2012- koniec świata…

Stanisław Barszczak, „Pożegnanie Atlantis” (z okazji Świętego Wojciecha)

Ktoś powiedział, że wśród wierzących panuje nadmierna dyskrecja w mówieniu o nadziei na życie wieczne i w ogóle o Chrystusie. Jego zdaniem życie Europejczyków jest systematycznie pozbawiane wymiaru eschatologicznego, nadziei na życie wieczne, a więc każdej nadziei. Dlatego syndromem naszych czasów jest nieznośny krzyż bezsensu, który bardzo uwiera nie tylko podczas ostatecznych doświadczeń egzystencjalnych ale dzień po dniu obezwładnia duchową sferę człowieka. Noszą wizerunki Chrystusa na szyi, ale go nie rozpoznają. Ale i wtedy również nowa nadzieja istnieje dla nich każdego dnia w improwizacji życia, ponieważ jest ktoś, który nie traktuje ich jako powierzchownych. Dzisiaj Kościół zachęca do postawy biblijnej, żebyśmy zorganizowali konkursy biblijne, poznali głębiej Biblię. Przypomina mi się tutaj pewna anegdota z życia Sorena Kierkegaarda. Kiedyś duński teolog i filozof zilustrował postawę biblijnych uczonych w Piśmie taką opowiastką: Pewien Europejczyk wyjechał na Daleki Wschód i zakochał się po uszy w pięknej Chince. Wróciwszy do domu, czekał z utęsknieniem na jakiś list od ukochanej. Po
jakimś czasie przyszedł rzeczywiście wyczekiwany list – pisany chińszczyzną. Nic z tego nie rozumiał, ale wiedział, że jest to znak odwzajemnionej miłości. Poświadczył mu to zresztą tłumacz przysięgły. Pośrednictwo trzeciej osoby nie było jednak najwygodniejszym rozwiązaniem, więc zaczął sam studiować język chiński. Miłość pchała go do szybkiego postępu w nauce. I w istocie już po paru latach mógł swobodnie odczytywać chińskie znaki. Ale nasz Europejczyk tak się
rozmiłował w tym egzotycznym języku, że wkrótce został profesorem i docentem na katedrze literatury chińskiej. Niestety, w tym czasie zdążył zapomnieć o zasadniczej przyczynie nauki owego obcego języka. No cóż? Zakochał się w literze, a zapomniał o sercu; oddał się nauczaniu, a przestał być tym, który kocha… Jednak daje się zauważyć przykładu pewniejszego sensu- choć ludzie myślą dalej, że tak musi być jak jest.  Niedawno napisałem tekst opowieść o królu Enzo więzionym 23 lata w pałacu w Bolonii, której pierwszy akt umieściłem w Palermo. Najmilsi, świat jest coraz gorszy. Drogie czasopismo jak też filmoteka obecnej ery zapowiadają „koniec świata” na 21 grudnia 2012 roku. Może tylko kilka obrazków z najnowszej wersji pełnoekranowej, hollywoodowskiej produkcji z trikami najnowszej techniki pt. “2012”. Kalifornia przeżywa trzęsienie ziemi, prezydent Willson z Nowego Jorku śle apele o solidarność i zaufanie do rządu. Anulowano olimpiadę w Londynie. Przechyla się Bazylika świętego Piotra w Rzymie na zgromadzonych na gorącej modlitwie wyznawców Chrystusa. Jednak jakiś astrofizyk z Indii przewidział ten  kataklizm już przed trzema laty, więc zbudowano trzy arki przymierza dla cywilizacji ludzi i tam będzie można schronić się w chwili ostatniego zagrożenia. Pewna rodzina z Los Angeles, ojciec dwojga dzieci zapoznaje się z prognozami hinduskiego astrofizyka,  więc kieruje się instynktem ostatniego przetrwania nowych minut uciekającego czasu. Ratunek przychodzi zawsze w ostatniej sekundzie, samolot omal nie zapadł się pod rozchodzącą się i pękającą ziemią. Zahaczyli o wieżę Eiffel. Ale nawet wówczas jednak jest czas na refleksję: byliśmy z matką bardzo szczęśliwi, chłopiec bardzo polubił przyjaciela rodziny Gordona i teraz wyraźnie mówi o tym swemu ojcu.”Nie mów tak. Mów mi tato!” Pamiętasz jak Kate się urodziła, a ty zostałeś jej starszym bratem? Wreszcie cudem uszli z życiem. A oto ich słowa i ludzi, świadków zdarzeń w tej dobie. Nie mamy wątpliwości, musimy uratować to co się da… nie mam się czego obawiać. Ale najpierw pada giełda, potem gospodarka… samolot po nas nie przyleciał, żegnaj przyjacielu. W dniu kiedy przestaniemy o siebie walczyć, stracimy resztki człowieczeństwa. Pędzimy na północną ścianę Everestu; nie będą mieli czym oddychać.  Cały świat się przesunął o 2533 metry, biegun ziemski przesunął się o 23%, biegun południowy w Wisconsin jest teraz. A po trzęsieniu ziemi w Kalifornii glob ziemski ogrzało się do nieskończoności, powstają tsunami i największa fala uderzy na rozbitków zgromadzonych w Chinach, wysoka na 1,5 km. Wierzę w Polskę, w jej trzeźwy sąd nad tym światem, jak w owe trzy filmowe, a ratunkowe arki naszego człowieczeństwa, ale również w szczęśliwe „Pożegnanie Atlantis”, czyli w górę Ararat, ostatni ratunek dla skrajnego, dziejowego zastraszenia. Że będziemy słyszeć tylko własny oddech daleko wcześniej, jak na łodzi ratunkowej. Daleko wcześniej przed chwilą, kiedy kontynent afrykański się podniósł, a dach świata zatrzymał się na górach w RPA, i zielona połowa Ziemi została ocalona. Że każdy będzie szczęśliwy czynić co, na co go stać i co potrafi; że lekarstwem na sens istnienia w czasie stanie się wierne trwanie jednocześnie przy słabej kracie ludzkiej solidarności, jak i mocne oddanie się modlitwie za ludzkość . Tej wierności uczy nas pierwszy męczennik Polski… Znam inny przykład. Dwa stare młyny wodne od wieków mełły mąkę. Miały swoich wiernych klientów, z których żyły i przez których wchodziły w kontakt z otoczeniem. Ale oto z biegiem czasu klienci zaczęli „topnieć”, bo w okolicy powstały młyny elektryczne, które swą pracę wykonywały szybciej, taniej i lepiej. Powstało więc poważne zagrożenie dla starych młynów wodnych. Oba młyny zareagowały odmiennie na zaistniałą sytuację. Pierwszy został całkowicie przebudowany: wstawiono elektryczne silniki i nowoczesne maszyny: zrobiono wszystko, aby dalej mógł wypełniać swe zadanie. Drugi pozostał jak był, ale nie mielono już w nim mąki: teraz stał się tylko atrakcyjnym obiektem turystycznym, gdzie za opłatą można było oglądać starą technikę. I tak oba młyny zostały uratowane, oba przynoszą zysk: z tym, że
pierwszy pozostał wierny swemu celowi, drugi go zdradził. Który zrobił lepiej? – oto jest pytanie… Może i ja zdradziłem sługę, mojego Chrystusa? Pouczająca jest ta scena z Małego Księcia, w której Mały Książę przechodząc przez pustynię, spotkał nagle samotny kwiat… nędzny kwiat o trzech płatkach. Dzień dobry – powiedział Mały Książę. Dzień dobry – odrzekł kwiat. Gdzie są ludzie – zapytał Mały Książę. Kwiat widział kiedyś przechodzącą karawanę, więc odpowiedział:
Ludzie? Jak sądzę, istnieje sześciu czy siedmiu ludzi. Widziałem ich przed laty. Lecz nie wiadomo, gdzie można ich odnaleźć. Wiatr nimi miota. Nie mają korzeni – to jest bardzo niedobrze dla nich. Opowiadano mi czy też ujrzałem to w telewizji, że pewna prosta kobieta, w okropnych męczarniach umierająca na raka, zalewała się łzami, żegnając się z najbliższymi. Dla rodziny zgromadzonej przy łóżku chorej, oczywiste było, że to łzy żalu i rozpaczy człowieka żegnającego
się z bliskimi i z życiem. Zaszokowała ich ostatnimi słowami -“jestem taka szczęśliwa, taka szczęśliwa, że już na zawsze będę ze Swoim Ukochanym Jezusem”. Postawa wspomnianej wyżej kobiety to świadectwo, że krzyż jest rzeczywistą bramą do Chrystusa i każdy, kto go miłuje, choćby i umarł, żyć będzie. . . Bo krzyż to nie unicestwiające narzędzie bezsensownych tortur, ale
wehikuł miłości, który dostarcza nas prosto w ramiona Ukochanego Zbawiciela. Każdy kto to rozumie, pojmuje też, że wiecznością się nie straszy, ale wiecznością się pociesza. Św. Wojciech biskup i męczennik, patron tych dni, początkowo był biskupem Pragi, później wstąpił do
klasztoru benedyktyńskiego w Rzymie. Po ponownej nieudanej bytności w Pradze, rozdartej waśniami i sporami o tron, św. Wojciech udaje się do Polski, na dwór Króla Bolesława Chrobrego i z jego pomocą wyrusza głosić Ewangelię pogańskim Jadźwingom i Prusom. W czasie tej misyjnej pracy ginie męczeńską śmiercią, 23 kwietnia 997 roku. Ciało Wojciecha, wykupione od pogan złożone zostało w Gnieźnie, które stało się siedzibą pierwszej, polskiej metropolii. Św. Wojciech „na pewno wiedział”, co go czeka w niebezpiecznej podróży misyjnej. Jest patronem naszego narodu, tym którego krew męczeńska stała się posiewem wiary w początkach chrześcijaństwa na ziemiach słowiańskich Jest świadkiem wiary, jej zwiastunem i głosicielem, niosącym Chrystusa “po najdalsze krańce ziemi”. „Nie umiłował swojego życia i umiał je poświęcić innym, Chrystusowi,” Kościołowi, ewangelizacji. Bez pracy i poświęcenia takich ludzi niemożliwym by była chrystianizacja, rozwój Kościoła nie tylko w tych odległych czasach ale i współcześnie (kilka tysięcy misjonarzy pracujących w krajach misyjnych zginęło w ciągu ostatnich lat). Ta praca
-wydawać by się mogło- niepozorna i nieefektowna przynosi jednak owoce. Nie byłoby polskiego chrześcijaństwa, bez ludzi takich właśnie, jak św. Wojciech, św. Stanisław, benedyktyńscy bracia misjonarze. Nie byłoby w ogóle chrześcijaństwa bez krwi pierwszych męczenników. Czy zdajemy sobie z tego sprawę? Czy jesteśmy świadomi i tego, że my także jesteśmy misjonarzami dla naszych bliskich, dla naszych znajomych, dla tych, którzy być może poprzez nasze, dobre życie znajdą drogę do Boga? Święty Wojciech potrzebuje naszej moralności, korzeni nas wszystkich, nasze wiary, nadziei i miłości, i tego z czego wyrośliśmy, wierności, poprzez nasze dzieje więc teraz jest z krwi i kości Polakiem. Trzeba mu pomóc apostołować w końcu pośród współczesnych Jadźwingów i Prusów. Kiedyś pokłócili się zakonnicy o skarpetki w sandałach, czy mają je nosić na
nabożeństwa w kaplicy. Najmilsi, zacznijmy nie od nóg, lecz od głowy i posłuszeństwa
przełożonym… Którejś nocy pewien człowiek miał sen, że wędruje plażą wzdłuż brzegu z Chrystusem. Niebo błyskało scenami z jego życia. Przy każdej scenie zauważał na piasku plaży ślady stóp swoich i Chrystusa. Po ostatniej scenie, która rozbłysła przed nim spojrzał na ślady stóp i zauważyła, że w najtrudniejszych momentach jego życia były tylko jedne ślady stóp na piasku. „Panie, powiedziałeś, ze będziesz że mną zawsze o ile będę szedł za Tobą. Ale w
najtrudniejszych i najbardziej kłopotliwych momentach mojego życia są tylko jedne ślady stóp. Dlaczego właśnie wtedy mnie puściłeś, kiedy najbardziej Cię potrzebowałem ?” – zapytał Chrystusa. Pan odpowiedział : „Człowieku, kocham cię i nigdy cię nie opuściłem. W momentach twoich prób i cierpienia, tam gdzie widziałeś tylko jedne ślady stóp na piasku, to było właśnie wtedy kiedy niosłem cię na rękach.” Matka Teresa z Kalkuty uczy nas: Ludzie są nieracjonalni, nielogiczni, egocentryczni. nieważne – KOCHAJ ICH. Jeśli czynisz dobro przypiszą Ci ukryte, egoistyczne cele, nieważne – CZYŃ DOBRO Jeśli będziesz realizować swoje  cele, spotkasz fałszywych przyjaciół i prawdziwych wrogów nieważne – REALIZUJ JE Dobro, które uczyniłeś, zostanie zapomniane, nieważne- CZYŃ DOBRO; uczciwość i szczerość, uczynią Cię bezbronnym, nieważne – BĄDŹ SZCZERY i UCZCIWY;  to, co budowałeś przez lata, może być zniszczone w jednej chwili, nieważne – BUDUJ; jeśli pomożesz ludziom, będą urażeni, nieważne – POMAGAJ IM; jeśli służąc światu dasz z siebie wszystko, potraktują Cię kopniakiem, nieważne – DAWAJ Z SIEBIE WSZYSTKO. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Leave a comment