PAN NIKT

Stanisław Barszczak, Kantata kaszubska.

Nazywam sie Jim, mam trzynaście lat i dorastam bez ojca na Sobieszewskiej Wyspie w polnocnej Polsce, w dorzeczu Wislanego przekopu, Martwej i Smialej Wisly. Moze zawedrujecie kiedys ku Zatoce Gdanskiej… Rezerwat “Mewia Lacha”, Swibno, Przegalina, Sobieszewko, Sobieszewo, Gorki Wschodnie, Rezerwat “Ptasi Raj”. A blisko – Wolne Miasto Gdansk i wreszcie polski Baltyk. Tutaj osiemdziesiat lat temu rozpoczela sie Wojna Swiatowa. Miejsca te sa symbolem i wieczystym znakiem tej ziemi. Trudno tam byc, bo woda dokola. Jąkam się i jestem nazywany, jak żadne inne dziecko w wiosce, kaszubek. Taki Jim Skowron, outsider wśród rówieśników, jedyne dziecko fabrycznej robotnicy z Gdanska, kolekcjoner ważek w krajobrazie wrzosowisk pełnym mitów i legend. Pod koniec dzieciństwa opowiem wam swoją historię: o pragnieniu nienaruszonego języka, relacjach z matką. Mama ma ma koncie kilka obrazow, ale a sumie jest nieudana malarka, jakkolwiek rekompensuje swe niepowodzenie w sztuce i życiu, dzięki swojej transgranicznej miłości do Jima, jej syna. Ale podobnie jak błotnista ziemia na skraju północnej wioski, w której dorasta, język moj jest także pełen dziur i pęknięć. Bedac niezdolny do opowiadania o chaosie i do aranżowania sytuacji spolecznej w pelni, użyczam mojego głosu sobowtorowi, konkurentowi z dziecinstwa, który wydaje się mi najbliższy ze wszystkich: jego pelnym Alter ego z dzieciństwa… Ale juz przyspieszam bieg wypadkow. Od jakiego czasu bardzo podrozuje dokola ziemskiego globu. I tak sobie mysle, mamy modernistyczny rzad, mamy modernistycznego premiera, modernistycznego prezydenta, to dlaczego nie ma byc modernistyczny swiat. Bywalem jak wiecie na wszystkich kontynentach, w polskich misjach katolickich. Wreszcie rozpoznaje swiat, ktory jest piekny. Dlatego musiałem w końcu tam pojechać. Ponieważ są historie, które domagają się dalszego ciągu. Nasza pamięć upomina się o swoje prawa. Jakby chciała dosięgnąć teraźniejszości. Tak wiec brodziłem w swiecie, nurzałem się w tych obfitościach nicości , a nawet wyobrażałem sobie swoje przyszłe życie, w którym nieustannie czegoś dotykam, a to się rozpada. Pomyslalem więc, muszę zdobyć następne doswiadczenia i następne, bo wciąż pojawia się coś nowego, coś czego jeszcze nie było; więc biorę to cos, próbuję, zużywa się to cos właściwie samo, bez mojego udziału, bo zużycie ma już wmontowane na etapie produkcji. Chiny muszą nadążyć za Ameryka i na odwrot, Ameryka za Chinami, oczywiscie w technologii i ekonomii przynajmniej. A za nimi tłoczą się kolejni, rowniez moi rodacy z Slaska, a małopolskiego, z podkarpackiego, nastepnie cały wyklęty lud ziemi, który nigdy nie miał niczego, ale teraz nareszcie ukoi swoje pragnienia i będzie zużywał rzeczy dzień za dniem, rok za rokiem, będzie zużywał, zamiast lękać się śmierci. Po podrozach wracałem do domu tysięczny raz z tym samym uczuciem, że jadę przez coś w rodzaju pustyni i muszę opowiadać historie, muszę przywołać obrazy, by nie zbłądzić, by dotrzeć do celu. Pod wielkim niebem, z tymi opowieściami, które są jak wątłe ognie w nocy na równinie, gdy wieje wiatr. Nic więcej nie mogłem zrobić… Ale to bylo wczoraj, a ‘przedwczoraj’ – czyli tak niedawno wszedlem do mojego pokoiku. Pierwsza mysl byla, aby zajac sie moja wazka, owadem, jakiego choduje w sloiku. A wiec zaraz wyjalem wazke z sloika… Spojrzcie, istota, która została porzucona przez duszę matki, tak to sobie wydedukowałem, jest istotą, która została porzucona przez wszystkich innych, a nawet przez samą duszę, i dlatego jest nie tylko samotna, ale wręcz cholernie skazana na pozostanie na zawsze wydaloną, bez pomocy ani w domu, oniemiała, a więc bezduszna, pełna niemej wściekłości – a mimo to ‘spełniona po brzegi słowami, które krzyczą’. Jak to jest – wazka ‘pyta,’ potrząsa sobą i drętwieniem kończyn odsuwa ręcznik i kłania się… Dawno, dawno temu, klaskałem pod koniec wazki pantomimy, ale teraz zgadzam sie na jej ritual, i wpatruje się w drzewa za oknem pokoiku. Jutro bedziesz wolna na na zawsze, mowie jej. Chciałbym owszem, zebyś mogła wrócić pod parasol z powrotem do ciepłego ręcznika, gdzie świat cofnąłby się ku wiernemu, staremu uczuciu; zebym mogl wam powiedziec wszystko, czego nauczyłem się o cyklu życia ważek z książek i obserwacji na wrzosowisku w ciągu ostatnich kilku lat. W rytmie bębnienia i kapiącego deszczu oraz w długich zdaniach, które wylewałyby się z moich ust, jak krople wody z parasola, wciągnąłbym was w tajemnicę owada, który żyje długim i nudnym dzieciństwem na dnie stawu aż do dziwnego i najniebezpieczniejszego momentu jego życia, kiedy we wczesnych godzinach porannych zamierza wspiąc się na trzcinę, zrzuca starą skórę i staje bezbronny przed wrogami. Akt metamorfozy może się nie udać, jeśli wciąż niezgrabne skrzydła młodej ważki zaczepią o badyle lub odłożą sie na cierniu. Pierwsza próba lotu, dziewiczy lot, jest niezdarny, owad to nowo odkryta przekąska dla ptaków, ponieważ w tej fazie dorastająca ważka, zwana imago, jest całkowicie skoncentrowana na wypróbowaniu swojego nowego ciała, które wciąż jest malo znane. Ale im wyżej wznosi się w powietrze, tym bardziej pewne i eleganckie stają się jej kręgi, a wkrótce jest w stanie ominąć dzioby ptaków i odlecieć we wrzosowisko, skąd, w ostatniej linii jej rod, skad przychodzi i do ktorej populacji przynależy… Wtem do pokoju weszla mama. Nie czekajac na jej moraly spytalem o cos banalnego skadinad: – czemu sluzy benzyna? -zeby samochody mogly jezdzic potrzebuja pokarmu, odpowiedziala mama. – To chyba podobnie jest z seksem, zauwazylem (czytaj in-sektem), ktory ‘sluzy w lozku’… -Nie odrobiles lekcji, za kare ‘marsz do kąta’… Oberwalem bure. Byłem dzieckiem ubóstwa i czułem się jak ślepiec w tym tłumie. Wykorzeniamy się z życia blisko natury w całym tego słowa znaczeniu. Chcemy je porzucić, wyemancypować się z symbolicznego ciężaru ziemi. Tak jak chcemy wyzwolić się z ciężaru własnych ciał. Na przykład za pomocą biotechnologii. Zamieniamy się w klony cywilizacji… Widzicie, kupowalem ksiazki, przymierzałem te książki jak kobieta przymierza kapelusze albo apaszki. Lustrem był wyimaginowany umysł brzyduli wazki z sloika za biurkiem… A tak poza tym to podziwialem ‘dymiace zdarzenia’ z historii Polski… Rzeczpospolita Kazimierza Wielkiego, Zlota Rzeczpospolita szlachecka. Niepokoilem sie rozbiorami Polski w XVIII stuleciu, powstaniami, historia najnowsza. Ale potem ‘rozgonil’ nas Bog po calym swiecie, mysle ze to dobrze, bo dopiero w tej sytuacji okarze sie co jestesmy warci. Zawsze jechałem więc dalej, próbując dojść, co jest ze mną nie tak. Że to nie ma dla mnie żadnej siły. Że jak dotykam, to cos od razu rozpada sie w pył. Może dlatego że miało uosabiać trwanie nie dla samego trwania, ale trwanie na przekór… W przyszłości też nic nie będzie, może tylko Matka Boska, ktora jak “narzeczona bułgarskiego zapaśnika odzyska historyczną cielesność…” Nie odczuwam żadnej wyższości. “Czasami mnie tylko wkurwiają. Tak samo Polacy, Niemcy, jak Francuzi, jak bladzi Holendrzy podobni do tamtych na promie. Po prostu. Ale nigdy nie ciągnęło mnie do Holandii. Chociaż wielu uważa, że powinno. Że jak barany powinniśmy tam jeździć i się z tęsknym podziwem przyglądać. Albo kontemplować jako część wspólnego dziedzictwa. Akurat. Nic tam nie czuję.” Kiedyś ludzie więcej zmyślali i bardziej wierzyli w to zmyślone. Mogłeś usiąść i cały wieczór opowiadać dyrdymały o swoim albo cudzym życiu i zawsze miałeś słuchaczy. Dzisiaj wszyscy chcą wiedzieć, jak było naprawdę, bo się boją. Rozumiecie? W nic nie wierzą i chcą znać prawdę. Mianowicie kto ich ‘wydymał’. Błąkając się po peryferiach swiata i po roznych sklepach, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Chiny, ten Lewiatan świata zdąża do chwili, gdy z różowego plastiku, z gumy i folii będzie w stanie wyprodukować nawet nasze myśli i nasze sny. Rzeczywiscie, Świat jest pełen szczegółów, od których zaczynają się historie. “Albania to zmęczenie. Nie można odpocząć, ponieważ nigdy nie jest się samemu. Nawet w klimatyzowanym, cichym, pustym hotelu samotność jest pozorna, bo myśl zajmuje właśnie ona, Albania. Jej faceci, jej smród, pradawność, piękno, jej istnienie i jej obłęd. W Bajram Curri albo w Kukes nie możesz sobie powiedzieć: ,,Teraz będę myślał o czymś innym, na przykład o swoim dzieciństwie”. To się po prostu nie uda. Przyjeżdżając do Albanii, możesz myśleć tylko o niej.” Chodzilem skosnymi szlakami po gorach, bląkałem się po swiecie z nadzieją, że pomysł i plan odsłonią się w sposób naturalny. Że sens w końcu się objawi, ponieważ sens istnieje. Dlatego każdego roku wypuszczam się w podróż coraz dalej i dalej. Na koniec kontynentu, żeby zostawał tylko powrót. Męczyłem się i ‘przeklinałem’ sobie. Potem to wszystko wciąż mi się śniło. Opowiadam wam, co wydarzylo sie w bibliotece swiata … A Formuła ludzkości to pamięć plus nadzieja. Są to po prostu dwie cechy ludzkie, którymi chronimy się przed pustką. Opowiadam wam cos o moim wyobcowaniu w tym swiecie. Zawsze probowalem byc madrzejszy, to moj blad, wybaczcie mi. Chcialem badac nieoczywistosci, nieoswojana przestrzen… Wschod nie jeste samotny, ten ruch jego mieszkancow pasjonowal mnie przed laty…. Teraz juz nie. Spotkałem kiedyś Rosjanina, który na moje pytanie o ich lęk przed władzą odpowiedział: »gdyby powiedzieli nam, powieście się – to byśmy się powiesili. I jeszcze zapytalibyśmy w jakim kolorze ma być sznur«. Jak wiecie bylem ministrantem a kosciele swietego Ducha. I powiem wam od siebie, Eucharystia zdolna jest oddzielic Twoje zycie od reszty. Poprzez nia mozemy “pozbyc sie obcosci zycia”… A ta innosc: widzisz, wsiadam i odjeżdżam. Ale moje myśli powracają tam każdego dnia. Nie są to jednak wspomnienia. To, co mi się przypomina, po prostu należy do mojego życia. Chociaż wsiadam i odjeżdżam. Bo niby gdzie jest ta granica, która oddziela twoje życie od reszty? Koniec końców i tak wszędzie jesteś obcy. Przyjeżdżasz i odjeżdżasz. Ale Eucharystia, msza swieta, brata Cie z swiatem, bedziesz zbawiony. Sprobuj tu pobyc w cieple wiosny czy lata… Dziecko urodzilo sie dla milosci, a teraz ono oddaje kazdemu jego uczucie. Choc dalej swiat konczy sie nie hukiem a rdzewieniem… Jak wiecie umarłem bardzo szybko. Na nikotynę, serce i temperament. Kiedys ogladalem w telewizji komunistycznych towarzyszy, zombie jak o nich mowili. A tym sam sprzedawalem czas martwym lalkom. Gdy szliśmy a mama do kościoła albo z wizytą do rodziny, lekko skropiłem ‘oldspicem’ kołnierz palta. Wszyscy tak robili. W przedpokoju, ukradkiem, niepewnie. Całe miasto pogan, cały kraj barbarii. Jedni w lęku przed drugimi, że się wyda. W strachu, ze wyjdzie ta odwieczna słoma z butów. Udawanie. Gra. Przebieranki. I wiem teraz po moich podrozach do swiata, ze deszcz w jakiś niewytłumaczalny sposób zwalniał mnie z odpowiedzialności… A nosze w sercu przerozne obrazy swiata. “To, co ma nadejść, nigdy tu nie dociera, ponieważ zużywa się gdzieś po drodze i zamiera jak blask dalekiej latarni. Panuje tutaj wieczny schyłek i dzieci rodzą się zmęczone. W ukośnym świetle późnej jesieni gesty i ciała ludzi są tym wyrazistsze, im mniejsze jest ich znaczenie. Mężczyźni stoją na rogach ulic wpatrzeni w pustkę dnia. Plują na chodnik i palą papierosy. To jest teraźniejszość. Tak jest w mieście Sabinov, w mieście Gorlice, w Gönc, w Caransebeş, w całym słynnym międzymorzu między Czarnym i Bałtykiem. Stoją i przeliczają papierosy w paczkach i drobne w kieszeniach. Czas nadciąga z daleka i przypomina obce powietrze, którym już ktoś oddychał,” zauwazyl Pan Andrzej Stasiuk, choc nie jest moim kuzynem. Wszystko trzeba wymyślać od nowa, ponieważ dni nie mogą przepadać w przeszłości, wypełnione jedynie pejzażem , nieruchomą, niezmienną materią, która w końcu strząśnie nas ze swojego cielska, strzepnie jak te wszystkie drobne incydenty, te twarze oraz istnienia nie dłuższe niż jedno spojrzenie… Wyobrazcie sobie, moja ojczyzna była wsią pogrążoną w marzeniach. Leżała w Zaglebiu na wznak …Ten kraj był piękny urodą dawno wymarłego zwierzęcia. Jak juz wam powiedzialem, pojechalem pierwszy raz za granice, pociagiem, bo w takich warunkach odbywala sie moja mlodosc… Do czego tęskniłem ja? Nie miałem marzeń. Wychodziłem z domu i wszystko było na miejscu. Cały ten kraj. Otwierało się drzwi i już on się zaczynał. Moc i chwała rzeczywistości. Miał granice, ale wyobraźnia sięgała dalej. Do zimnej, smętnej Moskwy, do zrujnowanego Berlina, w głąb ziemi, po jej najdalsze zakamarki, gdzie zaczyna się kosmos. Polska? Za to kocham ten kraj, że potrafi z feudalizmu przejść w epokę postkonsumpcji, gdzie spełniają się wszystkie pragnienia, ale ukojenie nie nadchodzi nigdy… Polacy są bowiem ludźmi pogodnymi, a troski uskrzydlają ich do czynów. Kosmos nastraja ku zyciu. Czas Napoleona mialem w dziecinstwie… Kilka wybitnych osobowosci, byli bohaterowie, ale teraz jeszcze wyzsze figury. W żywych i kapryśnych rozbłyskach ognia ich ciało stawało się ruchliwe, ręka to wznosiła się, to opadała jakby praojciec odpychał od siebie napierające niebiosa… Ojczyzna wells do domu. Bo nawet jeśli nie wojna albo kolejna secesja, kolejny podział, kolejna wolność i niepodległość, to po prostu czas, paranoja zmian i obłęd tego, żeby było jak wszędzie. Jeszcze pamiętam te scienne fotografie papieży nad łóżkiem w katolickim domu w Jamousoukro, Wybrzeze Kosci Sloniowej. Zawsze sobie obiecywałem, że powrócę do tej historii i spróbuję poszukać jej sensu i dalszego ciągu… Ale wy znacie dobrze Zabkowice, miasteczko mojego dziecinstwa, bylo ono kwadratowe… malo tutaj najstarszej naiwnosci, albo w ogole jej nie ma. Tutaj w mlodosci wykłócałem się z radiem i telewizorem o wszystkie głupie i przeraźliwe wieści, które przynosiły te w gruncie rzeczy niewinne maszyny. Gdy kończyły się programy, gdy odzywały się pierwsze takty skocznej melodii, wyciągałem- bo tak było łatwiej i pogardliwiej – wtyczki z kontaktów i włączałem którąś ze swoich płyt lub kaset… “Mój kraj przywykły do łomotu, do dziejowego wpierdolu, do krwiodawstwa, jak kania dżdżu wygląda masakry, czuwania, opłakiwania i funeberiów. A niech nas /…/ zabiją, żeby pamiętali! Jak już niczego nie potrafimy, to się rzucimy pod pociąg dziejów, żeby choć na moment stanął, aż nasze krwawe ścierwo wydostaną i dopiero ruszą. A niech nas spalą w piwnicach miasta, żeby smród wsiąkł w mury na wieli. I niech nas zapomną w kanałach, żebyśmy gnili i gnili i żeby potem musieli pić, pić i pić tę trupią wodę. Niech zapomną, ale tak, żeby pamiętali. Żeby pamiętali nadpsutych, nadjedzonych i zaschniętych. Żeby im rzygi podchodziły, gdy spróbują zapomnieć. Jakby Żydom zazdrościli ich ognia, bo zawsze zazdrościli wszystkiego. Niemcom mercedesa, Żydom pieniędzy i że są tacy sławni, bo sprytnie dali się spalić. Dlatego jeżdżę do Srebrenicy, żeby o tym wszystkim myśleć.” Mowie to w obecnosci ksiezy a moim zyciu, zeby mieli pomysl na to, co dalej czynic wolno. W końcu kocha się to, czym się nigdy nie będzie, powiedzial pan Stasiuk. “Kim byśmy byli, gdybyśmy mieli tylko jednego sąsiada, a z drugiej strony morze albo Wielskie Księstwo Luksemburg? Bylibyśmy nikim. Co najwyżej jeszcze jedną umierającą z nudów zachodnią demokracją, jeszcze jedną postmodernistyczną republiką, w której głównym problemem jest wynajdowanie sposobów spędzania wolnego czasu, przeszczepy narządów oraz nieśmiertelność/…/ Lubię z pięćdziesiąt miejsc w Niemczech, ale żadnego z nich poza Lorelei nie ma w moim Pascalu. Nie ma na przykład dworca we Frankfurcie nad Menem w niedzielny poranek z zakrwawionymi strzępami papieru toaletowego na chodniku i facetami o ósmej w knajpach ze wzrokiem wbitym w zawieszony pod sufitem telewizor./…/ Poranek jest senny i niemrawy. Burdele śpią, śpią pornokina. Wstali tylko ci, których kac i ćpuński głód wypędził w poszukiwaniu ratunku. I jeszcze tamci faceci z knajpek, którzy wstają o świcie i zaraz muszą się spotkać bo nie potrafią bez siebie żyć.” Ks Proboszcz w Stuttgarcie na przyklad zamknal sie w pokoju chory, jak ja przywedrowalem do niego z daleka, co ja jeszcze moglbym wam powiedziec. Zawszeni i pogodni, powinniśmy trzymać się towarzystwa zwierząt, kucać sobie u ich boku jeszcze przez tysiąclecia, wdychać woń stajni raczej niż laboratoriów, umierać z chorób, a nie z lekarstw, kręcić się wokół naszej pustki i łagodnie się w nią zapadać… Bylem w Stavanfer, Norwegia. Pomyślałem sobie, że mógłbym siedzieć tam przez lata, oswajać się z myślą o śmierci. Wychodziłbym codziennie na przystań promu i wyglądał jego przybycia. Zatarte, rozcieńczone miary czasu to przybliżałyby jej nadejście, to oddalały, i w końcu być może zyskałbym coś na kształt warunkowej nieśmiertelności… Ale juz… Posylam was teraz uczniow, na wies ojczyzniana… Bo wy zrobicie to lepiej co ja mialem uczynic. Kochani moi Czytelnicy, macie troche niewygod, troche wstretu opowiedziane na nowo. Myślę, że mógłbym to wszystko, co się wydarzyło, zapamiętać od nowa, jeszcze mocniej. “Taki jest sens literatury, żeby cię wykoleiła z normalnej codzienności, żeby cię wystrzeliła w kosmos z tego zwykłego życia, żebyś się nie dał udupić. Żebyś nie słuchał rodziców, tylko żebyś słuchał Martina Edena, bo jednak, z całym szacunkiem dla rodziców, oferta, jaką on składa, jest ciekawsza/…/ Wiem, że chcesz dobrze, ale ja nie mam zamiaru umykać własnemu losowi. Nie czuję pokusy, by stać się kimś innym. Wiesz, tutaj wszyscy cierpią niewolę. Wydaje im się, że są uwięzieni we własnym przeznaczeniu. Szarpią się jak zwierzyna we wnykach. Lis podobno potrafi odgryźć sobie łapę, by się uwolnić. Z nami jest tak samo.” Dlugo przyjmowalem bezkrytycznie swiat. Teraz chcemy, by spełniały się wszystkie nasze marzenia – ponieważ tak jest na całym świecie, dobrze o tym wiemy, i nareszcie do tego świata przynależymy… Serce mojej Europy bije w Czestochowie. Nie w Wiedniu, Budapeszcie, Krakowie. Tam sa moje transplantacje. Tutaj zas przy Matce, Czarnej Pani, spełniam się we własnym przeznaczeniu. “Gdyby państwo było czymś dobrym, Cyganie pewnie też by je mieli.” A Matka kazdego rozumie… Wychowalem sie w bogactwie Zaglebia, zdawalem mature przy klejnotach Szczecina. “Tak więc jechałem ku swiatu, żeby to wszystko odnaleźć, a zwłaszcza tę totalna (zadyme) internacjonalnego bazaru, gdzie Mołdawianie rozkładają wprost na ziemi wszystkie skarby Transnistrii i próbują je wymieniać na bogactwa Zakarpacia, klejnoty Szabolcs-Szatmár oraz nieprzebrane dobra prowincji Maramuresz. Chciałem to wszystko zobaczyć i usłyszeć ten babiloński zgiełk języków słowiańskich, ugrofińskich i romańskich, tę wschodnią pstrokaciznę namiotów, knajp z brezentu i dykty i starych autobusów przerobionych na ruchome burdele, chciałem poczuć zapach cygańskich taborów wyładowanych wspaniałościami, którym nie oprze się żadna kobieta ani żaden mężczyzna, ponieważ przybyły z krain, gdzie nikt jeszcze nie dotarł, a tym bardziej nikt z nich nie powrócił.” Gdy próbuję sobie coś przypomnieć, przypomina mi się wszystko inne. Spod dzieciństwa wyłazi Rumunia, spod wakacji u dziadków wychodzi Albania, a teraz, gdy jestem w miarę dorosły, okazuje się, że żyję w okolicy, która przypominała najwcześniejsze zapamiętane obrazy. Kolejne stemple w paszporcie niczego nie zmieniają, bo nie da się ostemplować majaków, które są większe i trwalsze niż wszystkie granice razem wzięte. Granatowa otchłań bydlęcych oczu jest jak lustro, w którym widzimy siebie jako ożywione mięso, obdarzone jednak pewnym rodzajem łaski. Nasze zezwierzecenie kiedys bylo jeszcze silniejsze, uwazam. Świat zrobił się zbyt wielki i trwa trochę zbyt długo, by miał jakiś sens, zauwazyl pan Stasiuk… A ja powiem tak, kamienie z ksiezyca sa jeszcze ‘bez spojrzen,’ kontury maja bardzo ostre. A zaledwie spojrzenia wygładzają rzeczy i krajobrazy. W tych miesiacach wakacji mam udac sie w podroz nad Baltyk. Polskie Morze z molo w Miedzyzdrojach, pokazujacym ograniczonosc ziem do widzenia, pozostaje symbolem jednej a ludzkiej sciezyny ku Bogu. Juz znam polski krajobraz. A opowiadam wam historie moje na Wyspie Sobieszewskiej wciaz jeszcze bedac. “Rzeka rozlewa się spokojnie, szeroko i dziko. Srebrna i świetlista toczy się z głębi ziem, z głębi tego kraju porażonego neurozą, przeżartego histerią. Dlatego staję tu niemal zawsze, żeby popatrzeć na jej melancholijny majestat, na jej spokój, na jej przedwieczność, na jej obojętność. Wyobrażam sobie, że płynie z otchłani najdawniejszego, że przez ułamek, przez okruch czasu przetacza się tą krainą, a potem znika w oddali, w czasach, gdy już nas tutaj nie będzie. Ale nie potrafimy się od niej niczego nauczyć. Patrzymy na jej królewski spokój jak cielę na malowane wrota, jak sroka w gnat, jak szpak w pizdę i nie dociera do nas, że dostaliśmy jedynie wiórek, strużynę wieczności.” Zupelnie niedawno podali informacje o znalezieniu podczas prac polowych przy katedrze szkieletow ludzkich kosci w Czestochowie? W jakiś sposób pożarliśmy się nawzajem i pozostały z nas szkielety, resztki, rzeczy, których ani głód, ani ogień nie chciały tknąć, powiedzialby nie jeden. Na co dzien slyszymy o wypadkach, Wszystkie te nowe auta są trochę wbrew naturze. Po prostu zapala ci się lampka i po ptakach. Stajesz i dzwonisz, jak masz zasięg. Przyjeżdża laweta. Zerwana łączność między człowiekiem a maszyną. “Jak zamówić rybę, gdy tysiąc innych też ją zamawia? Pokornie chciałem brać udział w komunii, jednocześnie będąc obrzydzony koniecznością wspólnoty. Jak jakiś ropiejący wyrostek robaczkowy w tym wielkim ojczystym organizmie lazłem. Jak jakiś nowotwór. Bo zarazem chciałem i zarazem się bałem. Wchodziłem i wychodziłem zaraz w jakąś boczną uliczkę, żeby było cicho i ciemno. Ale zaraz mnie ten blask lucyferyczny wabił na powrót. Nie to, żebym od razu chciał przymierzyć pióropusz za pięć złotych. Ale nie mogłem oderwać wzroku od biologicznej, komórkowej potrzeby wspólnoty. Bo przecież nikt tutaj z nikim nie rozmawiał. Najwyżej po dwoje za rękę, po czworo w rodzinie, a jednocześnie trwali (trwaliśmy?) w chorobliwej bliskości. Właśnie jak komórki, jak wnętrzności bydlęcia wydzielające nieświadomie jakieś enzymy, które utrzymywały nas w kupie. Szedłem tak i rozmyślałem na temat ojczyzny, a zwłaszcza narodu. Czując się nim i zarazem nie czując. Chcąc i nie chcąc jednocześnie.” Kochani Czytelnicy, gestnial moj dzien pod kazda szerokoscia geograficzna, to juz wiecie. “Sobotnie wieczory są pełne zjaw. Ludzie rozdzielają się na siebie i swoje tęsknoty, wysyłają własne półwidzialne wizerunki, by próbowały wszystkich zakazanych rzeczy. Chłopcy przypominają własne sny, gdy idą rozbujani skrajem szosy i wypatrują dziewczyn, które mierzyły dziś sukienki, ale w lustrach materiał ich strojów stawał się niewidzialny i przyglądały się swoim nagim ciałom/…/ To podstawa patriotyzmu: żeby można było wyjechać w każdej chwili i z oddali patrzeć na cień ojczyzny. Jak się wznosi nad krajem i rozpościera niczym atomowy grzyb. Patrzeć na to z oddali i wiedzieć, że tam jest. Że będzie, kiedy wrócisz. Te wszystkie zapachy, zgęstniałe wonie, stężałe wyziewy ziemi i rzeczy od samego dzieciństwa, od narodzin, gdy się pierwszy raz tym zaciągnąłeś. Grochów, Mazowsze i Podlasie. Sztach. Między Małkinią a Bosforem. Przez przełęcz Dujawa w dół, ku śródziemnomorskiemu zlewisku, dalej od lesistego, omszałego, zatęchłego cienia północy. Żeby patrzeć z oddali i sprawdzać, jak daleko sięga. Mój kraj. Mój biedny, opuszczony kraj. Wszystkie kraje są opuszczone, ale mój najbardziej. Jadę na południe, by widzieć to tak wyraziście jak w proroczym śnie. Z Preszowa, z Miszkolca, z Budapesztu, z Belgradu patrzeć, jak na północnym horyzontem podnosi się gigantyczny majak kraju. Niczym Godzilla. W koronie, w płaszczu purpurowym, w złotych butach na obcasie. Im dalej, tym, tym większy i starszy. Przedwieczny kłębiasty stwór. Po to się jedzie jak najdalej. Na koniec kontynentu, na skraj lądu, na brzeg wód, żeby patrzeć jak cię ściga cień. Na Bałkany. Do krainy śmierci, żeby wspominać niewinność ojczyzny, żeby wspominać jej dziewictwo/…/ I (co) mi zrobią, bo jestem Polakiem, który kocha wolność. Będę szczał pod każdym prezydentem, jaki się nawinie, i o każdym prezydencie będę myślał, co mi się spodoba. Albo w ogóle nie będę o nich myślał, bo nie zasłużyli.” I teraz widzicie z pewnoscia jaka jest roznica miedzy Panem Stasiukiem a mna, ze ja bynajmjniej chcialem “uczestniczyc w zyciu”, a pan Stasiuk tylko patrzeć… Doświadczyć całego swojego potencjału: duchowego, intelektualnego, uczuciowego. I spotkać kogoś, kto to jeszcze potrafi uwolnić. I nie przegapić. “Ludzie uważali, że Niemcy są zadbani i uczciwi. Płacili za jajka i kury. Najbliższe getto było dwadzieścia kilometrów na zachód. Treblinka – ponad trzydzieści, trochę bardziej na północ. Wieś miała znikome pojęcie o tych zwiastunach nowoczesności.” Kochany moj Boze, Panie ziemi i nieba, “wiem, że jesteś zajęty, że nie masz czasu, że dziś odwiedzasz piekło, ale uważam, że powinieneś rozpędzić mój naród na cztery wiatry. Powinieneś przepędzić go od siebie jak tych przekupniów ze świątyni. Na jakąś pustynię ich wygnać, żeby się tułali jak Żydzi. Żeby im się nie wydawało, że mają do Ciebie jakiś grupowy dostęp, że ich będziesz zbiorowo rozpatrywał i liczył im te wszystkie plemienne zasługi, które sobie wyobrażają, zapisują i potem w nie wierzą. Że to są zasługi przed Tobą. Panie, ja bym ich na Twoim miejscu rozgonił po całym świecie na tysiąclecia jak naród Izraela i dopiero by się okazało, ile są warci. Jakby nie mieli tego swojego Mazowsza, Kieleckiego, Grunwaldu, tych wszystkich listopadów, styczniów i wrześniów dymiących spalonym mięsem, toby się okazało. Jakby nic nie mieli. Jakby nie mieli żadnego Ruska, Niemca ani Żyda na usprawiedliwienie, ani tego swojego papieża by nie mieli na pogański kult, tylko na sto kilometrów piasek, toby było wiadomo, czy oni wierzą, czy tylko robią narodowy interes. Piasek i wieczność. Tak bym zrobił.” Kochani, warto walczyć o to samo co zawsze. O siebie. “Żeby się nie dać sformatować, że trzeba zwyciężać, zarabiać, kupować. Nie dać się przerobić na szczura, tylko znaleźć niszę i dzięki niej nie dać się wrobić w cały ten śmietnik, który sączy w nas popkultura, żeby przerabiać na konsumentów, na pożeraczy badziewia. Pawiańscy i papuzi jak zwykle jesteśmy. Nie braliśmy udziału w budowie tej postnowoczesnej rzeczywistości i zbieramy resztki z jej stołu. Machamy ogonem kiedy możemy kupić nowego iPhone’a, jakby o to w tej wolności chodziło. Wzięliśmy z taniego supermarketu gotowe stroje oraz zachowania i małpujemy jakieś globalne plemiona z telewizji. Natychmiast weszliśmy w cudze buty. Nie my jedni. Trudno się z tego wydobyć. Całe to gadanie, że Zachód jest cywilizacją indywidualistów, to ściema. Odgrywamy parę ról, i tyle. Tracimy tożsamość.” Podróżować znaczy żyć. A w każdym razie juz mozemy żyć podwójnie, potrójnie, wielokrotnie. A teraz nawet kosmos jest za cudownym zyciem. A nigdy nie widać życia lepiej niż jesienią…to wiedzcie. “Duchowo jesteśmy w całkowitej dupie. Życie wewnętrzne zastąpiły nam internet oraz zakupy.” Tak, nie mam wyobraźni, i dlatego powinienem się pakować, upychać po kieszeniach drobiazgi, paszport, jakieś pieniądze, powinienem wybierać się w drogę, żeby sprawdzić, jak jest naprawdę. Na nizinach oczy nie odpoczywaja. Nie mam nic przeciwko centrum, ale bardziej pociągają mnie peryferie. Już teraz środek kontynentu staje się coraz bardziej zunifikowany. Metropolie przestają się różnić. Niedługo będzie je można rozpoznać tylko na podstawie szacownych i martwych zabytków. Jeśli w ogóle te zabytki da się jeszcze dostrzec spod jaskrawej powłoki współczesności: te same nazwy hotelowych sieci, te same reklamy, te same bankomaty, marki piwa, takie same parkomaty, ten sam układ półek w supermarketach oraz repertuar w kinach. Myślę, że już niebawem będziemy podróżować na peryferie, na granice kontynentu, do krain, gdzie wysiadują stare kobiety w chustkach. Chciałem powracać do własnych uczuć, tak jak powraca się do pierwszej miłości. Nigdy się to nie udawało, ale zawsze próbowałem. Mamy fioła z tą dzisiejszą wolnością, to widzi pan Stasiuk. “Wolnością mają być te stada dzieciaków zniewolonych telewizją i reklamą? Sformatowanych osiemnastolatków w garniturach studiujących na szpanerskich uczelniach biznesowych? Każdego roku nieodmiennie nie mogę oderwać wzroku od tej przemiany. Wciąż nadchodzi i wciąż jest tak, jakby przyszła pierwszy raz. Być może to jest sposób, by wyrwać nas z monotonii dni, której jedynym sensem jest to, że przybliża nas do śmierci. Oglądamy coroczne zamieranie, coroczny pogrzeb świata, by zyskać pozór własnej nieśmiertelności? (…) Czymś tam się okryłem i patrzyłem, jak się podnosi mgła, jak wstaje słońce, jak się rozwija splendor schyłku, śmierci i jesieni. Na czerwień buków, na żółknącą zieleń brzóz i burość olch, które co roku zamierają bez ostentacji. Pod niebem przesłoniętym perłową łuską chmur, przez którą raz po raz przesączało się światło z tamtej strony. Wyraziste i ostre jak w żadnej innej porze roku. Dlaczego? Żebyśmy się napatrzyli, żeby obraz wraził się na wieki w źrenicę i nerwami zawędrował do pamięci, do serca, do duszy – w co tam sobie kto wierzy. Żeby został, bo przecież z czasem, z upływem, z wiekiem zostanie jako pociecha tylko on jako dowód, żeśmy w ogóle istnieli. Po to wyświetla się nam ta jesień w glorii i jakaś hiperrealna. Pora skompresowana, intensywna jak tuż przed klęską. Z obfitością barw po lasach i ogrodach. Krew, złoto, ogień. Alchemia. Owoce w sadach i ciężkie, cieliste głowy dyń zalegające tysiącami pola.” Kochani, bylem za duży, by istnieć w zwyczajny sposób. I teraz staje w mentalnym rozkroku i pisze wam o tym, co pozostaje po nas, zaiste popiol i diament. Ale spojrzenie z matczynego okna rozwija wyobraznie. Bylem w Meksyku w styczniu 2009, to wam mowilem. A potem napisalem ksiazke pt. “Spojrzenie z mojego okna.” Ale to jeszcze wtedy nie bylo spojrzenie, a jedynie wygladanie z okna mlodosci. Jak powiedzialem to nie raz, mieszkalem w Nowogrodku mojego dziecinstwa. “Noc, noc, noc, kowal Kruk opowiadal przez sen historię bez końca, długą jak życie wszystkich ludzi, jakby chciał wyspowiadać się ze wszystkiego, co widział, co słyszał, wyspowiadać się ze wszystkich rzeczy dobrych, złych i obojętnych, bo życie najprawdopodobniej jest odmianą grzechu, o czym można zapomnieć w dzień, lecz noc nie zna litości (…) Serce wtedy ledwo bije, zamiera, ledwo przetacza truchlejącą krew i nawet najmniejsza kropla blasku nie rozcieńcza zgęstniałej z lęku materii i można tylko czekać, aż szyby pokryje granatowa farbka świtu. Tylko to można zrobić.” Spojrzcie, w nocy umarli moi przyjaciele. Jakby Wiedzieli, że najlepsza opowieść musi mieć niejasny, a zarazem narkotyczny początek. Dnia pewnego majowego ujrzalem grob matki. A wiec jestem juz starszy przynajmniej o rok, zauwazcie to. Grób jest potrzebny żeby wiedzieć, skąd się jest. To pogańskie pragnienie, żeby były szczątki i żeby było dokąd pójść zaczerpnąć siły. Wrócić do przeszłości, do miejsca, z którego się wziąłeś. Bardzo możliwe, że człowiek odczuwa swoje istnienie dopiero wtedy, gdy czuje na skórze dotyk bezimiennej przestrzeni, która łączy nas z najdawniejszym czasem, ze wszystkimi umarłymi, z prehistorią, gdy umysł dopiero oddzielał się od świata i jeszcze nie zdawał sobie sprawy ze swojego sieroctwa… Czułem potem stopniowo, jak czas ujęty dotąd w ludzkie formy rozlewal się i powracal do swojej pierwotnej formy. Tutaj, w Zabkowicach (kiedys miasteczko, obecnie dzielnica Dabrowy Gorniczej), po smierci przyjaciol, czas był wszechobecny jak wilgoć w powietrzu. Trawił domy i statki, toczył twarze i pejzaż, szklanki w barach i towary w sklepach. On po prostu przepalił, przeżarł delikatną powłokę minut, godzin i dni, i wziął w posiadanie całą przestrzeń, wszystkie widzialne i niewidzialne rzeczy, i ludzkie myśli też. Dziecko wierzy naiwnie we wszystko. Wychodziłem do szkoły o wpół do siodmej i nie miałem pojęcia, że na świecie jest komunizm co prawda w domu matka mówiła o takich rzeczach, ponieważ to, w czym wszyscy braliśmy udział, było po prostu życiem… Ale ona chcial nauczyc mnie uczestnictwa. No bo jak to jest? Że z czasem oddalamy się od miejsca własnych narodzin i to ma być ucieczka, zdrada, emigracja? I wszystko, co robimy jest próbą powrotu? (…) Jak to jest? Że im szersze zataczamy kręgi, tym wyraźniejszy jest środek tego krążenia i tym silniejsze przyciąganie? W moim przypadku tym centrum swiata i uczuc byla i pozostanie matka. Jakze w dziecinstwie po kazdym oddaleniu bardzo szybko powracalem pod skrzydla matki… Ona teraz odeszla ale bardzo blisko. A ja zostalem ojcem dla nowych Jimow mojej polskiej ziemi. Pamiętam tez pewnego slonecznego dnia powiedziałem mojemu koledze z klasy w szkole, że zawsze byłem za królami i cesarzami, że teraz, w tym marnym czasie, szczególnie mi ich brakuje, ponieważ demokracja nie zaspokaja pragnień estetycznych ani mitologicznych i człowiek czuje się w niej nieco opuszczony… W dzieciństwie: wychodziłeś z domu i były tylko kształty i kolory. To dorośli mieli wszystko jakoś ponazywane, żeby się nie pogubić w życiu. A to cos “ostatnie” nazwali choroba taka czy inna. Choroba cię zmienia, zabiera powoli ze świata. Stajesz się trochę starcem, trochę dzieckiem… Bedziemy konczyc. Zaczalem jezdzic do swiata. Zwykli szarzy ludzie jadą, ze Wschodu na Zachód. Jak kiedyś Attyla, Czyngis-chan i Tamerlan. Takie myśli miałem nad Sprewą w postmodernistycznych, szklistych świetlistych przestrzeniach. Tak, to zawsze pomagało przenieść się gdzie indziej, chociażby w myślach. Być na miejscu i zarazem nie być… Spalac sie trzeba, ponyslalem raz. Co ci w ogóle przyszło do głowy z tym spaleniem? Że co? Że to tak ładnie, że nic nie zostaje, tylko duch się będzie unosił w przestrzeniach nieskończonych? Że nie oddasz swojego wychudzonego ciała na rozkład, żeby powoli weszło w ziemię? Szkielet zaś żyłby wiecznie. I przyciągał myśli, ożywiał pamięć. Przecież wciąż jesteśmy dzicy i potrzebujemy totemów, potrzebujemy fetyszy. Myśl musi czegoś dotykać… A ze mna szla Polska. Nadeszla wiekopomna solidarnosc, teraz juz zardzewiala, w telewizji znow jak podczas rewolucji w Rosji kobiety odczytaly obwieszczenie o powstaniu Trzeciej Rzeczypospolitej. “Wiem, że jestem jak hiena. Przyjechałem już po wszystkim. Przyjechałem na gotowe. Muszę tylko uważać na ostrzeżenia o minach. Zbieram jakieś resztki. Przyjechałem, gdy już nikt nie przyjeżdża. Jeszcze tylko urzędnicy i trochę wojska. To ostatnie w mojej części świata w czasach pokoju zawsze wygląda tak samo: jest smutne i trochę śmierdzi. Nareszcie wolni. Bez lęku. Z aparatami. Lud postkolonialny. Jednak najbardziej udręczony nie przez obcych, tylko przez swoich i przez całe stulecia. Teraz robił jednorazowe zdjęcia w jednorazowych butach. Wytatuowany i posypany jakimś błyszczącym badziewiem. Polska. Zmartwychwstała.” Ale wydaje mi sie, ze Polska zmartwychwstała w epoce nie na jej miare. Czy ktoś będzie przystawał w tym miejscu, by oglądać minione? Za sto, za dwieście lat.I czy przeszłość będzie wtedy jeszcze w ogóle istniała? Czy ktoś jej będzie potrzebował, by cokolwiek zrozumieć z własnego życia? Bardzo możliwe, że będzie istniała tylko przyszłość. Wcale bym się nie zdziwił. Będziemy tęsknić tylko do przyszłego. Do tego, co tam sobie wymarzymy. Tęsknota przeszłością zostanie wykorzeniona. Zwyczajnie. Zmienią się mózgi. Będziemy myśleć tylko o tym, co sobie kupimy. Jaka sobie jeszcze zrobimy przyjemność. Nie będzie żadnych duchów, wspomnień, pamięci i każdego dnia trzeba będzie zaczynać od nowa… Powracam na koniec do mojego pielgrzymowania. Tak wiec błąkałem się po globe ziemskim z nadzieją, że pomysł i plan odsłonią się w sposób naturalny. Że sens w końcu się objawi, ponieważ sens istnieje. Dlatego każdego roku wypuszczam się w podróż coraz dalej i dalej. Na koniec kontynentu, żeby zostawał tylko powrót. Męczyłem się i przeklinałem. Rzeczywistość pełna jest znaków, tylko trzeba je umieć odczytywać. A teraz uwazam, ze to wszystko tylko mi się śniło… Wdzieczny za podarowany czas, pozostaję teraz z wami, kochani Czytelnicy, na modlitwie o pokoj dla calego swiata.

Leave a comment