Warto przeczytać

Stanisław Barszczak, Wybrzeże Kości Słoniowej,(cz.2)
III
Agbagnador jest “bezkresnym błotem błotniskiej ścieżyny.” Jest tu ogromne drzewo i resztki rozpadającej się chaty. Pośrodku ‘salonu’ spalony, tlący się fotel. Trzech mężczyzn: Józef, Franciszek i Antoni z tubylców sprawują tutaj pieczę, mówią językiem Kru. Rodzina przejęła ‘rezydencję’ w porzuconym kapeluszu. Opuszczona chata napełniła się porannymi modlitwami . Ojciec wybiera kwiat, podczas gdy jakiś człowiek wystawia swoją twarz przez okno. Gdy Tomasz prosi o jego imię, człowiek odpowiada, że on jest Paproć. Potem Henryk nazwał kwiat stojący opodal również paprocią, jak się nazywa ludzi, których przezwisko z racji na ostatnio noszony przez nich kapelusz brzmiało tradycyjnie ‘Jonasz’. Ojciec podobnie obstaje przy tym, by kwiat nie nazywał się Jonasz a Paproć. Stąd zwrócił się do niego w słowach: Paproć, podziel się pożywieniem z nami, tj. Kowalskimi, tak jak z kolegami z wioski, z lipami, bananami, awokado, maniokiem, cytryną i pomarańczą, serwując nam sok owocowy, albo Tuborg. Odtąd Paprocie są odzwierciedleniem tutejszych Kowalskich, dwóch rodziców i całej naszej czwórki…

Życie nie jest łatwe w dżungli. Cała rodzina trudzi się bez końca, aby zbudować na lagunie Agbagnador dom i ogród. Ojciec twierdzi, że nigdy nie potrzebuje snu. Zdaje się nawet bardziej pogodny i wesół, co uszczęśliwia także matkę. Pewnego dnia Pan Henryk wraca na ‘henryczku’ z pasażerem, Panem Struskim. Ten człowiek jest misjonarzem z San Pedro, nazywa się ‘Zawieszona Paproć’, z racji na jego posturę przypominającą szubienicę. Ojciec nie chce dać mu pozwolenia na to, by swobodnie pojawiał się w Agbagnador. Tomasz nalega na Józefka, by został z misjonarzem, następnie zmusza tego człowieka by odszedł, nawet bez posiłku i chłodnego drinku po tak długiej podróży. Po domu i galerii, które są postawione, ojciec zaczyna wspólnie z innymi nową budowlę obkładać rurą miedzianą. Zaczynam rozpoznawać znany mi kształt w nowym warsztacie- laboratorium, który powstaje bardzo szybko. Gdy przyszły żniwa i zwieziono już ziarna, ojciec daje każdemu dzień wolny. To jest ich pierwszy dzień wolny…

Konstrukcja, która wspólnie jest budowana pod kierunkiem ojca przypomina wiatrak o kilku piętrach wysokości, z metalową pokrywą, ta budowla nazywa się teraz ‘Maciuś’. Większość mieszkańców Agbagnador, w tym Paproć, myślą że ojciec zaczął produkować amok i w tym celu zbudował silos. Gdy pytają, co będzie w nim przechowywane, Tomasz enigmatycznie odpowiada, że to nie tak, że on coś tu włoży, a potem będzie wyjmował. “Powiedział, że zrobił potwora. ‘Jestem doktor Frankenstein!’, i zawył przez spawalniczą maskę.” Tomasz twierdzi, że wszystkie jego wynalazki są inspirowane przez ludzkie ciało. On twierdzi, że nie wierzy w Boga, bo on sam może ulepszyć jego dzieło. Tutejsi rolnicy przyszli, by się pogapić na ten ogromny twór. Kilku przywódców plemion wystawało tutaj, w tym pan Hopfer, pan Słodowy, pani Leokadia. Kiedy już każdy tutaj został poruszony nowym wynalazkiem, Tomasz nalegał, żebym osobiście wspiął się do wnętrza, by go uruchomić. Wysypują się wreszcie długo oczekiwane bryły lodu, którymi obdarzamy kilka pobliskich wiosek. Tubylcy przyjmują sztaby lodu, jako dobrodziejstwo przybyłej do nich cywilizacji.

Kolejnego dnia pod okiem ojca cała rodzina przemieszcza się ‘henryczkiem’ płynąc pod prąd, biorąc lód dla pobliskich plemion. Ojciec jest zdziwiony, że misjonarze nie zapanowali nad danym obszarem przynosząc kulturę europejską w postaci Pepsi i Cooli. Nieraz nawet żałuje swojego błędu, gdy widzi jak mieszkańcy pierwszej wioski zaczęli modlić się- bo sądzili tym samym, że każdy biały człowiek już musi być misjonarzem. Oni przedtem już zauważyli lód cztery lub pięć razy, przyniesiony przez misjonarzy. Gdy rodzina wraca z kolejną przesyłkę lodu, oni znajdują tubylców, którzy pobudowali małe repliki „Maciusia” i oddawali mu cześć. Zaczynam porównywać ojca z majstrem, wspominanym już tutaj przeze mnie panem Podolakiem. Zamiast uciekać z urzędu, Tomasz po prostu zrobił się sam dyktatorem swojego własnego małego świata. Tomasz szydzi z tubylców i tutejszych barmanów, ale również oczernia lokalnych awokado. Jest pierwszy dzień szkoły- październik, dzień siedemnasty, Mama zapisała bliźniaczki do trzeciej klasy. W Agbagnador dzieci Paproci pokazują nam ciemne pobliskie przejścia pośród zarośli, haszczy i lian dżungli.

Po ukończeniu chłodni Tomasz marzy o wierceniu studni, by tym samym rozpocząć uzyskiwanie obfitej energii geotermalnej z pod powierzchni ziemi. Ale zamiast tego buduje ogromną lodową górę z bloków lodu, tak, że pan Henryk może ją przewieść przez rzekę, by pokazać mieszkańcom to jedyne ‘wiaderko ryb’. Następnie oznajmia, że oni zabiorą lód do plemion het w górach. Obwieszczając swoje sukcesy, Tomasz mówi, “Czujesz się trochę, jak Pan Bóg.” Kowalscy, czyli moja rodzina i ja ostatecznie zaznaliśmy komfortowego życia w Agbagnador. Pomimo tego, że wszyscy, to jest i dorośli, i dzieci, i przywódcy szczepów, mieszkańcy tych ziem, pracują w każdej chwili dnia, to jednak cieszą się tutaj wszystkimi podstawowymi elementami życia. Gospodarstwo jest samo-wystarczające, trwałe, nie opiera się na żywności sprowadzanej z zewnątrz. A mają tylko zakład produkcyjny lodu w samym środku najbardziej interesującej krajoznawczo Afryki, a Ojciec nadal jeszcze nie jest zadowolony. Pragnie zwiększenia sławy i władzy, chciałby być uznanym jako człowiek, który wykształcił się w wymienionej dziedzinie całą dżunglę.

Ojciec budzi Jacka i mnie tuż przed świtem, aby rozpocząć przejście przez góry, by zawieść lód do afrykańskiej wioski. Ładują ogromne bloki lodu na sanki przygotowując je do podróży, wspomagani przez mężczyzn z tutejszego plemienia. Przemieszczają się przez długi, gorący dzień, z lodem topniejącym na każdym kroku. Ludzie uderzają sankami w głaz, przełamując transport lodu na dwie części. Tomasz jest niemiłosiernie pogryziony przez komary. Kiedy próbuję powiedzieć mu o komarach, on akurat odgarnia jagody, nagle jest w szoku. Wściekły na ludzi z plemion, Ojciec staje się coraz bardziej irracjonalny. Choć ma jeszcze przebłyski intelektu, gdy mówi: Koniec filozofii gdy nauka ogarnia wszystko, za to myślenie nieustannie idzie dalej. Wydaje się, że bezpowrotnie straciliśmy namysł, przytomność na rzecz nauki. Siła myślenia polegałaby na tym, żeby zmienić ludzkość. A świat na początku trzeciego tysiąclecia jest już „taki, a nie inny”, choć jeszcze nie dożył, nie dorósł do pójścia dalej… Naraz ‘budzi zachwyt’ stwierdzeniem, że chciałby zasnąć we własnym łóżku, a zaraz potem przedstawia obraz monstrum, jakby chciał każdego pożreć oczami, gdy mówi, że to się wydarzyło po raz pierwszy, żeby lód rozpuścił się kiedykolwiek na tym szczególnym zboczu górskim.

Ta wycieczka w góry jest pierwszym poważnym błędem Ojca, przynajmniej ja już tak to osądziłem, ale on nie reaguje na niepowodzenia. Choć został znacznie poniżej normy osądzony… Budzę się, aby zobaczyć, że mój ojciec osunął się na ziemię we śnie. Tomasz szybko budzi i zaprzecza, żeby kiedykolwiek zamknął oczy. Lód stopił się do wielkości piłki nożnej, ale Tomasz nie chce przyznać się do porażki. Kiedy zwracam mu uwagę, że z szczytu góry, ‘koścista’ dżungla wygląda zniszczona, niemiłosiernie zdewastowana, Tomasz sarkastycznie odpowiada, “Nigdy nie widziałeś Chicago!” Wreszcie towarzystwo pojawia się w małej wiosce wysoko w górach. Afrykańczycy stanowią tutaj różne szczepy, i żaden z mężczyzn z Agbagnador nie jest w stanie z nimi się porozumieć. Tomasz przekazuje mały kawałek pozostałego lodu naczelnikowi gminy, który jednak szybko się ulatnia. Mieszkańcy mówią Tomaszowi, żeby odszedł, ale on odmawia. Wreszcie trzech chudych, białych ubranych tylko w szortach serwują im żywność. Ojciec potwierdza, że biali ludzie są niewolnikami i chełpi się wszystkimi udogodnieniami, komfortami Agbagnador, włącznie z ogrodami, domami, bieżącą wodą, prysznicami.

Wolałbym uchronić ojca od powtarzania kłamstwa o dużym bloku lodu, jaki on przekazał Afrykańczykom. Uważam, że ojciec zostanie uratowany tylko pod warunkiem, jeśli coś poszłoby nie tak w Agbagnador. Jak w większości pobożnych życzeń tak i w życiu dzieje się więcej niż się człowiek spodziewał. Agbagnador jest dziwnie wyciszone po ich powrocie. Mimo że jest noc, nie ma światła u rodziny Paproci. Pan Struski, misjonarz, właśnie wrócił się w motorówce. Gdy Ojciec jest nieobecny to on oskarża każdego o bluźnierstwo i rozszerzanie kłamstw nauki. Zabrał z sobą jednego z Afrykańczyków, wylęknioną Paproć. Kiedy protestuję, że jego ostatnie imię jest ‘Zawieszony’ a nie ‘Paproć’, Tomasz staje się rozwścieczony. Nakazuje, żeby ‘Paproć’ wracał. Jako latorośla, które nadal pogrywają z rówieśnikami w Agbagnador., tęskniliśmy za ‘Paprocią’. Od kiedy ‘Maciek’ został wybudowany, do Agbagnador przybyło mnóstwo ludzi. Osobiście rozpoznałem trzy białe męskie ubrania, jako te, które kobiety w afrykańskiej wiosce uprały na wizytę Tomasza. Mężczyźni działają spokojni, jakby chcieli przejąć władzę nad wioskami. Pytają ojca, jak wielu mieszkańców jest Agbagnador, gdy oni przybywają, a on odpowiada że istnieją tysiące, wliczając termity. Ojciec stara się przekonać ludzi, że cała wieś jest zaatakowana przez owady. Wszyscy z domów poginęli, mówił Ojciec. Mama gotuje śniadanie dla mężczyzn, a Ojciec stara się przyspieszyć ich odejście. Gdy mężczyźni deklarują swój zamiar pozostania, ojciec mówi, że nie ma już miejsca dla nich, by mogli tutaj spać. Mężczyźni pokazują na opuszczoną chatę ‘Paproci’, ale ojciec mówi, że także jest zaatakowana przez termity, i mówi panu Henrykowi, żeby uderzył w podłogę i dach tej chaty. Po wyrażeniu uwag przez Henryka, że on nie widział żadnych termitów, ojciec jednak nadal upiera się przy swoim.

Całą noc ogień szaleje w Agbagnador. Rodzina jest bezpieczna w Assagni, ale są atakowani przez moskity. Łódź pana Henryka, ich najlepszy dom, w którym mogliby zbiec, została spalona. Dzieci śpią niewygodnie na pochylonym zboczu. Tylko ja całą noc czuwam. Tomasz śpi rano, wtedy już każdy jest przebudzony. Nikt nie chce słuchać tego, co on mówi. Matka znajduje dla dzieci kosze i pomaga im zebrać paprykę, guawy i dzikie awokado. Ona chwali dzieci z racji na szkołę w Bouaké i nauczenie się przez nich tak wiele o dżungli. Już umieją modlić do Matki Bożej Pokoju z Yamoussoukro. Ojciec wstaje po trzynastu godzinach snu, zakłada swoją czapkę z daszkiem na głowę i oświadcza, że zaledwie spał na mrugnięcie okiem. Ojciec twierdzi, że jest szczęśliwy, że Agbagnador uległo zniszczeniu, ponieważ to sprawia, że on jest wolny. On twierdzi również, że starał się rozwiązać sytuację z trzema białymi pokojowo. On obraża Assagni, nazywając po imieniu jej kapelusze i drzewo huśtawkę… Z panem Henrykiem rodzina wyprawia się na teren dżungli w kierunku morza. Matka mówi, że trzej mężczyźni nie mogliby im już zaszkodzić, ale ojciec nazywa ich “sprzątaczkami”. Ostatecznie spotykają Afrykańczyka Miakisza, który odtąd będzie z nimi dzielił produkty jego ogrodu. Człowiek ten jest jednym z Afrykańczyków, któremu Tomasz dał nasiona jako zapłatę za pracę. W związku z tym warzywa, które dzielili wspólnie rozrastały się z nasion, importowanych przez Tomasza z Bouaké. Ten człowiek daje im także swój kajak jako łódź, o nazwie ‘bibanto’, w którym podróżują w dół rzeki. Gdy rodzina opuszcza wieś, Tomasz dyskredytuje jego męski kapelusz. Ojciec nie pozwala na dotykanie komukolwiek pięciu koszy produktów, które dostarczył im pan Miakisz Twierdzi, że będą nasionami dla nowego ogrodu. Natomiast mówi, żeby rodzina zbierała “małpią żywność.” Po drodze w dół rzeki ojciec zwraca uwagę na to, że grupa będzie wkrótce w innym niebezpieczeństwie…

IV
Płynąc w dół rzeki Jacek zaczyna kwestionować ojcowski talent jako wynalazcy. Uważam, że ojciec jest wprost gnany do wymyślania hydraulicznych krzeseł i kół wodnych, ponieważ pragnie komfortu. Matka sugeruje, że ojciec jest perfekcjonistą, zmuszany poprawiać każdą maszynę, jaką ujrzy. Po kilku dniach grupa przybywa na Czerwoną Lagunę. To jest rozmoczony skrawek ziemi, w pobliżu oceanu, pokryty zielonymi glonami, to algi. Ojciec utrzymuje, żeby Henryk zostawił ich i wrócił pieszo do San Pedro. Ojciec daje Henrykowi swój zegarek odwdzięczając się mu tym samym za jego zdemolowaną łódź. Rodzina podpływa ’bibanto’ ku najbliższemu potokowi. Kiedy osiągają miejsce Ojciec deklaruje, że jest ono stosunkowo nietknięte, stawiamy na sztorc bibanto na brzegu i obozujemy koło potoka. Wkrótce ojciec planuje nowe kompletnie zasiedlanie terenu wraz z domem, kurnikiem i ogrodem. Praca jest nawet trudniejsza teraz, bez żadnych narzędzi. Ja, Ojciec i Jacek rozgrzebujemy plażę regularnie, siejąc tutaj dla nas nowe ocalenie… Nowe osiedle na Czerwonej Lagunie zostaje dotknięte przez suszę. Woda cofa się, codziennie na lagunie jest jej coraz mniej. Każdego dnia ciemne chmury zbierają się na wybrzeżu w pobliżu Czerwonej Laguny, ale po południu, one rozpraszają się bez jakiegokolwiek deszczu. Ojciec staje się coraz bardziej rozwścieczony, wyładowując swój gniew na rodzinę. Jacek wymyśla nowy pseudonim dla Ojca, nazywając go “Farter.” Aby zasilić ich sadzonki rodzina musi wykopać rowy w skorupie ziemskiej, zrobić rynny. Oni mozolnie ciągną wiadra wody, by zamoczyć przynajmniej korzenie. Ojciec projektuje mechaniczną pompę dla wody w ogrodzie, ale trzeba aż siedmiu mężczyzn do tej pracy. Ojciec nie chce jeść tutejszej żywności i mówi, że będzie chodzić bez snu, nie zaśnie, póki znowu nie spadnie kropla deszczu. Spędza noce przebudowując silnik zaburtowy. Gdy mama nazywa jego teraźniejszą pracę, po prostu -jego zabawką, to Ojciec odpowiada, że to jest jedyna rzecz, która trzyma go przy zdrowych zmysłach. Nagle niebo zaczyna grzmieć…

Deszcz w końcu przychodzi, padając mocno jak ostrza z nieba. Kowalscy, to moja rodzina, pozostają nieprzemakalni wewnątrz naszej barki, jako naszego domu. W środku burzliwej nocy jestem obudzony przez Pana Henryka. Henryk przyniósł świece zapłonowe, zapalnik gazowy i olej do silnika zaburtowego. I mówi, że rzeka rozleje się i zniszczy ogród. Mnie osobiście mówi o tym, że jeśli ojciec naprawi silnik zaburtowy i przeprawi rodzinę do Czerwonej Laguny z powrotem, to on zapewni im bezpieczeństwo. Następnego dnia rano, ogród jest zalany. Połowa sadzonek jest wygiętych i delikatnie ulegają martwocie. Tymczasem nadal mocno pada w kolejnym tygodniu, i większość ogrodu jest ulega powszechnemu zalaniu. Ojciec zaczyna się mówić o frontonie domu jako o “łuku”, jakby to była łódź. Ojciec znajduje benzynę, który Henryk zostawił. Henryk twierdzi, że to jest tylko resztka… Nagle Ojciec mówi, że uratował każdemu życie i chciałby wiedzieć, co oni mają zamiar zrobić, aby mu się odwdzięczyć. Tomasz całkowicie ignoruje fakt, że miał rodzinę w tej kłopotliwej sytuacji. Następnie gdy on zarzeka się, że w dole rzeki dopiero “jest toaleta,” a mama sugeruje wręcz, żebyśmy widzieli swoje szanse na wybrzeżu. Tymczasem rodzina przemieszcza się w górę rzeki. Jacek i Ja pracujemy w pobliżu łodzi, sondując rzekę dla jej mielizn i uważając na jej skały. Podróżujemy w milczeniu, słychać jedynie silnik zaburtowy. Głośny silnik zaburtowy zmusza wszelkie stworzenia dżungli do milczenia. Gdy mijają ludzi z tutejszych plemion w ich kajakach schodzących w dół rzeki, ojciec twierdzi, że ci mężczyźni są do tego przeznaczeni. Kiedy Ojciec nie słyszy tego, Jacek mówi, że pewnego dnia znalazł się w wydrążonym pniu i pozwolił płynąć mu z prądem rzeki w dół. Bliźniaczki powiedziały o tym Ojcu, a on nalega, żeby Jacek wszedł do małej łodzi i wypycha go ku nurtowi rzeki…

Przez trzy dni Jacek i Ja mamy karę, zmuszeni do płynięcia w pniu ciągniętym za łodzią. Gdy ojciec pozwala ostatecznie, by dwóch było z tyłu na pokładzie, jesteśmy chorzy i słońce paliło niemiłosiernie. Po jedenastu dniach podróży w górę rzeki napotykamy zamieszkaną wieś Kalafiorową. Mieszkańcy, jeden z tutejszych klanów, dzielą się z nami ich pożywieniem. Kiedy Ojciec dowiaduje się, że mężczyźni mają odrobinę benzyny, sprzedaje im w zamian jego sztuki rzeźby (bo miał dłuto), toaletę i lustro. Kiedy się z nimi żegnamy, mieszkańcy pytają, czy popłyniemy w górę rzeki dwa dni. Podali nazwę miejsca, które brzmi bardzo przyjaźnie dla mnie, jakkolwiek nie umiem wytłumaczyć sobie dlaczego. Tej nocy w hamaku na pokładzie uświadamiam sobie, że ludzie mówili ‘Yamoussoukro’ i dlaczego to jest mi bliskie… Jacek wystraszony jest przez ojca, i sugeruje wręcz, by go zabić. Wydaje się, że to jest jedyny sposób, żeby rodzina kiedykolwiek uciekła przed kontrolą tego człowieka. Ojciec…

Tylko Ja uświadamiam sobie znaczenie imienia Yamoussoukro. Benzyna tutejsza jest niedobra i stale fauluje zewnętrzne zawory. Wreszcie w przypływie wściekłości ojciec wyrzuca silnik za burtę. Rodzina używa długich pali, by zmusić łódź, by ruszyła w górę rzeki, przeciw bieżącemu prądowi strumienia, który jest łagodny, bo blisko źródła. Mijamy kilka żerdzi, podejmujemy je z myślą o nowych zasiedleniach-postojach, a matka sugeruje, żebyśmy poczynili kolejne domostwo raz na zawsze. Inni beznamiętnie zgadzają się. Tylko Ja zachęcam rodzinę, by popłynęła do Assigni. Pięć dni od wioski Kalafiorowej rodzina słyszy samolot wysoko nad głową. Ojciec zaprzecza temu, że to jest samolot, podkreślając, że to tylko głośny wiatr boczny. Od dziobu łódki zauważam puszkę po Pepsi i pustą butelkę zieloną znoszone w dół rzeki. Później tego samego dnia mama słyszy muzykę kościelną przychodzącą od strony drzew. Ojciec twierdzi, że jest to śpiew ptaków. Łódź zakręca ku brzegowi.

Gdy na tylnym pokładzie statku mama nagle budzi się opowiadam jej przyjmując jej ton głosu jak bardzo jest przestraszona. Mówię jej, że ‘w domu’ wszystko jest w porządku, ale mama mówi, że to nie powoduje żadnej różnicy. Ojciec nienawidził życia w Europie. Ona nie chce zostawić męża na pastwę losu. Bez jej przyjazdu tutaj, mówi, nie zrozumielibyśmy dżungli. Mimo to Ja i Jerry staramy się przekonać matkę do ucieczki. Przypominamy jej, że ojciec gdzieś przepadł, tym samym może nigdy nie wrócić. Gdy będziemy czekać dnia, będzie za późno. Ktoś zauważy, że brakuje kluczyków do samochodu. Nagle coś błyska za domkami Bungalow. Olbrzymie płomienie świetlne obejmują drzewa, wydzielając smród spalania benzyny. Nie chcą nas tutaj, pomyślałem. Nakazuję Jackowi chwycić bliźniaczki, a mamie mówię, że oni muszą stąd odejść. W końcu Ojciec pojawia się na brzegu, nakazując nam wracać do łodzi. Wykorzystał gaz z misji gazu, by rozświetlić łódź…

Mama kieruje skradzionym jachtem tak szybko, jak może przez ciemności, i to ponad dwadzieścia osiem mil, koleinami szlaku prowadzącego do Grand Lahou. Rzeczne błoto na ojca pachnie jak śmierć. Jego twarz jest niebiesko-biała. Wreszcie osiągają rzekę, kilku tubylców rozpoznaje samochód Ojca Misjonarza i pozdrawiają go. Mama zaczyna wydawać rozkazy, domaga się łodzi, żywności i wody. Ona opiekuje się ranami Ojca. Został postrzelony w szyję. Jego kręgosłup nie jest uszkodzony, ale czerwone żyły i sadło są widoczne w ranie. Indianie przenoszą Ojca do kajuty na łodzi i dają nam fasolę, ryż i kawę, żebyśmy zabrali ze sobą. Gdy odpływamy, Ojciec słabo bo słabo, ale podnosi głowę i pyta, czy oni płyną w górę rzeki. Mama mówi mu, że tak, kiedy już obrócili łódź, by płynąć w przeciwnym kierunku. W nocy zakotwiczamy w pobliżu wiejskiej misji. Mama domaga się jedzenia, wody i lekarstw, i otrzymuje to… nagle otwiera się przed nami ujście rzeki Bandama do Atlantyku.

Rodzina mogła nawet być zagłodzona na plaży, ale śmierć ojca zwraca uwagę na ich los. Śmierci białego człowieka jest to niezwykłe wydarzenie na wybrzeżu Moskitów. Nowiny rozchodzą się szybko. Mieszkańcy wioski nazywają Ojca białym misjonarzem. Jak będzie on nienawidzić tego! Wkrótce Pan Henryk przybywa i płacze. Cała rodzina pamięta tylko, że byliśmy zbyt głodni i wyczerpani, by płakać nad śmiercią Ojca. Pan Henryk zabiera rodzinę z powrotem do Agbagnador. Pan Henryk i nasza rodzina nie możemy uwierzyć, że ojciec nie żyje. Wyczekujemy, że przyjdzie w każdej chwili i wyda rozkazy. Jeszcze teraz słyszę głos ojca w mojej głowie, w którym on proklamuje to właśnie, że on jest ostatnim człowiekiem żywym. Po długim pobycie w dżungli, będąc już przekonany, że cały świat został zniszczony, uwierzcie mi, że nawet mocno ‘zużyta’ taksówka na lagunie Agbagnador wydaje się wspaniałym okazem rzemiosła- faktem cywilizacji.

Epilog
Jacek mieszka teraz w Indiach. Można go spotkać jadąc z lotniska Dabolim Airport w Goa trasą Pilar Old Goa Road, na północ w kierunku Old Goa, ku Bazylice Dzięciątka Jezus, albo też na pobliskiej plaży Varca. Jest astronomem i bada gwiazdy. Ostatnio przysłał mi list odnośnie najnowszych badań naszego Układu słonecznego.Porównałem te wypisy z wiadomościami z Internetu i teraz wam je podaję. Najwięcej interesuje go Olimp na Marsie. Ta najwyższa znana góra w Układzie Słonecznym znajduje się na Marsie. Jest wygasłym wulkanem, którego podstawa liczy 550 km średnicy. To sprawia, że choć jest wysoki na 27 kilometrów (to trzy razy więcej niż Mount Everest!), nie jest bardzo stromy. Jak to się stało, że wulkan ten osiągnął tak imponujące rozmiary? Po pierwsze, zadecydowała o tym jego silna aktywność. Lawa spływająca po zboczach po każdej kolejnej erupcji narastała warstwa po warstwie. Tym bardziej, że na Czerwonej Planecie nie ma ruchów tektonicznych i miejsce wypływu lawy nie zmieniało się przez lata. Kolejny czynnik to słabsza niż na Ziemi grawitacja – góra nie osiadała i nie zapadała się. Naukowcy ostrożnie wypowiadają się na temat obecnego stanu tego super wulkanu. Nie ma bowiem pewności, czy już wygasł, czy nadal może być aktywny. Słońce- daje nam światło i energię, ale wysyła też w naszą stronę niebezpieczne obłoki plazmy. Powierzchnia Słońca przypomina wrzący ocean. Jest tam niespokojnie, co rusz dochodzi do wybuchów gorącej materii, która stygnąc, emituje energię. Ciągle rozwijają się kolejne burze słoneczne i następują wyładowania. Czasami docierają do Ziemi, tworząc niezwykłe zorze polarne. Naukowcy ostrzegają jednak, że naprawdę duży wybuch może wywołać burzę elektryczną, która zachwieje stabilnością sieci energetycznych na naszej planecie, a także zagrozi astronautom przebywającym na zewnątrz stacji kosmicznej. Enceladus, to jeden z lodowych księżyców Saturna. Enceladus skupił na sobie uwagę naukowców w 2005 roku, gdy przelatująca blisko jego powierzchni sonda Cassini zarejestrowała nagłe wyrzuty wody i lodu ze znajdujących się na jego powierzchni pęknięć – zjawisko nosi nazwę kriowulkanizmu. Po dokładniejszych badaniach okazało się, że takich gejzerów jest na powierzchni Enceladusa co najmniej 30. Znajdują się one w rozpadlinach zwanych “pasami tygrysa”. Badania wykazały, że szczeliny te są znacznie cieplejsze niż skuta lodem powierzchnia księżyca. Ciepła woda, trafiając do znacznie zimniejszej przestrzeni, momentalnie zmienia się w płatki śniegu i malutkie bryłki lodu, tworząc niesamowite pióropusze. Jednak nadal tajemnicą pozostaje, ile wody kryje się pod powierzchnią Enceladusa i czy pod lodową kopułą są warunki, w których mogłoby rozwinąć się życie. Pierścienie Saturna- czynią tę planetę najbardziej niezwykłym wizualnie obiektem w kosmosie. W ogromnej ilości bryłek lodu, z których się składają, znajduje się 26 milionów razy więcej wody niż na Ziemi. Pochodzenie pierścieni jest zagadkowe. Być może jest to materia, z której miał powstać księżyc, ale pole grawitacyjne Saturna do tego nie dopuściło. A może wręcz przeciwnie – dostała się w nie asteroida, która została rozerwana. Ciekawostką jest, że pierścienie wyglądające na zdjęciach jak zupełnie płaskie, w rzeczywistości usiane są wzniesieniami od małych gór po szczyty o wysokości nawet 4 tys. metrów. Odpowiadają za to księżyce Saturna, które oddziałując z pierścieniami “wypychają” krążącą materię w górę lub dół. Kosmiczna burza na Jowiszu- na największej planecie Układu Słonecznego ma miejsce jedno z najbardziej gwałtownych zjawisk na naszym “kosmicznym podwórku” – huragan o średnicy trzy razy większej od Ziemi. Odkryty został w 1664 roku, ale do dziś pozostaje zagadką, jak i kiedy powstał. Ponieważ widziany z Ziemi przypomina wielką plamę, został nazwany… Wielką Czerwoną Plamą. Ten antycyklon wieje na Jowiszu bezustannie, osiągając prędkość ponad 600 km/h i 8 km wysokości ponad chmury planety. Co ciekawe, Wielka Czerwona Plama nie jest jedynym takim zjawiskiem na Jowiszu. Kilka lat temu naukowcy, dzięki zdjęciom z teleskopu Hubble’a, zaobserwowali trzy mniejsze burze nazwane Białymi Plamami. W ciągu trzech lat połączyły się one, tworząc jedną, której wielkości była zbliżona do Ziemi. Wtedy stało się też coś, co zaskoczyło ekspertów – zaledwie tydzień po połączeniu huragan zmienił barwę z białej na jasnoczerwoną. Czy podobnie powstał pierwszy z odkrytych antycyklonów? Astronomowie przypuszczają, że gdy wiatr nabierał prędkości, podrywał coraz większe ilości materii z powierzchni planety. W niej mogły znajdować się związki chemiczne np. siarki, które zmieniły kolor burzy. Jeśli ktoś chciałby zobaczyć ogromną kosmiczną burzę, lepiej niech nie zwleka z wycieczką do obserwatorium. Uczeni zanotowali bowiem, że w ciągu ostatniej dekady Wielka Czerwona Plama zaczęła się zmniejszać. Io- to trzeci co do wielkości księżyc Jowisza. Jego powierzchnia pokryta jest związkami siarki, która barwi ją na żółto, zielono, biało i gdzieniegdzie czerwono. Ale nie tylko wielobarwna powierzchnia czyni z Io ciekawy obiekt. To przede wszystkim najbardziej aktywne wulkanicznie ciało niebieskie w naszym Układzie Słonecznym. W miejsce jednego wygasłego wulkanu bardzo szybko pojawia się następny. Ponieważ Io ma stosunkowo słabą grawitację, wybuchy osiągają wysokość nawet 400 km. Erupcjom towarzyszą wielkie wypływy lawy, która rozlewa się w znacznej odległości od wulkanu. Swoją silną aktywność księżyc zawdzięcza Jowiszowi. Ten gazowy olbrzym silnie oddziałuje na Io, sprawiając, że materia, z której się składa, jest w ciągłym ruchu. Przy jej przemieszczaniu powstają ogromne ilości ciepła, które swoje ujście znajdują w widowiskowych wybuchach.

Bliźniaczki zamieszkały w Paryżu. Jasia nie pamięta już, kiedy po długiej rozłące spotkały się po raz pierwszy. Może w piekarni przy rue Vaugirard albo przed Katedrą de Notre Dame na placu Jana Pawła II. Znowu widzi szarą ulicę, szarą szarugą deszczowego Paryża, pełną szarości, która ogarnia wszystko i przenika człowiekowi głęboko do wnętrza, wywołując łzy. Jej mąż zawsze sobie żartuje z paryskiego nieba, z tego bladego słońca. „Tabletka aspiryny. Opieczętowany Opłatek”. Słońce Mauritiusa to zupełnie co innego. W całej tej szarości Stasia była jasną plamą, rozbłyskiem. Niezbyt wysoka na swój wiek. Jasia przenosiła się z kraju do kraju, aż dotarła do Paryża. Choć jak Stasia dorastała w pewnym afrykańskim miasteczku pod Yamoussoukro. W pewne jesienne popołudnie Jasia zaprowadziła Stasię do ogrodu. Z kieszeni marynarki pana Solimy zabrała klucz od drewnianej bramy, ciężki, żelazny, zardzewiały klucz, przywodzący na myśl tajemne wrota zamczyska. Trochę jej było wstyd, że tak go wzięła, bez pytania. Pan Solima drzemał w swojej sypialni, pod kocem rysował się zarys jego potężnego ciała, ogromne stopy sterczały na końcu łóżka. Nawet nie zauważył, że weszła do pokoju. Od pewnego czasu nic go nie obchodziło. Przed bramą do ogrodu Jasia pokazała klucz Stasi. Jej podniecenie udzieliło się siostrze. Stasia parsknęła nerwowym śmiechem, ujęła dłoń Jasi: – Jesteś pewna, że możemy? Wślizgnęły się szybko i Jasia zamknęła bramę na klucz, jakby ktoś zamierzał za nimi wtargnąć do środka. – Chodź, zaraz ci pokażę nasz sekret. Trzymała Stasię za rękę. Ręka Stasi była mała i delikatna jak ręka dziecka; Jasię wzruszył jej dotyk, niczym obietnica przyjaźni, której nic nigdy nie zakłóci. Później przypomniała sobie tę pierwszą chwilę, pośpieszne bicie serca. Pomyślała: „Nareszcie znalazłam miejsce”. Popołudnie w ogrodzie przy cmentarzu Montmartre trwało długo, bardzo długo. Rzuciły okiem na stertę płacht porośniętych jeżynami i usiadły w głębi ogrodu w altanie, gdzie pan Solima kazał kiedyś ustawić ławkę, żeby mieć gdzie rozmyślać. W powietrzu czuło się wilgoć jesiennego popołudnia, ale blade słońce oświetlało kamienny mur w głębi ogrodu. Brunatna jaszczurka wyszła spomiędzy kamieni i utkwiła w dziewczętach małe błyszczące oczka. -Bierzemy nogi za pas i biegniemy do domu, już wydały odezwę… Ale nie, usiadły jeszcze pod wierzbami. Słychać było tylko szum fal i krakanie wron na drzewach- wywoływało to przestrach, ale była to jedyna pociecha, jakiej doznawały w tym jedynym miejscu… Za nimi widać było otwartą klatkę olbrzymiej kamienicy- żadnych sztukaterii na tej klatce, wszystko już zniknęło… być może widziały to wszystko późno… na schodach nie ujrzały nigdy nowego- oraz dekoracje zakładu fotograficznego, grecką świątynię, wiszące ogrody. Panował nastrój wiecznego lata.

Co do mnie, to pewnego jesiennego dnia wróciłem do Polski, zawitałem w Częstochowie. Wysłano mnie na trzecie piętro pensjonatu. Nacisnąłem dzwonek mieszkania. Drzwi się uchyliły i stanęła w nich Stenia. Bardzo się zmieniłaś, kochanie. Nie poznałaś mnie w ciemnym korytarzu. Twoja biała, czysta cera i złote włosy błysnęły w świetle wpadającym przez okno w głębi mieszkania. – Czy to pensjonat Róża? – Tak, proszę pana.– Czy znajdzie się wolny pokój? Drzwi się otworzyły i powitała mnie figura Matki Boskiej z brązu. Staliśmy, patrząc na siebie. Wysoka, elegancka, złote włosy, zdrowie raczej niezłe, ale mocno zgarbione plecy, zapewne farbowane włosy, żylaste ręce, zmarszczki w kącikach ust wskazują na podeszły wiek. Masz, kochana, sześćdziesiąt pięć lat, ale nie odpłynęła od ciebie całkiem twoja uroda. Czy mnie pamiętasz? Przyglądała mi się badawczo. Wreszcie coś drgnęło w brązowych oczach. Tak, pamiętasz mnie. Wróciłem do istnienia. – Och… To pan! – Madame! Uściskaliśmy się gorąco. Wzruszona, śmiała się głośno. Jednym ruchem zrzuciła z siebie powagę. – Paweł, nie do wiary, pan Paweł… Ha… ha… Usiedliśmy na hebanowej kanapie stojącej pod figurą Matki Boskiej, a nasze postacie odbijały się w szybie szafy z książkami stanowiącej dekorację. – Hol wcale się nie zmienił – powiedziałem, rozglądając się dokoła. – Ależ był kilka razy odnawiany, malowany – zaprotestowała, machając rękami. – Są tu nowe rzeczy: żyrandol, parawan, radio…– Jakie to szczęście, Steniu, że widzę cię w dobrym zdrowiu. – Pan także, panie Pawle, jest zdrowy… (wypadki opisane w tej opowieści stanowią licentia poetica jej autora, SB)

Warto przeczytać 39

Stanisław Barszczak, Wybrzeże Kości Słoniowej,

Wstęp

Przed rokiem znalazłem się na Wybrzeżu Kości Słoniowej w środku Afryki. Jak do tego doszło? Mówiąc urzędowo, to miałem tam sprawy finansowe. Ale także inne, otóż dzięki wielkiej gościnności Ojca Stanistawa Skuzy, Pallotyna z rodzinnej Polski odwiedziłem Sanktuarium Matki Bożej Pokoju w Yamoussoukro. Po obiedzie ruszyliśmy samochodem dyplomatycznym ku miastu, które obecnie jest stolicą tego Państwa. Przejechaliśmy rue de St. France, route de Daloa, route d’Abidjan, rue de la Fondation, oglądamy z za szyb samochodu Pałac Kongresu, weszliśmy do okazałego wieżowca, Hotelu Prezydent, nawiedzamy wielodzietną rodzinę Pana Kościelnego z Bazyliki, dokarmiamy kajmany w pobliżu rezydencji Prezydenta Państwa, zaglądamy do znanej Ojcu Stanisławowi rodziny prowadzącej kawiarnię w centrum przy route de Daloa, spaceruję na zakonnej farmie. Wrażeń nie sposób opisać. Ta opowieść jest jakimś echem tamtej podróży, ale jej geneza sięga moich lat Ząbkowickich (1995-2005). Tomasz Kowalski jest pierwszym bohaterem Wybrzeża Kości Słoniowej, siłą napędową rodziny Kowalskich, ma żonę i czwórkę dzieci. Pod wieloma względami powieść jest po prostu ankietą na temat osobowości Kowalskiego. Jego wiek nie jest określony, ale ponieważ ma 14 letniego syna, to przyznaję, że Tomasz ma od trzydzieści do pięćdziesięciu pięciu lat. Kowalski ma silne i nieco niekonwencjonalne przekonania, które często sobie przeczą. Uważa, że religia jest zmanipulowana i twierdzi, że jest to niemożliwe, aby wierzyć w Boga, którego wynalazki sam może poprawić. Tomasz z postury nie za wysoki, za to już nieco ‘szpakowaty’ twierdzi, że jego najlepsze wynalazki opierają się na cudownym organizmie człowieka, nawet wtedy, gdy szydzi w obliczu kruchości człowieka. Kowalski potępia cheeseburgery jako niezdrowe, a stałe palenie cygar śmierdzącym zajęciem. Twierdzi, że się brzydzi europejską pop-kulturą, telewizją, polityką, czasopismami, ale uważa także, że nie można winić za wszystko prezydenta Państwa. Pomimo swojej niechęci do Europy chce tam wrócić. Nastoletnim synem Tomasza jest Paweł, który będąc narratorem tej opowieści służy tutaj jako głos rozsądku i pojednania.

I
Gdzieś na wysokości drogi prowadzącej na lotnisko w Katowicach-Pyrzowicach jedziemy wyeksploatowanym Fordem autostradą, Tomasz mija rezydencję swojego pracodawcy, pana Podolaka, i wjeżdża do małego miasta w Księstwie Siewierskim, jest letnie południe w dalekiej Polsce. Przez cały czas ojciec opowiada o barbarzyńcach i dzikusach, jak straszna jest Europa. Gdy przejeżdżają blisko pracowników migrantów, którzy zbierają dzisiaj plony z pola pana Podolaka, a na co dzień pracują w jego warsztacie samochodowym, Ojciec trzyma w ustach peta Marlboro… To oni nazwali mnie Paweł, a jestem synem protagonisty Tomasza Kowalskiego, stałym towarzyszem mojego ojca, w wyjątkowej sytuacji obserwuję go na postępującej drodze ku manii i do ewentualnego kryzysu- zarazem jako ojca stały towarzysz i najlepszy słuchacz. Ale urodziłem się po ucieczce matki z krainy dzieciństwa, ogarniętej powojennym szukaniem szczęścia. Jak widzicie jestem w idealnym stanie, by ocenić inwencyjną genialność i czar ojca. Z dorastaniem jednak mój osąd zmienia się, zresztą będziecie mogli sami o tym się przekonać na kanwie tej opowieści. Niepozorne wydarzenia, takie jak pobyt ojca w szpitalu psychiatrycznym, gdy byłem młodszy i jego szokujące podejścia do leczenia, zaczynają z czasem nabierać większego znaczenia. Gdy ojciec zaczyna utrzymywać, bez żadnych dowodów, że Europa została zniszczona, a on jest ostatnim białym człowiekiem żywym, jestem już wystarczająco dojrzały, by zażądać na to dowodu. Ja jednak namawiam mamę, by wzięła rodzinę na wybrzeże lub do jakiegoś domu na prowincji.

Pan Tomasz Kowalski czyli mój ojciec, to genialny, rozmowny, wybuchowy, maniakalny wynalazca. Ojciec jest zlepkiem sprzeczności, gardzącym religią i europejską pop-kulturą, bo oto umie odmówić zakupu produktów zagranicznych. Gdy jest niedoceniony w pracy, impulsywnie postanawia przenieść rodzinę w tropiki. Na Wybrzeżu Kości Słoniowej kupuje Jeronimo, odosobnione miejsce, gdzie tworzy komfortową wieś. Jednak Tomasz staje się dosyć łatwowierny i z urojeniami, ostatecznie niszczy wszystko, co kiedyś zbudował. Gdy Tomasz prowadzi jego rodzinę do dżungli, staje się jeszcze bardziej psychicznie niezrównoważony, ostatecznie powodując własne zniszczenie. Na początku opowieści, Tomasz jest bardzo krytyczny wobec europejskiej pop-kultury, włączając w to jej system edukacyjny, religijny jako społeczeństwa konsumpcyjnego, którego symbolem pozostaje ser w aerozolu. Tomasz pracuje jako złota rączka i idealny partner na każdą okazję dla lokalnych rolników. Po ostatnim wynalazku Tomasza, który jest chłodno przyjęty przez jego pracodawcę, impulsywnie pakuje rodzinę i wyjeżdża w daleki świat. ‘To miejsce cuchnie klozetem,’ powiedział gdy wjechaliśmy do Dąbrowy Górniczej. Na głowie miał czapkę z daszkiem, a kierował z łokciem w oknie samochodu. -‘To nie jest Gimnazjum dla dziewcząt, ale zobacz, one są one tutaj niezłe. Spójrz na ten zderzak, Wiktoria, na jej wymiary. Ona jest tak duża, że jedenaście podobnych stworzą z pewnością jakąś okazałą dwunastkę. A że tłusta, to i nie zdrowa. Te dziewczyny są jak cheeseburgery.’ Po czym wsadził głowę w okno i powtórzył :’ Ale cheeseburgery!’‘Czy naprawdę zdjąłeś buty i pokazałeś temu policjantowi twoje zdrowe palce?’ –‘A czy prosiłeś mnie…,’ powiedziałem. –‘Słusznie,’ powiedział (ojciec). ‘Popatrz… ale udziec, ale kawał mięcha.’

W domu, już w łóżku przypominam sobie opowieści ojca z czasów, kiedy brał czynny udział jako konwojent w Ruchu „Solidarność”. Zwracam uwagę na to, że wojna polskiego Związku Robotniczego Solidarność z Rządem była o wysoką stawkę, mianowicie o wolność sumienia i zrzeszania się, o równy start młodych w życie dorosłych, o godną pracę i takie również wynagrodzenie za nią. Wspominam historia, którą Tomasz opowiadał mi o tym, jak rodzina pomyślnie zaaklimatyzowała się w Dąbrowie Górniczej, żyjąc na samowystarczalnej farmie, kiedy pan Podolak usłyszał o sławie Tomasza jako wynalazcy. Zamożny rolnik podjechał na farmę pod Dąbrową Górniczą i błagał Tomasza, by przyjechał do pracy dla niego. W gospodarstwie pokazuje panu Podolakowi jego najnowszy wynalazek, który on nazywa albo Karzeł, albo Doktor Podolak. Później, w pomieszczeniu ‘chłodni Podolaka’ znajdujemy płaszcz z norek Pani Podolakowej, wisiał w szopie dla ochrony przed molami podczas upalnego lata. Obydwaj trudnią się przy rutynowych pracach do trzeciej po południu. Kopią przepustnicę, gdy troje dzieci przejeżdżają obok na rowerach. Krzyczę coś… Podolak przychodzi do domu Tomasza po wieczerzy. Jacek i bliźniaczki: Jasia i Stasia są w łóżku, matka zasypuje wysypkę na moich ramionach kalaminą. Powierzam jej swoje obawy. On boi się, że coś strasznego może zdarzyć się, szczególnie ojcu. Ojciec wysyła mnie do łóżka, gdy pan Podolak zjawia się. Skradam się od tyłu i podsłuchuję. Podolak chce, żeby ojciec użył swojego wynalazku ochładzając stodołę, żeby ze stodoły zrobił lodziarnię. W ten sposób rolnik będzie mógł zmagazynować więcej szparagów. Tomasz odmawia. Podolak prosi Tomasza, by zbudował inny obiekt chłodni, ale ponownie Tomasz odmawia. Tomasz twierdzi, że wszystkie zabiegi Podolaka powinny mieć finał, sprzedać niektóre z zebranych szparagów, a jego problem zostanie rozwiązany. ‘On zbyt dużo gromadzi tego, co traci już na cenie,’ Tomasz wręcz stwierdzi.

Podczas rozmowy pan Podolak przypadkowo siedzi na ‘Tomaszowym’ krześle, w jego fotelu do masażu hydraulicznego. Tomasz śmieje się z pana Podolaka, opisując zasady jego użycia… Zaraz następnego dnia ojciec oświadcza, że rodzina będzie zakupiona. Idziemy do zrzutu pomyślałem. Jakkolwiek Tomasz pracuje dla Podolaka, to jednak dla mnie pozostaje niemożliwym do pomyślenia, żeby mój ojciec jeszcze miał kogoś nad sobą, jakiegoś szefa. W gospodarstwie, dwóch mężczyzn… W rzeczywistości doszło do tego, że rodzinna farma podupadła, ponieważ Tomasz nie sadził ani używał pestycydów. Potem doszło do tego, że ponieważ Tomasz nie chciał jeść pestycydów, dlatego został zamknięty w instytucji, którą on po swojemu nazwał go Pałacem Ślubów. Po uwolnieniu Tomasz był piękny, za wyjątkiem tego, że zapominał okazjonalnie imion swoich dzieci. Rodzina przeniosła się do Krakowa z niczym. Tomasz lubił zaczynać od zera… Zmęczony tym wspomnieniem wreszcie odkładam ‘Morawagina’, powieść Blaisa Cendrarsa, w której lekarz psychiatra uwalnia niebezpiecznego szaleńca z zamkniętego zakładu w Szwajcarii, by uciec z nim do Rosji ogarniętej gorączką rewolucji lat 1904-1908, i poddaję się magii wypoczynku… Na nocnej szafeczce leży inna jeszcze powieść, na otwartej książce widnieje nazwisko autora: José Saramago. ‘Kamienna tratwa’ to powieść dość nietypowa w dorobku José Saramago, bo napisana według poetyki realizmu magicznego. Cała akcja powieści zdominowana jest jednym wydarzeniem: pewnego dnia Półwysep Iberyjski oddziela się od reszty Europy i zaczyna dryfować w nieznanym kierunku po oceanie.

II
Budzę się w nocy w mocnym przekonaniu, że ojca nie ma w domu. To nie jest tak, że nie mogłem słyszeć chrapania Tomasza. To po prostu jest jakby dziura w domu Tomasza, w którą on właśnie się zanurzył. Ale po kolei. Mieliśmy w Polsce „trzęsienie ziemi”- Rok 1980, strajk robotników w polskich fabrykach, następnie rozstania, wychodzenia z przymusowego internowania, porzucanie wojska. Teraz z rodziną znalazłem się daleko od Polski w środku Afryki… Ale już widzicie, przypomniałem sobie, Tomasz opuścił chatę… Obawiając się o bezpieczeństwo ojca, wsuwam się w jego kalosze i spaceruję po polu wokół domu. Z leśnej werandy obserwuję “dzikusów,” którzy z zapalonymi pochodniami chodzą po polach. Procesja ‘zawodzących’ jakąś pieśń nuci grupa mężczyzn, budują krzyż w polu. Przerażony zauważam, jak podnoszą zmarłego na krzyż i wieszają go tam. I jestem przekonany, że zmarły to mój ojciec. Nagle pracownicy-migranci gaszą swoje światła i biegną w moim kierunku. Nie mam wyboru, muszę uciekać…

Następnego ranka Tomasz uśmiecha się, gdy jedzie obok meczetu w Bouaké i kieruje się na północ w stronę Katiola, obok czerwonego pola, gdzie na polnej drodze stoi znak zakazu wstępu na ten teren, pisze ’nie przejeżdżać’. Miasteczko Katiola leży w pobliżu wąwozu porośniętego wzdłuż górnej krawędzi eukaliptusami, który przechodzi w mroczną, bagnistą dżunglę, zamieszkaną przez kolibry, węże i hałaśliwe małpy. Okolica jest piękna, lecz mało kto zapuszcza się w te strony, gdyż autobusy zjeżdżające w dolinę mają przykry zwyczaj wypadania z drogi, toteż turystyka jest dla miejscowych cokolwiek niepewnym źródłem dochodu. W kościele, wzniesionym przez kolonialnych przodków obecnych mieszkańców na cześć Świętej Dziewicy z Bagien, stoi płacząca figura, będąca ponoć jednym z największych dzieł sztuki swej epoki oraz źródłem natchnienia dla rzeźbiarzy. Przewodniki mają niewiele do powiedzenia na temat Katiola i przeważnie ograniczają się do wzmianki, że na przekór urodzie i historycznej roli miasteczka niełatwo tu dotrzeć, droga bowiem jest zdradliwa, a niewielu przecież ma ochotę wędrować przez las. Jeden ze starych przewodników głosi nawet, że Katiola to twór zrodzony z miejscowej legendy, przekazywanej z ust do ust przez podróżników, i że droga prowadzi po prostu w głąb moczarów. W Katiola może z daleka widzieć stadion sportowy, hotel Parawely, budynek nowoczesnego liceum, posterunek policji oraz dworzec kolejowy. Tym razem Tomasz nie skręca na małą rzekę w kierunku Dabakala. Bo uwielbia jechać kotliną Bandama, przez błota de Tortiya. Innym razem kiedy tylko ‘bierze go chandra’, to jedzie do Yamoussoukro albo jeszcze dalej do Bouaflé. To miasteczko rozłożyło się nieopodal rzeki Bandama między jeziorem (Lac de Kossou) a Parkiem Narodowm Marahoué. Wszędzie pełno zieleni i polnych dróg. A raz to nawet Tomasz pojechał na południe kraju, autostradą d’Abobo, następnie skierował się na zachód do San Pedro, by wrócić do Abidjanu nad Zatoką Grand Bassam. Obejrzał z bliska dzielnice metropolii: Cocody, Marcory, Koumassi, Adjame (tu kwitnie ‘czarny’ rynek), Banco Nord, Yopougon, Plateau, Treichville, Niangon, Riviera, Locodjro, Abobo Doume, Bietry (Boulevard de Marseille, Szkołę Ojców Marianów Notre Dame d’Afrique de Bietry). Wrócił zachwycony po odwiedzinach Parku Narodowego Banko w Abidjanie. Ale już przed nami otwiera się widok na ‘małpi dom’, to tutaj Tomasz zatrzymuje swojego traka. Stoi tam dom zgrzybiały, znany jako ‘małpi dom’. Wewnątrz gołe materace są na podłodze w każdym pokoju. W pokojach jest pełno śmieci takich, jak puszki od sardynek i zużyte opakowania po żywności. Dom wygląda na opuszczony. Ale są też prywatne drzwi i wiaderko dla kąpieli z gąbką. Rozładowuję z ojcem traka i zanosimy rzeczy do domu. Tomasz twierdzi, że przetransportowany tutaj jego wynalazek da mieszkańcom możliwość przechowywania mleka i będą mieć przyzwoite jedzenie od czasu do czasu.
Ojciec zabiera większość sprzętu z jego licznych wynalazków i przyrządów. Rodzina rzadko odwiedza sklepy. One rosną przeważnie z ich własnej żywności, i zawsze istnieje ryzyko leniwych, opuszczających się urzędników, skoro w sklepach widać dzieci w ciągu dnia. Bardzo chciałbym iść do szkoły i nauczyć się języka Mande. Czuje się jak dziwak, gdy widzę inne dzieci. Wolę także smak ciasta komercyjnego, tak jak bliźniaczki chleb bananowy matki. Młodsze dzieci także są podekscytowane zakupami. Jacek zamierza patrzeć na rowery szybkościowe, a bliźniaczki mają nadzieję na lody. Jestem zszokowany, gdy rodziny trafia do Katiola, w pobliżu miasta Bouaké. Tam, oni zakupują baseballowe czapki dla dzieci, kompas… Tego wieczoru kiedy Kowalscy jedzą kolację, ktoś puka do drzwi. To są pracownicy wędrujący tzw. migranci. Jeden z nich wywija od niechcenia maczetą w ręku. Ci ludzie przedstawiają się ojcu z maczetą, w podziękowaniu za wannę “Robak”. Następnego dnia rano, gdy Tomasz wychodzi, zauważam, że ludzie powiązali mnóstwo czerwonych wstążek do gałęzi drzew na podwórku Tomasza. To jest ostatnia rzecz, jaką zauważam, gdy ojciec wychodzi.. Ojciec bierze swoje narzędzia, skrzynkę, cały sprzęt kempingowy, który rodzina nabyła w dniu poprzednim. Zostawiamy wszystko w domu – talerze, łóżka, zasłony, radio matki, kota, który zasypia na fotelu hydraulicznym. Ojciec zostawia drzwi do domu uchylone. Jedzie ciężarówką do Beoumi, gdzie rodzina zabierze się na statek rzeczny. Wszystko jest gotowe….

Kowalscy płyną z Beoumi na statku jeziorem de Kossou, następnie rzeką Bandama na południe, w środku nocy. Podczas śniadania jadalnia jest zaludniona. Dwie inne rodziny zajmują trzy stoły. Wielebny Ojciec Gustaw zajmuje dwa stoły. Był kiedyś błyskotliwym profesorem filozofii politycznej na jednym z uniwersytetów Środkowego Zachodu Europy. Wielu swoich studentów wprowadził w świat wielkiej polityki i interesów. Teraz jest misjonarzem na jeziorze de Kossou, i prowadzi rodzinną modlitwę wyśpiewując głośno hymn przed każdym posiłkiem. Codziennie głośno prowadzi spotkanie modlitewne na pokładzie. Kiedy Czcigodny Ojciec Gustaw cytuje Biblię, mówiąc, że ostatni będzie pierwszym, ojciec poprawia go, wskazując, że fragment Ewangelii świętego Łukasza faktycznie brzmi “mężczyźni przyjdą z północy i południa i zasiądą przy stole w Królestwie Bożym.” I oto zaiste niektórzy z ostatnich, którzy będą pierwszymi, a niektórzy pierwsi, którzy będą ostatnimi.” Wkrótce wielebny ojciec Gustaw jest tak urażony, że ledwo odzywa się do ojca.

Emilka z rodziny Ikeotuonye mówi mi o swojej szkole w Bouaké i o jej ojca dwóch kościołach, w Bouaké i Yamoussoukro. Ona pyta mnie czy może być moją dziewczyną. Mówię, że tak, ale to musi pozostać tajemnicą. Odwiedzam mostek statku, gdzie kapitan Smolik mówi mi, że życie na Wybrzeżu Kości Słoniowej jest łatwe. Na wybrzeżu nie potrzebujecie prawie żadnych ubrań i możecie po prostu zebrać i otrzymać pokarm do jedzenia. Kapitan ostrzega, że dżungla nie jest miejscem dla mnie bynajmniej. To tak jak zoo, mówi. Poza tym, zwierzęta są na zewnątrz, a ludzie są w klatkach. Kapitan pokazuje mi jego sonar. Kiedy wracam na pokład, Tomasz jest oczywiście zazdrosny. Nakazuje mi, bym wspiął się na szczyt ‘stodoły’, na ogromną belkę ubezpieczającą kable, która wystawała nad jezioro. Wspinam się i zabezpieczam to miejsce, ale bardzo niechętnie.

Gdy statek ściąga ku Tiemokoro, rodzina Ikeotuonye aranżuje spotkanie z chórem tutejszych dziewcząt ubranych na różowo. Nikt nie spotyka się z Kowalskimi. Myślę o tym, że nigdy nie widziałem tak wielu ludzi stojących wokół nic nie robiąc. Mijają kobietę w podeszłym wieku w rannych pantoflach, która sprzedawała pomarańcze za drogą. Ojciec kupuje sześć pomarańczy i dzieli je na ćwiartki. Rodzina spaceruje po miasteczku tego wieczoru. Tu jest brudno, zanieczyszczone ścieki nie mają ujścia. Oni nocują w schodzącym w dół hotelu. Następnego dnia rano ojciec przeprowadza rodzinę do hotelu o nazwie Gardenia, który znajdował się na terenie jeszcze bardziej schodzącym w dół. On twierdzi, że większość ludzi w mieście, w tym ojciec Gustaw mają broń. Ojciec poświęca swój czas czarując lokalnych mieszkańców. Jednym z tych ludzi jest Pan Heniek. Pewnej nocy, matka i dzieci powrócili ze zwiedzania podmokłego i cuchnącego terenu, i zastali kogoś w ich domostwie…

Ojciec przekonuje Pana Heńka, żeby przewiózł rodzinę i ich sprzęt przez rzekę do Niamoué w nocy, w jego małej łodzi, ‘henryczku’. Tomasz przywołuje gapiów, by pomogli mu załadować łódź jednym z jego ulubionych akrobacji – wykonywaniem stu pompek. Pan Heniek nazywa Tomasza “Ojciec”, przypuszczając, że to jest jego imię, bo usłyszał je od dzieci, które nazywały go Ojciec. Tomasz ofiaruje się sterować łodzią, ale Heniek stwierdza mocno, że to jego łódź i że to on jest kapitanem. Zasypiam, a kiedy budzę się, to ojciec steruje łodzią. Ojciec twierdzi, że wyrzucił Pana Henryka za burtę, a ja mu wierzę. Matka zapewnia mnie, że Pan Henryk jest pod pokładem i śpi. Kiedy rodzina dociera do przystani w Niamoué, ojciec odmawia zatrzymać łódź. Natomiast kontynuuje kierować łódź rzeką Bandama ku Narodowemu Parku Assagni, ponieważ twierdzi, że jest wystarczająco głęboka, ażeby poniosła ‘henryczka’ dalej. Podróżują do Agbagnador Laguny.cdn.

Królestwo Saby

Stanisław Barszczak, Spojrzenie w przyszłość,

Ustąpienie z urzędu papieża Benedykta XVI. Chciałbym tę decyzję (ein Rücktritt des Papstes) odrobinę zinterpretować. Uważam, że to niecodzienne wydarzenie nie powinno mieć miejsca. Chrześcijanin, to człowiek krzyża, który trwa na swoim posterunku do końca. Przykład Jan Paweł II. Przedwczesna decyzja Papieża, nie powiem, że to jest ostatni imperialistyczny akt kościoła, ale mizerne trwonienie dorobku duchowego ostatnich pontyfikatów. Człowiek nie jest zły, to obraz przełomu stuleci, którego nie przesłoni atak terrorystyczny na World Trade Centre w Nowym Jorku. Stąd uważam, że to był piękny pontyfikat, z podróżami Benedykta XVI poza Włochy, a mianowicie do Polski, Niemczech, Brazylii, Australii, Ameryki, Afryki. Z pięknymi głębokimi encyklikami o tym, że Bóg jest miłością, a Jezus Symem Boga. Mamy teraz czas przewidziany na konklawe… Jako chrześcijanie musimy zachować jedność, być niezawodni, pewni. Zarazem trzeba utrzymać kompromis z współczesnym światem. Należy być otwarty na krytykę idącą od wyznawców innych religii i krajów niechrześcijańskich. Jestem przekonany, że prawo do antykrytyki tym razem z wewnątrz kościoła powinien mieć także szary ksiądz z Polski. Na czym ma polegać ta antykrytyka? Wydaje mi się, że nie na rzucaniu obelg, ale na oddaniu racji petycjom naszych dziadków w kwestii ratowania ziemi dla przyszłych pokoleń. A oto niektóre z listów, które przekazują nam mądrości poprzednich pokoleń.(przykłady zaczerpnąłem przez Internet) W Rzymie w XIX wieku żyła Anna Maria Taigi, która bardzo dokładnie prognozowała wybór lub śmierć papieży oraz okresy trwania każdego pontyfikatu, co wtedy budziło sensację wśród władz kościelnych. Jej widzenia dotyczyły przede wszystkim losów papieży, twierdziła, że losy ludzkości są związane z osobami namiestników Chrystusa, zaś niezwykle istotne dla świata są chwile wyboru nowego papieża. Przepowiedziała ona również, że tylko “ci nieliczni, którzy się nawrócą , by wybrać nowego papieża”, ocaleją z kataklizmów, jakie nawiedzą ludzkość. Najsłynniejszy jasnowidz Nostradamus również poświęcił papiestwu kilka swoich przepowiedni. W jednej ze swoich ksiąg pisał: “Z powodu śmierci bardzo starego papieża, wybrany zostanie Rzymianin w bardzo dobrym wieku. Będzie się o nim mówiło, że osłabi Tron, jednak będzie go długo dzierżył w bólu”. Święty Jan Bosko, jedna z wielkich współczesnych postaci religijnych, miał też szereg wizji, które pojawiały się one w czasie snu. W jednej z nich dostrzegł upadek współczesnego Kościoła, piętnował lenistwo duchownych w odprawianiu obrzędów, ich ustępliwość i kompromisowość. Często nazywał księży gnuśnymi i zepsutymi. Mówił: “Dlaczego nie wybuchacie płaczem biegając między kruchtą a ołtarzem?… Dlaczego nie wchodzicie na dachy, do domów, nie pojawiacie się na ulicach, placach i innych miejscach, aby nieść tam nasiona boskiego słowa…?” W swoich wizjach święty Jan Bosko widział Kościół na kształt wielkiego okrętu, żeglującego wśród szalejących wiatrów i nawałnicy. Kościół- okręt walczy z żywiołem. W II Rzeczypospolitej znana była z jasnowidzenia Agnieszka Pilchowa z domu Wysocka. Mieszkała w Wiśle, w Beskidzie Śląskim. Sama o sobie pisała “Ze zdolnościami jasnowidzenia, jakie posiadam, przyszłam już na ten świat. Aby widzieć, nie potrzebuję bynajmniej wpadać w trans, nie potrzebuję się posługiwać żadnymi środkami pomocniczymi, jak kulą kryształową, zwierciadłem itp. Nie zamykając nawet oczu, zachowując świadomość ziemską, mogę często popatrzeć wzrokiem ducha. Ważne nieraz zagadnienia rozpatruję wśród zwyczajnych zajęć gospodarskich”. Agnieszka ‘jęczała głośno’ i nagle otworzyła szeroko oczy oświadczając, że to, co widzi jest niemożliwe. Powiedziała tylko: “Grozi w przyszłości śmierć planety”. “Przyjdzie dzień, w którym ludzie będą się zabijali z byle jakiego powodu, a raczej z powodu zmniejszonej przestrzeni życiowej. Napady, rabunki, gwałty zbiorowe, terror będzie rósł razem z przemysłem, zatruciem powietrza i wody /…/ Gloryfikacja gwałtu i okrócieństwa będzie tematem dominującym powszechnie i zachęcającym do naśladowania. Trupy zmarłych na skutek głodu, zaduchy, uduszenia, zatrucia, morderstwa będą coraz powszechniej tamowały ruch na ulicach miast i przestaną wywoływać zdziwienie. Człowiek będzie coraz bardziej tracił na wartości. Zmniejszanie sie wartości człowieka pociągnie za sobą zmniejszanie się wartości jego wytworów przemysłowych i artystycznych. Będzie się pleniła pseudosztuka, śmietnikowa, masowa, nachalna, brutalna i ogłupiająca. /…/ Uczucie zgaśnie zupełnie. Cywilizacja będzie się cofała do nowego średniowiecza. Medycyna zostanie zredukowana tylko do usług dla najbogatszych. /…/ Prawo pięści zastąpi prawo tradycyjne. /…/ Najbardziej mnożące się ludy kolorowe zaleją resztę świata. Ludy te będą przemieszane i będą się rozmnażały jeszcze bardziej, a problemy, wobec których stanął gatunek ludzki, nie zostaną rozwiązane”… Z kolei anonimowa wizjonerka “Podlasianka” przepowiadała także losy narodów po trzeciej wojnie światowej, kiedy to: “powstaną ludy Azji przeciw Europie”. Twierdziła, że powstaną Stany Zjednoczone Europy, a ich stolicą ma być Warszawa, która obok Paryża i Tokio będzie największym miastem świata. W innym fragmencie swojej wizji twierdziła, że sam Chrystus przekazał jej, iż: “Nie do Germanów, lecz do Słowian należy przyszłość Europy. Polska jest wezwana do wielkiej misji i dlatego powinna stać się wzorem dla innych narodów”. Bardzo znana i optymistyczna jest przepowiednia księdza Bronisława Markiewicza (1842-1912) zawarta w jego sztuce “Bój bezkrwawy”. Jeden z bohaterów dramatu “Anioł Polski” przepowiadał, że Polska doczeka się lepszej przyszłości, że będzie miała wielkich mężów, przez których oczy całego świata zwrócą się na nas: “Ponieważ Pan was więcej umiłował, aniżeli inne narody, dopuścił na was ten ucisk, abyście, oczyściwszy się z grzechów waszych, stali się wzorem dla innych narodów i ludów, które niebawem odbiorą kartę sroższą od waszej/…/. Wojna będzie powszechna na całej kuli ziemskiej i tak krwawa, że naród położony na południu granicy Polski wyginie w niej zupełnie /…/. W końcu wojna stanie się religijna. Walczyć będą dwa obozy: obóz ludzi wierzących w Boga i obóz ludzi niewierzących w Niego. Nastąpi wreszcie bankructwo powszechne i nędza, jakiej nikt nie widział, do tego stopnia, że wojna sama ustanie z braku środków i sił. Zwycięzcy i zwyciężeni znajdą się w równej niedoli i wtedy niewierni uznają, że Bóg rządzi światem /…/. „Wy, Polacy, przez ucisk ten oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, ale nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludom, nawet wam niegdyś wrogom. I tym sposobem wprowadzicie niewidziane dawno braterstwo ludów .” Proroctwa księdza Markiewicza przewidywały dla Polski odegranie w Europie nowej roli, jako kraju ewangelizującego inne narody. Twierdził, że Polacy będą podziwiani za życie w zgodzie i harmonii. Z jego przepowiedni wynika również, że język polski będzie wykładany na wielu uczelniach świata, a dzieła polskich poetów i pisarzy będą znane wszędzie. Zygmunt Krasiński (1812-1859), polski poeta, dramatopisarz, filozof, wierzył także w wielką i pomyślną przyszłość swojej ojczyzny. Wierzył w szczególną rolę Polski w trzecim tysiącleciu, które nazywał “trzecią epoką świata”, czasem chrześcijańskich stosunków między państwami i narodami. Pisał w “Psalmie dobrej woli”: “A wstaniesz na nowo, a wstaniesz królową słowiańskich pól”… Przypomniany tutaj Nostradamus przedstawiał w swoich kwartieniach- tekstach jeszcze siłę słabości. “Nie mające celu wojska Europy odejdą, łącząc się ze sobą niedaleko zatopionej wyspy: osłabiona flota się zlikwiduje, w pępku świata, pojawi się ważniejszy głos.” Ostatnia linijka przytoczonego czterowiersza mówi zaś, że papież zmieni miejsce pobytu: “w pępku świata pojawi się ważniejszy głos”. “Pępek świata” to przypuszczalnie alegoryczne odniesienie do Rzymu jako światowego ośrodka religijnego. Żyjący w XI wieku Beda Czcigodny przepowiedział, że Rzym będzie istniał, póki stać będzie Koloseum oraz że wraz z upadkiem Rzymu skończy się świat. Zgodnie z jego przepowiednią koniec Rzymu, czyli koniec Kościoła i jego papieży, to koniec świata. Święta Hildegarda z Bingen (wiek XII), nowa doktor Kościoła, ogłoszona przez papieża Benedykta napisała: „I stało się w roku 1141 od dnia narodzin Jezusa Chrystusa, że gdy miałam 42 lata, i siedem miesięcy, rozwarły się niebiosa i oślepiająca światłość niespotykanej jasności oblała cały mój umysł. I roznieciła ogień w moim sercu i piersi, jak płomień, nie paląc a ogrzewając ciepłem… i raptem pojęłam znaczenie ksiąg, to jest psałterza i innych ksiąg Starego i Nowego Testamentu. Jej dzieło nosi tytuł „Usłysz Pana”. Czas życia i działalności Hildegardy to czas cesarza Barbarossy, Bernarda z Clairvaux, Majmonidesa i Gerarda z Cremony, czas Abelarda i Heloizy, największy rozkwit Salerno i Toledo oraz szkoły w Chartres. W teologii świętej Hildegardy człowiek obdarzony został największą czcią i chwałą, co nie mogło zostać bez próby. Wcielenie nie jest jednak skutkiem grzechu, lecz było ono odwieczne przewidziane w planach Boga, który chciał przez człowieczeństwo swojego Syna objawić się całemu światu. Dzięki wcieleniu Syna Bożego człowiek jaśnieje obecnie większym blaskiem niż ten, który posiadał w raju , a przez zbawienie człowieka przy końcu czasów zniszczeje także to, co jest niedoskonałego w elementach… Wreszcie chciałbym tutaj powołać się na optymizm Ojca Pio. Otwórzcie oczy! Był jak współczesny Izajasz. Biblia pokazuje, że ten prorok Starego Testamentu oprócz przerażających opisów w “dniu pomsty Pana”, przekazał także nadzieję i obietnicę, że po tym tragicznym dniu nadejdą czasy pokoju, które zamienią Ziemię w nowy raj. “Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na norze kobry. Dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii”. Zmarła przed kilkunastoma laty jasnowidząca Wanga (1911-1993), prosta, niewidoma kobieta, mieszkająca w Bułgarii, znana ze swoich bardzo dokładnych wizji, wielokrotnie powtarzała: “Musimy być dobrzy i kochać się, by ocaleć! Przyszłe czasy należeć będą do dobrych ludzi i żyć oni będą w przepięknym świecie, który teraz trudno jest nam sobie wyobrazić”! “Nadejdą czasy natchnionej pracy, miłości i braterstwa wszystkich ludzi na Ziemi”. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko przestrzeganie tego przesłania w codziennym życiu. Bowiem tylko wtedy możemy mieć nadzieję, nadzieję na lepszy świat, nadzieję na lepszą przyszłość… Na koniec oddajmy się pod płaszcz Matki Bożej. W objawieniu z La Salette Matka Boska powiedziała do pasterki Melanii: “We wszystkich miejscach dziać się będą nadzwyczajne dziwy, ponieważ prawdziwa wiara wygasła, a fałszywe światło oświeca świat…Jeśli prześledzić wypowiedzi Nostradamusa, ma się wrażenie, że w pozostawionych księgach przedstawił jakby dwa sprzeczne ze sobą scenariusze wydarzeń, które czekają ludzkość w XXI wieku. Ten omawiany wcześniej, pełen jest przerażających wizji. Jednocześnie jednak Nostradamus zapowiada złoty okres pokoju. Jeśli wziąć pod uwagę, że duża grupa ludzi ma świadomość zagrożeń i chce im zapobiegać, szczególnie w dziedzinie ochrony środowiska naturalnego, to można mieć nadzieję, że ludzkość zmierza jednak w kierunku tej drugiej zapowiadanej przez Nostradamusa przyszłości, czyli w kierunku pokoju. W zachowanym liście do swojego syna Cezara wizjoner pisał: “Po tym jak katastrofy naturalne i te wywołane przez człowieka trwać będą przez pewien czas, nastanie epoka wspaniała i złota”. Czego i sobie i wam życzę, ale przede wszystkim zdrowia.

Vierter und Fünfter Act “Odyssee von Henry”

Stanislaw Barszczak, Eine zweite Pflicht (Vierter und Fünfter Act “Odyssee von Henry”)

IV Gefangennahme und Haftzeit von König Enzio

(Aktionsplan: der Palazzo di Podestà und der Kirche von Bologna)

Enzio war, wie ich gesagt habe, ein Liebling seines Vaters, dem er einigen Quellen zufolge in Aussehen und Charakter sehr ähnlich gewesen sein soll und mit dem er die Liebe zur Poesie teilte. 1238 von Friedrich II. zum Ritter geschlagen, heiratete er im gleichen Jahr Adelasia de Lacon-Gunale (* um 1207; † 1255), Iudicessa (wörtlich übersetzt: Richterin) von Torres (der Nordwesten Sardiniens), Tochter des Richters Mariano II. von Torres und der Agnes de (Lacon-)Massa, und Witwe des Richters von Gallura (der Nordosten Sardiniens), Ubaldo Visconti. 1246 wurde diese Ehe auf Betreiben Adelasias wieder geschieden. Die Insel Sardinien war damals in vier Teilkönigreiche (Judikate) geteilt, deren Herrscher den Titel “iudex”, d.h. Richter, führten. Tatsächlich aber hatten sie eine königgleiche Stellung inne. Adelasia brachte in ihre Ehe mit Enzio zwei der vier Teilkönigreiche ein.1239 wurde Enzio von seinem Vater zum König von Sardinien und Generallegaten in Mittel- und Oberitalien ernannt. In dieser Funktion führte er in der Romagna, in den Marken und in der Toskana militärische Unternehmungen gegen die aufständischen Guelfen.

Enzio bereitete die Gefangennahme hoher kirchlicher Würdenträger vor, die von Gregor IX. zu einem Konzil nach Rom gerufen waren, um Friedrich II. zu exkommunizieren. Die eigentliche militärische Operation bei der Seeschlacht von Giglio führte aber nicht er, sondern ein kaiserlicher Admiral, der 1241 jene genuesischen Schiffe bei der Insel Giglio abfing, auf denen sich Bischöfe und Kardinäle aus ganz Europa befanden. Zusammen mit Ezzelino da Romano kämpfte Enzio danach in Oberitalien gegen die guelfischen Kommunen. 1245 von den Mailändern bei Gorgonzola gefangengenommen, wurde er sofort gegen Gefangene ausgetauscht. 1247 nahm er an der glücklosen Belagerung Parmas teil. In dieser Zeit (1247/48) schloss er seine zweite Ehe mit Freiin von Enne (di Egna), einer Tochter des Henricus III., Podestà von Verona und Nichte von Ezzelino da Romano.
Wenige Monate nach seiner zweiten Vermählung geriet er am 26. Mai 1249 nach der Schlacht bei Fossalta bei Modena zusammen mit zahlreichen Deutschen und Cremonesen in bolognische Gefangenschaft. Obwohl Friedrich II. seine sofortige Freilassung forderte, beschloss die Kommune Bologna, Enzio bis zu seinem Tode gefangenzuhalten, gleichsam als lebendes Symbol des Stolzes der Stadt.

Enzio lebte danach mehr als 22 Jahre in ritterlicher Haft in jenem “Palazzo Nuovo” der Kommune, der nach ihm bis heute Palazzo Re Enzo heißt. Hier meditierte er in melancholischen Versen nach Art der Scuola poetica siciliana (Sizilianische Dichterschule) über sein eigenes tragisches Schicksal und den Untergang seines Hauses. Von ihm sind zwei Canzonen, ein bekanntes Sonett (“Tempo vene che sale chi discende”) und ein Fragment erhalten. Enzios Grabinschrift stammt von dem berühmten Magister der Ars Notaria, Rolandino de’ Passeggeri, dem irrtümlich auch die Verfasserschaft des stolzen Briefes der Bolognesen an Friedrich II. zugeschrieben wurde, in welchem dem Kaiser die Auslösung seines Sohnes verweigert worden ist. Die Gestalt des unglücklichen jungen Herrschers, dessen Tapferkeit, Bildung und blonde Schönheit von allen gerühmt wurde, inspirierte Giovanni Pascoli zu seinen “Canzoni di re Enzio” (1909).

Enzio hinterließ nachweislich keine ehelichen Nachkommen. In seinem Testament erwähnt er eine Tochter namens Elena (als Tochter einer gewissen Frascha), die den Pisaner Guelfo della Gherardesca heiratete und mit diesem mehrere Kinder hatte. Des Weiteren werden in Enzios Testament die beiden Töchter Magdalena und Costanza genannt, allerdings ohne Nennung der Mutter. Hinweise auf andere Nachkommen, z.B. einen vermeintlichen Sohn mit Namen Heinrich, sind spekulativ. Die Geschichte von einem angeblichen Sohn namens Bentivoglio, auf den sich später das gleichnamige bologneser Geschlecht berief, ist dem Bereich der Legende zuzuordnen.
(see: Christian Sperle: König Enzo von Sardinien und Friedrich von Antiochia. Zwei illegitime Söhne Kaiser Friedrichs II. und ihre Rolle in der Verwaltung des Regnum Italiae. Peter Lang, Frankfurt am Main 2001).
Am 26. Mai 1249 schlugen die Milizen Bolognas, angeführt von ihrem Stadtvogt Filippo degli Ugoni und ihrem Bischof Ottaviano degli Ubaldini, bei Fossalta (Modena) die kaiserlichen Truppen unter dem Kommando von König Enzio von Sardinien. Die Schlacht stand im Zusammenhang mit dem Anspruchs Kaiser Friedrichs II., die im Lombardenbund vereinigten norditalienischen Kommunen unter seine Kontrolle zu bringen. 1236 erklärte er den Kommunen den Krieg, da sie ihren Bund nicht wie von Friedrich gefordert auflösen wollten. 1237 unterlag der Lombardenbund dem Kaiser in der Schlacht von Cortenuova, dem es jedoch trotz des Sieges nicht gelang, Mailand und einige andere Städte definitiv zu bezwingen. Weiter verschärft wurde der Konflikt durch den Gegensatz zwischen dem Kaiser und dem Papst um die Vorherrschaft in Italien, das in kaisertreue Ghibellinen und papstfreundliche Guelfen gespalten war. Als 1247 die Guelfen in der bis dato ghibellinisch beherrschten Stadt Parma die Oberhand gewannen, belagerte Kaiser Friedrich die Stadt monatelang. Am 18. Februar 1248 brachen die belagerten Guelfen aus Parma aus und stürmten Friedrichs Lager. 2.000 kaiserliche Soldaten kamen dabei ums Leben, 3.000 gerieten in Gefangenschaft, der Rest floh mit Friedrich nach Cremona. Friedrichs Machtposition in Norditalien war durch diese Niederlage gebrochen. In der Romagna übernahmen in der Folge die Guelfen unter Kardinal Ubaldini die Herrschaft.
Im Frühjahr 1249 marschierte Ubaldini mit bolognesischen Truppen nach Modena, um ghibellinische Truppen am Panaro zu stellen. Ugoni und Ubaldini verfügten über 4.000 Reiter und 3.000 Fußsoldaten. Den Modenesern kam Enzio von Sardinien zu Hilfe, der über 15.000 deutsche und ghibellinische Soldaten führte. In Fossalta bei Modena trafen die beiden Heere aufeinander, ohne sich jedoch auf einen Kampf einzulassen. Nachdem Ugoni und Ubaldini 2.000 zusätzliche Soldaten aus Bologna erhalten hatten, griffen sie am frühen Morgen des 26. Mai 1249 die Kaiserlichen an. Einer nicht unmittelbar geglückten bolognesischen Umfassung widerstanden die kaiserlichen Truppen bis zum Abend, dann brach ihr Widerstand jedoch zusammen. Während der nächtlichen Verfolgung gerieten zahlreiche kaiserliche Truppen in der durch zahlreiche Kanäle zerschnittenen Umgebung in Gefangenschaft, darunter auch Enzio, dessen Pferd man schon während der Schlacht getötet hatte. Enzio , als der Spitzname von Falconet bekannt, der von die Tochter von Konrad geboren wurde, die Tochter von der Herzog von Spoleto Konrad von Urslingen, Graf von Assisi, von Heinrich VI., Herzog von Spoleto ernannt . Dieser Enzio, als “ein Soldat aus Spoleto” auch, zum Ende des Lebens wird er Lieder schreiben, auch über die Schlacht von Fossalta-“Berg mit Gesang nicht durchzuführen” auf welche er so schwere Verluste hatte. Obwohl der Kaiser die sofortige Freilassung seines Sohnes forderte, sperrte Bologna ihn lebenslänglich ein. Friedrich II. starb 1250. Sein Enkel Konradin von Hohenstaufen versuchte bis 1268 die staufische Herrschaft in Italien zu festigen, scheiterte in der Schlacht bei Tagliacozzo und wurde hingerichtet. Mit Konradin als letztem legitimen männlichem Erben starb auch das Kaiserhaus der Staufer aus. Konfliktparteien: Guelfen (Bologna) und Ghibellinen (Heiliges Römisches Reich, Sardinien, Modena, Cremona). Befehlshaber: Filippo Ugoni, Ottaviano Ubaldini und Enzio von Sardinien. Truppenstärke: 9.000 Mann Und 15.000 Mann.

B. Treffen mit Kardinal Ubaldini

-(Kardinal Ubaldini) Ihre Hoheit der König gewann mit Cremonese den Schloss Quinzano, aber sobald er hörte über die Einnahme der Parma, erste ging er mit der Hilfe für Vater. Am 18 Februar 1248 er kam ohne Verletzungen mit der Zerstörung der Victoria –Zitadelle seines Vaters .
-(Enzio) Ich bin geradezu Summe war alles über mir, alles, was ich sah, wie alles für mich getan wurde. Ich bin, dass jemand-All, und Wesen in der Welt von mir gefüllt worden ist.
-(Kardinal) Wie der Dichter selbst in Einsamkeit ein Zimmer tun konnte, ist etwas, welche keine Behörde könnte nicht zerstören.
-(Enzio) Wir sind die Literatur Menschen, ich brauche nicht die Vorstellung von einem Gott, die Welt zu erklären in der ich lebe… die Umrisse eines Menschen wurde für mich wichtiger gewesen.

– (Kardinal) Dichter konnte nicht verzeihen werden; Schweigen von heute. Ich erinnere mich an ich spielte die Orgel in der Kirche; es war die Uninstrumentale Musik. Ich war nur dort weil es live war. Ich war überrascht für jedermann. Und ich bin noch Überraschung für Menschen.

-(Enzio) Auf unseren Geburtstag heute, meine und der Kardinal, will ich immer daran denken, Ihre würde, sondern auch Ihre Ruhe, Ihre geistige Kraft zu den Gläubigen.

-(Kardinal) Und das ist Ihr Versuch, nicht Kampf, sondern eine gewisse Ungerechtigkeit. Aber an diesem Tag, jeden Tag, ich bin mit dir.
-(Enzo zum Kardinal) Jetzt weiß ich, ich bin kein Heiliger, ich war ein Sünder alle meines Lebens, ich würde nicht mein Fehler verbergen, sondern es halten im Licht.
-(Kardinal) “Die Idee des Heiligen ist ganz einfach eine der konservativsten Begriffe in jeder Kultur, weil es versucht, andere Ideen, als Unsicherheit, Fortschritt, änderung, die Verbrechen zu überwinden.

-(Kardinal)) Aber wo ist das Ende des Gesetzes, Tyrannei Himmel beginnt Ausgabe.

-(Enzio) Wahrscheinlich alle Rechte sind nicht nützlich, denn der gute Mann nicht Rechte brauchen, und für die Armen, nicht schon besser gemacht worden sind.

-(Kardinal) Die gerichtliche Entscheidung hängt nicht auf das Alter des Lehrers, sondern die Kraft seines Arguments. Wenn ich bei der Erstellung war, gäbe ich es nützlichen Anregungen für verbesserenden Ordnung des Universums.

V Die letzten Tage der König Enzio (der Palast in Bologna am 14. März 1272)

-(Re Enzo in seinem Palast) Nun ich beginne Ihnen zu lieben, und so, wie nie zuvor. Meine Gefühle folgen jetzt nur die Wahrheit, die wir am Abend sehen. Ich habe nicht diese Wahl. „Das einzige Verbrechen, das ein Schriftsteller begehen kann, ist über Sachen zu schreiben, die ihn nicht wirklich interessieren.” „Jeder ohne einen gewissen Wahnsinn zu denken. Die Gabe, deren ein Schriftsteller am dringendsten bedarf, ist ein instinktiver Hang zur Ehrlichkeit.” Meine Sätze sind noch kürzer. “Die erste Pflicht im Leben ist: so künstlich wie möglich zu sein. Eine zweite Pflicht hat bis heute noch keiner entdeckt.” “Der Schriftsteller ist Mine, Goldgräber und Goldschmied zugleich, der, um etwas Bleibendes zu schaffen, sein eigenes Ich immer wieder ausbeuten muss, um den gewonnenen Rohstoff in ein Kunstwerk zu verarbeiten. Das bisschen, was ich lese, kann ich auch selber schreiben.” “Der Autor soll in seinem Werk sein wie Gott: überall gegenwärtig und nirgends sichtbar.” “Das Ziel des Schreibens ist es, andere sehen zu machen.” “Wenn es eine Hölle für Schriftsteller gibt, dann müssen sie dort ihre eigenen Werke studieren.””Ich weiß gar nicht, ob ich tatsächlich existiere oder ob ich nicht nur Held aus einer meiner Geschichten bin.” Ich wollte immer mit einem ständigen Zittern auf der Stirn schreiben. “Ich habe nie für die Nachwelt geschrieben, sondern immer nur für morgen früh.”-

( Nach langer Pause, zu sehen in der Kammer neben dem Bett König Enzio seine Mitbewohner, Sie hören die Musik)
-Ich habe nicht diese Wahl… Wir leben in dieser Familie und nicht anders. Mutterliebe ist der größte Witz Gott. Und außerdem, lassen Sie uns sagen, wer weiß, was ist das erste, und was ist die Hauptursache für die universale Glück des Lebens. Ich habe nicht die Wahl verrückt meine Familie schätzen und lieben. Der größte Dichter ist miserabel ins Gesicht Glückes im Leben. Kindheit, es war Heldentum in meinem Leben gewesen. Und jetzt noch habe ich keinen Platz für das Leben der kulturellen Referenzen, wie in seinem eigenen Herzen. Ich höre meinem Schreiben ständig etwas sogar mit einer Besessenheit, ich es gewagt, über Dinge zu sprechen, die einen anderen Mann nicht hingesetzt haben würde. Es ist mein Schreibstil in diesem Palast geändert worden, weil ich von dieser Welt, so dass ich immer verteidige der letzte Mensch, und würde ich ihn offenbart anerkannt oder geboren werden. Dieser Palast erstreckt sich nicht auf meine schlechten Stunden schriftlich aus. Und ich schreibe ständig mit Zittern Stirn…Ich schreibe wenig für Morgenröte… ich hab nie gewollt ein Sänger zu werden, die drei Punkte machen und liegen, aber vertrauliche schreiben über Sie aus der armen und belastenden Erlebnissen. Gott, ich sehe nun meine Familie, diese Menschen, die ich nicht liebe, weil ich bin Sie nie gewählt haben, aber ich liebe alle die gleichen. Als ein Junge ich wusste nicht was Liebe, obwohl ich von der Liebe der Mutter fasziniert war, und ich war nicht allein, was ich jetzt denke. Aber das blau meiner Mutter nahm den Platz in den grauen Winkeln meines Gehirns und blieb dort für den Rest meines Lebens. Ich denke, daß es nichts anderes passiert in meinem Leben, aber nur aus diesem Leben herausholen möchten. Mutter ging mit mir in die Kirche. Es ist hier wo alles neu gestartete schien, hier ist hier mitten in den Angelegenheiten der Kirche… Ich liebe Sie wie wissen wie, unter solchen Bedingungen, in welchen kann ich jeden Tag aufs neue gebären, hier ich bereit möchte eine Freunde treffen, so gewöhnlich, wie es jetzt möglich ist, sogar auf den wasserfreien Raum. Glauben oft erfordert, zwar etwas so schrecklich, ich finde, Blut, Nägel, ein Hauch von Schmerz, Angst. Ich denke auch meine Zeitgenossen sind sterblich, sie benötigen daher eine harte Wahrheit. Und die Wahrheit ist die Generation aus der Vergangenheit. Ich habe nicht diese Wahl. Bleib bei mir, beten, schlafen nicht. In meiner Liebe bleiben, über die Liebe zu schreiben ist Arbeit genug für mich… Gib mir ein Haus und zwei Frauen, und ich werde Sie glücklich machen. Ich habe nicht diese Wahl.-

– (ein bisschen ruhiger König sagt und singt)- Ich habe der Trauer so große gewann; kleidete in der Freude, die er nie hatte. Jetzt sehe ich meine Miss breite, ich liebe Sie die ganze Kraft. Es ist mein Gesetz und Speicher. Leider nahm der Tod an Sie. Also, Tod, nahm Miss so süß, Sie war so schön, frisch und gut. Menschen konnte die Güte von sie, die sie es hatte, leicht sehen.

“Dauerhafter als Erz führt’ ich ein Ehrenmal
Über Königesbau und Pyramiden auf,
Das nicht zehrender Guss, nicht ungezähmter Nord
Auszutilgen vermag, auch die unzählige
Jahrenreih’ und die Flucht eilender Zeit nicht.
Sterben werd ich nicht ganz, vieles von mir wird einst
Libitinen entfliehn. Ja, durch der Enkel Lob
Wachs’ ich immerhin neu, da noch mit schweigender
Jungfrau zum Capitol steiget der Pontifex.
Wo der Aufidus braust, nennet man mich mit Preis,
Und wo wasserverarmt Daunus der ländlichen
Völker Zügel geführt: dass ich, aus niederem
Stand erhöhet, zuerst Aeolersang gespielt
Nach italischem Laut. Maße den Stolz dir an,
Den Verdienst dir erwarb, winde mir Delphischen
Lorbeer gütig ums Haar, meine Melpomene.” (Übersetzung: G.F.Grotefend)

-(Enzo)Va, canzonetta mia,
e saluta Messere,
dilli lo mal ch’i’ aggio:
quelli che m’à ‘n bailìa
sì distretto mi tene,
ch’eo viver non por[r]aggio
salutami Toscana,
quella ched è sovrana,
in cui regna tutta cortesia;
e vanne in Pugl[i]a piana,
la magna Capitana,
là dov’è lo mio core nott’e dia.

(Hinter den Kulissen hören Sie eine heroische Ouvertüre von R. Wagner für Orchester in E-Moll, vom 16. März 1832, Teil des fünften Gesetzes der tragischen Ouvertüre, die ein Stück mit dem Titel König Enzio von Ernst Raupach geschrieben und komponiert ist)

Auszug aus meinen Erzählungen)

Stanislaw Barszczak, Die Odyssee von Henry,

/…/Aber letztlich überwältigte mich Langeweile durch die Erforschung dieser prächtige Denkmäler der Vergangenheit. Phantasie hat mich zurück zu den Tagen von Friedrich II verschoben. Ich sah den Kaiser in seinem Schloss und schließlich auf dem Hintergrund noch einer anderen Landschaft, entzückenden, ein Land reich an Sonne und viel Grün. Kaiser Friedrich II ruhte auf seinem Bett in Castel del Monte, und erinnerte er die erste religiöse Erfahrungen in seinem Leben. Er hatte zwei bis drei Jahre alt, und sammelte Blumen auf die Wiese. Als es näher an den Wald war, sah er wie aus der Bäume eine mächtige Kugel hoch kam. Er später das erfahren, dass es war der Mond. Sobald er ins Haus lief sich sicher zu fühlen. Die zweite Erfahrung kam aus dieser Zeit, elf Monate stand er bereits auf seinen Beinen. Er begann zu gehen, und er als Liebling sich erinnert majestätisch wandernte zwischen den Beinen der Eltern und sie bewunderten den Haus-Favoriten. Zu dieser Zeit war die Krönung von König Friedrich, er nur sich erinnert, dass durch ein Fenster mit viel Licht die hellen sonnigen Tage in seiner Kindheit waren, aber nicht an die Krönung selbst. Ihre Mutter war ein guter Freund. Auf Wunsch des Vaters und im Sinne von dessen Erbreichsplan war Friedrich bereits einen sonnigen Tag, am Weihnachtstag des Jahres 1196, einen Tag vor seinem zweiten Geburtstag, erstmals zum „rex Romanorum“ gewählt worden.
Es war der Beginn des Tages in der vollen Sonne, aber vor achthundert Jahren, vom Turm der Muslime Minarett war immer durch der Zeit rund um die Stimme des Vorsitzenden der Anhänger von Allah in Palermo, des Muzzeins, wer ist mit seiner Stimme hieß sie zu beten und zum südlichen Gebet angerufen. Die Moslems zum Gebet standen auf, und mit Teppich Diener, Stäbe für den Kaiser erhoben, und und plötzlich ein kleiner Junge, unter anderen zeigte an, mit Augen von Kastanien gerichtet auf den Thron des Vaters, der spätere Kaiser, und dann seines Lehrer, einige der Sizilianer, der Junge hat alle Kapitel der “Logik” des Aristoteles mit denen gelesen, und began sich da einmal mehr in ihrem Leben ein Gebet… Der junge ist Frederick II (Friedrich II. warKönig von Sizilien ab 1198, König der Römer von 1212, der Herzog von Schwaben von 1212 bis 1216, Kaiser des Heiligen Römischen Reiches seit 1220 und König von Jerusalem von 1225-1228, der Hohenstaufen-Dynastie. Herrscher, der Satrap, der Herr der Welt, in deren Venen floss das Blut von Normanien, von Schwebien, von Lotaryngien, von Burgund, bleibt als ein Rätsel, Geheimhaltung umgeben ist den Bienenkorb und die gesamte Struktur von Hohenstaufen-Dynastie. Er wurde in Jesi bei Ancona geboren 26 Dezember 1194, Konstanze von Sizilien übergibt ihren Sohn, den späteren Thronfolger Friedrich II., in Jesi an die Herzogin von Spoleto zur Erziehung. Ausschnitt aus dem Liber ad honorem Augusti, des Petrus von Eboli (zwischen 1194 und 1197; Bern, Burgerbibliothek, Codex 120. II, fol. 138r). 1196 der zwei-Jähriger-Friedrich wurde in Frankfurt am Main für den nächsten König von der deutschen Nation gewählt, jedoch ein Jahr später der Tod seines Vaters (Henry VI) bedeutete, dass die Behörde aufgeteilt wurde zwischen Philipp von Schwaben und Otto IV. In dieser Situation die Mutter von Friedrich, Königin von Sizilien, im Jahr 1198 König von Sizilien ihm kündigte. Wegen des Mangels an. Jahren mit jungen Sohn Konstanze-Mutter von Friedrich erklärte auch die Trennung das Königreich Sizilien von das Reich und die Kapitulation von Friedrich, er hat keinen Anspruch auf Rechte, es behält nicht die Rechte an die Krone der deutschen König. Nach dem Tod von Friedrich I. (1198), der Papst Innozenz III den Junge Friedrich sich kümmernte. Dank der Unterstützung von Papst Friedrich wurde am 9 Dezember 1212 in Mainz, König von Rom (Schwaben), und am 22 November 1220 den Heiligen römischen Kaiser gekrönt. Der Kaiser Fridriech II. fuhr in seiner Zeit stromaufwärts/…/

Obligation for the second time

Stanislaw Barszczak -“We do not have that choice”-

Most Reverend Sir,
The goal of the letter is, to make others see. We do not accept this attitude without doubt and passion. I am writing to you, even though such writing like today it has not at all interested me. My sentences are still shorter. You have fulfilled the second obligation only, to write something to anybody, I suppose. And me, I write for the first hour of the day already, for dawn. You know, people do not change, “they are merely revealed.” So, “money and success don’t change people; they merely amplify there.” But the money they accept all, surprisingly, I do not have them yet, maybe with your help I can get them in the end. What else, “integrity is doing the right thing, even when no one is watching.” “Normal is not something to aspire to, it’s something to get away from.” “It’s impossible said pride. It’s risky said experience. It’s pointless said reason. Give it a try whispered the heart,” somebody had spoken. “We do not always like the people we love- we do not always have that choice.” Because even a mother’s love is “God’s greatest joke.” Her blue color it took the place in the grey recesses of the brain of mine and it was remained there for the rest of my life, I suppose. And besides-who to say what is the first, and what is the ultimate cause of the universal happiness of life. With the Church I feel the only inner peace, which I would like to pass the modern people of today. So, I stood on my feet on a country’s ground, my land seriously, I love Poland how I can, under such conditions, in which I give birth to each day anew, here I am ready to meet friends in the usual way, as ordinary as it is now possible, even on the anhydrous space. Though faith often requires something so terrible, I find blood, nails, a bit of the anguish.. My contemporaries are mortal, they therefore require a hard truth to be born … And the truth is the generation from the past. If there is a hell for writers, there you also own work study! As a boy, I did not love, or rather I did not know what love, though I was fascinated by the love of my mother … and I was not alone I guess. But, Feelings follow only the truth, and it’s in the evening, not in dawn. Childhood, it was heroism in my life. It was the Devil’s in my life, I suppose. Since childhood I have yet to repeat the words of Shakespeare: “to be or not to be, there is the question.” However, I have always believed for childhood the most beautiful period of people’s life. So, remain in my love, watch and pray to come to the aid of anybody, that everyone help. As honestly a bit crazy writer I would like this place on Earth, from Poland, call out of sensitivity to the man of tomorrow, on every human being, because we should all help each other for the happiness of the Globe. Writing about a love is job enough for me, but I am in the generations of people too. Give me a House and two women, and I will make you happy. However, “nothing had happened yet in my life except the need to get out of it,” somebody said. ” I have no place left to live but in my own heart.” I listen to my writing constantly even with an obsession, I dared to speak about things close to that another man it would not have sat down, at the same time change the style ‘swim in writing’ in my thirties because I’m out of this world, so I defend the last man to recognize him or one’s revealed. The greatest poet is miserable to happiness in life. I haven’t had that choice, to like and at the same time love the relatives of mine. What’s more, we live in this family and not another. Now, I think I am ready for that. “I think I am ready to be met.” “I think I am ready for that. I think I am ready to be met.” So, we’ll may being, we can be friends forever, you and me, but we only have a tiny bit of the time; our choices are always such, we cannot change them. So let’s make our lives beautiful, like art, because the beauty will save the world. I look forward to your phone, and help not only verbal. Tomorrow may change everything for the better, I look forward to your phone call to London to help not only verbal. Tomorrow may change everything for the better. I look forward to your phone call to London to help not only verbal. Tomorrow may change everything for the better, but also for the worse. Because life is “a very Devil’s case” also. With words of remembrance and respect.
father stanislaw barszczak

nowa historia

Stanisław Barszczak, Ostatni lot,

Dwoje pensjonariuszy domu opieki Noe i Alicja umila sobie czas, czytając pamiętnik, w którym opisana jest historia wielkiej miłości. Okazuje się, że ona jest chora na Alzheimera, a on w ramach terapii, która ma przywrócić jej pamięć, w każdej wolnej chwili czyta jej fragment książki. I tu historia przenosi się w lata 40. do Afryki, jej bohaterowie to dwójka młodych ludzi, których połączyło gorące uczucie. Jak to bywa w rzewnych melodramatach kochanków rozdzielił los. Maria szuka na terenie Sahary jej kochanka Wanię, który związany przysięgami wojskowymi, oblatując samolot zwiadowczy pewnego dnia nie powrócił do Europy. Na Saharze Maria poznaje Daniela, przyjaciela w średnim wieku, z którym podejmuje wszystkie wyzwania losu. Daniel i Maria tam napotkają wiele przeszkód, czyli różnice klasowe i materialne, ale też zawieruchę wojenną. Jak wiadomo prawdziwa miłość pokona wszystkie niedogodności, więc płomienne uczucie nie zgaśnie mimo przeciwności losu.

Nazwali mnie Wanią. Wybrałem wolność. W tej epoce nie miałem wiary. Ci, którzy mi ją podarowali, to byli ateiści, których później poznałem. To straszna rzecz, kiedy pomyślę ile ludzi mnie uwielbiało. Ale po prawdzie to nie znalazłem przyjaciela. Poszukuję bliskiego przyjaciela. Mam kamratów, którzy bawią mnie i relacje, które mnie nie bawią. Mam kilku przyjaciół, którzy mi się podobają, kocham ich, a oni mnie kochają. Ale trzeba, żebym połączył się przynajmniej z czterema z nich, żebym miał odczucie w związku z tym wiernej prawdy i czegoś jeszcze! Poszukuję bliskiego przyjaciela, którego uczynię moim przyjacielem dzieciństwa. Oh! Już uprzedzam go, że jestem bardzo trudny.
Nie chciałbym, żeby on był tylko moim przyjacielem, należałoby, żebym ja był jego przyjacielem- ale to zależy od niego. Chciałbym, żeby nie miał talentu i goryczy w sercu; żeby miał dary- inaczej mówiąc- żeby miał odrobinę smaku dla literatury i rzeczy ducha. Być utalentowany, to nie mieć dosyć talentu dla specjalizowania się. Dar nie jest przyjemny, jeśli skoligacony jest przynajmniej z innym darem. Człowiek, który byłby tylko utalentowany do rysunku byłby biednym szkicownikiem. Ale gdyby był równie utalentowany do muzyki i literatury, to byłby przeuroczym towarzyszem. Przeznaczę mojemu bliskiemu przyjacielowi połowę mojego życia, i chciałbym, żeby się mówiło, że on przeznacza mi całe jego życie. Bezkresne będzie miejsce, które zajmie w mojej egzystencji. Gdyby i on wziął to pod uwagę, to uważałbym go za omnibusa. Ale nie żądam od niego żadnego oddania, lecz chciałbym, żeby był godnym mnie. Oh! Nie chciałbym żeby był żonaty, i nie chciałbym, żeby był biedny. Gdybym miał przyjaciela biednego, przestałby istnieć, choć byłby moim bliskim przyjacielem. Lecz przestałby także być moim bliskim przyjacielem, ponieważ byłby wobec mnie zobligowanym. Gdyby był uznanym, byłbym genialny; a gdyby był nieznany, byłbym szalony. Chciałbym, żeby mój bliski przyjaciel nie miał żadnej wady wymowy, i nie chciałbym, żeby był głuchy.
Pierwsza schadzka ze mną będzie wieczorem, opowie mi historie krótkie, zarazem piękne, ale też przejmie przyjemność słyszenia moich dłuższych anegdot.
Kilka dni później, powiemy o naszym dzieciństwie, i rzeknę mu o moich rodzicach. Będzie się śmiał bez przerwy. Jakiegoś pięknego wieczoru wreszcie zadeklaruję mu moją przyjaźń. I od razu będzie usłyszy o tym, czy kocham czy też nie moją żonę, i ile dokładnie zarabiam przez rok. W końcu kilka razy na tydzień, bez stwierdzania tego ustnie, bez zapowiadania spotkania, odnajdziemy się w koncie przy kominku i pożartujemy nieco. Przywiązuję wielką wagę do rozmów w życiu. Z wymiany kruchych i nagich idei wytryska często konkretna idea, i nigdy nie nadejdzie nuda. Myślę, że wypada mieć także wielki napad nieprzyzwoitości do rozwiązywania tych idei, tych myśli i tych smaków, które zniewalają nasze ciało. Człowiek, który zadaje się mniejsza o to z kim i uczy go o tych radościach i tych winach jest na moje oczy podobny do tego, który schodzi się z dziewczyną na bulwarach i zabiera ją do siebie. Tym samym zrozumiałbym prawie, że nie czuł wstrętu do niej, zarazem przyznaję, że nie wstydził się jej. Nie trzeba się prostytuować. Trzeba mieć szacunek do samego siebie, szacunek swego ciała i swojego mózgu. Kocham nieskończenie ludzi, którzy ‘okradają się’ podczas licznych spotkań jedności, którzy podejmują konwersacje, i którzy wydają się niczym nie zainteresowani, którzy akceptują opinię ustawicznej lekkomyślności, aby nie ujawniać przed całym światem tego, co strzegą zazdrośnie i co konstytuuje urok jedynej bliskości. Gdybym go znalazł, kłócę się jednak z nim pewnego dnia, i będę miał dużo zmartwienia i pozostaniemy sześć miesięcy nie widząc siebie nawzajem. Być chorym, to jest straszne, to jest wstydliwe, to jest haniebne, to jest smutne, to jest niesłuszne, to jest brzydkie i to nie jest własne. Stąd wreszcie pojednamy się, aby tym samym mocno zaręczyć, że to koniec, aby nie mieć już kłopotu i aby nie być już kuszony nowym pojednaniem. I tak przyjrzawszy się raz mocno, nie spotkamy się już nigdy. Kiedy będziemy odchodzić, proszę Cię nie krzycz.

Dziś jestem lotnikiem i lecę nad Saharą. Mam dla kogo żyć…

II

Minęło kilka lat. Pośród ludu Tuaregów i pustynnych karawan odnajdujemy Daniela i zdeterminowaną do końca szukać Wani Marię. Pewnego dnia przedstawiają sobie tylko ostatnie cztery godziny z życia Wani. Daniel przyłączył się do Marii, usiedli za wielbłądem, by nieco odpocząć.

-Wania nie żyje- zaczął Daniel.- Nikt nie autoryzuje tej opowieści o nim. Jestem trochę lotnikiem, a jego nie poznałem, obawiam się po prostu, że nie mówimy o nim dosyć. Z zasady i z miłości do sztuki latania., nie chciałbym powiększać liczby linijek, które będą mu poświęcone, dopiero co złożyłem kwiaty na tej pustynnej mogile, które przez zaskoczenie mogą wydawać się mniejszym bukietem. Odchodząc tak wcześnie Wania nie pozna dwóch wielkich zwycięzców: naszej nad wszystkim i jego. Ujrzy zaledwie w zarysie jednego i drugiego, jakkolwiek jego przekonanie do wolności musiało być absolutne, on nigdy nie dotknie pewności do końca, niestety! Podwójna i zbrodnicza bojaźń musiała ścisnąć go potwornie, skoro ujrzał się martwym. Był z tych, ku którym chwała, gloria mundi, uśmiecha się bez przerwy, lecz którzy nie usiłują jej legi mityzować. Mam wrażenie, że błądziłaś z nim Mario wszędzie. Jakkolwiek towarzyszyłaś mu zaledwie w bliskości jeszcze. To był związek, który on nie ignorował. Ale ty wydawałaś się zawsze zbyt mało forsować drzwi tego związku. I myślę nie będziemy tej kwestii więcej spulchniać… Jutro te same dzienniki, i bez wątpienia ci sami ludzie, którzy nadrwi wali się z niego piętnaście lat temu pójdą i będą lamentować nad „okropną stratą, która sprawdziła polskie lotnictwo.” Tak, jutro bez wątpliwości, prasa cała będzie zgodna bez konsternacji- ponieważ on nie żyje. I to mnie niepokoi tego wieczoru… Dlaczego należało pierwszego dnia po jego śmierci czynić mu homagium, które dla niego bardzo zostawało obce? Kiedy żaden głos nie może do nie dotrzeć? Dlaczego oni nie mówili o tych rzeczach, kiedy on mógł jeszcze czuć ich urok, czar i cenę? Widzisz, wystarczył jakiś pretekst… , jaka szkoda, że nie usłyszeliśmy tego! Ale wyciszmy emocje, krusząc naszych idoli, kiedy jest mowa o zbawcy ojczyzny.-

-Jego śmierć uczyniła go poznanym, on może teraz wrócić na nowo- tajemniczo odrzekła Maria. (w komponowaniu tych scenek oparłem się na pamiętniku Sachy Guitry, autor).

Nasz Ojciec

O Wyższym Seminarium Duchownym w Krakowie mawiał zmarły przez sześćdziesięciu jeden laty Biskup Częstochowski Teodor Kubina: „tu jesteśmy na Taborze”. Co nam mówi widok góry czy wręcz spojrzenie z jej szczytu w doliny? Ktoś napisał: „Tu na szczycie wszystko jest pogodnym pokojem. Powiewa lekki wietrzyk, bezwonny, przejrzysty i jasny, tuli nas milczący śnieg i trzyma w swych objęciach, a my wpatrujemy się w horyzont (bezkresny). Nad całością wzeszło już słońce, które trwa i wciąż jeszcze zalewa nasze włosy.” Na szczycie jest pięknie. W dniu 11 czerwca 1916 roku Ludwig Josef Johann Wittgenstein (1889-1951), filozof zajmujący się przede wszystkim kwestiami języka i logiki, doświadczony ciężko przez los, odchodzą bracia, jest czas wojny u wschodnich rubieży Austrio-Węgier. Wówczas słał współczesnym apel, byśmy nie zdominowali świata (L.Wittgenstein, Carnets 1914-1916, Gallimard 1971):

Co wiem o Bogu i przedmiocie życia?
Wiem, że świat istnieje.
Znajduję go w widzenia polu mojego oka.

Ale coś w tym świecie jest problematyczne, chodzi o jego sens,
A ten sens nie rezyduje w nim,
Lecz na zewnątrz niego:
Że moje życie jest światem,
Że moja wola penetruje świat,
Że moja wola jest dobra lub zła.

Konsekwentnie dobry i zły są w jakiś sposób czymś związane…
z sensem świata.
Sens właśnie życia, to znaczy sens świata, możemy nazwać Bogiem,
i w kontakcie z owym sensem jutra, upodabniać Boga z Ojcem,
wtedy już Bóg i Ojciec to jedno.
Modlić się, to myśleć wewnątrz sensu dalszego życia.

Ale nie mogę zgiąć mojej woli ku zdarzeniom świata:
A więc jestem totalnie poza mocą, rany boskie.
Mogę tylko zwyczajowo spowodować, że będę niezależny od świata,
I w ten sposób w pewnym sensie, lecz zdominować go,
Odrzucając tutaj, a raczej odmawiając wpływaniu na jego zdarzenia.
(tłumaczył Stanisław Barszczak)

coś nowego

Stanislaw Barszczak, Miniatura krajobrazu teraźniejszego świata,

Nazwali mnie Izmael, wzorem dla mnie miał być bohatera Moby Dicka. Ale nie byłem jego pokroju. Przybywam za późno. Szalałem przez jakieś dwadzieścia lat i teraz chciałbym wam zdążyć o tym powiedzieć… Gdybym miał to wyrazić w jednym zdaniu, co sądzę o religii, powiedziałbym, jestem przeciw niej. Ale przeczytałem ostatnio w streszczeniu po niemiecku powieść Henryka Bölla pt. „Utracona cześć Katarzyny Blum”. Kobieta nigdy nie przegrywa, nawet gdy targnie się na morderstwo, w rezultacie pozwala jej ono ujrzeć się w nowym świetle, które ją w świecie zupełnie rehabilituje. W końcu laureat nagrody Nobla to patron Fundacji związanej z niemiecką partią Zielonych, wspierającej działania służące rozwojowi społeczeństwa obywatelskiego, równouprawnieniu kobiet oraz propagowaniu zrównoważonego rozwoju. Panie Böllu naucz nas przerastać nasze szaleństwo. Henryk Böll zaczyna debatę na temat szkody, jest pisarzem sensu scritto współcierpienia. Kto znęca się nad zwierzętami, mniejsza o to; ale kto ludzi bezużytecznych czyni ten jest jeszcze mniej wart… Ja chciałbym, zeby zawsze ludzie przerastali swoje szaleństwa… W czasie moich odwiedzin w muzeach świata przyglądam się szczególnie niektórym obrazom, zwracam uwagę na ich pewną niestaranność zwłaszcza. Obrazy, gdy na nie się patrzy, a serce się wówczas buntuje, to powinno sie je ani pędzlem ani piórem malować, ale osobistą wczesną dojrzałością… Stać i widzieć gdzie się stoi, wiecej światla dać- oto dewiza pisarza… dokąd zdążasz kochany Czytelniku, czy jesteś Chrystusem, żebyś chciał tylko się położyć i leżeć.. Osobiście mniej dać cywilizacji chciałbym, bo to terroryzm… A ponieważ nie mogę być sam, idę nieustannie do Ciebie Chryste, bo ty zwycięzyłeś siebie…Praca pisarza polega na nazwaniu nienazywalnego, do granic oszustwa, do zajęcia stanowiska, rozpoczęcia argumentacji, zarysowania świata, i unieruchomienia go z pójściem spać. Piszę co nieco, choć Słowa nieustannie przychodzą zbyt późno. Także o tym, że w kościele moim nieustannie nie ma wolności… Co to jest wolność słowa? Bez wolności obrażać to przestaje istnieć. Ktoś powiedział: ”Pomysł sacrum jest po prostu jednym z najbardziej konserwatywnych pojęć w każdej kulturze, ponieważ stara się włączyć inne pomysły – niepewność, postęp, zmianę – aż po zbrodnię.” Nie powiedziałbym tak mocno. Piszę więc… Książka jest wersją świata. Jeśli się to nie podoba, zignoruj to; lub zaoferuj swoją własną wersję… Wątpliwość, wydaje mi się, jest centralnym warunkiem, stanem człowieka w XX wieku. Nie lubię przyznawać się, że moi wrogowie mają punkt… Pamiętam pierwsze pieniądze, które trzymałem w ręku, nastąpiło przejęzyczenie cyfrowe w kwocie. Ilość cierpienia była zbyt duża, dla niewielu, tych kilku, którzy wyraźnie jako winni rozpoznani byli. Chciałem od zawsze pisać, pamiętam jak raz zakreśliłem moje nazwisko, próbowałem pisania już wcześnie, ale znalazłem Słowa dużo później… Więc upewnij się, że zwracasz się do autora aby przyjąć jego rozumienie świata, nie znajdziesz tam swojego świata… Z racji na rangę Europy bardzo mało polskich powieści został skreślonych w tej części świata w oparciu o polskie korzenie. To niezwykłe, że w tej chwili, w której Polska wydaje się być globalną super siłą ducha, a to widać w każdym posunięciu Ziemian początku trzeciego tysiąclecia, to jednak podmiot polskiej mocy okazuje się nie jest w interesie większości pisarzy i polityków naszej doby… Książki wybierają ich autorów; akt tworzenia nie jest w związku z tym zupełnie rozumny i tego świadom. Dla mnie książki z młodości, choćby nakazane lektury i zadanie polskie szkolne i tak były za mało śmieszne. Nie lubię książek, które zalegają w galerii, stąd opowiadam się za cudem opowiadania jakiejś historii tak jasno i z zaangażowaniem, jak tylko potrafię… Choć wierzę mocno w Boga, nie potrzebuję idei Boga do wyjaśnienia świata, gdzie żyję. Gdyby Hemingway był chrześcijaninem byłby martwy teraz. Pamiętam jak wmawiałem sobie, by nie siać nienawiści wokół, choć wiem, że ona istnieje. Mam ją chyba w kufrze św. Hieronima. Mówiłem najczęściej , “to jest bosko-ukształtowana dziura we mnie. Przez długi czas stresowałem tę nieobecność, tę swoistą dziurę. Teraz uważam, że właśnie kształt, a nie sama dziura stał się ważniejszy.” Co więcej nie chcę stać się odrobinę rozgoryczony mszcząc się już w mocno dojrzałym życiu za resztę mojego życia. I nie chcę stać się odrobinę zatrwożonym stworzeniem, tchórzliwie skrywającym się w kącie… Miałem 21 lat w 1981 roku, więc jestem tak bardzo dzieckiem Solidarności jak to tylko możliwe. Jakkolwiek w czasie „Stanu Wojny z Narodem” Generała Wojciecha Jaruzelskiego, w tych latach podmiot religii naprawdę prawie zniknął. Pomysł, żeby religia była główną siłą w życiu naszych społeczeństw, na zachodzie w każdym razie, wydawał się absurdalny w 1983 roku. Przed dwoma miesiącami wracałem z wizyty duszpasterskiej w Norwegii, lądowaliśmy w Gdańsku, na lotnisku „Lech Walesa”. Mogłem teraz przejść przez słynną bramę „Stoczni Gdańskiej”, pięknie wybielonej, przeszedłem dokoła słynną halę BHP, stanąłem pod Pomnikiem Trzech Krzyży. To są resztki-symbole naszego narodowego bytu. A obok powstaje forteca z betonu, czy to będzie muzeum „Solidarności”, nie wiem. Do końca mojego krótkiego żywota będę wspominał moją kolejną podróż, tym razem na spotkanie z papieżem Benedyktem XVI w jego ojczyźnie. Było już późno, jak osiągnąłem Berlin. Ale już w dniu następnym, tj. 22 września 2011 roku od wczesnych godzin popołudniowych mogłem podziwiać pięknie przygotowany berliński stadion olimpijski na przyjęcie Dostojnego. Gościa. To historyczne spotkanie stało się faktem. A teraz mam co wspominać. Religia być może istnieje właśnie po to, by to wyrazić, i wam o tamtych wypadkach opowiedzieć…To jest tak niezadowalające, delikatnie mówiąc, że ludzie wiedzą tyle o moim życiu. Ponieważ oznacza to, że zawsze starają się patrzeć na moje książki w granicach mojego życia… Dobry pisarze jest ekspertem przede wszystkim od samego siebie. Chciałbym zdążyć opowiedzieć wam, kochani Czytelnicy, czym jest ciekawość i humor ludzi, których w życiu spotkałem. Jest lepiej bezprawie cierpieć, jak raz coś twierdzić. Ale powiem, nie jestem Prezydentem Bronisławem Komorowskim, ale uważam, że polityka Polski jest fatalna. Pisarze i politycy są naturalnie rywalami. Obie grupy starają się uczynić świat na swój obraz; oni walczą o to samo terytorium. Nigdy nie miałem dużego szacunku dla terapeutów. Zawdzięczam moje zdrowie, moje przeżycia psychiczne, przede wszystkim samemu oraz moim przyjaciołom i tym, którzy mnie kochali. Nie jestem prorokiem, ale zawsze myślałem, że to jest naturalne dla dyktatury upadać. Wydaje mi się także, że jest lepsza droga zmiany świata jak wysadzenie się choćby w twierdzy Kamieniec Podolski. Pamiętam, że w 2001 roku, dwa lata przed atakiem terrorystycznym na bliźniacze wieże World Trade Centre, gdybyś to powiedział, co miało się wydarzyć, nikt by nie uwierzył ci. System przełomu stuleci wydawał się potężny i nierozerwalny. Nagle z dnia na dzień był zdmuchnięty jak kurz, co się wydawało niemożliwe stało się strasznym faktem… Ostatnio odwiedziłem dwie parafie na Teneryfie w Hiszpanii. Byłem w Granadilla i w El Medano. Co prawda tu wszystko niby jest jest napisane na zagwożdżonej skale, ale prawdę mojego zycia jeszcze ujrzałem. Nigdy nie widziałem nigdzie na świecie czegoś tak pięknego jak ratusz w Orotawie na Teneryfie. To ma coś wspólnego z faktem, że budowla jest stosunkowo mała w porównaniu z innymi budowlami tego rodzaju na świecie i góra na której stoi jest bardzo duża, więc masz w miniaturze krajobraz jednoczący bliskość góry, oceanu i architektury (domy z XVII wieku z pięknymi drewnianymi balkonami), i to jest po prostu wspaniałe. I to prawda, ludzie są tutaj bardzo piękni. Niektórzy z was mogą się zastanawiać dlaczego jestem niechętny wywiadom w telewizji i radiu i prasie. Odpowiedź jest taka, że to co piszę jest autentyczne. To jest kufer marzeń, nie rzeczywistości. Nie jestem zaszczycony tym, że moje teksty nie są traktowane tak poważnie. Brzydzę się rolą współczesnego Guru, ponieważ to nie ma żadnego związku z tym kim jestem i co robię. Artyści według mojego doświadczenia nie osiągają centrum. Istnieją na wzór szpiegów. Ja nie stanowię tutaj wyjątku. Jestem wdzięczny za każde zainteresowanie, wsparcie i miłe słowa. Na szczęście jestem od zawsze głęboko pochłonięty nowym tekstem. Niestety oznacza to, że nie mogę przeznaczyć wam więcej czasu odpowiadajac na różne pytania. Proszę przyjąć moje szczere przeprosiny. Z najlepszymi życzeniami, Stanisław Barszczak.

“Moje dziecko, ty zawsze jesteś ze mną”

Stanisław Barszczak, Szczęśliwy woźnica,

Trójką koni, bocznymi drogami spieszył do powiatowego miasta Piotr Pawełkiewicz, kandydat sekcji Polskiej Drużyny Strzeleckiej. Jest rok 1914, w drugiej połowie roku, popołudniowe urżnięte ciepło, oczami ogarniał mijane ogrodzenia, zabudowane rogi ulic. Ktoś z naprzeciwka właśnie jedzie koniem z furmanką obładowaną węglem. Uporawszy się z marzeniami wszczął rozmowę z woźnicą: –A czy burmistrza znasz? Woźnica odrzekł: -Tutaj każdego marnego pisarza się zna, a burmistrza bym nie znał. Nie ma jeszcze dwóch lat jak Pawełkiewicz objął swój urząd, a już dużo zrobił. Gorący, taki prędki. Niech mu Bóg da zdrowie, Hrabiego usunął. Już Hrabia poszedł do diabła, a Pawełkiewicz, oświecony pan, wszystkim rękę poda… Galop, wciąż galop, konie, wszystko zrobił, ani grosza nie brał. Poprzednik też był dobry. Rozumie się i poprzednik był dobry, głośniej od niego nikt nie krzyczał, nowy rozumu ma daleko więcej. Ale nowy jest zręczniejszy, dobry człowiek tylko pijaczyna. W domu chla, tak cały dzień ciągnie, w szufladce ma wódkę, pociągnie przez rurkę. -Nawet to wiadome, co za ohyda, szepnął do siebie Pan Piotr. –Kłamać nie będę, ale ludzie powiadają, kiedy bywało Pawełkiewicz zaczął pić, to psy wyły niemiłosiernie. A Pawełkiewicz sam się zamknie i pije. -Skąd oni to wiedzą, wypalił jak z ciężkiego działa Pan Pawełkiewicz. -Także co do bab, to sześć ma, szelma. Dwie mieszkają u niego w domu. Nawet imiona znają. Sześć sztuk ma w domu, tych fląder, dwie ma w domu: jedna jest gospodynią, druga jest w rodzaju sekretarki. Trzecia przy gościńcu mieszka. -I to furman, który nigdy w mieście nie bywa to wszystko wie, co za ohyda, kontynuował pod nosem Pan Piotr. -Natalia chwali się babim szczęściem, że ją burmistrz nawiedza czasem. Zośka mu dywany i kwiaty przynosi. A Jaśka koniecznie chciałaby go przeżyć. Kiedy Pawełkiewicz idzie do kuchni, to szczypie pokojówkę lub kucharkę. Dawny przewodniczą rady na miesiąc wcześniej dawał znać, gdy gdzie jechał. Nowy owszem natrze gardło, ale stara się jechać po cichutku, wychodzi z domu zawsze tylnymi drzwiami. Stara się nająć furmankę, jak stary pies. -Skąd ty to wszystko wiesz, Pan Piotr rzecze, poprawiając się na wozie. -Sam nie widziałem, ale od ludzi słyszałem. Przed okiem ludzkim ukryć się nie można. A kiedy jedzie, to krzyku, hałasu. Przyjedzie, napije się, znowu się wyśpi. Ludzie opowiadają, jedzie dureń. Jedzie i myśli, że go nie można poznać. Dawniej Hrabiego po ciężkiej łapie poznawali, ‘jeśli leje po pysku’, to znaczy że nasz Pan Hrabia jedzie. Nowy, to mu zimno, jeżeli kto zimową porą jedzie, i żąda kur, to na pewno Pawełkiewicz. Nowy i spać się kładzie inaczej. Na stacjach już wiedzą, pędzi ludzi po drobiazgi, to na pewno Pan Pawełkiewicz. Może jeszcze z domu nie wyszedł, a oni już wszystko wiedzą. Przez telegraf wszystko wiadomo. Niech się chowa, a już wszystko wiedzą. Takie są sprawy. Naród tu cwany, cwaniak na cwaniaku. Przyjechałeś po cichutku, mówią, o Wielmożny Panie… Weźmy dzisiejszy wypadek. Naszego Żydka Władka z rana, jak gościńcem pędzi ku stacji ujrzałem. Dokąd to Wasza Żydowska Mość jedzie?, zmienił głos woźnica.-Do miasta, bo tam Pawełkiewicza oczekują, Żyd na to. Dla Pawełkiewicza już przygotowano wszystko tam. Chłopi mówią, niech jedzie. – Prawda, prawda rzecze Pan Piotr, że ja o tym nie wiedziałem. Zawracaj mi prędko! Zdziwiony woźnica zdążył obejrzeć swoją fizjonomię w oknie jakiegoś sklepu, i szybko zawrócił ku światłom z pobliskiej stacji. W tym czasie mijali piękny pałacyk „Basiula”. Naraz im oczom ukazała się śliczna stacja kolei żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej w Ząbkowicach. Stąd można jechać koleją w dwóch przeciwnych kierunkach: do Częstochowy bądź Krakowa. Ta sama droga, nieco ponad pięć kwadransów drogiego nam czasu. Już woźnica ubrał sweter i wsiadł do powozu, gdy Pan Pawełkiewicz najpierw przysiadł się do stolika w bufecie, opróżnił trzy kieliszki, zaledwie spojrzał na znajome twarze w kącie. Ale już słyszy trzeci dzwonek. Pędem wsiadł do pociągu. Jakiś młody filozof stał przy oknie, mija go, po chwili znalazł się w przedziale trzeciej klasy. Jakiś otyły mężczyzna z faworami spojrzał tylko w jego stronę. –Janie Kochany, rzecze śmielej Pan Piotr na takie powitanie. –Kopę lat, Panie Pawełkiewicz, i z gestem gospodarza oraz z wyrazem słodyczy na twarzy zaprasza nowego pasażera do środka. Pan Piotr usiadł naprzeciw Pana Jana. – Ja z polowania z hartami wracam, jasnym głosem odezwał się nagle znany w całej okolicy dobroczyńca Grzegorz Rawicz. –Słuchaj Pan, ja z sądu wracam gdzie prosiłem o wotum separatum, płaczliwym głosem i ciężko dysząc odezwał się Pan Jan Walicki. I tak patrzę dokoła. Co robi na przykład ten Pan Miękin. Diabli wiedzą, co on plecie. – Kiedy się jedzie do domu to trzeba, żeby głowa była zajęta tylko karafkami, Pan Piotr poczuł się wreszcie u siebie. –A wiesz Pan, rozczulił się Pan Jan i rzecze jakby nagle porwany diabelską siłą uciekł w inny świat, w domu kładziesz się do łóżeczka, z brzuszkiem do góry. A doczekawszy wieczora schodzisz Pan na wieczerzę. A tutaj nad stołem unoszą się nieziemskie zapachy, na stole barszczyk małopolski z śmietanką. – Zapiekanka domowej roboty lepsza od szampana, machnął ręką i rzucił się ku drzwiom Pan Pawełkiewicz, bo ujrzał tam konduktora. -Solone rydze z cebulą, oliwą, palce lizać, zgodził się sędzia mrużąc oczy. Dusza odczuwa błogość. –Panie konduktorze, w przedziale szóstym jedzie w tym pociągu moja ciotka, chciałbym ją znaleźć, z miną niepewną odezwał się Pan Piotr, następnie zerknął na pociemniały obraz i jakieś papiery, które leżały na ławce na którym widniał napis: ślę ci życzenia z okazji Bożego Narodzenia. Naraz Pan Józef Markiz stanął mu przed oczami, stara suka sunia i pies budrys, który nie cieszy się zaufaniem. Nikt lepiej od niego nie umie przybysza złapać za nogę. Jest czas wigilii. On sam siedzi w pokoiku. Spojrzał przed siebie. Drzewa nabrały koloru białego. Za oknem grudy śniegu, drogę mleczną widać tak wyraźnie. On zaczął pisać coś. Wczoraj, jako czeladnik u szewca dostałem po tyłku. Każą kraść majstrowi ogórki. A nudno tak, majster uderzył mnie kopytem. Spać, to mi każą w sieni. Drogi dziadunio, zabierz mnie stąd bo umrę. Ja ci będę tytoń rozcierał. Bij mnie jak psa. Dziaduniu drogi, nie ma tu innego wyjścia tylko śmierć. A jak umrzesz będę się modlił za ciebie. A z kolędą tu nikt nie chodzi. Pan Piotr konwulsyjnie westchnął i w okno spojrzał, młode jodły, ściętą choinkę dziad ciągnął do dworu. Olga dawała mu karmelki. Do szewca Alojzego przekazano mnie w Częstochowie. Twój wnuk Piotr. Napisał adres: ‘Na wieś do dziadunia. Włożył czapkę i wyszedł. Subiekci ze sklepu mięsnego pokazali mu skrzynkę na listy. Z dźwięcznymi dzwonkami odezwały się sanie, którymi sunęła po śniegu jakaś iście książęca para po drugiej stronie ulicy. Kołysany słodkimi nadziejami Pan Piotr na powrót ujrzał się w pokoju, koło pieca chodzi budrys i przez szacunek kręci ogonem. Z tej ciszy olbrzymiej dokoła wyrwał go wysoki głos konduktora: -tu nie ma przedziału szóstego, jest owszem szesnasty. –A dokąd jedzie ten pociąg?, spytał nieśmiało Pan Piotr. Do Częstochowy, pewny siebie odezwał się Pan Jan. Pasażerowie ożywili się nagle. Minęły dwie minuty, a sąsiedzi zebrali jaką kwotę pieniążków do maciejówki. Tymczasem jakaś dziewczynka zwracając się wprost do Pana Pawełkiewicza, swym przemiłym głosem zawyrokowała w końcu: -‘Pan wsiadł w pociąg, który idzie w przeciwnym kierunku- nie do Krakowa, a do Częstochowy’. Pan Burmistrz aż usiadł z radości.

PS. Wypadki opisane tutaj to licencja poetica autora tej opowieści. SB.