Stanisław Barszczak- Wojciech i Katarzyna (tajemnica serc)
I
Niezwykle urokliwe, wręcz hipnotyzujące jest zachodnie wybrzeże bajecznie mocno Zielonej Wyspy. Właśnie tam znajduje się dziś większość irlandzkojęzycznych okręgów, zwanych An Gaeltacht. Ich mieszkańcy jako pierwszy język deklarują mowę swych celtyckich pradziadów. Odkrywanie prawdziwej, dzikiej Irlandii zaczynamy od półwyspu Dingle, hrabstwa Kerry – krainy deszczu. Stąd wypłynął w poszukiwaniu rajskiej krainy święty Brendan wraz z grupką mnichów. Podczas swej odysei nie odnalazł raju, ale prawdopodobnie zawinął na tratwie do wybrzeży Ameryki Północnej, wyprzedzając tym samym o dziesięć wieków Krzysztofa Kolumba. Gdyby wtedy wiedział, że tylu rodaków pójdzie w jego ślady… Półwysep Dingle jest piękny i magiczny. Dominuje dziki górski krajobraz, łagodzony występującymi tu i ówdzie malowniczymi jeziorami. Zazwyczaj przemierza się go samochodem, wąskimi, czarnymi drogami, które często pokrywają się z linią brzegu wyspy. Z jednej strony wznoszą się góry Brendon, z drugiej – opada przepaść. Ocean wcina się zachłannie w ląd, tworząc liczne zatoki. Od czasu do czasu skaliste, groźnie wyglądające wybrzeże ustępuje piaszczystym, niezwykle szerokim plażom. Wściekłe, spienione fale rozbijają się o strome, klifowe wybrzeże. Dalej, na horyzoncie, rozciąga się kojący błękit Atlantyku. Nisko nad głową wiszą ciężkie, nabrzmiałe chmury. Zanosi się na ulewe – deszcz jest tu absolutny, wspaniały i przerażający i jest tu po prostu obowiązkowym dopełnieniem krajobrazu. Nie zraża, raczej sprzyja refleksji. To znów przez ołowiane niebo przebija się słońce. Poczucia nierzeczywistości dopełnia tęcza. Rozlewającą się dookoła zieleń łąk porządkują niskie, regularne, kamienne murki. One oddzielają ziemię O’Briana od łąk O’Donella. Między długimi źdźbłami traw kryją się tajemnicze kamienie z ogamicznymi napisami i płaskorzeźbami w kształcie krzyża. Jednym z głównych zabytków półwyspu, a zarazem jego największą zagadką jest wczesnośredniowieczne Oratorium Gallarusa, jeden z najstarszych zachowanych obiektów sakralnych. Świątynia, przypominająca kształtem czółno odwrócone do góry dnem, wzniesiona z łupków kamiennych bez żadnej zaprawy murarskiej, wprawia w osłupienie. Ludzie się tu modlili, ale chyba również spali- dopuszczeni byli do niej wszyscy wierni, nie tylko wybrani…
Na zachodzie półwyspu Dingle znajduje się najbardziej wysunięty na zachód skrawek Europy – Slea Head. Na cyplu stoi biały potężny krzyż z Chrystusem w towarzystwie Matki Boskiej i Marii Magdaleny. A patrząc w dal jakby czuwają nad łowiącymi łososie rybakami, albo modlą się za milion irlandzkich dusz w dalekiej Ameryce. Opieka tej Trójki przydawała się także swego czasu mieszkańcom widocznych stąd wysp Blasket, niewielkiego, spowitego we mgle archipelagu – niebijącego już, legendarnego serca Irlandii, źródła inspiracji wielu poetów. Otoczony niebezpiecznymi wodami archipelag był esencją Irlandii, którą tworzą surowy klimat, twardzi ludzie i druidyczna magia. W czasach pierwszej wojny światowej na wyspach mieszkało “dwieście osób.” Rządził król, dzieci pod czujnym okiem dwóch nauczycielek uczyły się w szkole, a każde z pól miało własne imię. To pokazuje miłość tych ludzi do przyrody. Bez tej miłości nikt nie przetrwałby na wyspach Blasket. Jak potężne musiało być to uczucie, skoro podczas zimy całymi tygodniami nie można było otworzyć drzwi od chałupy przez hulający “wiatr.” Jak ogromna musiała to być miłość, skoro podczas zimowych sztormów całymi miesiącami byli zupełnie odcięci od świata. Dzięki tej izolacji utrzymały się tu zwyczaje oraz język irlandzki w najczystszej postaci.
Wyspiarze ostatecznie skapitulowali w latach pięćdziesiątych i przenieśli się na główną wyspę. I właśnie mieszkańcy wysp Blasket na nowo uczyli Irlandczyków gaelickiego. Dziś jeszcze można poczuć ducha pustelniczego życia na archipelagu. Podążając wzdłuż wybrzeża, na północ od półwyspu Dingle, wkraczamy do hrabstwa Clare, gdzie… kończy się świat. Potężna przepaść i nic więcej. Tak zapewne wyobrażali sobie skraj świata podtrzymywanego przez trzy żółwie olbrzymy. To klify Moheru, wizytówka tej części Europy. Irlandczycy, znani z ogromnego talentu do snucia opowieści, uwielbiają mroczne historie o spektakularnych samobójstwach popełnianych na urwiskach. Stajemy na zboczu klifu i spuszczamy wzrok, załujemy, że nie jesteśmy ptakiem albo latającą postacią z obrazów Marca Chagalla. W dole ogromne fale rytmicznie uderzają w niezłomną kamienną ścianę. W górze znowu rządzi “wiatr”. Chwilami zdaje się wręcz unosić zahipnotyzowanych pięknem krajobrazu turystów, kradnie im kapelusze, wyrywa aparaty fotograficzne. Uporczywie próbuje rozgonić całe towarzystwo, mieć klify Moheru na wyłączność. Z tutejszym surowym klimatem kontrastuje wesoła natura Irlandczyków. Idąc ulicami, głośno podśpiewują pod nosem. Robią tak zwłaszcza w Doolin, maleńkiej rybackiej wsi, Mekce miłośników celtyckiego folku. Tam liczą się trzy puby: O’Connors, McGann’s i McDermott’s. Zbici w grupki Irlandczycy mokną w deszczu, paląc papierosy przed lokalami. Krople deszczu gaszą papierosy. W pubach nigdy nie brakuje klientów. Jedzą śniadanie z gorącą herbatą. W spożyciu tego napoju Irlandczycy wyprzedzając nawet Anglików, wiodą też prym na świecie. Później piją kawę, często po irlandzku. Do obiadu ciemnobrązowy, gęsty guinness. Później drugi, czasem trzeci. Gdy w Irlandii zamówisz piwo dziesięć razy, to dziewięć razy barmanka bez pytania o gatunek, poda ci guinnessa. Wieczorem czas na szklaneczkę whiskey. Cztery napoje, typowe dla Zielonej Wyspy, na zmianę ze strugami deszczu, napędzają mieszkańców do życia. W ten zaklęty krąg chętnie włączają się turyści… Udając się dalej ku Gwieździe Północy, wkraczamy do królestwa kamienia. Stopniowo wyrastają przed nami wapienne wzgórza Burren. Księżycowy, ubogi w roślinność krajobraz w czasach podboju Irlandii przez Cromwella został opisany przez jednego z jego ludzi tymi słowami: „Brakuje tutaj drzew, żeby człowieka powiesić, brakuje tutaj wody, żeby człowieka utopić, brakuje tutaj ziemi, żeby człowieka pogrzebać”. Są za to kamienie, które oprócz zielonych łąk i poszarzałych owiec wpisują się w krajobraz. Przyjmując różne postaci, towarzyszą tu ludziom od zawsze. Jakie tajemnice kryje słynny dolmen Poulnabrone? Dlaczego grobowiec wybudowano akurat w tych mistycznych górach? Kto jest tu pogrzebany? Jak to możliwe, że budowla stała już, gdy Egipcjanie w pocie czoła zaczynali trwającą dwadzieścia lat budowę piramidy w Gizie? Wielkie średniowieczne krzyże celtyckie z Kilfenory też są z kamienia, starannie wyrzeźbione z ogromnych monolitycznych brył, przypominają, że stąpamy po Wyspie Świętych. A okrąg na chrześcijańskim krzyżu symbolizuje tak ważne dla Celtów Słońce. Z kamieni oczywiście zbudowany jest też XV-wieczny, otoczony bagnami, malowniczy zamek Dunguaire. Ale kamienie na polach też chcą być podziwiane. Tak samo jak szkielety wielu domów. Jeden, dwa, trzy, jedenaście, dwadzieścia dwa… szkielety całych wsi, które podczas kolejnych fali emigracji stopniowo pustoszały, zamieniając się w cmentarzyska kamieni. Tu wszystko, co nie było kamieniem, dawno przegrało nierówną walkę z wiatrem, słońcem i deszczem…
II
Wojciech pierwszy raz przyjechał do Irlandii z dalekiej Italii za namową wuja Konrada. Jest coś magnetycznego w podróżowaniu samemu, mawiał sobie. Wtedy zatrzymał się w domku letniskowym na wysepce Achill, na zachodzie kraju. Kilka lat później kupił tam stary rybacki dom, w którym spędzał wakacje z książkami, pisał i odpoczywał. Jego „Dziennik irlandzki” (Irisches Tagebuch) zawiera osiemnaście opowiadań stworzonych na podstawie obserwacji życia na Zielonej Wyspie. Ta niewielka objętościowo książeczka (146 stron) zaskakuje bogactwem i różnorodnością tematów. W Irlandii opisywanej przez Wojciecha policjant zatrzymujący samochód do kontroli drogowej rozmawia z kierowcą o tym, jaka była pogoda w dni, gdy rodziły im się wnuki, a jaka, kiedy żonie jednego z nich wyrwano ząb trzonowy. Seans w kinie, wyznaczony na godzinę dwudziestą pierwszą, rozpoczyna się wówczas, gdy zbiorą się wszyscy księża, miejscowi i letnicy; a zbierają się niespiesznie, bo przecież „kiedy Pan Bóg stworzył czas – stworzył go dosyć dla wszystkich”. Irlandia w tamtym okresie była krajem biednym, pełnym opustoszałych wiosek i domów wystawionych na sprzedaż, krajem, z którego wielu musiało emigrować w poszukiwaniu pracy. A jednak Irlandczycy zachowywali pogodę ducha, kwitując niemiłe zdarzenia zwrotem „mogło być gorzej” lub „nie martwiłbym się tym”. Zachwycają szczególnie jego dwa opowiadania. Pierwsze to „Boże, chroń nas”. Wojciech, nie mogąc z powodu wczesnej godziny wymienić pieniędzy w kantorze, był już zdecydowany wynająć pokój w hotelu i czekać na ranny pociąg do Westport następnego dnia. Zawiadowca stacji Dublin wyliczył, że pobyt w hotelu będzie kosztował tyle samo co podróż pociągiem, i zaoferował mu przejazd na kredyt. Na miejscu zaś okazało się, że w Westport nie można wymienić pieniędzy, i trzeba je w tym celu przesłać do Dublina… Drugim opowiadaniem jest „Jeśli Kevin chce się napić,” – kwintesencja irlandzkiego humoru, absolutne mistrzostwo, którego nie da się streścić; trzeba przeczytać…. Czytam tę książkę, powracam do poszczególnych fragmentów – i wciąż mam wrażenie, że jej tak naprawdę nie przeczytałem; że umknęło mi zbyt wiele, że nie doceniłem należycie jej walorów, piękna języka. W pełni zasługuje na nadane jej miano „najmniejszego arcydzieła świata”… Ale możemy poznawać Wojciecha zaczynając od lektury jego pierwszej ksiazki “Gdzie byłeś Arkadiuszu”. Jej bohater Arkadiusz idzie na wojnę. Dowiaduje się, czym jest obowiązek i jak niewielkie znaczenie może mieć sprzeciw. Zaczyna zdawać sobie sprawę, z tego że w pewnych okresach historii liczą się jedynie strony, że jego nacja każe mu opowiedzieć się po stronie jednej z nich, co niekoniecznie jest zgodne z jego przekonaniami. Uświadamia sobie fakt, że jest jedynie zębatką w jej wielkim kole, która sumienie i moralność winna po prostu wsadzić sobie do kieszeni. Niezależnie od tego, jakie nazwisko nosi bohater Wojciecha w tej książce – bo jest ich przynajmniej kilku – w każdej formie jest jednak wciąż wygnanym z raju Arkadiuszem-Adamem…
Rok 1916 w Connemara zaczął się ulewnym deszczem… Na horyzoncie ogladamy teraz Kylemore Abbey (irl. Mainistir na Coille Móire), to jest na zawsze niezapomniane opactwo w zachodniej części hrabstwa Galway w Irlandii, nad brzegiem Kylemore Lough, zbudowane w stylu neogotyckim przez Mitchella Henry’ego w 1868 r. (pałac, przekształcony później w klasztor) i w latach 1877-1881 (kościół). Architekt w romantycznej manierze połączył w budynkach opactwa motywy i detale zaczerpnięte ze słynnych obiektów sakralnych Wysp Brytyjskich. Wnętrze kościoła klasztornego jest bogato zdobione inkrustacjami i witrażami. W pobliżu kościoła znajduje się duży ogród w stylu wiktoriańskim, z pawilonami ogrodowymi i zabytkowymi szklarniami… A dzisiaj już 23 dzień kwietnia, czas wielkanocny. Wojciech przyjechal powozem do klasztoru przed 21.00. W rozmownicy byla para turystów z Niemczech. Ona lekko i wolno ubrana. On w sposobie ruchów i w zachowaniu jest bardzo kosmopolityczny, jakby chciał obwieszczać każdemu, że cały świat powinien być niemiecki. Wszystko powinno być oświecone, kosmopolityczne, a nie szowinistyczne; co więcej, że każdy może być w pełni aktualnie Niemcem. Jako intendentowi klasztoru ‘przejscie’ furty nie sprawiło Wojciechowi żadnej trudności…
Uczucie Wojciecha do Siostry Katarzyny przez ostatnie pół roku wzrosło niepomiernie, do stopnia nieśmiertelnej miłości, powiem. Ich obecnemu spotkaniu towarzyszyło wspomnienie z Sewilli. Oni byli tam pół roku temu podczas Wielkanocnej procesji..Tysiące ludzi wylegają wtedy na ulice Sewilli, aby choć przez chwilę spojrzeć na posągi świętych i kolorową procesję przesuwającą się powoli przez ulice i aleje Sewilli. Czasami tłumy nie pozwalają nawet na zerknięcie na posągi świętych na platformach. Wojciech i Katarzyna mieli drogo oplacone miejsce na balkonie naprzeciwko Katedry, z widokiem na trasę, przez którą przebiega procesja Semana Santa. Zaszczyt bycia costaleros, niosących platformy, przysługuje tylko raz w życiu. Ilość chętnych byciem costalero przekracza tysiąckrotnie ilość dostępnych miejsc. Niesienie platform jest to głównie męskie zajęcie z tego względu, iż niektóre pasos, ważą powyżej 2.000 kg, i potrzeba miesięcy praktyki, aby grupa mogła unieść jedną platformę. Średnio 40 mężczyzn niesie jedną platformę, dźwigając ciężar 50 kg przypadający na jedną osobę (średnio) aż przez 8 godzin! I tylko mężczyźni niosą pasos. Tuż za platformami ze świętymi, idą ubrani w wysokie, szpiczaste czapki, wyglądający jak członkowie ku klux klanu, penitenci. Są to grzesznicy, biorący udział w pochodzie Wielkiego Tygodnia. Grzesznicy chowają się pod maskami i wysokimi czapkami, co znaczy iż tylko Bóg wie, kim oni są. Trasa procesji Wielkanocnej w Sewilli, wiedzie z Plaza de la Campana na południe, wzdłuż Calle Sierpes, obok Katedry, oraz wokół Giraldy i pałacu biskupów. Każdego dnia, podczas trwania Semana Santa, wczesnym przedpołudniem ze wszystkich kościołów w Sewilli, wyruszają ruchome platformy ze świętymi, które przechodzą wolno przez miasto i po paru godzinach wracają do punktów wyjścia (swoich kościołów). Zakończenie uroczystości następuje w Wielki Piątek, ale wcześniej o północy, pasos opuszczają kościoły i w akompaniamencie tłumów na ulicach Sewilli, obchodzą miasto przez większą część nocy. Semana Santa w Sewilla jest religijną uroczystością i okazją do żarliwej modlitwy dla wiernych. Nastrój każdego dnia Semana Santa zmienia się. Otwierająca, radosna procesja w Niedzielę Palmową, aż do mrocznej procesji w Wielki Piątek, która przedstawia ukrzyżowanie Chrystusa i wreszcie radosna chwila z Niedzieli Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa.
Zakończenie Wielkiej Nocy następuje rano w Wielki Piątek. Największą atrakcją i kulminacją obchodów Świąt Wielkiej Nocy w Sewilli, jest przybycie do katedry paso z wizerunkiem La Macarena, przedstawiającej patronkę torreadorów i patronkę Sewilli. Odbywa się to pomiędzy 3 a 6 nad ranem. Na obchody Świętego Tygodnia w Sewilli zjeżdżają się tłumy z całej Hiszpanii, Europy i świata. Wielu obcokrajowców jest ciekawych sposobu obchodzenia tego pięknego, kościelnego święta. Ten piękny festiwal przekracza barierę religijnego wydarzenia i jest to świetny okres na zwiedzenie Sewilli… Harmonogram obchodów Wielkiej Nocy w Sewilli zmienia się z roku na rok. Ogólny program Semana Santa ukazuje się w lokalnych, hiszpańskich gazetach i jest przydatny, jeżeli zamierzasz wiedzieć gdzie i co się dzieje… I tak np. w Wielki Czwartek kobiety w Sewilli ubierają się na czarno.Turyści nie powinni wtedy ubierać się w szorty czy podkoszulki z krótkim rękawem. Innym, interesującym sposobem, aby docenić ogrom i piękno podniosłej atmosfery Semana Santa w Sewilli, jest wizyta w kościele, skąd pochodzą pasos. Dwa, najważniejsze kościoły są w Basilica de la Macarena i Basílica de Jesús del Gran Poder. Zobaczysz tu nieprzerwany strumień parafian, zaglądających do kościoła, aby oddać hołd Maryi i podziwiać piękne platformy, które znajdują się wewnątrz świątyń. Rzeczywiste trasy i czasy procesji Semana Santa są inne każdego roku. Są one ustalane na spotkaniach o nazwie “Cabildo de Toma de Horas”, które odbywa się na 14 dni przed Niedzielą Palmową… Costaleros niosący pasos posuwają się wolno w korowodzie w takt pieśni żałobnych, których rytm jest wybijany na olbrzymich bębnach, a monotonne dźwięki muzyki, czasami urozmaicają krótkie, improwizowane seatas, są to żarliwe hymny w stylu flamenco, opiewające Mękę Pańską i smutek Matki Boskiej. Przygotowania do Świętego Tygodnia (Semana Santa) zaczynają się na kilka tygodni wcześniej, kiedy to cofradias (niosący posągi świętych), niezmordowanie ozdabiają setki pasos, wydając mnóstwo pieniędzy i oszczędności na kostiumy i drogocenne kamienie. Każda figura w pochodzie, reprezentuje część drogi krzyżowej lub kościelnej historii z Nowego Testamentu. Nie uwierzysz, ale jest to przepiękne święto, doświadczysz czegoś naprawdę niezwykłego i podniosłego. Można zobaczyć prawdziwą, hiszpańską kulturę i folklor nie tylko Hiszpanii, ale regionu Andaluzji…
III
Ten kto nie pamięta historii jest związany tym -aby żyć jeszcze raz. Wojciech na swoje trzydzieści trzy lata wyglądał teraz pięknie, jego kasztanowe oczy mówiły same za siebie. Właśnie przestał mówić językiem francuskim. Lekcja francuskiego była skończona. Katarzyna była dla niego jak starszy o dwa lata brat, z widocznymi za kornetem włosami prezentowała się nad wyraz urokliwe. Nie odbiegali od siebie wzrostem. W świetle naftowych lamp na bielutkich obrusach, ustawionych przy niebieskich ścianach, stanowili teraz idealna parę… Zrobiło się juz zupełnie czarno w klasztornym ogrodzie, tylko okno palacowej kancelarii bilo przeczystym blaskiem na zawnatrz, kiedy Siostra Katarzyna spoczywajac na torsie Wojciecha kontynuowała tę jedyną schadzke z oblubiencem. A Wojciech okladając ją serdecznymi uściskami jakby zmienił ton; nagle pozwolił sobie, żeby jego myśli odzwierciedlaly jeszcze piękniejszy blask, bo światło dnia.
– Pomyślisz, że coś jest nie tak gdy próbuję wytłumaczyć, co czuję że nadal potrzebuję twojej miłości po tym wszystkim, czego dokonałem. Wierz mi, wciąż jestem tym samym chłopakiem, choć ubrany w habit jak na bal, a mimo to zawsze będę z tobą.
Naprawdę tego chciałem, pragnąłem zmian, nie mogłem spędzić życia na dnie,
w cieniu stać i tylko przez szybę
spoglądać na świat morza. Dlatego wybrałem sumienną wolność. Codziennie odkrywałem jej nowy smak. Ale zachwyciło mnie nigdy nic, czego bym sie nie spodziewał. Nie czekaj mnie Kylemore. Bo przecież nigdy Cię nie opuściłem, w żadnym szaleństwie. Każdego dnia byłem Ci wierny. Więc bądź zawsze przy mnie… A co do majątku i co do sławy. To nie był do prawdy mój cel. Chociaż światu się wydawało, że tego właśnie chciałem. To złudzenie; i nie jest ono tym, czym miało być. Odpowiedź zawsze była taka sama: Kocham Cię i mam nadzieję, że i Ty mnie kochasz. Czy powiedziałem zbyt wiele? Myślę, że to wszystko, co miałem do powiedzenia. Jedyne co możesz dla mnie zrobić, to uwierzyć w szczerość każdego mojego słowa. Ale powtórzę Ci: Nie czekaj mnie Kylemore. Bo przecież nigdy Cię nie opuściłem, w moim szaleństwie, każdego dnia byłem Ci wierny. Wiec pozostań przy mnie na zawsze.
– Czy pamietasz – przerwała słowa Wojciecha Katatarzyna – jak na obrzeżach wielkiego miasta chodziliśmy przed rokiem, również wiosennego dnia, na Sant Liorenc del Munt w Barcelonie, następnie odwiedziliśmy cztery naturalne parki Katalonii: Cadi Moixero, Montserrat, Sant Llorenc del Mun I serra l’Obac i Montseny, wreszcie naturalny rezerwat del Llobregat.. Odkrywalismy miasto bogate w piękno, symbolizm i szarość, jak rowniez kilka tajemnic kryjących się w urokliwych ulicach Barcelony, a przede wszystkim Parc de la Ciutadella…
-Byliśmy w Montserrat (kontynuował Wojciech). To tez usiedliśmy na tarasie, gdy słońce rzucało cienie na okoliczne szczyty, szklankę lub dwa lokalne wina w ręku, a czyste, czyste, górskie powietrze sprawiało, że obudziliśmy się z łatwością po naszej wspinaczce. Czy nadal masz jakiekolwiek wątpliwości, bo ja nie: aromat świeżo przygotowanego, posiekanego posiłku i szklanki muszli, przekona nawet najbardziej utwardzonego podróżnika, że po prostu nie ma lepszego sposobu na życie w górach. To takie chwile, które sprawiają, że praca jest warta swieczki… więc wciąż powtarzam sobie, kiedy zapalam światło po północy, po nowej podróży, aby opisać ja przed nastaniem koniecznej codzienności…
– Hotel był szczęśliwie mieszanką tradycyjnego stylu Katalonii, (z gotyckimi przejsciami) i eleganckiej nowoczesnej wygody. Tam poczułam pierwsze promienie słońca, w chłodnym, górskim powietrzu. Widziałam, jak słońce wzrasta w wielu miejscach, ale to było coś magicznego. Nabrało nam to trochę czasu, gdy już upewnilismy się, że nie straciliśmy żadnej bajecznej chwili. A potem wróciliśmy do “naszej chatki” na kilka godzin przed śniadaniem…
No dobrze, zegar wskazywał godzinę mocno po północy, gdy Katarzyna spojrzała w okno. A świat budził się znów do pierwszego brzasku.
(koniec)