Kto ty jesteś…

Stanisław
Barszczak, Chłopiec i gazda,

Otóż żyła sobie kiedyś osobliwa para, ona prosta, uboga pasterka, on myśliwy i wiarus leśnej
gęstwiny- jednocześnie głos epoki, jakich wielu. Wierzyli mocno w Boga i na swój sposób, tak jak potrafili, gorąco Go miłowali swoimi czystymi sercami. Ta zażyłość trwała przez lata. Przerwał ją jednak nieznajomy przybysz – góral -który zasiał ziarnko niepewności w ich myślach i sercach. Uczenie wyłożył im, że Bóg – najwyższy Stwórca -nie może patrzeć na profanację Jego wielkości przez codzienność życia. Ojciec się zawziął, i teraz idąc nocą przez las, trzyma w ramionach chorego syna. Dziecko trawione przez gorączkę dostrzega wśród ciemnych drzew postać górala. „Tam, ojcze, on, góral, daje znak. Ma płaszcz, koronę i biały tren.” Ojciec stara się uspokoić dziecko, tłumacząc mu zjawisko mgłą osiadłą między gałęziami. Nagle odzywa się tajemnicza postać i zaczyna wołać cierpiące dziecko. „Pójdź chłopcze, w las, w ten głuchy las! Wesoło będzie płynąć czas.” Ojciec niczym wytrawny piechur leśny oczywiście znajduje kolejne wyjaśnienie-on tak musi Cię wołać, bo jest gazdą. Wtem nadjeżdża powóz konny gościńcem. A konie nagle stanęły jak wryte, nie chcą iść dalej ani na krok. Furman podnosi lejce, zostawia swe konie, schodzi z powozu i idzie w gęsty las. Bo stamtąd usłyszał glos… Kiedy znalazł się daleko w lesie widzi człowieka przywiązanego do uschłego drzewa. Więc rozwiązuje go i każe mu iść wolno. A ten odchodząc sobie podśpiewuje, kaftan poprawia, kierpcami zawija; jego śpiew pokazuje rozdarcie między żalem do Pana, że nie dał mu możliwości rozwijania swojego talentu w bardziej sprzyjających warunkach, a przepełnieniem wdzięcznością za szczodre dary życia i umiejętność mowy. Potem zachowuje się jak daleki przybysz, którego rabusie okradli i zostawili w kniei; wreszcie daje się rozpoznać jako przedtem ukazujący się gazda, który po wielu trudach w końcu powrócił do swoich bliskich, jak biedny tułacz, który dobiega po latach do przystani swego
szczęścia i powraca do domu. Wita się więc ze swymi przyjaciółmi, z „kochanymi górami” z „drogą rzeką”. Mówi, że był daleko, gdzieś we wrzaskliwym mieście, wśród gwaru ludzi, którzy mieli odmienne priorytety i wartości, w świecie bezpłodnych myśli, wśród głuchych serc. „I w końcu, po wielu wyrzeczeniach, po długich nocach udało mi się powrócić.” Uporczywa tęsknota przywiodła go w te umiłowane strony. Rozgląda się…, bo ukochał przyrodę ponad wszystko, tajemniczy świat natury. W szczególność umiłował zaś tatrzańskie góry, ich groźne piękno,
majestatyczność, niczym niezmącony spokój. Uwolniony gazda dołącza do ojca z dzieckiem, a furman jedzie dalej. Przed ich oczyma ubogi grajek, który klęka niedaleko małej, przydrożnej kapliczki i nieustannie gra na swoich ulubionych skrzypkach. Gazda mówi teraz o ciszy gór,
jest ona „rozmiłowana, roztęskniona”, ona kroczy, by zamknąć „w swe ramiona” całe Tatry. Cisza zalega Giewont, Świnicę, Hawrań, zatapia je w krwawym złocie, w promieniach zachodzącego słońca. „Tak ma dusza przemierza przepaście, skały, bór; wszędzie zostawia swój ślad, jej wpływ jest potężny, pozostawia wszystko w niemym zamyśleniu, w jakieś dziwnej tęsknocie.” W takiej ciszy najłatwiej zatopić się w rozmyślaniach, jest ona potrzebna, by zatrzymać się przez chwilę,
pomedytować, uporządkować własne myśli i serce. Wtem słońce skrywa się za wierzchołkami smreków i sosen, jest godzina trzecia po południu. Gazda ukazuje „zlęknioną” ciszę, która „owiana mgłami różowymi” nasłuchuje głosów ziemi. Widzi ciemnosmreczyńskie zwaliska skał, a więc jest to górski, tatrzański krajobraz; dalej niebieskie, pawiookie stawy. Spoziera na promienie słoneczne, które zmieniają barwę ich włosów, gdy nagle krople pażdziernikowego deszczu nawilżają liście drzew. Powoli zbliża się noc, góry zaczynają tonąć w nastroju powolnego zachodu słońca. Staje się chłodno. Nasza trójca widzi na tle połonin wielką twarz pięknej królowej gór, białą jak śnieg, zmarzniętą na lód. Ona coś chce powiedzieć i patrzy w stronę dziecka i jego towarzyszy. Ale dziecko nie idzie w jej stronę, tylko mówi: „Pani, twych wdzięków nie trzeba mi wcale.” Powiedziawszy te słowa dziecko spoglądało jakoś inaczej na świat, następnie odbiegało za ojca i gazdę, w jakąś jasną, tęczową dal- skąd już nigdy nie powróciło.

Leave a comment