(Głosy Nairobi. Zapiski po podróży.
Są to miniatury o ulotnych zjawiskach w pewnym wielkim orientalnym mieście. Autor krąży po kenijskich dzielnicach miasta, przejmuje się biedą slumsów Nairobi, oddycha jego osobliwymi zapachami, obserwuje targujących się sprzedających. Innym razem nadciąga
noc, pogrążone w mroku pustkowie, wyboista, niemal dzika droga. Angielskie małżeństwo, jadą na przyjęcie, organizowane przez znajomych w rezydencji położonej na środku marokańskiej pustyni…To znów napotkane przeze autora w hostelu polskie dziewczęta, wybierają się na safari w środku Afrykańskiej sawanny, w pobliżu Kilimandżaro. Jest tutaj też dialog autora z kobietą -Arabką, która z arabskiego miasta przenosi nas w świat trudności ekonomicznych współczesnego świata)
Nie wyrusza się w świat, pozostawiając za sobą ojczysty zagon, nie mówiąc do widzenia, bez powiedzenia adieu. Kochani Czytelnicy. Chciałbym wyrazić zatem wpierw pasję do podróżowania w nowy sposób, tym samym skreślić coś, kochanym Czytelnikom, o ostatniej podróży do Arabii Saudyjskiej i Kenii. A następnie powiedzieć do widzenia pierwszym miłościom autora, tym którzy już odeszli, zwłaszcza też polskim patriotom i polskiej młodzieży. Żegnajcie, adieu. Może kiedyś spotkamy się za Morzami. Ale po kolei. Tym razem samolotami linii Easy Jet a następnie Arabii Saudyjskiej, z lotniska w Krakowie, poprzez Genewę, Jeddah, Nairobi, przybyłem do Nairobi na kontynencie afrykańskim. Jak zwykle nie obyło się bez przygód związanych z moimi skromnym środkami finansowymi. Ale Wiza nie była droga. Kenya, Republika Kenii, (ang. Republic of Kenya, sua. Jamhuri ya Kenya) jest państwem położonym we wschodniej Afryce nad Oceanem Indyjskim. Graniczy od północy z Somalią (długość granicy 682 km), Etiopią (861 km) i Sudanem Południowym (232 km), od zachodu z Ugandą (933 km), a od południa z Tanzanią (769 km). Zajmuje powierzchnię wynoszącą 582,6 tys. km². W 2013 roku Kenia liczyła 44 mln mieszkańców. Stolicą Kenii jest Nairobi. Językami urzędowymi są: suahili i angielski. Kraj dzieli się na siedem prowincji oraz jeden okręg stołeczny. Walutą jest szyling kenijski (KES). Święto państwowe przypada 12 grudnia, na rocznicę proklamowania niepodległości (1963 rok). Kenia należy do Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, Międzynarodowej Organizacji Pracy, Międzynarodowego Banku Odbudowy i Rozwoju, Międzynarodowego Funduszu Walutowego,Międzynarodowego Trybunału Karnego, Organizacji Narodów Zjednoczonych, Światowej Organizacji Handlu i Unii Afrykańskiej… Początki osadnictwa sięgają paleolitu. Najdawniejszymi mieszkańcami Kenii są Buszmeni. Pod koniec XV w. do Kenii dotarli Portugalczycy, którzy w XVI i XVII w. zdominowali wybrzeże Kenii, zakładając bazy nadmorskie, administracyjnie podporządkowane Goa. W połowie XIX w. do Kenii przybyli pierwsi podróżnicy i misjonarze z Wielkiej Brytanii (Joseph Thomson) i Niemiec (Johann Ludwig Krapf, Johannes Rebmann). Od 1820 roku flota brytyjska walczyła z handlarzami niewolników u wybrzeży Kenii. W 1882 roku powstało Niemieckie Towarzystwo Kolonizacyjne oraz Brytyjskie Stowarzyszenie Afryki Wschodniej. Wykorzystując konflikty plemienne Brytyjczycy i Niemcy umacniali swoje wpływy w Kenii. 12 grudnia 1963 roku Kenia uzyskała niepodległość, przystępując do brytyjskiej Wspólnoty Narodów i Organizacji Narodów Zjednoczonych. W 1964 roku pierwszym premierem Kenii został Kenyatta. Kenia jest krajem chrześcijańskim, republiką i członkiem brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Konstytucja została uchwalona w 1964 i była wielokrotnie modyfikowana, ostatnio w 2010 po referendum konstytucyjnym. Podróż apostolska papieża Franciszka do Afryki odbyła się w dniach 25 – 30 listopada 2015 roku. “Weźmy się wszyscy za ręce, jesteśmy jednym narodem” – mówił papież Franciszek w podzielonej przez korupcję Kenii. Kenia od 2013 roku podzielona jest na 47 hrabstw. Nowa konstytucja, która weszła w życie 27 sierpnia 2010 r., zlikwidowała dotychczasowy podział na prowincje, wprowadzając w zamian 47 hrabstw. Kenia jest krajem rolniczym z rozwijającym się przemysłem przetwórczym i usługami. Po recesji z przełomu lat 80. i 90. XX w. Kenia kontynuuje reformy i prywatyzację.
Uprawia się kawę, herbatę, sizal, tytoń, piretrum, pszenicę, kukurydzę, sorgo, proso, ziemniaki, bataty, maniok i trzcinę cukrową. W Nairobi jeździłem autobusami, minibusami (tzw. matatu), które są tanim sposobem na poruszanie się po kraju. Obowiązuje ruch lewostronny. Co warto zobaczyć w Kenii? Oprócz malowniczych plaż, niezwykle ciekawe jest miasto Lamu, archipelag na północnym wschodzie kraju
-esencja kultury suahili – z wąskimi uliczkami, serdecznymi ludźmi i wszechobecnymi osłami, które są jedynym środkiem transportu w tym miasteczku. Ominąć nie wolno oczywiście parku Masai Mara z milionami zwierząt w jednym miejscu. Podobno czwarte miejsce pod względem atrakcyjności turystycznej na świecie. W jednym miejscu można zobaczyć praktycznie wszystkie zwierzęta Afryki przemieszczające się z Serengeti w Tanzanii do Kenii (i z powrotem) w poszukiwaniu jedzenia. Lwy polujące by zapewnić byt swoim lwim rodzinom, walczące sępy, hieny, szakale…Dech w piersiach zapierają widoki nad jeziorem Turkana na północy Kenii. Zupełnie jakbym znalazł się na boliwijskim Altiplano czy gdzieś w Tybecie… I te kolory ziemi, wody i powietrza…Jezioro Bogoria – tania alternatywa Jeziora Nakuru. Gejzery, gorące źródła i mnóstwo flamingów. Malownicze miejsce Jezioro Baringo. Można tu widzieć hipopotamy, krokodyle i mnóstwo gatunków ptaków (z orłem rybim na czele). Kakamega Forest – jedyna pozostałość lasu deszczowego w Kenii. Warto wybrać się na poranny spacer, żeby zobaczyć wschód słońca. Obowiązkowo podróż nocnym Lunatic Express do Mombassy. Orient Express w Kenii. Ale jeśli ktoś chce zobaczyć Kenię prawdziwą – wtedy obowiązkowo pojechać do Machakos, Kitui, Malaba, Mbitini i Kisasi. Również do slumsów Nairobi (Dandora, Kibera) i do małych miasteczek i wsi, gdzie ludzie żyją ciągle bez internetu, bieżącej wody w kranie i prądu. Gdzie ludzie jakby życzliwsi.Nie można wyjechać z Kenii bez spróbowania ugali, matoke i mokimo.
Na wybrzeżu trzeba koniecznie zjeść ryż kokosowy i wypić sok z mango. W wielu miejscach na wybrzeżu (na przykład Watami lub Lamu) można spróbować snorklingu. Na Lamu można także spróbować wind surfingu, ale jest to rozrywka dla osób bogatych. Nie wolno przegapić wyprawy na Mount Kenia i widoku śniegu na równiku na wysokości około 5000 m n.p.m. Kluby i imprezy, dostępne jedynie w Nairobi i na wybrzeżu.
Odpoczynek. (dodaj swoje informacje)
Nairobi, stolica Kenii, położona w centrum kraju na wysokości 1700 m n.p.m. u podnóża gór Aberdare i źródeł rzeki Athi. Jedno z największych miast Afryki Wschodniej. Główne gałęzie przemysłu to spożywczy, włókienniczy, chemiczny, drzewny i papierniczy. Ważny węzeł drogowy, ma połączenie kolejowe z Mombasą i Kampalą w Ugandzie. Założone w 1899 roku przez Brytyjczyków na terenach Masajów w trakcie budowy linii kolejowej z Ugandy do Mombasy. W roku 1905 stało się stolicą brytyjskiego Protektoratu Afryki Wschodniej, a w roku 1963 niepodległej Kenii. Jest siedzibą szeregu szkół wyższych m.in. Uniwersytetu Strathmore.
W pobliżu miasta znajduje się port lotniczy Jomo Kenyatta International Airport. Tam lądowaliśmy i stamtąd udawałem się w drogę powrotną do Europy. Miasto jest jedną z czterech głównych siedzib ONZ na świecie (pozostałe to Nowy Jork, Genewa i Wiedeń), jedyną w kraju rozwijającym się. Gości Sekretariaty Programów Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska (UNEP) i ds. Osiedli Ludzkich (UN-Habitat). W 1981 została tu uchwalona Afrykańska Karta Praw Człowieka i Ludów…Podczas podróży do Nairobi zawędrowałem do Ojców Kapucynów (Capuchin Friary, Bogani Road, Langata, Nairobi). Spotkanie z klerykami uważam za bardzo udane. Ale też bywałem u Salezjanów (Upper hill road, Nairobi). Od ponad 30 lat salezjanie zapewniają edukację zawodową i ludzką ludziom młodym w Kenii. Od 25 lat Salezjanie z Nairobi tworzą dom dla dzieci, których codziennością była ulica. Pomagają młodym ludziom. A ostatnio akcja charytatywna „Don Bosco Mission Korr” pomaga ludności dotkniętej głodem, dostarczając pomoc humanitarną. Przechodziłem w pobliżu Kibera w Nairobi. Jest to dzielnica slumsów. To największa dzielnica biedy w Afryce Wschodniej i drugie pod względem wielkości slumsy miejskie na kontynencie. Dzielnica znajduje się ok. 7 km na południowy wschód od centrum Nairobi, a jej szacowana powierzchnia to 2 km². Kibera ma ponad 800 tys. mieszkańców, w tym prawie połowę poniżej 15. roku życia. Szacuje się, że 20% ludności Kibery jest zakażona wirusem HIV. Domy w dzielnicy mają ok. 9 m² ze średnią 5 mieszkańców na budynek. W Kiberze panują bardzo złe warunki sanitarne. Kibera jest podzielona na 13 wiosek. Akcja na rzecz dzieci potrzebujących “Bosco Boys”, realizowany w Kuwinda i Langata, miała przed rokiem swój dzień wspólnotowy. Święto rozpoczęło się folklorystycznym powitaniem dyrektora dzieła, a potem było kontynuowane czasem modlitwy oraz różnymi grami i zajęciami sportowymi, w których uczestniczyły dzieci i młodzież. W ten sposób młodzież przygotowuje się do przyszłego życia w społeczeństwie. Wielka liczba dzieci i kenijskich rodzin, mieszka w skrajnej nędzy, potrzebują natychmiastowej pomocy… Przed kilkoma dniami czytałem współczesnych pisarzy francuskich, Jeana d’ Aillon i Huberta Mingarelli. Ten ostatni urodził się w Mont-Saint-Martin w Lorraine. Po trzech latach służby w marynarce, osiadł w mieście Grenoble. W 2003 roku wygrał Prix Medici za nową powieść ‘Czterech Żołnierzy’. Angielskie tłumaczenie jego powieści ‘Posiłek w zimie’ (fr. Un repas en hiver, ang. Meal in winter) zostało nominowane do Independent Independent Foreign Fiction Prize. Ponieważ szybkimi krokami zbliża się polska zima nie polecałbym jej kochanym Czytelnikom. Ale treść jest ciekawa. Pewnego ranka, zima akurat zbiera swoje najwyższe żniwo, na mroźną polskę wieś zostało wysłanych trzech niemieckich żołnierzy. Zostali zobowiązani przez ich dowódców do ścigania i sprowadzenia dla egzekucji “jednego z nich” – Żyda. Po wypuszczeniu młodego człowieka ukrywającego się w lesie, decydują się na odpoczynek w opuszczonym domu, zanim będą kontynuować podróż do obozu. Przygotowując jedzenie, dołączył do nich przechodzący tą samą drogą Polak, którego otwarty antysemityzm zwiększa jeszcze napięcie w podminowanej atmosferze. Wkrótce sympatie grupy zostają rozdzielone, bo oto rozważają moralne implikacje ich morderczej i zabójczej misji i skonfrontują własne sumienia, zadając sobie pytanie: czy powinien być ofiarowany Żydowi pokarm? I czy po podzieleniu się posiłkiem, gdyby on go wziął, czy powinien on być uwolniony? Wydaje mi się, iż miłość chrześcijańska nie jedno ma imię… Pewnego dnia na Krapanji w Chorwacji odkrywając ruiny kościółka zrozumiałem jak myślę bieg dziejów. Przeszedłem wzdłuż cmentarza ku tej starej zapomnianej wsi. Skądinąd wiem, że to miejsce tylko śpi. Odzyska skrzydła. A wieś jest starym kafelkiem. Dlatego przekazuję ją w ręce tkliwości. Odwołuję się do młodzieży. Z małej, zapomnianej wsi niech słyszą muzykę na całym świecie. To jest jak modlitwa. Jeśli kochasz kamień. Muzyka zaczyna żyć. I wieś jest zbawiona…A wracając do sceny z książki Huberta Mingarelli ego, w tej gospodzie wówczas mogliby znaleźć się również młodzi Polacy, choćby para nastolatków… Ich dialog byłby tutaj bardzo interesujący. – Jeszcze widzę, jak pociąg odjeżdża, a ty nie przestajesz ocierać łzy. Ale przecież ja wrócę, bo jak możliwy jest rok bez ciebie. Już ci napisałem, że czas oczekiwania szybko minie. Jeden rok nie jest stuleciem, powrócę, jak trudno być bez ciebie. Ty jesteś, jesteś moim życiem. Jaka tęsknota, nostalgia za tobą. Od kiedy wyjechałaś, zaczęła się dla mnie samotność. Powrót do siebie jest wspomnieniem pięknych dni naszej miłości. Róża, którą mi zostawiłaś już uschła. Ale trzymam ją w książce, której nigdy nie przestanę czytać.
Powtarzam ci raz jeszcze, że chcę tylko dobra dla ciebie. Kocham cię. Myśl o mnie, wiedz, że czas szybko mija, a ja powrócę, wrócę. Ty jesteś moim życiem, miłością, moją miłością. Jaka nostalgia być bez ciebie. Ale rok nie jest stuleciem. Powrócę, myśl o mnie, bądź pewna że wrócę, na pewno wrócę… ‘Ze świata czterech stron, z jarzębinowych dróg, gdzie las spalony, wiatr zmęczony, noc i front, gdzie nie zebrany plon, gdzie poczerniały głóg wstaje dzień. Słońce przytuli nas do swych rąk. I spójrz: ziemia ciężka od krwi, znowu urodzi nam zboża łan, złoty kurz. Przyjmą kobiety nas pod swój dach. I spójrz: będą śmiać się przez łzy. Znowu do tańca ktoś zagra nam. Może już za dzień, za dwa, za noc, za trzy, choć nie dziś. Chleby upieką się w piecach nam. I spójrz: tam gdzie tylko był dym, kwiatem zabliźni się wojny ślad, barwą róż. Dzieci urodzą się nowe nam. I spójrz: będą śmiać się, że my znów wspominamy ten podły czas, porę burz. Za dzień, za dwa, za noc, za trzy, choć nie dziś, za noc, za dzień, doczekasz się, wstanie świt,’ śpiewał tak przed laty Edmund Fetting… Znów Maj przyszedł, drzewa uwierzyły w piękno. Jaką przyjemność ma maj. Pozostawiłem moje troski w domu, jak chmury, które wędrują przez niebiański czas. Istotnie jest sens w szerokim świecie. Ojcze, matko, niech Bóg was chroni. Kto wie, gdzie w oddali moje szczęście wciąż rośnie. Jest tak wiele ulic, których nigdy nie przemaszerowałem. Jest tak wiele butelek wina, którego nigdy nawet nie spróbuję. Najczystszego, rozlewanego przy bębnie w jasnym promieniach słońca. Pełnia w górach, pełnia w głębokiej dolinie. Tam serce śpiewa i krzyczy do niebiańskiego namiotu: Jak piękny jesteś, szeroki świecie… Posłuchaj, jak wiatr śpiewa smutną, starą pieśń. On wie, że dzisiaj cię opuszczam.Proszę, nie płacz, bo serce mi pęknie, gdy wyruszę w drogę. Żegnaj, moja kochana, żegnaj, Żegnaj i do widzenia. Jak długo będziesz mnie pamiętać, Nie będę nigdy za daleko. Żegnaj, moja kochana, żegnaj, Zawsze będę ci wierny, Więc zachowaj mnie w swoich marzeniach, Dopóki do ciebie nie wrócę. Spójrz na gwiazdy na niebie ponad nami, Będą one świecić, dokądkolwiek bym zawędrował. Będę się modlił każdej samotnej nocy, aby wkrótce zaprowadziły mnie do domu. Żegnaj, moja kochana, żegnaj, Żegnaj i do widzenia. Jak długo będziesz mnie pamiętać, Nie będę nigdy za daleko. Żegnaj, moja kochana, żegnaj, Zawsze będę ci wierny, Więc zachowaj mnie w swoich marzeniach, Dopóki do ciebie nie wrócę… Tego wieczora wiatr wieje od morza, Jest wrzesień, lato przemija, A szczęście jest ulotne Jak kwiaty, które już umierają. Zważając za Tobą nawiedziłem bratnią Grecję. Akropolis – adieu, żegnaj, miłości!
Białe róże Ateneum zwiędły. Kochaliśmy się kilka dni: Akropolis – adieu! Tego wieczora jest nasz ostatni wieczór, Jutro rano odjadę. Zostaniesz w mojej pamięci jak szczęście, jak tęsknota.
Akropolis – adieu, żegnaj, miłości!
Białe róże Ateneum spłowiały. Kochaliśmy się kilka dni: Akropolis – adieu, Akropolis – adieu!… A ty długo nie dajesz znaku życia.
Wreszcie Cię posłyszałem, twój głos.
Zapomniałam twoje oczy, zapomniałam twoje usta. Nasza ścieżka pod sosnami stoi pusta ( por. słowa Urszula Sipińska) Mam tylko Ciebie… Byłam najładniejsza, kolorowa… krążymy różnymi drogami. Pokazałeś swoje twarze, krzywe lustra. Zapomniałam twoje ręce, pogubiłam twoje słowa…(mamo) A Pani Irena Jarocka wyśpiewywała: Wymyśliłam cię nocą przy blasku świec. Kocha się raz. Więc zostań jeśli chcesz – byś nareszcie się stał. Czy to mój łabędzi śpiew. Nie wiem. A pamiętasz. Przychodziłem codziennie do kościoła…Ale teraz powinno się odbyć spotkanie ostatnie, jeśli miłość ma sens. Za późno do tamtych dni, ty do mnie nie możesz przyjść. Przed kilkunastoma dniami odwiedziłem polskie morze koło Ustki. Pięknie tam, jakbym znalazł mały Gdańsk. Morze ma barwę zieloną. Hej chłopcy, którzy za pracą gonicie po świecie. W kraju drzewa w zieleni toną. Polskie morze ma barwę błękitną, hej chłopcy, w kraju chabry błękitne już kwitną. Patrzcie, morze złociste, a w kraju złoci się zboże na polach. Powróćcie w rodzinne strony. Hej chłopcy. Być może w tej piosence jest uśmiech i łza. Ale to śpiewa wam wędrowny ptak… Od tylu lat nie wracam. Tylko echo na wołanie odpowiada. A do świata jechałem swoją własną drogą. I dawno zgasnął już ogień. Tylko ty przychodzisz do mnie w snach, ukochana.
Coraz więcej w moim życiu nie tyle szóstek, ile dwunastek. I niewiele pamiętam z rodzinnych mych stron, najpierwej to pamiętam nasz ogród, skierowany ku cmentarzowi, ale też kościół w dolinie, wieżę i dzwon. I wzgórza tam były i rzeka i las i ktoś, kto powiedział, że kocha się raz. I wiara w to, iż odkryjemy miłość nieznaną.
“Dni w słońcu mijały, lecz dzisiaj już wiem, że przeszły, minęły jak podróż, jak sen.
O, gwiazdo miłości! Nie zagiń we mgle!
O, gwiazdo miłości! Czy poznajesz mnie?
Spoglądam na niebo, gdy wstajesz ze snu, i myślę o chłopcu, co kiedyś był mój.
Powędruj do niego i spytaj go, czy
Pamięta dziewczynę dawnych spotkań swych. Opowiedz mu, gwiazdo, gdy znajdziesz go gdzie, że mówię ci o nim, że samej mi źle. O, gwiazdo miłości! Nie zagiń we mgle! O, gwiazdo miłości! Czy poznajesz mnie? Z włosami w warkoczach od maja po śnieg. Biegałam po łące, radosna jak nikt (pewnie goniąc kormorany). Bo przy mnie był chłopiec w górze byłaś ty La la la la la la. . .
O, gwiazdo miłości! Nie zagiń we mgle!
O, gwiazdo miłości! Do snu kołysz mnie.
Kołysz mnie, kołysz mnie!,” śpiewała Halina Kunicka… Czas nas uczy pogody. Wiele dni, wiele lat. Przez te lata nauczyłem się tego, że nie ja mam siać wiatr, choć jeszcze często to robię… Każdy z nas wraca wspomnieniami do tych wyjątkowych dni, z udanej młodości…Gdzie się podziały tamte prywatki, śpiewał z zapałem Wojciech Gąssowski. To były dni, niezapomniane dni. Tak bardzo chciało się żyć. Uczyłaś mnie wymawiać imię twe. A nawet rzuciłaś dla mnie cały świat! To nieprawda, że nie było mnie tyle lat. Że pokochałem falbanki katalońskich koszul…I wierzę, że jeszcze nieraz spotkamy miłość. Zabije serce, które wie. Choć tych lat nie odda nikt. I gwiazd które spadły… A ty mówisz mi wciąż. Gdy zgubisz szczęście i poznasz życia smak. Powrócisz tu. Zawitasz, choćby na skarpie w Płocku, mój Hermanie. Gdzie twój dom. Zza siedmiu gór i rzek. Gdzie nadwiślański brzeg, by słuchać jak wiosną śpiewa las. Gdzie wierzby pośród pól, gdzie klucze białych chmur. Gdy zdobędziesz wszystko z dalekich stron powrócisz tu… Zatem serce me wyruszyło w krainę marzeń. A ja boję się ciebie, twoich wyznań, twoich spojrzeń. Jak uciec, nie wiem. Wraca tęsknota.Zachodni wiatr spienione goni fale. Gasnący dzień zachodem się rozpalił.
Stoimy tak bez słowa, ja i ty. Patrzę w Twoje błękitne oczy. I myślę o tym dokąd zaprowadzisz mnie…Daj dłoń tak bliską i drogą. Nie myśl o mnie źle. Zachodni wiatr rozstajnym naszym drogom, z okrzykiem mew swe pożegnanie śle. Zawisnął mewy krzyk… musimy się rozstać na dłużej. Ale daj mi tysiąc gołębi i milion jaskółek,daj mi moment w czasie. Papierowy księżyc z nieba spadł. Marzy mi się Jokohama, hotel ze szkła… Każdej nocy w moich snach widzę cię, czuję cię. Tak cię znam, z oddali i poprzez przestrzeń między nami, przyszedłeś pokazać się teraz, iść dalej, blisko, daleko. Gdziekolwiek jesteś wierzę, że serce trwa, bije dalej. Ponownie otwórz drzwi, jesteś tutaj w moim sercu, a moje serce będzie trwać i bić dla Ciebie. Miłość może nas dotknąć raz, czy też po raz ostatni, na całe życie. Ale nigdy nie pozwól, żeby ona odeszła. Bo Miłość była, kiedy cię kochałem. Gdy pewnego prawdziwego czasu objąłem cię. W moim życiu zawsze będziemy szli naprzód. Blisko, daleko, gdziekolwiek jesteś, wierzę, że serce trwa i bije dalej. Przez ten jeden jeszcze raz…Posłuchaj jak wiatr śpiewa smutną, starą piosenkę. Wie, że zostawiam cię dzisiaj. Proszę nie płacz, moje serce pęknie.
Kiedy idę po mojej drodze. Żegnaj moja miłość, do widzenia, Żegnaj i au revoir. Tak długo, jak mnie będziesz pamiętać, nigdy nie będę za daleko. Żegnaj moja miłość, do widzenia. Zawsze będę wierny. Więc trzymaj mnie w swoich snach
Aż wrócę do ciebie. Zobacz gwiazdki na niebie powyżej będą jaśnieć wszędzie, gdzie się powłóczę. Będę modlić się każdej nocy samotnej. A one wkrótce wskażą mi drogę do domu. Żegnaj moja miłość, do widzenia. Żegnaj i au revoir
Tak długo, jak mnie pamiętasz nigdy nie będę za daleko, Żegnaj moja miłość, do widzenia. Zawsze będę wierny. Więc trzymaj mnie w swoich snach
Aż wrócę do ciebie. Żegnaj moja miłość, do widzenia. Żegnaj i au revoir. Tak długo, jak mnie będziesz pamiętać nigdy nie będę za daleko. Żegnaj moja miłość, do widzenia. Zawsze będę wierny. Więc trzymaj mnie w swoich snach aż wrócę do ciebie… Oceany rosną z dnia na dzień, a ja powoli odchodzę szalony. Wtem słyszę twój głos na linii…ale to nie powstrzymuje bólu, gdy nigdy nie widzę cię obok siebie. Jak możemy mówić ‘na wieki’, gdziekolwiek pójdziesz, cokolwiek zrobisz, będę tu czekał na ciebie. Cokolwiek się stanie, albo jak moje serce to złamie, Będę czekał na ciebie. Wziąłem to za pewnik, cały czas tak myślałem, że jakoś to będzie. Naraz słyszę śmiech, smakuję łzy. I nie mogę się zbliżać teraz do ciebie. Och, nie widzisz tego dziecka. Uczyniłaś mnie szalonym. Ale gdziekolwiek pójdziesz, cokolwiek zrobisz, będę tu czekał na ciebie. Cokolwiek to się stanie, Albo jak to moje serce złamie, będę tu czekał na ciebie. Zastanawiam się, jak możemy przetrwać ten romans. Ale skoro w końcu jestem z tobą, skorzystam z okazji. Och, nie widzisz tego dziecka. Uczyniłaś mnie szalonym. Ale gdziekolwiek pójdziesz, cokolwiek zrobisz, będę tu czekał na ciebie. Cokolwiek to się stanie, albo jak moje serce to złamie, będę tu czekał na ciebie. Czekam na ciebie… Mówisz: -Okłamałeś mnie tysiąc razy. A chcesz mieć uczucie wolności. Nikt, jak mówisz, nie złapie cię. Ale to była czysta miłość. Czasami zastanawiam się, dlaczego ty okłamałeś mnie tysiąc razy.
Boli mnie to tysiąc razy. Ale poszybowaliśmy tak wysoko. Choć niebo było zajęte. Ty byłeś wiatrem w moich skrzydłach. Śmialiśmy się tak często z tobą. Zrobię to jeszcze raz. Z tobą, dziś wieczorem. Szukam ręki. Szukam ciebie. Czasem w nocy brakuje mi ciebie. Kto obejmie mnie swym ramieniem. Z kim mogę mówić? Moje marzenie. Okłamałeś mnie tysiąc razy. Boli mnie to tysiąc razy. Ale poszybowaliśmy tak wysoko.
Choć niebo było zajęte. Ty byłeś wiatrem w moich skrzydłach… Ale zrobię to jeszcze raz z tobą, dziś wieczorem…Chcę tylko Ciebie. Więcej niż kiedykolwiek. Aniżeli mogłabyś o tym wiedzieć. Dlatego spraw, aby moje życzenie się spełniło. Wszystko co chcę na Boże Narodzenie- żebyś w tym czasie była tym kimś, na kogo zawsze czekam… Wierzę, że dzieci są naszą przyszłością. Ucz je dobrze. I niech idą swą drogą. Pokaż im wszelkie piękno. Obdarz je wnętrzem. Daj im poczucie dumy. Wszyscy szukają bohatera. Ludzie potrzebują kogoś, aby podziwiać. Nigdy nie znalazłem nikogo, kto by spełnił moje potrzeby. Samotne miejsce. Więc nauczyłem się polegać na sobie. Zdecydowałem dawno temu nigdy nie chodzić w cieniu nikogo. Zarówno wtedy gdy to się okazałoby porażką lub powodzeniem. Przynajmniej żyłem, jak sądzę niezależnie od tego, co ode mnie zależało. Nie mogą zabrać mojej godności.
Bo największa miłość dzieje się we mnie.
Znalazłem największą miłość wewnątrz mnie. Największa miłość wydarza się we mnie. Dlatego największą miłością z wszystkich- jest uczyć się kochać siebie! I to jest łatwe do osiągnięcia. Nawet jeśli przez przypadek to specjalne miejsce
prowadzi do samotnego miejsca… Zawsze będę cię kochać, Każdego dnia żyję, chcę być. Wydarza się dzień, aby dać wszystko co najlepsze. Jestem tylko jeden. Ale nie sam. Mój najlepszy dzień
Jeszcze nie wiem czy nadszedł. Złamałem serce dla każdego zysku, aby spróbować słodkich borowek. Stoję w bólu. Wstawam i upadam. Jednak przez to wszystko pozostaje wiele do zrobienia. Dlatego chcę jednej chwili w czasie! Kiedy byłbym większy od myśli o tym, że będę. Kiedy wszystkie moje sny biją serce. I odpowiedzi są dla mnie wszystkim. Daj mi chwilę czasu, żebym wyruszył z przeznaczeniem. W tym momencie
będę się czuł, poczuję wieczność. Jakbym
żył. Najlepiej chcę to wszystko. Nie ma czasu. Zrobiłem plany. Teraz stwórz mi szansę, bycia w moich rękach. Daj mi chwilę czasu, śpiewała już Whitney Houston. A Poczuję wieczność. Jesteś zwycięzcą przez całe życie. Jeśli znajdziesz tę chwilę w czasie. Daj mi chwilę czasu…W tym momencie będę wolny…Nie żyjemy bez pożegnania, nie żyjemy bez umierania po trochu. Bez pozostawienia czegoś lub kogoś aby iść dalej… Przyszedłem pożegnać cię. Pamięć, zawsze umiera trochę, chciałem wiedzieć, co mi pozostało z jedynej miłości, która mogła się liczyć. Przyszedłem by pożegnać się z tobą, albo jeśli chcesz, pożegnać się z nami oboma. Jak w dniu, w którym sprawiłaś, że płakałem. Bo powiedziałaś żegnaj na zawsze. Och, to nie twoja wina, wiem o tym. Wiem wszystko, co się wydarzyło, jak poszłaś do twojego ojca i o wszystkim, co mógł ci powiedzieć. Masz skończyć twoje studia, przed tobą twoja praca, twoja przyszłość. Że ta dziewczyna nie jest dla ciebie. Dzisiaj jesteś inną. A wszystko kończy się dobrze. Ale jak mogłem cię kochać? Miałem szesnaście, szesnaście lat. Nie żyjemy bez pożegnania, nie żyjemy bez umierania po trochu. Chciałem zatrzymać czas. Zatrzymać czas, by powiedzieć do widzenia, żegnajcie moje szesnaście lat. Chciałem powiedzieć, żegnajcie moje szesnaście lat. Zanim pójdę, do tego, co mnie jeszcze czeka…
I teraz, gdy koniec już bliski i zaczyna się ostatni akt, mój kochany Czytelniku, powiem to jasno. Pokazuję swą sprawę, której jestem pewny. Żyłem pełnią życia, podróżowałem każdą jedną drogą. Ale co najważniejsze robiłem to po swojemu. Żale, miałem ich kilka; lecz znowu, zbyt mało by je pamiętać. Zrobiłem to, co musiałem zrobić. I patrzyłem na to bez pobłażliwości. Planowałem każdy bieg zdarzeń,
każdy ostrożny krok wzdłuż powykręcanych dróg także. Ale co najważniejsze robiłem to po swojemu. Tak, były czasy, jestem pewny, że wiedziałaś o tym, gdy brałem więcej kawałków niż mogłem ich przeżuć. Ale mimo to, gdy nadchodziło zwątpienie, pożerałem to wszystko i wypluwałem.
Stawiałem wszystkiemu czoła stojąc prosto i robiłem to po swojemu. Kochałem, śmiałem się i płakałem. Miałem swoje spełnienie, dzieliłem się stratą. I teraz, gdy łzy opadły, patrzę na to z rozbawieniem, i pomyśleć: zrobiłem to wszystko. I mogę powiedzieć – nie w nieśmiały sposób.
Nie, to nie ja. Ja zrobiłem to po swojemu.
Bo czym jest człowiek i co posiada?
Jeśli nie jest samym sobą, jest nikim.
Mówić rzeczy, które prawdziwie czuję, a nie słowa pełne bojaźni. Elaborat ten
pokazuje: przyjąłem ciosy. I robiłem to po swojemu…Gwiazda na którą patrzę, skała, na której stoję, Lider, któremu ufam, Personel, ku któremu idę, Chleb, w którym żyję, Źródło, w którym odpoczywam, Cel, do którego zmierzam. Wszystkim, Panie, ty jesteś! Poza Tobą nie znajduję mocy i odwagi. Bez ciebie, kto by podjął mój ciężar, kto? Czym byłaby dla mnie chwila bez Ciebie. Wiara, nadzieja, miłość. Wszystkim, Panie,ty jesteś! Dlatego będę się zastanawiać nad moją drogą, dopóki dzwonki słyszą i w domu jestem. Raduję się na nowe gongi. Że nic nie mam do przeprowadzenia. Że wszystkim, Panie, ty jesteś! Tego wieczora wiatr wieje od morza, Jest październik, lato przeminęło. A szczęście znów jest ulotne. Jak kwiaty, które umierają. Akropolis – adieu, żegnaj, miłości! Białe róże Ateneum zwiędły. Kochaliśmy się kilka dni: Akropolis – adieu! Tego wieczora jest nasz ostatni wieczór, Jutro rano odjadę. Za morza. Zostaniesz w mojej pamięci jak szczęście, jak tęsknota. Akropolis – adieu, żegnaj, miłości! Białe róże Ateneum spłowiały przecież. Kochaliśmy się kilka dni zaledwie. Akropolis – adieu.
Data: 2019-06-01
Stanislaw Barszczak, Jak Jas zostal magiem. Dzisiaj w naszej afrykanskiej wiosce mamy zawody sportowe. Poniewaz przynaleze do tzw. wielodzietnej rodziny, a takich w Ghanie, moim kraju, jest bardzo wiele, z niecierpliwoscia oczekuje na szczesliwa chwila wejscia do finalu zawodow. - Mamo, mnie wybierz. Muszę się powstrzymywać, żeby nie krzyczeć. Wbijam paznokcie w drewniany kij, ściskam go mocno, żeby usiedzieć w miejscu. Krople potu ściekają mi po plecach, nie wiem, czy to od porannego upału, czy dlatego, że serce tłucze mi się o żebra. Miesiąc w miesiąc byłem pomijany. Dziś musi wreszcie być inaczej. Odgarniam śnieżnobiały kędzior za ucho i staram się nie ruszać. Mama Agba jak zwykle nie ma zmiłowania, długo przygląda się każdemu z nas, aż nie wiemy, gdzie podziać wzrok. Jej brwi ściągają się w skupieniu, pogłębiając zmarszczki na ogolonej głowie. Z ciemnobrązową skórą i w niepozornym kaftanie Mama Agba niewiele się różni od reszty wioskowych starszych. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że kobieta w tym wieku może być tak niebezpieczna. – Ekhm… – chrząka z przodu Pawel, w mało subtelny sposób przypominając, że on już przeszedł tę próbę. Posyła nam uśmieszek i obraca w dłoni ręcznie rzeźbiony kij, jakby nie mogł się doczekać, aż się dowie, którego z nas pokona w czasie dzisiejszego egzaminu. Większość chlopcow boi się pojedynku z Pawlem, ale ja nie czuję strachu. Ćwiczyłem i jestem gotowy. Wiem, że stać mnie na zwycięstwo. -Janku. Chropawy głos Mamy Agby przerywa ciszę. Słychać zbiorowe westchnienie piętnastu chlopcow, którzy nie zostali wybrani. Imię odbija się od plecionych ścian trzcinowej ahéré, aż w końcu zdaję sobie sprawę, że chodzi o mnie. – Naprawdę? – pytam. Mama Agba mlaska zniecierpliwiona. – Mogę wybrać kogoś innego… – Nie! – Zrywam się na równe nogi i natychmiast posyłam jej ukłon. – Dziękuję, Mamo. Jestem gotowy. Morze brązowych twarzy rozstępuje się przede mną. Idąc, skupiam się na moich bosych stopach ocierających się o trzcinową podłogę, sprawdzam jej przyczepność, żeby zwiększyć swoje szanse na wygranie pojedynku i zdanie egzaminu. Na czarnej macie do walki Pawel pierwszy mi się kłania. Czeka, aż uczynię to samo, ale jego wzrok tylko wznieca we mnie ogień złości. Stoi w nonszalanckiej pozie, świadczącej o braku szacunku, jakbym nie był godnym przeciwnikiem. Jakby uważał, że jestem od niego gorszy. Myśli, że nie mam z nim szans. – Ukłoń się, Janku. Choć w głosie Mamy Agby pobrzmiewa wyraźna reprymenda, nie potrafię się przemóc. Stojąc tak blisko Pawla, widzę tylko jego bujne czarne włosy i kokosowy brąz skóry znacznie jaśniejszej niż moja. To karnacja tych spośród mieszkancow okolic Accry, którzy nie wiedzą, czym jest praca w słońcu. Pawel zawdzięcza to uprzywilejowanie cichemu wsparciu ojca, którego nawet nie zna. Arystokraty, który pozbył się nieprawego syna umieszczając go w naszej wiosce. Odchylam barki do tyłu i zamiast się ukłonić, dumnie wypinam pierś. Pawel odstaje wyglądem od nas o śnieżnobiałych włosach. Od tutejszych chlopcow bezustannie zmuszanych do kłaniania się takim jak on. – Janku, nie każ mi się powtarzać. – Ale Mamo… – Ukłoń się albo zejdź z ringu! Nie marnuj naszego czasu. Nie mając wyboru, zaciskam zęby i pochylam głowę. Na ustach Pawla rozkwita nieznośny uśmieszek. – Czy to takie trudne? – Kłania się znowu, choć nie musi. – Lepiej przegrać z honorem. Wśród chlopcow rozlegają się tłumione chichoty. Mama Agba ucisza je stanowczym gestem. Rzucam im złowrogie spojrzenie, po czym koncentruję się znowu na postaci przeciwnika. Zobaczymy, komu będzie do śmiechu, gdy wygram. – Na miejsca. Obaj cofamy się do krawędzi maty i unosimy swoje kije. Drwiący uśmieszek spełza z ust Pawla, a jego oczy zwężają się w szparki. To instynkt zabójczy. Patrzymy na siebie i czekamy na znak. Mama Agba przeciąga tę chwilę w nieskończoność, wreszcie woła: – Do boju! I od razu muszę się bronić. Nawet nie zdążyłem pomyśleć o wyprowadzeniu ataku, a Pawel już doskakuje do mnie z prędkością geparda. Bierze zamach kijem, mierząc w moją szyję. Ale choć za plecami słyszę stłumione okrzyki chlopcow, ani na moment nie tracę zimnej krwi. Pawel jest szybki, lecz ja potrafię być jeszcze szybszy. Unikam ciosu, wyginając się mocno do tyłu. Pawel nie czeka, aż się wyprostuję – wyprowadza kolejny atak, tym razem tnąc kijem z góry na dół z siłą chlopaka dwa razy większego od siebie. Rzucam się w bok i przetaczam po macie, a kij z trzaskiem uderza o trzciny. Pawel już bierze następny zamach. – Janku! – ostrzega mnie Mama Agba, lecz nie potrzebuję jej pomocy. Jednym płynnym ruchem przechodzę w kucki i wyciągam kij do góry, parując uderzenie Pawla. Trzcinowe ściany aż się zatrzęsły od głośnego trzasku. Moja broń też jeszcze drży, kiedy Pawel zamachuje się znowu, tym razem za cel obierając moje kolana. Odbijam się z wysuniętej do przodu nogi, robię koziołka w powietrzu ponad jego wyciągniętym kijem. Oto moja pierwsza szansa, by przejść do ataku. Wykorzystując pęd, wyprowadzam pierwszy cios. Z mojego gardła dobywa się stęknięcie. Pawel kontruje, przerywając mój atak, zanim na dobre się zaczął. – Cierpliwości, Janku! – woła Mama Agba. – Nie spiesz się. Obserwuj i reaguj. Czekaj na atak. Tłumię wzbierający w piersi jęk i kiwam głową. Cierpliwości, powtarzam sobie. Poczekaj na lepszą okazję… – Właśnie, Jan– odzywa się Pawel cicho, żeby nikt poza mną nie usłyszał. – Słuchaj się Mamy Agby. Bądź grzecznym padalcem. No tak, mogłem się tego spodziewać. To słowo. Ta wstrętna obelga. Wypowiedziana niby od niechcenia. Zawinięta w arogancki uśmieszek. Bez namysłu wyrzucam kij przed siebie. Mija brzuch Pawla o włos. Czeka mnie za to straszliwe lanie od Mamy Agby, ale i tak było warto. Nagrodą jest wystraszone spojrzenie mojego przeciwnika. – Ej! – Pawel spogląda w stronę Mamy, oczekując od niej interwencji, ale nie ma czasu się poskarżyć. Wielkimi oczami patrzy, jak obracam kij do kolejnego ataku. – To nie jest trening! – woła, uskakując przed ciosem w kolana. – Mamo... – Sam sobie nie poradzisz? – pytam ze śmiechem. – No dalej, Paul. Lepiej przegrać z honorem! W oczach Pawla pojawiają się gniewne błyski. Wygląda jak lworożec gotowy do skoku. Wściekle zaciska dłonie na kiju. Zaczyna się prawdziwa walka. Ściany chaty Mamy Agby szeleszczą, gdy nasze kije uderzają o siebie. Wymieniamy cios za cios, wypatrując szansy na kontrę, która przesądzi o wszystkim. Dostrzegam okazję i wtedy… – Uch! Kuląc ramiona, zataczam się do tyłu, fala mdłości podchodzi mi do gardła. Przez chwilę martwię się, że Pawel połamał mi żebra, lecz ból w brzuchu rozwiewa tę obawę. – Stop! – Nie! – przerywam Mamie Agbie zachrypniętym głosem. Z wysiłkiem wciągam powietrze do płuc i wspierając się kijem, prostuję plecy. – Nic mi nie jest. Jeszcze nie skończyłem. – Janku… – zaczyna Mama, lecz Pawel nie pozwala wybrzmieć jej słowom. Już mknie w moją stronę z ogniem w oczach, jego wyciągnięty kij prawie muska mi głowę. Gdy bierze nim zamach, uskakuję na bezpieczną odległość, a potem, łapiąc Pawla na wykroku, dźgam go z całej siły w mostek. – Uch! – Pawel zatacza się do tyłu z twarzą wykrzywioną bólem. Jeszcze nigdy podczas walki w chacie Mamy Agby nie został przez nikogo trafiony. Nie zna tego uczucia. Nie czekając, aż dojdzie do siebie, okręcam się i uderzam go w brzuch. Już mam zadać ostateczny cios, gdy rudawe płachty u wejścia do chaty rozchylają się i do środka wpada zdyszany Zbyszek z rozwianą białą grzywą. Szuka wzrokiem Mamy Agby. – Co się stało? Zbyszek ma łzy w oczach. – Przepraszam – kwili cicho. – Zasnałem. Ja… ja…– Wyduś to z siebie, dziecko! – Nadchodzą! – wykrzykuje wreszcie. – Są już blisko! Groza tej chwili na moment wysysa mi całe powietrze z płuc. Zresztą nie tylko mnie. Wszyscy jesteśmy sparaliżowani strachem. Instynkt przetrwania bierze jednak górę. – Prędko! – rzuca Mama Agba. – Nie ma czasu! Podnoszę Pawla z podłogi. Oddycha ciężko, ze świstem, ale musi wziąć się w garść. Chwytam jego kij i zbieram pozostałe. W chacie panuje wielkie zamieszanie. Wszyscy zacierają ślady. W powietrzu fruwają metry jasnej tkaniny. Powstaje armia trzcinowych manekinów. Czy zdążymy? Trudno powiedzieć w tym rozgardiaszu. Ja robię swoje: chowam kije pod matą ringu, żeby nikt ich nie zobaczył. Ledwie skończyłem, Pawel wpycha mi do rąk drewnianą igłę. Biegnę na swoje stanowisko, gdy płachty znów się rozwierają. – Janku! – woła ostro Mama Agba. Zastygam w bezruchu. Wszystkie oczy patrzą teraz na mnie. Nie czekając, aż się odezwę, Mama daje mi po głowie, aż czuję gorące mrówki na plecach. – Wracaj na swoje miejsce! – rzuca surowo. – Musisz się jeszcze wiele nauczyć. – Mamo Agbo, ja…Nachyla się bliżej z błyskiem prawdy w oczach. Odwrócenie uwagi… Próbuje zyskać dla nas więcej czasu. – Przepraszam, Mamo Agbo. Wybacz mi. – Wracaj na swoje miejsce. Zagryzam wargę, żeby się nie uśmiechnąć, i zwieszam przepraszająco głowę, zerkając kątem oka na strażników, którzy weszli do chaty. Niższy, jak większość okolicznych żołnierzy, wyglądem przypomina Pawla: kokosowy brąz zwieńczony czarną czupryną. Mimo że otaczają go sami nastokatkowie, trzyma dłoń na rękojeści miecza. Zaciska na niej palce, jakby spodziewał się, że któryś z nas go zaatakuje. Drugi strażnik, wysoki i poważny, jest od niego dużo ciemniejszy. Stoi blisko wejścia, ze wzrokiem utkwionym w ziemi. Widocznie ma w sobie choć odrobinę wstydu. Obaj na żelaznych pancerzach noszą dumnie znak króla Sarana. Samo spojrzenie na ozdobnego białego lamparta, symbol monarchy, który ich tu przysłał, przyprawia mnie o ścisk żołądka. Z ostentacyjnym nadąsaniem wracam do trzcinowego manekina. Czuję tak wielką ulgę, że nogi prawie się pode mną uginają. Miejsce, które jeszcze przed chwilą było ringiem, teraz całkiem przekonująco udaje warsztat krawiecki. Po chwili spojrzalem na manekiny wykonywane przez dziewczyny z wioski ozdobione jasnymi materiałami w charakterystyczne wzory Mamy Agby. I przypomnialem byl sobie, ze dziewczyny z naszej wioski obszywaja brzegi rodzimych koszul tymi pieknymi wzorami juz od wielu lat. Mama Agba przechadza się między rzędami chlopcow i przygląda się ich zainteresowaniu jakim oni obdarzaja teraz zwykle manekiny. Mimo nerwów uśmiecham się, widząc, jak ignoruje nieproszonych gości. – W czym mogę pomóc? – pyta w końcu. – Zbieramy podatek – odbąkuje ciemniejszy strażnik. Mamie Agbie wydłuża się twarz. – Zapłaciłam w zeszłym tygodniu. – Nie chodzi o podatek od handlu. – Drugi strażnik toczy wzrokiem po białowłosych sympatycznych nastolatkach. – Wzrosły opłaty za padalce. Wy ich macie dużo, więc będzie was to kosztować. No tak. Ściskam koszulę manekina z taką siłą, że aż bolą mnie palce. Królowi nie wystarczy pognębić mieszkancow wioski. Musi jeszcze ukarać każdego, kto próbuje nam pomagać. Zaciskam zęby, starając się nie myśleć o strażniku, o bólu, jaki mi sprawiło tamto słowo. Padalce. Nieważne, że nigdy nie będzie nam dane stać się magami. W ich oczach wciąż jesteśmy glistami. I nie będziemy niczym więcej. Usta Mamy Agby zmieniają się w cienką kreskę. Przecież nie wytrzaśnie tych pieniędzy spod ziemi. – Podwyższyliście już podatek od mieszkancow naszej wioski w zeszłym miesiącu. I dwa miesiące temu. Jaśniejszy strażnik robi krok do przodu i sięga po miecz, jakby chciał pokazać, że nie będzie się z nikim patyczkował. – Może byłoby mądrzej nie zadawać się z glistami. – Może byłoby mądrzej nas nie okradać. Nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Nie zdążyłem się ugryźć w język. Wszyscy w chacie wstrzymują oddech. Mama Agba sztywnieje, jej ciemne oczy błagają mnie, bym zamilkł. – Nie możecie bez końca podnosić podatków – oznajmiam. – Ibawici nie zarabiają więcej niż do tej pory. Skąd mamy wziąć tyle pieniędzy? Strażnik zbliża się niespiesznym krokiem. Korci mnie, żeby sięgnąć po kij. Mogłbym zwalić mężczyznę z nóg jednym precyzyjnym uderzeniem; jednym celnym pchnięciem zmiażdżyłbym mu gardło. Dopiero po chwili dociera do mnie, że miecz tego strażnika nie jest zwykłym mieczem. W pochwie pobłyskuje czarne ostrze, metal droższy niż złoto. Majacyt. Stop przygotowany przez króla Sarana przed obławą. Broń stworzona po to, by osłabić naszą magię i wypalać dziury w naszych ciałach. Tak jak czarny łańcuch, który zawiesili na szyi Mamy. Potężny mag moze przezwyciężyć jego moc, ale większość z nas jest bezsilna wobec tego rzadkiego metalu. Choć sam nie władam żadną magią, i tak dostaję gęsiej skórki, gdy strażnik zbliża się do mnie z majacytowym ostrzem. – Na twoim miejscu trzymałbym język za zębami, brzdacu. Ma rację. Powinienem milczeć. Schować urażoną dumę do kieszeni. Dożyć jutra. Ale gdy tak stoimy twarzą w twarz, muszę walczyć ze sobą, żeby mu nie wbić drewnianej igły w to błyszczące piwne oko. Może ja powinienem być cicho. A może on powinien umrzeć. – Sam trzymaj… Mama Agba odpycha mnie tak mocno, że się przewracam. – Proszę. – Wręcza mu garść monet. – Mamo, nie… – odzywam się, ale zamieram pod jej groźnym spojrzeniem. Zamykam usta, podnoszę się i chwytam wzorzystej koszuli manekina. Strażnik przelicza brzęczące brązowe monety w dłoni. W końcu odchrząkuje. – Za mało. – Musi wystarczyć – odpowiada Mama Agba z nutą desperacji. – To wszystko, co mam. Nienawiść aż we mnie kipi, parzy mnie od wewnątrz. To nie w porządku, że Mama Agba musi błagać o litość. Unoszę wzrok i natrafiam na spojrzenie strażnika. Błąd. Nie zdążyłem się odwrócić i ukryć obrzydzenia. Mężczyzna chwyta mnie za włosy. – Au! – krzyczę z bólu. Strażnik rzuca mnie na twarz i przygniata kolanem do ziemi. Na chwilę tracę dech. – Może i nie macie pieniędzy – mówi – ale za to padalcow jest pod dostatkiem. – Chwyta mnie brutalnie za udo. – Zacznę od tego. Robi mi się gorąco, łapię powietrze ustami, zaciskam dłonie w pięści, żeby nie było widać, że się trzęsę. Chcę krzyczeć, chcę mu połamać wszystkie kości, ale słabnę z każdą sekundą. Jego dotyk upokarza mnie i unicestwia. Na chwilę znów staję się mlokosem, bezsilnym jak wtedy, gdy żołnierz wywlekał jego matkę z domu. – Dość! – Mama Agba odsuwa strażnika i przygarnia mnie do piersi, warcząc jak lworożka broniąca młodych. – Dałam wam pieniądze, na więcej nie liczcie. Precz stąd. Podrażniony jej zuchwałością strażnik sięga po miecz, ale ciemniejszy towarzysz chwyta go za ramię. – Chodź. Musimy obejść całą wieś przed zmierzchem. – Wypowiada te słowa spokojnie, ale jakby zaciskając przy tym szczękę. Może ujrzał w naszych twarzach własną matkę albo siostrę, może przypominamy mu kogoś, kogo chciałby chronić. Jego towarzysz na chwilę zastyga w złowieszczym bezruchu. Wreszcie zdejmuje rękę z miecza i tylko tnie nas wzrokiem. – Nauczcie te karaluchy pokory albo ja to zrobię – ostrzega Mamę Agbę. Potem kieruje spojrzenie w moją stronę. I choć leje się ze mnie pot, w środku czuję mróz. Strażnik mierzy mnie wyzywającym wzrokiem. Tylko spróbuj, mam ochotę odszczeknąć, ale język wysechł mi na wiór. W milczeniu patrzymy, jak mężczyźni wychodzą, słuchamy, jak odgłosy podkutych butów nikną w oddali. Siła opuszcza Mamę Agbę; przypomina teraz płomień świecy zdmuchnięty przez wiatr. Podpiera się na manekinie, żeby nie upaść. Już nie jest śmiertelnie groźną wojowniczką, którą znam, lecz starą, niepozorną kobietą. – Mamo… Chcę jej pomóc, lecz dostaję od niej po łapach. – Odejdz! Głupi. Tak mnie nazwała w joruba, języku magów zakazanym od czasu wielkiej obławy. Tak dawno nie słyszałem naszej mowy, że upływa chwila, zanim sobie przypominam, co to słowo znaczy. – Na bogów, co w ciebie wstąpiło? Znowu wszystkie oczy w ahéré zwracają się na mnie. Nawet Zbyszek spogląda z wyrzutem. Ale jak Mama Agba może na mnie krzyczeć? Czy to moja wina, że strażnicy są złodziejami? – Próbowałem cię bronić. – Bronić mnie? – powtarza z niedowierzaniem Mama Agba. – Wiedziałeś, że nic nie wskórasz swoim gadaniem. Za to niewiele brakowało, a wszyscy byśmy przez ciebie zginęli! Robię krok w tył, zaskoczony surową oceną. Nigdy wcześniej nie widziałem w oczach Mamy Agby tak głębokiego rozczarowania. – Skoro nie wolno mi się im przeciwstawić, co my tu w ogóle robimy? – Głos mi się łamie, ale powstrzymuję łzy. – Po co nam trening, jeśli nie możemy się bronić? – Na litość boską, Janku, pomyśl trochę! O innych, a nie tylko o sobie. Gdybyś zrobił krzywdę tym ludziom, kto by obronił twojego ojca? Kto uratuje Tomka, gdy strażnicy przyjdą szukać krwawej pomsty? Otwieram usta, lecz nie wiem, co odpowiedzieć. Ona ma rację. Nawet gdybym zdołał pokonać kilku strażników, nie poradzę sobie z armią. Prędzej czy później mnie znajdą. Prędzej czy później złamią ludzi, których kocham. – Mamo Agbo? – odzywa się cienkim głosikiem Zbyszek. Stoi ze łzami w oczach, uczepiony luźnych spodni Pawla. – Dlaczego oni nas nienawidzą? Mama zgina się pod niewidzialnym ciężarem. Wyciąga ramiona w stronę Zbyszka. – To nie tak, moje dziecko. Oni nienawidzą tego, kim miałeś się stać. Zbyszek wtula się w Mamę, szata tłumi jego łkanie. Mama Agba rozgląda się po izbie, patrzy w oczy innym chlopcom, którzy powstrzymują płacz. – Janek spytał, co my tu robimy. To ważne pytanie. Często rozmawiamy o tym, jak walczyć, a nigdy o tym dlaczego. – Mama sadza Zbyszka na podłodze i kiwa dłonią na Pawla, żeby przyniosł jej stołek. – Musicie pamiętać, że świat nie zawsze tak wyglądał. Był czas, kiedy wszyscy stali po jednej stronie. Mama Agba sadowi się na siedzisku, a zainteresowani jej slowami chlopcy zbierają się wokół niej. Codziennie Mama kończy zajęcia opowieścią lub baśnią, nauką z dawnych czasów. Zwykle siadam z przodu i chłonę każde słowo. Dziś trzymam się z boku, bo jest mi wstyd. Mama Agba miarowo pociera dłonie. Mimo tego, co się wydarzyło, na jej ustach migocze niewyraźny uśmiech, uśmiech, który potrafi wywołać tylko jedna opowieść. Nie mogę się oprzeć, podchodzę bliżej, przeciskam się między chlopcami. To nasza historia. Opowieść o nas. Prawda, którą król usiłował pogrzebać razem z naszymi zmarłymi. – Na początku Orisza była szczęśliwą krainą uświęconych magów. Każdy z dziesięciu klanów został obdarzony przez bogów inną mocą. Jedni władali wodą, inni panowali nad ogniem. Jeszcze inni czytali w myślach, a nawet sięgali wzrokiem poza czas! Choć wszyscy dobrze znamy tę opowieść – od Mamy Agby, od rodziców, których straciliśmy – nie przestaje robić na nas wrażenia. Z wypiekami na twarzy słuchamy o magach posiadających dar uzdrawiania i wywoływania chorób. Nachylamy się bliżej, kiedy Mama Agba opowiada o poskromicielach dzikich zwierząt, o magach trzymających w dłoniach światło i mrok. – Wszyscy magowie rodzili się z białymi włosami – to był znak, że dotknął ich palec bogów. Używali swoich darów, by służyć ludowi Oriszy, a w zamian otaczano ich szacunkiem. Ale nie każdy przychodził na świat z darem. – Mama Agba zatacza dłonią koło. – I dlatego świętowano narodziny nowego maga, cieszono się na widok białych loków. Ci mali wybrańcy do ukończenia trzynastego roku nie byli w stanie używać magii. Dopóki ich moce się nie objawiły, nazywano ich "boskimi." Zbyszek z uśmiechem unosi brodę: bo juz wie, ze jest mieszkancem cudownej krainy Orisza. Mama Agba chwyta między palce pasmo jego białych włosów, znak szczególny, który nauczono nas ukrywać przed światem. – Magowie stali się pierwszymi królami i królowymi Oriszy. To były czasy bez wojen… Pokój jednak nie trwał wiecznie. Gdy rządzący zaczęli nadużywać magii, bogowie za karę pozbawili ich mocy. Razem z magią zniknęły białe włosy… W kolejnych pokoleniach podziw dla magów stopniowo przeradzał się w strach przed nimi, a strach w nienawiść. Nienawiść zaś w przemoc, w pragnienie wytępienia magów. W izbie zrobiło się teraz jakby ciemniej. Wszyscy wiemy, co było dalej. Noc, której nigdy nie wspominamy i której nigdy nie zapomnimy. – Dopóki magowie mieli swoje moce, byli w stanie się bronić i trwać. Ale jedenaście lat temu magia zniknęła. Tylko bogowie wiedzą dlaczego. – Mama Agba zamyka oczy i wydaje z siebie ciężkie westchnienie. – Jednego dnia magia żyła, następnego umarła. Tylko bogowie wiedzą dlaczego? Z szacunku dla Mamy Agby gryzę się w język. Mówi tak, jak wszyscy dorośli, którzy widzieli wielka obławę na własne oczy. Z rezygnacją. Jak gdyby bogowie odebrali nam moc, żeby nas ukarać, a może pod wpływem kaprysu. W głębi duszy znam prawdę. Domyśliłem się jej, kiedy zobaczyłem magów innych wiosek w kajdanach. Bogowie umarli razem z naszą magią. Już nie wrócą. – Tamtego nieszczęsnego dnia król Saran nie wahał się ani chwili – ciągnie Mama Agba. – Wykorzystał moment słabości magów i zaatakował. Zamykam oczy, stawiam tamę łzom. Widzę łańcuch, który zarzucili na szyję Mamie. Krople krwi lądujące w piasku. Wspomnienie Obławy przepełnia trzcinową chatę, nasyca powietrze smutkiem. Tamtej nocy wszyscy straciliśmy bliskich, którzy byli magami. Mama Agba wstaje z westchnieniem, znów nabiera siły, z której jest znana. Patrzy po kolei na wszystkich chlopcow w izbie – jak generał przeglądający swoje wojsko.– Uczę sztuki kija każdego chętnego do nauki, bo zawsze znajdą się na tym świecie ludzie, którzy będą chcieli zrobić wam krzywdę. Ale tutaj szkolę chlopcow poległych magów. Choć nie macie już w sobie mocy, aby w przyszłości stać się magami, nadal cierpicie z powodu nienawiści i przemocy. Oto dlaczego tu jesteśmy. Oto dlaczego trenujemy. Mama gwałtownym ruchem dobywa własny rozkładany kij i uderza nim o trzcinową podłogę. – Wasi przeciwnicy noszą miecze. Dlaczego uczę was władania kijem? Powtarzamy chórem mantrę, którą nam wpoiła: – Uderza zamiast ranić, rani zamiast okaleczać, okalecza zamiast zabijać. Kij nie unicestwia. – Uczę was walki w ogrodzie, abyście na polu walki nie byli jak ogrodnicy. Daję wam siłę do walki, ale umiar także jest siłą, którą musicie posiąść. – Mama zwraca się do mnie: – Macie bronić tych, którzy sami się nie obronią. Oto prawda kija. Chlopcy kiwają głowami, a ja wbijam wzrok w ziemię. Znowu prawie doprowadziłem do tragedii. Znowu wszystkich zawiodłem. – No dobrze… – wzdycha Mama Agba. – Wystarczy na dziś. Pozbierajcie swoje rzeczy. Ciąg dalszy jutro. Chlopcy z ulgą wychodzą jeden po drugim. Chcę pójść w ich ślady, lecz pomarszczona ręka Mamy Agby chwyta mnie za ramię. – Mamo… – Milcz – ucina. Ostatni chlopcy rzucają mi współczujące spojrzenia. Łapią się odruchowo za pupy, jakby w myślach liczyli, ile dostanę batów. Dwadzieścia za nieposłuszeństwo… Pięćdziesiąt za odzywanie się bez pytania… Sto za to, że prawie nas wszystkie zabiłes… Nie. Sto batów byłoby zbyt pobłażliwą karą. Wstrzymuję oddech i szykuję się na ból. To nie potrwa długo, mówię sobie. Skończy się, zanim… – Usiądź, Janku. Mama Agba podaje mi kubek z herbatą, po czym nalewa sobie. Ciepłe naczynie ogrzewa mi dłonie, słodka woń napoju wypełnia nozdrza. Marszczę brwi. – Dodałaś trucizny? Kąciki jej ust drgnęły, ale ukrywa rozbawienie pod surową miną. Ja ukrywam swoje w kubku z herbatą, upijam łyk i rozkoszuję się smakiem miodu. Obracam kubek w dłoniach, wodzę palcami po lawendowych koralikach wzdłuż brzegu. Mama też miała taki kubek, tylko ze srebrnymi paciorkami – na cześć Olimpu, i bogini życia i śmierci. Wspomnienia na chwilę pozwalają mi zapomnieć o rozczarowaniu Mamy Agby, lecz gdy smak herbaty zanika, znów ogarnia mnie gorzkie poczucie winy. Mama Agba nie powinna musieć znosić takich szykan. Nie z mojego powodu. – Przepraszam. – Skubię koraliki na krawędzi kubka, żeby nie podnosić wzroku. – Wiem… Wiem, że tylko przysparzam ci kłopotów. Mama Agba, tak jak Pawel, jest Oriszanką, w której nie drzemią żadne magiczne moce. Przed Obławą myśleliśmy, że bogowie decydują o tym, kto się rodzi szczesliwym mieszkancem naszej wioski, a kto nie; teraz, gdy magia zniknęła, nie rozumiem, czemu właściwie służy to rozróżnienie. Mama Agba nie ma białych włosów jak my, mogłaby się wtopić w resztę Oriszan i uniknąć prześladowań. Gdyby się z nami nie zadawała, strażnicy pewnie daliby jej spokój. Jakaś cząstka mojej duszy chciałaby, żeby Mama Agba nas porzuciła i oszczędziła sobie tych cierpień. Jako dobra krawcowa pewnie mogłaby sprzedawać ubrania i nieźle z tego żyć. – Zaczynasz coraz bardziej ją przypominać, wiesz? – Mama Agba upija łyczek herbaty i się uśmiecha. – Zwłaszcza gdy krzyczysz, podobieństwo jest zatrważające. Odziedziczyłeś jej gniew. Nie wierzę własnym uszom. Mama Agba nie lubi rozmawiać o tych, których straciliśmy. Żaden z nas tego nie lubi. Aby ukryć zaskoczenie, upijam kolejny łyk herbaty. – No dobrze. – Z twarzy Mamy Agby znika uśmiech, a pojawia się na niej wyraz troski. – W czasie Obławy byłeś jeszcze dzieckiem. Bałam się, że zapomnisz. – Nie potrafiłbym, nawet gdybym chciał. Jak mogłbym zapomnieć tę twarz niczym słońce? Właśnie tę twarz staram się pamiętać. Samą twarz, a nie zwłoki ze strużką krwi na szyi. – Wiem, że walczysz dla niej. – Mama Agba przesuwa dłonią po moich białych włosach. – Ale król jest bezwzględny, Janku. Prędzej wymorduje wszystkich poddanych, niż przymknie oko na bunt wioski. Kiedy przeciwnik nie ma honoru, trzeba obrać inne, mądrzejsze metody walki. – Takie jak okładanie tych drani kijem? Mama Agba się śmieje, aż marszczy jej się skóra wokół mahoniowych oczu. – Obiecaj mi tylko, że będ ziesz ostrożny. Że poczekasz na odpowiedni moment do walki. Chwytam Mamę Agbę za dłonie i chylę przed nią nisko głowę na znak szacunku. – Obiecuję, Mamo. Więcej cię nie zawiodę. – To dobrze, bo jest coś, co mam zamiar ci pokazać, a nie chciałabym potem tego żałować. Mama Agba sięga za pazuchę i wydobywa spod szaty krótki czarny pręt. Wstrząsa nadgarstkiem, a pręt wydłuża się i zmienia w lśniący metalowy kij do walki. Odskakuję odruchowo. – O bogowie! – wyrywa mi się. Muszę ze sobą walczyć, żeby nie chwycić tego arcydzieła. Czarny metal pokrywają prastare symbole, każdy z nich przypomina o jednej z lekcji udzielonych nam przez Mamę Agbę. Moje oczy, niczym pszczoły zwabione przez nektar, zatrzymują się najpierw na akofenie: dwa skrzyżowane ostrza, miecze wojny. „Odwaga nie musi grzmieć” – wspominam jej słowa. „Męstwo nie musi oślepiać”. Obok mieczy widnieje akoma, serce cierpliwości i tolerancji. Tamtego dnia… Dałabym głowę, że tamtego dnia dostałam od niej lanie. Każdy kolejny symbol odsyła mnie do innej nauki, innej opowieści, innej mądrości. Spoglądam wyczekująco na Mamę. To prezent czy raczej narzędzie, którym wymierzy mi karę? – Proszę. – Kładzie gładki pręt na mojej dłoni. Natychmiast wyczuwam jego moc. I ten ciężar żelaza… Oto broń stworzona do gruchotania czaszek. – Czy to się dzieje naprawdę? Mama twierdząco kiwa głową. – Walczyłeś dziś jak wojownik. Zdałeś egzamin. Wstaję, żeby zakręcić kijem, by ucieszyc się jego siłą. Metal tnie powietrze jak nóż. Żaden wystrugany przeze mnie drewniany kij nie był tak zabójczy. – Pamiętasz, co ci powiedziałam, kiedy zaczynaliśmy treningi? Potwierdzam skinieniem głowy i przedrzeźniam zmęczony głos Mamy Agby: – Jeśli zamierzasz się bić ze strażnikami, lepiej naucz się wygrywać. Dostaję od niej po głowie, ale trzcinowe ściany izby rozbrzmiewają jej serdecznym śmiechem. Oddaję kij, a Mama Agba uderza końcem o ziemię i broń składa się z powrotem w krótki pręt. – Ty już wiesz, jak wygrywać – mówi. – Mam tylko nadzieję, że będziesz wiedział, kiedy się bić. Gdy znowu wręcza mi kij, duma miesza się we mnie z bólem. Bojąc się otworzyć usta, obejmuję ją w pasie, wciągam nosem znajomy zapach świeżo upranej tkaniny i słodkiej herbaty. Mama Agba na moment sztywnieje, ale przytula mnie mocno, kojąco. Potem się odsuwa, żeby coś powiedzieć, lecz w tej samej chwili płachty u wejścia znów się rozchylają. Odruchowo chwytam czarny pręt i dopiero po sekundzie rozpoznaję mojego starszego brata Tomka. Wysoki, potężnie zbudowany, w jego obecności trzcinowa chatka wydaje się nagle dużo mniejsza. Mięśnie ma napięte, ścięgna rysują się wyraźnie pod ciemną skórą. Spomiędzy czarnych włosów obficie ścieka mu na czoło pot. Gdy napotykam jego wzrok, ostry niepokój przeszywa mi serce. Uslyszalem tylko ostatnie slowa: -"Do domu..." Tata oczekiwal mnie juz u wejścia do chaty. Był pozny wieczor, a ja jeszcze podjalem z nim rozmowe. On w koncu powiedzial mi dawno pamiętne slowa: "Pokażę ci góry..." A pamietasz tato nasza piosenke. I jeszcze raz przed pojsciem spac wspolnie zanucilismy znana nam piesn: 1. - Witaj mój przyjacielu, tak długo cię nie widziałem. -Witaj mój mały, czas spedzony z Toba, zawsze jest piekny. - Powiedz mi przyjacielu, w twojej ojczyźnie, jak tam jest? - Z pewnością jest inaczej, jak znasz to z domu... Spiewamy wspolnie: - Chodź, pokażę ci góry, orla na wietrze... - A ja pokażę ci tulipany, które są wszędzie. - A potem bedziemy śpiewac piosenki o tęsknocie i czyms więcej, o tym, co czynie chetnie, kiedy jestem bardzo radosny. 2. - Witaj mój przyjacielu. Wiesz, czasami marzę nawet o księżycu... - Witaj mój mały, marzysz o nim, bo jego światło było juz nie raz wychwalane i bylo tego warte. -Och, zebym byl tylko juz dzisiaj tak duży, jak dorośli... - I ja czasami tego bym chcial, zebym był zaskakiwany, jak to bylo, gdy byłem dzieckiem - zebym byl jak orzeł na wietrze. Wspolnie powtarzamy: - Chodź, pokażę ci góry, - A ja pokażę ci tulipany, które są wszędzie... A nasze wysnione przedtem i radosne piosenki, będziemy śpiewać zawsze i wszedzie.
View all posts by sbarszczak2009