave my editor, but I never couldn’t leave my mum. Can you love someone too much ? Is there something called too much love ? Yes…I am talking about a love in a relationship which can be suffocating to the person who gets loved too much. A mother who loves her son/daughter too much that she still treats the kid like a child even when he is a full grown youth. A person who loves someone too much that it transforms more into an obsession rather than healthy love and respect. I hope you got an idea about what I mean when I say loving too much. My father died thirty three years ago. He loved Switzerland, this a small, steep country, much more up and down than sideways, and is all stuck over with large brown hotels built on the cuckoo clock style of architecture. I hope they were happy about my success as a man in life but remain doubtful. I have my consolations. Dreams, you know, are what you wake up from. Somebody said, there isn’t enough of anything as long as we live. But at intervals a sweetness appears and, given a chance prevails. Because I survived, I have obligations to give fully. So, every time I started writing my fiction. I write intuitively, without a plan. Though nothing dramatic happened when I was growing up. Sometimes I wonder why I’m a novelist right now. There is no definite career reason why I became a writer. Something happened, and I became a writer. I should say here, reading my books it needed have become an adventure. You felt the first half story was written for the sake of writing, but reading the second half of my book it should have been to you a true joy in itself. If you like to read a good story with a good moral, something which will inspire you a lot, you must read one of the novels by me. Another part which I enjoyed reading in my book is his religious views. One other best quality associated with my books is that his characters are very human. They are common people, many times so poor that they have to worry about daily food, they all have their own weaknesses, they all yearn for true love, and they all have to try hard to get the successes in their lives. I had a feeling I was kind of abused. It’s because my mother had hoped that this child should be like this, I was not. She expected me to get good marks at school, but I didn’t. I didn’t like to study too long. I just wanted to do what I wanted to do. I’m very consistent. She expected me to go to a good school and get a job at university or something like that. But I didn’t do that. I wanted to be independent. So I opened up the reading time and got bound to church when I was a university student. The friends were kind of unhappy about that. Mom were just disappointed in me. It’s tough on a kid to have that disappointment. I think she was nice woman, but still. I was injured. I remember that feeling, still. I wanted to be a good kid for her, but I couldn’t be. Myself, I don’t have any kids. I am priest, I want to be a compassionate and humble priest whose vocation emerged from a human suffering. Sometimes I wonder what would have happened if I’d had children. I cannot imagine it. I’m not so happy as a kid, and I don’t know if I could be happy as a father. I have no idea. As Muracami would say, I did find the confidence to do what I wanted.  Confidence, still as a teenager. Because I knew what I loved. I loved to read; I loved to listen to music; and I love cats, fish, birds. Those three things. So, even though I was an only kid, I could be happy because I knew what I loved. Those three things haven’t changed from my childhood. I know what I love, still, now. That’s a confidence. If you don’t know what you love, you are lost. I am living in Olsztyn now. I was in town of Częstochowa earlier  when the tsunami hit villages of hers. Nearby villages in the vicinity of the city survived the tragedy of huge storms, whirlwind, the massive high winds, the coat of airspace. It has changed the country. People lost their confidence. We had been working so hard, after the end of the war. For 60 years. The richer we became, the happier we become. But at the end, we didn’t get happy, however hard we worked. And many people had to be evacuated, to abandon their houses and homeland. It’s a tragedy. And we were proud of our technology, but only our nuclear power might have turned out to be a nightmare. So people started to think, we have to change drastically the way of life. I think that is a big turning point in Poland. September 11, 2001 which, I think, changed the course of world history. When I see those videos of the two planes crashing into the buildings, it seems like a miracle to me. It’s not politically correct to say that it’s beautiful, but I have to say that there is a kind of beauty in it. It’s awful, it’s a tragedy, but still there is a beauty in it. It seems too perfect. I cannot believe it happened, really. Sometimes I wonder if those two planes hadn’t crashed into the building, the world would be so different from what it is now. So, above all am I convinced of the need, irrevocable and inescapable, of every human heart, for God. No matter how we try to escape, to lose ourselves in restless seeking, we cannot separate ourselves from our divine source. There is no substitute for God. Very experiencing all the tragedies of mankind I would like to transmit some thoughts on the road to… The texts of mine are very scary, very silent and very depressing. There is nothing that could make us happy. I want to take you to the harsh realities of sheer existence in the world, just food to live through each day, shelter, warmth and clothes enough to keep you warm from the biting cold at night, and weapons to protect yourselves. The little boy remains to be a little boy in spite of the life’s lessons that his mother try to teach him so that he will survive in the world. He is the innocent creature who still has the capability of thinking about another human being even when his life could be at stake. And something else. Before almost forty years ago I watched on TV a very good movie. Though ‘The Great Escape’ is a novel, its basic story is true, and the novel’s author Paul Brickhill was a participant in it. Brickhill, an Australian, had flown missions against the Germans in Tunisia for the Royal Australian Air Force when he was shot down in 1943. Locked away and bored in Silesia in Luft Stalag III, he and his fellow prisoners concocted an escape plan, a daring idea that would result in a mass escape from the Germans. Of the 76 officers who escaped, only three were successful; Hitler himself ordered the execution of 47 of the men who were recaptured. Still, the escape remains one of the great heroic stories of World War II. The world is a fine place and worth fighting for. I love my country, not once thought of arranging the human life value. In the fall the war was always on my country, but we did not go to it any more… The time on the boat sailed fast, describing tales of Metamorphoses above human life, I managed to get a tan, the boat does not put from the coast. Shadowing the theme of alteration, equally sonorous and hollow, is a theme of safety. It was not only the things we could see that had no safety. There was the underneath, I ponder. Dear Reader, I began to be tired. To the next time, see you again on  boat. So, in one unreasoning moment of longing I prayed to go to sleep. (finis coronat opus)

 

 

 

 

 

I saw Atlantic ocean

Stanisław Barszczak, Journey to Portugal,2

Most visitors arrive in Fatima from Lisbon, which is 125km away. By car from Lisbon airport, it takes about 1 hour 15 minutes to get to Fatima. The highway between the two cities is good quality and safe. Rental cars are available at the airport or other places in Lisbon. It is possible to reach Fatima by train, but note that the closest train station to Fatima is Caxarias, about 10km outside of town. Twelve trains run daily from Lisbon to Caxarias; the journey takes 2.5 hours and costs €5.70 one way. Seven buses run between Caxarias and Fatima per day; a one-way ticket costs €2. It is quicker and easier to travel the whole way by bus – see below. Travelling from Lisbon by bus, go to the central bus station in Sete-Rios (Praça Marechal Humberto Delgado, Rua das Laranjeiras). You can either take a taxi to the station or take the Metro to the Jardin Zoologico stop – the bus station is right outside. Buy a ticket at a ticket office in the station. Buses leave for Fatima approximately hourly from 8am to 8pm (see online schedule; Portuguese only). The bus journey costs about €10 each way, takes about 90 minutes and arrives close to the shrine. From Batalha, about three buses a day go to Fatima, which take 40 minutes and cost €4 one-way. Note that on bus schedules Fatima is often listed as Cova da Iria, which can lead to confusion. I was travelling by myself, and I had come from Lisbon on the Bus, which took me no farther than Fatima. There I wandered around, waiting for the celebrating the holy mass. I’d been told that I would take myself up the Sanctuary of Our Lady at Fatima, but I was looking at everything, only you can visit. The churches were not locked there. I was very glad. Having been built a centuries before, it did not compare, in historic appearance, or cheerful character, happy joyful nature, to the churches I had already seen in Portugal. I couldn’t figure out what that might be. I was struck a little with a feeling familiar of the words of Angel and Our Lady to children, I suppose, to many people whose long history goes back to a country far away from the place where they grew up. I was a naive Pole, in spite of my stored knowledge. Past and present lumped together here made a reality that was common place and yet disturbing beyond anything I had imagined. Once day I remember I entered the dining room in the House of our Lady Painful. There was a place of our meeting at the table with women-volunteers, whose had been with pastoral help of the Diocese of Leiria-Fatima and also the Bishop from Mozambique, who represented the Franciscan order. Substantial clothing to use in rough pilgrimizing in Fatima. I would let my schooling have interfered with my education. This was something magnificent. The morning after, the Holy Mass – the sum at the square, which is chaired by Bishop of the Diocese of Monsignor Antoni Marto. And we gave the only sign of peace each other, I remember. Then it was still Nazare, 50 kilometres west of the Fatima. Well, I met by Mrs. Irena from Wroclaw Father Francis( he was seventy years old), who lives in Fatima. When I visited him in the first conversation at once he persuaded me to travel to Nazare. Drive, there are high waves! There was no high waves… So, Nazaré, its charming bay, a smooth sea, can always be expected. A day will be spent here, and leaving in the evening, the course will be taken towards Fatima… From Nazare the route will be taken homeward, miles by bus, can be made again. Nazaré is a town in Nazaré Municipality in Portugal with a total area of 82,4 km² and a total population of 14,904 inhabitants. It is in subregion Oeste and Leiria district. It has become a popular tourist attraction, advertising itself as a picturesque seaside village. Located on the Atlantic coast, it has long sandy beaches (considered by some to be among the best beaches of Portugal), crowded with tourists in the summer. The town used to be known for its traditional costumes worn by the fishermen and their wives who worn the traditional headscarf and embroidered aprons over seven flannel skirts in different colours. These dresses can still occasionally be seen. The town consists of three sections: Praia (along the beach), Sítio (an old town, on top of a cliff) and Pederneira (an old town, on a hilltop). The Praia and the Sítio areas are linked by the Nazaré Funicular, a funicular railway. The original settlements were in Pederneira and in Sítio above the beach. They provided the inhabitants with safe bases against raids by Algerian, French, English and Dutch pirates that lasted until as late as the beginning of the 19th century. According to the legend of Nazaré, the town derives its name from a small statue of the Virgin Mary, a Black Madonna, brought by a monk in the 4th century from Nazareth, Syria Palaestina to a monastery near the city of Mérida, Spain and brought to its current place in 711 by another monk accompanied by Roderic, the last Visigoth king. After their arrival at the seaside they decided to become hermits. The monk lived and died in a small natural grotto, on top of a cliff above the sea. After his death and according to the monk’s wishes, the king buried him in the grotto where he left, on an altar, the statue of the Black Madonna. The first church in O Sítio, was built over the grotto to commemorate a miraculous intervention (1182) by the Virgin Mary in saving the life of the 12th century Portuguese knight Dom Fuas Roupinho, possibly a templar, while he was hunting deer one foggy early morning. This episode is usually referred to as the legend of Nazaré. In memory of the miracle he had a chapel (Capela da Memória) built over the small grotto, where the miraculous statue had been left by king Roderic after the monk’s death. Beside the chapel, on a protuberant rock 110 meters above the Atlantic, one can still see the mark made in the rock by one of the hooves of Dom Fuas’ horse. This episode is usually called The Legend of Nazaré. In 1377, King Fernando I of Portugal founded a new more spacious church which was totally transformed between the 16th and 19th centuries. The Church of Nossa Senhora da Nazaré is a rich baroque building, with splendid tiles on its interior. Behind and above the main altar visitors can see and venerate the miraculous image of our Lady of Nazaré… At this point, allow me the luxury of some memories. From childhood I remember the melody and lyrics scouts titled: The House of the Rising Sun. In the Polish language I remember other words that warmed us at the fire in village of Niechorze near Baltic see, in the early seventies of the 20th century. “There is a house in New Orleans, they call the Rising Sun. And it’s been the ruin of many a poor boy, and God I know I’m one. My mother was a tailor, sewed my new blue jeans. My father was gamblin’ man, down in New Orleans. Now the only thing a gambler needs, is a suitcase and a trunk. And the only time he’ll be satisfied, is when he’s all a drunk. Oh mother, tell your children not to do what I have done. Spend your lives in sin and misery in the house of the Rising Sun. Well I’ve got one foot on the platform, the other foot on the train. I’m going back to New Orleans to wear that ball and chain. Well there is a house in New Orleans, they call the Rising Sun. And it’s been the ruin of many a poor boy and God I know I’m one.” The song in the English language had a negative sense. But in my Polish language was very beautiful. Well, I would say, I did not turn in my life on the wrong path of the boys in New Orleans. Although I can still sing, now in my country, in Poland: By the sea, in a wooden house, where a wave washes the edges, the son was sitting next to her mother there, and so he had been speaking to her. Oh, dear Mum, I’ll go to the ship, call to volunteer, may you be happier, richer … And the mother responds … Oh dear son, you no longer have a father, he died between the waves. You are alone in the world. You need to give advice to himself … Thus, when looking at the waves of the Atlantic and read the legend Nazare, I told myself that once again, you have to persevere on the road, which indicated, has shown you Mother of God. Dear reader might otherwise be explained by this story. But I think that sense it will be the same. If you always know the answer, if you know, If you want to see only happiness, you talk to me extremely, fondly good-bye! Talk to me yet … I love you. I beg you, you talked nothing to me. Not surprise for me, already you have not been such a nice. You saw on me only, and I knew, that something was over. O! Ela, you lost friend forever. You can finally teach that love must not be rejected. So there is not enough that you understand. But in secret I tell you, that the world pell-mell and I mad about you, and still, still I wish you. It was the first great love. I loved you like no one else. Today a heaven is like a paler, I’m not already there…And I could now say here. “It was warm spring day when the boys from the Paul Street drove into the ground with silver-headed the spears, and on top of his fortress hung the red-green flag. They knew that you can fight and win only if there is consent. They knew that you could fight and conquer only if there is consensus. Whether they beat the Red Shirts? That garden again became for them a calm place fun? “( The Paul Street Boys by the Hungarian writer Molnar Ferenc). The Paul Street Boys (1907), which insured his lasting popularity. Translated into English in 1927 and here updated, the novel about two gangs of boys fighting a war for a piece of land, a derelict building site which to them is a cherished symbol of freedom, is still the same fascinating story it was nearly a century ago.  The novel is about schoolboys in the rapidly developing Budapest at the turn of the 20th century, who defend their playground, the “grund”, from the “redshirts”, a team of other boys who want to occupy it. The boys regard the “grund” as their “Fatherland”, constitute themselves its “National Army” and constantly use all the terminology of nationalism as common at the time in Hungary as elsewhere in Europe. The “battle”, fought with “sandbombs”, ends when the smallest and weakest boy, Ernő Nemecsek, whom the other boys earlier mistakenly thought a “traitor”, dies. Nemecsek, already gravely ill, dies of the effects of pneumonia after joining the battle in spite of his serious illness. Soon after his death, the boys are chased off their beloved “grund”, “Fatherland” by engineers who inform them that an apartment building will be erected on the spot. The book ends with a mood of dejection and disillusion, with a character remarking bitterly “The Fatherland has betrayed us”. “At the time Ferenc Molnár wrote The Paul Street Boys, Cooper’s Indian war-stories were extremely popular in Hungary and there is the flavour of their morality in this book,” writes Mátyás Sárközi, Molnár’s grandson, in his Preface to the present edition. “There are examples of good cameraderie, loyalty, idealism, but Molnár always manages to save himself from being just a shade too sentimental. Like Mark Twain he has the wit and the good writer’s sense to mix the grotesque with the pathetic.” A true world classic of its kind, The Paul Street Boys, which has been out of print for decades, is a juvenile classic that has lost none of its magic. The book has earned the status of the most famous Hungarian novel in the world. It has been translated into many languages and in several countries is a mandatory or recommended reading in schools. Ernő Nemecsek is now ranked in those schools among the eternal heroes of youth literature, such as Oliver Twist or Tom Sawyer. With the stay in the Portuguese of Fatima remembered I the youthful world, the land can sometimes be desolate and unlove, as the Holy Land. Then who can provide us with the presence of other people around us, it is only the Mother of God. So, I also remember, my mother had a friend guest who used to visit us on the flat once a month. His name was . George. He was a tall, florid man with a good-natured expression, a big square face, and fair curly hair springing straight up from his forehead. His hands, his fingernails, were as clean as soap, and his hips were a little plump. My name for him was- the Lord. I had a mean tongue. But I believe I meant no harm. Hardly any harm. After  my mother died he did not come anymore. Could God have already found another land of happiness? We are sometimes little bit just as people,  not enough people. Meanwhile, we depend on each other. In the meantime do apart. We assist. We need help. So, let’s us pray, God, Our Lady of Rosary, have mercy on us sinners.

I saw Atlantic ocean 61

Stanisław Barszczak, Journey to Portugal,1

The Shrine of Our Lady of Fatima (Portuguese: Nossa Senhora do Rosário da Fátima) is one of most famous Marian shrines in the world. Some four million people visit Fatima each year, drawn by apparitions of the Virgin Mary reported by three local shepherd children in 1917 year. I went to Fatima from the heart. The pilgrimage lasted from twenty eighth September to fifth October 2011. I flew from Krakow by Brussels to Lisbon. Everywhere the beautiful sun, nor rain. In Lisbon I have been in church of Saint Antony and in the Cathedral (Se), a call will be made there to visit the home of great saint. I visited the town on the tram number 28, the ship sailed from Terrejo to Barrejo and back. I have seen the mould, rust on the industrial Hall Barrejo.  I always thought that the message of every mother is unique, so I following the voice of my mother I wanted to pray at the Shrine of Our Mother of Fatima. Furthermore, I remember constantly meeting fifteen years ago with my godfather, who had read just about the apparitions at Fatima. Even then I wanted to be at Fatima. I succeeded, I went to all places of apparitions. Square between the Basilica of Our Lady of the Rosary (1953) and the Basilica of the Holy Trinity (2007) is beautiful. This, however, surrounding the sacred site leaves much to be desired. Nevertheless the ‘valley’ close to Sanctuary disappointed me the first time I saw it. Places are apt to do that when you’ve set them up in your imagination. The time of year during my visit was very early autumn, and the forest were brown, or a kind of lilac brown, reminding me of the forest around Olsztyn. There had been no water except a water was running fast and clear, that flowed from the taps in the square in front of the chapel of Our Lady. The candles, torches, which I had at first taken to be interesting remnants of  worship were too numerous and well kept up to be anything but handy sheep pens. First Appearances. On the 13th of each month from May to October 1917, the Virgin Mary is said to have appeared to three shepherd children – Lúcia dos Santos (age 10) and her cousins Jacinta (age 7) and Francisco Marto (age 9) – in the fields outside the village of Aljustrel near Fatima. The children later said that her coming had been preceded by an “angel of peace” who appeared in 1916. Lúcia described her vision of Mary as “more brilliant than the sun, shedding rays of light clearer and stronger than a crystal glass filled with the most sparkling water and pierced by the burning rays of the sun.” According to Lúcia’s account, Mary exhorted the children to do penance to save sinners. They wore tight cords around their waists to cause pain, abstained from drinking water on hot days, and other works of penance. Most important, she asked them to say the Rosary every day. She reiterated many times that devotion to the Rosary was the key to personal and world peace. Many young Portuguese men, including relatives of the visionaries, were then fighting in World War I. Lúcia later reported that during the second apparition on June 13, the Virgin Mary predicted the deaths of two of the children. When Lúcia asked the Virgin to take them to heaven soon, Mary replied, “Yes, I shall take Jacinta and Francisco soon, but you will remain a little longer, since Jesus wishes you to make me known and loved on earth. He wishes also for you to establish devotion in the world to my Immaculate Heart.” On July 13, the Virgin is said to have revealed the Three Secrets of Fatima to the children, which consist of prophecies about the future and have been the focus of much interest ever since. The secrets were not written down until 1941, when Lúcia was asked to compose memoirs about Fatima and her cousins so their canonization proceedings could begin. The first secret described a horrific vision of Hell. The second secret foretold the end of World War I and the beginning of World War II and called for the “Consecration of Russia to the Immaculate Heart of Mary.” Many believe Pope John Paul II fulfilled this request in 1984 by giving a blessing over the world, including Russia, shortly before the collapse of the Soviet Union. There is some confusion as to whether Sister Lúcia believed this fulfilled the request of Mary. The Vatican kept the third secret under wraps until Easter 2000 – despite Lúcia’s declaration that it could be released to the public after 1960. The officially released text of the third secret was unspecific in nature, leaving it open to various interpretations. The vague nature of the secret has led to speculation that the Vatican did not release its entire contents. The secret speaks of a pope being killed by soldiers at the foot of a cross on top of a mountain, along with many other bishops and priests. The Church’s interpretation is that this predicts the May 13, 1981 assassination attempt on Pope John Paul II by Turkish gunman Mehmet Ali A?ca in Saint Peter’s Square. John Paul himself credited Our Lady of Fatima with saving his life, saying he saw her intervening to deflect the gunman’s arm and he maintained consciousness on the ride to the hospital by keeping his mind focused on her. The Sun Miracle. On her last visit on October 13, a crowd of 70,000 people, including reporters from anti-religious newspapers, gathered in a torrential rainstorm to witness the scheduled arrival of the Virgin Mary, which led to the famous Sun Miracle of Fatima. Around noon, many of the observers testified they saw wondrous things in the heavens: the rain clouds parted, the “sky opened up” and the sun seemed to spin in the sky, change colors, or go completely dark for several minutes, before appearing to plunge towards the earth. Some feared it was the Last Judgment. Many agreed that a major miracle had occurred. Only the children saw the Virgin appear, however. One of those who witnessed and reported the strange solar phenomena was Avelino de Almeida, a reporter who had ridiculed the so-called miracles at Fatima in previous articles. His photographer did not see it, but shot pictures of the mesmerized crowd looking into the sky. There is no independent verification of the solar phenomenon, and no movement or other phenomenon of the sun was registered by scientists at the time. Fates of the Visionaries. Francisco and Jacinta Marto both fell victim to the Great Spanish Flu Epidemic of 1919. Exhumed in 1935 and again in 1951, Jacinta’s body was found incorrupt, while Francisco’s had decomposed. Francisco and Jacinta were declared “venerable” by Pope John Paul II in a public ceremony at Fatima on May 13, 1989, and John Paul returned on May 13, 2000, to declare them “blessed.” Jacinta is the youngest non-martyred child ever to be beatified. Lúcia reporting seeing the Virgin again in 1925 at the Dorothean convent at Pontevedra, Spain, and was asked to convey the message of the First Saturday Devotions. Lúcia was transferred to a convent in Tuy, Spain, in 1928. In 1929, Lúcia reported that Mary returned and repeated her request for the Consecration of Russia to her Immaculate Heart. Lúcia reportedly saw Mary in private visions off and on throughout her life. Most significant was the apparition in Rianxo, Spain in 1931, in which Jesus taught Sister Lúcia two prayers and delivered a message to give to the hierarchy of the Church. In 1947, Sister Lúcia left the Dorothean order and joined the Carmelite order in a convent in Coimbra, Portugal. She died on February 13, 2005, at the age of 97. The date is significant for Fatima devotees, being on the 13th day of the month. After her death, Cardinal Joseph Ratzinger (then head of the Congregation for the Doctrine of the Faith) ordered her cell sealed off, perhaps to examine it for Lúcia’s canonization proceedings. Development of the Shrine and Pilgrimage. Construction on the first place of worship, the Chapel of Apparitions, began on April 28, 1919. Permission was first granted for the celebration of Mass at the shrine in October 1921 and on June 26, 1927, the Bishop of Leiria presided over an official ceremony in the Cova da Iria. On October 13, 1930, the 13th anniversary of the Sun Miracle, the Bishop of Leiria issued this statement authorizing the cult: In virtue of considerations made known, and others which for reason of brevity we omit… and after hearing the opinions of our rev. advisors in this diocese, we hereby: 1) Declare worthy of belief, the visions of the shepherd children in the Cova da Iria, parish of Fátima, in this diocese, from 13 May to 13 October, 1917. 2) Permit officially the cult of Our Lady of Fátima. Devotion to Our Lady of Fatima received unprecedented official support from several popes, including Pius XII (1939-58), Paul VI (1963-78) and John Paul II (1978-2005). Pope Pius XII issued a message encouraging devotion to her on May 13, 1946, and again in 1950, when he declared, “may Portugal never forget the heavenly message of Fátima, which, before anybody else she was blessed to hear. To keep Fátima in your heart and to translate Fatima into deeds, is the best guarantee for ever more graces.” On May 13, 1967, Pope Paul VI prayed at the shrine with Sister Lucia. Finally, as described above, Pope John Paul II credited Our Lady of Fátima with saving his life during the assassination attempt in 1981. He came to Fatima as a pilgrim on May 12, 1987, to express his gratitude, and the following day, he officially consecrated the human race to the Immaculate Heart of the Virgin, as Pius XII had done before him. The primary building at the shrine is the Basilica of Our Lady of Fatima, a gleaming Neoclassical church begun on May 13, 1928, and consecrated on October 7, 1953. Its slender central spire rises 65 meters high. The church is flanked by monumental colonnades and overlooks a large open plaza, the center of which is occupied by a Monument to the Sacred Heart of Jesus (1932). The monument stands over a spring that was discovered there and was, according to the shrine, “the instrument of many graces.” Guards at the basilica doors may stop visitors who are not suitably dressed, which means general modesty, no shorts on men, and skirts or dresses on women. Inside, there are 15 altars dedicated to the 15 mysteries of the rosary as well as the tombs of the young visionaries, Francisco Marto and Jacinta Marto, who died in 1919 and 1920 respectively and were beatified in 2000. The high altar painting depicts the Message of Our Lady of Fatima to the three children. Included in the painting are figures of the local bishop as well as Pope Pius XII (who consecrated the world to the Immaculate Heart of Mary in 1942), Pope John XXIII and Pope Paul VI. The four corners of the basilica are occupied by statues of men especially devoted to the rosary and the Immaculate Heart of Mary: St. Anthony Claret, St. Dominic of Gusman, St. John Eudes and King St. Stephen of Hungary. The great organ (1952) has 12,000 pipes. The other main stop for pilgrims to Fatima is the Chapel of Apparitions, an open-air chapel built on the site of the appearances. It is open year-round for regular services and can be virtually visited by a high-resolution webcam. The original chapel was built in 1919, then blown up on the night of March 6, 1922, by those who suspected the church of staging the miracles. Inside the modern chapel is a single white column over the site of a small holm oak tree over which the Virgin Mary appeared on May 13, 1917. That oak fell victim to souvenir collectors long ago, but a large replacement tree grows near the entrance to the sanctuary by the rectory.Near the entrance to the sanctuary by the rectory is a Berlin Wall Monument, containing a 5,732-pound chunk of the wall donated by a Portuguese emigrant to Germany after it fell in 1989. He offered it as a memorial of God’s intervention in bringing down Communism, as promised at Fatima. Some Fatima pilgrims also visit the original burial site of Francisco and Jacinta at a cemetery on the outskirts of Fatima. In Aljustrel 3.2 km away, the homes of the children have been left mostly unchanged, giving an idea of what the little village was like before the grand shrine was built. A particularly popular site is the Hungarian Stations of the Cross, consisting of 14 little chapels leading along 3 km of inclined stone walkways to a marble monument of Christ on the cross. Pilgrims arrive in Fatima throughout the year, but especially in the summer and on the feast days of May 13 and October 13. On May 12 and October 12, crowds of pilgrims (as many as 75,000) throng the small town in cars, on bicycles, in donkey carts, or on foot. Some approach the shrine on their knees in penance. Once in Fatima, they camp out and wait for dawn. On the 13th, pilgrims wave their handkerchiefs in homage as a statue of Our Lady of Fatima is passed through the central square between about 10am and 12:30pm. There are large torch-light processions held in the evenings. (information on how to go to Fatima from the Internet)