Stanisław Barszczak, Kufer pełnych marzeń (część następna)
W latach 1642–1649 w okresie wojny domowej w Anglii, jej zainteresowanie koloniami w Ameryce zmalało. Przybywało coraz mniej imigrantów oraz zmalał handel. Jednak aktywność żeglugi bostońskiej wzrastała, znajdując nowe źródła zaopatrzenia miasta w brakujące towary. Statki przywoziły ziemniaki, pomarańcze z Bermudów, na Barbados i Jamajkę eksportowano mięso, masło, sery i suchary. W zasięgu znalazł się również Madagaskar. Handel ten w dużej mierze uzupełniał podupadłą wymianę z portami europejskimi. Boston był także zaangażowany w handel niewolnikami w Afryce, gdzie za ładunek rumu nabywano darmową siłę roboczą do plantacji cukru. Z czasem bezpośredni import z Francji, Hiszpanii, czy Holandii był zakazany. Kupcy bostońscy, dla których akty znaczyły ograniczenie zysków, zignorowali je. Większa część wymiany handlowej Bostonu pomiędzy rokiem 1660 a 1675 miała charakter nielegalny. Towary z całego świata wchodziły do portu bez cła. Flota bostońska zawijała do portów Nowej Fundlandii, Annapolis, wożąc rum i sól. Handlowano wbrew prawu z Francją, Portugalią i Hiszpanią. Do końca XVII wieku zanotowano ciągły wzrost liczby statków posiadanych przez mieszkańców Bostonu; w 1698 zanotowano 193 jednostki.W XVIII wieku Boston był uznawany za centrum handlu północnoamerykańskiego. O bogactwie miasta świadczyła rozbudowana sieć biur rachunkowych, domów kupieckich, magazynów, nabrzeży, jak i okazałe rezydencje wybudowane wzdłuż głównej arterii miasta, King’s Street. Zamożne rodziny kupieckie generowały rozwój usług, takich jak krawiectwo, perukarstwo czy jubilerstwo. Osiemnastowieczny Boston był integralnie związany ze swoim portem w sferze przestrzennej, funkcjonalnej, a przede wszystkim ekonomicznej. Port należał do miasta i jego mieszkańców, dając im miejsce pracy oraz źródło utrzymania, będąc podstawą systemu ekonomicznego. Na początku lat dwudziestych XX wieku Boston był wciąż największym centrum produkcji wełny na świecie, jednym z największych importerów skór i jednocześnie eksporterem butów, a przede wszystkim największym rynkiem rybnym w Stanach Zjednoczonych. Pod koniec dekady miasto plasowało się na trzeciej pozycji wśród miast amerykańskich, których głównym źródłem dochodów była gospodarka morska. Już w tamtym czasie zauważalne były niekorzystne symptomy zniżkowe, które pogłębił kryzys gospodarczy lat trzydziestych. Podczas kiedy następował wzrost importu zagranicznego, w szybkim tempie malały wskaźniki bostońskiego eksportu. Sytuacja taka była rezultatem ogólnego trendu zmian w gospodarce amerykańskiej tamtego okresu. Szczególnym czynnikiem, który doprowadził do osłabienia roli portu bostońskiego, był niekorzystny poziom stawek frachtowych, zarówno kolejowych, jak i morskich, które stawiały na pozycji uprzywilejowanej głównego konkurenta portu, Nowy Jork, oraz inne ważniejsze porty południa. Ale w 1913 na terenie waterfrontu w dzielnicy South Boston oddano do użytku nowoczesne nabrzeże Commonwealth No. 5 o długości ponad 350 metrów, którego urządzenia mogły obsługiwać jednocześnie 5 statków. Innym dużym przedsięwzięciem związanym z gospodarką morską oraz zagospodarowaniem frontu wodnego była budowa nabrzeża rybnego (ang. the Boston Fish Pier), w tamtym czasie największego na świecie. Budowa tego kompleksu spowodowała przeniesienie niemal wszystkich funkcji związanych z rybołówstwem i przetwórstwem ryb z obszarów śródmiejskich na tereny South Boston. W tamtym okresie funkcje portowe uległy znacznemu rozbudowaniu także w East Boston, czego kulminacją było ukończenie prac nad nabrzeżem Commonwealth Pier No. 1 w 1919. W miarę postępowania inwestycji tereny South i East Boston stały się najbardziej aktywnym bostońskim waterfrontem pod względem działalności morskiej. Regiony Inner Harbor zatoki wewnętrznej, w szczególności Chelsea Creek i the Mystic River, specjalizowały się w przeładunku ropy naftowej, drewna, węgla i chemikaliów, co wymagało rozbudowania specjalistycznych terminali. W 1917 wybudowano największy suchy dok na świecie, który jednak nie mógł być wykorzystywany przez największe statki z powodu ograniczenia głębokości kanału doprowadzającego the Broad Sound North Channel. Prace pogłębiarskie kanału przeprowadzono dopiero w 1925. Rozbudowa urządzeń portowych była kontynuowana na dużą skalę również w latach nastepnych.Po II wojnie światowej Boston przeżywał niespotykaną wcześniej stagnację gospodarczą oraz związany z tym odpływ ludności. Stagnacja lat pięćdziesiątych wynikała głównie z upadku przemysłu tekstylnego na terenie Nowej Anglii, co nie mogło przecież pozostać bez wpływu na port, a przez to i sam Boston, stolicę regionu. Innym istotnym czynnikiem, który przesądził o spadku znaczenia miasta i jego ekonomii był kryzys w rybołówstwie. Pomiędzy rokiem 1950 a 1963 liczba rybaków Nowej Anglii zmniejszyła się o ponad jedną trzecią. Dynamiczny rozwój infrastruktury portu bostońskiego w pierwszej połowie XX wieku, a potem jego upadek, doprowadziły do stworzenia ponad dwustukilometrowej linii waterfrontu, z którego około sześćdziesiąt kilometrów stanowiła linia nabrzeży, wraz z ogromnym kompleksem urządzeń, zaledwie w niewielkim stopniu wykorzystanych. Sytuacja ta w powiązaniu z kryzysem gospodarki morskiej w Bostonie, leżała u podstaw decyzji o realizacji szeroko zakrojonych programów renowacji urbanistycznej terenów poprzemysłowych i portowych. Pierwszym krokiem na drodze ku rewitalizacji Bostonu był ogłoszony w roku 1950 przez władze General Plan for Boston, projekt, który postulował ponowne zagospodarowanie około dwudziestu procent przestrzeni miasta w ciągu kolejnych dwudziestu pięciu lat. Jednak w realiach lat pięćdziesiątych realizacja tego projektu oznaczała przede wszystkim porządkowanie dzielnic slumsów poprzez wyburzanie starej zabudowy i przesiedlenie ubogiej ludności. Pierwszym celem projektu stał się obszar New York Streets, który po oczyszczeniu miał w zamierzeniu przyciągnąć przedsiębiorstwa przemysłowe i handlowe. Według planistów dogodna lokalizacja i łatwy dostęp do głównych arterii miasta czynił ten obszar idealnym miejscem pod inwestycje przemysłowe. Fizyczne zmiany zapoczątkowane w Bostonie w latach sześćdziesiątych oznaczały więcej niż tylko wysokie budynki i kosztowne projekty architektoniczne. Zmiany te przyczyniły się do przekształcenia charakteru i specyfiki miasta. Wiele budowli będących dowodami trzechsetletniej tradycji Bostonu, które nadawały mu ten wyjątkowy europejski charakter, zostało rozebranych, a tereny przeznaczano na modernistyczne drapacze chmur ze szkła i stali. Z drugiej strony, rodzaj inwestycji realizowanych na terenie miasta oraz rodzaj funkcjonujących korporacji, spowodowały powstanie nowoczesnego systemu ekonomicznego opartego w zasadniczym stopniu na usługach. Miasto, którego mieszkańcy historycznie zajmowali się przeważnie czynnościami związanymi z importem i eksportem, handlem, rybołówstwem oraz przemysłem stoczniowym, teraz stali się znani ze względu na wysoki poziom świadczonych usług medycznych, szkolnictwo wyższe, usługi związane z technologią komputerową, turystyką. Potrzeba wysoko kwalifikowanej kadry, szczególnie managerów o wysokim stopniu wykształcenia, zmieniła Boston w miasto urzędników biurowych i spowodowała w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych niespotykany wcześniej wzrost liczby miejsc pracy oraz płac. Ta nowa fala wykształconych i zamożnych młodych ludzi, zazwyczaj profesjonalistów – inżynierów, informatyków, architektów – napływała do miasta, zachęcona mnogością instytucji kulturalnych, edukacyjnych i bliskością terenów rekreacyjnych. Zajmowali ocalałe dzielnice historyczne, zlokalizowane niedaleko centrum, będące jeszcze w trakcie renowacji, takie jak North End czy South End, oraz obszary waterfrontów wzdłuż Atlantic Avenue. Po tej mojej wizycie w Ameryce snuje te relacje majac zarazem na uwadze zdanie zapisane na ścianie mojego hotelu w bostonie: wielkie różnice w podróżowaniu spoczywają nie na podróżach statkiem(ship), lecz na spotkaniach z ludźmi, których spotykamy w naszych wędrówkach po świecie. W Houston odwiedziłem Kościół Księży Chrystusowców (1731 Blalock Rd, TX77080). Ale pierwszym celem mojej wizyty były odwiedziny Księdza Jana Kubisy, którego poznałem jeszcze w seminarium w Krakowie. Jest kapelanem w porcie (Houston International Seafarers’ Center; P.O. Box 9506, Houston TX 77261). Mieliśmy jeden dzień dla siebie. Jak kiedyś w Chicago mogłem wdać się w pogawędki z przyjacielem z sprzed lat, Księdzem Emilem Cudakiem, tak obecnie z Księdzem Janem zaczęliśmy od budowania zamków z piasku, ale w rzeczy samej marzylismy o Kościele jutra. Jakkolwiek Ksiądz Jan, jak sam mówił, zaprzestał już pływania w pobliżu Gaveston, ponieważ tam “atakują ludzi rekiny.” Rozstalismy się tym razem na lotnisku. W oczekiwaniu na powrót zacząłem pisać dla was. A teraz ubogacam moje wspomnienia informacjami zzaczerpnietymi przez internet.Parafia rzymsko-katolicka pw. Matki Boskiej Częstochowskiej otacza działalnością duszpasterską polskich emigrantów w Houston oraz z okolic Texasu, umacnia ich w wierze, podtrzymuje więzi duchowe z Ojczyzną, integruje z Kościołem lokalnym a także pielęgnuje polskie narodowe tradycje. Parafia jest centrum życia religijnego, kulturalnego i społecznego polonii w Houston. Parafia polonijna jest również otwarta na duszpasterstwo lokalne dla wiernych, którzy nie mają polskich korzeni.(1712 Oak Tree Drive, Houston,TX 77080;e-mail: proboszcz@parafiahouston.com )Biuro parafialne czynne: od poniedzialku do środy w godz. 9:00-10:00 rano lub po umówieniu się. Obecnie Ksiądz Proboszcz, to ks. waldemar matusiak SChr- z Towarzystwa Chrystusowców. Adres kościoła: 1731 Blalock Drive, Houston, TX 77080. Parafianie zaprosili mnie na uroczysty posiłek po Mszy świętej, za co jestem im bardzo wdzięczny. Oto mój obecny słoneczny ganek, przepiękna kraina ludzkiego Mississipi. I tak teraz pewnego listopadowego dnia przeżyłem mój poranek nad Mississipi, kiedy leciałem nad tą sławną rzeką, opiewaną w dziewiętnastym stuleciu przez Marka Twaina, tym razem do Houston w Teksasie. I zarazem też pomyślałem niemrawo o naszej ludzkiej wierze w sens historii. Bo w czasie tej podróży mogłem tez pewnego dnia pospacerować wokół Białego domu w Waszyngtonie.Ach, było się już w świecie szerokim. Na przykład z Korsyki popłynąłem na Sardynię. A to ziemia, która nigdy nie była zdobyta (napisał D. H. Lawrence o Sardynii). Innym razem zaleciałem na Sycylię. Odwiedźcie kiedyś Taorminę, teatr grecki z Etną. “Bez Sycylii nie jest możliwe mieć jakąś realną ideę Italii. Tu leży klucz do wszystkiego,” sam Goethe pisał. Odwiedżcie Puglię- katedręTrani, Castel del Monte Frydereyka II, katedrę Ruovo, spójrzcie na cudowną architekturę Baroku w Lecce. Tu nie było czasu średniowiecznych Komun. Bądźcie w Ravello, tu Wagner zaczął komponować “Parsifala”, a Grieg rozpoczął jego “Pieśni”(Lieder).Positano- tu bywali Paul Klee i Tennessee Williams.Positano, to miejsce przenika najgłębsze części… To jest miejsce, które w istocie nie jest rzeczywiste, kiedy się tam aktualnie jest- ale którego ‘wołanie’ staje się realne dopiero wówczas, gdy się je już zostawiło za sobą.Capri, piękna i straszna wyspa zarazem, nawiedzona- i to jest esencja tego, co ona mówi do ciebie. (tam byliCurzio Malaparte, Tyberiusz cesarz 27-37 A.D).Pompeje- zdobyte przez Rzymian w 89 przed Chrystusem. Chyba każdy z was marzył juz być w ‘wiecznym’ Rzymie. Ach, tam jest Piazza Navona- “Ideałem byłoby aktywne życie, wymieniane z okresami odpoczynku i przyjemności słodkiego klimatu Rzymu.”(O tym placu tak pisał sławny Stendhal) A jeśli macie zamiar obejrzeć obrazy slynnych artystów, to jedźcie do Wenecji na pzrykład. Mantegna- święty Sebastian i Van Dyk- Portret Gentelmana są Wenecji. Jeśli kochacie się w cudach, to jedźcie do Orvieto- cud w 1263 roku jest znowu bardzo czytelny, z Hostii podczas Nabożeństwa popłynęła krew. A jeśli utrzymujecie kontakty z ‘wielkimi’ tego świata, to wybierzcie się do Asyżu. Assisi- Wyższy Kościół,tutaj Goethe spacerował poprzedzany przez powóz z parobkiem. Bazylika świętego Franciszka. Piękna jest Toskania. Zajedźcie do San Giminiano (region Sieny), tu bogate rodziny stawiały w XII i XIII stuleciu wysokie wieże, które stanowiły wizytówki tych możnych rodów. Jeśli macie czas pomódlcie się w Pizie.Piza, katedra z 1118 roku cudownie marmurem obłożona. Z muzeów, które zobaczyłem polecam: Florencja- Palazzo degli Uffizi, Ermitaż, Galerię Tretiakowską, muzeum Maksymiliana w Monachium. Po odkrywanie sensu egzystencji ludzkiej trzeba wybrać się do Sankt Petersburga, ujrzeć Sobór Zmartwychwstania, fortecę Pietro-Pawłowską, w letniej rezydencji Cesarzowej Katarzyny ‘Carskie Sioło,’ odwiedzić Sobór Wniebowstąpienia, ale także odwiedzić Peterhof z wiekim kanałem, a wieczorami pospacerować uliczkami Sankt Petersburga, miasta Piotra I, które zaświadczają o jego trzechsetletniej bogatej historii. Na narty zabierzcie się do Valle d’Aosta- tam stoi kamienny zamek, jakkolwiek przez wieki osunięty w ruinę, to jednak dla mnie pozostanie na zawsze ostatnim symbolem bohaterskiej części mojego dzieciństwa. A w pobliżu macie Lago di Como,w północnych Włoszech, to miejsce akcji “Narzeczonych” Mazzoniego- a więc sentyment do tej ziemi jest zapewniony. My focus is Poland, moją ojczyzną jest Polska, ziemia pomiędzy Odrą a Bugiem, gdzie byłem młody. “Narody tracąc pamięć tracą życie.” Jaka będzie Polska z jej 20 milionową emigracją, to jest praca domowa, jaką Wam tutaj przedstawiam- tylko od nas zależeć będzie ocena, którą w okresie teraźniejszej wojny i pokoju otrzyma to zadanie polskie, szkolne.
Category: CV
Z babcią na wybory
Stanisław Barszczak, Kufer pełnych marzeń (część pierwsza)
Już jestem tu, a więc macie powiem szczęście trwania w dziejach. Kochani Czytelnicy moich tekstów, przypominam się wam w przeddzień naszych samorządowych wyborów. A człowiek zamknął się sam dzisiaj, powiedziałby osiemnastowieczny William Blake (zob. Zaślubiny Nieba i Piekła). Ten człowiek obecnej moderny, zdaje się on widzieć wszystkie rzeczy przez wąskie cienie jego jaskini tylko. Jest przeniknięty subpodziałem, kocha jeszcze mniejszy -jak się wydaje teraz- kasztan jego dzieciństwa- oto jak postępuje do przodu w kierunku miłości narodu i tych ludzi, którzy zamieszkują jego ziemię. Ostatnio mówiłem kazanie do Polaków w Neapolu (w październiku). Ale wy możecie w tym samym czasie pojechać do Pompejów i Herkulanum, małych osiedli pod pobliskim wulkanem, które zalane zostały lawą Wezuwiusza. Osobiście wolałem odbyć wiele spacerów w wielkim mieście, poszedłem w kierunku przystani, gdzie zatrzymują się statki zabierające turystów na pobliskie wyspy, w tym na Capri. A przede mną za wodą wznosił się majestatyczny Vesuvio. A naprzeciw miałem “Zamek nowy”. Zaraz więc zbliżyłem się do niego, obejrzałem dziedziniec, i skierowałem się pod pobliski Teatr z wspaniałym repertuarem. W samo południe odwiedziłem zamek Roberta Angiu z XIV stulecia. Następnie w drodze powrotnej przeszedłem ulicę Toledo, aby odwiedzić Neapolską Katedrę z cudownym relikwiarzem świętego Januarego. Układ architektoniczny Katedry otworzył mnie dziwnie na wrodzone, jak myślę, a moje osobiste intuicje odnośnie podobnego konstruowania świątyń na przestrzeni stuleci, szczególnie ich wnętrza. Stanął mi przed oczami obraz z Konstantynopola, kościół świętej Zofii. Następnie idąc ulicą via Tribunali pospieszyłem z powrotem do mojego Hotelu. Podczas mojej wizyty w Neapolu modliłem się w kościele świętego Jerzego (Giorgio Magggiore), św. Jana Większego (Giovanni Maggiore), w kościele-klasztorze św. Klary, zaraz wszedłem do kościoła naprzeciwko, tj. barokowego kościoła Immaculata, zajrzałem też do kościoła św. Wawrzyńca z wystawioną świętą Hostią, a potem jeszcze spojrzałem na Dom św. Januarego przy via Baggio. Jednego wieczoru odprawiałem w katedrze świętego Genaro Mszę świętą, a towarzyszył mi Ksiądz Wincenty, tutejszy Proboszcz. I byłem wówczas tak szczęśliwy, że nawet nie zabrałem głosu po skończonej Eucharystii, by opowiedzieć zebranym wiernym o tym, że ten kościół to moje dzieciństwo, oto “spełniły się moje marzenia”. Znalazłem się w 53 roku mojego ziemskiego bytowania w miejscu, w którym trwa święta legenda o wielkim świętym Januarym. Kiedyś chciałem być tylko nim, a teraz nie umiem wyrazić nawet słowa tutaj powszechnej wdzięczności Bogu za to, że osiągnąłem pewien szczebel godnego życia, właśnie z pomocą mojej chrześcijańskiej wiary i tradycji katolickiego Kościoła. Aczkolwiek tej, która mi tę wiarę przekazała, to jest- mojej mamy już nie ma pośród żywych, także innych moich znajomych już zabrakło. Ale ja jeszcze przebiegam, idę przez to życie. Kiedy wszedłem do kaplicy z wotami i srebnymi mojego dzieciństwa przy Ząbkowickim kościele świętego Ducha. W Neapolu w czasie Mszy świętej teraz ksiądz włącza muzykę kościelną z kasety. Przed czterdziestu laty “odprawiałem suche mszy święte” w obecności mamy, wchodziłem na stołek, aby coś powiedzieć; winem była zwykła herbata, ornatem -roboczy fartuch mamy. Boże, czemu ja tam w Neapolu nie zapłakałem. Ach. W Ameryce na progu listopadowej aury zawitałem po raz trzeci. Dawno juz temu poleciałem aż do Kalifornii, miałem wybrane miasta: Los Angeles, Las Vegas, San Francisco, San Diego. Zupełnie niedawno, byłem w Chicago. Tak. Tym razem odwiedziłem dwie parafie Matki Bożej Czestochowskiej i Parafię świętego Józefa na wschodnim i południowym wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Moje Hotele:w Waszyngtonie: 1009 11th St, NW Dowtown Washington; w Houston the Morty Rich- 501 Lovett Boulevard; w Bostonie 19 Stuart Street w centrum miasta; w Nowym Jorku 184 11th Chelsea Highline Hotel. W nowym Jorku miałem wejść do kościoła świętego Stanisława blisko Manhattanu(101 E 7th), bo też niosłem zaproszenie do tej świątyni. Ale zaszedłem również na Broadway. Ksiądz Artysta. W Bostonie odwiedzałem Kościół Ojców Franciszkanów (655 Dorchester Ave, South Boston, MA 02127), w Central Falls Kościół świętego Józefa(391 High St, Central Falls). W tej ostatniej Parafii pracuje ksiądz Proboszcz Dariusz Jończyk, który był moim oazowiczem w Parafii Konopiska. ale zaczne od innej Parafii. Nazwa parafii w Bostonie jest związana z kultem Matki Boskiej Częstochowskiej.Jest ona jedną z wieloetnicznych, polonijnych parafii rzymskokatolickich w Nowej Anglii. Podlega terytorialnie pod dzielnicę South Boston w Centralnym regionie w archidiecezji Boston.Ustanowiona 2 października 1893 roku. W 1898 parafia liczyła już ok. 600 parafian.Pośród imigrantów wielu grup etnicznych, przyjeżdżających do Stanów Zjednoczonych pod koniec XIX wieku, znajdowała się znaczna liczba Polaków, którzy z różnych powodów opuszczali swoją ojczyznę. Stosunkowo wielu z nich osiedliło się w Bostonie, a szczególnie w południowej części miasta Dorchester. O tym możemy przeczytać w historii Parafii zamieszczonej przez internet.W 1893 roku do włoskiej Parafii Najświętszego Serca (ang., Sacred Heart Parish) w Bostonie, przybył polski kapłan ks. Jan M. Chmieliński.Polscy imigranci wytypowali spośród siebie przedstawicieli, którzy udali się do arcybiskupa John J. Williams z prośbą o udzielenie pełnomocnictwa ks. Chmielińskiemu, do utworzenia polskiej parafii w Bostonie. Arcybiskup Williams mianował ks. Chmielińskiego duszpasterzem Polaków na Boston, Salem i okolice. W okresie po II wojnie światowej była miejscem skupiającym żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie osiedlonych w okolicach Bostonu. Zrzesza ich Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce (SWAP) (ang. Polish Army Veterans’ Association in America).W 1986 r. Kardynał Bernard Law podczas wizyty w Polsce, zwrócił się do matki generalnej Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia z prośbą, o przysłanie do Bostonu kilku sióstr w celu stworzenia wspólnoty Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Trzy siostry przybyły do Bostonu 15 września 1988, gdzie założyły tymczasowo klasztor przy obecnej parafii. Był to pierwszy międzynarodowy dom tego zgromadzenia założony poza Polską. 10 października 1993 roku przeniosły się do stałej siedziby przy Neponset Ave. w Dorchester.W 1973 roku wybuchł pożar w kościele który dokonał ogromnych zniszczeń. Dzięki poświęceniu parafian kościół wkrótce został odbudowany.W 2000 roku parafia liczyła około 200 rodzin.Obecnie Proboszczem Parafii jest Ojciec Jan Łempicki OFMConv, z którym moje serdeczne spotkania w mojej pamięci zachowam na zawsze. Miasto Boston, jest to jedno z najważniejszych i najbogatszych miast Wschodniego Wybrzeża. Boston od zawsze był nierozerwalnie związany z morzem. Jego historia rozpoczęła się w XVI wieku, kiedy to rybacy hiszpańscy i portugalscy żeglowali po Zatoce Massachusetts w poszukiwaniu ryb lub schronienia przed sztormem, co zapewniały liczne małe zatoki. Jednak pierwsza stała osada na tych terenach została założona dopiero we wrześniu 1623 przez Anglika Roberta Gorgesa, który w imieniu Korony Brytyjskiej stał się zwierzchnikiem dziesięciomilowego pasa wybrzeża ciągnącego się od Nahant do Charlestown.Kupcy osiedlali się niedaleko małej zatoczki, w której we wczesnych latach trzydziestych XVII wieku wybudowano pierwszy basen portowy (ang. the Town Dock). Na długie lata stał się on centrum działalności morskiej Bostonu. Rybacy oraz budowniczy łodzi zajmowali rozległe obszary frontu wodnego, podczas gdy rolnicy – tereny południowe i zachodnie w głębi lądu. Ważnym punktem miasta był rynek, za który służyła rozszerzona część ulicy, wiodącej w kierunku zachodnim od frontu wodnego do Town Dock. Tam koncentrowało się życie pierwszych mieszkańców. I teraz mogłem osoniście tam pospacerować. A nawet odwiedzałem tutejszy ‘parlament’ czyli ‘kościół’ Zebrań Miejskich.Już od pierwszych dni istnienia osady jej mieszkańcy prowadzili ożywioną wymianę barterową z Indianami (łatwo dostępne ryby wymieniano na futra). W krótkim czasie nastąpił gwałtowny wzrost handlu między osadami sytuowanymi wzdłuż całej zatoki. W 1689 roku doszło w mieście do tzw. rewolty bostońskiej, w czasie której mieszkańcy zbuntowali się przeciwko rządom Edmunda Androsa – znienawidzonego gubernatora tzw. Dominium Nowej Anglii.Miasto sukcesywnie rozrastało się. Budowa pierwszych nabrzeży portowych wynikała z inicjatywy przedsiębiorczych kupców, którzy za zgodą władz decydowali się na ich konstruowanie w wielu miejscach frontu wodnego. Wraz z rozwojem handlu i jednoczesnym wzrostem zamożności kupców liczba nabrzeży wzrastała. W 1708 istniało już ich siedemdziesiąt osiem, co świadczy o skali działalności portu w tamtym okresie. W 1710 wydano pozwolenie kapitanowi Oliverowi Noyesowi na wybudowanie najdłuższego z nabrzeży (Long Wharf (ang.)), które przez lata było centrum działalności portowej Bostonu. Nabrzeże umożliwiało obsługę największych statków tamtych czasów. Boston był pierwszym miastem kolonialnym, w którym wybudowano latarnię morską, będącą dowodem rosnącego znaczenia bostońskiego portu w XVIII wieku. Wraz z rozwojem Bostonu i jego działalności morskiej znaczenia zaczęły nabierać kwestie obronności miasta. W 1632 na Wzgórzu Fort wybudowano pierwsze fortyfikacje w zatoce. W dwa lata później wzniesiono kolejne na wyspie Castle. Znaczącą budowlą tego typu był również półmilowy wał wzdłuż wybrzeża służący celom obronnym, jak i jako nabrzeże portowe.Budowa fortyfikacji na froncie wodnym odzwierciedla wzrastającą rangę bostońskiej floty handlowej. Jej wczesna działalność była w przeważającej mierze ograniczona do gromadzenia dóbr na eksport, redystrybucji dóbr importowanych, bądź wymiany barterowej towarów kolonialnych. Kolejnym etapem rozwoju handlu w regionie stało się nawiązanie kontaktów handlowych z innymi koloniami wschodniego wybrzeża Ameryki. Już w 1631 nawiązano stosunki handlowe z Wirginią, co zapoczątkowało przepływ takich towarów jak kukurydza, cukier, mosiądz, skóry bobrów itd.Podwalinami dynamicznego handlu bostońskiego było budownictwo okrętowe. Pierwszym statkiem wybudowanym w kolonii był Blessing of the Bay, który został zwodowany na rzece Mystic w Medford w 1631. Statek miał zapewnić stałe dostawy podstawowych towarów niezbędnych dla funkcjonowania miasta i jego mieszkańców.Trzydzieści pięć lat później Medford stało się centrum bostońskiego okrętownictwa, a w posiadaniu kupców bostońskich było około trzystu jednostek zaangażowanych w żegludze zamorskiej i kabotażowej. Zarówno władze miejskie, jak i prywatni przedsiębiorcy aktywnie wspierali rozwój okrętownictwa, które w Bostonie zajmowało szczególną pozycję. Statki były przedmiotem zyskownego handlu między kolonią a Anglią. W latach 1674–1714 sprzedano ich 1332. Powszechną praktyką stała się sprzedaż ładunku w obcych portach wraz ze statkiem, co dotyczyło szczególnie małych jednostek. Zyski z takich transakcji przywożono w gotówce lub przeznaczano na zakup towarów w Anglii, bądź innych krajach.Działalność morska stała się podstawą dobrobytu Bostonu, którego władze aktywnie współpracowały z mieszkańcami na rzecz jej rozwoju. Wprowadzono prawa zwalniające rybaków oraz cieśli okrętowych z obowiązku pełnienia służby wojskowej. Statki oraz inne urządzenia używane do połowu ryb przez siedem lat nie były objęte podatkami ani cłami. Władze wymogły na budowniczych statków konsolidacje w przedsiębiorstwa, aby lepiej zarządzać całym przemysłem.cdn.
na lepsze dni
—Świętość w roku 2014—
Nowe spojrzenie na świętość jutra przedstawiam tutaj! Nie trzeba się z nim zgadzać. Ale zejdźmy na chwilę na ziemię! Nie jesteśmy stworzeni do miłości, bo rządzi nami smutek, jesteśmy jacyś rozcięci! Od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Adriatykiem rozcięła kontynent żelazna kurtyna, wyczerpywał temat Winston Churchill. Kurtyna generacyjna, kurtyna zobojętnienia, zdejmowana pod szyldem przyspieszenia gospodarczego i rozwoju techniki. A towarzyszy nam całkowity brak świadomości! Tak. Jakby ktoś teraz zawsze mówił “nie wypada”. I tak nie wypada przewodniczyć liturgii, następnie nie wypada kazania powiedzieć. Nie wypada być natrętny z osobistymi myślami, itp. Co to znaczy?! Czy to oznacza , jeśli tak mogę powiedzieć, ustawiczny wysiłek, zobowiązanie, przymus- nie pozwolić na ostatnie słowo nieustającemu bólowi?! A w związku z tym powiedziałbym, nie jestem herosem, jestem anty-herosem! Skądinąd wiemy, wobec Boga nigdy nie mamy racji. Kiedy moja modlitwa stała się bardziej skupiona i wewnętrzna, to miałem coraz mniej do powiedzenia. W końcu zamilkłem, zwierzył się S. Kierkegaard. Tym bardziej, jak wiele musimy powiedzieć, by nas usłyszano w chwili, gdy milczymy. A ja gdy operuję kilkoma językami, to mam do tego kilka specyficznych rodzajów milczenia, powiedziałbym wręcz. Biada narodowi, który traci szacunek dla samego siebie. Nie pragnę naszej zguby… Niektórzy powiedzieli wszystko, zanim jeszcze otworzyli usta. Życie jest krótkie i okazje, które przepuścimy, nie powrócą. Człowiek może być w pełni sobą tylko wtedy, gdy jest w pełni pośród innych ludzi. Sensem życia jest “bawić się życiem” żyjąc dla innych, a jeżeli życie jest zbyt leniwe, nie pozostaje nam nic innego jak dać mu lekkiego szturchańca. Ktoś powiedział: sztuka jest czymś różnym od moralności, ale każda wielka sztuka jest swoim własnym morałem. Gdy już napisałem kilka felietonów „dla sztuki”, to wydaje mi się, że mam prawo do ukazywania nowego oblicza moralnego mojej generacji. Kochani doktorzy cywilizacji w trzecim tysiącleciu nowej ludzkości, czy już nazwaliście moją chorobę?! Sumienie- to świadomość, że istnieje w człowieku trybunat wewnętrzny. Postępuj tylko według takiej maksymy, dzięki której możesz zarazem chcieć, żeby stała się powszechnym prawem, stwierdzał I. Kant. Nasze żywoty uczą nas o tym, kim jesteśmy. Jedną z nadzwyczajnych rzeczy w związku z ludzkimi zdarzeniami jest to, że to co uważa się za bezmyślne staje się możliwe do pomyślenia. Boskie dzieło stworzenia nigdy nie dobiega końca. Zaczyna się, a potem trwa nieskończenie, w nieustannym trudzie dając początek nowym sceneriom, nowym przedmiotom i nowym światom. Usłyszałem raz: być może każdy twój oddech jest ostatnim tchnieniem kogoś innego. A mnie się czasami zdaje, że nie oddycham, to może dobrze czynię komuś…Ukraina (w stanie wojny) potrzebuje jedynie wyposażenia, ekwipunku na czas wojny, tu jest wojna o demokrację i wolność. “Putin przemawia jak Hitler…” Ale skończę dobrze te kilka słów: akceptuję tylko bunt wieczny, gdyż wieczna jest nędza wśród ludzi. Mój felieton jest wersją świata. Jeśli się z tym nie zgadzasz, ignoruj to, albo ofiaruj w zamian twoją osobistą wersję świata. Chciałem tutaj znaleźć nie absolutną prawdę, ale prawdę mojego felietonu. Pięknie, chętnie i licznie chodzimy do kościoła. Współczujemy cierpiącemu Jezusowi. Ale na nabożeństwach odwracamy nierzadko zastane idee w niepewność i nowy postęp tylko. Ale możemy usłyszeć teraz: “Prawda zabija nadzieję.” Rodzi nie tylko matka dziecko, lecz także dziecko matkę, już przed laty zauważyła Gertruda von le Fort. Jeszcze bywamy jakby w agonii, my awanturnicy jutra… Ale to nasze spotkanie tutaj, to nie jest koniec, to nawet nie jest początek końca, to dopiero koniec początku. Pozdrawiam serdecznie
stanisław Barszczak
O ludzkim pragnieniu
Stanisław Barszczak— Koniec oceanu łaski—
“Już nie ma dzikich plaż,” zaśpiewała Irena Santor i odeszła na zawsze. Nieco wcześniej Marek Grechuta pragnął “dni, których nie znamy”. A Krystyna Giżowska śpiewała do woli: “Ten ktoś sprzed lat nie zapuka do mych drzwi, Ja o nim też zapomniałam już. Nie można wciąż marzeniami tylko żyć
i czekać tak dzień po dniu. Przeżyłam z tobą tyle lat,
choć w oczy wiał mi nieraz wiatr. Przy tobie się nauczyłam żyć, przy tobie śniłam swoje sny. Przeżyłam z tobą tyle lat,
oddałam ci swój cały świat. I chociaż wiem, jak smakują łzy,
dziś nie żal mi przeżytych dni. Dziś tamten dzień
gdzieś rozpłynął się, jak dym. Spójrz, dzieci nam już wyrosły tak. I tylko my nie zmieniliśmy się nic, i ciągle nam siebie brak.” O świetności duchowej generacji poprzednich jeszcze zaświadcza kościół w Żeliszewie na dolnym Śląsku. A w Europie wieżowce, który jak grzyby po deszczu wyrastały z końcem ubiegłego stulecia choćby we Frankfurcie nad Menem, do którego skierowałem się po raz trzeci tydzień temu, aby wspólnie z ludźmi mojej generacji świętować Targi Książki.
A Anna Jantar jakby na nowo tam zaśpiewała: “Przetańczyć chcę z tobą całą noc.” Pan Andrzej Rybiński z kolei oczekiwał na mnie “nie licząc godzin i lat.” W tych pięknych dniach jesiennych, październikowych wręcz, kiedy spacerowałem po historycznym dla mieszkańców Frankfurtu parku “Nizza”, po prawej- zerkając na wznoszony kolejny wieżowiec (bo to dzień normalnej pracy), a po lewej- podchodząc ku przygaszonej nieco brudnej rzece, ale wciąż płynącej, ku od wieków rozlewającemu się tutaj Menowi, wspomniałem wówczas na rodzimą a polską tradycje zespołów rockowych, które zaświadczały o czynnej wierze młodej generacji w polskich miastach pod koniec ubiegłego stulecia. I tak chciałbym je teraz wyliczyć, choć pamiętam mało: De Mono (Bo dziś już nie ma nas, Marek Kościkiewicz wyczarowywał dla De Mono “statki na niebie”), Maanam (Cykady na cykladach), Lady Pank (Być tam, zawsze tam gdzye ty; Budzić się we własnym śnie), Kombi, Bajm. Beata Kozidrak wciąż śpiewa:”Poniedziałek jest jak uciekająca przystań, chwytam się twych rąk, chcę być drogą w twoich myślach. Wczoraj jeszcze byłam, dzisiaj nie wiem,
taka nie cierpliwa. Zabierz mnie tam, gdzie się budzi nocą życie, radość i żal, musisz to zobaczyć sam. Zabierz mnie tam, gdzie się budzi nocą życie, radość i żal, musisz to zobaczyć sam. Widzę, że i ty stawiasz kroki niedokładnie, każdy nowy dzień już nie spełnia twoich pragnień. Możesz wszystki zmienić, uwierz mi, masz swój raj na ziemi.” A jakże były i są inne zespoły: Varius Manx, Perfect(Każdy oddech twój, Chcemy być sobą z 1983 roku), Budka Suflera(Jolka, Jolka). Ale teraz przyszedł inny czas, mamy internet, czasami tam zajrzę, żeby być na bieżąco, a nie być powierzchowny. W niedzielę Polonii we Frankfurcie powiedziałem: nie jestem z kamienia, jestem z uniwersum. Chciałbym nieustannie obwieszczać nasze ubogacenie świata na początku trzeciego tysiąclecia. I to teraz, kiedy wygraliśmy z Niemcami 2:0. A przecież oni w piłce nożnej są mistrzami świata. Popatrzcie jaki piękny jest świat, sięgamy gwiazd, odkrywamy pulsary, a nasza matka Ziemia jest coraz piękniejsza. Nie chciałbym obwieszczać li tylko koniec oceanu łaski. To życie w morzach już też zostało objęte siecią telekomunikacyjną, każdy akwen wód jest sfilmowany, tam również toczy się życie i to jakie przebogate. Pan Bodo Kirchhoff, zaproszony pisarz na Targi książki, akcentował w wywiadzie (Das Blaue Sofa), że miłości nie da się uniknąć. Nieco sceptycznie spoglądając na życie jednak mówił o czymś bardzo ważnym, o uratowanym z Pompeji (jego książkę polecam Verlangen und Melancholie). Nasze pragnienie przerasta życie. Ale czy możemy samodzielnie zdecydować o śmierci, to znaczy mądrze się do niej przygotować. Sławny Paweł Huelle zapisał kiedyś takie słowa:”Któregoś dnia naprawdę chciałem umrzeć. Rozumie pani? Nie popełnić samobójstwo, ale umrzeć. Czy można uzyskać to drugie, bez pierwszego? Można, jeżeli się zejdzie do piekła. Ale czym jest piekło? Samotnością. Nie samotnym życiem, bo takie pędzi miliony ludzi. Piekło jest samotnością chłodną, wystudiowaną, która raz powzięta, odcina nas od wszystkich i wszystkiego. Wtedy człowiek wchodzi w stan, którego pragnąłem: czyste i absolutne Nic. (Paweł Huelle,Ostatnia wieczerza) Pan Bodo Kirchhoff na Targach Książki we Frankfurcie mówił o czym innym, jeśli dobrze zrozumiałem mówił o najgłębszym przeznaczeniu ludzkim. Nasza żądza, pragnienie tutaj wychodzi naprzeciw melancholii, powiedziałbym również sarmackiej melancholii. Od naszych dziecięcych, niewinnych wyborów będzie zależeć całe nasze przyszłe życie. Postawy dojrzałe nie uchronią nas od uprzednich zachowań. Życie to jest labirynt naczyń połączonych. Tutaj wszystko ma swoją przyczynę i skutek. Zatem trzeba nam się otworzyć na łaskę ostatniej czujności w naszych wyborach codziennych, również moralnych. A przed sobą Pan Kirchhoff miał ludzi w różnym wieku, młodzież, rodziców, czytelników jego książek.Gdy wychodziłem głównym hallem z Targów Książki na rozstawionych stoiskach ujrzałem książkę Pana Ethela Liliana Voynicha z 1897 roku pt.”Szerszeń”(the Gadfly), której fragment chciałbym Wam teraz przedstawić: “Artur siedział w bibliotece seminarium teologicznego w Pizie przeglądając stos opracowanych kazań. Wieczór czerwcowy był tak gorący, że okna szeroko otwarto, okiennice zaś na wpół przymknięto, by chłodniej było w pokoju. Dyrektor zakładu, kanonik Montanelli, przerwał na chwilę pisanie, by rzucić spojrzenie pełne miłości na głowę chłopca schyloną nad papierami.
– Nie możesz odszukać, carino? To daj pokój; będę musiał ustęp ten napisać ponownie. Może go nawet zniszczyłem i na próżno zabieram ci tyle czasu. Montanelli miał głos raczej niski, lecz pełny i dźwięczny, o metalicznej czystości, co mowie jego nadawało specjalny urok. Był to głos urodzonego mówcy, o wszelkich możliwych odcieniach. Gdy mówił do Artura, słowa brzmiały pieszczotliwie.
– Nie, ojcze, muszę znaleźć; jestem pewny, że tu je włożyłeś. Po raz drugi nie potrafisz już tak napisać. Montanelli znów się zabrał do pracy. Senny chrabąszczyk monotonnie brzęczał za oknem, a długie, melancholijne wołanie przekupnia owoców niosło się echem po ulicy: Fragola! fragola!
– “O uleczeniu trędowatego”, oto jest! – Artur przebiegł pokój swym bezszelestnym krokiem, który zawsze irytował jego współmieszkańców. Drobny, smukły chłopiec bardziej przypominał jakiś włoski portret z wieku XVI niż chłopca z średnich warstw Anglii. Od długiej linii brwi do delikatnie zarysowanych ust i małych rąk i nóg wszystko było u niego zbyt misterne, zbyt wyrzeźbione. Gdy siedział bez ruchu, mógł uchodzić za bardzo ładną dziewczynę przebraną za chłopca; chód jego i gibkość ruchów przypominały oswojoną panterę bez pazurów.
– Naprawdę znalazłeś?! Arturze, co ja bym począł bez ciebie? Pogubiłbym rychło wszystkie moje notatki. No, nie będę już pisał. Chodźmy do ogrodu, a pomogę ci trochę. Cóż to za ustęp, którego nie możesz zrozumieć? Wyszli razem do zacisznego, cienistego ogrodu okalającego klasztor. Seminarium mieściło się w budynkach starego klasztoru dominikańskiego. Przed dwustu laty czworokątne to podwórze było całkiem puste, krzewy rozmarynu i lawendy bramowały wysoki parkan. Biało odzianych mnichów, którzy je ongiś pielęgnowali, dawno już pokryła cisza i zapomnienie, lecz balsamiczne zioła dotąd kwitły i wydawały woń w uroczy wieczór letni, choć nikt ich już nie zrywał, by z nich sporządzać leki. Kępki dzikiej pietruszki i orlika wyrastały wśród gracowanych ścieżek, a wodotrysk pośrodku podwórza zakryły paprocie i pryszczeńce. Róże rozrosły się dziko, ich kolczaste łodygi snuły się w poprzek ścieżyn. Po bokach płonęły ogromne czerwone maki; duże naparstnice opadały na zmierzwioną trawę, a stara winna latorośl, zdziczała i bezpłodna, oplotła swe pędy koło zaniedbanego niespliku, który liściastą głową potrząsał z wolna ze smutnym jakimś uporem. Jeden róg ogrodu zajęła olbrzymia kwitnąca magnolia – gąszcz ciemnych liści tu i ówdzie upstrzonych śnieżnobiałym kwieciem. Prosta ława drewniana oparta była o jej potężny pień; na niej usiadł Montanelli. Artur, słuchacz filozofii na miejscowym uniwersytecie, nie mogąc zrozumieć jakiegoś zawiłego ustępu zwrócił się do „ojca” o wyjaśnienie. Montanelli był dlań żywą encyklopedią, do której sięgał w potrzebie, choć nigdy nie był uczniem seminarium.
– A teraz odejdę – rzekł, gdy niezrozumiały ustęp został już wyjaśniony – chyba że mogę jeszcze być na coś potrzebny.
– Nie będę już pracował, ale chciałbym cię jeszcze trochę zatrzymać, jeżeli masz czas.
– O, tak! – Oparł się o pień drzewa i poprzez ciemne gałęzie patrzył w spokojne niebo, na którym zapalały się zwolna pierwsze blade gwiazdy. Marzycielskie, mistyczne oczy, koloru ciemnobłękitnego, pod czarnymi rzęsami, odziedziczył po matce. Montanelli odwrócił głowę, by ich nie widzieć,
– Carino, wyglądasz, jakbyś był ogromnie znużony
– Cóż poradzę? – W głosie Artura brzmiało lekkie rozdrażnienie, które tamten wyczuł natychmiast.
– Nie trzeba było wracać tak prędko na uniwersytet; jesteś zupełnie wyczerpany po tamtych nocach. Powinienem był stanowczo nalegać, byś wypoczął należycie przed wyjazdem z Livorno.
– Ach, ojcze, na co by się to przydało? Nie mogłem przecież po śmierci matki pozostać w tym obrzydliwym domu. Julia byłaby mnie doprowadziła do obłędu!
Julia, której nie mógł znosić, była żoną jego najstarszego przyrodniego brata.
– Nie żądałbym, żebyś pozostał u swych krewnych – łagodnie odparł Montanelli. – Wiem dobrze, że byłoby to dla Ciebie czymś najgorszym. Żałuję jednak, że nie przyjąłeś zaproszenia swego angielskiego przyjaciela, doktora; miesiąc spędzony w jego domu byłby cię uczynił zdolniejszym do dalszej pracy.
– Nie, ojcze, nie mógłbym, naprawdę! Warrenowie. są bardzo dobrzy i serdeczni, ale oni tego nie rozumieją…martwią się z mego powodu…Czytam to na ich twarzach…Zapewne próbowaliby mnie pocieszyć i mówiliby o matce. Gemma nie – to wiem…Ona zawsze wiedziała, o czym nie należy mówić, nawet wtedy, gdy byliśmy jeszcze dziećmi. Ale inni…Zresztą nie tylko to…- Co więc, mój synu? Artur zerwał kilka kwiatów ze zwisającej gałęzi naparstnicy i nerwowo miął je w palcach.
– Nie mogę znieść tego miasta – zaczął po chwilowej pauzie – Na każdym kroku sklepy, w których zwykła kupować zabawki, gdy byłem dzieckiem, to znów wybrzeże, gdzie ją prowadziłem, zanim rozchorowała się na dobre. Gdzie stąpnę, wszędzie to samo. Każda kwiaciarka na ulicy ofiarowuje kwiaty…jak gdyby teraz były mi potrzebne! Wreszcie ten cmentarz…Nie, musiałem stamtąd uciec! o chorobę przyprawiał mnie sam widok tego miejsca…Urwał nagle i usiadł rwąc w strzępy dzwoneczki naparstnicy. Zapanowało milczenie tak długie i głębokie, że nareszcie podniósł oczy, zdumiony, iż ojciec nic nie odpowiada. Mrok już zapadał pod rozłożystym drzewem magnolii i wszystkie przedmioty wokół zacierały się z wolna, dość jednak było jasno, by Artur mógł widzieć, jak śmiertelnie blada stała się twarz Montanellego. Zwiesił głowę na piersi, a prawą ręką kurczowo obejmował brzeg ławy. Chłopak odwrócił oczy, zdjęty trwożnym zdumieniem. Miał wrażenie, że niechcący stąpił na ziemię świętą. Boże! – pomyślał – jakże mały i samolubny jestem wobec niego! Gdyby mój smutek był jego własnym, nie mógłby go głębiej odczuwać. W tej chwili Montanelli podniósł głowę i rozejrzał się wokoło. – Nie chcę cię zmuszać, byś tam wracał, zwłaszcza teraz – rzekł tonem najbardziej pieszczotliwym – musisz mi jednak przyrzec, że postarasz się o zupełny wypoczynek podczas wakacji letnich. Sądzę, że najlepiej będzie, gdy je spędzisz z dala od Livorno. Nie mogę pozwolić, byś zapadł na zdrowiu.
– A ty, ojcze, gdzie zamierzasz wyruszyć po zamknięciu seminarium?
– Jak zwykle, ruszę z uczniami w góry i tam ich poumieszczam. Ale w połowie sierpnia, gdy zastępca dyrektora wróci z wakacji, postaram się wyjechać w Alpy, by mieć jakieś urozmaicenie. Pojechałbyś ze mną? Zabrałbym cię chętnie na kilka górskich wycieczek, gdzie mógłbyś też poznać alpejskie mchy i porosty. Tylko obawiam się, czy w moim towarzystwie nie byłoby ci za nudno?
– Ojcze! – Artur ujął jego ręce w sposób „demonstracyjnie przesadny”, jak zwykła mówić Julia. – Oddałbym wszystko w świecie, aby móc wyjechać z tobą. Tylko…nie jestem pewny…- urwał.
– Sądzisz, że pan Burton nie pozwoli?
– Oczywiście, że mu to będzie nieprzyjemne, ale zakazać mi przecież nie może. Mam osiemnaście lat i mogę robić, co mi się podoba. Ostatecznie jest tylko przyrodnim moim bratem i nie widzę powodu, dla którego miałbym mu być posłuszny. Zawsze był niedobry dla mojej matki.
– Jeśli jednak sprzeciwi się stanowczo, to sądzę, że lepiej byłoby go nie drażnić; to mogłoby jeszcze pogorszyć twe stosunki domowe…
– Pogorszyć się już nie dadzą! – porywczo zawołał Artur. – Zawsze mnie nienawidzili i będą nienawidzić…bez względu na moje postępowanie. Zresztą, jakżeby James mógł się sprzeciwiać memu wyjazdowi z tobą. mym ojcem- spowiednikiem?
– Zważ, że jest protestantem. W każdym razie lepiej będzie napisać do niego i zaczekać na odpowiedź, jak się na to zapatruje. Tylko staraj się pisać spokojnie, mój synu, wszak postępowanie twoje musi być niezależne od tego, czy cię ktoś kocha czy nienawidzi. Napomnienie udzielone zostało w formie tak łagodnej że Artur lekko się tylko zarumienił.
– Tak, wiem o tym – odpowiedział wzdychając – ale to tak trudno…
– Żałowałem, że nie mogłeś przyjść do mnie we wtorek wieczór – rzekł Montanelli przechodząc na inny temat. – Był tu biskup z Arezzo i chętnie byłbym cię z nim zapoznał.
– Przyrzekłem wpierw jednemu z kolegów, że przyjdę na zebranie w jego mieszkaniu. Byliby na mnie czekali.
– Jakież to było zebranie? Artur zdawał się zmieszany tym pytaniem.
– To…to nie było zebranie zwyczajne – odparł zacinając się nerwowo. – Przybył jeden student z Genui i wygłosił mowę…rodzaj wykładu.
– Cóż on wykładał? Artur się zawahał.
– Ojcze, czy nie będziesz żądał, bym ci wymienił jego nazwisko? Bo przyrzekłem…
– Nie będę ci w ogóle zadawał żadnych pytań, a jeśli zobowiązałeś się do tajemnicy, to musisz ją, oczywiście. zachować. Sądzę jednak, że mogłeś już nabrać do mnie zaufania.
– Rozumie się, ojcze. Mówił nam…o naszych obowiązkach względem narodu…i…względem nas samych. no i o tym…w jaki sposób moglibyśmy przyjść z pomocą…
– Z pomocą, komu?
– Ludowi…i…
– I?
– Włochom. Zapanowało długie milczenie.
– Powiedz mi, Arturze – ozwał się Montanelli tonem bardzo poważnym – Od jak dawna myślisz już o tych sprawach?
– Od…zeszłej zimy.
– Jeszcze przed śmiercią matki? A czy ona o tym wiedziała?
– Nie. Wówczas…mnie to nie obchodziło.
– A teraz cię obchodzi? Artur zerwał znów garść naparstnic.
– Posłuchaj, ojcze, jak to się stało – zaczął spuszczając oczy. – Zeszłej jesieni, przygotowując się do egzaminu wstępnego, poznałem wielu studentów, wszak pamiętasz? Otóż niektórzy z nich poczęli opowiadać o wszystkich tych sprawach i pożyczali mi książki. Nie zajmowałem się tym zbytnio, bo spieszyłem się zawsze do matki. Wiesz przecie, że była zupełnie sama wśród nich wszystkich, w tym obrzydłym domu, jakby w kaźni więziennej, a język Julii zabijał ją po prostu. Później w zimie, gdy tak ciężko zachorowała, zapomniałem zupełnie o studentach i ich książkach; no, a potem, jak wiesz, przeniosłem się na stałe do Pizy. Byłbym mówił z matką, gdybym o tym myślał, ale zupełnie mi to wyszło z głowy. A potem zrozumiałem, że zbliża się jej koniec…Wiesz, że byłem z nią ustawicznie aż do ostatniej chwili; często czuwałem całą noc, a Gemma Warren przychodziła w dzień, bym mógł się trochę położyć. Tak, to stało się podczas owych długich nocy; wówczas zacząłem myśleć o tych książkach i o tym, co słyszałem od studentów…i zastanawiałem się, czy mieli słuszność i…czy…Pan Bóg byłby z tego zadowolony. – Czy pytałeś Go o to? – Głos Montanellego drżał lekko.
– Często, ojcze. Nieraz modliłem się do Niego, by mi powiedział, co mam uczynić, lub pozwolił umrzeć razem z matką. Żadnej jednak nie otrzymałem odpowiedzi.
– I nigdy o tym nie rzekłeś ani słowa, Arturze, sądziłem, że mi ufasz.
– Ojcze, wiesz dobrze, że ci ufam! Istnieją jednak rzeczy, o których mówić nie można z nikim. Ja…miałem wrażenie, że nikt mi pomóc nie zdoła…ani nawet ty, ani matka; muszę otrzymać odpowiedź wprost od Boga. Widzisz przecie, że chodzi tu o całe moje życie, o duszę. Montanelli odwrócił się i wlepił oczy w osłonięte cieniem gałęzie magnolii. Zmierzch wieczorny był już teraz tak gęsty, że twarz księdza miała wyraz upiorny, niby oblicze czarnego ducha wśród czarniejszych jeszcze gałęzi.
– A potem? – spytał powoli.
– A potem…ona umarła. Wiesz, że ostatnie trzy noce czuwałem przy niej…Urwał i zamilkł na chwilę, lecz Montanelli siedział bez ruchu, nie przerywając milczenia.
– Przez całe dwa dni przed pogrzebem – począł znów Artur głosem znacznie cichszym – nie mogłem myśleć o niczym. A potem…po pogrzebie zachorowałem. Pamiętasz, ojcze, że nie mogłem pójść do spowiedzi.
– Tak, pamiętam. – Otóż w nocy wstałem i poszedłem do pokoju matki. Był zupełnie pusty i tylko wielki krucyfiks stał w alkowie. Przyszło mi na myśl, że może teraz Bóg mi pomoże. Ukląkłem i czekałem…całą noc. A rano, gdy oprzytomniałem…Ojcze, to się na nic nie zda…ja tego wytłumaczyć nie potrafię. Nie potrafię ci powiedzieć, co widziałem…sam dobrze nie wiem. Ale to wiem, że Bóg mi odpowiedział i nie śmiem być mu nieposłuszny. Chwilę siedzieli w mroku milcząc. Następnie Montanelli odwrócił się i położył rękę na ramieniu Artura.”(koniec cytatu)
Pokazuję ten tekst z “Szerszenia”, aby obwieszczam konieczność przyzwoitych wychowawców, ale także chorych na ebolę w biednych klinikach Afryki. Osobiście już może nie jestem ubrany w szatę godową łaski(ewangelia z poprzedniej niedzieli-9 października 2014), ale chciałbym oddać każdemu sprawiedliwość, wymienić z każdym człowiekiem uścisk i obdarzyć przebaczeniem (dać co cesarskie- Cezarowi, co boskie-Bogu, ewangelia z najbliższej niedzieli). Jak powiedziałem jestem nie z kamienia, jestem z uniwersum. A co to znaczy: na początku października jeszcze raz sięgnąłem po urokliwe krajobrazy amerykańskie z Wojny 1863 roku. Była to
najkrwawsza bitwa wojny secesyjnej, stoczona w dniach 1−3 lipca 1863 roku pod miastem Gettysburg w stanie Pensylwania.
W filmie “Gettysburg”(z 1993 roku, reżyser Ronald F. Maxwell; aktorzy: Tom Berenger, Martin Sheen, Stephen Lang, Richard Jordan) uderzyły mnie wypowiedzi głównych bohaterów tamtej bratobójczej wojny: “Przeklinam wszystkich dżentelmenów”, “Będziemy widzieć teraz, jak profesorowie walczą”, “Generał Lee nie pochodzi od małpy”, “Słuszna rzecz do zrobienia”. Żołnierz opowiada o tym, że ma już “osiem kul w brzuchu”. Generał Lee tak charakteryzuje rozpoczęcie bitwy: “dla rozpoczęcia bitwy ranek jest porą najodpowiedniejszą, bo wieczorem to już czas rozpoczynania wojny.” Bitwa pod Gettysburgiem zmieniła Amerykę na zawsze. Poginęło do 70 tysięcy żołnierzy po obu stronach. Nikt odtąd nie pragnął tam wojny. “Słupek rtęci do bitwy nie był nigdy jeszcze tak wysoki.”(ang. stake was never higher). “Ludzie… na miejsca, i niech nikt nie zapomni, że jest, pochodzi ze starej Virginii.” Chciałoby się rzec- z ukochanej Polski! Wybitny generał musi być zdolnym skazać na śmierć, nawet rzeczy, które kocha. W filmie, znajdujemy tam bardzo ciekawą scenę, jak myślę, którą pozwolę sobie przywołać tutaj: “Panie generale, niech mi Pan da dywizję, bym mógł zdobyć to wzgórze, generał spojrzał wymownie na żołnierza; Panie generale niech mi Pan da Brygadę, generał mrugnął oczami; Panie generale, niech mi Pana da pułk(legion), bo ślepy człowiek powinien to widzieć, jednym tchem żołnierz wykrztusił to z siebie.” Żołnierz ten musiał zwyciężyć, a walczył również o swoją duszę. W filmie pada i takie zdanie: “Jesteś idealistą, pochwalony bądź”. Nie ma dzikich plaż, ale my ostaliśmy się na reducie wolności walcząc o słuszną sprawę odsłonięcia ludzkiego wnętrza, jego bogactwa. Kochani Księża, Drogi Czytelniku! Przy pisaniu tej kwestii przyświecał mi jeden cel: jestem waszym cokolwiek starszym przyjacielem, więc niech Czytelnik i to także czasami ma na oku.(koniec)
Wolność i odpowiedzialność za innego w świetle wypowiedzi Emmanuela Lévinasa i Alisdaire’a MacIntyre’a
Stanisław Barszczak, Wolność i odpowiedzialność za innego w świetle wypowiedzi Emmanuela Lévinasa i Alisdaire’a MacIntyre’a (cz.II)—
W rozdziale drugim skierowujemy naszą uwagę na sensu stricte Levinasowską Twarz innego. Co więcej spróbujemy zanalizować sytuację intersubiektywną wychodząc właśnie od twarzy innego. W tym miejscu rozważania Levinasa nabierają szczególnego sensu. Twarz „skrywa” jedyną rzeczywistość, mianowicie „w sobie”; skądinąd wiemy, że ta ostatnia, gdy wejdzie w obręb poznania, zaczyna posiadać sens. Inny nie daje się łatwo zrozumieć, co się wyraża w twarzy. Ta ostatnia nie może być opisana ani przedstawiona, od kiedy nie jest zjawiskiem z szczególnymi jakościami, przedstawionym w kontekście horyzontu, ustawionego w relacji do innego przedmiotu. Konsekwentnie nie jest twarz ‘zwykłą abstrakcją’, czy też mistycznym objawieniem. Raczej twarz ma etyczne znaczenie. Przedstawia się mi jako nieredukowalna obecność śmiertelnego i podatnego na zranienie innego, z którym jestem w społecznej relacji czy tego chcę czy nie chcę. Taka prezentacja wyraża już nakaz niemordowania, już komunikuje etyczny opór, który kwestionuje moje siły i domaga się z mojej strony, żebym ja osobiście sam też się usprawiedliwiał. W tym sensie tylko twarz jest dyskursywna raczej jak wizualna, nakazuje mi i wzywa do odpowiedzi. Skądinąd człowiek broni się przed definitywnym wyjaśnieniem twarzy nieustannie.
Wreszcie powiemy o odpowiedzialności, podejmując centralne pojęcie „bycia związanym, przykutym”, z pracy E. Levinasa „O ucieczce”. Istota człowieka nie jest już w wolności, lecz w pewnego rodzaju skrępowaniu. Być prawdziwie sobą samym, to podjąć świadomość skrępowania pierwotnie nieuchronnego, jedynego w naszym ciele, to zwłaszcza akceptacja tego związania, następnie wyjście z anonimowej egzystencji ku zaistnieniu, podjęcie „niewybaczalności egzystencji czystej” (E. Levinas, Le temps et l’autre, Paris, PUF, 2009, p. 26), „zatroszczenie się o Ja”, otwarcie się na materialność podmiotu, wręcz przytłoczenie, zawalenie już zaistniałego podmiotu przez siebie samego. Przyjęcie niejako postawy zmęczonego. W « Całości i nieskończoności » począwszy od cielesności podmiotu jako ‘postawy’, możliwość relacji z bliźnim, czas i transcendencja będą pogłębione. Myśliciel konsekwentnie rozwinie swoją etykę, oto zaistniały dla bliźniego istnieję inaczej niż istniejący dla mnie (E. Levinas, Totalité et infini (TI), Kluwer Academic, 2009, p. 293). Levinas wyprowadził stąd wniosek, to począwszy ze mną możliwa jest inność (tamże, s. 29) Pragnienie jest pragnieniem Innego. A relacja między Tym samym i Innym nie anuluje separacji, ona potwierdza się w transcendencji (tamże, s.54) Z ‘postawą’ następuje zdrada woli, wyłanianie się bliźniego, zaczyna się też jedyna ‘Mowa’ i wystawienie się na innego, wreszcie przekonujemy się do radykalnej pasywności jako łagodzeniu cierpienia bliźnich, wręcz ostatniego rozumienia siebie samego właśnie w bliźnim. Levinasowska etyka zatem nie jest poręczeniem moralnej pewności. Być etycznym znaczy, że etyka jest w niebezpieczeństwie raczej. Przedstawiam pojęcie odpowiedzialności z głównego dzieła Levinasa pt. „Całość i nieskończoność”. Domaganie się, czy też żądanie etycznego usprawiedliwienia nie wynika raz i na zawsze z chwilowego spotkania z obcym, lecz jest ono odnawiane w każdym momencie, w każdej rozmowie, z każdym innym. Czym innym jest odpowiedzialność, czym innym wina, czym innym wolność. Przedstawiam tutaj moje czytanie pierwiastka żeńskiego, kobiecości w ujęciu Levinasowskim.
Następnie zwrócimy uwagę na naszą odpowiedzialność jako czy względem „osób trzecich”. Sygnalizuję tutaj odpowiedzialność zwierząt, ekosystemu. Mamy teraz bowiem głębszy sens do rozważenia zwierząt jako „osób trzecich”, w relacji do których musimy balansować i negocjować nasze odpowiedzialności bardziej, jak odpowiedzialności innych, którzy nakazują nam nieskończoną odpowiedzialność, i tak otwierają prawdziwy wymiar etycznego życia. Nie chodzi o to, że mamy mniejszą odpowiedzialność za zwierzęta, jak za interesujących nas innych, ale raczej że etyczne życie najpierw zakorzenia się w międzyludzkim spotkaniu, w którym ja jestem obwoływany do językowego usprawiedliwiania się samemu nieustannie. Jest problemem to czy ‘nieludzcy inni’ mają twarze w tym samym sensie jak ‘rzetelni inni’, i jak to powinno być w naszych zbieranych i współzawodniczących odpowiedzialnościach wobec wielu przecież różnych innych osób. Z otwarciem na wrażenia i kontakt z światem Levinas oponuje niejako przeciw obchodzeniu śmierci (outre mort), bo należałoby zachować ostatnią pasywność człowieka, jego godność do końca. W rozdziale końcowym odsłaniam etykę normatywną. Raz jeszcze przedstawiam problem etycznej pewności i niemożliwe (ale konieczne) pragnienie ostatniej fundacji, absolutnego założenia etyki, przez jej twórcze zastosowanie, odpowiedź na wyzwanie sceptycyzmu i rozważenie możliwości rozwoju Levinasowskiej etyki odpowiedzialności w ramach szkicu etyki normatywnej. Przeciw Levinasowskiej „normatywnośći bez norm” opowiadamy się za tezą, że myśliciel uczy nas dlaczego mamy być odpowiedzialni za drugich, a nie tyle jak czynić dobro w tej odpowiedzialności. Dostarczając partykularnych norm czynu ryzykujemy zdradę siebie nawzajem, w odpowiedzi któremu jestem przywoływany do usprawiedliwiania się zawsze na nowo w każdym momencie.
Brak norm może być frustrujący, zarazem podkreśla bynajmniej siłę etyki Levinasowskiej. Normy powinniśmy dostarczyć sami, tyle chciałby powiedzieć Levinas. Twarz tym samym może być rozumiana jako strona normatywności, ale nie jako jej początek czy źródło. Możemy myśleć o Bogu jako tym źródle, ale możemy też argumentować, że nie ma takiego źródła, że ostatecznie nie ma nic, co „sprawia” czy też gwarantuje odpowiedzialność. Ta słabość etycznego nakazy pozostawia Levinasowską filozofią otwartą na sceptyczne odrzucanie, które nie może być odrzucone raz na zawsze przez filozoficzną argumentację. Zawsze ktoś może zapytać: „czy ja jestem stróżem mojego brata?” Jakaś sprzeczność jednak nie przestaje wciąć nawiedzać etycznego życia jako konstruktywnych zakładów, bo ona jest przed nami. Odpowiedzialność jest nie tylko w niebezpieczeństwie, ale jest ignorowana i przechodzi w moralne zaślepienie. Co się wydarza, gdy prowokacja innego nie jest dosyć mocna, by mogłaby być zaprzeczona w dramatycznym albo sceptycznym geście osoby? Jak należy stosować Levinasowską etykę przy wzorcach wyłączenia i strukturalnego gwałtu, które powodują, że najbardziej podatni na zranienie inni są najmniej często widziani czy słyszani? Zdarza się, że pragnienie morderstwa potwierdza inność innego. Niezliczonej liczbie innych pozwala się umrzeć nawet bez okrutnych pasji mordercy. Wreszcie charakteryzuję normatywność w relacji do identyczności politycznej teraźniejszej epoki różnych nacji. Od feministycznych i krytycznych teorii twarzy przechodzę do obrony Levinasowskiej pojedynczości (syngularności osób), jako drogi podjęcia sztywnych społecznych różnic bez wzywania do podzielania identyczności. Albowiem społeczna identyczność jest zarazem produktem indywidualnej woli i publicznego podmiotu wystawionego na wolę innych, którzy interpretują i odpowiadają jej, itd. Praca identyczności uczy nas tylko, czym ktoś jest, nie kim oni są; i jakaś polityka oparta na syngularności rozumianej przeze mnie jako pojedynczości innego, nie zamyka przestrzeni etycznego życia. Wydaje mi się, że Levinasowska etyka może wyjaśnić to, dlaczego potrzebujemy krytyki opresji (rasowej, seksualnej, klasowej), która jest wrażliwa na pojedynczość innych, ale nie może dostarczyć narzędzi, by zanalizować strukturalne nierówności, które zdradzają tę syngularność-pojedynczość i to w pierwszej kolejności. Moim zamiarem tym samym jest obnoszenie się z apelem, by każdy czyn był etyczny- stawiam tutaj na pierwszeństwo etyki ponad wszystko, byśmy ostatecznie podjęli ludzkie wyjście od aktywności do teraźniejszości.
W rozdziale trzecim przechodzimy do myśli A. MacIntyre’a, w którego pracach cnota i odpowiedzialność nabierają szczególnego sensu. Po skończonej Wojnie w Wietnamie społeczeństwo Amerykańskie nie mogło zająć oficjalnej postawy odnośnie tej wojny. Tak różne wymiary ludzkiego humanizmu i nie tylko, uwikłane były w narzucającą się rzeczywistość. I dzisiaj też powszechnie mamy do czynienia z “fragmentaryzacją” osób, ale z krwi i kości. Teoria ‘zjednoczonego społeczeństwa’ Alisdaire’a MacIntyre’a (common society)usiłuje wyjść tej ‘fragmentaryzacji’ naprzeciw. A. MacIntyre jakby powtarzał zawsze: “będę lepszy”. I przedstawia dobra, reguły (“rule” jako prawa), cnoty, w rezultacie których nabywamy praktyki (por. artykuł A. MacIntyre, Plain Persons and Moral theory). Jakie są racje gry w piłkę? Zdobycie sprawności. Dobra w ujęciu MacIntyre’a ukazują to, co posiedliśmy w doświadczeniu. Trzeba umieć rozróżnić to, co ogólnie czyni mnie szczęśliwym od tego, co aktualnie sprawia, że jestem szczęśliwym. Czy chcemy czy nie chcemy powinniśmy oprzeć się na dobrym sądzeniu, opinii (phronesis- good judgement). Musimy zrobić (to), co uważamy za najrozsądniejsze. Alisdaire MacIntyre powołuje się również na ludzkie inklinacje i prawo naturalne, które nie zamierza zmieniać. W odróżnieniu od emotywizmu Jean-Paul Sartre’a (bazowaniu jedynie na czynieniu decyzji), utylitaryzmu (możemy rozpoznać życie zaledwie), deontologii Kantowskiej powinności (czynieniu tego, co niezbędne), szkocki myśliciel opiera się na autorytecie Arystotelesowskich cnót. Główne dzieło MacIntyre daje początek nowemu sposobowi myślenia w etyce, a raczej stanowi próbę odnowienia Arystotelesowskiej filozofii moralnej.
Alisdaire MacIntyre przeciwstawia filozofii postmodernizmu tradycjonalistyczny antymodernizm. Kwestionuje on sposoby myślenia wywodzące się z dominującej w naszej epoce kultury filozoficznej oświecenia. Poglądy MacIntyre są inspirowane marksistowską krytyką liberalizmu oraz splotem wartości moralnych intelektualnych konstytuujących chrześcijaństwo w swej katolickiej odmianie. Na konferencji w 2009 roku w Notre Dame, w stanie Indiana, zatytułowanej “Co w miejsce katolicyzmu”, wspominał on francuskiego poetę Charles Péguy (1873–1914), który jest autorem takich powiedzeń jak: “Grzesznik jest skarbem Bogu, którego On nigdy nie odrzuci pomiędzy ciernie przydrożne/…/ Kochać znaczy przyznawać rację istocie kochanej, która się myli/…/ Kto nie wykrzyczy prawdy wtedy, gdy ją zna, staje się sojusznikiem kłamców i fałszerzy/…/ Mała nadzieja to ta, która wciąż się zaczyna/…/ Nie jest chrześcijaninem ten, kto nie poda ręki drugiemu/…/ Świat jest pełen porządnych ludzi. Poznaje się ich po tym, że świństwa robią bardzo nieudolnie/…/ Wiara jest katedrą, miłość szpitalem, ale obie bez nadziei byłyby tylko cmentarzem.” Alisdaire MacIntyre w swym wystąpieniu zwracał na narrację osób, na ich progres oraz regres, ale przede wszystkim czytał w myślał studentów i zachęcał do ich pielęgnowania wartości w chrześcijańskim wychowaniu dzieci. Bo tu chodzi nie tyle o moralność, ile zdolność życiową rodziców. A jaka jest zdolność kościoła, by tę sytuacje polepszyć, zapytuje retoryczne szkocki myśliciel. Myśliciel wskazywał na korekty systemu edukacji, na rozwój społeczeństw: przywołując cywilną wojnę Ameryki wyraził się o niej jako o najbardziej destrukcyjnej wojnie. Konflikt między społeczeństwami, a więc trzeba postawić w końcu pytanie: jak dobrzy jesteśmy? Oto narracja życia jest w konflikcie z zeświecczonym umysłem. Postawmy na rozwój nasz osobisty, ale i rozwój instytucji chroniących osób, również na pewną stabilizację i jedyną, bo ludzką racjonalizację powszechnego życia. Wszyscy ludzie budzą zawiść, Alisdair MacIntyre wyraził się tam w pewnym momeńcie. Myśliciel powoływał się na nasze osobiste “szaleństwo”, “szleństwo osoby”. Bóg jest Żydem, często postępujemy tak, jakbyśmy tylko tej tezie dawali posłuch. Dziecko- jest po urodzeniu… A rozumne spojrzenie na życie osób zależy od naszych uczuć i wyborów, musimy wziąć to pod uwagę. Trzeba ostatecznie zapytać o to jak mamy polepszyć życie nasze, jak zachowujemy pamięć w naszych społeczeństwach…, jak ludzie pracują razem. W obliczu różnych wymiarów naszego humanizmu musimy konfrontować miłosierdzie i sprawiedliwość, myśliciel przywoływał tutaj poezję i narrację życia. Jeżeli wierzymy w moc sensu, powinniśmy pytać o jakość szans realizacji chrześcijańskiej wolności. Wręcz wobec obecnego pokazu nicości i tego, że jesteśmy zużyci, zmarnowani niejako, przyznać, że nasze metafizyczne postępowanie pociąga za sobą postępowanie polityczne nierzadko. Paradoks naszej potencjalności polega na tym, że potrzebujemy polityków. A przecież jak się modlimy, tak jesteśmy. Przy deprawacji codziennej i ubóstwie życia wręcz trzeba szkół, trzeba warsztatów katolickich nie tylko dla chrześcijan. Nie należy odizolowywać porządku moralnego od bogactwa życia. Stosownie do naszych napięć wewnętrznych musi być budowana w tym względzie nasza polityczna odpowiedź.
W rozdziale trzecim szkicujemy jego krytykę modernizmu, emotywizmu, liberalizmu, opowiedzenie się po stronie racjonalności, jego otwarcie na konieczność cnót. Już nie tyle przebudzenie na Boga, ile nieustanne odsłanianie naszych postaw w służbie społeczeństwu. Teoria cnót MacIntyre’a i wartość wspólnoty. MacIntyre krytykuje etykę, jako etykę powinności tylko. Natura etyki cnót odsłania się w stwierdzeniu: dobrą rzecz czynić, i mieć dobra dyspozycję. Ale w koncepcji MacIntyre’a chodzi przede wszystkim o odsłanianie postaw, motywacji, emocji, bo w ten sposób realizuje się charakter moralny, tzw. habitus osoby. Trzeba dążyć do habitus również w sytuacjach moralnych. Cnoty są doskonałościami charakteru. Cnoty, to są moralne zasady, które odkrywamy rozumowo, a zdobywamy poprzez praktykę realizowaną w konkretnej wspólnocie (in community of charakter). Do moralnych cnót zalicza się: uczciwość, grzeczność, pewność, wspaniałomyślność, sprawiedliwość. Trzeba jakby zakwitnąć tymi cnotami w życiu. A. MacIntyre mówi w języku angielskim: your flourishing. Chodzi o mądrość, dobry koniec, dobre życie…Myśliciel analizuje etyczny dylemat, mianowicie zbliżając się do moralności zapomina się o istotnej części etyki- charakterze osoby i jak osobowy moralny wzrost jest dopingowany-wspierany…charaktery w ogólności są tymi społecznymi rolami, które dostarczają kultury z jej moralnymi definicjami. Tak więc od niedawna moralność definiuje charakter osoby, zobligowuje do realizacji charakteru kulturowego. Self czyli moje Ja zależy jeszcze nierzadko od społecznego wcielenia li tylko i braku racjonalnej historii jego własnej. A. MacIntyre krytykuje moralny namysł subiektywny (por. moral judgement subiective). W pracy „After Virtue” rozdział drugi i trzeci myśliciel przeznacza na krytykę współczesnego emotywizmu. Emotywizm (od łac. emotus – poruszony) – kierunek w metaetyce, sformułowany przez angielskiego filozofa analitycznego Alfreda Jules’a Ayera, głoszący, iż etyczny namysł, a także wynikające z niego postanowienia, mają jedynie charakter ekspresji subiektywnych doznań i uczuć jednostki. Emotywizm uznaje oceny oraz normy za pseudozdania, które pozornie stwierdzają stan rzeczy, w rzeczywistości natomiast są wyrazem irracjonalnej i emocjonalnej postawy skłaniającej do zajęcia podobnego stanowiska w danej sprawie.Ale jak wtedy wyjaśnić jawiące się tutaj różnice i niezgodności ? W emotywizmie nie ma ostatecznego kryterium, emotywizm chce przedstawić obrachunek wszystkich sądów. Według MacIntyre’a oszacowane sądy są jedynie wyrażeniami preferencji, uczuć, tak daleko jak są moralne i oszacowane w charakterze…
Odmawiamy jeszcze sobie samemu doświadczenia, tj. osiągania dóbr wewnętrznych…A musimy przypomnieć sobie choćby naszą czystość dziecięcą! Zatem ad rem. Cnota to nabyta ludzka cecha, której przestrzeganie i posiadanie umożliwia nam osiąganie dóbr wewnętrznych wobec praktyk, cechą, której brak skutecznie uniemożliwia nam osiąganie tych dóbr. A praktyka, „to jest wszelka spójna i złożona forma społecznie ustanowionej, kooperatywnej działalności ludzkiej, poprzez którą dobra wewnętrzne wobec tej działalności są realizowane w procesie dążenia do uzyskania tych standardów doskonałości, które są właściwe i które po części definiują tę formę działalności, i mają taki rezultat, że ludzka zdolność do osiągania doskonałości oraz ludzkie pojęcie celów i dóbr ulegają systematycznemu poszerzeniu.”( zob. A. MacIntyre’, Natura cnoty, w: Znak 471(8) 1994s.38) Układanie cegieł nie jest praktyką, ale jest nią architektura… Dobra wewnętrzne istotnie są wynikiem dążenia do wyróżnienia się, bycia najlepszym, ale charakteryzują się tym, że ich osiągnięcie jest dobrem dla całej wspólnoty biorącej udział w tej praktyce.(por. Alisdair MacIntryre, After Virtue, Notce Dame University Press, Notre Dame, Indiana, Secondo editio, 1984; por. Znak 471(8) 1994s, s. 41) Piszę na ten cnoty włączając się, jak wierzę, w dyskusję na temat obrony cnót wobec współczesnego zagrożenia zacierania pojęcia cnoty, wręcz zupełnego wymazywania go, przy podtrzymywaniu licznych pozorów tylko cnót pośród społeczeństw naszego świata…
W rozdziale czwartym wyrażamy tezę, iż człowiek jest kształtowany przez wspólnotę, do której należy… nie można pomyśleć sobie jednostki ludzkiej poza jakąkolwiek wspólnotą. Myśliciel pisze: „Nie ma innego sposobu bycia zaangażowanym w formułowanie, rozwijanie, racjonalne uzasadnianie i krytykę opisów praktyki racjonalności i sprawiedliwości poza określoną tradycją, w konwersacji, współpracy oraz konflikcie pomiędzy tymi, którzy zamieszkują tę samą tradycję. Nie ma płaszczyzny, żadnego obszaru badawczego, jakiegoś sposobu uczestnictwa w praktyce rozwijania, oceny i akceptacji czy odrzucania racjonalnych argumentów z wyjątkiem tego, który oferuje pewna określona wspólnota.” (Alisdair MacIntyre, Whose Justice? Which Rationality? ,s. 350) MacIntyre poszedłby za stwierdzeniem świętego Tomasza: „Ciebie pragnę Jezu.” Ale on mówi: „będę lepszy.” Zajmuje on nie tyle arbitralną sytuację Tomasza, co postawę praktycznego rozsądku (practical reasonning). Co jest dobre dla mnie, wpierw to rozważam. Ale przede wszystkim chodzi tutaj o jedyne widzenie drugiej osoby. Jestem partykularny. I tak A- jest dobrem, Y- jest potrzebny. W rezultacie reakcja może być partykularna albo uniwersalna. Stąd wreszcie Y urzeczywistniono, zostało uczynione, powstał czyn (action). W odróżnieniu od niepoprawnego emotywizmu w teorii cnót MacIntyre’a, zrobić decyzję, to uczynić innych zdolnych do czynu, szczęśliwymi. Narracja mojego życia jest umowna. Na przykład z koncepcji MacIntyre’a wynika, że skoro nie posiadam pieniądza, to znaczy- że nie mam pieniądza jako Dobra.
Funkcją tego co ludzkie (human) jest spożytkować życie. Ale tutaj zauważmy: moja partykularna szczęśliwa decyzja jest inna od twojej szczęśliwej partykularnej decyzji. Św. Tomasz przedtawił narrację złej osoby, która jest różna od narracji pełnej osoby MacIntyre’a (ordinary Plain Persons). W tym względzie historia człowiecza okazuje się niebezpieczna, np. mogę wybrać jakiś strach etc. Przeważnie ludzie nie są umówieni odnośnie racjonalnych reguł. Czy umię zająć postawę, słuszne stanowisko (right way). MacIntyre jakby chciał nam teraz powiedzieć: “będę lepszy”. Ale na ile już teraz jestem dobry. Oto pytanie, które ostatecznie wyłania się z tych analiz szkockiego myśliciela. Potrzebujemy wybrać środek do zrealizowania cnót, kształtować różne postawy i dyspozycje. Etyka cnót różna jest od etyki czynu. Czyn staje jakby u początku wielkiego zadania ukształtowania pełnego człowieka. Teoria cnót jest w tym względzie otwarta na Boga. Etyka cnót odnosi się w pierwszym rzędzie do charakteru osoby. Oto mam być uczciwym, szczęśliwym, mam umieć się zachować. W związku ztym musimy rozumieć się, rozumieć siebie, musimy praktykować. I tak przy pieczeniu ciasta trzeba znać technologię smacznego wypieku, ale także na przykład należy zebrać składniki niezbędne do jego wypieku, mąkę, jajka, aromaty. Potrzebujemy osiągnąć pewną zdolność. Potrzebujemy tym samym więcej zasad. Zdobyłem wiedzę o pewnych zasadach, posiadłem je habitualnie. I teraz wiem lepiej na przykład, co znaczy nie zabijać. I ty też. You flourishing, jesteś szczęśliwy. W różnych sytuacjach życiowych “podpieramy się” nadto Objawieniem zaczerpniętym z Biblii. A przed nami sprawiedliwość, która jawi się nieustannie wielkim zadaniem dla nas. Ale co powiedzieć na przykład o ekstremalnych przypadkach w podejmowaniu moralnych decyzji? MacItyre zdaje się nam podpowiadać jedno rozwiązanie tej kwestii: jeśli praktykujesz cnoty, to najrozsądniejsze podejście czyli cnota jest zawsze możliwa.
W „Etyce i polityce”(Pol. Wydanie 2009) polemika A. MacIntyre’a z niektórymi interpretacjami Arystotelesa wprost prowadzi do kluczowego pojęcia złego człowieka. Z kolei doktryna Tomasza z Akwinu analizowana jest na tle polityczno-obyczajowego sporu pomiędzy Fryderykiem II a Ludwikiem IX, średniowiecznymi wcieleniami Spartanina i Ateńczyka ? stawką rozgrywki okazuje się cnota umiarkowania. MacIntyre stara się odpowiedzieć na dwa pytania: Jaki sens etyczny, zwłaszcza dziś, mogą mieć prawdomówność i kłamstwo? I czego w tej kwestii możemy się nauczyć od Milla i Kanta? W istocie jednak najważniejsza jest kwestia aktualnej kondycji moralnej. Nie jest wcale pewne, czy moralność zachowała współcześnie jakąkolwiek sprawczą moc. W dużej mierze zależy to od sytuacji, w jakiej znajduje się obecnie autonomiczny ludzki podmiot. Wpływ na to mają zarówno idee zrodzone w oświeceniu, jak i konkretne urządzenia społeczne. Ktoś ostatnio zapytał MacIntyre’a o to, jaka jest różnica między konceptualizmem, a Etyką cnót. Czyli posądził myśliciela o pewien idealizm, odnawiając tym samym średniowieczny spór o uniwersalia. Ale ten problem wykracza poza ramy niniejszej pracy.
Moralna sprawczość zależy także od prawa, historii i polityki. (a nie tylko od wewnętrznej realności noumenalnej) Trzeba żyć życiem, które jest dobre! (ang. make your best) Wstępując w życie przychodzimy do gotowych jego form, do gotowej organizacji, formy zaś te i ta organizacja, to wynik pracy długiego szeregu pokoleń, które tworzyły, budowały, uzupełniały, poprawiały wreszcie to, co było złego. Naród polski przeżywa swoją godzinę dziejów, nie zawsze najszczęśliwszą. Źródła tego smutnego i zgubnego dla nas zjawiska należy szukać nie tyle w odległej przeszłości, jak sugerował Roman Dmowski, ale w gonitwie codziennej, otwarciu na wszędobylską konieczność nowości. I tak jak przedtem przez parę stuleci rozwój społeczności naszej, wyszedłszy z właściwej kolei dziejowej, oddalał się coraz bardziej od tej linii, która jej mogła zapewnić wielką przyszłość, tak i teraz zapowiedziawszy się w dziejach (pontyfikat papieża Polaka Jana Pawła II), jako jeden z najpierwszych ludów Europy i gospodarz, naród nasz usunął się w krótkim czasie na tyły pochodu cywilizacyjnego, stracił prawo kierowania własnymi losami i znalazł się w gorszym położeniu od ludów, które nigdy nie znały bytu państwowego. Stan dobrego bytu narodu, to jest możliwe przy osiągnięciu właściwych społecznych instytucji. W tym kierunku znalezienia konkretnego lekarstwa na społeczne a ludzkie problemy świata zdążają i Emmanuel Levinas i Alisdair MacIntyre, ich przemyślenia znajdują wyraz w piątym i ostatnim rozdziale niniejszej pracy. Tak więc etyka bywa gałęzią polityki sensu stricto. Chodzi o byt pewnej osoby z konkretną jakością charakteru. Instytucje nie mogą ‘uniezdolnić’ osoby.
Przechodzimy do analiz MacIntyre’a na temat wierności tradycji. Rozdwojenie to koniec człowieka, wnioski z tekstów obydwu filozofów są w tej kwestii prorocze. Musimy przemyśleć stworzenie, czas i to, co inne. Dla Boga istnienie to za mało. W kosmosie wszystko się dzieje i nieustannie tworzy. Według Levinasa stworzenie jest nie do odzyskania i na zawsze należy do przeszłości. Musimy otworzyć się na inność, podjąć przymierze z Dobrem chcianym. Nieskończoność tak jak rozumie ja myśliciel otwiera na podmiotowość osoby, nawet gdy odpowiedzialność przedstawia on jako wrażliwość albo inaczej subiektywność bez podmiotu. W tym kontekście analizy Alisdaire’a MacIntyre’a na temat praktyk i konkretnych wspólnot są bardzo pomocne. Ta nowa odpowiedzialność podnosi wartość określonej wspólnoty. Przy końcu pracy stawiam więc pytanie retoryczne: w stronę jakiej inwokacji Bliźniego powinniśmy się skierować, ażeby znaleźć życie, które konstytuuje tradycje, w stronę jakiej ontologii inności mamy iść. Twarz a powołanie, Bóg transcendentny aż do nieobecności, przejście od ontologii do myślenia transcendencji, od intencjonalności do odczuwania, aktu użyczania sensu, to tematy wiodące w tej końcowej refleksji. W rozdziale końcowym chcemy widzieć również obecne zwierciadło świata, w powieści życia bowiem wszystko jest poważne, tak więc otwieramy się na inność ‘ciała’. Dla jej opisania Levinas przeznaczył wiele swych tekstów.
Wreszcie przedstawiamy również problem etycznej pewności i niemożliwe (ale konieczne) pragnienie ostatniej fundacji, absolutnego założenia etyki, przez jej twórcze zastosowanie, odpowiedź na wyzwanie sceptycyzmu i rozważenie możliwości rozwoju Levinasowskiej etyki odpowiedzialności w ramach szkicu etyki normatywnej. Przeciw Levinasowskiej „normatywnośći bez norm” opowiadam się za tezą, że myśliciel uczy nas dlaczego mamy być odpowiedzialni za drugich, a nie tyle jak czynić dobro w tej odpowiedzialności. Dostarczając partykularnych norm czynu ryzykujemy zdradę siebie nawzajem, w odpowiedzi któremu jestem wołany do usprawiedliwiania się zawsze na nowo w każdym momencie. Ten brak norm może być frustrujący, zarazem podkreśla bynajmniej siłę etyki Levinasowskiej. Twarz tym samym może być rozumiana jako strona normatywności, ale nie jako jej początek czy źródło. Możemy myśleć o Bogu jako tym źródle, ale możemy też argumentować, że nie ma takiego źródła, że ostatecznie nie ma nic, co „sprawia” czy też gwarantuje odpowiedzialność. Ta słabość etycznego nakazy pozostawia Levinasowską filozofię otwartą na sceptyczne odrzucanie, które nie może być odrzucone raz na zawsze przez filozoficzną argumentację. Zawsze ktoś może zapytać: „czy ja jestem stróżem mojego brata?” Jakaś sprzeczność jednak nie przestaje wciąć nawiedzać etycznego życia jako konstruktywnych zakładów, bo ona jest przed nami. Odpowiedzialność, a tym samym wolność, jest nie tylko w niebezpieczeństwie, ale jest ignorowana i przechodzi nierzadko w moralne zaślepienie. Co się wydarza, gdy prowokacja innego nie jest dosyć mocna, by mogłaby być zaprzeczona w dramatycznym albo sceptycznym geście osoby? Jak należy stosować Levinasowską etykę przy wzorcach wyłączenia i strukturalnego gwałtu, które powodują, że najbardziej podatni na zranienie inni są najmniej często widziani czy słyszani?
Zdarza się, że przestępstwa codzienne prowokacyjnie potwierdzają inność innego (Bliźniego). Niezliczonej liczbie innych pozwala się umrzeć nawet bez okrutnych pasji mordercy. Przedstawiam tutaj normatywność również w relacji do identyczności politycznej teraźniejszej epoki różnych nacji. Społeczna identyczność jest zarazem produktem indywidualnej woli i publicznego podmiotu wystawionego na wolę innych, którzy interpretują i odpowiadają jej, itd. Praca identyczności uczy nas tylko, czym ktoś jest, nie kim oni są; i jakaś polityka oparta na indywidualności rozumianej przeze mnie jako indywidualności (lepsze słowo: pojedynczości) innego, nie zamyka przestrzeni etycznego życia. Wydaje się, że Levinasowska etyka może wyjaśnić to, dlaczego potrzebujemy krytyki opresji (rasowej, seksualnej, klasowej), która jest wrażliwa na indywidualność innych, ale nie może dostarczyć narzędzi, by zanalizować strukturalne nierówności, które zdradzają tę indywidualność i to w pierwszej kolejności. Naszym zamiarem jest obnoszenie się z apelem, by każdy czyn był etyczny- stawiamy tutaj na pierwszeństwo etyki ponad wszystko, byśmy ostatecznie podjęli ludzkie wyjście od aktywności do teraźniejszości, od zakłamania do jedynej klarowności osoby.(koniec)
Wolność i odpowiedzialność za innego w świetle wypowiedzi Emmanuela Lévinasa i Alisdaire’a MacIntyre’a 29
Stanisław Barszczak, Wolność i odpowiedzialność za innego w świetle wypowiedzi Emmanuela Lévinasa i Alisdaire’a MacIntyre’a—
Najpierw pozostają w sercu cnoty matczyne, z wdzięków i dobroci wzniesione, przy bezpowrotnej drodze człowieka, chwalebnie budowane z cudownego drzewo ludzkiej wdzięczności! Nigdy piękności tej do gruntu nie poznamy… Jako dorośli w pracy, w pokoju, w podróżach przekonujemy się, że wszystko, cośmy dobrego zrobili, w tych właśnie cnotach matczynych miało początek. Świat jednak zdążał swoją drogą, a my nie otrzymaliśmy bynajmniej wystarczającej odpowiedzi na nurtujące nas kwestie. Kiedyś rodzice byli za nas odpowiedzialni. W poszukiwaniu wiążącej odpowiedzi na życie rodzi się w nas nowa odpowiedzialność za innych i za siebie. Wciąż jednak potrzebujemy mędrców. Wśród najważniejszych przesłań Arystotelesowskiej „Etyki Nikomachejskiej” znajdują się zdania: Szczęście jest nagrodą cnoty. Cnota moralna powstaje jako wynik nawyku. Od tego czy od wczesnej młodości kształtujemy nawyki tego, czy innego rodzaju, zależy niemało, zależy bardzo wiele, zależy wręcz wszystko.
W odpowiedzialności chodzi o taką cechę człowieka, która jest różna od stwierdzenia, że się ponosi za coś odpowiedzialność; to takie nastawienie do rzeczywistości, które wypływa z troski o prawdziwe wartości. Odpowiedzialność człowieka ujawnia się w postawie wobec innych i wobec siebie, w jego decyzjach i wyborach życiowych, a nawet w jego sposobie zachowania się. Poczucie odpowiedzialności nakazuje odrzucenie atrakcyjnej propozycji, jeżeli nie jest się pewnym, czy jej przyjęcie nie spowoduje, że człowiek znajdzie się w sytuacji moralnie fałszywej. Chodzi o to, żeby obietnice miały zawsze pełne pokrycie. Odpowiedzialność wyraża się w solidnym wykonywaniu powierzonych sobie obowiązków. Cechuje ona człowieka, który otworzył się na możliwe skutki swojego postępowania. Stanowi odwrotność takich cech jak: bezmyślność, beztroska i egoizm. Dobra wola człowieka, jego zmysł moralny oraz sumienie to niezbędne warunki do tego, by w człowieku powstało poczucie odpowiedzialności, ale nie są to jeszcze warunki dostatecznego przeżycia. Do tego, by poczucie odpowiedzialności rozwinęło się, człowiek musi mieć świadomość, że w konkretnej sytuacji, w jakiej się znalazł, nie tylko wiedział, co robić należy, ale rzeczywiście mógł coś zrobić. Czym innym jest „chcieć”, a czym innym jest „móc”. Odpowiedzialność człowieka nie sięga poza granice możliwości skutecznego działania, lecz wyrasta na gruncie skierowanego na dobro lub zło pragnienia. Religijne często zobowiązania podzieliły ludzi, a ludzie podzielili siebie, stworzyli rządy i systemy, za które walczą….A trzeba tylko chcieć, poeta pisał, by zmienić coś, by w błędach widzieć sens, nie powtórzyć go, by ludzie żyli w odpowiedzialności, zamiast niszczyć, budowali sny.
Odpowiedzialność to nic innego jak przekonanie, że się jest rzeczywistym sprawcą aktu moralnego i jego skutków. Aby powstało w człowieku poczucie odpowiedzialności, muszą być spełnione pewne warunki: człowiek powinien odkrywać co dobre, lepsze, co najlepsze. Powinien zobaczyć siebie w relacji do odkrytego dobra i zła; powinien posiadać świadomość własnej siły, własnych możliwości w celu podjęcia danego aktu; powinien również wiedzieć: co zrobić, kiedy zrobić, jakich środków użyć do wybranego celu. Nierzadko świadomość bezsilności moralnej świadczy o wielkości człowieka i zarazem o jego kruchości. Źródłem odpowiedzialności ograniczonej jest przede wszystkim nadwrażliwość moralna, o której pisał Ks. Józef Tischner. Jednak nadwrażliwość moralna idzie zawsze w parze z jakąś formą niewrażliwości. Człowiek nadwrażliwy w jednej dziedzinie staje się niewrażliwy w innej. Jeden z filozofów który odtąd będzie stale towarzyszył, Emmanuel Levinas, na temat odpowiedzialności kiedyś napisał: „Odpowiedzialność rozumiem jako odpowiedzialność za drugiego, a więc jako odpowiedzialność za to, co nie jest moją sprawą lub nawet mnie nie dotyczy; lub za tego, który patrzy na mnie – jest dosięgnięty przeze mnie jako twarz”.
Odpowiedzialność opiewa obowiązek moralny lub prawny ponoszenia konsekwencji za czyny swoje lub innych. Bez zaufania, solidarności i odpowiedzialności nie można być pewnym siebie. Nie można mieć odwagi. Być człowiekiem. Zaufanie, solidarność i odpowiedzialność, te trzy filary, które są ukrytą podstawą naszego bycia w świecie, one się teraz trzęsą i grożą zawaleniem. A my o nie się nie troszczymy jak trzeba. Nie rozpatrujemy nowych wydarzeń i skrętów z punktu widzenia tego, jaki one mają wpływ właśnie na zaufanie, solidarność i odpowiedzialność. (Zygmunt Bauman, rozmowa Tomasza Kwaśniewskiego, Więc będzie wojna?, „Gazeta Wyborcza” 14–15 kwietnia 2012) D. Bonhoeffer uważa, iż tam, gdzie chodzi o rozwiązanie problemów ludzkich -w dziedzinie nauki, polityki, moralności -zbyt pochopnie uciekamy się do hipotezy Boga. Trzeba się bez niej obchodzić. Chrześcijanin ma żyć w świecie, „jak gdyby Bóg nie istniał”, to znaczy żyć, narażając się na ludzkie ryzyko i podejmując odpowiedzialność, jakiej nikt – nawet Bóg -nie narzuca. (Marcel Neusch, U źródeł współczesnego ateizmu)
„Jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za to, co robimy, także za to, czego nie robimy,” zauważył Molier. Odpowiedzialność jest to temat, w którym streszcza się i objawia wielka choroba naszej cywilizacji -choroba być może jeszcze nie śmiertelna, lecz niezwykle niepokojąca, mawiał Leszek Kołakowski. „Odpowiedzialność: to co inni powinni ponosić.”(Julian Tuwim, Jarmark rymów) „Pamiętaj o tym, że twoje swobodne i wolne od zajęć chwile obciążone są największymi zadaniami i odpowiedzialnością,” stwierdził św. Augustyn. „To, co człowiek czyni, musi on uważać za swoją odpowiedzialność, musi przyjmować odpowiedzialność za wszystko w czym bierze udział, do czego przyczynia się całym życiem swoim -gdyż inaczej demoralizuje sam siebie. Zrzucanie z ludzi odpowiedzialności za ich czyny, przyzwyczajanie ich do tej myśli jest budowaniem i rozwijaniem psychiki niewolniczej. Nasza swoboda sięga tak daleko, ten sam ma okres co i nasze poczucie odpowiedzialności.” (Stanisław Brzozowski) Marks przygotował atak na społeczeństwo burżuazyjne w chwili, w której osiągnęło ono szczytowy punkt swego rozkwitu materialnego. W tym samym roku Gladstone w mowie budżetowej pogratulował swym rodakom ich „zaraźliwego pomnażania bogactwa i potęgi”, którego świadkiem były poprzednie lata, upływające w nastroju rosnącego optymizmu i powszechnego zaufania.(I. Berlin) Historię ludzkości w naszym wieku ukształtowały dwa czynniki- rozwój nauk ścisłych i technologii oraz wielkie burze ideologiczne, które zmieniły losy całej ludzkości: rewolucja rosyjska oraz jej następstwa- prawicowe i lewicowe tyranie totalitarne i wybuch nacjonalizmu, rasizmu i nietolerancji religijnej. I. Berlin przedstawił dwie koncepcje wolności.
W klasycznym ujęciu (arystotelesowsko-tomistycznym) wolność dzieli się na: wolność człowieka jako jednostki, autonomię i wolność społeczną, przy czym wolność konkretnego człowieka należy do jego natury, moralna autonomia to zadanie do wypracowania, a wolność społeczna to postulat. Wola ludzka jest z natury podporządkowana dobru, to znaczy, że zawsze je wybiera. Owo podporządkowanie nie przekreśla wolności woli, ponieważ może ona wybierać dobro na różne sposoby, dążyć do niego różnymi drogami i ma też wiele możliwości wyboru dóbr partykularnych. Człowiek może podlegać pewnym wpływom zewnętrznym, które również nie niweczą wolności jego woli, dlatego, że korzeniem wolności jest rozumność. Dzięki niej człowiek może się samookreślić i zawsze wybrać jedną z przynajmniej dwóch dojrzanych przez rozum możliwości wyboru. W klasycznym (arystotelesowsko-tomistycznym) rozumieniu, sama możliwość wyboru nie jest jeszcze wewnętrzną autonomią człowieka. Przeciwnego zdania są zwolennicy liberalizmu a wśród nich Isaiah Berlin. Zadaniem filozofii jest refleksja nad kategoriami pozaempirycznymi i nieformalnymi (np. społeczeństwo, cierpienie, czas, zmiana, szczęście, wolność itp.). Są one dla Berlina sposobami widzenia i gromadzenia ludzkich doświadczeń. Metodą filozofii jest analiza wspomnianych kategorii, polegająca m.in. na rozpoznawaniu ich znaczenia. Empiryczny sąd o wolności jednostki koreluje z filozoficznym pytaniem: „Kiedy człowiek jest wolny?” Odpowiedź na nie miałaby opisywać brak ograniczeń, które mogłyby tę wolność naruszać i w ten sposób stałaby się fundamentem liberalnej koncepcji wolności negatywnej, nazywanej również wolnością „od”. Berlin stawia jeszcze inne pytania: „Dlaczego ja mam być komuś posłuszny?”, „Czy muszę być posłuszny?”, „Czy mogę być przymuszony?” itp. Według Berlina, wolna jednostka ludzka powinna mieć przed sobą możliwość wyboru jednej z przynajmniej dwóch opcji (działania, myślenia, itp.), oraz wolną od wpływu innych jednostek „strefę”, w której może swój wybór bez kłopotu zrealizować. Owa możliwość wyboru i nienaruszalna sfera działania jest nazwana “basic freedom”. Liberaliści postulują ustanowienie takiego prawa, które gwarantowałoby jednostce nietykalność jej “basic freedom”, i to zarówno w wymiarze indywidualnym, jak też ekonomicznym i społecznym. W związku z powyższym, Berlin dostrzega nierozerwalny związek filozofii wolności z teorią polityki, która maiłaby się jego zdaniem zajmować refleksją nad kategorią wolności na tle społecznym. Według profesora z Oxfordu nie istnieje żadne Prawo Naturalne, a każde prawo stanowione, nawet słuszne i konieczne dla społeczności, ogranicza wolność jednostek. Władze państwowe mają zatem obowiązek „organizowania” możliwie największej wolności indywidualnej (“basic freedom”)poszczególnych obywateli, przez ograniczenie do niezbędnego minimum praw stanowionych. W tym celu organa państwa mogłyby być wyposażone w środki nacisku, których jednak mogłyby używać jedynie do obrony nienaruszalnej wolności indywidualnej jednostek.
Angielski liberał, posądzany o pomijanie pozytywnego aspektu wolności, broni liberalnej autonomii. W zestawieniu z filozofią wolności negatywnej, która zajmuje się odpowiedzią na pytanie: „Jak daleko sięga obszar mojego (jednostki) nieskrępowanego działania?”, koncepcja wolności pozytywnej odpowiada na inne pytanie „Gdzie jest źródło ewentualnych ograniczeń nieskrępowanej wolności jednostki?”. W świetle liberalnego indywidualizmu należałoby to pytanie sformułować raczej: „Kto może ograniczać, moją jednostkową wolność?”. Odpowiedź Berlina brzmi: „Oczywiście nikt”. O ile początkowo oxfordzki filozof zdaje się dostrzegać możliwość „odwrotu do wewnętrznej cytadeli”, czyli autonomicznego zmniejszania zakresu wolności polegającego na świadomej z niej rezygnacji, o tyle potem nazywa taki stan rzeczy „girlandami oplatającymi kajdany”. Przyjmować wolność pozytywną, oznacza u Berlina akceptować zmniejszenie wolności indywidualnej z różnych przyczyn, przede wszystkim zewnętrznych autorytetów. Nie da się ukryć, wpływ ideologii i zbiorowości jest wśród ludzi dostrzegalny. Jednak empirycznie stwierdzane zjawisko odpowiedzialności historycznej i prawno-społecznej dowodzi, zdaniem Berlina prawdy, że wyżej wspomniany wpływ jest jedynie oddziaływaniem jednostek na jednostki. W rozumieniu klasycznym (od Arystotelesa i Tomasza z Akwinu), wolność negatywna (wolność „od”), wyraża się w konkretnych sytuacjach zdaniem: „Jestem wolny, kiedy nie muszę …”. Powinna ona być komplementarna względem wolności pozytywnej. Ta z kolei, zwana inaczej wolnością „do” lub autodeterminacją, w życiu przekłada się na zdanie typu: „Jestem wolny, kiedy mogę …”. W szeregu zagrożeń, które wylicza i opisuje klasycznie rozumiana wolność „od”, u angielskiego liberała pojawia się autodeterminacja (czyli arystotelesowsko-tomistyczna “wolność do”). Jest ona dla Berlina równie niebezpieczna jak tyrania. A więc przy deprawacji codziennej i ubóstwie biednych, zarazem przy coraz piękniejszym bogactwie życia, wręcz trzeba jakiś warsztatów katolickich nie tylko dla chrześcijan, i nie należy odizolowywać porządku moralnego od tego bogactwa. Stosownie do naszych napięć wewnętrznych musi być budowana w tym względzie nasza polityczna odpowiedź.
Odpowiedzialność zatem, to umiejętność dokonywania wyborów i pewna czyste a czujne pielęgnowanie wartości. W naszym życiu codziennym pojawia się czasami odpowiedzialność przesadna. Człowiek cierpi za miliony i milionom udziela dobrych rad. Stara się ratować ludzi nawet wbrew ich woli i od nieszczęść, które są tylko jego nieszczęściami. Tam, gdzie poczucie odpowiedzialności jest przesadne, zawsze przecenia się własny rozum, własne serce, siebie, a nie docenia się rozumu i serca innych ludzi. Jezus dał jasną odpowiedź wychowując swoich uczniów tak, by umieli brać na siebie pełną odpowiedzialność, zwracał szczególną uwagę na wartość rzeczy małych. Wymaga odpowiedzialności za jakość pracy. Wszystko, co człowiek czyni, winno być wykonane dobrze. Zaufanie do człowieka wzrasta w miarę, jak wywiązuje się dobrze z poleconych mu zadań. Można więc powierzać mu coraz trudniejsze obowiązki, mając gwarancję, że jeśli zadania nie potrafi wykonać, na pewno się go nie podejmie. Jezus akcentuje też odpowiedzialność za słowo.
Alisdair MacIntyre i Emmanuel Levinas, których refleksje będą tutaj nam towarzyszyć, być może obydwaj ci twórcy, chcieli oni wyrwać człowieka z obojętności, chcieli przekonać, że stale jesteśmy za kogoś odpowiedzialni. A ofiarowując się innym, na pewno jesteśmy bliżej Boga. Tak więc jaką rolę pełni odpowiedzialność w naszym życiu? Jest dla nas ciężarem czy najwyższą godnością? Otóż jesteśmy odpowiedzialni za swoje czyny, myśli i emocje. Podejmijmy decyzję: przestajemy liczyć na to, że ktoś za nas rozwiąże wszystkie problemy; spełnienie marzeń to już nie jest kwestia szczęśliwego trafienia w totka, lecz świadome działanie; nasze myśli od teraz będą czyste – pozbawione usprawiedliwień i wymówek. Dlaczego? Ponieważ to nie Bóg decyduje o naszych doświadczeniach tylko. To nie ślepy los determinuje nasze życie. Inni ludzie nie podejmują za nas decyzji. Człowiek posiada zdolność podejmowania decyzji i zawsze ma możliwość dokonania wyboru. Nie zawsze jest to wybór właściwy, nie zawsze jest przyjemny; jednak zawsze jest naszym wyborem. To jest nasze prawo, ale i obowiązek. Wybieramy naszą ścieżkę świadomie i działamy, by realizować konkretne cele. Co zyskujemy będąc odpowiedzialnymi? Możemy skoncentrować swoją uwagę na rzeczach, na które mamy realny wpływ. Łatwiej dostrzegamy popełniane błędy. Szybciej się uczymy. Łatwiej przychodzi nam akceptowanie innych ludzi oraz ich poglądów. Podejmujemy świadome decyzje w oparciu o właściwe przesłanki. Stanowimy większą wartość dla świata. Dajemy dobry przykład. Odnosimy większe sukcesy – zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym. Jeśli zdecydujemy się na wzięcie odpowiedzialności znikną wszystkie wymówki, a my będziemy mieli pełną swobodę działania. Nic nie będzie nas ograniczać, nawet nasze uczucia i przekonania; wiara i religia przestanie mieć nad nami władzę; państwo i urzędnicy przestaną być wrogami; nasza rodzina i przyjaciele nie będą nas przytłaczać i denerwować. Zyskamy wewnętrzną pewność siebie, a nasze postępowanie będzie zdecydowane. Człowiek przyjmujący pełną odpowiedzialność za siebie ma o wiele większe możliwości w każdej dziedzinie. Można powiedzieć, że zyskuje prawdziwą moc; twórczo-destrukcyjną siłę, która pozwala wykroczyć poza ograniczenia codziennego życia.
Zgodzimy się na to, że harmonia współżycia osoby ze społeczeństwem wymaga utrzymania zrębów moralności- czyli zasad, które funkcjonują w obrębie kultury. Do tzw. systemów norm społecznych zalicza się: normy postępowania, dopuszczone przez prawo, normy moralne – normy nakładane przez dany system filozoficzny, religijny, normy konkretnej społeczności, którym jednostka podporządkowuje się w procesie socjalizacji (tzw. prawo obyczajowe, niepisane). Pochodzeniem zasad moralnych i ich sensem zajmuje się etyka. Nie są to jednak tożsame pojęcia. Zasady moralne przyjmują najczęściej formę zdań rozkazujących lub zakazujących, rzadziej oznajmujących. Przykładem zasady moralnej jest np. zakaz “nie zabijaj”. Naruszenie tych zasad powoduje zwykle wewnętrzny konflikt psychiczny, zwany poczuciem winy. Zasady etyczne w odróżnieniu od moralnych są ogólnymi, filozoficznymi twierdzeniami, wynikającymi z przyjętego poglądu na świat, systemu pojęciowego bądź religijnego. Na ich bazie można tworzyć konkretne nakazy i zakazy moralne. Zdarza się jednak, że różne zasady etyczne prowadzą do tych samych zasad moralnych. W tej pracy ukazuję pewną kruchość oraz dwuznaczność etyki, zarazem nieskończone a ludzkie pragnienie nakazów etycznych, absolutnych. Otóż, niepewność etycznego życia, kontynuowanie etyki w pośrodku tej niepewności jest istotnym elementem filozoficznego dzieła Emmanuela Levinasa, myśliciela żyjącego w dwudziestym stuleciu, w epoce Shoah i Auschwitz, jak też Profesora Alisdaire’a MacIntyre’a, szkockiego myśliciela, autora ksiązki „Etyka i Polityka”. Moja praca ma być głosem w kontekście budowania normatywnej etyki i współczesnej teorii polityki. W niniejszej pracy jednak wychodzą luki i brakujące argumenty zarówno w filozofii A. Levinasa jak A. MacIntyre’a, brak wystarczającego gruntu dla hiperbolicznych twierdzeń, ucieczki od pewnych kwestii (np. czy zwierzę ma twarz), jednocześnie usiłuję przeciąć dwuznaczność i dostarczyć absolutnej, niezniszczalnej bazy dla odpowiedzialności, pokazać jak ważne jest zagwarantowanie nakazu imperatywów absolutnie.
Praca niniejsza zrodziła się w zasadniczej mierze z potrzeby uzasadnienia norm katolickiej etyki w dobie gruboskórnej globalizacji i oszałamiającej techniki. Cnoty są owocem dyscypliny. Nie spadają same z nieba. Egzystencja ludzka składa się – według poglądu sytuacjonizmu egzystencjalnego – z wielu sytuacji, które same z siebie stanowią już jakby normę działania. Równocześnie jednak stanowisko powyższe kryje w sobie błędną koncepcję wolności. Sytuacjonizm, który nie przyjmuje żadnej normy, popada w zwyczajny psychologizm. I tak zarówno gdy patrzymy na miłość jako na konkretną sytuację, jak też gdy rozumiemy przez nią cały ciąg, wiele takich sytuacji – każda z nich i wszystkie one razem o tyle są psychologicznie dojrzałe i “całkowite”, o ile w każdej z osobna i we wszystkim razem miłość posiada swą etyczną wartość. Innymi słowy: miłość jako przeżycie należy podporządkować miłości jako cnocie, i to tak dalece, że bez miłości jako cnoty nie może być pełni przeżycia miłości. (Miłość i odpowiedzialność, Kraków 1960, s.77-78) Trzeba tutaj od razu zaznaczyć, że etyka chrześcijańska oparta na Ewangelii zna miłość jako cnotę nadprzyrodzoną, cnotę boską. Utrzymując się na gruncie tego poglądu, spróbujmy w dalszym ciągu przeanalizować przede wszystkim ludzki sposób przejawiania się, a także kształtowania tej cnoty w relacji ja-bliźni. Każda bowiem cnota nadprzyrodzona zakorzenia się w naturze i przybiera jakiś ludzki kształt dzięki działaniom człowieka, a równocześnie wyraża się i potwierdza w tych jego działaniach, tak w czynach wewnętrznych, jak i w zewnętrznych. Możemy przeto badać ją i analizować jako ludzką sprawę, ujawniając od tej strony jej wartość moralną.
Praca została podzielona na pięć rozdziałów. W pierwszym rozdziale pt. Filozofia odpowiedzialności, przedstawimy filozoficzne tło dla wybranych koncepcji wolności. A jesteśmy mądrzejsi w tym względzie m.in. o współczesne koncepcje wolności w ujeciu I. Berlina(zm.1997) i B. Williamsa. Bernard Williams(zm.2003), studia nad moralnością, twierdził, powinny dotyczyć istotnych kwestii i przykuwać uwagę. Chciał znaleźć taką filozofię moralności, która byłaby wytłumaczalna dla psychologii, historii, polityki i kultury. Williams sprzeciwiał się imperatywowi kategorycznemu Kanta- Postępuj tak jakby maksyma twojego postępowania miała się stać uniwersalnym prawem natury, uczynił to w swym artykule Persons, Character and Morality. Moralność nie powinna wymagać od nas działania bezinteresownego, jakbyśmy nie byli tymi, kim jesteśmy w okolicznościach, w których się aktualnie znaleźliśmy. Nie powinniśmy obierać obiektywnego sposobu oglądu świata, twierdził. Nasze wartości, zobowiązania i pragnienia sprawiają, że nasze widzenie świata i nasze działania różnią się i tak też być powinno. W innym wypadku zgubimy naszą indywidualność i w ten sposób nasze człowieczeństwo (Williams, Bernard. Moral Luck. Cambridge University Press, 1981) W swojej książce pt. ‘Prawda i prawdomówność: esej genealogiczny’ (Truth And Truthfulness: An Essay In Genealogy, 2002), Williams wyróżnia dwie główne wartości prawdy: dokładność i szczerość. Próbuje też ustosunkować się do przepaści pomiędzy potrzebą prawdy a wątpliwością, czy taka rzecz w ogóle istnieje. Inspiracja Nietzschem jest wyraźnie widoczna, w sposób najbardziej oczywisty poprzez przyjęcie pojęcia metody genealogicznej jako narzędzia wyjaśniania i krytyki. Chociaż częściowo jego zamiarem był atak na tych, którzy, jak czuł, zanegowali wartość prawdy, w książce przestrzega, że rozumiejąc ją tylko w tym sensie, stracimy część jej przekazu.
Zasadniczy trzon niniejszej pracy stanowi przybliżenie polskiemu Czytelnikowi filozoficznych przemyśleń Emanuela Levinasa i Alisdiare’a MacIntyre’a, które zostały przedstawione w rozdziale pierwszym w ramach koncepcji wolności w ujęciu godnych reprezentantów tego zagadnienia w historii filozofii, mianowicie Edmunda Husserla i Martina Heideggera.(Tutaj opieramy się na książce pod red. Jacka Filka, Filozofia odpowiedzialności. Teksty źródłowe, Wyd. UJ, Kraków 2004; oraz A. MacIntyre, Etyka i polityka, PWN, Warszawa 2009). Gdzie należy szukać narodzin pojęć cnoty i odpowiedzialności w pracach E. Levinasa? Istota człowieka nie jest już w wolności, lecz w pewnego rodzaju skrępowaniu. Być prawdziwie sobą samym, to podjąć świadomość skrępowania pierwotnie nieuchronnego, jedynego w naszym ciele, to zwłaszcza akceptacja tego związania, następnie wyjście z anonimowej egzystencji ku zaistnieniu, podjęcie „niewybaczalności egzystencji czystej”. (E. Levinas, Le temps et l’autre, Paris, PUF, 2009, p. 26) Levinas wyprowadził wniosek, że to począwszy ze mną możliwa jest inność. (E. Levinas, Totalité et infini (TI), Kluwer Academic, 2009, s. 29) Pragnienie (kiedyś jedynie autorealizacji) jest pragnieniem Innego. Relacja między Tym samym i Innym nie anuluje separacji, ona potwierdza się w transcendencji (tamże, s.54) Ale właśnie z ‘postawą’ następuje zdrada woli, wyłanianie się bliźniego, zaczyna się też jedyna ‘Mowa’ i wystawienie się na innego.
W roku 1947 ukazuje się jego książka „Istnienie i istniejący” (De l’existence a l’existant) Zarysowują się już idee, które stanowią potem treść całej myśli E. Levinasa. Chodzi m.in. o heideggerowską różnicę pomiędzy byciem i bytem, o „zerowy punkt” istnienia, zatem bezosobowe, czasownikowe bycie, „il y a” (jest się), nie będące ani nicością, ani byciem konkretnego bytu; także o separację, ucieczkę od bezosobowego bycia, czyli narodziny w tym anonimowym istnieniu (existence) kogoś egzystującego (existant), „hipostazy”. Kolejne ale tym razem niewielkie dzieło „Czas i inny”(„Le temps et l’autre”) jest „poszukiwaniem relacji z drugim, na tyle, na ile zachodzi w niej element czasu, jak gdyby czas był transcendencją, otwarciem na drugiego i na innego”( E. Levinas, Etyka i Nieskończony. Rozmowy z Philipsem Nemo, tłum. B. Opolska-Kokoszka, Kraków 1991,s.35). Wyjście z monadycznej samotności „ja” jest możliwe dzięki dwom typom relacji z innością. Dotyczy to „z jednej strony relacji erotycznej, relacji wolnej od wstydu z innością kobiecości, a z drugiej, relacji ojcostwa, zmierzającej ode mnie do innego, który w pewnym sensie jest jeszcze mną, a jednak już całkowicie innym: czasowość zbliżona do konkretności i logicznego paradoksu płodności” (tamże, s.39).
W „Całości i nieskończoności” (1961) Lévinas krytykuje filozofię europejską, za to że ‘bycie’ stało się dla niej centralnym problemem, że ‘bycie’ związała z przemocą. W przemocy miało się przejawiać to, co bytuje. Nieodłącznym atrybutem bycia stała się wojna. Z drugiej strony ideałem filozofii europejskiej była zawsze całość i jedność. Dowodzi ona jedności bytu i jedności myślenia, starając się redukować to, co różne, do tego, co tożsame. Jednakże tam, gdzie panuje ‘to samo’, nie ma miejsca dla tego, co ‘inne’. Tym zasadom Levinas przeciwstawia własną metafizykę, opartą na pojęciach różnicy i nieskończoności. W naszym stuleciu przyswoiliśmy sobie różnicę (difference). O tym pojęciu jeszcze powiemy. Z kolei nieskończoność nie poddaje się totalizacji, wyrywa nas samych z ograniczeń myśli, działań, pożądań. Nieskończoności nie można ująć w pojęciach, uchwycić jej intuicją, można jej jedynie pragnąć. Pragnienie nieskończoności jest doświadczeniem etycznym, które ujawnia się w momencie spotkania z innym. Innego nie jestem w stanie zrozumieć, lecz mogę nawiązać z nim kontakt. „Całość i nieskończoność” ukazuje prymat filozofii nieskończoności nad filozofią totalności przez ujawnienie sensu relacji z innym, warunków tej relacji, jej form i następstw. A tam, gdzie panuje to samo, nie ma miejsca dla tego, co inne. Nieskończoność nie poddaje się totalizacji, umyka wszelkim próbom jej objęcia, przekracza nieustannie myśl, wyrywa nas samych z ograniczeń myśli, działań i pożądań. Niezbywalne pragnienie nieskończoności jest bardziej źródłowe aniżeli jakakolwiek myśl rozumiejąca.
Dzieło Levinasa broni subiektywności nieegoistycznej, przedstawia sens relacji intersubiektywnych, sens tworzenia się społeczności jako spontaniczności ludzkich działań. Dzieło „Całość i nieskończoność” otwiera Levinasowi drogę do profesury na francuskich uniwersytetach i do międzynarodowej sławy, przedstawia oryginalną myśl, którą można nazwać „filozofią inności”. W obliczu totalności filozofii tożsamości myśli europejskiej, która tworzy racjonalizm, w którym niemożliwe jest otwarcie na to, co zewnętrzne wobec świadomości, filozof opisuje tutaj pozytywną i absolutną zewnętrzność, jako relację z tym, co „inne”. Zdaniem Levinasa to nie ontologia jest filozofią pierwszą- sensem rzeczywistości jest poszukiwanie dobra poza byciem bytu(poza jego historią) w metafizyce, która jest etyką. Metafizyczny jest stosunek bytu ludzkiego do nieskończoności, której pragnienie nie opuszcza nas. W tym dziele chodzi o stosunek do innego, stosunek asymetryczny, bo to inny jest mistrzem, ale także cierpiącym, za którego jest się odpowiedzialnym.
Naczelną przesłanką tekstów Levinasa jest etyczny charakter relacji międzyludzkich. Wyrazem nowych przemyśleń jest książka „Humanizm drugiego człowieka” (Humanisme de l’autre homme, Montpellier 1972). Dzieło „Inaczej niż być lub poza istotą” (Autrement qu’etre ou au-dela l’essence, La Haye 1974) wykazuje, iż psychizm podmiotu (duchowa wewnętrzność człowieka) jest wcześniejszy od świadomości samego siebie. Filozof odwołuje się do tych fragmentów wielkiej tradycji filozofii zachodniej, które opisują pewien dystans pomiędzy bytem a byciem. Otóż istnieje źródłowe doświadczenie myślenia sytuujące się przed wszelką ontologią. I tak np. biblijny podmiot jest byciem, któremu chodzi o coś więcej niż tylko o heideggerowską troskę o własne bycie. Kolejne dzieło „O Bogu, który nawiedza myśl” (De Dieu qui vient a l’idee; tłum. M. Kowalska, Kraków 1994) jest zarysem filozofii Boga. Zachodnia filozofia, jak i teologia, myślały o Bogu w systemie immanencji. Tymczasem należy przede wszystkim pytać o etyczne znaczenie Transcendencji, gdyż jako taka pozostaje ona niepoznawalna dla ludzkiego rozumu. Filozof „opiera się” na S. Kierkegaardzie, według którego Bóg objawia się w pragnieniu, braku i cierpieniu, a zwłaszcza na Kartezjuszu z jego „ideą-nieskończoności-w-nas”, oznaczającą „coś zewnętrznego” wobec świadomości.
W niniejszej pracy odsłaniamy Levinasowskie pojęcia i argumenty, rozpatrujemy je w ramach debat nad normatywnością, zarysowując subtelne różnice w dyskusji między Levinasem i Husserlem, oraz Heideggerem, podejmującej ich filozoficzne dyskursy. Następnie spróbujemy scharakteryzować Levinasowską inność, która nie jest kwestią różnicy (w sensie różnicy kontekstowej, relacyjnej, zdeterminowanej) lub innością w sensie opozycyjnej różnicy między Jaźnią i nie-Jaźnią (self i non-self), ale raczej zagadnieniem syngularności, pojedynczości, która otwiera na transcendencję. Pokarzemy tutaj znaczenie fenomenologicznej tradycji i przejście jej w stronę wczuwania się w bliźniego. Transcendencja to nie tyle jakaś ziemska obecność, ile transcendencja w ciele, wewnątrz skończonego bytu. Tylko jaka taka może transcendencja otworzyć ucieczkę od duszącej pełni bytu. To sprawia możliwą relację z innym, który nie jest redukowalny tylko do zrozumienia czy też użycia niejako w „relacji bez związku”, w której inny jest witany czy też przyjmowany bez stawania się znanym.(cdn.)
All people are invidious
Stanisław Barszczak— Jako katolicy budzimy zawiść—
Dajcie mi uczciwie wyznać kilka praw. Pozwócie mi powiedzieć to, co chciałbym Wam przekazać. Po skończonej Wojnie w Wietnamie społeczeństwo Amerykańskie nie mogło zająć oficjalnej postawy odnośnie tej wojny. Tak różne wymiary ludzkiego humanizmu i nie tylko, uwikłane były w narzucającą się rzeczywistość. I dzisiaj też powszechnie mamy do czynienia z fragmentaryzacją osób, ale z krwi i kości . Na czym polega teoria nieprzeciętnego społeczeństwa Alisdaire’a MacIntyre’a (common society)? Ten szkocki myśliciel mówi zawsze: “będę lepszy”. Przedstawia dobra, reguły (“rule” jako prawa), cnoty, w rezultacie których nabywamy praktyki (por. artykuł A. MacIntyre, Plain Persons and Moral theory). Jakie są racje gry w piłkę? Zdobycie sprawności. Dobra w ujęciu MacIntyre’a ukazują to, co posiedliśmy w doświadczeniu. Trzeba umieć rozróżnić to, co ogólnie czyni mnie szczęśliwym od tego, co aktualnie sprawia, że jestem szczęśliwym. Czy chcemy czy nie chcemy powinniśmy oprzeć się na dobrym sądzeniu, opinii (phronesis- good judgement). Musimy zrobić (to), co uważamy za najrozsądniejsze. Alisdaire MacIntyre powołuje się również na ludzkie inklinacje i prawo naturalne, które nie zamierza zmieniać. W odróżnieniu od emotywizmu Jean-Paul Sartre’a (bazowaniu jedynie na czynieniu decyzji), utylitaryzmu (możemy rozpoznać życie zaledwie), deontologii Kantowskiej powinności (czynieniu tego, co niezbędne), szkocki myśliciel opiera się na autorytecie Arystotelesowskich cnót. Główne dzieło MacIntyre daje początek nowemu sposobowi myślenia w etyce, a raczej stanowi próbę odnowienia Arystotelesowskiej filozofii moralnej. MacIntyre przeciwstawia filozofii postmodernizmu tradycjonalistyczny antymodernizm. Kwestionuje on sposoby myślenia wywodzące się z dominującej w naszej epoce kultury filozoficznej oświecenia. Poglądy MacIntyre są inspirowane marksistowską krytyką liberalizmu oraz splotem wartości moralnych intelektualnych konstytuujących chrześcijaństwo w swej katolickiej odmianie. Na konferencji w 2009 roku w Notre Dame, w stanie Indiana, zatytułowanej “Co w miejsce katolicyzmu”, wspominał on francuskiego poetę Charles Péguy (1873–1914), który jest autorem takich powiedzeń jak: “Grzesznik jest skarbem Bogu, którego On nigdy nie odrzuci pomiędzy ciernie przydrożne/…/ Kochać znaczy przyznawać rację istocie kochanej, która się myli/…/ Kto nie wykrzyczy prawdy wtedy, gdy ją zna, staje się sojusznikiem kłamców i fałszerzy/…/ Mała nadzieja to ta, która wciąż się zaczyna/…/ Nie jest chrześcijaninem ten, kto nie poda ręki drugiemu/…/ Świat jest pełen porządnych ludzi. Poznaje się ich po tym, że świństwa robią bardzo nieudolnie/…/ Wiara jest katedrą, miłość szpitalem, ale obie bez nadziei byłyby tylko cmentarzem.” Zwracał tym samym uwagę na narrację osób, na ich progres oraz regres, ale przede wszystkim czytał w myślał studentów i zachęcał do ich pielęgnowania wartości w chrześcijańskim wychowaniu dzieci. Bo tu chodzi nie tyle o moralność, ile zdolność życiową rodziców. Wskazywał na korekty systemu edukacji, na rozwój społeczeństw: przywołując cywilną wojnę Ameryki wyraził się o niej jako o najbardziej destrukcyjne wojnie. Konflikt między społeczeństwami, a więc trzeba postawić w końcu pytanie: jak dobrzy jesteśmy? Oto narracja życia jest w konflikcie z zeświecczonym umysłem. Postawmy na rozwój mój osobisty, ale i rozwój instytucji chroniących osób, również na pewną stabilizację i jedyną, bo ludzką racjonalizację powszechnego życia. Wszyscy ludzie są znienawidzeni, Alisdair MacIntyre w pewnym momencie tam powiedział. Myśliciel powoływał się na nasze “szaleństwo”. Bóg jest Żydem, często postępujemy tak, jakbyśmy tylko tej tezie dawali posłuch. Dziecko- jest po urodzeniu… A rozumne spojrzenie na życie osób zależy od naszych uczuć i wyborów, musimy wziąć to pod uwagę. Trzeba ostatecznie zapytać o to jak mamy polepszyć życie nasze, jak pamiętamy w naszych społeczeństwach…, jak ludzie pracują razem. W obliczu różnych wymiarów naszego humanizmu musimy konfrontować miłosierdzie i sprawiedliwość, myśliciel przywoływał tutaj poezję i narrację życia. Jeżeli wierzymy w moc sensu, powinniśmy pytać o jakość szans realizacji chrześcijańskiej wolności. Wręcz wobec obecnego pokazu nicości i tego, że jesteśmy zużyci, zmarnowani niejako, przyznać, że nasze metafizyczne postępowanie pociąga za sobą postępowanie polityczne nierzadko. Paradoks naszej potencjalności polega na tym, że potrzebujemy polityków. A przecież jak się modlimy, tak jesteśmy. Przy deprawacji codziennej i ubóstwie życia wręcz trzeba szkół, trzeba warsztatów katolickich nie tylko dla chrześcijan, nie należy odizolowywać porządku moralnego od bogactwa życia. Stosownie do naszych napięć wewnętrznych musi być budowana w tym względzie nasza polityczna odpowiedź.
Ach te kobiety…
stanisław Barszczak — “Widzieć innego upokorzonego jest dla mnie nie do zniesienia”—
Bardzo mi miło widzieć was tutaj. Jesli można zabiorę głos… Kiedy w społeczeństwie brakuje Boga, to z tym zawsze złączona jest okrutna nędza duchowa, zauważył Papież Francesco. A na dzisiejszej audiencji mówił bardzo mocno o tym, że mamy pamiętać z wdzięcznością o męczennikach wiary! Powiedział o narodzie albańskim, który nawiedził w ostatnią niedzielę, że to naród odważny i silny, który nie ugiął się pod cierpieniem (w czasach szaloejącego w Europie komunizmu). Papież jest wdzięczny za duchowe wsparcie Polaków, zachęca nas, byśmy cieszyli się pełnym pokojem, wyzbyli się nienawiści. Wczoraj w liturgii wspominaliśmy świętego Ojca Pio. Osoba włoskiego kapłana i stygmatyka, Ojca Pio z Pietrelciny, do dziś rodzi żywe zainteresowanie massmediów. Do mnie on nie przestaje mówić: “widzieć innego upokorzonego jest dla mnie nie do zniesienia.” “Moją matką i moimi dziećmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je wiernie.”(Mia madre e i miei fratelli sono coloro che ascoltano la parola di Dio e la mettono in pratica). Mamy obwieszczać któlestwo Boga i uzdrawiać chorych. A królestwo Boga jest blisko: nawróćcie się i wierzcie w Ewangelię (“li mandò ad annunziare il Regno di Dio e a guarire gli infermi… Il regno di Dio è vicino: convertitevi e credete nel Vangelo… Il Figlio dell’uomo sta per essere consegnato nelle mani degli uomini” A teraz wiedzcie o tym, że Bóg zawsze idzie dalej… A przed nami za oknami jesień. Mamy chłonąć tę wspaniałość natury i czekać- aż jasność się stanie… czuwać nad cudzą samotnością…Osobiście powiem: nie będę żył wiecznie, i jeszcze uzupełnię to zdanie, bo jestem Polakiem z krwi i kości… Mamy wciąż inny stopień witalności i pewności siebie. człowiek idzie przez teraźniejszość z zawiązanymi oczyma , może jedynie przeczuwać, co włąściwie przeżywa. dopiero póxniej odwiązuje mu się chusteczkę z oczu, a on spojrzwszy w przeszłosć stwierdza, co przeżył i jaki to miało sens. Nasze największe katastrofy wydarzają się tak głęboko nas, że na naszej powierzchni pojawiają się tylko odległe fale… przemijamy, Ale samobójstwo- to plunięcie stwórcy w twarz! chciałbym przemienić to nasze spotkanie, w piękny motyw, który juz pozostanie w kompozycji do końca moich dni! A dzisiaj jeszcze raz zachęcę Was do realizacji planu Pana z Wysoka. Chodzi o nadprzyrodzone zbawienie ludzkości od grzechu! Wartość człowieka mieści się w tym, czym sam siebie przerasta, w tym ,czym jest poza samym sobą, czym jest w innych i dla innych. W świadomości noszę pewną opowieść, która chciałbym Wam opowiedzieć, mianowicie o śmierci i gęsiarzu. “Pewnego dnia śmierć przeszła przez rzekę, za którą zaczyna się świat. Żył w tej okolicy biedny gęsiarz pasący małe stadko białych gęsi.
– Wiesz, kim jestem, bracie? – zapytała śmierć.
– Wiem, jesteś śmiercią. Często widywałem cię chodzącą po tamtej stronie rzeki.
– A czy wiesz, że przyszłam, by cię zabrać na tamtą stronę?
– Wiem, ale to jeszcze nie tak prędko.
– Prędko czy nie, powiedz – nie boisz się?
– Nie – powiedział gęsiarz – odkąd tu jestem, patrzyłem na drugą stronę rzeki, wiem, jak tam jest.
– Czy nie chciałbyś czegoś ze sobą zabrać?
– Nie przecież nic nie mam.
– Niczego nie pragniesz?
– Nie, ja na nic nie czekam.
– Dobrze, wiec pójdę teraz dalej i zabiorę cię w drodze powrotnej. Potrzebujesz czegoś?
– Nie, niczego nie potrzebuję, mam wszystko: spodnie, koszulę, parę zimowych butów i czapkę, gram na fujarce. To daje radość, chociaż moje gęsi nie znają się na muzyce.
Kiedy po pewnym czasie śmierć wróciła z dalekiej podróży, szło za nią wielu ludzi. Był między nimi bogaty skąpiec, który przez całe życie gromadził wszelkie cenne i bezwartościowe rzeczy: ciuchy, złoto, akcje, kamienice. Mężczyzna jęczał i rozpaczał:
– Jeszcze pięć lat, jeszcze tylko pięć lat i miałbym o pięć kamienic więcej. Takie nieszczęście, takie straszne nieszczęście!
Śmierć była dla niego straszna.
Szedł za nią też kierowca rajdowy, który przez całe życie trenował, żeby zdobyć medal. Brakowało mu tylko pięć minut do zwycięstwa, kiedy go spotkała śmierć.
Szedł z nimi też stary żebrak, który rozpaczał, bo nie mógł się rozstać ze swoją ukochaną starą laską. Także dla niego śmierć była straszna.
Gdy wreszcie doszli do rzeki, za którą kończy się świat, spotkali znów siedzącego tam gęsiarza. Kiedy zaś śmierć położyła mu dłoń na ramieniu, wstał i przeszedł przez rzekę, jakby to nie było czymś szczególnym, jakby dobrze znał drugą stronę. Miał dość czasu, by patrzeć w tamtym kierunku, tamten brzeg nie był mu obcy, a w powietrzu unosiły się jeszcze tony melodii, którą zwykle grał. Był radosny. Przejście na drugi brzeg było dla niego pięknym doświadczeniem.
A co się stało z gęsiami? Przyszedł nowy gęsiarz. “(za Jerzy Machnacz)
A my… może nie pragniemy niczego! nikt nie wysadził nas z siodła! Nie pozostawaliśmy w konflikcie z ojcem, nie mieliśmy przykrości od kolegów, nie byliśmy snobistami, zarozumiałymi, molestowani w dzieciństwie, z seksualnymi zahamowaniami, z inklinacjami do platonicznego homoseksualizmu. A może jednak często choroba skrywana powodowała u nas przypływ mocy twórczych, może nie stwierdziliśmy pewnego razu: “Nie mogę już dłużej stawiać czoła tej grozie”. “Nocami mam obsesję mojej beznadziejności.” Choć z biegiem czasu nabraliśmy pewności siebie i byliśmy w stanie dyskutować na równi z kobietami, i nikt nam nie chciał dokuczyĆ na odchodne… Ale bywamy trochę przewrażliwieni, a przecież nikt nam nie nastręczał korepetycji, nie porzucaliśmy studiów, to spotkanie jednak nie okazało się dla nas katastrofą (Boże kochany), zyskaliśmy uznanie wybitnych ludzi, może nie odnoszono się do nas z niechęcią ze względu na powstańczą przeszłość Polskiej Solidarności, i nawet jeszcze nie straciliśmy energii do pracy. Ale trzeba nam się zastanowić nad tymi zdaniami z ewangelii: “Moją matką i moimi dziećmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je wiernie.” Ja kiedyś spojrzałem w tramwaju na dziewczynę i jej teraźniejsze reakcje: Dziecko niezwykłe, o uważnym spojrzeniu, które lubi opowiadać historie. Dziewczyna niespokojna, która z uporem szuka własnej drogi. Odważna, która stopniowo osiąga sukces, nie tracąc przy tym głowy, żyjąca swą pasją, zdolna do wielkich przyjaźni, do niezwykłych zrywów, obarczona cierpieniem. Czy ja ją znam? Ktoś powiedział mądrze o dziewczynie: “jeżeli mamy wrażenie, że ją znamy, jeżeli przerzucając jej dzienniki, czujemy ukłucie w sercu z powodu czegoś, co napisała, a co my sami kiedyś pomyśleliśmy, jest tak dlatego, że ona zna nas, potrafi wyrazić nasze myśli, nasze porywy, emocje, udręki: wszystko to, czego wyrazić sami nie potrafimy.”Ale wracam do naszych porywów z wczoraj i dzisiaj. Może obnosimy się z mnóstwem kompleksów (jednym z nich był brak uniwersyteckiego wykształcenia). I Udowadnia się nam, że załamania nasze i wszedobylski obłęd nie były wynikiem duszenia się w małżeństwie z partnerem i skłonności homoseksualnych, ale strachem przed porażką i wieloma smutnymi przeżyciami, m.in śmiercią rodziców, brata, moze nawet nie siostry. Ojciec Pio umiał postępować z kobietami: nie bał się ich piękna, ale obawiał się o piękno ich duszy. Choć wystawiany przez niektóre z nich na próbę, sam nie próbował wyrządzić im żadnej krzywdy…„Czy myślicie, że mam serce z kamienia? Kocham dusze tak samo jak Bóg”. Można rzec, że kochał kobiety, lecz sercem czystym i uważnym. Warto dziś nauczyć się takiej pedagogii postępowania wobec kobiet, by później nie wzdychać z ironicznym przekąsem: Ach, te kobiety! Wspierały Ojca Pio Mary Pyle, Barbara Ward. Do pierwszych duchowych córek Zakonnika należały: Raffaelina Russo, Lucia Fiorentino i jej siostra Giovanna, Ventrella Vittorina, Elena Filomena, Nina Campanile, Maria i Antonietta Pompillo, Filomena Fili i Assunta di Tommaso. Również relacje z tymi kobietami nie były pozbawione nadprzyrodzonego charakteru uczuciowej więzi, choć nacechowanej powściągliwą serdecznością. Ojciec Pio żywo i szczerze uczestniczył w ich duchowych i życiowych wydarzeniach, o czym zaświadcza Nina Campanile, kiedy pisze: „W kierownictwie duchowym Ojciec Pio nie ograniczał się jedynie do słuchania o sprawach dotyczących pobożnych praktyk, lecz wchodził we wszystkie szczegóły dnia, w całe życie naszej rodziny…” W prasie podawano wówczas: „Ojciec Pio kocha się w tej” lub „Ojciec Pio otacza zbytnimi względami tamtą”. Pio kochał czystość, bo umiłował Boga i strzegł jej wiernie. Ta autentycznie przeżywana miłość do Boga nie pozwalała mu na braki w miłości bliźniego, zwłaszcza gdy była nim kobieta. Jako mistyk i realista miał świadomość, że sama miłość nie wystarczy, by ustrzec ślubowanej czystości, do tego bowiem konieczna jest czujność. Stróżem jego czystej miłości było więc czuwające serce. To był człowiek o niezwykle czułej serdeczności”. W 1984 roku prof. Giuseppe Ziveri dokonał analizy grafologicznej niektórych rękopisów Ojca Pio z okresu obejmującego lata 1905-1950 2. Analiza wykazała, że zakonnik był człowiekiem „o wielkiej uczuciowości, cierpliwości, łagodnym i cichym, z dużymi zdolnościami przystosowawczymi”. Fascynacja jego osobą wynikała także ze sposobu traktowania innych, tworzenia międzyludzkich relacji i szczególnego klimatu. Tak rodziła się swoista więź, niezależnie od tego, czy spotkanie było dla kogoś przyjemne, czy wręcz przykre i bolesne. W rzeczywistości Ojciec Pio nie tylko obdarzał innych uśmiechem i rozdawał cukierki, ale potrafił być człowiekiem twardym i zdecydowanym. Zawsze jednak przemawiał wprost do ludzkiego serca. Wydają się dziś nie do rozstrzygnięcia pytania o to, czy Ojciec Pio był bardziej drażliwy czy uprzejmy, szorstki czy łagodny, surowy czy czuły, gburowaty czy towarzyski. Zapewne był i taki, i taki. Co więcej, miał świadomość owego dualizmu uczuć i nastrojów, który uzasadniał jednym stwierdzeniem: „Łagodniejszym mama nie mogła mnie urodzić, ale i surowszym również nie”. Czasami był szorstki zewnętrznie, a równocześnie niezwykle dobry wewnętrznie… O Panie własną śmierć każdemu daj, daj umieranie, które z życia płynie, gdzie miał swą miłość, swój ból i swój raj…daj nam Panie świętych i uczonych kapłanów!(Papież Pius XII mawiał), obdarz nas Panie kapłanami miłosiernymi. Módlcie się za kapłanów… Ach te kobiety!
Od Zamku Anioła nad Ziemie Mazowsza i polskiego Śląska
Stanisław Barszczak— Europejska pieśń o Rolandzie—
Okazuje się, że mam za sobą długie spacery o których chciałbym Wam nieco teraz opowiedzieć, i tak: koło wieżowców w Buenos Aires, następnie z Umbryjskiej Foggii do San Giovanni Rotundo(śladami Ojca Pio), nad słoneczną Sekwaną w Paryżu, do Katedry św. Pawła w Londynie nad kamienną Tamizą, zaraz potem pod Opactwem Westminster spojrzenie na wypoczywającego na swym tronie A. Lincolna. Ale możecie wiedzieć jeszcze coś więcej o tych moich podróżach do współczesnego świata. Był czas, że wspinałem się do Zamku w wysokim Edynburgu, po śladach z XI stulecia wielkich tutejszych patriotów, odwiedzałem tamtejszą wieżę-mauzoleum Waltera Scotta… W muzeum z ptakami z całego świata w Manchesterze usłyszałem polską mowę, to był ojciec i syn. Stosunkowo niedawno spaceruję przy Placu Aleksandra w Berlinie. Gdy tam przyjechałem samochodem po raz pierwszy, z powodu mgły nie było widać pięknej sylwetki znanej na całym świecie wieży telewizyjnej; dopiero rankiem następnego dnia pokazała mi się ona w oknie hotelowym w całej okazałości. Ale już przedtem spełniły się mojej dziecięce marzenia, stanąłem na bruku Placu Czerwonego w Moskwie, odwiedziłem Kremlowskie świątynie. Z pobytu w Rosji niezapomniane chwile łączę także z Sankt-Petersburgiem, z ujrzeniem zbiorów Ermitażu i wycieczką kanałami Newy. Czy uwierzycie, otóż pewnej nocy spacerowałem kilka kilometrów na lotnisko w Sandefjord, oddalone ok. 100 km od Oslo, stolicy Norwegów. A wcześniej znalazłem się w pałacu przy nabrzeżu w Oslo, w którym co roku wręczana jest Pokojowa Nagroda Nobla. W styczniu 2009 roku z nasza grupą pielgrzymów z Olsztyńskiego Domu Rekolekcyjnego wjechaliśmy na najwyższy wieżowiec w dalekim Meksyku, skąd widziałem zielone dachy Bazyliki Matki Bożej z Guadelupe. Innym razem schodziłem ku nabrzeżu w bardzo mi bliskiej Lizbonie. A teraz chciałbym wspomnieć te miejsca, z którymi wiążę moje bardzo indywidualne przeżycia, mianowicie wyjazd początkiem lutego 2012 roku do czerwonej z uwagi na zabudowę centrum Bolonii, oraz ujrzenie Dniestru w Kijowie, nawiedzając Stacje Drogi Krzyżowej, tam urządzonej w lesie, bardzo blisko tej potężnej rzeki. Przerastało coś moje obecne siły, poczułem się małym i nic nie znaczącym bywalcem z innej epoki. A potem, co mnie uderzyło osobiście, to biała klinkierówka rozłożona na ulicach Kutaisi w Gruzji, która jasno zaświadcza o sercach tutaj mieszkających. Gdy byłem w tym roku w marcu w Betlejem, zobaczyłem drogę do Bazyliki Narodzenia Naszego Pana Jezusa Chrystusa również wyłożoną pięknymi białymi klinkierówkami, ale zaraz następnego dnia ukryto ją pod obfitą warstwą rozlanego asfaltu. Tak więc widzicie, bywa się tu i ówdzie, do końca życia nie zapomnę moich odwiedzin w dalekiej Indiach, ale w bardzo mi bliskiej krainie Kerali. Ludzie z temperamentem naszych Ślązaków, a ja mogłem tam, w stolicy diecezji Trivandrum, m.in. przewodniczyć liturgii w języku angielskim. To bardzo osobista pielgrzymka do świętej Kerali. Ostatnio spacerowałem do centrum La Rochelle we Francji w pobliżu prześlicznej przystani z jachtami, chciałoby się od razu tam usiąść i płynąć, płynąć.. ku niebieskiej krainie. Owszem przystań pojawiła się w moim życiu po raz kolejny, tym razem w Dubrowniku. Tam ostatnio przy nabrzeżu w dzielnicy Port Gruż, w kościele świętego Krzyża, do którego miałem zaproszenie, uczestniczyłem we Mszy świętej niedzielnej. Jedyne uczucie słowiańskiej solidarności. Ach te spacery ku Staremu Miastu, i widok tych ślicznych, olbrzymich kilkunasto-piętrowych okrętów- statków pasażerskich: MSC Orchestra, Holland Ameryka Line, Mein Schaff, machałem aż usiadłem na pożegnanie Statku Grand Celebration, który odpływał w siną dal wybierając kurs na pełny Adriatyk. Był tam lunch z samymi Jezuitami, a jakże, do których musiałem „wdrapać się” po kamiennych schodach wysoko, nawiedzając wcześniej Kościół św. Ignacego. A już miałem za sobą koncelebrę w kościele św. Błażeja, i samotnie tam trzymającego odwieczną straż rycerskiego Rolanda(pomnik naprzeciwko świątyni). Gdybyście teraz mieli życzenie, powiedzmy jedyne i nieodwołalne, to zaprosiłbym Was, Kochani Moi Czytelnicy, na most Karola na Wełtawie w Pradze, albo może na most Ponte Vecchio we Florencji, symbol Zakochanych, czy most w Mostarze, który nie przestaje wiekami łączyć muzułmańską wschodnią stronę miasta z zachodnią katolicką. Niechby to była jedyna granica naszych serc, które musimy wyleczyć z stale czyhających na nas złych emocji i niekłamanego resentymentu. Kiedy obchodziłem dokoła Stare Miasto w Dubrowniku i spojrzałem w dół, ale to bardzo głęboko- bo w fosie, która tam była wypełniona wodą. teraz urządzono trasę szybkiego ruchu- dlatego zaraz przemyśliwałem o przedziwnych zakamarkach ludzkiego serca i co z tego wyszło. Ano posłuchajcie. Serce ludzkie, jest ono ożywiane splotem żył, które nierzadko skrywają się bardzo głęboko, tak jak teraz ta droga wokół Old City Dubrownika. Wierzyć sercu, to uważałbym za nasze priorytetowe zadanie, jako chrześcijan epoki Trzeciego Tysiąclecia od narodzenia Jezusa Chrystusa. Tam ten głęboki wąwóz ukryty w skałach dziś pełny jest jadących non stop samochodów, pod sercem Dubrownika, tj. Starego Miasta, które kształtem swej dawnej zabudowy, przypomina przedsionki i komory ludzkiego serca. Dzisiaj co prawda ludzie tam wchodzą na mury miasta, bo można za 30 kunas obejść dokoła to śliczne miasteczko w przeciągu godziny, ale czy sercem pozostają z sobą solidarni, czy chronią swoje ludzkie serce przed schorzeniami naszych czasów, czasów- tak bardzo nie rozumiejących pragnień każdej osoby do życia w wolności, usłyszenia sprawiedliwości, odchodzenia z tego świata w miłości. Mamy w Polsce ruiny kościółka w Trzęsaczu nad polskim Bałtykiem, każdy chyba to wie, ale one nieustannie zaświadczają tylko jakby o Polaku bez serca, i tak sobie myślę, do św. Franciszka przemówił Chrystus, nasz Pan: „Franciszku, odbuduj mój kościół.” Jest łaska, ale co my możemy uczynić bez pieniędzy… W Dubrowniku nie jadłem ziemniaków, nieco „schudłem”, ale napisy uliczne powtarzały znamienne słowa A. Lincolna: „nie jest ważne jaka jest godzina w życiu, ale jakie jest życie w godzinach.” (nie znam jeszcze biegle chorwackiego, tylko czytam w tym języku). To we mnie budowało jedyną świątynię ludzkiej osoby, otwartą i gościnną dla „każdego” Boga, w każdej religii. I ten wymowny ruch ciałem mieszkańca Dubrownika.. Muszę przyznać się Wam szczerze, wszędzie gdzie jechałem, czy też udałem się już w podróż, musiałem zawsze dać coś z siebie. Przygotowanie pielgrzymki wciąż mnie dużo kosztuje. Ale radość po powrocie do ojczyzny bywa tutaj roztargnieniem jedynym i niepowtarzalnym w całym moim życiu. Nie zamieniłbym jej nawet na ponowne odwiedziny plaż w odwiedzonych krajach, w których ludzie reprezentują swoje obyczaje i nietuzinkową kulturę, nadto porozumiewają się jakże w odmiennych językach. A bywało się na plaży w Goa, w Mumbai w pobliżu Rezydencji Tal Mahal, w Les Minimes (La Rochelle), Batumi, Copa Cabana w Dubrowniku, na Teneryfie, w Nazare (Portugalia), w Abidżanie (Wybrzeże Kości Słoniowej), w Marsylii, Pafos (Cypr), w Atenach, w Acapulco, w Ostii, w Dubaju, na Majorce i w Barcelonie. Wożę ze sobą różaniec, Papa Franciszek powiedział ostatnio, że różaniec jest zawsze częścią jego życia. To piękne. Zakochany jestem w placach miejskich i rondach z ulicami rozchodzącymi się na wzór gwiazdy. Taki rozkład ulic zapamiętałem odwiedzając mój młodzieńczy Szczecin, do takich placów przylgnąłem następnie w Atenach, a ostatnio jeden gwieździsty plac widziałem nawet w Monachium. Jak powiedziałem, odwiedziłem wiele miejsc godnych zapamiętania. Kościół z ambonką, z której perorował Jan Kalwin w Genewie, tamtejszą wysepkę z popiersiem Rousseau. Z Florencji nie zapomnę liturgii z Kanonikami w Katedrze. W San Giovanni Rotundo uścisnąłem dłoń Założycielowi Stowarzyszenia Apostołów Jezusa Ukrzyżowanego, po dziewięćdziesiątce jest, „ale dobrze się trzyma.” W Schiacca, a wcześniej w Ostendzie chodziłem po śladach Odysseuszowej Penelopy. A mogłem wypożyczyć rower bezpłatnie. W Abidżanie ucieszyłem się z lunchu w tamtejszej wspólnocie Księży Marianów. W Buenos Aires podszedłem pod wieżowce w pobliżu akwenu La Plata. W Los Angeles spacerowałem w Hollywood po Alei Gwiazd. W San Francisco Jezuici już przygotowywali się na Żłóbek Betlejemski. Zajechałem na kąt świata w San Diego w Kalifornii, gdzie stróżuje w polskiej Parafii święty Maksymilian Kolbe. W Brukseli podchodziłem pod wieżowce Unii Europejskiej, ale zawsze gdy tylko jestem muszę spojrzeć na przepiękną olbrzymią elewację Pałacu Sprawiedliwości, którego sobowtóra w nieco mniejszej skali oglądałem w Monachium. Pewnego dnia znalazłem się w Eindhoven, by wejść do skromnego muzeum z obrazami skrywanymi jakby na trzecim piętrze, bukiet kwiatów Picassa, inne dzieło Kokoszki. W Madrycie- do którego muzeum El Prado ustawiłem się w kolejce po moich odwiedzinach Bonifacio na Korsyce i wertowaniu w pamięci Mszy świętych sprawowanych w Bazylice Matki Bożej de la Garde, stróżującej z wysoka miastu Marsylii- „przywitała mnie” swym autoportretem Sofonissa malarka. W Lourdes- poza modlitwą w Bazylice i przy Grocie Objawień Matki Jezusa i naszej Królowej, w sąsiedztwie rzeki Gave- znalazłem czas na wycieczkę w wysokie Pireneje, jakby w poszukiwaniu Rolandowej legendy. Do „czerwonej” Tuluzy powróciłem po raz drugi, uczestnicząc w sympozjum naukowym o Emanuelu Levinsie. W Budapeszcie stoi piękna Katedra, nie tak duża, na jej frontonie obejrzałem film-grę świateł pewnego dnia. Jestem po pielgrzymkach z Ojcami Gabrielistami do Saint Laurent sur Sevres i na wyspę Krapanij w Chorwacji. Tam jakbym słyszał słowa: spiesz się Stasiu, po z ociepleniem klimatu pójdziemy pod wodę- otóż istnieje prognoza, że do 2150 roku ta mała wysepka Krapanij, z klasztorem franciszkańskim i niedawno otwartym pięknym hotelem, z jej 170 mieszkańcami, znajdzie się pod wodą. Był potem Lipsk, moja podróż na Targi Książki, bywało się w pięknych, jasnych Halach pełnych książek, ale również na spotkaniu z Artystami w przepięknej Kamienicy niedaleko kościoła, w których organistą był Jan Sebastian Bach. Odwiedzałem później Norymberskie Planty i plątaninę miejskich asfaltowych uliczek na rzece, piękne zachowano tam mury miejskie, wybierzcie się tam do opery. Jeśli jesteście w Kolonii, to niezapomnianym przeżyciem będzie spojrzenie na jej bajkową Katedrę. W Dortmundzie ja już wybrałem się do miejskiego teatru, gdzie za aktora byłby z pewnością znów Karol Wojtyła, a obecnie święty z Wadowic. Nigdy nie zapomnę atmosfery przy nabrzeżu Stavanger w Norwegii, domki z drewna są tam prześliczne, rozmachu zabudowy Kopenhagi, jak też rozmów z biskupami odwiedzanych miejsc. Malmo (Szwecja) -rozwlekłość zabudowy, koguty na wieżach Rygi, Dubaj- specyficzna „przejrzystość” nowoczesnego miasta, Zagrzeb- dwie osady: Gradec na górze i Kaptol z katedrą katolicką na dole, w Sztokholmie zza szyb pociągu podziwiałem z kolei bliskość skał. „Ty jesteś opoka, a na tej opoce zbuduję mój kościół.” Mój święty Piotr przechadza się pewnie teraz ulicami Poznania, ale wciąż domaga się wierności łasce. Jeszcze pojedyncze głosy słyszę w Polsce: Księdza A. Bonieckiego z Krakowa i Biskupa Marka Jędraszewskiego z Łodzi tylko. Ale przed nami expose Pani Premier Ewy Kopacz, co ono przyniesie tej mojej krainie nad Wisłą, oby dobrobyt i szczęście, czego Wam i sobie w ten piękny wrześniowy, a Rolandowy poranek życzę.
Die Heimat ist ein Kind der Liebe
Stanislaw Barszczak, —Die Liebe sonst kommt—
Ich klar erkannt, dass die Existenz der Liebe erscheint als der Inhalt der Beziehung von Menschen und die Liebe selbst nicht anders geht. Die Beziehung des Menschen ergibt sich aus der Tatsache seiner Schöpfung “in dem Bild und Gleichnis” Gottes. Gemeinschaft der Liebe ist das Kriterium für die Erkenntnis der Welt. Der Mensch ist berufen, in Gemeinschaft mit anderen Menschen zu leben, so nicht leben und nicht sich selbst zu retten, sondern als ein soziales Wesen neigt dazu, in der Einheit mit anderen zu beenden. Ivan P.Pawłow sagte: “Nur eine Sache im Leben wirklich interessiert uns: unsere eigene geistige Erfahrung.” Aber was ist das der erste menschliche Erfahrung? Welche der vielen Konzepte Ich, ist die einfachste? Welche von den vielen Erfahrungen von Ich ist die Quelle? … Unter vielen möglichen und tatsächlichen gelebten Erfahrung des Selbst, IchErfahrung von einen bestimmten Erfarhrungswert (aksjos) ist als die grundlegende Erfahrung.”(Joseph Tischner) Die notwendige Bedingung für die Realisierung der Werte, auf der Grundlage der so verstandenen “Axiologische Ich”, ist die Freiheit. Letztere äußert sich charakteristisch in Begegnungen der Menschen, in einer logischen Abfolge von Ereignissen. “Erleben an der Quelle eines anderen Menschen ist, ihn zu treffen. / … / Am Ende der Sitzung Menschen, die Möglichkeit der Tragödie oder Sieg scheint.
Hier ist die Philosophie des Dramas von Prof. Joseph Tischner. Ein Freund von Vater Tischner, Paul Ricoeur schrieb: “… ich erkenne / … / sich nur, wenn ich in den Arbeiten von anderen, deren ich verstande und ich liebte. Der kürzeste Weg, der mich zu mir führt, ist der Gedanke an das Andere. “Wir konzentrierten uns auf die Logik dieses und nicht ein anderes … jetzt. Ich würde jedoch beachten, “Sterben in der heutigen Welt eine große Sache – die Wahrheit. Ohne einen echten Frieden Marge stirbt.”(Jose Ortega y Gasset) Wahrheit als die einzige und einzigartige Licht spaltet sich in Dutzende von Schmuckstücke. Wollen Sie sehen, wie jeder Wagen hat einen anderen Licht. Die Haltung einer Mischung aus Skepsis und Dogmatismus, und Ausgleich zwischen ihnen, ist die Haltung des modernen Menschen von der unerträglichen Last der Fragen über die endgültige Wahrheit effektiv zu lösen, sagte Paul Tillich. Er wiederholte: “In uns allen, offen oder verdeckt, frei oder versklavt, steckte wie ein Splitter permanenten Verzweiflung aufgrund der Unfähigkeit der Wahrheit zu erwerben, an der Wahrheit zu kommen” Jean Guitton pflegte zu sagen: jede Krise der Wahrheit führt zu einer erhöhten Kraft, Stärke und Tat. Ein Mann hört nicht auf, jetzt wollen, denke ich, etwas anderes und besser: dass die Wahrheit real für alle Menschen ware.
Aus verschiedenen Erfahrungen, so dass wir in Richtung einer neuen Metaphysik, die Emmanuel Levinas fordert Ethik gehen. Zwischen mir und der Nachbar ist nicht- wie Herr Martin Buber sagt- Beziehung der Gegenseitigkeit zu zitieren. Ja, es ist wichtig, zueinnander akzeptieren, aber ich und mein Nachbar nicht zu einer Ganzen gehören. Sagen, von der Nachbarin “die zweite”, Sie überqueren dann die Essenz des Nächsten. Nachbar ist jemand einzigartig. Der Anruf, der mir von Nachbar fließt, ist einzigartig und unwiederholbar. Es kann nicht zu verwechseln mit dem Aufruf, der von einem anderen Nachbarn kommt. Nachbarn unterscheidet sich radikal von mir. Der Wert einer Person wird manchmal durch den Wert seiner ontologischen bezeichnet. Das ist, warum ich mich gegen einen Nachbarn bin. Im Gegensatz zu der ontischen Wert, qualitativen Wert- D. von Hildebrand so sagen würde- kein Wert gegenüber ist.
Und so persönlich in meinem Kampf mit dem Schicksal noch manchmal für Leibniz bringe ich Gefühle für Aspiration zu gehen. Aber jetzt verlasse ich mich auf die Feststellung von M. Scheler, es fühlt sich einfach Gefühle, das heißt emotionale Handlungen, die einmalige Welt der Werte offenbaren. Es scheint mir, dass zu edel sein, ist es jetzt Gefühle zu schenken, und “lassen werden” zu sein. Die Geschichte hat uns eine Theorie der objektiven moralischen Normen, in Bezug auf die richtige Wirkung und von dieser Verwaltung gegeben. Und eine Moral von den Regeln: Wunsch eines Menschen nach Glück, das sittlich Gute und moralischen Imperativ. Subjektive Seite der Moral manifestiert sich im Gewissen, das um jeden Preis gerettet werden ist. Die Bedingungen des moralischen Verhaltens gehören: freie Natur der menschlichen Handlungen, Tugend und Verantwortung. Der Man kann somit selbst erkennen, wenn er es kann eine Mission, in den Grenzen, die ihm seine die historische Verantwortung setzte, getan werden. Aber es ist wahr, dass das, was Sie heiß wollen, oft entgeht, und hier ÜberWünsche rächt. Und oft was wir nicht wollen, wollen wir mehr als nich wollen zu erreichen.”(Jean Guitton). Weil die moralischen Werte sind nicht perfekt und gewollt, aber objektiv und real, auch Kardinal. K. Wojtyla gemacht Veränderungen in die Dinge zu sehen, so dass der Ausgangspunkt der christlichen Ethik ist nicht so sehr eine Reflexion auf das ultimative Ziel des Menschen, sondern die Erfahrung der moralischen Verpflichtung. Moralischen Erfahrung ist die Erfahrung der Besonderheit des moralisch Guten und Bösen in Bezug auf die Handlung und ihrer Täter, dh. Personen. “Wahre Moral besteht nicht beim Halten der getreten Spur, sondern auf sich selbst, für sich selbst den richtigen Weg zu finden und ihr furchtlos zu foplgen”, sagte Mahatma Gandhi. Wir sind in der dritten Jahrtausend der christlichen Ära. Und es scheint auch, dass der Mensch nicht mehr das Zentrum des Universums ist, sondern nur seinen Traum. Der Traum des Menschen geht noch tiefer wie der Himmel. Obwohl der Mann sich selbst liebt mehr als der andere, trägt es weit mehr Angst Zweifel im Leben. Doch Christus verteidigt ihn von seiner Großzügigkeit. Lassen Sie uns also Erfahrung wird daher zu Beginn unserer moralischen Pfad. So, die humanistischen Metaphysik öffnen uns in Verbindung mit der psychologischen Erkenntnis des Menschen. Glück ab, ein zweites Mal zu leben, ist jetzt unsere heilige Pflicht. Schließlich würde Ich sehen, um unsere Haltung gegenüber dem Wert, die Bedeutung und die Schwere des menschlichen Lebens letztlich überwinden wird. Wenn ich das täte, der Leser weiß, auf dem Bürgersteig von Olsztyn mich daran nich zu berurteilen.