Zaproszenie do RIO

Stanisław Barszczak, Posłaniec ludu (jest to kontynuacja opowieści o czasach „Solidarności” w Polsce)
To, o co walczymy w naszej redakcji jutra, to jest ta prawda, żeby każdy z nas był zdrowy! W drugiej połowie marca bieżącego roku odwiedzałem bratnią Brazylię. Samolotem via Warszawa, Mediolan, Nowy Jork, Sao Paulo zawitałem na półkuli południowej. Ameryka Południowa witała mnie mocną zielenią późnego lata. Najpierw wjeżdżamy autokarem do São Paulo – największe miasto Brazylii, Ameryki Południowej, a także półkuli południowej, położone w południowo-wschodniej części kraju nad rzeką Tietê (dopływem Parany), niedaleko wybrzeża Oceanu Atlantyckiego. Stolica stanu São Paulo. Jest położone 400 km od Rio de Janeiro i 1030 km od stolicy kraju, Brasílii. Liczba mieszkańców: 11,8 mln (2013). Aglomeracja liczy ok. 21 mln, jest to jeden z największych zespołów miejskich na świecie. Mieszkańców miasta nazywa się paulistanos. Założone zostało w 1554 roku jako misja jezuicka świętego Pawła (port. São Paulo). W XVI i XVII wieku São Paulo było ośrodkiem handlu niewolnikami i kamieniami szlachetnymi. Prawa miejskie otrzymało w 1712 roku. W 1815 zostało stolicą prowincji (w 1889 – stanu) São Paulo. W 1822 w São Paulo proklamowana została niepodległość Brazylii. W XIX wieku było światowym centrum handlukawą. Do rozwoju miasta przyczyniło się doprowadzenie w 1867 roku linii kolejowej z portu Santos. W mieście znajduje się wiele przykładów architektury współczesnej (m.in. w centrum finansowym miasta – Triangulo). W Muzeum Sztuki Współczesnej i Bibliotece Miejskiej można znaleźć wartościowe zbiory. Regularnie, przy okazji świąt, połączonych z niesprzyjającą aurą notuje się w Sao Paulo największe na świecie korki – ostatni niechlubny rekord w tej kwestii został pobity w czerwcu 2009 roku, w wigilię Bożego Ciała w deszczu stało około 1,4 miliona samochodów, a całkowita długość zatoru szacowana była na niemal 300 kilometrów! Sao Paulo jest finansową stolicą Brazylii – tutaj koncentrują się: największy kapitał i rzesza obracających nim inwestorów, nowoczesne dzielnice finansowe pełne szklanych drapaczy chmur, sąsiadujące z dzielnicami biedy. I właśnie miałem szczęście przenocować raz nie w hostelu czy hotelu, ale także w takiej dzielnicy na peryferiach miasta. O północy przyjął mnie właściciel pięknej posesji, po książkach ustawionych na półkach w salonie zorientowałem się, że jest Babtystą, ma piękne komentarze w jezyku portugalskim do Biblii. Byliśmy umówieni wcześniej na nocleg, w pewnej chwili gospodarz zapowiada kolejny dzień, jutro śniadanie o godzinie szóstej rano. Więc musiałem nastawić budzik, żeby się nie spóźnić na ten posiłek. São Paulo jest jednym z największych ośrodków przemysłowych i handlowych Brazylii (handel kawą). Znajduje się tu największyuniwersytet kraju i trzy mniejsze, metro oraz dwa porty lotnicze: port lotniczy São Paulo-Guarulhos i port lotniczy São Paulo-Congonhas. 17.07.2007 w mieście rozbił się samolot pasażerski Airbus A320. Zginęło ok. 190 osób. Na koniec jeszcze trochę interesujących statystyk dotyczących Sao Paulo: w mieście jest ponad 8 milionów pojazdów i obiektów lotniczych, w tym największa na świecie flota prywatnych helikopterów, której wielkość szacuje się na ponad 500 sztuk (ponad 70 tysięcy lotów rocznie). W Sao Paulo wychodzą 34 dzienniki, powierzchnia zurbanizowanego obszaru miasta wynosi ponad 2000 km, tutejsze lotniska mogą poszczycić się największym ruchem pasażerskim w Ameryce Łacińskiej – rocznie obsługiwanych jest około 35 milionów pasażerów, znajduje się tutaj również największe centrum handlowe Ameryki Łacińskiej – Centro Comercial Leste Aricanduva o powierzchni zabudowy 365,000 m². Największy jest także tutejszy szpital kliniczny o powierzchni ponad 352,000 m². Sao Paulo paradoksalnie mieści się na liście 20 najbogatszych miast na świecie oraz w pierwszej trójce miast Ameryki Łacińskiej. Budżet miasta Sao Paulo jest potężny. Gdyby było to państwo, wyprzedziłoby takie kraje, jak Węgry czy Izrael, zajmując miejsce w pierwszej 50 światowych potęg gospodarczych. Kolejnym miastem, które odwiedzałem to była Kurytyba. Kurytyba (port. Curitiba) – miasto położone na południu Brazylii, na Wyżynie Brazylijskiej. Stolica stanu Paraná. W pobliżu Kurytyby znajdują się źródła rzeki Iguaçu. 2 uniwersytety; ważny węzeł komunikacyjny – w pobliżu port lotniczy, połączenie z portem morskim (awanportem) o nazwie Paranaguá. Działa tam również polski konsulat generalny. Kurytyba została założona w 1654 roku. W XIX i początku XX wieku szybszy rozwój wskutek osadnictwa z Europy (głównie włoskiego, niemieckiego, a także polskiego). Miasto jest głównym ośrodkiem skupiającym Polonię w Brazylii (prasa polskojęzyczna, szkolnictwo, instytucje społeczne, kulturalne i religijne), w znacznej mierze zasymilowaną. Według różnych źródeł miasto zamieszkuje od 87 000 do 300 000 osób polskiego pochodzenia. Ośrodek meblarstwa, przemysłu spożywczego, włókienniczego, drzewnego, papierniczego, metalowego, chemicznego.
Port lotniczy Aeroporto Afonso Pena (CWB) jest położony 18 km od centrum Kurytyby, w miejscowości São José dos Pinhais. Obsługuje regularne loty na liniach krajowych oraz międzynarodowych.
Bezpośrednio do Kurytyby można dolecieć z Miami liniami American Airlines lub z Buenos Aires liniami GOL. Przylatując z Europy należy liczyć się z przesiadką na innym brazylijskim lotnisku, przeważnie w Rio de Janeiro albo São Paulo. Lot do Kurytyby z São Paulo trwa niecałą godzinę. Popularne połączenie z słynnym miastem na południu Brazylii, Foz do Iguaçu, obsługiwane jest przez linie GOL, TAM i Azul. Lot trwa prawie godzinę. Z lotniska do centrum Kurytyby można dostać się wygodnym lotniskowym autobusem Aeroporto Executivo, który odjeżdża spod terminala przylotów co 20-30 minut i kosztuje 12 BRL (marzec 2014). W przypadku osoby podróżującej z bagażem większym niż podręczny, jest to najlepsza opcja. Autobus zatrzymuje się m.in. przy dworcu kolejowo-autobusowym (rodoferroviária) oraz w innych punktach w centrum miasta. Wiele hoteli znajduje się na trasie autobusu. Kurytyba może pochwalić się najlepszym systemem transportu miejskiego w Brazylii. W całości opiera się na autobusach, metro jest dopiero w budowie. Na terenie miasta działa 11 firm przewozowych. Charakterystyczne są przystanki w kształcie tub. Płaci się za przejazd, wchodząc do tuby. Obowiązuje jedna opłata przesiadkowa, to znaczy nie trzeba płacić ponownie, jeśli przesiada się z innego przystanku-tuby. Z myślą o turystach została utworzona specjalna autobusowa linia turystyczna (Linha Turismo). Autobus zatrzymuje się przy 25 atrakcjach turystycznych w mieście, m.in. Teatrze Guaira, Muzeum Oscara Niemeyera oraz w okolicach licznych parków i Ogrodu Botanicznego. Początkowy przystanek znajduje się przy planu Praça Tiradentes, ale można wsiąść na dowolnym przystanku. Autobus kursuje co pół godziny od 9 do 17, codziennie oprócz poniedziałku, cała trasa trwa ok. 2,5 godziny. Jeden bilet upoważnia do 4 przesiadek, niekoniecznie tego samego dnia. Kosztuje 29 BRL (marzec 2014). Liczba samochodów, jakie przypadają na jednego mieszkańca, jest tu największa w Brazylii, stąd miasto w godzinach szczytu często się korkuje. Jednak sytuacja nie jest dramatyczna dzięki temu, że miasto jest dobrze rozplanowane. Poruszanie się samochodem nie nastręcza większych trudności. Warto tutaj zobaczyć: Bosque do Papa – park poświęcony pamięci papieża Jana Pawła II oraz polskiej imigracji. Utworzony 13 grudnia 1980 r., po wizycie papieża w Kurytybie. Na jego terenie rośnie ponad 300 araukarii. W centalnej części parku można obejrzeć siedem drewnianych domów z czasów począków polskiej imigracji w stanie Paraná. W pobliżu znajduje się inny park, Parque São Lourenço; Bosque Alemão – park upamiętniający imigrację niemiecką. przy wejściu znajduje się replika starego kościoła prezbiteriańskiego z elementami neogotyku. Na terenie parku jest też sala koncerowac ze 150 miejscami. Z punktu widokowego można obserwować miasto oraz leżące dalej pasmo górskie Serra do Mar; Parque Barigüi – jeden z największych parków w mieście o powierzchni 1,4 mln km2; miejsc wypoczynku mieszkańców Kurytyby, zamieszkiwane przez liczne ptaki i małe gryzonie; Parque Tanguá – główną atrakcją parku są dwa zbiorniki wodne, połączone tunelem, który można przepłynąć łodzią; Parque Tingüi – na jego terenie znajduje się pomnik imigracji ukraińskiej oraz pomnik indiańskiego kacyka Tindiqüera; Passeio Público – duży park w centrum miasta, powstał w XIX wieku; nieczynny w poniedziałki; Ogród Botaniczny (Jardim Botánico) – czynny codziennie w godzinach 6-20, przy wejściu znajduje się przystanek autobusu turystycznego; na terenie ogrodu zaprojektowanego w stylu francuskim, znajduje się charakterystyczna szklarnia, przedstawiana na wielu pocztówkach; Plac Praça Tiradentes, na którym znajduje się katedra Catedral Basílica Menor de Nossa Senhora da Luz, zbudowana w 1893 r. w stylu neogotyckim; Plac Largo da Ordem, z budynkiem Casa Vermelha, wzniesionym w 1891 r. i Casa Romário Martins z XVIII wieku (jedyna budowla w stylu luzo-brazylijskim w Kurytybie), dziś odbywają się tu wystawy. Kościół Igreja da Ordem, wzniesiony w 1737 r., najstarszy w mieście, a obok Muzeum Sztuki Sakralnej (Museu de Arte Sacra). Plac Praça Garibaldi z zegarem kwiatów (Relógio das Flores) oraz licznymi barami i restauracjami. Ruiny nieukończonego kościoła Ruínas de São Francisco oraz pomnik Memorial da Cidade, gdzie odbywają się wystawy i przedstawienia teatralne i muzyczne. W niedzielne poranki w sektorze historycznym odbywa się targ rękodzieła (Feirinha do Artesanato). Ulica 15 listopada (Rua XV de Novembro), nazywana też Ulicą Kwiatów (Rua das Flores) – najważniejszy deptak w mieście, przy którym położone są liczne sklepy; pierwsza tego rodzaju ulica w Brazylii, zamknięta dla ruchu pojazdów. Można zacząć spacer od Teatru Guaíra, przejść przez plac Praça Santos Andrade i udać się do budynku Universidade Federal do Paraná, gdzie mieści się muzeum sztuki. Stąd zaczyna się deptak, przy którym można podziwiać odnowione budynki z XIX i początku XX wieku. Ulica 24 Godziny (Rua 24 Horas) – powstała w 1991 r. w celu rewitalizacji centrum miasta; zaplanowano, że mieszczące się przy tej ulicy sklepy i bary będą oferować usługi przez całą dobę. Obecnie nie wszystkie są otwarte przez 24 godziny, ale zawsze znajdzie się bar czynny do białego rana.
Universidade Livre do Meio Ambiente (Unilivre albo ULMA) – siedziba organizacji pozarządowej, powstała na terenie dawnego kamieniołomu. NGO ma na celu szerzenie świadomości o ochronie środowiska naturalnego, poprzez wystawy, kursy i seminaria. Można tu obejrzeć interaktywne wystawy, na przykład „Niewidzialne miasta” (As Cidades Invisíveis) na podstawie powieści Italo Calvino.
Ópera do Arame – opera znajduje się na terenie parku Pedreiras, w pobliżu przestrzeni kulturalneim. Paulo Leminsky’ego. Teatr jest zbudowany w strukturze rurowej, z przezroczystym sufitem w poliwęglanu. Może pomieścić ponad 1600 widzów, a scena ma 400 m2. Warto również zwiedzić tereny zielone wokół opery, las atlantycki, jezioro – kiedyś na tym obszarze był kamieniołom
Santa Felicidade – dzielnica gastronomiczna. Powstała w 1878 r. wraz z przybyciem pierwszych imigrantów z Włoch, którzy źle znosili upał wybrzeża i woleli osiedlić się w nieco chłodniejszej Kurytybie. Nazwa dzielnicy pochodzi od imienia pewnej kobiety, która mieszkała tu i ofiarowała ziemię imigrantom. Znajduje się tu druga pod względem wielkości restauracja na świecie, Madalosso, mogąca pomieścić 4 tys. gości. Poza kuchnią włoską, są tu także restauracje typu churrascaria, a także serwujące owoce morza i potrawy kuchni francuskiej. W lutym odbywa się tu Festiwal Winogron(Festa da Uva).
Wieża Torre Panorâmica das Mercês – wieża telefoniczna o wysokości 109 m. Ze punktu widokowego na szczycie wieży można podziwiać panoramę miasta i zobaczyć jak wiele jest tu terenów zielonych, dzięki którym Kurytyba jest nazywana ekologiczną stolicą Brazylii. Można też obejrzeć panel autorstwa Poty Lazzarotto, przedstawiający historię telefonii stanu Paraná. Muzem Oscara Niemeyera (Museu Oscar Niemeyer) lub Nowe Muzem (Novo Museu) – otwarte pon-nd od 13.00 do 18.30. Nazywane także Muzeum Oka (Museu do Olho), ponieważ główna bryła przypomina gigantyczne oko. Powstało całkiem niedawno, w 2002 r., jest poświęcone pamięci słynnego brazylijskiego architekta, jednego z głównych twórców obecnej stolicy, Brasilii. Część muzeum została zaprojektowana przez samego Niemeyera, w typowym dla niego nowoczesnym stylu. Można obejrzeć zewnętrzną część muzeum, gdzie znajdują się interesujące rzeźby i oczko wodne. W wewnętrznej części znajdują się liczne wystawy, mają też miejsce wydarzenia i projekty kulturalne. Z muzeum można dojść spacerem do parku Jana Pawła II. Z pierwszym dniem jesienii na półkuli południowej, z Kurytyby liniami TAM wybrałem się do Foz do Iguaçu – miasto w Brazylii będące szóstym pod względem wielkości organizmem miejskim stanu Paraná. Liczba mieszkańców wraz z obrzeżami wynosi 270 000 mieszkańców. Miasto leży około 500 km na zachód od Kurytyby będącej stolicą stanu. Odległość drogowa od Rio de Janeiro wynosi 1500 km , a od São Paulo 1050 km. Mieszkańcy miasta są nazywani iguaçuenses. Około 20 km na północ od miasta znajduje się wielka zapora Itaipu, niedaleko jest też do wodospadów Iguaçu. Wybudowany w latach 1960-1965 Most Przyjaźni łączy miasto z leżącym na przeciwległym brzegu rzeki Parana paragwajskim miastem Ciudad del Este. Az wreszcie przyszedł czas na odwiedziny Rio de Janeiro (port. Rzeka Styczniowa) – drugie co do wielkości miasto Brazylii. Stolica stanu Rio de Janeiro. W latach 1822-1960 – zanim powstała Brasilia – Rio de Janeiro było stolicą niepodległej Brazylii. Miasto słynie ze swych plaż (m.in. Copacabana, Ipanema), olbrzymiego posągu Chrystusa Odkupiciela na górze Corcovado, ale przede wszystkim z corocznie obchodzonego karnawału. Rio de Janeiro jest miastem kontrastów, z jednej strony może zaliczać się do najnowocześniejszych metropolii świata, z drugiej strony znajdują się w nim dzielnice biedy (favelas). Rio de Janeiro jest stolicą stanu Rio de Janeiro. Leży w południowo – wschodniej części państwa w zatoce Guanabara nad Atlantykiem. Miasto położone jest między urwistymi wzgórzami Pao de Acucar – „Głową Cukru” która, wznosi się na 396 m.n.p.m oraz Corcovado – „Garbatą Górą” ze statuą Chrystusa. Rio de Janeiro to także wspaniałe, znane na całym świecie piaszczyste plaże Ipanema oraz Copacabana.[1] Do miasta należą wyspy Governador i Paquetá. Na jego terenie leżą też jeziora Tijuca, Marapendi, Jacarepaguá i Rodrigo de Freitas. Zatoka, nad którą leży Rio de Janeiro, została odkryta przez pierwszego Europejczyka na tych terenach, Portugalczyka Gaspara de Lemos 1 stycznia 1502. Nazwał ją „Styczniowa rzeka”, ponieważ sądził, że to ujście rzeki. Portugalczycy odkrywając miasto, założyli tutaj nie kolonie, a jedynie faktorie handlowe tak, aby nie przeszkadzać Indianom mieszkającym na tych terenach. W 1555 powstała tu osada francuskich Hugonotów zajęli oni całą zatokę, zakładając kolonię La France Antarctique, która z założenia miała być wolna od prześladowań. Portugalczycy, chcący skolonizować całą Brazylię, już w roku 1565, pod dowództwem Estácio de Sá rozpoczęli walki z Francuzami. Po wygranych walkach – w 1567 – zbudowali nad zatoką miasto, które na cześć patrona Świętego Sebastiana nazwali São Sebastião do Rio de Janeiro. Nazwę tą jednak szybko przemienili na poprzednią – Rio de Janeiro. W okresie początków osadnictwa portugalskiego ufortyfikowano wzgórza Urca i Morro do Castelo, a następnie rozbudowano obecną dzielnicę staromiejską z pałacem wicekrólów Brazylii, Izbą Deputowanych, katedrą i licznymi barokowymi kościołami[4]. 12 września 1711 w czasie wojny o sukcesję hiszpańską, toczonej między Wielką Brytanią i Portugalią z jednej strony a Francją i Hiszpanią z drugiej, miasto zostało zdobyte przez eskadrę francuską (13 okrętów, 6 tys. ludzi, 700 dział), na czele której stał René Duguay-Trouin. W wyniku ataku zniszczone zostały portugalskie okręty stacjonujące w porcie. Po otrzymaniu wieści o nadciągającej odsieczy (portugalskiej od strony lądu i brytyjskiej od strony morza) i wymuszeniu od mieszkańców wysokiego okupu, Francuzi odpłynęli do Brestu wraz ze zdobytymi na miejscu statkami handlowymi. Od 1808 do 1821 roku faktyczna stolica Portugalii – rodzina królewska z Janem VI na czele schroniła się tutaj przed inwazją wojsk napoleońskich.
Pod koniec XVI w. miasto bardzo szybko się rozrastało, z jego portów wywożono cukier do Europy, a dzięki gorączce złota w sąsiednim Minaas Gerias stało się centrum finansowym kraju oraz stolicą państwa. Mieszkała tutaj królewska rodzina, a następnie cesarz Brazylii. Do 1889 roku Rio było stolicą wolnego państwa oraz cesarstwa, a później Republiki Brazylii. W 1960 roku stolicę przeniesiono do Brasilii. Zabytki: Kościół i klasztor Benedyktynów – XVI w.; Klasztor Franciszkanów – XVII w.; Katedra – 1775; Kościół Nossa Senhora da Glória – 1771; Pałac królewski – XIX w.; Pałac Itamaraty – XIX w.; Pałac Guanabara – XIX w.; Akwedukt Arcos da Carioca – 1750; Opera – 1909; Posąg Chrystusa Odkupiciela na wzgórzu Corcovado – 1931
Rio de Janeiro posiada 3 lotniska: Aeroporto Internacional Tom Jobim – Galeão (GIG) – obsługuje loty krajowe i międzynarodowe. Lotnisko jest położone na wyspie Ilha do Governador, ok. 20 km od centrum. Aeroporto Santos Dumont (SDU) – obsługuje tylko loty krajowe. Na jego obszarze znajdują się hangary dla helikopterów. Aeroporto de Jacarepaguá (SBJR) – jest położone w dzielnicy Barra da Tijuca i obsługuje głównie loty prywatne. W centrum znajduje się dworzec kolejowy Central do Brasil. Obsługuje pociągi z okolic Rio. Z dworca można dostać się autobusem lub metrem w inne rejony miasta.
Metro Rio powstało w 1979 r. Chciałbym zauważyć tutaj, że W 2013 r. miasto było gospodarzem 28 Światowych Dni Młodzieży, którym przewodniczył papież Franciszek. Kilkakrotnie Rio de Janeiro odwiedzał Jan Paweł II podczas swojej 7, 13 i 80 podróży apostolskiej. W mieście znajduje się siedziba rzymskokatolickiego arcybiskupa São Sebastião do Rio de Janeiro.
W mieście znajduje się Maracana – jeden z 12 stadionów, na których rozgrywane były Mistrzostwa Świata w piłce nożnej 2014 i gdzie odbył się ich finał. Został oddany do użytku w 1950 r. – również na Mundial. Do tego czasu wykorzystywany był głównie do rozgrywania meczów piłkarskich pomiędzy największymi klubami Rio de Janeiro: Flamengo, Botafogo, Fluminense i Vasco da Gama, a także organizowano na nim koncerty i inne atrakcje. W 2016 roku w Rio de Janeiro odbędą się XXXI Letnie Igrzyska Olimpijskie. Będą to pierwsze igrzyska w Ameryce Południowej. Zaplanowano 28 konkurencji sportowych a w ramach nich – 38 dyscyplin.(informacje o odwiedzanych miastach zaczerpnąłem przeważnie przez internet, przyp. autora).
Oczywiście nie byłem we wszystkich wymienionych tutaj miejscach, niesposób być wszędzie. Ale mogłem widzieć tutaj naszą ogólnoludzką a teraźniejszą solidarność. Stąd po tej wizycie zapragnąłem tym bardziej opowiedzieć wam o polskiej solidarności z 1980 roku. Polska, daleki kraj, który znajduje się w środku Europy, jest moim codziennym domem. Przyszło nam żyć w trudnych i burzliwych czasach polskiego papieża, wystąpień polskich robotników na wybrzeżu, migracji ludzi początku lat 80-tych. Chciałbym więc ukazać sługę tamtych dni, który przed wami teraz stoi i właśnie zasiadł do skreślenia tych kilku słów.
Mogłaby to być jedynie pełna fantazji nowela, ale zapragnąłem tutaj wskazać na nasze demony i czcigodności, zarazem stworzyć świat, który już nie istnieje- w piśmie osiągnąć gwałtowność i siłę tamtych dni. Moje dzieciństwo, to nie tyle pochowanie olbrzyma, ale to wielka gościnność i wszelka życzliwość, których zaznałem od ludzi w moim życiu, to jest szczególnie w domu matki, u zarania życia, w epoce wesołego dzieciństwa. Byłem bardzo szczęśliwy. Pewnego dnia jednak zajaśniał dziwnym blaskiem powód z zewnątrz, dla którego zostałem nieco z tyłu. Stąd teraz wolę popełnić życiowy błąd, niż innym pozwolić decydować, to jest stanowić o mnie. A niech każdy decyduje za siebie. Ostatnio jak mi się zdaje jeszcze raz obejrzałem film pt. „Moulin rouge”. Główny bohater przyjechał do Paryża, bo szukał pracy- i zakochał się w kurtyzanie, dziewczynie z paryskiego kabaretu. Miłość zwycięża. Kiedy przed miesiącem stanąłem przy ołtarzu w Foz do Iguacu, w miejscu w którym Brazylia graniczy z Argentyną i Paragwajem, i miałem coś powiedzieć do wiernych zebranych w kościele świętego Jana Chrzciciela, to przede wszystkim pomyślałem o tych scenach z mojego szczęśliwego dzieciństwa, w których objawiała się ta pierwsza miłość moja matczyna i szlachetność Ząbkowiczan, owa istotna dolina łaski Boga, która wdarła się w biografią mnie niegodnego tak wielkich przeznaczeń. Jakbym jeszcze teraz oczekiwał w naszym mieszkaniu powrotu mamy z fabryki Szkła Gospodarczego, w której wspaniale objawiała się solidarna a wspólna praca tysiąca ludzi przybywających do nas pociągami i autobusami z wielu pobliskich osiedli i miasteczek. Zaraz też wspomniałem na moje odwiedziny w Kalifornii przed laty, kiedy zaglądałem do wysuszonego kanionu rzeki Kolorado, i leciałem helikopterem nad Wielkim Kanionem, bo oto teraz stanąłem przed potopowym widokiem źródeł Parany- co za widok szeroko rozpostartej rzeki i głębokich oblanych wodą wąwozów. Matka Ziemia nabrała dla mnie nowej soczystości, wręcz ukazała swoją odwieczną szlachetność i czystość. W tych kilku dniach podróży do Brazylii nabrałem nowych chęci do życia, pomimo różnych pokoleniowych zdrad, szczególnie gdy odwiedzałem wspólnotę polską w Kurytybie, z księdzem Zdzisławem i Janem, Chrystusowcami, kiedy spacerowałem po ulicach Sao Paulo, następnie gdy byłem przyjmowany bardzo serdecznie przez Ojca Jana z tego samego Zgromadzenia, nowego Proboszcza, w kościele Matki Bożej w Rio de Janeiro. (zob. http://www.tchr.org/pmkcuritiba/; SAO PAULO – Kościół Matki Boskiej Wspomożycielki Wiernych, strona internetowa kapelanii :http://www.capelaniapolonesa.com.br/; paroquia@auxiliadora.org.br; PARÓQUIA NOSSA SENHORA AUXILIADORA, Rua Três Rios, 75 – Bom Retiro – São Paulo – SP – CEP 01123-001). Gdzie na kuli ziemskiej nie ma Polaków. Są wszędzie. Także w Rio. Po długich spacerach pomiędzy wieżowcami Rio jednego popołudnia zapragnąłem nawet morskiej kąpieli na brzegu tego ‘styczniowego miasta,’ skądinąd sławnego z niepowtarzalnego i urzekającego obrazu- otóż z pobliskiej góry Corcovado temu miastu i światu całemu błogosławi otwartymi rękami sam Pan Jezus. Chrystus stoi tam już prawie 100 lat i nie przestaje obejmować swą miłością ludzi, przedstawia się w ponad trzydziestometrowej figurze Odkupiciela człowieka. W Rio nie zabrakło więc słońca, wiary, ciepła ludzi. Był czas na modlitwę, w kontakcie z Brazylijczykami pomogła mi lektura książek Jorge Amado, zapanowała więc atmosfera jedynej a chrześcijańskiej przyjaźni.(ciąg dalszy nastąpi, przyp.autora)

This is a continued reflection on my own on the living philosophy of Joseph Conrad and Paul Ricoeur

Stanisław Barszczak, A struggle for esteem. On philosophical anthropology by Paul Ricoeur and Joseph Conrad (the third and final part of the article)

8. The attempting to command own destiny in a man’s world
I also wanted to say about our responsibility the most profoundly. According to the Cardinal Charles Wojtyla “responsible parenthood” is bearing from love up. Parenthood which comes from love between persons is “responsible parenthood”.”. One could say that in the Encyclical “Humanae vitae” by the pope Paul VI, responsible parenthood becomes the proper name for human procreation. According to the words of Genesis 2, 24, we have “a single body” here.”Is necessary to have a correct vision of man as a being, since marriage establishes a communion of beings which is born and brought about through their mutual gift of self. Conjugal love is characterized by the elements of one’s, but also love of neighbor…It is a matter of total love, or love which involves the whole man,: his sensitivity, his affectivity, and his spirituality, which must be both faithful and exclusive. This love “is not exhausted in the communion between husband and wife but it is destined to continue raising up new lives,” it is therefore fruitful love…This kind of condition of fecundity, a condition of procreation. This communion being a particular type- since it is corporeal it is in the strict sense “sexual”- of realization of the conjugal communion between beings, must be brought about at the level of the person and must befit his dignity. It is on this basis that one must form an exact judgment of responsible parenthood…If conjugal love is fruitful love, that is, open to parenthood”. Now you know the sense of true mutual love…
The Cardinal Charles Wojtyla is also aware of the difficulties to which modern man is exposed, as well as the weaknesses to which he is subject… The Church considers herself the custodian and guarantor of these values as we read in the encyclical. It is this mutual giving of self which must not be altered. Since the doctrine of Christian morality was set forth in the encyclical, the doctrine of responsible parenthood understood as the just expression of conjugal love and of the dignity of the human person, constitutes an important component of the Christian witness. I am not here, I would say, to write, but to be mad. I have one right of love in my life. “One is always half mad when one is shy of people.” They are stragglers and they are down at heel. “With all my ideas and follies I could one day found a corporate company for the propagation of beautiful but unreliable imaginings.” At least we should learn to understand our fellow beings, for we are powerless to stop their misery, their ignominy, their suffering, their weakness, and their death. “The novel I am constantly writing is always the same one, and it might be described as a variously sliced-up or torn-apart book of myself.” What a terrible dream I had a few days ago…I needed banquet music and had it…Before our eyes, at least before mine (not hers, perhaps), everything was veiled in impenetrable darkness. “It’s the inner chambers,” I thought, and I wasn’t wrong, either. That’s how it was, and my dear instructress seemed to be resolved to show me a world that had been hidden until now. But I must pause for breath. I was, I remember, thirty years old, wrote poems, still wore no proper collar, ran out in the rain and snow, always woke up early in the morning, read M. G. Lewis, considered an overcoat a superfluous item, received a monthly salary of my education and didn’t know what to do with all that money. And once Day I read like that: “Armageddon-“Houses, gardens, and people were transfigured into musical sounds, all that was solid seemed to be transfigured into soul and into gentleness. Sweet veils of silver and soul-haze swam through all things and lay over all things. The soul of the world had opened, and all grief, all human disappointment, all evil, all pain seemed to vanish, from now on never to appear again. Earlier walks came before my eyes; but the wonderful image of the humble present became a feeling which overpowered all others. The future paled, and the past dissolved. I glowed and flowered myself in the glowing, flowering present. From near and far, great things and small things emerged bright silver with marvelous gestures, joys, and enrichments, and in the midst of this beautiful place I dreamed of nothing but this place itself.
All other fantasies sank and vanished in meaninglessness. I had the whole rich earth immediately before me, and I still looked only at what was most small and most humble. With gestures of love the heavens rose and fell. I had become an inward being, and walked as in an inward world; everything outside me became a dream; what I had understood till now became unintelligible. I fell away from the surface, down into the fabulous depths, which I recognized then to be all that was good. What we understand and love understands and loves us also. I was no longer myself, was another, and yet it was on this account that I became properly myself. In the sweet light of love I realized, or believe I realized, that perhaps the inward self is the only self which really exists.” …”I’ve thought of myself a girl on several occasions because I like to polish shoes and find household tasks amusing. There was once even a time when I insisted on mending a torn suit with my own hands. And in winter I always light the heating stoves myself, as though this were the natural course of things. But of course I’m not a real girl. Please give me a moment to consider all this would entail. The first thing that comes to mind is the question of whether I might possibly be a girl has never, never, not for a single moment, troubled me, rattled my bourgeois composure or made me unhappy. An absolutely by no means unhappy person stands before you, I’d like to put quite special emphasis on this, for I have never experienced sexual torment or distress, for I was never at a loss for quite simple methods of freeing myself from pressures. A rather curious, that is to say, important discovery for me was that it filled me with the most delightful gaiety to imagine myself someone’s servant…. My nature, then, merely inclines me to treat people well, to be helpful and so forth. Not long ago I carried with flabbergasting zeal a shopping bag full of new potatoes for a petit bourgeoise. She’s have been perfectly able to tote it herself. Now my situation is this: my particular nature also sometimes seeks, I’ve discovered, a mother, a teacher, that is, to express myself better, an unapproachable entity, a sort of goddess. At times I find the goddess in an instant, whereas at others it takes time before I’m able to imagine her, that is, find her bright, bountiful figure and sense her power. And to achieve a moment of human happiness, I must always first think up a story containing an encounter between myself and another person, whereby I am always the subordinate, obedient, sacrificing, scrutinized, and chaperoned party. There’s more to it, of course, quite a lot, but this still sheds light on a few things. Many conclude it must be terribly easy to carry out a course of treatment, as it were, upon my person, but they’re all gravely mistaken. For, the moment anyone seems ready to start lording and lecturing it over me, something within me begins to laugh, to jeer, and then, of course, respect is out of the question, and within the apparently worthless individual arises a superior one whom I never expel when he appears in me….” Robert Walser in “The Robber” has said. He is a bewitched genius…. Terse and solid, Walser’s prose is touched always with pain and laughter, peppered with irony and question marks, filled with loving lists of mundane objects, punctuated by startling fits of chaos…. Transfixed by his uncanny way of seeing, we behold, as he puts it, ‘a spasm of the soul. “The Enchantress of Florence” by S. Rushdie is the story of a mysterious woman, a great beauty believed to possess the powers of enchantment and sorcery, attempting to command her own destiny in a man’s world. “We kill everybody, my dear. Some with bullets, some with words, and everybody with our deeds. We drive people into their graves, and neither see it nor feel it… In the maxim of the past you cannot go anywhere. When work is a pleasure, life is joy.! When work is a duty, life is slavery… The intelligentsia -was kept busy embroidering white stitches on the philosophical and ecclesiastical vestments of the bourgeoisie – that old and filthy fabric besmeared with the blood of toiling masses… One has to be able to count if only so that at fifty one doesn’t marry a girl of twenty.”

9. Conclusion

In the era of the computers and the Internet, we want to understand each other … For three years I wrote a book entitled “Another and he. The philosophy of Paul Ricoeur and Emmanuel Lévinas “(Częstochowa 2008). Today I would say “Community for him”. Philosophers emphasize now great problem of a civilsational communication: understanding is based once again on the opening of a being, but, as they say, and from our side it must be the last feeding on each other, opening towards the other. Another is the first subject of understanding, and very important. Relationship with the neighbor exceeds the boundaries of understanding now, another is the concept of intermediary in creating the wheel of history. So, we are creating a concept of man, according to the creation of the relationship between him and human civilisation. Philosophy of modern thinker of Emmanuel Lévinas is based on the specific term, in terms of understanding the suffering of the people as the foundation of ethics, understanding of the constitutional non-using suffering, its merits-suffering “for nothing” (sic!) At the end of the second millennium of Christianity a position the most important among the human beings live has already the other man. So, to understand the person is already “talk with him”, to start the call to him. When the Lévinas writes that “face-to-face situation remains its definitive role,” then it not only refers to the priority of ethics in the relationship with the neighbor, but also to create something even the most important for the Foundation a new vision in general. Answering “here I’m” (for Lévinas is an important even this, above all, that I am currently in that room: “me voici”) then I am answering to the claim, which calls me, instructs me. Today one speaks of waking on the other, of the beginning of love. What may be our responsibility in order to love, in this situation? I’m before other, before him, and I serve him-until after replacing myself by him. This is something without a doubt the last secret of the ripped package of people. The thinker notes that in this way also the offices of the State, such as the courts and other institutions derive their authority from our responsibility for the other, from the problem of humanity in us. In the context of our individual responsibility to Another, which puts our freedom in doubt, is discouraging the only human dignity. Before the neighbor I open the soul, though Baruch Spinoza would say here: it is like “the presentation to any other bodily”. And this means that I should approach to the other, to him as well as to the great mountain, to whose top I try to climb, also to a such altruism; I would say now, in a different way, there is an occasion to save the neighbor, his life pilgrimage.

Bibliography:
Joseph Conrad, Victory, Dover Publications; Dover Thrift Editions edition, 1990.
Joseph Conrad, Heart of Darkness (Penguin Classics), Owen Knowles, Robert Hampson and J. H. Stape, 2007.
Emmanuel Lévinas, Totalité et Infini: essai sur l’extériorité. (Totality and Infinity), 1961
Lévinas E., Autrement qu’etre ou au-dela de l’essence, Martinus Nijhoff 1974
Lévinas E. Totality and infinity: an essay on exteriority, trans. Malgorzata Kowalska, ed. OWN, Warsaw 1998
Lévinas E. Otherwise than being or beyond essence, trans. Mrówczyński Peter, ed. Aletheia, Warsaw 2000
Emmanuel Lévinas, Bad Conscience and the Inexorable, “in Face to Face with Levinas, ed. Richard a. Cohen (Albany: State University of New York Press, 1986)
Emmanuel Lévinas, Collected-Philosophical-Papers, Springer-Verlag New York, 1987
Paul Ricoeur, Oneself as Another (Soi-même comme un autre), trans. Kathleen Blamey. Chicago: University of Chicago Press, 1992 (1990).
Paul Ricoeur, La mémoire, l’histoire, l’oubli. Paris: Seuil, 2000
Saint Paul, Letter to Colossians.
The pope Paul VI, Humanae vitae, latin text: Acta Apostolicae Sedis, 60(1968)
Joseph Tischner, Philosophy of man, Kraków 1991
Joseph Tischner, Philosophy of drama, Krakow-Paris 1990
Joseph Tischner, Myślenie według wartości, Krakow 1982
Card. Karol Wojtyla, The truth of the encyclical “Humanae vitae”, in: L’Osservatore Romano, Weekly Edition in English, 16 January 1969

an article

Stanislaw Barszczak, A struggle for esteem. On philosophical anthropology by Paul Ricoeur and Joseph Conrad (This is a continuation of the article)

5.From love to justice. A radical transformation of a subject

Conscience is an ability or a faculty that distinguishes whether one’s actions are right or wrong. It leads to feelings of remorse when one does things that go against his/her moral value, and to feelings of rectitude or integrity when one’s actions conform to our moral values. It is also the attitude which informs one’s moral judgment before performing any action…Conscience etymologically means with-knowledge (science means knowledge). But the English word implies a moral standard of action in the mind as well as a consciousness of our own actions. Conscience is the reason, employed about questions of right and wrong, and accompanied with the sentiments of approbation and condemnation. Any consideration of conscience must consider the estimate or determination of conscience and the resulting conviction or right or duty. Conscience, in Catholic theology, is “a judgement of reason which at the appropriate moment enjoins him to do good and to avoid evil” Catholics are called to examine their conscience daily, and with special care before confession. In current Catholic teaching, “Man has the right to act according to his conscience and in freedom so as personally to make moral decisions. He must not be forced to act contrary to his conscience. Nor must he be prevented from acting according to his conscience, especially in religious matters.” This right of conscience does not, however, simply allow one to summarily disagree with a church teaching and claim that they are acting in accordance with conscience: “It can happen that moral conscience remains in ignorance and makes erroneous judgments about acts to be performed or already committed… This ignorance can often be imputed to personal responsibility… In such cases, the person is culpable for the evil he commits.” In certain situations involving individual personal decisions that are incompatible with church law, some pastors rely on the use of the internal forum solution. However, the Catholic Church has warned that “rejection of the Church’s authority and her teaching…can be at the source of errors in judgment in moral conduct.” World conscience is the idea that with global communication we as a people will no longer be estranged from one another, whether it be culturally, ethnically, or geographically. Instead, we will approach the world as a place in which we all live, and with newly gained understanding of each other we will begin to make decisions based on what is beneficial for all people. Related to this idea is the idea of world consciousness. It too, looks at people in terms of the collective, but refers more to the universal ideas of the cosmos, instead of the interconnectedness of choice. In other words, conscience is like ‘inner voice’.
The understanding of the significance of conscience for human being is a weighty argument for searching new approaches to studying this phenomenon in spite of the skepticism concerning the vagueness inherent to the idea of conscience. Application of novel methods permits seeing conscience from earlier unknown perspectives, discovering its new aspects, and deepening our understanding of it. New and really original conception of conscience in the last century was proposed by Emmanuel Levinas. In his texts we may recognize the crucial role of conscience which is more “fundamental” than it was usually considered. We agree that traditionally the significance of conscience was underestimated and, hence, the theme has to be thought over anew…A radical transformation of a subject that becomes possibile only due to call of conscience is not initiated by the subject itself. Conscience is a factor that performs an interruptive function. Its call has to awaken from a “dogmatic slumber.” Being questioned, a Lévinasian subject, in turn, suddenly discovers the usurping nature and moral myopia of its perseverance in being and its naïve rights for “a place in the sun.” It has to curb its spontaneous egoism, and here lies a critical character of conscience. Awakening from a “dogmatic slumber,” conscience demand assuming responsibility. Metaphysical ethics develops the theme of responsibility as the ethical responsibility for the other. In Lévinas’s the issue of responsibility elucidates the meaning of subjectivity, which undergoes profound transformation, the meaning of authentic Self and ethical subject. Ethical subject finds itself responsible for “what the others do or suffer”(OBBE,112) It answers that is at issue here is absolute responsibility…Conscience, according to Lévinas, makes a subject concentrate itself on the demands proceeding from the Other and recognize the privileged position of this Other: “This is certainly not a philosopher’s invention, but the first given of moral consciousness, which could be defined as the consciousness of the privilege the other has relative to me.” A subject cannot control or master the event of the call, a Levinasian subject in “this non-mastering”, it has to deal with transcendence, meaning being it has a rapport with absolutely other, which is characterized be exteriority and height. A subject isn’t interpreted as being a basis of its own being. A subject is determined by factor that makes full control of its own being impossible. So, a Levinasian subject is constituted due to the relationship with the Other, due to the relationship with the Other, due to a dimension of infinity that exceeds its powers. The absolute experience granted by conscience plunges a subject into shame. But a positive aspect of conscience in Levinasian conception, there is an appeal to which the responsibility for the others comes to its core. Lévinas restores conscience to the plane of ethics, although it cannot be disputed it is an ethics that evolved after Heidegger. With the Levinasian theme of conscience, there is interwoven the motif of misery, vulnerability, and openness to suffering of the other human being. The other appears as one in need: a homeless stranger, a poor person, an orphan, a widow, or a cripple. In fact, this is one of the leitmotifs in the whole philosophy of Lévinas.
6. The creative Self
What does human destiny consist? We believe on the ultimate significance of life, so the quest for it is not a progressive discovery of a pre-established state of affairs or of a pre-installed route of development, but a personal creative activity. In the inner urge to forge a significant thread of our existence in response to the question of how to salvage from the fleetingness of life something of lasting value, at the point of our discovering the contingency of the life-world-existence, we direct our scrutinizing interrogatory to the Other. But since Man has already abolished the outer world, the inquiring subject turns toward his inward self. So the initial question here is: do we pursue the quest of our destiny within a soul alone and in isolation from other beings? Or, on the contrary, can we find a meaning of our lives, beyond its struggle for survival on the short waves transmitted between the self and the other, by entering with him a relation of “inward creative reciprocity”. Study of the various forms of communication in which human self-interpretation proceeds shows that, apart from the organic and vital interactions and strictly utilitarian types of involvements with other human beings, the specifically personal quest for the meaning of life proceeds in the dialogue between two persons (cfr. Eros, Agape). Mrs Prof. Tymieniecka said here about our transempirical destiny so transempirical dialogue of the persons and the transnatural destiny of the soul. However, there is more to this dialogue than Jaspers, Marcel, Buber, Nedoncelle, Ricoeur and even Lévinas have so well described.
In his later works, Emmanuel Lévinas in fact distinguishes the ego (le moi) from the self (le soi). The ego for Levinas is the site of consciousness, the site of thematization, order, knowledge. The self, on the other hand, refers to the ethical structure of subjectivity. Now, for Lévinas this “self” is not something we can assume and become. It is not a matter of becoming an ethical self. He consistently holds that this is a self with no identity, a self that is exiled, uprooted, with no homeland. But there are moments in human experience in which the ego is “driven back” or “driven beyond” the ego. This non-assumable movement is what Lévinas calls “recurrence”. The ego finds itself troubled or interrupted by a fundamental responsibility for the other. Once again, this interruption is not for Lévinas something we can hold onto and affirm as a state of mind. It is a pre-theoretical experience in which I find myself responsible for the other person prior to any act of the will. I find myself always already “substituted” for the Other, “obsessed” by the Other, in a “hostage” situation without having chosen it. For Lévinas, subjectivity is constituted by the fact that I find myself responsible not only for the person in front of me, but for all people and even their deeds as well! As for conscience, Lévinas rejects the idea of a Socratic daimon or a call of conscience. After all, such a “voice” comes from within the self. For Lévinas, the call to responsibility can only originate from the Face of the Other. It is interesting to note that the French term conscience, which Lévinas uses often, can be translated as either “consciousness” or “conscience”. This perhaps suggests that conscience is not primordial enough if we are to locate the origin of ethical subjectivity; it operates at the level of consciousness. I’m not too familiar with Buber, but your reference to the form of unity with the other; Emmanuel Levinas wants to preserve the absolute difference between Same and Other. Moreover, Lévinas often criticizes Buber’s I-Thou relationship as symmetrical. He reads Buber as maintaining that the self and the other are thous for each other. On Levinas’s account, I am responsible for the other, but the Other’s responsibility is his business, not mine. The self for Emmanuel Lévinas is not a construction, although he will constantly modify his account of selfhood over the course of forty years. For Lévinas in the the 1940s, the self is described as the relationship with existence. In On Escape (1935) and in From Existence to Existents, Emmanuel Lévinas complains that traditional philosophy has focused too much on the relationship with the world and has neglected the self’s relation to itself. On Lévinas’s account, the self is dual. To exist is to be a particular thing, but also to be in a suffocating relationship with the brutal fact of existence. As Elisabeth Louise Thomas would put it, selfhood is mixture of anonymity and particularity. The brutual fact of existence weighs down on the subject and reveals itself as the imperative to act, to begin, to take up being in a certain way. This act of “taking up Being” Lévinas calls “hypostasis”, which is a term that names the event in which pure being turns into an existent, an individual. Subjectivity, with its essential duality, is for Lévinas active. This “activity”, though, is not a struggle for survival or a concern for the future or one’s death, but roots the subject in the very instant in which an act of being or effort occurs. The self is not a construction. Rather, it is the brutal fact that I have to exist and that this commitment to existence reveals itself as a suffocating burden, awakening the need for escape. Now, the relationship with the Other in From Existence to Existents does present itself as an escape from the brutal fact of existence.
6. We have to choose ourselves again
Ontological issues from the beginning do not seem to solve. Let’s look at the problem of freedom. Everyone- except absolute being-God -is linked to other beings by ties of cause and effect-if it falls into the causal relationship cannot be free. To be free means to be beyond the violence, be sufficient itself. A man as a being cannot be free. This confirms the daily need for sleep, food, rest, etc. To preserve the freedom of human existence, J.-P. Sartre presents the concept of nothingness. Behind him first I want to find the determination of Hegel, that freedom is “the negativity, and as such must appear before us.” Be free to say: to be able to say “no.” Some “nothingness” permeates the man who, as “being-for-itself” is “self-consciousness.” Nothingness is the one which makes it possible to self-awareness. In the words of Father J. Tischner this nothingness is like a “gap”, which penetrates self-awareness and makes it earliest reflection’s presence for myself. It makes it possible to negation, and that freedom can say “no.” But such freedom’s being placed through the concept of nothingness, it seems to be its depletion. Well, the essence of freedom should be saying “yes.” Is the denial of freedom contained in the reverse side is not present in the “yes”? Ontological approach of freedom leads to a denial of freedom (determinism), or to confuse liberty with strength. According to the deterministic laws governing the behavior of man are essentially the same nature as the law governing the behavior of things. However, a man has limited an awareness and do not know what forces govern it. With this ignorance comes the illusion of freedom. Cited here understood as the freedom of human action-effect “understanding of freedom is a necessity” (historical materialism). Let’s see also TV freedom of contemporary: a desperate Leoncio, who lost Isaura, commits suicide. The feeling of freedom rules over tyranny. Well. Today, more than liberty shall be put up something more like a responsibility. But we must continually look for new solutions. Cited in one ontology is right: the human experience in the sphere of freedom is the experience of enslavement. A man finds his freedom as freedom for enslaved. His life goes on as the fight for freedom. This battle does not mean, however, learn the external value, but “becoming” what a man “really is.” The achievement of human freedom is back to himself. This is indicated by the formula of Hegel: Freedom is that to be “themselves at home.” To answer the question what it means to “be-in-itself ‘, we need to ask: what does” not be at home “? Let us follow Saint Paul: good I want I do not do, and I do the evil which I would not. ” I’m not “at home” when you come upon “foreign law.” The source of this right is beyond me-in some “foreignness.” However, this strangeness has some echo in me. Body is particularly susceptible to it. Strangeness is intertwined with the outside inside. In order to “be themselves at home”, I have to “overcome myself” and at the same time to confront someone “outside”. Who? Some principle of evil. An important limitation of freedom is so evil. Man is not running battle with the laws of nature, but evil, which significantly limits its freedom. Evil is not, father Joseph Tischner wrote, that man cannot outrun a horse, but that sometimes “must” tell a lie and it is also a restriction of his freedom. The classic description of slavery, we find in Hegel’s famous chapter “Phenomenology of the spirit” of the master and slave. Enslavement, according to him has a logical character: it is part of a rational system. Hence, it is so difficult to overcome. To escape from bondage, if you need to make the destruction of the entire system. Hegel believes-as we know-that the relation of man to man is primarily a relationship of struggle. “Man to man a wolf.” There is something of truth: if it were otherwise, you probably do not need to commandments-not that you would have to just heaven impelled people to love. The fight is a fight to the death, although its major purpose is not to kill but to force him to recognize. The player who first terrified of death. Who does not frighten those who will risk death, reaches freedom. Terrified of death go into slavery, informed risk becoming the masters of life. The task is to work for the slave master, task master-possession. We have two intertwined with one another freedom: the freedom of yourself and being in the shadow of that freedom, “freedom” of a slave. The freedom of a slave is surrounded by prohibitions. This is not the nature those prohibitions was born, but the will of master. Will enslaves the will, freedom restricts the freedom of one another. Loss of the freedom may not be made without profit. Slaves in exchange for recognition of saved lives. Maybe innocence, may and indeed should, “do not want to have a conscience.” On the other hand, the slave is the victim of delusion. It seems to him that you are deprived of liberty, that you are “to blame for everything.” Really, though it alone is the creator of a slave master and his enslavement. If it was not “found” someone else’s reign, there would be a slave. A slave has a “sin” and that is basic: the renunciation of freedom. Not being fully themselves, it is not at home. A different picture emerges from the enslavement of psychological analysis, which is due, inter alia, prof. A. Kępiński, who wrote about “psychopaths” – about people who have become slaves to various, more or less irrational fears. These fears undercut them hope. Fearful of people and the world, these people took refuge in the shelter. ” You can call them “people from their hiding places.” Father J. Tischner wrote: “A man in a hideout believed that carries within itself a treasury. Treasury is trying to hide deep. Sam becomes the clipboard we stipulate. Place, on which stands, surrounded by a wall of fear. For all people approaching the hideout he is directing suspicion that they approach to him in order to rob him and destroy. “Passage of the area hope the space is hiding the fall of man, as well as fall into sin, and in an informed and voluntary guilty. A man lives at the level of blandness, beyond good and evil, is neither guilty nor innocent, his responsibility was in a state of senility. And now the whole dignity of man comes to the value of suffering, which it is subject. A striking feature of hiding people is that they suffer and they can bring suffering to others. And, worst of all, their suffering is as great as unnecessary”. “People from their hiding places” are not themselves at home. I would put the argument here that our politicians, whose lives are interrupted by a disaster at Smolensk had fallen victim to the “people from their hiding places.” These people are enslaved. Where is their “lord”? The paradox is that the “master” is not really that only the vague idea fills their imagination. “Lord” is “someone” who can always come and do “something.” And they fear that. A quick summary of what we said here: slavery appears: at dialogical level as limiting or imprisonment of one by another, as slavery because of the recognized evils, is associated with the emergence of fear. The Catholic Church see the world as a gift of a loving Creator. Because God is for man, it is for human is a freedom in the world. The fall of the first people brings a burst into the world. Man no longer has a direct view of the gift. Takes against God, the world and ourselves. Hence his captivity was. Only faith restores the original vision of the blessed beginning. Reconstruction of freedom in the world can only be achieved by restoring relationship with God. That is why Hegel said: “God is the God of free people”. A man can “create itself” as a work of art, drawing with their “power of life”, he can overcome its weakness, can “take possession of himself,” and may “want of willing,” so he can bear itself. Now, freedom is missing one else: a guide to the good. Freedom is a way of being good. The latter is outside the structures of being. Awakening to good and our faithfulness to implement in us “a good will”, which is a subjective expression of human freedom. In so far as a good will is accompanied to a man in his way of being, man as a man becomes an expression of freedom. And here there is the text that I prepared for my reader. Sorry, yet not well. But at a time personally, I would like to join to the contemporary discussion about love, memory, identity, freedom and human responsibility.
7. The power of mere words
Joseph Conrad mentioned then: You perceive the force of a word. He who wants to persuade should put his trust, not in the right argument, but in the right word. The power of sound has always been greater than the power of sense. I don’t say this by way of disparagement. It is better for mankind to be impressionable than reflective…you cannot fail to see the power of mere words; such words as Glory, for instance, or Pity. I won’t mention any more. Don’t talk to me of your Archimedes’ lever. He was an absent-minded person with a mathematical imagination. Mathematics command all my respect, but I have no use for engines. Give me the right word and the right accent and I will move the world…Most of the working truths on this earth are humble, not heroic: and there have been times in the history of mankind when the accents of heroic truth have moved it to nothing but derision…I can’t imagine either amongst my enemies or my friends a being so hard up for something to do as to quarrel with me…Indeed a man who never wrote a line for print till he was thirty-six cannot bring himself to look upon his existence and his experience, upon the sum of his thoughts, sensations and emotions, upon his memories and his regrets, and the whole possession of his past, as only so much material for his hands…I wanted to pay my tribute to the sea, its ships and its men, to whom I remain indebted for so much which has gone to make me what I am. That seemed to me the only shape in which I could offer it to their shades. There could not be a question in my mind of anything else…I have tried with an almost filial regard to render the vibration of life in the great world of waters, in the hearts of the simple men who have for ages traversed its solitudes, and also that something sentient which seems to dwell in ships the creatures of their hands and the objects of their care…He is argued to respect for criticism, that fine flower of personal expression in the garden of letters…There can be nothing more humiliating than to see the shaft of one’s emotion miss the mark either of laughter or tears…No artist can be reproached for shrinking… Nothing more humiliating! And this for the reason that should the mark be missed, should the open display of emotion fail to move, then it must perish unavoidably in disgust or contempt. No artist can be reproached for shrinking from a risk which only fools run to meet and only genius dare confront with impunity. In a task which mainly consists in laying one’s soul more or less bare to the world, a regard for decency, even at the cost of success, is but the regard for one’s own dignity which is inseparably united with the dignity of one’s work. He is argued for critics of particular wisdom…I have a positive horror of losing even for one moving moment that full possession of myself which is the first condition of good service. And I have carried my notion of good service from my earlier into my later existence. I, who have never sought in the written word anything else but a form of the Beautiful…proceed in peace to declare that I have always suspected in the effort to bring into play the extremities of emotions the debasing touch of insincerity. In order to move others deeply we must deliberately allow ourselves to be carried away beyond the bounds of our normal sensibility. In that interior world where his thought and his emotions go seeking for the experience of imagined adventures, there are no policemen, no law, no pressure of circumstance or dread of opinion to keep him within bounds. Our awareness. Who then is going to say Nay to his temptations if not his conscience,? Joseph Conrad has mentioned that.(to be continued)

Piekniejszej Polsce, (kontynuacja)

Część III Gabinet Hotelu Lambert, 1883

Znajdujemy się ponownie w Hotelu Lambert, gdzie w nocy z wtorku na środę, w lipcu 2013 roku, o godzinie 1:30 w nocy, na strychu budynku wybuchł pożar. W akcję gaszenia zaangażowanych było 140 strażaków. Zawalił się dach i schody wewnątrz budynku, jeden strażak został ranny. Hotel Lambert – jeden z najwspanialszych pałaców Paryża wybudowany w XVII wieku przez słynnego architekta Louis le Vau dla jednego z królewskich urzędników o nazwisku Lambert. Ów Lambert miał na wyspie św. Ludwika jeszcze 14 innych pałaców. Pałac, idealnie wkomponowany w niewielkitrójkątny teren, zachwycał pięknym wystrojem. Strop w łazience był arcydziełem w skali europejskiej, strażacy musieli go porąbać, nie mogąc się dostać do wnętrza. Zniszczenia są ogromne: najpierw zapaliła się zabytkowa wieża, a potem ogień rozprzestrzenił się na cały dach. Pocieszę Państwa, dzieła sztuki z kolekcji Czartoryskich w 1876 r., a więc parę lat po burzliwych wydarzeniach wojny francusko-pruskiej i komuny paryskiej, przewieziono do Krakowa, do Muzeum, którego fundatorem był Władysław Czartoryski. Ale Paryski Hotel Lambert, który częściowo spłonął w tym lipcowym a środowym pożarze, dla Polaków jest symbolem patriotyzmu i walki o wolność. Na paryskim bruku słychać szepty, że pożar w Hotelu Lambert mógł nie być dziełem przypadku… A teraz przyjrzyjmy się jeszcze raz jego komnatom: wąski polichromowany strop Sali jadalnej w Hôtelu Lambert; Salon zdobiony dziełami malarstwa francuskiego; Wielki Gabinet na drugim piętrze; kochana przez Francuzów i nie tylko wspaniała Galeria Herkulesa (zob. Galeria Herkulesa w hôtelu Lambert. Miedzioryt Bernarda Picart’a, 1713–1719; por. dziedziniec zewnętrzny i kasetony podłogowe hotelu, autorstwa architekta Le Vau). Jak powiedziałem Hotel Lambert był w XIX wieku, za czasów księcia Adama Czartoryskiego i księcia Władysława Czartoryskiego, głównym ośrodkiem działań niepodległościowych Wielkiej Emigracji po powstaniu listopadowym i emigracji po powstaniu styczniowym 1863/1864 r. Nie bez racji nazywany bywał Zamkiem, w analogii do Zamku Królewskiego w Warszawie. W czasie, kiedy hôtel należał do rodziny Czartoryskich był on miejscem niezliczonych rozmów dyplomatycznych, spotkań służących promowaniu sprawy polskiej w Europie, a także zabaw i przyjęć wydawanych z różnych okazji, ale zawsze wykorzystywanych do manifestowania uczuć patriotycznych. Tutaj też ustalano kierunki działania obozu politycznego skupionego wokół Adama Jerzego, a następnie Władysława Czartoryskiego. Opracowywano strategie, mające przyspieszyć odzyskanie przez Polskę niepodległości.

Wyspa świętego Ludwika w Paryżu, Hotel Lambert. Jest już rok 1883. W chlubnej przeszłości tutaj odbywały się wybitne dyskusje ludzi kultury oraz przeróżne narady polityczne. W tym miejscu znajdowało się Biuro Paryskie Spraw Polskich (fr. Bureau des Affaires Polonaises) – organ koordynujący działalność ugrupowań umiarkowanych na emigracji i we wszystkich trzech zaborach. Utworzone w 1860 przy Hôtelu Lambert. Od 1862 związane ze stronnictwem białych. Było zapleczem politycznym księcia Władysława Czartoryskiego. Następnie – Komitet Polski w Paryżu – zagraniczna ekspozytura Rządu Narodowego w czasie powstania styczniowego. Powołany 3 maja 1863 w Paryżu przez Tymczasowy Rząd Narodowy. Przewodniczącym komitetu został książę Władysław Czartoryski, jego sekretarzem Józef Ordęga. W Hotelu Lambert miała siedzibę Agencja Główna w Paryżu – organ władz powstania styczniowego, utworzony w Paryżu dekretem Rządu Narodowego z 15 maja 1863roku, jako ciało koordynujące powstańczą działalność dyplomatyczną na arenie międzynarodowej, kierowana przez księcia Władysława Czartoryskiego. Agencja powstała w wyniku przekształcenia związanego z stronnictwem białych, powołanego przez obóz Hôtel Lambert Biura Paryskiego Spraw Polskich.

Agencja zakończyła działalność w lutym 1864. Rząd Narodowy mianował księcia Władysława Czartoryskiego głównym swym pełnomocnikiem przy rządach Francji, Anglii, Włoch, Szwecjii Turcji. Wskutek czego Książę mocen jest w imieniu Rządu Narodowego i narodu polskiego przedstawiać objaśniające memoriały do wyżej wymienionych rządów i przedsiębrać wszystkie czynności, mające na celu poparcie sprawy niepodległości Polski. Wraz z nominacją Rząd Narodowy wręczył mu też instrukcję, omawiającą zakres jego kompetencji. Czartoryski zostawał jednocześnie polskim ministrem spraw zagranicznych i polskim ambasadorem we Francji… Agent główny miał występować wobec rządów innych państw jako przedstawiciel rządu uznanego przez całe społeczeństwo polskie, jako przedstawiciel podziemnego Państwa Polskiego. Agencja utrzymywała stałą bezpośrednią łączność Paryża przez Kraków z Warszawą oraz z ośrodkami w innych krajach gdzie działali jej agenci. Korzystano także z pośrednictwa konsulatu francuskiego w Warszawie. Czartoryski niektóre depesze nadawał telegrafem, przesyłając je zaszyfrowane na adres bankiera Leopolda Stanisława Kronenberga. Działalność wszystkich agencji zagranicznych finansował Rząd Narodowy. Od lipca do listopada 1863 Agencja Główna w Paryżu dostawała miesięcznie 21 500 franków. Agencja musiała stawić czoło uzurpacji utworzonego przez Rząd Narodowy 3 maja 1863 roku Komitetu Polskiego w Paryżu, który próbował wystąpić jako jedyne oficjalne przedstawicielstwo zagraniczne władz powstańczych. 7 lipca 1863 roku Rząd Narodowy skarcił te działania, pozostawiając sprawy polityczne w wyłącznej gestii agenta głównego.

Jesteśmy w pokoju gabinecie, w Hotelu Lambert. Meble nieliczne, ale dość liczne: kanapa pośrodku, pod ścianą stół bez ornamentów, mocny, nocny z pełnymi przestrzeniami… Przez okno wpada słońce by zatańczyć swymi cieniami. W pokoju urządzonym w stylu angielskim brak pieca żelaznego z fajerkami. Na kanapie siedzi kuzynka Maria, która okazuje się być elegancka i dokładna, właśnie uczy Antosię pieśni historycznych z tomiku Juliana Ursyna Niemcewicza, poprawia ją w wyśpiewywaniu literki ‘l’. Za oknem piękny ogród, widać jak dzieci zjeżdżają z „Jerozolimskiej górki” na sankach; dalej za rogiem pobrzeże Sekwany. 15 październik, zima, deszcz, już są podwójne okna, piątek zebranie rodziny Czartoryskich, godz. 16.00, zmierzch, oczekiwanie na gości. Antosia siedzi na sofie z jej nauczycielką- kuzynką i uczy się francuskiego. W pewnym momencie mała Antosia stwierdza ostentacyjnie, – „nie dosłyszałam odpowiedzi…” Pokój na piętrze z krajobrazami z polowania, w drzwiach staje ksiądz Jan Bosko, za nim widać kolebkowy sufit, jak w galerii Herkulesa, z tapetą oddzieloną od muru pustą przestrzenią (nic na szkle). Pociągła twarz Ojca z Turynu odbija trudy jego generacji. Błyskotliwa Antosia wita go czystym spojrzeniem. Ale don Bosco jest jakiś zły, tylko z niesmakiem aprobuje mądrość Antosi.
-(Antosia) Jesteś za silny, Ojcze!
Don Bosco widział kawałek świata, ale jakby nie szanował tego, co na zewnątrz niego się dzieje…

Antosia zwiesiła głowę, po chwili jakoś ukradkiem podniosła głowę w kierunku Księdza don Bosco, była przekonana, że on ją poprze. Zaraz potem przez okno zauważyła idącą kompanię jej kolegów i koleżanek z klasy. Zeszła z kolan Ojca don Bosco. Odezwał się dzwon z kościoła: pang, ping, ping-pang! Zaraz też Książę Władysław i jego syn August wchodzą do rodzinnego gabinetu… Nieco uprzedzimy wypadki, gdy powiemy, iż decydującym wydarzeniem w życiu Augusta Czartoryskiego było to spotkanie z ks. Janem Bosko w Paryżu, w Hotelu Lambert. Po rozmowie z nim August odczuł wyraźnie powołanie do życia zakonnego w zgromadzeniu salezjańskim. Kim był August Czartoryski? To salezjanin, arystokrata polsko-hiszpańsko-francuski, książę Czartoryski, Diuk Vista Alegre, błogosławiony Kościoła Katolickiego. Urodził się w Paryżu 2 sierpnia 1858 jako August Franciszek Maria Anna Józef Kajetan. Jego arystokratyczna rodzina, spokrewniona z wieloma dworami europejskimi, z Hôtelu Lambert nad brzegami Sekwany prowadziła szeroką działalność polityczną, której celem było przywrócenie niepodległości Polsce, podzielonej od 1795 między trzy mocarstwa. Rodzicami Augusta są książę Władysław Czartoryski i księżna Maria Amparo Muñoz, córka królowej Hiszpanii Marii Krystyny Burbon i jej drugiego męża – księcia Rianzareza. Gdy August miał 6 lat, umarła na gruźlicę jego matka. Po kilku latach ojciec ożenił się z Małgorzatą Burbon-Orleańską, księżną orleańską, wnuczką króla Ludwika Filipa, która była dla Augusta bardzo dobra. W 1868 chłopiec rozpoczął naukę w paryskim Liceum im. Karola Wielkiego, a od 1870 kontynuował ją w domu. Od wczesnej młodości chorował na gruźlicę. W cierpieniu odkrywał powoli powołanie do służby Bożej. Życie towarzyskie na dworach książęcych nie pociągało go.

W wieku 20 lat w liście do ojca napisał: “Przyznam się, że dosyć mam tych zabaw. Są one niepotrzebne, a przy tym męczą”. Wielki wpływ na młodego księcia wywarł jego wychowawca Józef Kalinowski (1835-1907), były kapitan carski, potem długoletni Sybirak, wielki patriota i wzorowy katolik, który później został świętym karmelitą (o. Rafał). Opiekował się chłopcem przez trzy lata (1874-1877), przekazał mu wszechstronną wiedzę, a także przyczynił się do pogłębienia jego wiary i życia duchowego. Ojciec augusta Władysław Czartoryski miał swoje dobra w Sieniawie, około 5 km od Jarosławia,. Nie mieszkał jednak tutaj na stałe, ale w Paryżu. August będąc delikatnego i słabego zdrowia, podatny na chorobę płuc, z polecenia lekarzy jeździł do najlepszych uzdrowisk Francji, Szwajcarii i Włoch. Na letnie miesiące często przyjeżdżał do Polski. Wychowawca młodego Augusta Józef Kalinowski pewnego dnia powiedział Augustowi: „Rozchodzimy się”. W lipcu 1877 roku nastąpiło w Paryżu bolesne pożegnanie – Józef Kalinowski wstępuje do Karmelu. Swoje spostrzeżenia, że August nie jest dla świata, zakomunikował wychowawca jego ojcu już w roku 1875; w jednym z listów do księcia Władysława tak bowiem pisze: “…ja bym upatrywał dla Gucia w wyższym niż małżeński, stanie. Ale w propagandę ani w jednym ani w drugim kierunku z Guciem się nie bawię…”.

W 1883 r. August po raz pierwszy spotkał się z księdzem Bosko, który odbywał właśnie podróż po Francji. Ksiądz Boska skorzystał z zaproszenia księcia Władysława, ojca Augusta i przyjął gościnę w hotelu Lambert. Postać świętego zafascynowała dwudziestopięcioletniego Augusta, w którym już wcześniej dojrzewało powołanie kapłańskie. Od tego spotkania zaczęło dojrzewać w nim przekonanie, że ma być salezjaninem. Ojciec zdecydowanie sprzeciwiał się takiemu wyborowi. Również ksiądz Bosko nie zachęcał Augusta, sądząc, że może nie dać sobie rady, zważywszy na ubogi styl życia ówczesnych salezjanów i nie chcąc doprowadzić do zerwania kontaktów z ojcem. Po czterech latach rozterek, w roku 1877 August zdecydował się jednak wstąpić do nowicjatu. Po rekolekcjach na Valdocco poprosił księdza Bosko o przyjęcie do Zgromadzenia Salezjańskiego, ale usłyszał odpowiedź: „Nasze zgromadzenie nie jest dla księcia!” Kiedy jednak na audiencji u Leona XIII August opowiedział o swoim powołaniu, Ojciec Święty ujął się za nim. Słowa: „Papież życzy sobie, aby ksiądz Bosko go przyjął” były dla świętego z Turynu, który wielokrotnie powtarzał, żepapieżowi się nie odmawia, wystarczającą rekomendacją. W 1888 r., u grobu św. Jana Bosko, August złożył profesję zakonną na ręce bł. Michała Rua i został pierwszym polskim salezjaninem. Błog. August Czartoryski zmarł w dniu 8 kwietnia 1893 roku.

Epilog

Wybrałem się ostatnio z misją jednania ludzi, ich zbratania, na półwysep Iberyjski. Przyznam się jednocześnie, że moje teraźniejsze refleksje zlewają się z pobytem we Włoszech, na Sycylii, i po raz kolejny w Rzymie. Poza tym Paryż, stolica Francji, pozostaje także moją przystanią od lat. Gdy i wy będziecie w Paryżu, zwróćcie uwagę na galerię La Fayette, nieopublikowaną jeszcze powszechną historię najnowszą, a także moglibyście przejść esplanadą obok Hotelu de Ville lub popatrzeć w witryny sklepowe na Bulwarze Haussmanna. Pochwała Iberii przed chwilą, to moja najświeższa podróż do Portugalii. Coś pięknego. W miesiącu styczniu znalazłem się tam na lotnisku w Porto. Ach, jakie piękne i nowoczesne jest to lotnisko. Zacząłem podziwiać architekturę wnętrza terminala miedzynarodowego. Ile tych przecudownych złączeń żelaza i marmuru, różnych ‘wyjść’ z rur, jakby ktoś zawsze tutaj na mnie spoglądał, i to z różnej strony. Konstrukcja wiązań olbrzymich rur, a z nimi zmontowane tysiące mniejszych prętów stalowych, w moim odczuciu, bardzo upiększających zarysowującą się w ten sposób przestrzeń. Jak przy konstrukcji wieży Eiffela tak tutaj tysiące wzmocnień i stalowych, powiedziałbym, upiększeń. Posadzka w kwadratach szaro-czarnych, „zasuwane” sklepy-magazyny, biura, agencje, pięknie wiszą tutaj żyrandole na cieniutkich, żelaznych prętach. W mozajkowej posadzce lotniska w Porto „odbija się” ogrom stalowych złączeń. Przebogata i jakaś nadludzka machineria, oto obraz portugalskiego lotniska. To warto zobaczyć. A także zabiegi tych ludzi w terminalach, żeby wszelkie trudności związane z podróżą stały się zbyteczne- przygotowuje się lekki bagaż, rozplanowuje podróże wydłużając je w czasie na pewien proces. Na lotnisku stalowe części tylko rzadko uginają się pod kątem prostym. W wielu miejscach ich wiązania zostały zredukowane do niezbędnych tylko a luźno przecinających się prętów pod różnymi kątami, łukami; zaskakuje nas takie rozwiązanie przestrzeni: jajowo-owalne wykoń, złączenia stalowych ram lotniskowej przestrzeni. Mamy tutaj jakby jakieś lotnie skrywające części stali pod czterokondygnacyjnym, olbrzymim hangarem, które jak jakiś niebiański, latający orszak niezbędnych stalowych części prezentuje się na tle błyskającej w świetle bieli lub srebrze. Zdaje się, iż zaistniał tutaj jakiś „zbyteczny przepych,” jakby jakieś nietoperze zawisły w tej hangarowej przestrzeni, jakby tutaj nic nie istniało samo z siebie- za to są w tej przestrzeni niezliczone „naczynia połączone,” co więcej jakby na każdym małym pręcie zawieszona była cała konstrukcja. Za oknem widzę ucięte pręty stalowe, które jednak nie sięgają dachu lotniska. Ten układ stalowych prętów przywołuje w mojej pamięci ambitną budowlę paryską, wieżę Eiffle’a, bo też nowoczense terminale są zbudowane jakby żywcem zaczerpniete z architektonicznych planów uczniów wielkiego Eiffle’a. I to są budowle jakby zafundowane nam na stulecia. Przed oczami mam teraz obraz innej portugalskiej budowli, podobno dwukondygnacyjny most Joana I na rzece Douro w Porto zaprojektował także uczeń Eiffle’a. Coś pięknego, to trzeba zobaczyć- jak ślicznie most łączy dwa wysokie brzegi tej rzeki.

A przed nami inny jeszcze obraz. Jest styczeń 2015. Dostojnemu Gospodarzowi okazałej Rezydencji Arcybiskupów Porto jeden z członków rodziny Czartoryskich przekazuje kilka pamiątek z Hotelu Lambert w Paryżu. Osobiście uśmiechnąłem się od ucha do ucha. A moje obecne szczęśliwe życie jest jak podanie mi ręki przez chłopca-ministranta w Porto. W sztafecie pokoleń znalazłem zwycięzcę… To nic, że czas małą świecę jakby zdmuchnął. Ale my idziemy dalej.

Znajdujemy się ponownie w Hotelu Lambert, gdzie w nocy z wtorku na środę, w lipcu 2013 roku, o godzinie 1:30 w nocy, na strychu budynku wybuchł pożar. W akcję gaszenia zaangażowanych było 140 strażaków. Zawalił się dach i schody wewnątrz budynku, jeden strażak został ranny. Hotel Lambert – jeden z najwspanialszych pałaców Paryża wybudowany w XVII wieku przez słynnego architekta Louis le Vau dla jednego z królewskich urzędników o nazwisku Lambert. Ów Lambert miał na wyspie św. Ludwika jeszcze 14 innych pałaców. Pałac, idealnie wkomponowany w niewielkitrójkątny teren, zachwycał pięknym wystrojem. Strop w łazience był arcydziełem w skali europejskiej, strażacy musieli go porąbać, nie mogąc się dostać do wnętrza. Zniszczenia są ogromne: najpierw zapaliła się zabytkowa wieża, a potem ogień rozprzestrzenił się na cały dach. Pocieszę Państwa, dzieła sztuki z kolekcji Czartoryskich w 1876 r., a więc parę lat po burzliwych wydarzeniach wojny francusko-pruskiej i komuny paryskiej, przewieziono do Krakowa, do Muzeum, którego fundatorem był Władysław Czartoryski. Ale Paryski Hotel Lambert, który częściowo spłonął w tym lipcowym a środowym pożarze, dla Polaków jest symbolem patriotyzmu i walki o wolność. Na paryskim bruku słychać szepty, że pożar w Hotelu Lambert mógł nie być dziełem przypadku… A teraz przyjrzyjmy się jeszcze raz jego komnatom: wąski polichromowany strop Sali jadalnej w Hôtelu Lambert; Salon zdobiony dziełami malarstwa francuskiego; Wielki Gabinet na drugim piętrze; kochana przez Francuzów i nie tylko wspaniała Galeria Herkulesa (zob. Galeria Herkulesa w hôtelu Lambert. Miedzioryt Bernarda Picart’a, 1713–1719; por. dziedziniec zewnętrzny i kasetony podłogowe hotelu, autorstwa architekta Le Vau). Jak powiedziałem Hotel Lambert był w XIX wieku, za czasów księcia Adama Czartoryskiego i księcia Władysława Czartoryskiego, głównym ośrodkiem działań niepodległościowych Wielkiej Emigracji po powstaniu listopadowym i emigracji po powstaniu styczniowym 1863/1864 r. Nie bez racji nazywany bywał Zamkiem, w analogii do Zamku Królewskiego w Warszawie. W czasie, kiedy hôtel należał do rodziny Czartoryskich był on miejscem niezliczonych rozmów dyplomatycznych, spotkań służących promowaniu sprawy polskiej w Europie, a także zabaw i przyjęć wydawanych z różnych okazji, ale zawsze wykorzystywanych do manifestowania uczuć patriotycznych. Tutaj też ustalano kierunki działania obozu politycznego skupionego wokół Adama Jerzego, a następnie Władysława Czartoryskiego. Opracowywano strategie, mające przyspieszyć odzyskanie przez Polskę niepodległości. W ten sposób rodziła się na nowo najjaśniejsza Rzeczpospolita, która w XVI stuleciu sięgała od morza do morza, Polska następnych generacji.

(Opisane wypadki są fikcją literacką, jakkolwiek mają bardzo wiele wspólnego z rzeczywistością, podkr. autora tekstu)

Sztuka o świętym Stanisławie Kostce, autor Stanisław Barszczak

Sztuka pt. Z buntownikiem za pan brat, autor: Stanisław Barszczak, część trzecia i ostatnia—-
Droga była trudna i uciążliwa. Trójce śmiałków towarzyszyły w drodze poczty klasztorne, miejskie, sądowe, kupieckie. Z Sigmaringen skierowali się na południe. W Dornbirn natknęli się na hodowlę baranów. Za Bürglen, gdy zbójcy stali na drodze ktoś odważny zabrał ich do swojego Coupe, które miało zamknięte nadwozie z jedną ławką. Lasy Wilhelma Tella okazały się przychylne dla Stanisława. Przez Chur powędrowali ku Varese. Tam wybrali drogę na Mediolan, aby zobaczyć słynną już mediolańską katedrę. Na miejscu obecnej katedry znajdowała się wczesnochrześcijańska katedra Santa Maria Maggiore i nieco większa bazylika rzymska wyświęcona później na kościół św. Tekli. Obie budowle pochodziły z wieku IV, były wielokrotnie burzone i ze zmianami odbudowywane. Budowę obecnej świątyni rozpoczął w 1386 książę Gian Galeazzo Visconti. Nieskończona katedra została wyświęcona ostatnio przez kardynała i arcybiskupa Mediolanu Karola Boromeusza (1572). W przewadze uderza gotycki styl budowli. Stanisław zapragnął ujrzeć nadto Ostatnią Wieczerzę – malowidło ścienne Leonarda da Vinci, wykonane w refektarzu klasztoru przy Santa Maria delle Grazie w Mediolanie przedstawiające Ostatnią Wieczerzę Jezusa z apostołami. Malowidło powstało na zamówienie księcia Mediolanu Ludovico Sforzy. Z Mediolanu udali się dalej na południe przez Piacenzę. Tam byli przed pięknym ratuszem – Palazzo del Comune – zwanym “Il Gotico”. To najeżony blankami palac w stylu lombardzkiego gotyku, który należy do kondotiera Alessandro Farnese i jego syna Ranuccio, władców miasta. Następnie obejrzeli sklepienie il Duomo we Florencji. W Sienie widzieli jej romańską katedrę; w końcu pielgrzymi przybyli do Rzymu… Tak więc droga skończyła się szczęśliwie dla całej trójki, którą umieszczono w nowicjacie przy kościele św. Andrzeja. Stanisław wnet zwrócił na siebie uwagę pokorą i pobożnością oraz umysłem. Jego modlitwa sprawiła, że przełożeni zakonu pozwolili młodzieńcowi wiosną 1568 r. złożyć śluby zakonne. Był to najszczęśliwszy dzień w życiu Stanisława. Ale po kolei… W Rzymie zaczęło się wszystko bardzo niewinnie. W Jezuickim nowicjacie znaleźli się wszyscy trzej wędrowcy dnia 28 października 1567 roku. Rządzi Kościołem Pius V. Na skutek listu polecającego, jaki generał otrzymał od św. Piotra Kanizjusza, Stanisław został przyjęty do nowicjatu, który znajdował się przy kościele św. Andrzeja. Było z nim wtedy około 40 nowicjuszów, w tym czterech Polaków. Rozkład zajęć nowicjatu był prosty: modlitwy, praca umysłowa i fizyczna, posługi w domu i w szpitalach, konferencje mistrza nowicjatu i przyjezdnych gości, dyskusje na tematy życia wewnętrznego i kościelnego. Stanisław rozpoczął nowicjat pełen szczęścia, że nareszcie spełniły się jego marzenia. Przecież już w Wiedniu jego maksymą było: “Do wyższych rzeczy jestem stworzony i dla nich winienem żyć”. Teraz jego hasłem było: “Początkiem, środkiem i końcem rządź łaskawie, Chryste”.
A jednak nie było dane zaznać Stanisławowi spokoju nawet tutaj. Na wiadomość, że Stanisław znajduje się w nowicjacie rzymskim, ojciec postanowił za wszelką cenę wydobyć go stamtąd. Wykorzystał w tym celu wszystkie możliwości. Do Stanisława wysłał list, pełen wymówek i gróźb. Za poradą przełożonych św. Stanisław odpisał ojcu, że powinien raczej dziękować Bogu, że wybrał jego syna na swoją służbę. W lutym 1568 roku Stanisław przeniósł się z kolegium Jezuitów (dom profesów), gdzie mieszkał przełożony generalny zakonu, do domu św. Andrzeja na Kwirynale, gdzie przebywał do śmierci.
Jak powiedziałem w pierwszych miesiącach 1568 roku św. Stanisław złożył śluby zakonne. Osiągnął więc cel. Teraz nic go już zgoła nie wiązało z ziemią. Dnia 1 sierpnia 1568 roku św. Piotr Kanizjusz miał konferencję do nowicjuszów. Prowincjał niemiecki pouczał, że tak należy spędzić każdy miesiąc, jakby był ostatni. W czasie pauzy św. Stanisław odezwał się: “Dla wszystkich ta nauka męża Świętego jest przestrogą i zachętą, ale dla mnie jest ona wyraźnym głosem Bożym. Umrę bowiem jeszcze w tym miesiącu”.
Koledzy zlekceważyli te słowa. I tak jeszcze dnia 5 sierpnia jeden z ojców, znany teolog, zabrał Stanisława do Bazyliki Matki Bożej Większej na doroczny odpust. Gdy byli w drodze, zapytał Stanisława niespodziewanie:
-“A czy ty naprawdę i szczerze kochasz Matkę Najświętszą?”
-Stanisław odparł bez wahania: “Ojcze, wszak ci to Matka moja!”.
Za kilka dni miało przypaść święto Matki Bożej Wniebowzięcia. Stanisław z zapałem opowiadał swoim kolegom, jak pięknie muszą ten dzień obchodzić w niebie aniołowie i święci. A potem dodał: “Jestem pewien, że będę mógł w najbliższych dniach osobiście przypatrzeć się tym uroczystościom i w nich uczestniczyć”. W prostocie serca w uroczystość św. Wawrzyńca (10 VIII) pisze list do Matki Bożej i chowa go na swojej piersi. Przyjmując tego dnia Komunię świętą, prosi św. Wawrzyńca, aby uprosił mu u Boga łaskę śmierci w święto Wniebowzięcia. Prośba została wysłuchana. Wieczorem tegoż dnia poczuł się bardzo źle. 13 sierpnia gorączka nagle wzrasta. Przenoszą go do infirmerii. 14 sierpnia męczą Stanisława mdłości. Wystąpił zimny pot i dreszcze, z ust popłynęła krew. Była późna noc, kiedy zaopatrzono go na drogę do wieczności. Prosił, aby go położono na ziemi. Prośbę jego spełniono. Przepraszał wszystkich. Kiedy mu dano do ręki różaniec, ucałował go i wyszeptał: “To jest własność Najświętszej Matki”. Zapytany, czy nie ma jakiegoś niepokoju, odparł: że nie, bo ma ufność w miłosierdziu Bożym i zgadza się najzupełniej z wolą Bożą. Nagle w pewnej chwili, jak zeznał świadek naoczny, o. Warszewicki, kiedy Stanisław modlił się, twarz jego zajaśniała tajemniczym blaskiem. Kiedy ktoś się doń zbliżył, by go zapytać, czy czegoś nie potrzebuje, odparł, że widzi Matkę Bożą z orszakiem świętych dziewic, które po niego przychodzą. Po północy 15 sierpnia 1568 roku przeszedł do wieczności. To była uroczystość Wniebowzięcia Matki Boskiej. Kiedy podano mu obrazek Matki Bożej, a on nie zareagował uśmiechem, wtedy się przekonano, że już w niebie cieszy się oglądaniem Najświętszej Maryi Panny.
Wieść o pięknej śmierci polskiego młodzieniaszka lotem błyskawicy rozeszła się po Rzymie. Wbrew zwyczajowi zakonu zwłoki młodzieńca przystrojono kwiatami, a ciało włożono do drewnianej trumny, co również w tamtych czasach w zakonie było rzadkim wyjątkiem. Na obrzędy pogrzebowe przybył do Rzymu brat Paweł.
Wtem ukazał się Paweł w berecie nacinanym i zdobionym strusim piórem, w bufiastych, niebieskich pludrach i sajanie, który miał szeroki, kwadratowy dekolt zdobiony pasami haftu, wykonany z czarnego jedwabiu ‘alla moresca’ i szerokie, bufiaste rękawy ujęte w połowie ramienia i w dolnej części przedramienia szerokimi pasami. Szeroki dekolt odsłaniał marszczony przód i rękawy bawełnianej koszuli… Pamiętam że ktoś przed Bazyliką świętego Piotra wiele pytań zadawał mojemu bratu odnośnie zasług Stanisława.
-(Paweł) “Rodzice chcieli, abyśmy byli wychowani w wierze katolickiej, zaznajomieni z katolickimi dogmatami, a nie oddawali się żadnym rozkoszom. Co więcej, postępowali z nami twardo i ostro, napędzali nas zawsze – sami i przez domowników – do wszelkiej pobożności, skromności i uczciwości, tak żeby nikt z otoczenia, z licznej również służby, nie mógł się na nas skarżyć o rzecz najmniejszą. Wszystkim tak jak rodzicom wolno nas było napominać, wszystkich jak panów czciliśmy.”
(Rzymska cela Stanisława- kaplica w Kościele Świętego Andrzeja na Kwirynale)
Także rzymską celę Stanisława zamieniono na kaplicę. Pewnie tutaj za sto lat będzie stała jakaś piękna rzeźba, która przedstawi Stanisława w chwili śmierci, z obrazkiem Matki Bożej w dłoniach… Ale już teraz gromadzą się tutaj Polacy na Mszy świętej…”Módlmy się o to, ażebyśmy umieli być pasterzami tej (polskiej) młodzieży; ażebyśmy umieli ją rozumieć, żebyśmy umieli jej słuchać tak do głębi, według tego, co się odzywa z samego dna duszy. I żebyśmy umieli – tak ją słuchając, tak ją rozumiejąc – prowadzić ją, wskazywać drogę…”(słowa papieża)
Niewiele pozostało pamiątek po Stanisławie w Polsce. W Rostkowie, miejscu urodzenia, już niedługo nie będzie śladu po dworze jego rodziców. Wierzę jednak, że w Rozstkowie stanie piękny kościół. Osobiście już bardzo dużo zawdzięczam Stanisławowi. Pierwszy z żywotów Stanisława napisał jego współnowicjusz o. Stanisław Warszewicki. Więc ja nie jestem pierwszy, który wam o życiu Stanisława opowiadam. W rok po zejściu Stanisława do tego samego nowicjatu Jezuitów w Rzymie wstąpił Piotr Skarga, współczesny kaznodzieja.

(Epilog- notatki następnych generacji)
Gdy otwarto trumnę Stanisława po latach, znaleziono Jego ciało nietknięte rozkładem. W 1605 r. papież Paweł V zezwolił na zawieszenie obrazu Stanisława w kościele św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie. Papież Klemens XI wydał dekret kanonizacyjny, a samego aktu kanonizacji dokonał jego następca Benedykt XIII w 1726 r. 200 lat później w 1926 r. sprowadzono do Polski część relikwii Świętego. W uroczystościach wziął udział sam prezydent państwa Ignacy Mościcki. Relikwia głowy św. Stanisława znajduje się w Nowicjacie Jezuitów w Gorheim. Ciało spoczywa w kościele św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie w jego ołtarzu po lewej stronie. Wielu polskich pielgrzymów po złożeniu hołdu Namiestnikowi Chrystusa udaje się do tego kościoła, by pokłonić się szczątkom polskiego świętego.
W tym czasie Pius V w Rzymie zdecydowanie wspierał katolików we Francji w walce z hugenotami. Był to czas “nocy świętego Bartłomieja” i awansu hugenotów. Zawarto traktat pokojowy, zapewniający hugenotom wolność religijną. Pius V był także inicjatorem Świętej Ligi przeciwko Turcji i krótko przed śmiercią świętował sukces – flota Ligi złożona z okrętów weneckich i hiszpańskich 7 października 1571 odniosła pod Lepanto zwycięstwo nad siłami sułtana Selima II. Z wdzięczności Maryi, ustanowił dzień 7 października, świętem Matki Boskiej Różańcowej. To był dzień “Matki Boskiej Zwycięskiej”.
(fin)

Z buntownikiem za pan brat, autor Stanisław Barszczak, część druga

(Wielka ucieczka, 10 sierpień 1567)
O świcie 10 Sierpnia 1567 roku Stanisław wychodzi poza mury Wiednia. Wtem przypomniał sobie posłyszane wczoraj słowa Ojca Franciszka Antonio: -W sercu twoim szczęście gości, więc nie tamuj swej radości/…/ A jeśli cię cenić, jak sam siebie cenisz, to zasłużyłeś na wiele… – Po chwili wspomniał także świeżą uwagę Ernesta, ostatniego przyjaciela w tym wielkim mieście: – Pokonani muszą odejść. Ale czekaj cierpliwie, aż czas dojrzeje. – Stanisław ma zarazem w pamięci Jezusowe słowa:- Kto mnie wybierze, musi wszystko, co ma, na szalę rzucić! I oto teraz pieszo, w przebraniu, ucieka z Wiednia. Ale on wie, że w pogoń za nim ruszy jego brat Paweł, że ich spotkanie nastąpi pewnie przy kościółku w Altötting. Tę okolicę pomiędzy Marktl nad Innem i Altötting ujrzał miesiąc temu we śnie. Odtąd nie marnował już ani chwili, skończyły się ‘wyjścia’ z kolegami na tańce, Stanisław zaczął na serio uczyć się niemieckiego. Nadto był już bardzo głęboko przekonany o świętości pewnego Jezuity w Rzymie, przekazywane z usta do ust pobożne słowa Ojca Frańciszka Borgiasza rozświetliły w nadzwyczajny sposób jego ostatnie tęsknoty, wszędobylskie marzenia. I mimo dwóch lat, które upłynęły od wielkich ceremonii pogrzebowych cesarza Ferdynanda, naraz stanął mu przed oczami obraz rozświetlonej świecami wielkiej katedry świętego Stefana w Wiedniu.
Jest 6 sierpień 1565 roku. Twórca hegemonii Haubsburskiej w środkowej Europie cesarz Ferdynand zamknął oczy 25 lipca 1564 roku. Uroczystości pogrzebowe osiągnęly apogeum w Wiedeńskiej Katedrze św. Stefana w dniach 6-7 sierpnia 1565 roku. A ich ostatnim dopełnieniem stało się w dniu 21 sierpnia złożenie zwłok cesarza w Praskiej Katedrze na Hradczanach obok jego małżonki Anny Jagiellonki. Ferdynand I panował 43 lata. W 1529 r. Ferdynand I, z pomocą hiszpańskich i niemieckich wojsk Karola V, zmusił Turków do odstąpienia od oblężenia Wiednia. Rozpoczęła się epoka panowania Habsburgów w Czechach i na Węgrzech, ale także zmagań między nimi a książętami Siedmiogrodu o koronę Świętego Stefana. Rodzicami Ferdynanda byli Filip I Piękny i Joanna Szalona. Miasto przygotowywało się do pogrzebu cesarza Ferdynanda bardzo starannie. Jest słoneczna sobota 1565 roku. W Wiedniu na orszak oczekują przed katedrą św. Stefana posłowie dworów zagranicznych, biskupi, opaci i cechy, z trzydziestoma marami pokrytymi złotogłowiem. Są również chorążowie w zbrojach pokrytych czarnym suknem, którzy postępują według starszeństwa reprezentowanych przez siebie ziem. Następnie 30 koni przykrytych jedwabiem, żacy, sześciuset ubogich w kapach i duchowieństwo. Za nimi prowadzony jest koń okryty czarnym aksamitem, a dalej, za cesarskimi marami, jedzie rycerz w zbroi na koniu w czerni, z gołym mieczem skierowanym ostrzem ku ziemi. A za nim postępuje chłopiec w zbroi, z tarczą, kopią i proporcem także spuszczonym ku ziemi. Po nich podąża jeszcze rycerz w stroju cesarskim, za nim dostojnicy niosący znaki cesarskie i sześćdziesięciu cesarskich ze świecami oraz zagraniczni posłowie, oraz radni miasta Wiednia. W takiej asyście odprowadzane było ciało zmarłego cesarza na wieczny spoczynek.
W tym momeńcie Stanisław zobaczył się w nowym świetle, już pełnego dnia. Poderwał się naraz, jakby broniąc się przed nadciągającą burzą, a to jego organizm przypominał mu właśnie o skradzionej nocy. Krajobraz stawał się coraz sielski, niebiański. Po chwili Stanisław przyzwolił więc na inne jeszcze nurtujące go myśli, które wstrząsnęły nim do głębi podczas godzin spędzanych ostatnio samotnie na stancji w domu luteranina Krzysztofa Wachenschwarza. Tak więc decyzja pozostania w zakonie Jezuickim była podjęta. W tak wewnętrznej decyzji rodzice nie będą mogli mu przeszkodzić, nie bedą w stanie powstrzymać go nakazując mu powrót w rodzinne strony. Teraz tylko trzeba mi dobrze przygotować serce i umysł na rozstanie ostatnie z Ojcem i z rodzeństwem, a brat Paweł w tej kwestii mi nie pomoże, co do tych prawd poczuł się nagle mocno przekonany. A więc trzeba mi wybrać zupełnie inny kierunek wymarszu z miasta, wyjść inną bramą, ażebym nie został tak szybko rozpoznany podążając po nieznanej drodze. Przed kilkoma miesiącami posłyszał z ust kolegów o Jezuickim nowicjacie w Dyllindze i jego sławnym przełożonym Piotrze Kanizjuszu. Zapragnął tego kapłana za wszelką cenę poznać. I teraz to pragnienie może się spełnić…
Stanisław ma już za sobą pogoń sług brata Pawła; w nowym przebraniu przetrwał jednak dwadzieścia dni. Właśnie ujrzał miasto, o którym wiele słyszał, Altötting. Tam znajduje się główne sanktuarium maryjne i ośrodek pielgrzymkowy nie tylko regionu Bawarii, ale i innych landów niemieckich. Początki kultu maryjnego w Altötting wiązane są z postacią św. Ruperta z Salzburga, zwanego Apostołem Bawarii. Tutaj, według tradycji, Święty miał nawrócić Ottona, księcia Bawarskiego oraz wielu jego poddanych, przyczyniając się tym samym znacznie do chrystianizacji tych ziem. Na początku VIII wieku św. Rupert wzniósł na miejscu dawnej świątyni pogańskiej kaplicę poświęconą Matce Bożej i umieścił w niej cudowną figurę Maryi. Do naszych czasów zachował się jej kształt z końca XIII wieku. W 1489 r. w Altötting miały miejsce dwa cudowne wydarzenia. Dwaj miejscowi chłopcy stracili życie, jeden z nich podobno pod kołami wozu pełnego zboża, a drugi- utopił się w rzece. Po żarliwej modlitwie zrozpaczonych matek przed figurą Matki Bożej chłopcy jednak zostali przywróceni do życia. Wieść o tych wydarzeniach sprawiła, iż Altötting zaczęły nawiedzać tysiące pielgrzymów. Miasteczko Altötting przechodziło różne koleje losu, m.in. po dwukrotnym najeździe Węgrów w IX i X wieku przez blisko 200 lat leżało w ruinie, nigdy jednak nie ucierpiała jego cudowna kaplica i figura Matki Bożej, zwanej Czarną Madonną lub Naszą Kochaną Panią. Na przestrzeni wieków okolice Altötting wolne były od klęsk nieurodzaju, głodu i zaraz pustoszących te tereny. Ośrodkiem życia religijnego w Altötting, niezmiennie od wieków, pozostaje cudowna kaplica, zwana Kaplicą Łask, ze słynną figurą Matki Bożej (Łaskawej). Rzeźba ma 65 cm wysokości i przedstawia Maryję trzymającą na prawej ręce Jezusa, a w lewej – berło. Duża dłoń Jezusa symbolizuje ogrom rozdawanych łask. Bardzo liczne wota umieszczone w kaplicy świadczą o doznawanych tu łaskach i cudach. W kaplicy znajdują się też urny z sercami władców Bawarii. Przez wieki bowiem zapisywali oni w testamencie swe serca Matce Bożej z Altötting, jako dowód wielkiej miłości i czci do Niej. Do sanktuarium przybywają Niemcy i Austriacy, ale nie brak także pielgrzymów z Polski, Francji i Hiszpanii. Liczną grupę stanowią chorzy. Niektóre pielgrzymki przybywają pieszo, zwłaszcza z diecezji Passau, na terenie której leży Altötting… U przeźroczystego źródła pobliskiej rzeki Inn zasiadł Stanisław, usłyszał naraz głos kopyt końskich. Ktoś jechał bardzo szybko w brożce, w karecie bogato zdobionej. Był to paradny pojazd o otwartej, prostopadłościennej skrzyni, nakrytej czterospadowym baldachimem, wspartym na słupach. To nie była już kolebka, nawet nie basztarda, ale brożka, która posiadała na bokach malowidła, płaskorzeźby i inne złocenia. Stanisław podnosi się i przygląda jeźdźcowi. To jego brat Paweł popuściwszy cugle podąża teraz do niego. Koń w pianie, twarz jego brata rozpalona bardziej niż słońce.
Uderza nas postać rozważnego zazwyczaj Pawła, którego postawa tym razem nie jest wolna od jakichś nadzwyczajnych względów czynionych wobec uciekiniera… W Wiedniu psotnik okrutny. Tutaj u stóp Matki Boskiej Paweł w niebieskim sajanie. Był to rodzaj kaftana czy też sukni obcisłej do pasa z doszytą krótką spódniczką, sięgającą do połowy uda i uszytej z połączonych ze sobą wycinków koła tworzących regularne rurkowate fałdy. Sajan miał szeroki, kwadratowy dekolt i szerokie, bufiaste rękawy ujęte w połowie ramienia i w dolnej części przedramienia szerokimi pasami. Sprawiało to razem wrażenie nadmiernie rozbudowanego torsu. Dodatkowymi ozdobami tego stroju były obszycie u dołu i koło szyi z aksamitnej listwy oraz szerokie, naszyte pasy z wzorzystej tkaniny lub haftu. Szeroki dekolt odsłaniał marszczony przód i rękawy koszuli z cieniutkiego płótna. Dekolt zdobiony pasami haftu, wykonany tutaj z czarnego jedwabiu ‘a trapunto’; czarny adamaszek u szyi, na głowie czarno-biały czepiec wykonany z cienkiej tkaniny, z węzłem ściągającym, umieszczonym pod klejnotem. Przód czepca był wzniesiony wysoko w górę, tym sposobem poszerzał kształt głowy, na plecy zarzucony kapelusz filcowy o dużych, odgiętych ku górze brzegach. Twarz Pawła czerwona, grzywka zaczesana na lewo. Kasztelanic miał na sobie płytkie, głęboko wycięte trzewiki, zawiązywane lub zapinane na biegnący w poprzek podbicia pasek, o szerokich przodach. Na wierzchu miał jeszcze długą, luźną i fałdzistą błękitną szubę o szerokich, niezapinanych połach z białymi gwiazdkami; z długimi, luźno od ramion zwisającymi dekoracyjnymi rękawami, stąd widoczne były w całości bufiaste rozcinane rękawy ubioru spodniego. Szuba podbijana była futrem, które tworzyło dodatkowo duży kołnierz i wąskie obszycie z błamów z futra popielic. Paweł miał szerokie, bufiaste spodnie do kolan, rodzaj pludrów. A obok niego jechali słudzy. Uderzał ekstrawagancki strój landsknechtów z schlitzami, w oczy rzucają się bufy ich pluderhosen z sutymi podszewkami, z nacinaniami, przez które wysuwały się podszewki w odmiennym kolorze dla zachowania kontrastu…
Stanisław w tym czasie ujrzał się na tle małego, a zaraz potem dużego domu przy gościńcu. Nagle tuż obok niego przebiegł karzeł o pustych oczach. Właściwie nie było w tym nic nadzwyczajnego. Stanisław nie dziwił się nawet zbytnio słysząc, jak poprawny karzeł szeptał do siebie: “O rety, o rety, na pewno się spóźnimy”. Dopiero kiedy karzeł wyjął z kieszonki od kamizelki jakieś preciozum, spojrzał nań i puścił się pędem w dalszą drogę do kaplicy w Altotting, Stanisław zerwał się na równe nogi. Przyszło mu bowiem na myśl, że nigdy przedtem nie widział karła w kamizelce z preciozami. Płonąc z ciekawości pobiegł na przełaj przez pole za karłem i zdążył jeszcze spostrzec, że znikł za żywopłotem z pielgrzymami. Wsunął się więc za nim do tłumu pątników nie myśląc o tym, jak się później stamtąd wydostanie.
Już po zmieszaniu się Pawła z tłumem pątników, któremu przewodził tutejszy Biskup, Stanisław prowadzi ze soba monolog:
-(Stanisław)Nie chciałbym spotkać świętego!
-(Ernest) A dlaczego nie!
-(Stanisław) Stajesz się tym kim nie byłeś, zmieniasz teraźniejszość… A ja chciałbym widzieć siebie na nowo narodzonego. Spójrz, za sprawą Marii, matki Jezusa, Bóg stał się interesującym człowiekiem. I tak dzięki Bogu przeszukując nasze dusze jesteśmy wręcz poszukiwaczami złota. Wiesz co ci powiem, otóż prowadzę przetarg z każdym, kto przebywa ziemie Jagiellonów… Otóż najpierw widzę właśnie obrazy ojczyste, jakąś ‘pierwszą’ historię w moim umyśle nieskończoną, kiedy głowa moja pełna wojny; a dopiero potem ta cudowna a stwórcza historia wyczarowuje się wreszcie z osobistych zapytań w ten sposób rozbudzonych mocno we mnie.
-(Ernest) Nam trzeba było iść na wschód, nie na zachód.. Widzisz, car Iwan grozi terrorem, przeraża- ale Rosjanie nie zostawią mocy, oni nie zignorują świata.
Z kaplicy Matki bożej w Altötting Stanisław posłyszał śpiewy pielgrzymstwa i narodu niemieckiego.
-Ach, och! Ernest westchnął wpatrując się w rozmodlonego Stanisława.
… cdn. (jest to fragment nowej mojej opowiesci o świętym Stanisławie Kostce, zatytułowanej “Z buntownikiem za pan brat”. Fakty opisane tutaj stanowią licentia opetica autora opowieści, X.SB)

Część III
“Świat zawsze zdaje się zwodzić ozdobom- kochanek zwykle wyprzedza zegary. Dziesięćkroć prędzej mkną gołębie Venus, chcąc złożyć pieczęć na nowej miłości.”(W. Shakespeare)
Ale nie było łatwo Stanisławowi wykonać polecenie otrzymane z nieba. Jezuici nie mieli bowiem zwyczaju przyjmować kandydatów bez zezwolenia rodziców, a na to nie mógł Stanisław liczyć, o czym juz tutaj wspomnieliśmy. Zdobywa się więc Stanisław na heroiczny czyn: organizuje ucieczkę, do której się starannie przygotował. Było to pamiętnego 10 sierpnia 1567 roku. W trzy tygodnie później Ojciec Franciszek Antonio z wiednia pisał w tej sprawie do Rzymu, do O. Generała Franciszka Borgiasza:
1 września 1567 rok (list Ojca Franciszka Antonio do O. Generała Franciszka Borgiasza)
-“Pewien młody Polak, szlachetny rodem, lecz bardziej jeszcze szlachetny cnotą, który dwa całe lata nalegał (o przyjęcie do zakonu)… zawsze jednak spotykał się ze stanowczą odmową, bowiem nie wyszłoby to na dobre, by mógł zostać przyjęty bez zgody rodziców, nie tylko z tego względu, że był naszym konwiktorem i bez przerwy uczniem naszego gimnazjum, lecz również z innych przyczyn. Nie mając nadziei, by tutaj wstąpić do zakonu, wyruszył przed niewielu dniami w nieznanym kierunku z zamiarem próby, czy w innym miejscu przypadkiem nie mógłby wypełnić swego ślubu. Był on wielkim przykładem stałości i pobożności; wszystkim drogi, nikomu nie przykry; chłopiec wiekiem, ale roztropnością mężczyzna; mały ciałem, ale duchem wielki i wyniosły. (…) Również legatowi papieskiemu poddawał sugestie, by naszych do tego (przyjęcia do zakonu) nakłonił. Lecz wszystko na próżno. Dlatego postanowił wbrew woli rodziców, braci, znajomych i powinowatych udać się gdzie indziej i na innej drodze szukać dostępu do Towarzystwa Jezusowego. A gdyby się to również gdzie indziej nie powiodło, zdecydował całe życie pielgrzymować oraz prowadzić odtąd w miłości do Chrystusa życie najbardziej wzgardzone i ubogie (…) Mamy nadzieję, że działo się to nie bez rady Bożej, iż w ten sposób odszedł. Taki był bowiem zawsze stały, że wydaje się, że do tego nakłoniła go nie dziecinna zachcianka, lecz jakieś niebiańskie natchnienie”.
List ten zawiera cenne szczegóły: Stanisław nosił się z myślą wstąpienia do jezuitów już od dawna, gdy tylko z nimi zetknął się w Wiedniu. Nakaz, jaki otrzymał od Matki Bożej, był jakby niebieską aprobatą i ponagleniem. Co więcej, jest wyraźna mowa o złożonym ślubie. Potwierdza również list ów, że Stanisław prowadził wówczas bardzo intensywne życie wewnętrzne. Świadkowie procesu kanonicznego zeznali, że miał nawet ekstazy. Tak zgoła odmienny tryb życia Stanisława musiał niepokoić jego najbliższe otoczenie w domu luterańskim i wywoływać gwałtowne rekacje. Nie rozumieli bowiem jego stanów mistycznych. Sam także Stanisław w egzaminie przednowicjackim w Rzymie 25 października 1567 roku napisze, że już przed rokiem złożył ślub wstąpienia do jezuitów.
– Kochany Erneście/…/ “przebyłem w zdrowiu już połowę drogi (…) Niedaleko od Wiednia dogonili mnie dwaj moi słudzy, których poznawszy schowałem się do pobliskiego lasu i w ten sposób uszedłem ich rąk. Przebyłem już wiele wzgórz i lasów. Kiedy koło południa pokrzepiłem swoje ciało znużone u przeźroczystego źródła, usłyszałem naraz głos kopyt końskich. Podnoszę się i przyglądam jeźdźcowi. To mój brat, Paweł. Popuściwszy cugle podąża do mnie. Koń w pianie, twarz brata rozpalona bardziej niż słońce. Możesz sobie wyobrazić, mój Erneście, w jakim musiałem być wtedy strachu, nie mając możności ucieczki. Stanąłem dla nabrania sił i pierwszy zbliżając się do jeźdźca proszę jako pielgrzym o jałmużnę. Zaczął dopytywać się o swojego brata. Opisał jego ubranie, wzrost i wygląd. Zwrócił uwagę, że był podobny do mnie. Odpowiedziałem, że nad ranem, tędy przechodził. Na to on, nie tracąc chwili, spiął ostrogami konia i rzuciwszy mi pieniądz popędził w dalszą drogę. Podziękowałem Najśw. Pannie, Matce mej, i by uniknąć następnej pogoni, skryłem się do pobliskiej groty, gdzie przeczekawszy trochę, puściłem się w dalszą podróż”.
Za poradą O. Franciszka Antonio, wiernego przyjaciela, który był wtajemniczony w plany Stanisława, może nawet sam mu poradził, gdzie się najpierw ma zwrócić i dał mu też list polecający do św. Franciszka Borgiasza, Stanisław jak juź wiem udał się nie wprost do Rzymu, gdzie byłby łatwo w drodze pochwycony, ale do Augsburga, gdzie przebywał Piotr Kanizjusz, przełożony prowincji niemieckiej. Spowiednik Stanisława stwierdza, że w drodze otrzymał również łaskę Komunii świętej z rąk anioła, kiedy zawiedziony wstąpił do protestanckiego kościoła w przekonaniu, że jest to kościół katolicki. Ale Stanisław wówczas w istocie rzeczy chciał wiedzieć więcej o cudzie w Augsburgu. Historia cudu w Augsburgu ma swój początek w chwili, gdy pewna kobieta wpadła na myśl, by przechowywać konsekrowaną Hostię u siebie w domu. Po przyjęciu Komunii podczas porannej Mszy Świętej, wyjęła Hostię z ust i zaniosła do domu, gdzie zalepiła Ją w woskowanym pudełeczku, tworząc w ten sposób coś na wzór prostego relikwiarza. Najświętszy Sakrament pozostawał w jej domu przez pięć lat. Dopiero w 1199 roku, pod wpływem wyrzutów sumienia, kobieta wyjawiła prawdę kapłanowi, który natychmiast przeniósł Hostię do kościoła Świętego Krzyża. Kapłan otwierając woskowy relikwiarz zauważył, że część Hostii przemieniła się w ciało pokryte czerwonymi smugami. Następnie okazało się, że ciała nie można rozdzielić z powodu scalających je cieniutkich żyłek. Wtedy kapłani uznali że było to prawdziwie Ciało Jezusa Chrystusa. W otoczeniu wiernych i kapłanów z wielu parafii, biskup zbadał cudowną Hostię i zarządził, by złożona w woskowym relikwiarzu, przeniesiona została do katedry. W czasie wystawienia Hostii w katedrze, trwającego od Wielkanocy do świąt Jana Chrzciciela, miał miejsce następny cud. Na oczach wiernych Hostia koloru krwi powiększył się i rozsadziła woskowy relikwiarz. Decyzją biskupa cudowna Hostia i cząstki wosku złożone zostały w kryształowym naczyniu i zwrócone do kościoła Świętego Krzyża. Tamże cudowna Hostia przechowywana jest pod szkłem już ponad 400 lat, zachowując doskonale nienaruszony stan.
Stanisław w Augsburgu jednak nie zastał prowincjała, dlatego podąża dalej do Dylingi. Trasa z Wiednia do Dylingi wynosi około 650 km. W Dylindze Jezuici mieli swoje kolegium. Trafił jednak Stanisław na moment krytyczny. Właśnie wystąpiło z zakonu dwóch tamtejszych Jezuitów, przeszli na protestantyzm. Wywołało to silny ferment w kolegium, na czele którego stał Polak – Mateusz Michoń. Nie dziw więc, że w takiej sytuacji nie mogło być mowy o przyjęciu Stanisława do zakonu. Nie odrzucono jednak jego prośby, ale przyjęto go na próbę. Wyznaczono mu zajęcia służby u konwiktorów: sprzątanie ich pokoi i pomaganie w kuchni. Z całą pewnością zawód ten przecierpiał boleśnie Stanisław. Ufny jednak w Bogu, starał się wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej.
Po powrocie do Dylingi Ojciec Piotr Kanizjusz bał się jednak przyjąć Stanisława do swojej prowincji w obawie przed gniewem rodziców i ich zemstą na Jezuitach w Wiedniu. Ale opowiem wam coś więcej o tej historii. Posłuchajcie. Stanisław stanął w Dylindze, i teraz przebiegł pokój swym bezszelestnym krokiem, który zawsze irytował jego współmieszkańców. Oto drobny, smukły młodzian, w końcu doczekał się jedynego spotkania z tym mężem, o którym tyle dobrego już słyszał. Nowicjat-Koledż mieścił się w budynkach starego klasztoru. “Przed dwustu laty czworokątne to podwórze było całkiem puste, krzewy rozmarynu i lawendy bramowały wysoki parkan. Ale balsamiczne zioła dotąd kwitły i wydawały woń w uroczy wieczór letni, choć nikt ich już nie zrywał, by z nich sporządzać leki. Kępki dzikiej pietruszki i orlika wyrastały wśród gracowanych ścieżek, a wodotrysk pośrodku podwórza zakryły paprocie i pryszczeńce. Róże rozrosły się dziko, ich kolczaste łodygi snuły się w poprzek ścieżyn. Po bokach płonęły ogromne czerwone maki; duże naparstnice opadały na zmierzwioną trawę, a stara winna latorośl, zdziczała i bezpłodna, oplotła swe pędy koło zaniedbanego niespliku, który liściastą głową potrząsał z wolna ze smutnym jakimś uporem. Jeden róg ogrodu zajęła olbrzymia kwitnąca magnolia – gąszcz ciemnych liści tu i ówdzie upstrzonych śnieżnobiałym kwieciem.” Prosta ława drewniana oparta była o jej potężny pień; na niej usiadł Ksiądz Piotr. Stanisław, skromny posługiwacz w kuchni, nie mogąc wykrztusić z siebie mocnego słowa odnośnie swojej przydatności w Nowicjacie, zauważając także na twarzy “ojca” pewne wątpliwości, zwrócił się doń w słowach:-A teraz odejdę – rzekł- chyba że mogę jeszcze być na coś potrzebny. – Nie będę już pracował, ale chciałbym cię jeszcze trochę zatrzymać, jeżeli masz czas, spokojnie zarispostował Ksiądz Kanizjusz. – O, tak!- odrzekł Stanisław. Oparł się o pień drzewa i poprzez ciemne gałęzie patrzył w spokojne niebo, na którym zapalały się zwolna pierwsze blade gwiazdy. Marzycielskie, mistyczne oczy, koloru ciemnobłękitnego, pod czarnymi rzęsami, odziedziczył po matce. Ksiądz Piotr odwrócił głowę, by ich nie widzieć, – Mein Junge, wyglądasz, jakbyś był ogromnie znużony – Cóż poradzę? – W głosie Stanisława brzmiało lekkie rozdrażnienie, które tamten wyczuł natychmiast. – Nie trzeba było odchodzić tak prędko z Wiednia ; jesteś zupełnie wyczerpany po tamtych nocach. Powinienem był stanowczo nalegać, byś wypoczął należycie przed wyjazdem z Dylingii. – Ach, ojcze, na co by się to przydało? Nie mogłem przecież po moich spotkaniach z Matką Bożą pozostać w tamtym domu (chodzi o dom luterański w Wiedniu). Ten Luteranin byłby mnie doprowadził do obłędu! – Nie żądałbym, żebyś pozostał u swych krewnych – łagodnie odparł Ksiądz Piotr. – Wiem dobrze, że byłoby to dla Ciebie czymś najgorszym. Żałuję jednak, że nie przyjąłeś zaproszenia swego ojca do powrotu do domu w jakimś to Rozstkowie, czy tak?; miesiąc spędzony w jego domu byłby cię uczynił zdolniejszym do dalszej pracy. – Nie, ojcze, nie mógłbym, naprawdę! Rodzice są bardzo dobrzy i serdeczni, ale oni tego nie rozumieją…martwią się z mego powodu…Czytam to na ich twarzach…Zapewne próbowaliby mnie pocieszyć i mówiliby o moim szczęściu ziemskim. To Matka Boża, która ukazała mi się z Dzieciątkiem, z moich chorób światowych mnie uleczyła zupełnie. A teraz ja bardzo marzę o wstąpieniu do stanu duchownego.
-Co więc, mój synu? Stanisław zerwał kilka kwiatów ze zwisającej gałęzi naparstnicy i nerwowo miął je w palcach. – Nie mogłem znieść tego miasta (mowa o Wiedniu) – zaczął po chwilowej pauzie – Na każdym kroku sklepy, gdzie stąpnę, wszędzie to samo. Każda kwiaciarka na ulicy ofiarowuje kwiaty…jak gdyby teraz były mi potrzebne! Wreszcie ten cmentarz…Nie, musiałem stamtąd uciec! o chorobę przyprawiał mnie sam widok tego miejsca…”Urwał nagle i usiadł rwąc w strzępy dzwoneczki naparstnicy. Zapanowało milczenie tak długie i głębokie, że nareszcie podniósł oczy, zdumiony, iż ksiądz nic nie odpowiada. Mrok już zapadał pod rozłożystym drzewem magnolii i wszystkie przedmioty wokół zacierały się z wolna, dość jednak było jasno, by Stanisław mógł widzieć, jak śmiertelnie blada stała się twarz Księdza Piotra. Zwiesił głowę na piersi, a prawą ręką kurczowo obejmował brzeg ławy. Młodzian odwrócił oczy, zdjęty trwożnym zdumieniem. Miał wrażenie, że niechcący stąpił na ziemię świętą. Boże! – pomyślał – jakże mały i samolubny jestem wobec niego! Gdyby mój smutek był jego własnym, nie mógłby go głębiej odczuwać. W tej chwili Ksiądz Piotr podniósł głowę i rozejrzał się wokoło. – Nie chcę cię zmuszać, byś tam wracał, zwłaszcza teraz – rzekł tonem najbardziej pieszczotliwym – musisz mi jednak przyrzec, że postarasz się wreszcie o zupełny wypoczynek.” Sądzę, że najlepiej będzie, gdy je spędzisz z dala od Dylingii. Nie mogę pozwolić, byś zapadł na zdrowiu. – A ty, kochany Księże, gdzie zamierzasz wyruszyć po zamknięciu nowicjatu? – Jak zwykle, ruszę z uczniami w góry i tam ich ‘poumieszczam’. Ale w połowie września, gdy zastępca dyrektora wróci z wakacji, postaram się wyjechać w Alpy, by mieć jakieś urozmaicenie. Pojechałbyś ze mną? Zabrałbym cię chętnie na kilka górskich wycieczek, gdzie mógłbyś też poznać alpejskie mchy i porosty. Tylko obawiam się, czy w moim towarzystwie nie byłoby ci za nudno? – Kochany Księże! – Stanisław ujął jego ręce w sposób „demonstracyjnie przesadny”. – Oddałbym wszystko w świecie, aby móc wyjechać z tobą, kochany Księże. Tylko…nie jestem pewny…- urwał. – Sądzisz, że ci nie pozwolą? – Oczywiście, że ojcu w Przasnyszu to będzie nieprzyjemne, ale zakazać mi przecież nie może. Mam siedemnaście lat i mogę robić, co mi się podoba. A Paweł ostatecznie jest tylko przyrodnim moim bratem i nie widzę powodu, dla którego miałbym mu być posłuszny. – Jeśli jednak sprzeciwi się stanowczo, to sądzę, że lepiej byłoby go nie drażnić; to mogłoby jeszcze pogorszyć twe stosunki domowe… – Pogorszyć się już nie dadzą! – porywczo zawołał Stanisław. – Zawsze mnie nienawidzili i będą nienawidzić…bez względu na moje postępowanie. Zresztą, jakżeby Paweł mógł się sprzeciwiać memu wyjazdowi z tobą, mym kochanym Księdzem- spowiednikiem? – Zważ, że jest szlachcicem. W każdym razie lepiej będzie napisać do niego i zaczekać na odpowiedź, jak się na to zapatruje. Tylko staraj się pisać spokojnie, mój synu, wszak postępowanie twoje musi być niezależne od tego, czy cię ktoś kocha czy nienawidzi. Napomnienie udzielone zostało w formie tak łagodnej że Stanisław lekko się tylko zarumienił. – Tak, wiem o tym – odpowiedział wzdychając – ale to tak trudno… – Żałowałem, że nie mogłeś przyjść do mnie we wtorek wieczór – rzekł ksiądz Piotr przechodząc na inny temat. – Przyrzekłem wpierw jednemu z kolegów, że przyjdę na zebranie w jego mieszkaniu. Byliby na mnie czekali. – Jakież to było zebranie? Stanisław zdawał się zmieszany tym pytaniem. – To…to nie było zebranie zwyczajne – odparł zacinając się nerwowo. – Przybył jeden student o imieniu Mateusz i wygłosił mowę…rodzaj wykładu. – Cóż on wykładał? Artur się zawahał. – Ojcze, czy nie będziesz żądał, bym ci wymienił jego nazwisko? Bo przyrzekłem… – Nie będę ci w ogóle zadawał żadnych pytań, a jeśli zobowiązałeś się do tajemnicy, to musisz ją, oczywiście. zachować. Sądzę jednak, że mogłeś już nabrać do mnie zaufania. – Rozumie się, kochany Księże. Mówił nam…o naszych obowiązkach względem narodu Wybranego i Boga…i…względem nas samych. no i o tym…w jaki sposób moglibyśmy przyjść z pomocą… – Z pomocą, komu? – Ludowi…i… – I? – Narodowi Wybranemu. Zapanowało długie milczenie. – Powiedz mi, Staszku – ozwał się ksiądz Piotr tonem bardzo poważnym. -Mateusz z jego towarzyszami obrażają matkę Bożą, Stanisław zerwał znów garść naparstnic. – Posłuchaj, kochany Księże, jak to się stało – zaczął spuszczając oczy. – Zaraz po moim przyjeździe tutaj do Dylingii, poznałem wielu studentów, wszak pamiętasz? Otóż niektórzy z nich poczęli opowiadać o wszystkich tych sprawach i pożyczali mi książki. Nie zajmowałem się tym zbytnio, bo spieszyłem zawsze na spotkanie z matką Bożą. Ale podczas moich długich nocy; wówczas zacząłem myśleć o tych książkach i o tym, co słyszałem od studentów…i zastanawiałem się, czy mieli słuszność i…czy…Pan Bóg byłby z tego zadowolony. – Czy pytałeś Go o to? – Głos księdza Piotra drżał lekko. – Często, kochany Księże. Nieraz modliłem się do Niego, by mi powiedział, co mam uczynić. Żadnej jednak nie otrzymałem odpowiedzi. – I nigdy o tym nie rzekłeś ani słowa, Staszku, sądziłem, że mi ufasz. – Kochany Księże, wiesz dobrze, że ci ufam! Istnieją jednak rzeczy, o których mówić nie można z nikim na ziemi; muszę otrzymać odpowiedź wprost od Boga. Widzisz przecie, że chodzi tu o całe moje życie, o duszę. Ksiądz odwrócił się i wlepił oczy w osłonięte cieniem gałęzie magnolii. Zmierzch wieczorny był już teraz tak gęsty, że twarz księdza miała wyraz upiorny, niby oblicze czarnego ducha wśród czarniejszych jeszcze gałęzi. -Przez całe dwa dni ostatnie dni – począł znów Stanisław głosem znacznie cichszym – nie mogłem myśleć o niczym. Aż… zachorowałem. Wiesz, kochany Księże, że nie mogłem przyjść do spowiedzi. – Tak, wiem. Będziemy widzieć teraz, jak profesorowie walczą o Boga, modlitwa to jedyna a słuszna rzecz do zrobienia teraz. Ksiądz Piotr tak charakteryzuje rozpoczęcie tej jedynej bitwy o katolików w Dylindze w obliczu schizmy Mateusza Michonia, który przeszdł na luteranizm: dla rozpoczęcia bitwy ranek jest porą najodpowiedniejszą, bo wieczorem to już czas rozpoczynania wojny. Widzisz, wódz armii musi być zdolnym skazać na śmierć nawet rzeczy, które kocha. Zgadzam się na twoja podróż do Rzymu.- Żołnierz musi zwyciężać, aby uratować swoją i innych duszę, jednym tchem Stanisław wykrztusił to z siebie. -Jesteś idealistą, pochwalony bądź za to, wymówił ostatnie słowo ksiądz Piotr.
W tej miejscowości (Dylinga nad Dunajem) ówczesny prowincjał Jezuitów niemeickich, Piotr Kanizjusz, wystawił jak najlepsze świadectwo młodemu kandydatowi do zakonu i skierował na dalszą naukę do Rzymu. Tak więc po kilku tygodniach w końcu doceniono Stanisława pokorę, pracowitość i pobożność i skierowano wraz z dwoma innymi kandydatami do Rzymu. Przedziwnym zrządzeniem Opatrzności Stanisław, kasztelanic polski, a mój brat, znalazł się najpierw w Sigmaringen. To miasto znajduje sie w kraju związkowym Badenia-Wirtembergia, w rejencji Tybinga, w regionie Bodensee-Oberschwaben. Sigmaringen dzięki swojemu dogodnemu położeniu, gdzie krzyżowały się drogi handlowe, w naszych czasach stało się znacznym ośrodkiem rzemieślniczo-przemysłowym i handlowym. Dużą rolę odgrywa tam rzeka Dunaj. Liczne ustawy nakazywały usuwanie przeszkód takich jak młyny, tamy, groble. Władze miejsca starały się utrzymać tamy i mosty w należytym stanie, pobierano na nich zapewne specjalne cła, funkcjonowała też pewnie komora celna. Były tam czerpalnie wody z Dunaju, wytyczano wreszcie miejsca pod koszary wojskowe. Pierwsze zakłady przemysłowe powstały na tym terenie już w średniowieczu. Rozwijało się tu górnictwo i hutnictwo, przetwórstwo metalu między innymi produkcja broni, wydobywano rudy ołowiu, miedzi i srebra. Stanisław dowiaduje się, że spłonęła drewniana kuźnica; podpalanie miejscowych kuźnic było praktykowane jako ucieczka przed bankructwem sług rodu Hohenzollern-Sigmaringen. Ten niemiecki ród arystokratyczny, posiadający tytuł książęcy, to jedna z katolickich gałęzi rodu Hohenzollernów. Rodzina wywodzi się od hrabiego Karola II, syna Karola I, ostatniego hrabiego Hohenzollern. Przed kilkunastu laty nastąpił podział hrabstwa między trzech synów Karola I. Część objęta przez Karola II nosiła nazwę Hohenzollern-Sigmaringen, od będącego siedzibą rodziny zamku Sigmaringen. Stanisław, mój brat schodząc do Dunaju mógł cieszyć się wspaniałym widokiem zamku Sigmaringen. A w tę stronę skierował się za podszeptem jednej z tamtejszych franciszkanek tercjarek, ażeby u Hohenzollernów szukał finansowego wsparcia na drogę do Rzymu. Stanisław przechodzi obok kuźnicy w Singeringen, którą ogarnął pożar. Do spalonej drewnianej zabudowy kuźnicy przychodzi jakaś niewiasta z dziećmi, wdowa po robotniku i domaga się odszkodowania za jego śmierć, na co hrabia Karol Hohenzollern opowiada: „(…) cham umyślnie podłożył łeb pod koło, jemu się nie chciało pracować, a jemu się chciało okraść kuźnicę”. Hrabia Karol Hohenzollern, który właśnie napawa się widokiem przygasającego pożaru, daje jej jakieś pieniądze i każe się zgłosić po odszkodowanie za kilka dni. Później rozmawia z synem Karola hrabią Hohenzollern także Stanisław. Hrabia jest człowiekiem zimnym, obojętnym, ale i mądrym, gotowym do wszystkiego, prawdziwym Hohenzollern… Dom Hohenzollernów, rodzina książąt-elektorów Brandenburgii, książąt Prus, książąt Dolnego Śląska w latach 1543-1549, 1556-1558, hrabiów Hohenzollern od około 1050 roku po dziś dzień (Hohenzollernowie dali początek dynastii cesarzy Niemiec w latach 1871-1918, królów Prus w latach 1701-1918, królów Niemiec w latach 1867-1871, w latach 1852-72 w Sigmaringen-Gorheim otwarto Nowicjat Jezuicki, w naszym stuleciu żywotne w Italii jest Bractwo Paska św. Franciszka (Cordigeri), zatwierdzone przez Sykstusa V w 1585, którego konfraternie działały przy kościołach franciszkanów, także w księstwach niemieckich. Tercjarze wydawali liczne owoce świętości, przyp. autora). To jeszcze wam powiem, że pierwsze wzmianki o rodzinie pochodzą z miasta Hechingen w Szwabii z XI wieku. Nazwę przyjęli od ich dziedzicznego zamku Hohenzollern Burg. Zawołaniem rodowym jest ‘nihil sine Deo’ (nic bez Boga). Rodzinny herb, najpierw zaadoptowany w 1192 roku, zaczął się jako prosta tarcza srebrny soból. Głowa i ramiona psa myśliwskiego zostały dołączone w 1317 roku do herbu Fryderyka IV. Później dzielenie na czterech części wcieliło inne gałęzie rodziny. Podział rodu nastąpił na dwa gałęzie: katolicką – zamieszkiwali w Szwabii i protestancką gałąź we Frankonii. Stanisław skierował się zatem do katolików w Sigmaringen i widocznie otrzymał jakieś wsparcie na dalszą drogę, skoro cały i zdrów zawitał w wiecznym mieście, w Rzymie…cdn

Jest człowiek, nie Bóg, odpowiedzialny za To działanie złe lub dobre

Stanisław Barszczak, Wystarczy ci mojej łaski,
Człowiek został stworzony po to, aby był początek. Zrozum człowieku, jak wiele znaczysz! Powiem więc osobiście: jestem szczęśliwy, że mogę pisać ci o człowieczej wolnej woli. Ogłaszam dzień wolny od życia, tu i teraz. Ale zaraz, po kolei… To człowiek, nie Bóg, jest odpowiedzialny za działanie złe lub dobre, i faktycznie i sprawiedliwie, jemu (jest) winny. Człowiek jest zawsze winny za To działanie, przed Bogiem samym. Św. Augustyn komentował swoją myśl: wolność woli wynika z natury człowieka. Wręcz jest zdeterminowana naturą człowieka, który ową własną wolę posiada… Natura jest więc uprzednia względem woli. Nie tworzy się przez dobre uczynki, nie jest- jak twierdzi Pelagiusz- skutkiem ulegania wpływom zewnętrznym przez człowieka, który może wybrać dobro; natura jest uprzednia względem uczynków, które są jej przejawami, owocami. Jesteśmy więc grzeszni nie dlatego, że grzeszymy, ale dlatego grzeszymy, że jesteśmy grzeszni… Wolność woli realizuje się w zakresie, jaki wytycza natura osoby, która ją posiada. Jeśli człowiek jest zły, swą wolność realizuje zawsze w zły sposób, i inaczej nie może. Jeśli dobry, to natura popycha go do dobra, i znów, wolność realizuje się w zakresie dobrych uczynków. Mawiał święty Augustyn, że człowiek “w wyniku skażenia nie może sobie poradzić z grzechem.” Komentarze do Augustyna znajdujemy przez internet. Dyskusja nad wolną wolą jest pytaniem o zasługi przed Bogiem. Jeśli jest tak, że jeden jest bardziej pobożny niż drugi, Bóg powinien jakoś przychylniej patrzeć na tego, który jest lepszy niż tego, który jest gorszy. A jeśli znów i jeden i drugi jest tak samo zły, po co robić cokolwiek? W końcu, dyskusja nad wolną wolą jest dyskusją nad skażeniem człowieka, a skażenie człowieka wraz z jego skutkami jest przyczyną, dla której Chrystus umarł na krzyżu. Dyskusja nad wolną wolą jest więc w istocie dyskusją nad tym, od czego Chrystus zbawił człowieka na krzyżu; czy była to śmierć absolutnie konieczna, czy też człowiek, ze względu na absolutną wolność woli, może sobie, przynajmniej hipotetycznie, przy silnym samozaparciu i dyscyplinie, poradzić sam – i zyskać zbawienie nie mocą łaski Bożej okazanej przez zastępczą śmierć Chrystusa, ale dzięki własnym uczynkom, w wyniku czego zbawienie okazuje się raczej odpłata Bożą za pobożne życie niż przebaczeniem (por. artykuł w kręgu myśli protestanckiej, Mateusz Wichary: Wolna wola i łaska w myśli św. Augustyna). Ale takie postawienie sprawy zmusza do odpowiedzi na dwa pytania. Po pierwsze, skąd w człowieku dobra i zła wola? Doświadczamy przecież w życiu obu. I dalej, po drugie, co zrobić z wersetami, które wydają się wskazywać, że człowiek jednak ma wybór między dobrem i złem? Odpowiedź na oba przynosi augustyńska koncepcja łaski. Postawienie pytania o wolę człowieka jest więc nierozerwalnie związane z postawieniem pytania o wolę Boga i ich wzajemne powiązanie. Wymagania Boże nie implikują braku łaski i istnienia dobrej woli w człowieku, lecz wręcz przeciwnie, implikują konieczną niezbędność łaski Bożej jako siły, działającej w nas… Słabość woli wraz z Bożym wymogiem Prawa jest więc narzędziem, które zmusza wiernego do szukania Bożej pomocy i rozpaczliwego zdania się na nią – przez korzystanie ze środka łaski, jakim jest modlitwa. Chrześcijanin nie modli się dlatego, żeby siebie sam udoskonalić; modli się dlatego, że bez modlitwy nie uzyska pomocy z zewnątrz, spoza siebie, od Boga, której koniecznie potrzebuje. Tylko Bóg potrafi zmienić naturę człowieka: odjąć serca twarde, a stworzyć serca posłuszne. Człowiek tego sam nie uczyni. Koniecznie więc potrzebuje pomocy Bożej, bez której posiada wyłącznie złą wolę. Wolność woli wraz z Bożym wymogiem Prawa jest więc narzędziem, które zmusza wiernego do szukania Bożej pomocy i rozpaczliwego zdania się na nią – przez korzystanie ze środka łaski, jakim jest modlitwa. Chrześcijanin nie modli się dlatego, żeby siebie sam udoskonalić; modli się dlatego, że bez modlitwy nie uzyska pomocy z zewnątrz, spoza siebie, od Boga, której koniecznie potrzebuje. Tylko Bóg potrafi zmienić naturę człowieka: odjąć serca twarde, a stworzyć serca posłuszne. Człowiek tego sam nie uczyni. Koniecznie więc potrzebuje pomocy Bożej, bez której posiada wyłącznie złą wolę… Wolność woli realizuje się w zakresie, jaki wytycza natura osoby, która ją posiada. Jeśli człowiek jest zły, swą wolność realizuje zawsze w zły sposób… Przy słabości woli konieczna pomoc Boża ( „cokolwiek człowiek czyniłby w swym mniemaniu dobrego, nie byłoby to wcale dobre, jeśliby miłość nie ożywiała jego uczynków,”zob. Augustyn, Traktaty o łasce, w: Łaska, Wiara, Przeznaczenie. Pisma Ojców Kościoła, t. 27, Poznań 1971, s.137) I tak, Stare Przymierze jedynie wymaga miłości, a Nowe podtrzymując ów wymóg jednocześnie „udziela łaski.”( Tamże) Tak więc człowiek posiada możliwość wyboru między dobrem a złem o ile jest pod działaniem łaski. Sic! To łaska Boża sprawia, że człowiek chce wybierać dobro; to łaska Boża daje pomoc ku temu, by wypełnić to, czego nakazuje Prawo… Zauważmy tutaj: łaska Augustynowa nie usprawiedliwia, ale jedynie uświęca! Łaską Bożą jest dostęp do środków łaski i danie przez Boga grzesznikowi dobrej woli. Bóg udziela łaski tym, którym chce, a którym nie chce, nie udziela. Tym, którym udziela, zmienia wolę. Tym, którym nie udziela, tej woli nie zmienia. A więc, wola Boża, wyrażona w Bożym wyborze, determinuje kształt i działanie wolnej woli człowieka… Ale Augustyn pyta nie tylko o relację Bożej woli względem łaski, ale również relację Bożej woli względem wolnej woli ludzi bez łaski. Oto jego wnioski: „Co mówi Dawid obrońcy swemu, który chciał uderzyć syna Jemniego, miotającego przekleństwa? „Cóż mnie i wam synowie Sarwi? Dajcie mu spokój, aby złorzeczył, ponieważ Pan kazał mu złorzeczyć Dawidowi. A któż mu powie: ‘Czemuś tak uczynił’?” (2Sm 16:10). (…) Jakiż mędrzec pojmie słowa, którymi Pan polecił synowi Jemniego złorzeczyć Dawidowi? Słowa Boże nie wyrażały rozkazu, którego spełnienie byłoby chwalebnym posłuszeństwem. Pan – według opowiadania Pisma świetego – „rzekł mu”; to znaczy, że sprawiedliwym i tajemniczym wyrokiem swym skłonił wolę tego złego z powodu swej winy człowieka do wymienionego grzechu.”(Tamże, s.141) Warto zwrócić uwagę na sam koniec tej wypowiedzi. Augustyn mówi po pierwsze o sprawiedliwości – bez względu na nasze pytania o Boże działanie względem ludzi pozostających w swej złej woli – nie wolno zanegować tego podstawowego Bożego atrybutu. Dalej, o tajemnicy – tajemnicy Bożego działania dla nas; nie jesteśmy w stanie nazwać ani poznać, przeniknąć przyczyn, dla których tak się dzieje i w związku z tym nie wolno nam tego czynić (por. Pwt 29:28). Z drugiej strony, Bóg objawił częściowo w fragmencie, który przywołuje, swe działanie. „Skłonienie woli” człowieka do złego nie neguje „z powodu swej winy” – to człowiek, nie Bóg, jest odpowiedzialny za to działanie, i faktycznie i sprawiedliwie jemu winny… Jaki wniosek: Boża predestynacja, Boże rządy nie tylko nie przeczą wolnej woli człowieka, jego odpowiedzialności, ale są koniecznym dla prawdziwej pobożności i ufności względem Boga wyjaśnieniem wszystkiego, co się dzieje: „Czyż wrogowie Izraela nie walczyli z własnej woli przeciw ludowi Bożemu, któremu przewodził Jozue syn Nuna? A jednak mówi Pismo: „Pan wzmocnił ich serca, aby wyruszyli na wojnę przeciw Izraelowi i zaznali zniszczenia” (Joz 11:20).” „Bóg posługuje się sercami ludzi złych na chwałę i pożytek dobrych; tak posłużył się Judaszem, zdrajcą Chrystusa; tak posłużył się Żydami, krzyżującymi Chrystusa (Tamże, s.141) Grzesznicy ze swymi grzechami są w tajemniczy sposób – ale przecież ostatecznie pokrzepiający dla chrześcijan – narzędziami Boga, który jakkolwiek dziwnie i w sposób przekraczający wszelkie ludzkie pojmowanie, realizuje w nich i przez nie swoje święte, sprawiedliwe zamiary (por. Mateusz Wichary…) Mnich przybyły z Irlandii do Rzymu Pelagiusz oponował: jak postępujemy, zasługujemy na pochwałę lub naganę. Pelagiusz ograniczał łaskę do takiej czysto zewnętrznej pomocy… jedynie przez własne zasługi ludzie czynią postępy w świętości, a przeznaczenie Boże działa ściśle w zgodzie z jakością ich życia, które według tego, jak je Bóg przewidział, będą oni prowadzić. Skutkiem tego, człowiek może, i jest to w jego mocy, zachowywać Boże przykazania bez grzeszenia. Tyle Pelagiusz, który był wychowanym w surowej pobożności klasztornej Irlandii, od dziecka wdrażanym w dyscyplinę i pobożne życie. Augustyn natomiast nawróconym rozpustnikiem, w którym wszelkie zmiany wniosła właśnie wewnętrzna duchowa przemiana. Jeśli bynajmniej w obliczu pism Augustyna krytykujemy Pelagiusza to dlatego, że ostatnia koncepcja “absolutnie wolnej woli” implikuje koncepcję człowieka współuczestniczącego nie tylko w dziele zbawienia, ale również w historii, jako całkowicie nieprzewidywalny składnik, stawiający pod znakiem zapytania najpierw Bożą wszechmoc, ale następnie i mądrość oraz dobroć. Natomiast koncepcja wolnej woli Augustyna choć zaczyna w sposób bardzo ponury, ostatecznie wskazuje bardzo jednoznacznie i pozytywnie odpowiedź – u Boga wyłącznie – dając również, choć trudną, to jednak nadającą sens egzystencji, cierpieniu i wierze wizję historii i życia każdego człowieka. W tym momencie oderwałem się od tych uwag i wspomniałem na własne skromne doświadczenie odnośnie wolności i odpowiedzialności, a które chciałbym poprzeć również tekstami św. Augustyna. “Cóż gorszego od domu, w którym niewiasta mężem rządzi? Dobrze zaś jest w tym domu, gdzie mąż rządzi, a niewiasta ulega… Cały świat jest chrześcijański i cały świat jest bezbożny; na całym świecie są bezbożni i na całym świecie są pobożni; i jedni drugich nie znają. Bóg dobrze używa złych dzieł i ludzi niegodziwych. Każdy będzie taki, jaka jest jego miłość. Kochasz ziemię? Ziemią będziesz. Boga kochasz? Cóż powiem? Że będziesz Bogiem? Nie śmiem powiedzieć tego sam od siebie, ale posłuchajmy Pisma: „Bogami jesteście jesteście synami Najwyższego” (PS. 31,6). “I małe grzechy zabijają, jeśli się je lekceważy…” A Kościół lekceważy maluczkich w tej epoce dziejów! “Nie miłuje się tego, czego wcale się nie zna. Jeśli się zaś miłuje to, co się zna, to ta miłość sprawia, iż można to poznać coraz lepiej i coraz pełniej.” To prawda: “niejeden czyn wygląda na surowy i twardy, choć dokonuje się go dla wychowania, z pobudki miłości. Dlatego polecamy ci jedno krótkie zdanie: Kochaj i czyń, co chcesz! Gdy milczysz, milcz z miłością; gdy mówisz, mów z miłości; gdy karcisz, karć z miłości; gdy przebaczasz, przebaczaj z miłości. Niechaj tkwi w sercu korzeń miłości; wyrośnie z niego tylko dobro.” Chcesz mieć radość wieczną? Złącz się z Tym, który jest wieczny. Dusza żywi się tym, z czego się cieszy. A droga człowieka to droga od upadku do upadku. I ja przechodziłem w życiu złe góry. “Strzeż się, żebyś nie uciekał się do takich gór. Przyjdą bowiem ludzie i powiedzą ci: To jest mąż wielki, wspaniały człowiek…Jaki on był! A jakim był ów Ariusz! Wymieniłem wszystkie góry, ale grożące rozbiciem.” I tak zapragnąłem widzieć siłami umysłu to, w co uwierzyłem, z wielkim Augustynem… Idziesz drogą; przybyłeś, aby ją opuścić, a nie pozostawać na niej; idziesz drogą, a to życie jest gospodą. Pamiętaj o tym, że twoje swobodne i wolne od zajęć chwile obciążone są największymi zadaniami i odpowiedzialnością. Święty Augustyn modlił się wreszcie: Imię Syna Twego, mego Zbawcy, już z mlekiem matki moje serce w dzieciństwie wchłonęło w siebie. Boże, daj mi siłę, abym mógł zrobić wszystko, czego ode mnie żądasz. A potem żądaj ode mnie, czego chcesz… Człowiek może robić tylko to, do czego Bóg da mu siłę. Odnaleźć stałość w odczuwanych sprzecznościach – oto jest cel walki z samym sobą… Ale dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Bo właśnie człowiek jest tęsknotą Boga, jest celem Jego miłości. Bóg jest głębszy od rowu mariańskiego, mówią niektórzy. Bóg miłuje nas takimi, jakimi będziemy, a nie takimi jakimi jesteśmy. Im bardziej wątpiliśmy w Boga, tym bardziej opieszale Go szukaliśmy. Bóg jest bliżej nas, niż my siebie samych. Otwórzmy się na Boga. Nie będzie miał Boga za Ojca ten, kto nie chciałby mieć Kościoła za matkę. Chciałem widzieć Kościoła-matkę zawsze. Choćby z daleka… jak ostatnio na audiencji z udziałem papieży w Rzymie. Ale nie ma radości bez smutku i goryczy. Tym razem zabrakło mi bezpośredniego spotkania z Ojcem świętym. Spojrzałem na mędrców wokoło i z ust moich wyszeptałem: “To, czym dusza jest w naszym ciele, tym Duch Święty jest w ciele Chrystusa, którym jest Kościół. Rzym przemówił – sprawa skończona! Ziemia jest twoim okrętem, nie siedzibą. Prawda jest słodka i gorzka. Kiedy jest słodka, oszczędza, a kiedy jest gorzka, leczy.” Zarazem w tej ciszy odnalazłem czas na modlitwę: “Tylko Kościół katolicki jest Ciałem Chrystusowym. Chrystus jest Głową i Zbawicielem swojego Ciała. Poza tym ciałem Duch nie ożywia nikogo… Poza Kościołem można wszystko uczynić, poza zbawieniem duszy. Można doznawać czci, można przyjmować sakramenty, można śpiewać „Alleluja”, można odpowiadać „Amen”, można głosić Ewangelię, można wyznawać i głosić wiarę w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, ale wyłącznie w Kościele katolickim można odnaleźć zbawienie.” “Poza Kościołem katolickim nie ma prawdziwej ofiary,” kontynuował modlitwę swoją biskup z Hippony… I zawyrokowałem: Szczęśliwy jest ten, kto Boga posiada! Dajcie mi modlące się matki, a uratuję świat! Matki słuchające syna! Jezus mógł zejść z krzyża, ale wolał powstać z grobu. Miłość to wybór drogi miłości i wierność wyborowi. Oddajmy siebie w całości… po prostu dlatego, że nie mamy nic więcej. Jeszcze jest godzina powstania ze snu. Czuwajcie i módlcie się, aby nie zabrakło wam tej wiary, z którą się modlicie.

To był piękny czas

Stanisław Barszczak, Na samotności—
Nikt mi w życiu tak bardzo nie pomógł. A to, do czego w życiu doszedłem, zawdzięczam woli spełnienia obowiązku stwarzania lepszej generacji ludzi, następnie Matce, wreszcie Bogu w Trójcy świętej Jedynemu. I zacząłem podróżować po świecie. Mój inteligentny naród jest po wyborach samorządowych, a teraz jakby szukał śnieżek na suchym skądinąd lotnisku. Osobiście wciąż nie przestaję poszukiwać sprawiedliwości, która jawi mi się jakaś daleka, w drodze.. Pozwólcie że powiem tutaj, bowiem w tym kształcie zauważam ją tylko na świecie. Czy to jest ujma dla naszej epoki, chyba nie. Tak więc mam za sobą odwiedziny 45 krajów. A było to tak! Pewnego dnia Mama mi powiedziała: co z tobą będzie.. -Wiesz co, jedź do Ojca świętego, może on Cię zrozumie- Tak więc odbywam te współczesne podróże teraz przeważnie samolotem. Nawet kiedy już mamy zabrakło. A ona jak wierzę, jest już w niebie: “[…]Byłaś moją nadzieją w dniach sa­mot­ności, niepo­kojem w chwi­lach zwątpienia i pew­nością w chwi­lach wiary. Wie­działem, że kiedyś spot­kam moją Drugą Połowę, dla­tego poświęciłem się zgłębianiu Tra­dyc­ji Słońca. Miałem ochotę żyć tyl­ko dla­tego, że wie­rzyłem w two­je istnienie.”(Paulo Coelho) Podróże z papieżem, to jest teraźniejsza, moja pasja w życiu. Miejscem naszego spotkania jest bezinteresowność. Ktoś powiedział tę myśl, którą w momencie sobie przypomniałem: narze­kałem, że nie mam butów, dopóki nie spot­kałem człowieka, który nie miał stóp. I zaraz też ujrzałem chromego gołębia, który akurat spacerując i ulatując nad moją ławką, marzył pewnie o jakieś strawie. Jak wspomniałem najpierw były audiecje generalne z udziałem Jana Pawła II (16 czerwiec 1996; marzec 2000; 20 lipiec 2003). Nie mogłem nie pojechać na uroczystości żałobne po śmierci Papieża Polaka Jana Pawła II (8 kwiecień 2005). Następnie były audiencje generalne z udziałem Benedykta XVI (27 wrzesień 2006; 28 maj 2008; 22 kwiecień 2009; 30 czerwiec 2010- reparto speciale (otrzymałem dwa bilety w kolorze żółtym, abym mógł uczestniczyć w audiencji na Placu świętego Piotra tam za schodami, na górze, blisko papieża; 9 listopad 2011 -kolejne reparto speciale; 27 luty 2013- ostatnia audiencja generalna z udziałem Benedykta). Wreszcie przybywam do rzymu na audiencje generalne z udziałem papieża Franciszka (18 wrzesień 2013- reparto speciale; była też audiencja “niema” z 4 czerwca 2014 roku, po napisaniu listu do Prefektury Rzymskiej otrzymałem reparto speciale, lecz w tym samym dniu miałem samolot do Polski, musiałem wybrać ten ostatni; i teraz audiencja z 26 listopada 2014 z reparto speciale (także bilet w kolorze żółtym). Mam to szczęście, chciałbym to wam wyznać, przechowuję w kasetce wszystkie bilety na audiencje a udziałem papieży, również wejściówki na inne uroczystości z udziałem dostojników watykańskich i papieży. W tym miejscu pragnę zauważyć naród włoski, oni są zawsze u siebie, w Rzymie, owszem nad wyraz kochają ciało, ale są zawsze bardzo okay. “Szliśmy z od­da­li – cieniem – Spot­ka­liśmy się – płomieniem – Czem nasze życie? – miłością – Czem miłość nasza? – wiecznością!” Były poza tym jeszcze inne wielkie spotkania z papieżami w moim życiu, przede wszystkim w mojej ojczyźnie (1979- pierwsze spotkanie; 1983; 1987; 1991; 1997; 1999; 2002), ale również w Rzymie, jak choćby w Bazylice św. Pawła za murami, 7 czerwiec 2012 godz. 19.00. John R.R. Tolkien napisał: Tak to już by­wa, że kiedy człowiek ucieka przed swoim strachem, może się prze­konać, że zdąża je­dynie skrótem na je­go spotkanie. A kiedyś Konstanty Ildefons Gałczyński sobie śpiewał (tym razem rzeczywiście postraszył nas deszczyk rzymski): “żeby tak w oczy pat­rzeć: kto to widział? żeby pod deszczem ta­ki niemy film bez słów, żeby tak rękę w ręku trzy­mać: kto to słyszał? a prze­cież jut­ro tu­taj się spot­ka­my znów – i tak się trud­no rozstać, i tak się trud­no rozstać, no, na­wet jeśli trochę pa­da, to niech pa­da.” Pomyślałem tutaj na tym placu zaraz o ojczyźnie, której się nie nazywa… Ktoś powiedział: że naj­gor­sze są niepot­rzeb­ne spotkania. A ja uważam, że każde spotkanie może nas ubogacić. Z resztą, naj­ważniej­sze spot­ka­nia od­by­wają się w duszy, na długo przed tym, nim spot­kają się ciała. Ostatnio napisałem do Księdza Arcybiskupa Georga Gänsweina, ponieważ on jest obecnie odpowiedzialny za Gości odwiedzających papieża. I otrzymałem upragnione reparto speciale. Oczywiscie Ksiądz Arcybiskup przybył też na audiencję, przebywał bardzo blisko Franciszka. Chyba nawet mogłem podejść bliżej Papieża Franciszka. Ale zrezygnowałem. “Jak się spot­ka­li? Przy­pad­kiem, jak wszyscy.” Uważam, że wiara góry przenosi, i potrzebne były także moje, teraźniejsze chwile spotkań z Włochami (poprzednim razem stałem na audiencji przy Argentyńczyku), z Panem z Treviso i z grupa policjantów z Vareso. W samolocie współpasażer czytał Gabriela Marqueza “Sto lat samotności”. Czy podczas tej pielgrzymki do Rzymu byłem samotny. Wydaje mi się, że nie. Bowiem tutaj mam kilku znajomych z sprzed lat. Zdziwicie się pewnie, gdy przytoczę to zdanie kogoś nieznanego: w sa­mot­ności nig­dy nie mar­nu­jemy cza­su, na­wet nic nie ro­biąc. Niemal zaw­sze trwo­nimy go w to­warzys­twie. “Nie myślałem i nie śniłem w mym życiu, że spot­kam w tak czys­tej fomie tak gwałtowną żądzę i tak gorące i tęskne pożądanie,” powiedział nam Goethe. “Naj­smut­niej­si ludzie ja­kich w życiu spot­kałam, to ci, którzy nie in­te­resują się niczym głębo­ko. Pas­ja i za­dowo­lenie idą ze sobą w parze, a bez nich każde szczęście jest wyłącznie chwi­lowe, nie ma bo­wiem bodźca, który by je podtrzymywał,” zauważył inny, już wybitny pisarz współczesny Nikolas Sparks. “Nie brak nam spot­kań na szczy­cie. Je­dyną rzeczą, ja­kiej nam brak, to wy­nik tych spotkań, mawiała M. Thatcher, premier Wielkiej Brytanii. “Jes­teśmy jed­ni dla dru­gich piel­grzy­mami, którzy różny­mi dro­gami zdążają w trudzie na to sa­mo spotkanie,” przypominał nam tę prawdę wspaniały pilot Antoine de Saint-Exupéry. Istotnie “wol­ność przychodzi po spot­ka­niu dru­giego wol­ne­go człowieka.” Za mną dwanaście oficjalnych audiencji z Papieżem. Były to kolejne odwiedziny w mieście papieży, w Rzymie. I to był piękny czas, koniec listopada. Można było przebywać pośród dużej grupy policjantów, nie zwracałem uwagi na to, czy mają broń. Bo naszą bronią był Bóg. Na audiencji byli wierni papieżowi Włosi. Tak więc można było walczyć o swoje, wesprzeć się na Bogu. Ale teraz już przed nami nowy czas. Wykorzystajmy adwent i urokliwą, kościelną modlitwę na spotkanie Pana.

das Heimat

Polen ist das Heimatland…

Wir sind gut, sage ich, fähige Leute, aber für den Eigentümer im Ausland arbeiteten. Wir leben in diesem Land in einer interessanten Zeit, nach den Kommunalwahlen. Vor allem im Monat November jetzt noch bei der Arbeit und nach der Arbeit wir träumen. Also, wenn ich ein kleiner Junge war, sage ich dir, ich wollte ein Gärtner sein; als ich elf Jahre alt war-Briefträger, sehr angenehm für die Menschen sein; bis eines Tages wollte ich ein Sportliche Kommentator sein. Ich wählte keiner der aufgeführten Berufe, keiner von ihnen. Jetzt habe ich ein Problem, meine Existenz “keine Sprache” ist. Ich konnte nicht sprechen, und ich habe es immer geliebt zu verstehen. Daher schreibe ich Ihnen, ich unterstütze die Initiative, ich zeige unsere polnischen Wirklichkeit auf der Leinwand des Weltgeschehens. Darüber hinaus beschreibe ich die Helden in der Schwäche hin und wieder. Ich bin offen für die moralische Entwicklung, so erinnere ich erfolgreiche Menschen. Ich möchte hier erwähnen, meinen priesterlichen Freundschaft mit Pater Zdzislaw von Czestochowa, Treffen mit ihm im Radio war als Augenöffnung für mich. Während wir unsere Treffen fortsetzen, es ist eine andere Zeit, würde ich sagen. Persönlich kann ich nicht aufhören starren auf den polnischen Landschaft weiter. Und ich sehe meine Landsleute auf der ganzen Welt verstreut. Aber unsere Situation zu dieser Zeit und Ort ist. Lieber Leser, würde Ich mag, um für Ihre zeit schreben, nicht so sehr gegen den Willen der christlichen, aber mit ihm zusammen, um eine Brücke der Generationen Treue und die Zukunft unserer Weisheit zu bauen. Ich möchte nicht ein Heuchler sein, aber ein Mensch und ein Zeuge der Geschichte. Ein Schriftsteller ist wie ein Maler, der mit Farben, Kugeln umgebenden Aura spielt. Und ich werde sagen, ich beschreibe nicht die Atmosphäre, sondern die Landschaft unserer Tage und Stunden, ja Momente des Alltags. Ich möchte um genau zu sein, dass wir die Realität besser zu verstehen und auszudrücken könnten. Polnische Leute ständig recken und strecken.. und es war Zaporoska Sich (Ukraine), im siebzehnten Jahrhundert sie gehen auf Dänemark, der König von Dänemark, polnische Söldner (verbeugt Sie Herr Pasek in seinen Memoiren); dann mit Schweden gehen sie nach Russland; nachher “für Ihre und unsere Freiheit” an der Seite von Napoleon zu kämpfen; im zwanzigsten Jahrhundert Polen wandte sich gegen den Kommunismus. Ich persönlich sage, ich war in Tarnowskie Góry geboren, dass ist ein Juwel von Schlesien, aber immer noch war ich nicht in der Lage, entweder einmal einen Spaziergang, entweder charmantes Dinner-Erlebnis dort machen. Ich möchte gestehen, dass ich “meine Napoleons Zeit” in dem südpolnischen Land erlebte, es ist Zabkowice Będzińskie (jetzt die Stadt Dąbrowa Górnicza dieses Städtchen als Eigentum übernommen hatte; es gibt früher, in meiner Kindheit, Tausende von Menschen, die im Wirtschaft-Glashütte, weitere Fenster-Glashütte, in Dolomit-Pflanzen gearbeitet haben (Ząbkowice’ Stein auch jetzt in ganz Polen und Ausland exportiert wird), in der Chemiefabrik. Und es gab Kinder, die in die Kolonien in der Sommerzeit nach Niechorze Siedlung in Norden und Tęgoborze in Süden von Polen transportiert wurden. Heute sind nur noch die Schornsteine zeugen von der extrem reiche Ząbkowice Geschichte. Ich erinnere mich noch sehr viel jener Tage. Vor den Augen der Rest meines Lebens werde ich ein Bild von meiner Mutter sein, die nach einem anstrengenden Tag der Arbeit, ging sie nach Hause zurück, sie sprach darüber, wie sie es manchmal ein wenig “Glas”, sie trug in ihrer Arbeitskleidung durch das Pförtnerhaus farbige Gläser , Milch Zuckerdose, Platten, Gedenkmedaillons, etc. Für eine Zeit, sagte sie: ich heute verwendet wurde, hatte ich mehr zu arbeiten, weil jemand nicht gekommen ist, um zu arbeiten; andere Male kommentierte sie seine Freude: wie ich werde ich pensioniert werden, werde ich geben das “Glas” damit es meine Freunde und Bekannten zu schenken. Wir haben andere Zeit heute. Ich mich jetzt persönlich davon überzeugt, dass ich zum diesem so fruchtbar “Tal” nicht mehr angehöre hin. Aber es war Mutter einmal brachte mir dort, aus dem Haus für Kinder. Und so alles begann … dies ist jetzt meine Frucht Leben. Daher möchte ich hier sagen, Sie wissen nicht, ihre Heimat, Liebe. Und ich, ja! Ich traf meine Heimat Kern, weil es ein Ort, wie die Entdeckung der Fremdheit, diese meine Kindheit Szenen -die als Netzwerke und leeren Raum jetzt ist. Um gerade die Weise erwähnen sowohl jetzt Grab meiner Mutter auf dem örtlichen Friedhof, sie hinter geliebten von ihr, und jetzt sehr verzweigene Linden dort ruht. Bäume, Flüssen, tolle Gegend, Eisenbahngleise verzweigen sich dort. Obwohl ich hab immer noch nicht bis zum Ende der Fremdheit meiner männlichen Zeit entdecken. Aber hab ich dieses Stück meines irdischen Heimat. Dies ist ein Land, nicht ein Ort, wo Sie getrennt sind, ausgeschieden werden. Lassen Sie Polnische Gegenwart eine Lektion sein! Nun, es ist kein Abonament der Ewigkeit. Sie müssen ständig für “unser und Ihr Land” kämpfen. Ich schreibe so, wieder einmal, so der Name vollen Zufriedenheit haben, in der Weiterbildung Aufdeckung der Wahrheit über die Tatsache, dass der Mensch nicht genug Freund sei. Ich meine “meine und Ihre Kaulquappen.” Haben Sie verstanden, was ich meine? Wir leben in einer perspektivischen Zusammenprall der Kulturen zu Beginn des dritten Jahrtausends: Ost-Iran, Irak; Nahost-Israel, Palästina; Westeuropäische Union. In meinem Kampf mit der Welt flog ich ein Flugzeug im Ausland für die billigste Geld, immer die billigsten Linien, Fluggesellschaften- ständig selbst auf die Fremdheit der Welt offen, die Erde meiner Heimat, die Farben, die ich sah, in der hintersten Ecke der Erde. Da Polen als das Haus ist mir sehr nahe. Dies ist mein Land, diese Mühle, die balk, dieser Stein. Ich möchte die Melancholie des Weltraumzeitalters zu beschreiben, aber nicht beschränkt auf: Empfindlichkeit, Zärtlichkeit, einer Fantasy meiner Lands; Ausdrucken für Ihre, meine Zeit. Finde ich es geht, lassen den Leser nicht allein sein, und so objektiv meinen aufrichtigen Absichten zu beurteilen. Gott segne Sie. (Alle Rechte von Text vorbehalten, stanislaw Barszczak)

“To nie jest pikuś”

stanisław Barszczak, Polska jest ojczyzną,

Jesteśmy, no dobrze powiem, zdolnym narodem, ale który pracuje u właściciela za granicą. A w kraju żyjemy w tym ciekawym czasie powyborczym jakoś nieciekawie, choć towarzyszy nam jeszcze ruch samochodowy stale, a za nami- listopadowe wypominki za naszych bliskich, którzy już “nie byli dzisiaj z nami”. Odeszli, i my odejdziemy, jeśli mogę tak powiedzieć, na spoczynek wieczny. Ale teraz jeszcze marzymy w pracy i po pracy. Kiedy więc byłem młodym chłopcem, to wam powiem, chciałem być ogrodnikiem; gdy miałem lat jedenaście-listonoszem, to jest najmilszym dla ludzi; aż pewnego dnia zapragnąłem być komentatorem sportowym- ale nie stałem się żadnym z nich. Za to charakteryzuje moją teraźniejszą egzystencję swoisty “brak mowy”. Nie mogłem się wypowiedzieć, a zawsze uwielbiałem być zrozumianym. Stąd piszę dla was, popieram inicjatywy, proteguję naszą polską rzeczywistość ukazując ją na kanwie światowych wydarzeń. Ponadto opisuję bohaterów uwikłanych w słabości, którym jednak nie patronuję. A otwarty na moralny rozwój przypominam sukcesy ludzi, choćby moją kapłańską przyjaźń z księdzem Zdzisławem z Częstochowy, spotkania z nim w Radio były jak otwarcie oczu dla mnie. Ale to już za nami, inna epoka za oknem, z którego wpatruję się w polski krajobraz. A moi rodacy rozsiani po całym globie ziemskim, jak myślę. Oto nasza sytuacja w tym czasie i miejscu. Kochany Czytelniku, chciałbym pisać dla twojego czasu- nie tyle wbrew woli chrześcijańskiej, ale wspólnie z nią budować most generacyjnej wierności i przyszłej naszej mądrości. Chciałbym być nie tyle hipokrytą, co człowiekiem i świadkiem historii. A pisarz jest jak malarz, który bawi się kolorami, sferami otaczającej go aury. I powiem tak, nie opisuję atmosfery, a wręcz scenerię tych dni naszych, i godzin, zaiste momentów codziennego bycia. Chciałbym być precyzyjny i wyrażać rzeczywistość, abyśmy mogli ją lepiej zrozumieć. Polacy przez swoje dzieje nieustannie ciągną.., a to na Sicz Zaporoską (Ukraina), a to zachód, w XVII stuleciu- na Danię(kłania się pan Pasek w jego Pamiętnikach); dalej- z Szwecją na Rosję; z Napoleonem, aby bić się “za waszą i naszą wolność”; w XX stuleciu Polacy obrócili się przeciw komunizmowi. Osobiście powiem, urodziłem się w Tarnowskich Górach, to perła Śląska, ale jeszcze nie byłem w stanie ani raz tam sobie pospacerować i zjeść tam obiad jakże szczęśliwy. Przyznam się wam, że “moje czasy napoleońskie” przeżywałem na południu Polski, to jest w Ząbkowicach Będzińskich (teraz Dąbrowa Górnicza zabrała to miasteczko, tam kiedyś, w latach mojego dzieciństwa tysiące ludzi pracowało w Hucie Szkła Gospodarczego, dalej w Hucie Szkła Okiennego, w Zakładach Dolomitowych (Ząbkowicki kamień rozwozi się jeszcze teraz po całej Polsce) , w Zakładach Chemicznych. I były tam dzieci, które wywożono na kolonie w sezonie letnim- i nie tylko- do Niechorza i Tęgoborza. Dziś jedynie kominy zaświadczają o przebogatej historii osady. A tam kiedyś przywiozła mnie mama, i tam wszystko się zaczęło… to jest mojej owocne życie. Stąd powiem tylko, Kochani, jeszcze nie poznaliście ojczyzny! A ja owszem tak!Bo ojczyzna moja, to jest to miejsce, to jest odkrycie obcości mojego dzieciństwa, jakkolwiek jeszcze nie odkrywam do końca obcości mojego czasu męskiego. Ale mam już ten skrawek mojej ziemskiej ojczyzny. To jest ojczyzna, a nie to miejsce, gdzie się jest separowany, wydzielany, czy pozostawiony. Niech to będzie lekcja polskiego, teraźniejsza! Otóż nie ma abonamentu na wieczność. Trzeba stale walczyć o “naszą i waszą ojczyznę.” Piszę więc, raz jeszcze to tak nazwę, aby mieć pełne zadowolenie, w kontynuowaniu odsłaniania prawdy o tym, iż człowiek jest za mało przyjacielem. Mam na myśli “moje i wasze kijanki.” Czy zrozumieliście o co mi chodzi? Żyjemy w perspektywie starcia się cywilizacji początku trzeciego tysiąclecia: Wschód- Iran, Irak, bliski Wschód- Izrael, Palestyna. Zachód- Unia Europejska. W moich bojach z światem- a leciałem samolotem za granicę za najtańsze pieniądze zawsze, najtańszymi liniami lotniczymi- otwieram się stale jeszcze na obcość świata, tej mojej ojczyzny ziemskiej, której barwy ujrzałem w najdalszym zakątku ziemi. Ponieważ Polska jako ojczyzna jest mi bardzo bliska. To moja ziemia, ta huta, ta miedza, ten kamień. Chciałbym opisywać melancholię ery kosmicznej, ale nie tylko: czułość, tkliwość, fantazję moich rodaków; wypisywać się dla twojego, mojego czasu. Czy mi się to udaje, niech Czytelnik nie będzie sam i oceni w miarę obiektywnie moje szczere intencje. Szczęść Boże.