Wstawaj gramy

Staniasław Barszczak, World Trade Center w Krakowie

Bardzo trudny życiorys, właściwie cały czas on się zaczyna. Bardzo niebezpieczna droga. A my jesteśmy za zwyczajnym życiem. Jak je przeżyć? Bardzo dobre pytanie. Jest prawdą- nie umiemy bronić swych zasad, w kościele katolickim, w którym żyjemy, jest z tym jeszcze trudniej. I o to wspomnieliśmy po chwili o naszym przyjacielu. Nazajutrz poszliśmy do niego z wizytą. Był spokojny, ale jak nam mówił przez ostatnie dwie godziny oglądał wszystkie odcienie światła dla skomponowanej przez niego opery, w których każda aria była jego wizją, i w których profilowe
prowadzenie chóru mieszanych głosów chwaliły zarówno jego mądrość, jak i harmonijnie odzwierciedlały echo jego przemyśleń. Przez kilka minut był z nami jakiś nieobecny. Mieliśmy czas, by dać mu prezent i przebiec wzrokiem nieco więcej kolumn w lokalnej gazecie. Jakkolwiek te kolumny są tanie, mimo to każda sprawia jeszcze nowe cienie świateł… Wiesz Erwin, przyjmujemy kogoś z nizin do średniego wywiadu, najlepiej kobietę, żeby napisała dobrze o twojej operze, nic więcej. Erwin wychodził do łazienki. Napił się wody z kranu w łazience i położył się do łóżka i leżał tak, zdawało się godzinę, z otwartymi oczyma n na ciemność, wyczerpany,
wysuszony i uważny, raz jeszcze jakby przymuszany, by uczestniczyć bezwładnie w karuzeli nowego dnia. Jakiś obraz narzucił  mu się, zwrócił nam na to uwagę, w oparciu o zestaw rozmieszczonych schodów, ruchomych i malejących –  z układu składanych drzwi na poddasze, jak też drzwi z płaszczyzną światła. To konfigurowało coś i sugerowało co miało nastąpić potem. On jakby usłyszał to, miał to, ale potem to zniknęło. Był blask pokusy po tym obrazie i znikający głos smutnej, krótkiej melodii. Ale te spostrzeżenia były całkowicie niezależne, niczym mało polerowane zawiasy huśtające melodię poprzez swoje doskonałe zakreślenie łuku. Leżał na łóżku, powiesiliśmy za nim trochę za małą kartkę, która miała go rozweselać w jego depresji, napisaną
przez jego najstarszego przyjaciela, napisaną przez człowieka tak moralnie wybitnego, że on pragnąłby zobaczyć naprzeciw siebie biedną raczej, zgwałconą kobietę, jak przerwę w jego pracy. Kto jest Erwin? Podróżny, który pojawia się  w najbardziej niezwykłych miejscach: w Galerii na dworcu, na wolnym rynku obuwniczym, w Nowej Hucie. Erwin, który jako młodzian był bardzo szczęśliwy, ale z czasem stracił ojczyznę, język i imię, i teraz podróżuje po Europie, aby znaleźć swoje korzenie. W Pradze wreszcie napotyka swoje dzieciństwo i dowiaduje się, że przybył w czasie polskiej „Solidarności” z transportem darów do Wiednia, aby nie być wysłanym z jego matką do obozu dla uchodźców. Czy udało mu się pomyślnie znaleźć jego tożsamość? Erwin Gil jest człowiekiem nieodpowiedzialnym. Urodził się w ostatnich dniach wojny z Solidarnością, z siedemnastolatki, wzrasta w czasie wolności; ale ojciec jest nieobecny, matka czynna zawodowo. Erwin daje się prowadzić nie bez złego sumienia, choć jego złe sumienie nie zwalnia go od
złego działania. Wykorzystuje współziomków, wiąże nieostrożnych, zmaga się z pracą sprzedawcy mebli. Pije albo żyje abstynencko, jak mu akurat pasuje. Pokonuje szczęśliwie los, i tak upływa mu życie. Choć w jego domu było jeszcze dziecko-debil, wydarzyła się też tragedia… Tydzień urlopu otrzymuje porucznik Erwin Gil, który latem 1999 przybywa z poligonu na wschodzie. Gdzieś na antypodach ziemi ludzie są prześladowani przez islamski radykalizm. Na pałacowej prowincji żyje sobie cicho: wojna islamska wydaje się odległa, tu wierzy się mocno w “końcowe
zwycięstwo” rozumu, czas idzie powoli. Szybko Erwin zwrócił uwagę na Jańcię, a Jańcia na niego. Ale idylla doznaje pęknięcia, ponieważ Erwin jest nawiedzany przez pamięć „rosyjskiej” zimy. Jego romanse z piękną Maschenką w miejscowości “Maleńka gdziekolwiek” kończą się brutalnym atakiem, i w desperacji znajduje Erwin tylko jedno wyjście: swoją miłość uratować przez morderstwo, o którym nic nie wiemy. I teraz każde miejsce okazuje się gołe, także jeśli chodzi o dalszy etap jego ucieczki. W końcu oddał się muzyce. Na zewnątrz miły facet, a wewnątrz poczciwa dusza odtąd eksploruje skryte i przytłumiane uczucia w akordach dziewiątej muzy; zaczyna żyć w nowym stuleciu jak ktoś uczestniczący w wojnie wszystkich przeciw wszystkim; stara się pokazać jednocześnie bezdenny niepokój i wewnętrzne konflikty ludzkimi tonami, poprzez które jednak nie udaje mu się wyznaczyć żadnej drogi. Urlop nie zapada w pamięć nikogo, ale opowiada nieustannie o osobistym urazie w kwestii walki o godziwe przetrwanie na fali jutra, które może stać się udziałem każdego z nas. Na obrazach w salonie widać piękny
Kraków, który jest tutaj czymś więcej jak historia. Ostatnio zaczął też pisać z powodzeniem pamiętniki. Na swoje 50 urodziny pisarz Erwin odbiera dziwny list, który czyta na tarasie krakowskiego „Jubilata”. Nadawca: nieznana kobieta. Skądinąd powiem Państwu, że to jest kobieta uzdolniona, ale wcześnie pomijana. Poślubia niekochanego mężczyznę, żyje we freudowskim małżeństwie. Kocha nierozdzielnych przyjaciół, Józka i Joachima, mieszkających po sąsiedzku, to my. Decyduje się na aborcje. Uważa się za winną. Gdy jest chora, zagłusza swój ból i  postrzeganie świata lekami. Bez trwałego sukcesu. Jej podróż-kuracja nie zmienia tutaj nic.
Pomimo wzrastającej tęsknoty za śmiercią i izolacją, utrzymuje kontakt ze swym najstarszym synem. W 1994 roku wreszcie kończy się jej „niechciane nieszczęście” nadużyciem pastylek nasennych i antydepresyjnych. Kobieta opowiada Erwinowi w liście historię swego życia, które jest bardzo podobne do historii jego życia, ale on nie daje wiary. Opowiada w liście jak ona poznała go po raz pierwszy jako dziecko, pokochała, a potem z czasem coraz więcej spadała w rój
innych kobiet. Po wspólnej miłosnej nocy, wiele lat później, przynosi mu syna na świat, którego istnienia Erwin nie pojmuje. Gdy ona ponownie kilka lat później po raz kolejny spotyka go, on nie poznaje jej. Bo dla niego jest ona tą, która żyje tylko dla tej miłości, a nie jako nienazwany przygodny towarzysz. Tylko wczesna śmierć syna uświadomi jej daremność jej pasji. Erwin przeżył ostatnio odejście kogoś bliskiego. Ale teraz Pani Daniela jest po drugiej stronie życia. Następnego dnia po pogrzebie, mówił do nas, pracował przez noc, a potem spał aż do obiadu. Tam nie było naprawdę dużo do roboty. „Uczynić coś i umrzeć”. Erwin dużo rozmyśla. Otwarte
przestrzenie, które oznaczały umniejszenie jego troski, umniejszały wszystko:
przedsięwzięcie skomponowania opery wydawało się najpierw bezprzedmiotowe. Przyszedł
czas na symfonii: słabe wybuchy, kontrapunktowe emfazy, nieszczęśliwe próby budowania góry na dźwięku. Pasjonujące dążenie. Ale po co? Pieniądze. Szacunek. Nieśmiertelność. Sposób zaprzeczania przypadkowi losowemu, który promował i powstrzymywał od strachu przed śmiercią. Czasami Erwin ciężko pracował na fragment, przez który mógł on wyzwolić swoje ostatnie marzenie- cel, by stworzyć tę przyjemność naraz tak zmysłową i abstrakcyjną, i by przetłumaczyć na wibracyjne powietrze „nie-język” wokalnej sztuki, którego znaczenia pozostawały na zawsze poza ich osiągnięciem, zawieszone tam, gdzie emocja i intelekt zespoliły się. To powinien być symfonii moment, jej triumfalnego potwierdzenia, gromadzenia się wszystkiego, co było radośnie ludzkie zanim przyszło zniszczenie. Ale przedstawione tak, jako proste powtórzenie fortissimo, było dosłownie umysłowym wybuchem, bathos; a nawet mniej jak to,  co było nieważne; tym, co jedna  tylko zemsta może wypełnić. Praktycznie każdy instrument odtwarzał ten sam zapis. To był jakby trzmiel. To był olbrzymi odpowiednik lutni, który domagał się korekty. Tak więc Erwin jest wziętym kompozytorem pracującym właśnie nad symfonią, która uświetnić ma nadejście nowego tysiąclecia. Zdaje sobie sprawę, że jego muzyce brakuje „mięsa”, ambicji; zabawnego otwarcia utworu, jakiegoś pomysłowego dialogu, opisu charakterów i zabawnych przyjaźni, śmiertelności i moralności i nagłego, drążonego zakończenia, wielowymiarowości. Może już wspomnieliśmy o tym, że pracujemy w redakcji podpadającego dziennika. A teraz przybici odejściem przyjaciółki Erwina nawiedzamy go w jego domu.
Otrzymaliśmy od męża Pani Danieli zdjęcia kompromitujące radykalnie prawicowego ministra spraw zagranicznych. Jeśli opublikujemy je – uratujemy pismo, ale i zrujnujemy karierę polityczną pewnego kandydata na premiera. Erwin niedawno w poszukiwaniu natchnienia wyruszył w polskie Sudety. W czasie wędrówki po górach obserwuje niepokojącą scenkę napaści na kobietę. Postanawia się jednak nie mieszać. Po co ma narażać się na ewentualne przykrości, tym bardziej, że właśnie spłynęło na niego tak wyczekiwane natchnienie? Ale już mamy się rozstać? Na co możemy mieć nadzieję po naszym spotkaniu? Nic tutaj nie jest jednoznaczne, nie ma właściwych odpowiedzi, a nasza para smutnych i zgorzkniałych gości przyjaciela sprzed lat każdą kolejną decyzją coraz bardziej się pogrąża. Józek i Joachim, to my, chodzimy z pewnym moralnym defektem. Nie dostrzegamy swej niegodziwości, a w trosce o dobre samopoczucie nie chcemy poddawać swojego postępowania żadnym moralnym ocenom. Zło kryje się tu za wygodnym egoizmem i pogardą. Jest wykoncypowaną na chłodno dbałością o własny interes. Jak zgubne i krótkowzroczne jest to postępowanie przekonaliśmy się szybciej niż przypuszczaliśmy. Otóż wiemy tak niewiele o każdym z nas z osobna. Spojrzeliśmy przez okno na leżący w dole Kazimierz. Możemy spoczywać głównie zanurzeni, podobnie jak kawałki lodu, z naszymi widocznymi społecznymi jaźniami, szkicującymi tylko schłodzenie i biel. To był rzadki widok „poniżej fal”, człowieczej prywatności i niepokoju, jego godności, powracający i wyzwany
przez dominującą konieczność czystej fantazji, czystej myśli, przez nieredukowalny czynnik ludzki – umysł. My zbójcy za młodu. A teraz przyjaciele, którzy spotkali się, objęli i odeszli, każdy ku jego własnej pomyłce. A Erwin… Jego sny były po prostu kalejdoskopowym złamaniem jego tygodnia, uczciwym komentarzem odnośnie jego tempa i emocjonalnych potrzeb, ale pomijane, z bezmyślnym, skrywanym rozszczepieniem, polaryzacją podświadomości, grą-planem, uzasadnieniem, którego zmieniająca się logika w rzeczywistości utrzymywała przyjaciela przy zdrowiu. Coś wystarczająco pewnego, coś w chorobliwej i pełnej hałasu postawie Erwina sugerowało zbliżającą się paraplegię przesłonioną snem. A on nie przestawał marzyć, obwieszczać młodzieńczy bunt przeciw nieudanemu tworzeniu, przybliżać pokolenie przejścia ku nowemu
stuleciu; zachęcał nas do podjęcia napisanych przez niego fragmentów pt. „Romeo i Julia po czterdziestce”. Ja mam jedyną słabość do tej pary, powiedział, nie śmiem też pisać muzyki o miejscu ich urodzenia, Weronie. Z drugiej strony, zły to kraj, który przeciwstawia się miłości dwojga ludzi. Zróbmy wszystko razem, żebyśmy byli bardzo szczęśliwi.

.

Leave a comment