Na dowód szlachetności ludzkości
artystom dobrej woli i tym, którzy nie mają nikogo, autor
Stanisław Barszczak, Jesień bohatera.
-(światowej sławy szachista) Nie jestem w stanie zasnąć. Coś ci powiem. Jesteśmy miniaturą rodzaju ludzkiego. Jakkolwiek Świat jest wieczny nic nie jest prawdą w tym kryzysie niepewności. Jakże drogo nas kosztowała ta zasrana niepodległość! Spójrz dokoła, mniej znajomych twarzy. Już nie mam kolegi. Przed miesiącem spotkałem go, jechał na rowerze. On szczerze mówił mi: już nie mam mamy. I widzisz, znaleźli go w zaroślach przepaści z ranami spowodowanymi przez złote kwiaty agawy, bardziej żywego niż my, kochany profesorze. Nie przeżył długo, wkrótce pożegnał bliskich w szpitalu.
– (świeżo upieczony profesor)
Nie ma chwały większej niż śmierć za ojczyznę, odpowiedział mu, uśmiechając się pobłażliwie, nie bądź głupim kutasem chłopie, ojczyzna znaczy żyć. Patriotyzm to wybrać życie. Najdłuższego i najużyteczniejszego życia starcza li tylko na to, aby nauczyć się żyć. Najbardziej niebezpieczny wróg siedzi w samym człowieku, w zbyt ufnym sercu…
Kiedy mówimy o „rzece” europejskiej myślimy o rzece, która co najwyżej jak Dunaj liczy 2790 kilometrów. Europejczyk miałby trudności z wyobrażeniem sobie Amazonki długości 5500 kilometrów. Na wysokości Belén del Para nie widać drugiego brzegu rzeki; jest ona w tym miejscu szersza niż Bałtyk. Kiedy my mówimy „burza”, dla Europejczyka oznacza to zwykle błyskawice i grzmoty. W Andach, według opisu poczynionego dla Francuzów zdarzają się burze trwające niekiedy i pięć miesięcy. Kto nie widział owych burz, nie zdoła sobie wyobrazić gwałtowności, z jaką się one rozwijają. Całymi godzinami błyska się bez przerwy i tak silnie, jakby krew tryskała, a powietrze drży od przeciągłego pomruku grzmotów, których echo niesie się po niebotycznych górach. Opis szczegółowy mógłby przerazić największego europejskiego niedowiarka. Nasi bohaterowie mają razem pięćdziesiąt lat, siedzą w wygodnym przedziale międzynarodowego pociągu relacji Wiedeń – Warszawa. Kwieciste firanki i kolorowa pościel kuszetek. ‘Stół’ bogato nakryty. Po dziesięciu latach niewidzenia się obaj są zarośnięci, z bujnymi brązowymi włosami, jeden z kędzierzawymi włosami, z nabrzmiałymi od zdrowia twarzami, nieogoleni, zajmują miejsca obok okna. Janek miał pociągła, sympatyczną twarz owcy. Jadł tak, jak żył: niespiesznie i bardzo wytwornie. Aleksander był naukowcem, cal wyższy, ale szczuplejszy. Oblicze rzymskiego trybuna. Ubrani swobodnie. Nie należeli do ludzi, z których trzeba wyciągać informacje. One wprost z nich tryskały. Przez lata uważałem Janka za klasyczny przypadek postaci szukającej autora, na jaką my, pisarze, czekamy całe życie, i jeśli nigdy nie dałem mu się odnaleźć, to wyłącznie dlatego, że zakończenie jego historii wydawało mi się niewyobrażalne. Bezkresna dal, dzieląca mnie od niego, z każdą chwilą wydaje się być większa. A szkoda. Chyba tak musi być. Aleksander ukończył tylko szkołę podstawową ale uniwersalne skłonności umożliwiły mu zdobycie wykształcenia dzięki namiętnemu czytaniu każdego druku, jaki mu się tylko napatoczył i podejmowaniu wszelkich korzyści z oglądanych filmów. Przed kwadransem burza przewalała się na zewnątrz. Oni jednak cieszą się chwilowym szczęściem, a ich emocjom udziela się radość.
-(szachista) Jesteśmy tak przewrotni, że naszym najlepszym rządem okazuje się ten najgorszy. Widzisz, znowu rozdzielą wszystko pomiędzy księży, sportowców i bogaczy, i oczywiście guzik dla biedaków, bo tym będą zawsze tak dokopywać, że w dniu, kiedy gówno nabierze wartości, biedacy urodzą się bez dupy, sam zobaczysz. Nie starczyłoby życia, żeby rozszyfrować zagadki tego świata zbudowanego na sztuce skąpstwa. Trzeba robić różne rzeczy i sprzedawać je bogaczom, zanim umrą na dobre. Oni wszyscy są chorzy i ‘wykitują.’ Spójrz, z siedmiu kontynentów ziemskiego globu największą karierę zrobiła w końcu Ameryka Południowa.
– (profesor) Jestem stary, ale staram się o tym nie myśleć. Trzeba dużo przeżyć, aby poznać prawdziwą naturę mężczyzny, kontynuował profesor. Widzisz, mężczyźni, jeśli chodzi o kobiety, są tępi. Wymknięcie się na tajemnicze spotkanie, wieczorem i bez eskorty, to błąd; było nie tylko niepotrzebnym ryzykiem, lecz także, z historycznego punktu widzenia, głupotą, uważam. Jakkolwiek nigdy nie było dla ciebie nic bardziej kuszącego niż zagadka pięknej kobiety, to przecież cenisz własne życie i sprawę, o którą walczysz.
-(szachista) Przed kilku laty zająłem drugie miejsce w dużym turnieju w Soczi. Rodacy mi wypominają to. Teraz zaczynam wierzyć, że wobec okrucieństwa całego miasteczka na nic się zda moja obietnica, że jestem osaczony, oblężony przez nienawiść i upór bandy urażonych.
-(profesor) Jeżeli ktoś nie kocha cię tak jakbyś tego chciał, nie oznacza to, że nie kocha cię on z całego serca i ponad życie. Być może dla świata jesteś tylko człowiekiem, ale dla niektórych ludzi jesteś całym światem.
-(szachista) Nigdy nie zapomnę nastroju tych partii szachów. Była gimnastyka dla ciala i umysłu. Wyobraź sobie, ciało ludzkie nie jest stworzone na miarę lat, które człowiek mógłby przeżyć. Ale co robiłbym bez grudniowych krótkich dni, które jazgocząc wpadają przez rozbite szyby, jak mógłbym żyć bez zielonych błyskawic latarni morskiej, ja, który opuściłem mój płaskowyż mgieł, śmiertelnie chory na febrę i wplątałem się w rozgardiasz technologicznej epoki, i nie myśl sobie, że zrobiłem to z patriotyzmu, jak mówi encyklopedia, czy żądzy przygód, czy coś w tym rodzaju, bo gówno mnie obchodziły demokratyczne zasady, które niech Bóg ma w opiece w swym świętym królestwie; nie, mój kochany profesorze, zrobiłem to wszystko po to, by poznać morze… Aż w końcu po tylu, tylu latach jałowych złudzeń- zacząłem przeczuwać, że człowiek nie żyje, kurwa, tylko przeżywa innych, że zbyt późno uczy się, iż najdłuższego i najużyteczniejszego życia starcza ci tylko na to, by nauczyć się żyć; poznałem swoją niezdolność do miłości w zagadce linii swych niemych dłoni i w niewidzialnych cyfrach kart, i usiłowałem wynagrodzić sobie to nikczemne przeznaczenie spalającym kultem samotnego nałogu władzy, stałem się ofiarą własnej sekty, by złożyć siebie w płomieniach tego niekończącego się całopalenia (…) w miarę jak z upływem swych niezliczonych lat odkrywałem, że kłamstwo jest wygodniejsze niż wątpliwość, bardziej użyteczne niż miłość, trwalsze niż prawda, niczemu się nie dziwiąc doszedłem do hańbiącej fikcji, w której rządzi się bez władzy.
-(profesor wciągając dym nikotyny) Wycieka pamięć z cysterny życia. I ja nabieram lat. Mama kochała mnie z przyjaźni, myślę teraz. Bo dzieci kocha się nie dlatego, że są dziećmi, ale z przyjaźni, która towarzyszy ich wychowaniu. Wyobraź sobie, mądrość przychodzi wtedy, kiedy nie jest już nam do niczego przydatna.Widzisz, nieustannie dźwigam brzemię największego nieszczęścia, jakie może spaść na ludzką istotę (…) Przestałem wierzyć. Niewiara przetrwać może więcej niż wiara, bo żywi się zmysłami.
-(szachista) Dobrych chrześcijan jest więcej niż sądzimy. Istotne jest więc nie to, czy ty wierzysz, lecz czy Bóg nadal wierzy w ciebie. Żaden wariat nie jest wariatem, jeśli przyjmiemy jego racje. Nigdy nie traci się wiary całkowicie, zawsze pozostają wątpliwości. Miłość jest uczuciem wbrew naturze, skazuje dwoje obcych sobie ludzi na nieszczęście i niezdrowe uzależnienie, tym ulotniejsze, im bardziej intensywne. Żem dla ciebie się zrodził, że tobie życie zawdzięczam, że życie bym oddał za ciebie, więc i przez ciebie umieram.
-(profesor) Jak pamiętasz nasz prom ugrzązł na mieliźnie. Odwiedziłem kapitana, również oficerów na piętrze. Żyłem przerażony tym, że żyję. I było mi dobrze, bo wiedziałem, że umieram. Zresztą kara była mi pisana, zanim jeszcze przyszedłem na świat, i tkwiła w ukryciu, powstrzymywana, hamowana. Jest taka chwila, kiedy nie czuje się już bólu. Wrażliwość znika, a rozsądek tępieje, aż zatraci się poczucie czasu i miejsca. Niektórzy mówią mi, że ta cała historia jest moim wymysłem. Pytam ich wtedy: więc co robiłem przez te dziewięć dni na morzu?
-(szachista) Widzisz, kiedyś
szarańczę nauczono niecierpliwości i niewiary zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość. Nauczono ją wierzyć jedynie w chwilę bieżącą i w zaspokajanie w niej swych nienasyconych apetytów. Każdy w jakiś sposób się zabezpiecza, profesorze. Jeśli podejmujemy ryzyko, wiemy, na co się narażamy. Kiedy nie udaje się, to dlatego, że czegoś nie przewidzieliśmy, że coś leżało poza naszymi możliwościami. Naszymi czynami kieruje siła wyższa, wobec której na nic zdałby się bunt.
-(profesor) Kryzys w Polsce wywołał w Europie falę gwałtownego poruszenia. Trafiła mi się świetna okazja, aby własnym podpisem dołączyć do plejady wybitnych i znanych intelektualistów i artystów, którzy podpisali się pod zaproszeniem na spektakl ku czci bohaterskiego narodu polskiego zorganizowany w Operze Paryskiej pod patronatem francuskiego Ministerstwa Kultury. Nie ma już tamtej solidarności. Inna epoka. A przecież czas nasz trwa i jestem przekonany, że najbardziej odczujesz brak jakiejś osoby, kiedy będziesz siedział obok niej (kiedy jest ona jeszcze obecną) i będziesz wiedział, że ona nigdy nie będzie twoja. Nie biegnij za szybko przez życie bo najlepsze rzeczy zdarzają się nam wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy. Nie kocham cię za to kim jesteś, ale za to jak jesteś kiedy przebywam z tobą.
-(szachista) Co się wyprawia w tym pociągu? (…) Istny dom wariatów. Sportsman zawyrokował o hałasie, który można było usłyszeć z korytarza.
-(profesor) Usiądź więc wygodnie i pomyśl… wykorzystaj małe, szare komórki swojego mózgu… a niebawem będziesz wiedział wszystko. Fortuna sprzyja mi w mojej pracy. Mam wystarczająco dużo pieniędzy, by zaspokoić nie tylko swoje potrzeby, ale nawet kaprysy. Wobec tego, obecnie, przyjmuję już tylko te sprawy, które mnie interesują. Młodzi z mojego pokolenia, rzuciwszy się żarłocznie na życie, zapomnieli w żywy kamień o nadziejach wiązanych z przyszłością, póki rzeczywistość nie przekonała ich, że przyszłość nie jest taka, jaka im się marzyła, i wtedy odkryli nostalgię. Do zobaczenia Janku. Powiedz, że przejechał mnie pociąg trasy Wiedeńsko-Warszawskiej, ten biedny, zabytkowy złom, który nawet czasu nie jest w stanie zabić. Tak zdobyłem sławę, te taka
grubą dame, która co prawda z nami nie sypia, ale kiedy człowiek się budzi, nie kto inny, a właśnie ona zawsze stoi przy łóżku i bacznie się nam przygląda.
-(szachista oszczędzając światło)
Celem moim od pierwszej sekundy życia był Bóg i jego prawa. Skoro podstawowym prawem całego porządku burżuazyjnego jest posłuszeństwo władzy (Rząd bez Boga jest w najlepszym razie dobrze zorganizowaną bandą złodziei); o ile więcej należałoby służyć Bogu, Panu swego stworzenia, bez wahania we wszystkich Jego przykazaniach. Wszystko, co dzieje się przeciwko wierze lub sumieniu, jest grzechem. A są różne grzechy. Grzechy przeciwko szóstemu przykazaniu w żadnym wypadku nie są najgorsze, ale najbardziej klejące. Jest pokuta za grzech. Ogień oczyszczającego miejsca jest bardziej bolesny niż agonia męczenników. Ale po kolei. W spokoju! Znowu sam! Samotny jak zawsze. Młodość przemija w tej długiej samotności na uwięzi.
Moje serce jest ciężkie i mętne w moim umyśle, siedzę w złotej klatce. Nad brzegiem Wołgi stoi żołnierz niemiecki, ojczyzny strzeże. Samotnie i daleko patrzy w ciemną noc, nie świeci księżyc, ani jedna gwiazda. Nieruchomy step jest cichy, a łza przyciąga jego wzrok: I on czuje, jak go ‘zżera i gryzie w sercu,’ człowiek oto zostaje porzucony. Skarży się on i pyta: – (Panie) Zapomniałeś o mnie tam wysoko? Moje serce również pragnie miłości. Masz z sobą wiele aniołów w niebie! Ześlij mi choć jednego…Ciemność jest jedynie stworzeniem, jeśli pochodzi znikąd. Ale jeśli ma swój początek w Bogu, jest częścią jego wizerunku. Bóg nie zapomni niczego, co z siebie się wylało, aby inaczej coś pomyśleć. Boże, odwrócić się od ciebie, to upaść. Zwrócenie się do ciebie oznacza wstać właśnie. Pozostanie w Tobie oznacza posiadanie bezpiecznej pomocy. Boga należy się lękać w taki sposób, żebyśmy uciekli przed nim do niego. Pozwól mi zatem powiedzieć: nieustannie dowiaduję się, że za każdym razem, gdy ludzie starają się żyć zgodnie z ewangelią tak, jak uczy nas Jezus, wszystko zaczyna się zmieniać … wszelka agresja, wszelki strach i smutek ustępują miejsca pokojowi i radości. Kochany profesorze!
Zamierzyłem ‘cywilizacyjną niewolę’ zamienić, przeobrazić w niewolę ‘wieczną’! To ma być dla nas szczęśliwa ścieżka do nieba.
To mój patriotyzm współczesny, summa contra Gentiles. Spotykam przeważnie kobiety. Chciałbym żeby wszystkie były obrazem Marii i na podobieństwo Boga, zawsze szczęśliwe i radosne… Aleksandrze! Moje alogiczne, nikomu zdaje się nie służące podróże do współczesnego świata, chciałbym opisać je najlepiej jak tylko potrafię. Ileż zbędnych trudów. Choć wydarzają się oazy ostatniego szczęścia, więcej po ludzku sądząc marnotrawstwa pokładów ludzkiej szlachetności.
Ludzie nie mogą wyrazić siebie w ojczystym języku, używając języka angielskiego, choćby na Węgrzech – jakie czasy. O tempora, o mores. Ostatnio przebywam na farmie na Krecie, na kempingu w górach 21 kilometrów od Heraklionu. Tutaj czuję się wspaniale, jakbym znalazł się pośrodku napoleońskiej bitwy albo oglądał ‘panoramę racławicką’. Natura podsuwa mi obraz, który w najmniejszym stopniu podobny jest do bitwy pod Austerlitz w okolicach Brna, a która przebiegała pod dyktando janusowego oblicza Napoleona. Tym razem mój pobyt tutaj sfinalizowany w oparciu o zapis finansowy przez internet (see http://www.airbnb), nie jest grą słońca na niebie. Wszystko odbyło się tak szybko i skutecznie. Lubię podróże, a szczególnie- zwiedzać katedry. Wiara chrześcijańska jest jak wspaniała katedra ze wspaniałymi kolorowymi oknami. Kto stoi na zewnątrz, nie widzi tego. Ale dla każdego, kto doń wchodzi, każdy promień światła staje się nie do opisania. Wy, którzy nie widzicie Boga, powinniście przyjść zobaczyć Go przez miłość bliźniego. Jeśli nie kochasz swojego brata, którego masz na myśli, nie możesz kochać Boga, którego nie widzisz. Boże Narodzenie zawsze jest; to nie tylko święto dawcy, ale także tych, którzy nie mają nic do dania, ani nikogo, komu mogliby coś dać. Kawałek drogi leży za tobą, kolejny kawałek jest wciąż przed tobą. Jeśli zostajesz, to tylko po to, aby się wzmocnić, ale nie po to, żeby się poddać. Tylko wtedy nie będę już miłował ciemności, gdy spojrzę na słońce. Nie ma dobrych uczynków, z wyjątkiem tych czynionych przez wiarę i miłość. Są dwa sposoby czynienia dobra: dawania i przebaczania. Jest to już wspaniały początek w poznaniu Boga, jeśli zanim się dowiemy, kim on jest, zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego, kim on nie jest. Tak więc po trudnym początku (wędrówka w upał, obcy ludzie oglądają mnie), znalazłem się jakby z powrotem w domu matki w Ząbkowicach, gdzie przeżywałem dzieciństwo moje dumne i górne, robiłem na poddaszu jakieś porządki. W rzeczywistości dzięki mass mediom znajdowałem się wewnątrz cywilizacyjnego wulkanu codziennych wydarzeń, z piłkarskimi mistrzostwami świata włącznie. A dokoła bajeczny krajobraz… Jak powiedziałem ścieżka mojego życia nie zawsze wije się w górę. Zdarza się że wraca do młodości, zarazem ‘kluczy’ przeważnie nizinnymi uliczkami szarych miasteczek. To jednak jeszcze spotykam siebie w drodze wciąż, choć najczęściej dopiero to jest pod wieczór aktywnego dnia. Po chwilach ekstazy w pięknej rozmowie zmuszony bywam sięgnąć po telefon do matki. W odpowiedzi przysłuchuję się zdaniu
i uważniej je przyjmuję, mianowicie to: w Barcelonie uważajcie, żeby was nie okradli..i jestem niczym gaduła w towarzystwie płci pięknej, który z czasem ulega nudzie ciszy i nie bohaterskiego zamilknięcia.
-(profesor ożywiony) I ja
nazbierałem doświadczeń. Dlatego
muszę zapytać: Czy istnieje szatan? Zdaje się że tak, jako ‘bita siła’ w świecie. Choć nie tylko. I tak ktoś się wyraził w ten sposób: Papież stawia się w miejsce Chrystusa. To chyba nieźle odpowiem. W Islamie diabeł kontroluje, choć nie wpływa na świat. Zatem jakby jesteśmy w coś wciągnięcio… Lubię argumenty, ktoś powiedział: Czy nie czas na opowiedzenie się za ewolucjonizmem przez Kościół ostatecznie. Tak, aby pokazać obraz człowieka najbardziej czytelny teraz. Stąd dlaczego nie dopuścić obrazu ‘zmartwychwstania’ jako czytelnego obrazu Chrystusowej epoki. Mówimy: ‘Corragio’ – abyśmy stali się odważni w dopuszczaniu wszystkich czytelnych obrazów z naszej epoki, jak myślę. Aby świat, który jest tak zmodernizowany, stał się otwartą wioską, jeśli już nie wszystkich, to każdego z osobna. Nie chodzi o indywidualizm, ale o nigdy nie kończące się ludzkie braterstwo. Dzisiaj rozwój embriologii, rodzą się dzieci poza łonem matki. Zarazem praktyka ‘abuse’, czyli praktyka nadużywania ludzkich uczuć i emocji trwa. Może i dobrze, że wychodzimy poza obiektywną realność. Ale zauważmy, podejmujemy sporo inicjatyw, jest
wiele roboty- ale mało ewidentnych
wzorców! Jak kiedyś takim wzorcem epoki był Mojżesz, następnie Jezus, a teraz zdaje się ma taką oczywistą ewidencję Richard Dawkins. Postawiłbym pytanie tutaj: Czy ewidentne wzorce epoki są za diabłem? Czy oczywistości, wzorce takie, nie osłabiają religiii? Albowiem wciąż nauka na rozdrożu (ang. in transition). Choć mamy doskonałe warunki życia, to jeszcze nieustannie odsłaniają się przed nami nadnaturalne doświadczenia. Moda na egzorcyzmy. Pamiętamy, że Jezus również wyrzucał demony. Dzisiaj nie znamy się w bloku. W tej samej klatce mieszkają sąsiedzi i rodzinka ‘na pocałunek.’ Ale i Judasz wierzył, że Jezus nie umrze na krzyżu, że zejdzie z krzyża. Si (see, Judas by Amos Oz). Mówimy, ‘zwycięża Bóg,’ który charakteryzuje się stałością i wszechmocą. A czym jest religia? Ktoś postawił pytanie: Licheń, biznes czy religia? Religia -(por. ang. should, niem. Schuld, wina) – to ‘robienie Boga’ wciąż. Z kolei czym jest prawda? Prawda – gdy żyje się miłością (ang. set to free).
-(szachista zajadając się schabowym) Obecnie postawiliśmy na wiele dróg do Boga. Wielobóstwo w Indiach nie znaczy wiara w różnych bogów. Ale to wiara w wiele dróg do zjednoczenia z Bogiem. A Bóg niewyczerpany, nigdy nieskończony w obdarowywaniu. Choć ‘żaden jeszcze Bóg w Bogu’. A stworzenie przychodzi jedynie z nieskończonej mocy. “Jeszcze nie ujawniło się czym będziemy,” czytaliśmy w biblii. Kochajcie los, bo to jest droga Boga przez waszą duszę. Zauważmy bieżący duchowy postęp ludzkości obecny. Z jednej strony olbrzymia technika, nowe technologie wciąż, a z drugiej dryfowanie statku z ludźmi na mieliznę. Nie brakuje śmiałków epoki, równocześnie sam osobiście zadowalam się tylko choćby najwyższym brzegiem klifowym (jaki mamy ‘za Molo’ w Międzyzdrojach) – mówiłem raz o moim stylu pisania esejów na kazaniu – a nigdy jeszcze nie odważyłem się w pisaniu wypłynąć aż na środek oceanu, aby dać wyraz ostatni ludzkiej ‘biedzie’ i wyrazić pełnię człowieczeństwa.
Nie posiadam talentów Conrada a tym bardziej Melville’a czy Bölla. Nie umiałbym pewnie napisać ‘morskiego’ czy innego filmowego scenariusza. Agnieszka Holland jest ‘niedościgłym wzorem’ pracy reżyserskiej. A Świat jest jak morze, które burzy się i pieni. Jeśli kochasz Boga, wtedy będziesz chodził po falach, a powódź pod twoimi stopami. Z pewnością olbrzymie a nie zdobyte
podkłady człowieczeństwa jeszcze przed nami, myślę, i to nie tylko w pisaniu. Jest to ostatecznie jedyna ludzka wiedza o Bogu: wiedzieć, że nie znamy Boga. Objawienie Boga pokazuje nam bardziej czym On nie jest, aniżeli czym On jest – to, że On nie istnieje, aniżeli to, że On istnieje. Jakkolwiek historia mojego życia mówi światu o kochającym Bogu, który prowadzi wszystko ku lepszemu, na dobre. Jak też o tym, że nie ma przepisu na szczęśliwe, funkcjonujące małżeństwo. Po prostu miłość jest pierwszą, to mi powiedzieli moi nieliczni parafianie. Miłość jest przyjemnością dobra; dobro jest jedynym powodem miłości. Kochać znaczy czynić dobro komuś.
O Panie, weź to serce z kamienia i daj mi serce z krwi i kości; serce, które Cię kocha i wielbi, serce raduje się w tobie, naśladujące Ciebie i zadowalające Ciebie, abym zawsze chciał Chrystusa. Człowiek upadł, ale Bóg wyniósł go wysoko. Człowiek jest nieszczęśliwy, ale Bóg zstąpił ze współczuciem. Człowiek upadł z powodu pychy, za to Bóg przyszedł w łasce. Największą korzyścią, jaką możesz dać osobie, jest to, że prowadzisz ją od błędu do prawdy. Najwyższa doskonałość ludzkiego życia polega na tym, że ludzki wymiar sensu jednoczy człowieka z Bogiem. Porządek Planet wszechświata wynika z porządku całego wszechświata skierowanego na Boga. Gdy zaś chodzi o człowieka, to każda istota, która dąży do własnej doskonałości, dąży do podobieństwa do Boga. Bo każdy kocha Boga bardziej niż siebie. Istnieje przy tym potrójna potrzeba uzdrowienia człowieka: wiedzieć, w co wierzy, wiedzieć, czego chce i wiedzieć, co ma czynić, to przekazał nam Tomasz z Akwinu. Zatem módl się, jakby wszystko zależało od Boga. I działaj tak, jakby wszystko zależało od ciebie. Bóg podarował nam Niebo – aby ciągle widzieć! Tam będziemy świętować i patrzeć, patrzeć i kochać, kochać i chwalić. W końcu będzie tak bez końca. Wszystko, co powinno się wydarzyć w przyszłości, już stało się Bogu. Tak więc wszystkie przykazania Boże wypełniają się, kiedy to, co nie jest spełnione, jest przebaczone. Pragnienie szczęścia i nieśmiertelności zapadło w naszą istotę. Wyobraźcie sobie zatem: Zrozumienie jest nagrodą wiary. Dlatego nie starajcie się rozumieć, aby wierzyć, ale wierzyć, by rozumieć. Nagrodą za naszą wiarę będzie to, że będziemy patrzeć na to, w co wierzymy, mawiał Aurelius Augustinus, Augustyn z Hippony. Człowiek nie jest sądzony przez to, co wie, lecz przez to co kocha. Przylgnąć do Boga, to moja moc. Zmartwychwstanie jest naszą wiarą, łączącą naszą nadzieję, pamiętającą o naszej miłości.
Tylko błogosławiony człowiek, który stworzył człowieka, uszczęśliwia ludzkość. Bóg ci przebacza zawsze. Ten, który cię stworzył, wie, co chce z tobą zrobić. Ale Ten, kto was stworzył bez waszej pomocy, nie daje wam usprawiedliwienia bez waszej pomocy. Śmierć, której ludzie się boją, jest oddzieleniem duszy od ciała. Ale śmierć, której ludzie się nie boją, jest oddzieleniem od Boga. Człowiek jest tęsknotą Boga. Ludzie narzekają, że czasy są złe. Przestań narzekać. Popraw siebie. Bo nie czasy są złe, ale nasze działania. Dusza ma kolor twoich myśli. Dusza karmi się tym, czym się raduje. Bóg kocha każdego z nas, tak jakby nie było nikogo poza nami, którego mógłby obdarzyć swoją miłością. I dlatego jeśli nadarza się okazja rozmowy z człowiekiem współczesnym nawet na końcu świata, a w ojczyźnie jest wystarczająca liczba kapłanów, to wchodzę z nim w przygodę gdziekolwiek jest to możliwe. Człowiek nie może się odkupić w pojedynkę. Zbawienie jest dziełem Boga. Jest całkowicie ukończone. Pojedyncza osoba musi to zaakceptować. To jest najgłębsze poczucie całej gościnności, że jeden człowiek daje drugiemu odpoczynek w dalekiej podróży do wiecznego domu. Bo w końcu jak świat długi i szeroki, czym była odwiecznie ziemia, jeśli nie miejscem zamieszkanym przez ludzi, których serca są pełne tęsknoty za marzeniami niemożliwymi do spełnienia, marzeniami, które na przekór prawom logiki, zasadom prawdopodobieństwa, a nawet upływowi czasu, stają się wieczne i trwałe niczym marmur.
-(profesor) Jak zrozumiałem możemy otworzyć nasze serca na Boga, ale nie bez Bożej pomocy.
Bóg nie wymaga, abyśmy stawali się słabi, ale żebyśmy zawsze zaczynali od dobrej woli.
Znalazłem coś, tu pisze: Kto nie walczy, już przegrał. Ale nikt ze śmiertelników nie jest tak wielki, aby nie mógł zostać włączony do modlitwy. Miłość jest pragnieniem dania czegoś, czego nie otrzymasz.
Ludzie narzekają, że czasy są złe. Przestań narzekać. Popraw siebie. Bo nie czasy są złe, ale nasze działania, a my jesteśmy czasem.
Zawsze otrzymuję łaski z twojej ręki. To moja prawda i moja radość. Twoje oczy ciągle na mnie patrzą, a ja żyję z twoich oczu, ty, mój Stwórco i moje zbawienie. Naucz mnie, w ciszy swojej obecności zrozumieć tajemnicę, którą jestem. I że jestem przez ciebie i przed tobą i dla ciebie.
-(szachista) Kiedy Jezus przyszedł na ten świat, ogłoszono pokój. Kiedy opuścił ten świat, pozostawił nam pokój…Jestem małym nazbyt, żebym wystarczająco umiejętnie opisał życie i czyny świętych. Boże, każdego ranka i wieczoru troski twoje są błogosławieństwem i pomnożone. A nieszczęście zaprzeczone przez same twoje prace i czyny.
-(profesor) A czy ty wiesz, Bohdan Chmielnicki jest bohaterem Ukrainy.Stawał blisko polskiego króla Jana Kazimierza, i darował mu życie. Na spotkaniu z polską szlachtą tańczył na stole. A kiedy podano mu najlepsze królewskie wino szlachcic wytrącił mu szklanicę z ręki… To był znak jego rozstania z królem Kazimierzem i Polską. Poniewaz król wysyłał pieniądze Chanowi, Chmielnicki zapowiedział że “pójdzie” na Lwów i Przemyśl…Jezus obiecał Swoim uczniom trzy rzeczy, że doświadczy zupełnej nieustraszoności, absurdalnego szczęścia i nieustannego cierpienia. Biblia nakazuje nam kochać naszych sąsiadów, a także kochać wrogów; prawdopodobnie dlatego, że są to zwykle ci sami ludzie. Człowiek jest gotów umrzeć za każdy pomysł, pod warunkiem, że pomysł nie jest dla niego jasny. Ale nie mogę zaprzeczyć: Bóg wydaje mi się największą przygodą w historii świata. (Jeśli istnieje) Jego najmniejsza rzeczywistość jest większa od naszej najdzikszej złudzeń.
-(szachista) Widzisz, kiedy ludzie przestają wierzyć w Boga, nie wierzą w nic, tylko we wszystko. To jest szansa proroków – i przybywają tłumnie. Ile razy mamy na myśli to, że trudność kontaktu leży po stronie innych, wtedy Pan objawia to z łagodną ręką, że trudności są w nas. Och, pozwólcie mi się obudzić, obudźcie się, obudźcie się, ty twardy świecie, zanim straszny szok zaatakuje cię szybko i nagle. Wszystko zginęło, ale Bóg stoi bez wahania; jego myśli, jego słowo i wola mają wieczny powód. Zbyt biedni i zbyt bogaci nie są dobrzy, oboje, podobnie jak nasze dusze, wpadają w królestwo grzechu. I nie wolno wam się bać swoich grzechów. Nie, Jezus chce zakryć je swoją miłością i łaską. Bóg jest w twoim regimencie, pułku i wszystko dobrze prowadzi! Boże, Twój duch podtrzymuje naszą wiarę, gdy cały świat stoi przeciwko niemu burzą i wieloma innymi broniami. Musisz zaufać Panu, jeśli chcesz żeby wszystko poszło dobrze; Musisz popatrzeć na jego pracę, jeśli twoja praca ma trwać. Z żalem, smutkiem i samozwańczym bólem, Bóg niczego nie weźmie, trzeba go o to prosić. Kto dał ci życie, zapewni także utrzymanie. Ma rękę pełną wszystkich podarków, z których ucztują i morze i ziemia. Jesteś życiem mojego życia; teraz prawdopodobnie mogę się z tobą umówić. Napełniasz życie tym, co wieczne, i wprowadzasz nas do niebiańskiego domu, gdy ziemia ucieka nam. W końcu bierzesz naszą winę i wrzucasz ją do morza.
Ty, Panie, masz w swoich rękach cały szeroki świat, możesz obracać ludzkimi sercami, jak chcesz. Ale mam nadzieję, że nie zawiedziesz mnie, mój Zbawicielu, że chciałbym się nieść za mnie, we mnie i ze mną. On daje nam szczęśliwe serce, odświeżający umysł, wrzucając wszelki strach, zmartwienie i ból w głębiny morza. On jest waszym kochanym, waszym spadkobiercą i częścią, waszą chwałą i światłem radości, waszym parasolem i tarczą, waszą pomocą i zbawieniem, szuka rad i nie opuszcza was. On jest pośrodku i wkrótce usłyszy tę biedną prośbę. Bierze na siebie to, co uczyniliśmy na ziemi, staje się dla nas naszym Barankiem.
—
Nie pójdziemy już spać, widać światła Warszawy. To dobry znak. Spotkaliśmy się przy budynku stacyjnym w Katowicach, z pewnością peron połączy nas na zawsze. -Janku, niektórzy z moich dawnych zwolenników zostaną po mnie prezydentami: uzurpując sobie prawo do zaszczytów, na które nie zasługiwaliśmy, związanych z urzędem, którego nie potrafimy sprawować. Niektórzy gonią tylko za władzą…- Szczęśliwej podróży, panie profesorze.(fin)
Data: 2019-06-01
Stanislaw Barszczak, Jak Jas zostal magiem. Dzisiaj w naszej afrykanskiej wiosce mamy zawody sportowe. Poniewaz przynaleze do tzw. wielodzietnej rodziny, a takich w Ghanie, moim kraju, jest bardzo wiele, z niecierpliwoscia oczekuje na szczesliwa chwila wejscia do finalu zawodow. - Mamo, mnie wybierz. Muszę się powstrzymywać, żeby nie krzyczeć. Wbijam paznokcie w drewniany kij, ściskam go mocno, żeby usiedzieć w miejscu. Krople potu ściekają mi po plecach, nie wiem, czy to od porannego upału, czy dlatego, że serce tłucze mi się o żebra. Miesiąc w miesiąc byłem pomijany. Dziś musi wreszcie być inaczej. Odgarniam śnieżnobiały kędzior za ucho i staram się nie ruszać. Mama Agba jak zwykle nie ma zmiłowania, długo przygląda się każdemu z nas, aż nie wiemy, gdzie podziać wzrok. Jej brwi ściągają się w skupieniu, pogłębiając zmarszczki na ogolonej głowie. Z ciemnobrązową skórą i w niepozornym kaftanie Mama Agba niewiele się różni od reszty wioskowych starszych. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że kobieta w tym wieku może być tak niebezpieczna. – Ekhm… – chrząka z przodu Pawel, w mało subtelny sposób przypominając, że on już przeszedł tę próbę. Posyła nam uśmieszek i obraca w dłoni ręcznie rzeźbiony kij, jakby nie mogł się doczekać, aż się dowie, którego z nas pokona w czasie dzisiejszego egzaminu. Większość chlopcow boi się pojedynku z Pawlem, ale ja nie czuję strachu. Ćwiczyłem i jestem gotowy. Wiem, że stać mnie na zwycięstwo. -Janku. Chropawy głos Mamy Agby przerywa ciszę. Słychać zbiorowe westchnienie piętnastu chlopcow, którzy nie zostali wybrani. Imię odbija się od plecionych ścian trzcinowej ahéré, aż w końcu zdaję sobie sprawę, że chodzi o mnie. – Naprawdę? – pytam. Mama Agba mlaska zniecierpliwiona. – Mogę wybrać kogoś innego… – Nie! – Zrywam się na równe nogi i natychmiast posyłam jej ukłon. – Dziękuję, Mamo. Jestem gotowy. Morze brązowych twarzy rozstępuje się przede mną. Idąc, skupiam się na moich bosych stopach ocierających się o trzcinową podłogę, sprawdzam jej przyczepność, żeby zwiększyć swoje szanse na wygranie pojedynku i zdanie egzaminu. Na czarnej macie do walki Pawel pierwszy mi się kłania. Czeka, aż uczynię to samo, ale jego wzrok tylko wznieca we mnie ogień złości. Stoi w nonszalanckiej pozie, świadczącej o braku szacunku, jakbym nie był godnym przeciwnikiem. Jakby uważał, że jestem od niego gorszy. Myśli, że nie mam z nim szans. – Ukłoń się, Janku. Choć w głosie Mamy Agby pobrzmiewa wyraźna reprymenda, nie potrafię się przemóc. Stojąc tak blisko Pawla, widzę tylko jego bujne czarne włosy i kokosowy brąz skóry znacznie jaśniejszej niż moja. To karnacja tych spośród mieszkancow okolic Accry, którzy nie wiedzą, czym jest praca w słońcu. Pawel zawdzięcza to uprzywilejowanie cichemu wsparciu ojca, którego nawet nie zna. Arystokraty, który pozbył się nieprawego syna umieszczając go w naszej wiosce. Odchylam barki do tyłu i zamiast się ukłonić, dumnie wypinam pierś. Pawel odstaje wyglądem od nas o śnieżnobiałych włosach. Od tutejszych chlopcow bezustannie zmuszanych do kłaniania się takim jak on. – Janku, nie każ mi się powtarzać. – Ale Mamo… – Ukłoń się albo zejdź z ringu! Nie marnuj naszego czasu. Nie mając wyboru, zaciskam zęby i pochylam głowę. Na ustach Pawla rozkwita nieznośny uśmieszek. – Czy to takie trudne? – Kłania się znowu, choć nie musi. – Lepiej przegrać z honorem. Wśród chlopcow rozlegają się tłumione chichoty. Mama Agba ucisza je stanowczym gestem. Rzucam im złowrogie spojrzenie, po czym koncentruję się znowu na postaci przeciwnika. Zobaczymy, komu będzie do śmiechu, gdy wygram. – Na miejsca. Obaj cofamy się do krawędzi maty i unosimy swoje kije. Drwiący uśmieszek spełza z ust Pawla, a jego oczy zwężają się w szparki. To instynkt zabójczy. Patrzymy na siebie i czekamy na znak. Mama Agba przeciąga tę chwilę w nieskończoność, wreszcie woła: – Do boju! I od razu muszę się bronić. Nawet nie zdążyłem pomyśleć o wyprowadzeniu ataku, a Pawel już doskakuje do mnie z prędkością geparda. Bierze zamach kijem, mierząc w moją szyję. Ale choć za plecami słyszę stłumione okrzyki chlopcow, ani na moment nie tracę zimnej krwi. Pawel jest szybki, lecz ja potrafię być jeszcze szybszy. Unikam ciosu, wyginając się mocno do tyłu. Pawel nie czeka, aż się wyprostuję – wyprowadza kolejny atak, tym razem tnąc kijem z góry na dół z siłą chlopaka dwa razy większego od siebie. Rzucam się w bok i przetaczam po macie, a kij z trzaskiem uderza o trzciny. Pawel już bierze następny zamach. – Janku! – ostrzega mnie Mama Agba, lecz nie potrzebuję jej pomocy. Jednym płynnym ruchem przechodzę w kucki i wyciągam kij do góry, parując uderzenie Pawla. Trzcinowe ściany aż się zatrzęsły od głośnego trzasku. Moja broń też jeszcze drży, kiedy Pawel zamachuje się znowu, tym razem za cel obierając moje kolana. Odbijam się z wysuniętej do przodu nogi, robię koziołka w powietrzu ponad jego wyciągniętym kijem. Oto moja pierwsza szansa, by przejść do ataku. Wykorzystując pęd, wyprowadzam pierwszy cios. Z mojego gardła dobywa się stęknięcie. Pawel kontruje, przerywając mój atak, zanim na dobre się zaczął. – Cierpliwości, Janku! – woła Mama Agba. – Nie spiesz się. Obserwuj i reaguj. Czekaj na atak. Tłumię wzbierający w piersi jęk i kiwam głową. Cierpliwości, powtarzam sobie. Poczekaj na lepszą okazję… – Właśnie, Jan– odzywa się Pawel cicho, żeby nikt poza mną nie usłyszał. – Słuchaj się Mamy Agby. Bądź grzecznym padalcem. No tak, mogłem się tego spodziewać. To słowo. Ta wstrętna obelga. Wypowiedziana niby od niechcenia. Zawinięta w arogancki uśmieszek. Bez namysłu wyrzucam kij przed siebie. Mija brzuch Pawla o włos. Czeka mnie za to straszliwe lanie od Mamy Agby, ale i tak było warto. Nagrodą jest wystraszone spojrzenie mojego przeciwnika. – Ej! – Pawel spogląda w stronę Mamy, oczekując od niej interwencji, ale nie ma czasu się poskarżyć. Wielkimi oczami patrzy, jak obracam kij do kolejnego ataku. – To nie jest trening! – woła, uskakując przed ciosem w kolana. – Mamo... – Sam sobie nie poradzisz? – pytam ze śmiechem. – No dalej, Paul. Lepiej przegrać z honorem! W oczach Pawla pojawiają się gniewne błyski. Wygląda jak lworożec gotowy do skoku. Wściekle zaciska dłonie na kiju. Zaczyna się prawdziwa walka. Ściany chaty Mamy Agby szeleszczą, gdy nasze kije uderzają o siebie. Wymieniamy cios za cios, wypatrując szansy na kontrę, która przesądzi o wszystkim. Dostrzegam okazję i wtedy… – Uch! Kuląc ramiona, zataczam się do tyłu, fala mdłości podchodzi mi do gardła. Przez chwilę martwię się, że Pawel połamał mi żebra, lecz ból w brzuchu rozwiewa tę obawę. – Stop! – Nie! – przerywam Mamie Agbie zachrypniętym głosem. Z wysiłkiem wciągam powietrze do płuc i wspierając się kijem, prostuję plecy. – Nic mi nie jest. Jeszcze nie skończyłem. – Janku… – zaczyna Mama, lecz Pawel nie pozwala wybrzmieć jej słowom. Już mknie w moją stronę z ogniem w oczach, jego wyciągnięty kij prawie muska mi głowę. Gdy bierze nim zamach, uskakuję na bezpieczną odległość, a potem, łapiąc Pawla na wykroku, dźgam go z całej siły w mostek. – Uch! – Pawel zatacza się do tyłu z twarzą wykrzywioną bólem. Jeszcze nigdy podczas walki w chacie Mamy Agby nie został przez nikogo trafiony. Nie zna tego uczucia. Nie czekając, aż dojdzie do siebie, okręcam się i uderzam go w brzuch. Już mam zadać ostateczny cios, gdy rudawe płachty u wejścia do chaty rozchylają się i do środka wpada zdyszany Zbyszek z rozwianą białą grzywą. Szuka wzrokiem Mamy Agby. – Co się stało? Zbyszek ma łzy w oczach. – Przepraszam – kwili cicho. – Zasnałem. Ja… ja…– Wyduś to z siebie, dziecko! – Nadchodzą! – wykrzykuje wreszcie. – Są już blisko! Groza tej chwili na moment wysysa mi całe powietrze z płuc. Zresztą nie tylko mnie. Wszyscy jesteśmy sparaliżowani strachem. Instynkt przetrwania bierze jednak górę. – Prędko! – rzuca Mama Agba. – Nie ma czasu! Podnoszę Pawla z podłogi. Oddycha ciężko, ze świstem, ale musi wziąć się w garść. Chwytam jego kij i zbieram pozostałe. W chacie panuje wielkie zamieszanie. Wszyscy zacierają ślady. W powietrzu fruwają metry jasnej tkaniny. Powstaje armia trzcinowych manekinów. Czy zdążymy? Trudno powiedzieć w tym rozgardiaszu. Ja robię swoje: chowam kije pod matą ringu, żeby nikt ich nie zobaczył. Ledwie skończyłem, Pawel wpycha mi do rąk drewnianą igłę. Biegnę na swoje stanowisko, gdy płachty znów się rozwierają. – Janku! – woła ostro Mama Agba. Zastygam w bezruchu. Wszystkie oczy patrzą teraz na mnie. Nie czekając, aż się odezwę, Mama daje mi po głowie, aż czuję gorące mrówki na plecach. – Wracaj na swoje miejsce! – rzuca surowo. – Musisz się jeszcze wiele nauczyć. – Mamo Agbo, ja…Nachyla się bliżej z błyskiem prawdy w oczach. Odwrócenie uwagi… Próbuje zyskać dla nas więcej czasu. – Przepraszam, Mamo Agbo. Wybacz mi. – Wracaj na swoje miejsce. Zagryzam wargę, żeby się nie uśmiechnąć, i zwieszam przepraszająco głowę, zerkając kątem oka na strażników, którzy weszli do chaty. Niższy, jak większość okolicznych żołnierzy, wyglądem przypomina Pawla: kokosowy brąz zwieńczony czarną czupryną. Mimo że otaczają go sami nastokatkowie, trzyma dłoń na rękojeści miecza. Zaciska na niej palce, jakby spodziewał się, że któryś z nas go zaatakuje. Drugi strażnik, wysoki i poważny, jest od niego dużo ciemniejszy. Stoi blisko wejścia, ze wzrokiem utkwionym w ziemi. Widocznie ma w sobie choć odrobinę wstydu. Obaj na żelaznych pancerzach noszą dumnie znak króla Sarana. Samo spojrzenie na ozdobnego białego lamparta, symbol monarchy, który ich tu przysłał, przyprawia mnie o ścisk żołądka. Z ostentacyjnym nadąsaniem wracam do trzcinowego manekina. Czuję tak wielką ulgę, że nogi prawie się pode mną uginają. Miejsce, które jeszcze przed chwilą było ringiem, teraz całkiem przekonująco udaje warsztat krawiecki. Po chwili spojrzalem na manekiny wykonywane przez dziewczyny z wioski ozdobione jasnymi materiałami w charakterystyczne wzory Mamy Agby. I przypomnialem byl sobie, ze dziewczyny z naszej wioski obszywaja brzegi rodzimych koszul tymi pieknymi wzorami juz od wielu lat. Mama Agba przechadza się między rzędami chlopcow i przygląda się ich zainteresowaniu jakim oni obdarzaja teraz zwykle manekiny. Mimo nerwów uśmiecham się, widząc, jak ignoruje nieproszonych gości. – W czym mogę pomóc? – pyta w końcu. – Zbieramy podatek – odbąkuje ciemniejszy strażnik. Mamie Agbie wydłuża się twarz. – Zapłaciłam w zeszłym tygodniu. – Nie chodzi o podatek od handlu. – Drugi strażnik toczy wzrokiem po białowłosych sympatycznych nastolatkach. – Wzrosły opłaty za padalce. Wy ich macie dużo, więc będzie was to kosztować. No tak. Ściskam koszulę manekina z taką siłą, że aż bolą mnie palce. Królowi nie wystarczy pognębić mieszkancow wioski. Musi jeszcze ukarać każdego, kto próbuje nam pomagać. Zaciskam zęby, starając się nie myśleć o strażniku, o bólu, jaki mi sprawiło tamto słowo. Padalce. Nieważne, że nigdy nie będzie nam dane stać się magami. W ich oczach wciąż jesteśmy glistami. I nie będziemy niczym więcej. Usta Mamy Agby zmieniają się w cienką kreskę. Przecież nie wytrzaśnie tych pieniędzy spod ziemi. – Podwyższyliście już podatek od mieszkancow naszej wioski w zeszłym miesiącu. I dwa miesiące temu. Jaśniejszy strażnik robi krok do przodu i sięga po miecz, jakby chciał pokazać, że nie będzie się z nikim patyczkował. – Może byłoby mądrzej nie zadawać się z glistami. – Może byłoby mądrzej nas nie okradać. Nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Nie zdążyłem się ugryźć w język. Wszyscy w chacie wstrzymują oddech. Mama Agba sztywnieje, jej ciemne oczy błagają mnie, bym zamilkł. – Nie możecie bez końca podnosić podatków – oznajmiam. – Ibawici nie zarabiają więcej niż do tej pory. Skąd mamy wziąć tyle pieniędzy? Strażnik zbliża się niespiesznym krokiem. Korci mnie, żeby sięgnąć po kij. Mogłbym zwalić mężczyznę z nóg jednym precyzyjnym uderzeniem; jednym celnym pchnięciem zmiażdżyłbym mu gardło. Dopiero po chwili dociera do mnie, że miecz tego strażnika nie jest zwykłym mieczem. W pochwie pobłyskuje czarne ostrze, metal droższy niż złoto. Majacyt. Stop przygotowany przez króla Sarana przed obławą. Broń stworzona po to, by osłabić naszą magię i wypalać dziury w naszych ciałach. Tak jak czarny łańcuch, który zawiesili na szyi Mamy. Potężny mag moze przezwyciężyć jego moc, ale większość z nas jest bezsilna wobec tego rzadkiego metalu. Choć sam nie władam żadną magią, i tak dostaję gęsiej skórki, gdy strażnik zbliża się do mnie z majacytowym ostrzem. – Na twoim miejscu trzymałbym język za zębami, brzdacu. Ma rację. Powinienem milczeć. Schować urażoną dumę do kieszeni. Dożyć jutra. Ale gdy tak stoimy twarzą w twarz, muszę walczyć ze sobą, żeby mu nie wbić drewnianej igły w to błyszczące piwne oko. Może ja powinienem być cicho. A może on powinien umrzeć. – Sam trzymaj… Mama Agba odpycha mnie tak mocno, że się przewracam. – Proszę. – Wręcza mu garść monet. – Mamo, nie… – odzywam się, ale zamieram pod jej groźnym spojrzeniem. Zamykam usta, podnoszę się i chwytam wzorzystej koszuli manekina. Strażnik przelicza brzęczące brązowe monety w dłoni. W końcu odchrząkuje. – Za mało. – Musi wystarczyć – odpowiada Mama Agba z nutą desperacji. – To wszystko, co mam. Nienawiść aż we mnie kipi, parzy mnie od wewnątrz. To nie w porządku, że Mama Agba musi błagać o litość. Unoszę wzrok i natrafiam na spojrzenie strażnika. Błąd. Nie zdążyłem się odwrócić i ukryć obrzydzenia. Mężczyzna chwyta mnie za włosy. – Au! – krzyczę z bólu. Strażnik rzuca mnie na twarz i przygniata kolanem do ziemi. Na chwilę tracę dech. – Może i nie macie pieniędzy – mówi – ale za to padalcow jest pod dostatkiem. – Chwyta mnie brutalnie za udo. – Zacznę od tego. Robi mi się gorąco, łapię powietrze ustami, zaciskam dłonie w pięści, żeby nie było widać, że się trzęsę. Chcę krzyczeć, chcę mu połamać wszystkie kości, ale słabnę z każdą sekundą. Jego dotyk upokarza mnie i unicestwia. Na chwilę znów staję się mlokosem, bezsilnym jak wtedy, gdy żołnierz wywlekał jego matkę z domu. – Dość! – Mama Agba odsuwa strażnika i przygarnia mnie do piersi, warcząc jak lworożka broniąca młodych. – Dałam wam pieniądze, na więcej nie liczcie. Precz stąd. Podrażniony jej zuchwałością strażnik sięga po miecz, ale ciemniejszy towarzysz chwyta go za ramię. – Chodź. Musimy obejść całą wieś przed zmierzchem. – Wypowiada te słowa spokojnie, ale jakby zaciskając przy tym szczękę. Może ujrzał w naszych twarzach własną matkę albo siostrę, może przypominamy mu kogoś, kogo chciałby chronić. Jego towarzysz na chwilę zastyga w złowieszczym bezruchu. Wreszcie zdejmuje rękę z miecza i tylko tnie nas wzrokiem. – Nauczcie te karaluchy pokory albo ja to zrobię – ostrzega Mamę Agbę. Potem kieruje spojrzenie w moją stronę. I choć leje się ze mnie pot, w środku czuję mróz. Strażnik mierzy mnie wyzywającym wzrokiem. Tylko spróbuj, mam ochotę odszczeknąć, ale język wysechł mi na wiór. W milczeniu patrzymy, jak mężczyźni wychodzą, słuchamy, jak odgłosy podkutych butów nikną w oddali. Siła opuszcza Mamę Agbę; przypomina teraz płomień świecy zdmuchnięty przez wiatr. Podpiera się na manekinie, żeby nie upaść. Już nie jest śmiertelnie groźną wojowniczką, którą znam, lecz starą, niepozorną kobietą. – Mamo… Chcę jej pomóc, lecz dostaję od niej po łapach. – Odejdz! Głupi. Tak mnie nazwała w joruba, języku magów zakazanym od czasu wielkiej obławy. Tak dawno nie słyszałem naszej mowy, że upływa chwila, zanim sobie przypominam, co to słowo znaczy. – Na bogów, co w ciebie wstąpiło? Znowu wszystkie oczy w ahéré zwracają się na mnie. Nawet Zbyszek spogląda z wyrzutem. Ale jak Mama Agba może na mnie krzyczeć? Czy to moja wina, że strażnicy są złodziejami? – Próbowałem cię bronić. – Bronić mnie? – powtarza z niedowierzaniem Mama Agba. – Wiedziałeś, że nic nie wskórasz swoim gadaniem. Za to niewiele brakowało, a wszyscy byśmy przez ciebie zginęli! Robię krok w tył, zaskoczony surową oceną. Nigdy wcześniej nie widziałem w oczach Mamy Agby tak głębokiego rozczarowania. – Skoro nie wolno mi się im przeciwstawić, co my tu w ogóle robimy? – Głos mi się łamie, ale powstrzymuję łzy. – Po co nam trening, jeśli nie możemy się bronić? – Na litość boską, Janku, pomyśl trochę! O innych, a nie tylko o sobie. Gdybyś zrobił krzywdę tym ludziom, kto by obronił twojego ojca? Kto uratuje Tomka, gdy strażnicy przyjdą szukać krwawej pomsty? Otwieram usta, lecz nie wiem, co odpowiedzieć. Ona ma rację. Nawet gdybym zdołał pokonać kilku strażników, nie poradzę sobie z armią. Prędzej czy później mnie znajdą. Prędzej czy później złamią ludzi, których kocham. – Mamo Agbo? – odzywa się cienkim głosikiem Zbyszek. Stoi ze łzami w oczach, uczepiony luźnych spodni Pawla. – Dlaczego oni nas nienawidzą? Mama zgina się pod niewidzialnym ciężarem. Wyciąga ramiona w stronę Zbyszka. – To nie tak, moje dziecko. Oni nienawidzą tego, kim miałeś się stać. Zbyszek wtula się w Mamę, szata tłumi jego łkanie. Mama Agba rozgląda się po izbie, patrzy w oczy innym chlopcom, którzy powstrzymują płacz. – Janek spytał, co my tu robimy. To ważne pytanie. Często rozmawiamy o tym, jak walczyć, a nigdy o tym dlaczego. – Mama sadza Zbyszka na podłodze i kiwa dłonią na Pawla, żeby przyniosł jej stołek. – Musicie pamiętać, że świat nie zawsze tak wyglądał. Był czas, kiedy wszyscy stali po jednej stronie. Mama Agba sadowi się na siedzisku, a zainteresowani jej slowami chlopcy zbierają się wokół niej. Codziennie Mama kończy zajęcia opowieścią lub baśnią, nauką z dawnych czasów. Zwykle siadam z przodu i chłonę każde słowo. Dziś trzymam się z boku, bo jest mi wstyd. Mama Agba miarowo pociera dłonie. Mimo tego, co się wydarzyło, na jej ustach migocze niewyraźny uśmiech, uśmiech, który potrafi wywołać tylko jedna opowieść. Nie mogę się oprzeć, podchodzę bliżej, przeciskam się między chlopcami. To nasza historia. Opowieść o nas. Prawda, którą król usiłował pogrzebać razem z naszymi zmarłymi. – Na początku Orisza była szczęśliwą krainą uświęconych magów. Każdy z dziesięciu klanów został obdarzony przez bogów inną mocą. Jedni władali wodą, inni panowali nad ogniem. Jeszcze inni czytali w myślach, a nawet sięgali wzrokiem poza czas! Choć wszyscy dobrze znamy tę opowieść – od Mamy Agby, od rodziców, których straciliśmy – nie przestaje robić na nas wrażenia. Z wypiekami na twarzy słuchamy o magach posiadających dar uzdrawiania i wywoływania chorób. Nachylamy się bliżej, kiedy Mama Agba opowiada o poskromicielach dzikich zwierząt, o magach trzymających w dłoniach światło i mrok. – Wszyscy magowie rodzili się z białymi włosami – to był znak, że dotknął ich palec bogów. Używali swoich darów, by służyć ludowi Oriszy, a w zamian otaczano ich szacunkiem. Ale nie każdy przychodził na świat z darem. – Mama Agba zatacza dłonią koło. – I dlatego świętowano narodziny nowego maga, cieszono się na widok białych loków. Ci mali wybrańcy do ukończenia trzynastego roku nie byli w stanie używać magii. Dopóki ich moce się nie objawiły, nazywano ich "boskimi." Zbyszek z uśmiechem unosi brodę: bo juz wie, ze jest mieszkancem cudownej krainy Orisza. Mama Agba chwyta między palce pasmo jego białych włosów, znak szczególny, który nauczono nas ukrywać przed światem. – Magowie stali się pierwszymi królami i królowymi Oriszy. To były czasy bez wojen… Pokój jednak nie trwał wiecznie. Gdy rządzący zaczęli nadużywać magii, bogowie za karę pozbawili ich mocy. Razem z magią zniknęły białe włosy… W kolejnych pokoleniach podziw dla magów stopniowo przeradzał się w strach przed nimi, a strach w nienawiść. Nienawiść zaś w przemoc, w pragnienie wytępienia magów. W izbie zrobiło się teraz jakby ciemniej. Wszyscy wiemy, co było dalej. Noc, której nigdy nie wspominamy i której nigdy nie zapomnimy. – Dopóki magowie mieli swoje moce, byli w stanie się bronić i trwać. Ale jedenaście lat temu magia zniknęła. Tylko bogowie wiedzą dlaczego. – Mama Agba zamyka oczy i wydaje z siebie ciężkie westchnienie. – Jednego dnia magia żyła, następnego umarła. Tylko bogowie wiedzą dlaczego? Z szacunku dla Mamy Agby gryzę się w język. Mówi tak, jak wszyscy dorośli, którzy widzieli wielka obławę na własne oczy. Z rezygnacją. Jak gdyby bogowie odebrali nam moc, żeby nas ukarać, a może pod wpływem kaprysu. W głębi duszy znam prawdę. Domyśliłem się jej, kiedy zobaczyłem magów innych wiosek w kajdanach. Bogowie umarli razem z naszą magią. Już nie wrócą. – Tamtego nieszczęsnego dnia król Saran nie wahał się ani chwili – ciągnie Mama Agba. – Wykorzystał moment słabości magów i zaatakował. Zamykam oczy, stawiam tamę łzom. Widzę łańcuch, który zarzucili na szyję Mamie. Krople krwi lądujące w piasku. Wspomnienie Obławy przepełnia trzcinową chatę, nasyca powietrze smutkiem. Tamtej nocy wszyscy straciliśmy bliskich, którzy byli magami. Mama Agba wstaje z westchnieniem, znów nabiera siły, z której jest znana. Patrzy po kolei na wszystkich chlopcow w izbie – jak generał przeglądający swoje wojsko.– Uczę sztuki kija każdego chętnego do nauki, bo zawsze znajdą się na tym świecie ludzie, którzy będą chcieli zrobić wam krzywdę. Ale tutaj szkolę chlopcow poległych magów. Choć nie macie już w sobie mocy, aby w przyszłości stać się magami, nadal cierpicie z powodu nienawiści i przemocy. Oto dlaczego tu jesteśmy. Oto dlaczego trenujemy. Mama gwałtownym ruchem dobywa własny rozkładany kij i uderza nim o trzcinową podłogę. – Wasi przeciwnicy noszą miecze. Dlaczego uczę was władania kijem? Powtarzamy chórem mantrę, którą nam wpoiła: – Uderza zamiast ranić, rani zamiast okaleczać, okalecza zamiast zabijać. Kij nie unicestwia. – Uczę was walki w ogrodzie, abyście na polu walki nie byli jak ogrodnicy. Daję wam siłę do walki, ale umiar także jest siłą, którą musicie posiąść. – Mama zwraca się do mnie: – Macie bronić tych, którzy sami się nie obronią. Oto prawda kija. Chlopcy kiwają głowami, a ja wbijam wzrok w ziemię. Znowu prawie doprowadziłem do tragedii. Znowu wszystkich zawiodłem. – No dobrze… – wzdycha Mama Agba. – Wystarczy na dziś. Pozbierajcie swoje rzeczy. Ciąg dalszy jutro. Chlopcy z ulgą wychodzą jeden po drugim. Chcę pójść w ich ślady, lecz pomarszczona ręka Mamy Agby chwyta mnie za ramię. – Mamo… – Milcz – ucina. Ostatni chlopcy rzucają mi współczujące spojrzenia. Łapią się odruchowo za pupy, jakby w myślach liczyli, ile dostanę batów. Dwadzieścia za nieposłuszeństwo… Pięćdziesiąt za odzywanie się bez pytania… Sto za to, że prawie nas wszystkie zabiłes… Nie. Sto batów byłoby zbyt pobłażliwą karą. Wstrzymuję oddech i szykuję się na ból. To nie potrwa długo, mówię sobie. Skończy się, zanim… – Usiądź, Janku. Mama Agba podaje mi kubek z herbatą, po czym nalewa sobie. Ciepłe naczynie ogrzewa mi dłonie, słodka woń napoju wypełnia nozdrza. Marszczę brwi. – Dodałaś trucizny? Kąciki jej ust drgnęły, ale ukrywa rozbawienie pod surową miną. Ja ukrywam swoje w kubku z herbatą, upijam łyk i rozkoszuję się smakiem miodu. Obracam kubek w dłoniach, wodzę palcami po lawendowych koralikach wzdłuż brzegu. Mama też miała taki kubek, tylko ze srebrnymi paciorkami – na cześć Olimpu, i bogini życia i śmierci. Wspomnienia na chwilę pozwalają mi zapomnieć o rozczarowaniu Mamy Agby, lecz gdy smak herbaty zanika, znów ogarnia mnie gorzkie poczucie winy. Mama Agba nie powinna musieć znosić takich szykan. Nie z mojego powodu. – Przepraszam. – Skubię koraliki na krawędzi kubka, żeby nie podnosić wzroku. – Wiem… Wiem, że tylko przysparzam ci kłopotów. Mama Agba, tak jak Pawel, jest Oriszanką, w której nie drzemią żadne magiczne moce. Przed Obławą myśleliśmy, że bogowie decydują o tym, kto się rodzi szczesliwym mieszkancem naszej wioski, a kto nie; teraz, gdy magia zniknęła, nie rozumiem, czemu właściwie służy to rozróżnienie. Mama Agba nie ma białych włosów jak my, mogłaby się wtopić w resztę Oriszan i uniknąć prześladowań. Gdyby się z nami nie zadawała, strażnicy pewnie daliby jej spokój. Jakaś cząstka mojej duszy chciałaby, żeby Mama Agba nas porzuciła i oszczędziła sobie tych cierpień. Jako dobra krawcowa pewnie mogłaby sprzedawać ubrania i nieźle z tego żyć. – Zaczynasz coraz bardziej ją przypominać, wiesz? – Mama Agba upija łyczek herbaty i się uśmiecha. – Zwłaszcza gdy krzyczysz, podobieństwo jest zatrważające. Odziedziczyłeś jej gniew. Nie wierzę własnym uszom. Mama Agba nie lubi rozmawiać o tych, których straciliśmy. Żaden z nas tego nie lubi. Aby ukryć zaskoczenie, upijam kolejny łyk herbaty. – No dobrze. – Z twarzy Mamy Agby znika uśmiech, a pojawia się na niej wyraz troski. – W czasie Obławy byłeś jeszcze dzieckiem. Bałam się, że zapomnisz. – Nie potrafiłbym, nawet gdybym chciał. Jak mogłbym zapomnieć tę twarz niczym słońce? Właśnie tę twarz staram się pamiętać. Samą twarz, a nie zwłoki ze strużką krwi na szyi. – Wiem, że walczysz dla niej. – Mama Agba przesuwa dłonią po moich białych włosach. – Ale król jest bezwzględny, Janku. Prędzej wymorduje wszystkich poddanych, niż przymknie oko na bunt wioski. Kiedy przeciwnik nie ma honoru, trzeba obrać inne, mądrzejsze metody walki. – Takie jak okładanie tych drani kijem? Mama Agba się śmieje, aż marszczy jej się skóra wokół mahoniowych oczu. – Obiecaj mi tylko, że będ ziesz ostrożny. Że poczekasz na odpowiedni moment do walki. Chwytam Mamę Agbę za dłonie i chylę przed nią nisko głowę na znak szacunku. – Obiecuję, Mamo. Więcej cię nie zawiodę. – To dobrze, bo jest coś, co mam zamiar ci pokazać, a nie chciałabym potem tego żałować. Mama Agba sięga za pazuchę i wydobywa spod szaty krótki czarny pręt. Wstrząsa nadgarstkiem, a pręt wydłuża się i zmienia w lśniący metalowy kij do walki. Odskakuję odruchowo. – O bogowie! – wyrywa mi się. Muszę ze sobą walczyć, żeby nie chwycić tego arcydzieła. Czarny metal pokrywają prastare symbole, każdy z nich przypomina o jednej z lekcji udzielonych nam przez Mamę Agbę. Moje oczy, niczym pszczoły zwabione przez nektar, zatrzymują się najpierw na akofenie: dwa skrzyżowane ostrza, miecze wojny. „Odwaga nie musi grzmieć” – wspominam jej słowa. „Męstwo nie musi oślepiać”. Obok mieczy widnieje akoma, serce cierpliwości i tolerancji. Tamtego dnia… Dałabym głowę, że tamtego dnia dostałam od niej lanie. Każdy kolejny symbol odsyła mnie do innej nauki, innej opowieści, innej mądrości. Spoglądam wyczekująco na Mamę. To prezent czy raczej narzędzie, którym wymierzy mi karę? – Proszę. – Kładzie gładki pręt na mojej dłoni. Natychmiast wyczuwam jego moc. I ten ciężar żelaza… Oto broń stworzona do gruchotania czaszek. – Czy to się dzieje naprawdę? Mama twierdząco kiwa głową. – Walczyłeś dziś jak wojownik. Zdałeś egzamin. Wstaję, żeby zakręcić kijem, by ucieszyc się jego siłą. Metal tnie powietrze jak nóż. Żaden wystrugany przeze mnie drewniany kij nie był tak zabójczy. – Pamiętasz, co ci powiedziałam, kiedy zaczynaliśmy treningi? Potwierdzam skinieniem głowy i przedrzeźniam zmęczony głos Mamy Agby: – Jeśli zamierzasz się bić ze strażnikami, lepiej naucz się wygrywać. Dostaję od niej po głowie, ale trzcinowe ściany izby rozbrzmiewają jej serdecznym śmiechem. Oddaję kij, a Mama Agba uderza końcem o ziemię i broń składa się z powrotem w krótki pręt. – Ty już wiesz, jak wygrywać – mówi. – Mam tylko nadzieję, że będziesz wiedział, kiedy się bić. Gdy znowu wręcza mi kij, duma miesza się we mnie z bólem. Bojąc się otworzyć usta, obejmuję ją w pasie, wciągam nosem znajomy zapach świeżo upranej tkaniny i słodkiej herbaty. Mama Agba na moment sztywnieje, ale przytula mnie mocno, kojąco. Potem się odsuwa, żeby coś powiedzieć, lecz w tej samej chwili płachty u wejścia znów się rozchylają. Odruchowo chwytam czarny pręt i dopiero po sekundzie rozpoznaję mojego starszego brata Tomka. Wysoki, potężnie zbudowany, w jego obecności trzcinowa chatka wydaje się nagle dużo mniejsza. Mięśnie ma napięte, ścięgna rysują się wyraźnie pod ciemną skórą. Spomiędzy czarnych włosów obficie ścieka mu na czoło pot. Gdy napotykam jego wzrok, ostry niepokój przeszywa mi serce. Uslyszalem tylko ostatnie slowa: -"Do domu..." Tata oczekiwal mnie juz u wejścia do chaty. Był pozny wieczor, a ja jeszcze podjalem z nim rozmowe. On w koncu powiedzial mi dawno pamiętne slowa: "Pokażę ci góry..." A pamietasz tato nasza piosenke. I jeszcze raz przed pojsciem spac wspolnie zanucilismy znana nam piesn: 1. - Witaj mój przyjacielu, tak długo cię nie widziałem. -Witaj mój mały, czas spedzony z Toba, zawsze jest piekny. - Powiedz mi przyjacielu, w twojej ojczyźnie, jak tam jest? - Z pewnością jest inaczej, jak znasz to z domu... Spiewamy wspolnie: - Chodź, pokażę ci góry, orla na wietrze... - A ja pokażę ci tulipany, które są wszędzie. - A potem bedziemy śpiewac piosenki o tęsknocie i czyms więcej, o tym, co czynie chetnie, kiedy jestem bardzo radosny. 2. - Witaj mój przyjacielu. Wiesz, czasami marzę nawet o księżycu... - Witaj mój mały, marzysz o nim, bo jego światło było juz nie raz wychwalane i bylo tego warte. -Och, zebym byl tylko juz dzisiaj tak duży, jak dorośli... - I ja czasami tego bym chcial, zebym był zaskakiwany, jak to bylo, gdy byłem dzieckiem - zebym byl jak orzeł na wietrze. Wspolnie powtarzamy: - Chodź, pokażę ci góry, - A ja pokażę ci tulipany, które są wszędzie... A nasze wysnione przedtem i radosne piosenki, będziemy śpiewać zawsze i wszedzie.
View all posts by sbarszczak2009