Barszczak S., List do matki
Najdroższa Paulo, Dziękuję, że nie wypuściłaś we mnie zdradzieckiej strzały z powodu moich doczesnych sukcesów: to byłoby takie łatwe! Oszczerstwami proszę się nie przejmować. Przecież Ciebie zupełnie się one nie imają. Cóż można zdziałać przeciw człowiekowi tak „otwartemu“, jak Ty mamo. Otóż w niektórych momentach w naszym sercu powstaje taki zamęt, że nic z zewnątrz, spoza serca nie jest zdolne nas zainteresować. Wówczas zabieram się do porządkowania listów: smętne zajęcie! Ileż tu wygasłych już przyjaźni! Ileż wyłania się twarzy, których rysy, tak mi ongiś drogie, zatarły się w pamięci. Kiedy pomyślę, ile tych miłości i przyjaźni my zabijamy, Ty i ja, w ciągu naszych żałosnych udręczonych żywotów, przechodzi mnie dreszcz. Mam czułość żywą i aktywną dla najbliższych, ale gościmy przecież w sobie tak wiele różnych istot! Ile zaś z nich należy zdławić i pozabijać, by zadowolić się najpobożniejszą i najbardziej rozsądną!…Otwarłem Twoje ponaglenie o moje najlepsze prowadzenie się z dnia dzisiejszego. Twoja matczyna życzliwość wobec mnie jest wielce zobowiązująca. Od lat chłopięcych byłaś dla mnie utajonym mistrzem, którego urokowi starałem się zbytnio nie poddawać, jako że podlegałem innym nakazom. Ale różniąc się od Ciebie umiałem spełnić twoje życzenie. Sprzeniewierzywszy się Tobie czasem, czułem w sobie wierność dla twojego ducha. Dodam tylko, że aczkolwiek często burzyłaś mój spokój, doznałem od Ciebie jedynie wiele dobrego, jeżeli za dobro uważać można kochanie życia bardziej, niż ja je kochałem, dopóki się nie poznaliśmy. Chciałbym stać się człowiekiem, który wnosi trochę prawdziwej Światłości- zadanie szczytne, którego nie czuję się już godzien. Och! Ale przynajmniej niech oceniaj poprzez mnie doktryny życia, którą moje życie obraża. Najdroższa mamo, bezkresne pole buraków odgradza mnie od świata, zamyka w stylowej bombonierce ojczyzny mojej. Co by nie mówić religia chrześcijańska w Polsce ma w sobie coś zdumiewającego… ja nie wybierałem chrześcijaństwa, zostało mi ono wszczepione, ledwie się urodziłem- a nawet zanim się urodziłem… opieram się jej, mimo, że się w niej urodziłem. Ludzi, którzy przyszli z drugiego brzegu nie mogą pojąć owej pasji. Nie wierzę, nie chcę wierzyć w twoją równowagę ducha. Z punktu widzenia chrześcijańskiego byłoby to oznaką, że jesteś pozostawiona sama sobie- znakiem, że jeśli o Ciebie chodzi, Bóg się już zniechęcił… Twoja świadoma postawa wydaje mi się czymś najbardziej tragicznym w dzisiejszym świecie. Twój przypadek” kryje w sobie sens (jednak), który mnie fascynuje. Każdy ma własne trudności: dla mnie to jest wiara; tak dużo igrałem z ogniem, że teraz prześladują mnie tysiączne trudności. W zamian jednak mam w sobie trochę miłości; a zaiste to osobliwe- wątpić w przedmiot swojej miłości. Poprzestaję tedy na powtarzaniu: „Wierzę w Ciebie, ponieważ Cię bardzo kocham”. Mam pięćdziesiąt lat. Nie mogę już znieść życia w ciągłym rozdarciu. Poddaję się mojej większej miłości. Im bardziej jednak jej ulegam, tym bardziej czuję się wyleczony z obojętności wobec innych, która niegdyś pomagała mi żyć. Opowiadam się z wyjątkowym pisarzem F. Mauriac, po stronie słabszego- Chrystusa- ale nie po to, żeby walczyć- ale żeby kochać. Nie powinniśmy zdumiewać się tym, że umieramy, ale że żyjemy pomimo setek tysięcy chorób, które na nas czyhają. Poczucie, że znajdujemy się w rękach Boga, wielce wszystko upraszcza. Dziś bardzo dobrze rozumiem to, co ongiś nazywałem głupotą, a co jest dziecięctwem duchowym. Wszystko, co Jezus powiedział, okazuje się prawdziwe dosłownie; trzeba się stać małym dzieckiem: podać rękę, zamknąć oczy. Trzeba kochać, niczego nie żądając w zamian, i od Jezusa uzyskać, aby nas za wszystko wynagrodził… zdarza się, że przystępuję do komunii bardzo ozięble, żałośnie… i nagle w ciągu dnia, kiedy pracuję i kiedy właśnie najmniej o tym myślę, doznaję nagle wrażenia czyjejś obecności zmuszającej mnie, żebym wszystko odłożył. Chcę Ci przedstawić swoistą historię duszy współczesnego nam człowieka! I w moim przypadku nie raz bywało tak, jak w opowiadaniu C. Carretto pt. Pustynia w mieście: „Uczyniłem pociąg ‚miejscem‘ mojej modlitwy. Ty wiesz czym jest wagon pociągu, który rano i wieczorem wyjeżdża i przyjeżdża do miasta, przeładowany robotnikami i studentami. Hałas, wybuchy śmiechu, dym, zgiełk, tłok. Siadałem sobie w rogu i nic nie słyszałem. Czytałem ewangelię. Zamykałem oczy. Słuchałem Boga. Co za słodycz, co za spokój, co za cisza! Siła miłości zwyciężała rozproszenie, które chciało wtargnąć do mojej fortecy…. Byłem naprawdę sam z sobą i nic nie mogło mnie rozproszyć. W objęciach miłosci pozostawałem w pokoju. Tak, to właśnie miłość musiała stworzyć wem nie jedność. Przebywający w pociagu zakochani szeptali coś między sobą, w doskonałej harmonii, nie zwracając uwagi na to, co działo się dokoła. Ja sobie szeptałem z moim Bogiem“. I powiewm Ci więcej. Otóż przez zgłębianie innych dzieł zatraciłem Cię mamo. Jak to uczucie, którym darzyłem Cię w latach chłopięcych odzyskać? A człowiek musi być z Bogiem. Niestety nieustannie przez dzieje im bliżej jesteśmy Golgoty naszej, tym więcej jesteśmy paraliżowani sobą. Moja wiara była odpowiedzią miłości. To zawdzięczam Tobie mamo. Idąc tą drogą maluję dalej jeszcze szczęście w optymalnych barwach. A przecież szczęście jest niedaleko każdego z nas. Nie raz już modliłem się: O Boże, ten świat opuścił Ciebie, który jesteś jedynym fundamentem jedności. Owocem wiary jest miłość. Oddajemy życie za siebie. I bardzo dobrze. Ale mnie się wydaje też, że zacząłem spełniać wiarę innych ludzi, i to mnie uszlachetnia. W jakim celu: by oświetlić miłość w jej różnorodnej gamie odcieni, by dać jej jedyną pełnię. Tutaj też zachowuję jedyne napięcie wiary i miłości, jak pisał F. Mauriac, jeśli Jezus nie byłby Chrystusem, to nie odczuwałbym w katedrach nic innego jak wielką pustkę. Katolicyzm bez Chrystusa byłby pustą wydmuszką, spreparowaną w ciekawy sposób. Krzyż bez Słowa nie byłby niczym jak szubienicą. Papież obecnego odrodzenia chrześcijańskiego kard. G. Ravasi napisał: Chrystus jest rzeczywiście pewnym, nie dającym się zastąpić korzeniem, który rodzi nadzieję i tragizm, który zapuszcza się w grunt historii i wypuszcza gałęzie w niebie wieczności, który wywołuje słabość i wielkość w pewnym splocie, dla tego, kto wierzy i dla tego, kto wątpi. Koniec cytatu. I tak stałem się w czasie. W ten sposób dzielę mój czas: połowę śpię, połowę marzę. Kiedy śpię, nie marzę, byłby to grzech: ponieważ sen jest czymś najbardziej genialnym. Czas- substancja, z której zostałem zrobiony, pseudonim samego życia. Pragnąłbym nieraz modlić się w Ojcze nasz:„Wyzwól nas od myśli, pierwotnego trądu, niedorzecznego upojenia, tratwy zła i wygnania; i niech tak się stanie.“ „Kiedy nadejdzie czas, abym do Was przyszedł, mój Boże, uczyńcie aby był to dzień, w którym na świętujących polach błyszczy pyłek. Chciałbym wybrać dla siebie drogę prowadzącą do Raju, gdzie w jasny dzień błyszczą gwiazdy. Wezmę mój kij i ruszywszy wielką drogą, powiem osłom, moim przyjaciołom: to ja jestem Francis Jammes i idę do Raju. Chodźcie słodcy przyjaciele błękitnego, biedne, drogie zwierzęta, które niecierpliwym ruchem ucha odganiacie natrętne muchy, pszczoły i uderzenia.“ Jeszcze włoch S. Quasimodo napisał: „Jakże mogliśmy śpiewać z obcym butem na naszym sercu, pośród zmarłych opuszczonych na placach, na trawie twardej od lodu, wobec płaczu młodego jagnięcia, wobec czarnego krzyku matki, która szła na spotkanie syna ukrzyżowanego na słupie telegraficznym? Na gałęziach wierzb, z wyboru, także nasze cytry zostały zawieszone, kołysały się lekko na smutnym wietrze.“Mamo tak, straciłem dzieciństwo i nie będę mógł go odzyskać inaczej jak przez świętość, która dla mnie jest odzyskiwaniem duszy… Gdzie są te pokolenia, gdzie poszły sobie gwiazdy, gdzie uleciało słońce lata? W rzeczywistości to problem duszy, a nie otaczającego nas świata. Znalazłem się był niedawno w Nazare nad Atlantykiem, w Portugalii. Chcę teraz powiedzieć: jestem tylko jak dziecko, które bawiło się na brzegu morza i zajmowało się szukaniem, od czasu do czasu, kamienia wygładzonego przez wodę lub muszli ładniejszej niż inne, podczas gdy wielki ocean prawdy rozciągał się przede mną nieznany. Bawiłem się odblaskiem fal, mogłem tylko zanurzyć się na jakimś obszarze w jedyne fascynacje ostatnie…Serce oceanu znajduje się jednak z daleka od nas, niedostępne dla nas, nawet jeśli słyszymy jego rytmiczne bicie. Człowiek nie może posiadać prawdy. Powtórzę się tutaj z pewnością, istnieje podanie, które nigdy nie przeczytałem, L. Pirandello, Bajka o zamienionym dziecku: oto matka musi wychować podrzucone dziecko. Ale na końcu jednak, prawdziwy syn, nieszczęśliwy pomimo bogactwa, powraca do matki, ponieważ to autentyczna miłość daje prawdziwe szczęście. Idąc pod górę i ja spotkałem ‚oślepiające‘ słońce i raz zawołałem: Boże, zerwij te szaty śmiertelne, rozbierz mnie do naga, przyodziej mnie twoją miłością. Dusza nie może się zatrzymać…Żyłem omamiony, więzień ciała i pokornej duszy. Nauczyłem się czuwania, snu, marzeń, ignorancji, ciała, opóźnionych labiryntów umysłu, przyjaźni ludzkiej i tajemniczego oddania psów. Byłem kochany, rozumiany, wywyższony i zawieszony na krzyżu, pisał ‚dyrektor biblioteki‘ J. Borges. Poznałem w końcu Jezusa Chrystusa -Mądrość doskonałą, który dostosował się do labiryntów umysłów…Wszechmogący, a jednak musiał przyzwyczaić się do rytmów fizjologicznych czuwania i snu. Jest pełnią Miłości, a jednak wybrał doświadczenie ograniczeń i niedoskonałości przyjaźni ludzkich. Jest Życiem, a jednak przeszedł przez mrok śmierci.(F. Ravasi) Życie nie przynależy już do pełni, do tej pierwotnej i skończonej całości, nie stanowi już centrum wartości; jest jak postrzępiona krawędź, która opasuje pustkę. Poeta to widział tak: ‚Ja, Pan, stałem się małym, aby móc podnieść was z waszego upadku. A cesarz M. Aureliusz słuchał nawet morzaa, gdy pisał: Każde morze jest kroplą kosmosu; góra Athos jest małą bryłką kosmosu; cały obecny czas jest punktem wieczności: wszystko jest małe, niestabilne, zmierzające do zniknięcia. Miłość Boga nie chroni mnie przed każdym cierpieniem. Chroni mnie jakby w każdym cierpieniu. Pozwól Chryste, abym wkroczył w jasny i bezkresny dzień, z oczami utkwionymi w Twoim białym ciele, Synu Człowieczy, Ludzkości doskonała, w niestworzonym świetle, które nie umiera; oczami, Panie, utkwionymi w Twoich oczach, i w Tobie, Chryste, i ja zatraciłem spojrzenie! Nie przestaję otwierać się na bliźnich, nawet ich pouczać miłością, i wpajać szczególnie młodym smak bezkresnego morza. To, czego nam brakuje to kurs, kierunek, który zorientowałby nas na prawdziwą mądrość. Ponieważ może się wydarzyć taka sytuacja, jak w czasach duńskiego samotnika S. Kierkegaarda: „Statek jest w ręku kucharza pokładowego i wyznaczonym kursem nie jest już to, co przekazuje megafon kapitana, ale to, co będziemy jeść jutro.“ Czyż nasze ciało, którego już nikt nie może kochać, ma ciągle jeszcze odciągać nas od Ducha, który wymyka się czasowi i który również, nade wszystko, jeden tylko stworzony jest po to, aby kochać- który jest miłością? Nasza religia jest identyfikacją. Ale Pan wie, iż wracamy nieustannie jednak do ogrodu Eden. Mam doświadczenie różnych ludzi, czasem jedynie także tego, że dobrze wybraliśmy chrześcijańskie wartości, jak również że nie bezpośrednio w chrześcijańskim zagajniku ogrodnik pracował, jak również iż jako wierzący musimy jednak stale poprawiać naszą logikę życia. Otóż przykładowo gdzie nie ma humoru, jest obóz koncentracyjny. Przez wiele lat z własnej niewymuszonej woli, mógłbym powiedzieć, przebywałem w takim obozie dla mej duszy. To był przedsmak piekła. A piekło oznacza już nie kochać, nie spotkać drugiego człowieka, i to przez całą wieczność. Nie wyobrażam sobie raju chrześcijańskiego jako rodzaju greckich Pól Elizejskich. Przecież chodzi o posiadanie, poza czasem i przestrzenią, tej miłości, w której pokładam większe zaufanie niż w samym moim życiu! Sugeruje się tutaj pewną ciszę i rodzaj czynnego napięcia skierowanego ku owej mecie. A przed nami w pięknym ogrodzie katolicyzmu Róża niczego, znowu zdajemy się krzyczeć: będziemy kwitnąć! Nierzadko Boże odwieczny, jesteśmy ślepi, bez żadnego światła…Tym litościwym okiem, którym stworzyłeś nas i wszystkie rzeczy, pomyśl i zatroszcz się w potrzebach świata…wskrześ Pawła, który oświetliłby świat! Mamo najdroższa! Od kiedy masz tę plamę na oku? Ty mówisz, od kiedy twoja miłość do mnie osłabła! Ja Ci powiem. Sucha gałązka, zlożona na kilka lat w kopalniach soli kamiennej, przemienia się we wspaniałą grę klejnotów, które błyszczą niczym brylanty w świetle słońca. Nadzieja przez pewną chwilę ukazała się we wzroku matki, ale wiedziałem, że chwila była czymś więcej. Mamo kochana, ty wciąż choćby ‚przez pewną tylko chwilę‘ potrafisz się jeszcze uśmiechnąć, sprawić, że zabłyśnie iskierka nadziei. Gdzie moja dusza. Ja jestem bliźnim siebie samego. Duszo bądź jak pinia, która przez całą zimę rozpościera w pustym, białym powietrzu swoje kwitnące ramiona…Kiedy byłem dzieckiem, źdźbła trawy i maszty wznosiły się nad brzegiem i dla mnie tam rozciągniętego były wszystkie jednakowe, ponieważ wznosiły się ku niebu, wyżej ode mnie…ale my odbywamy drogę w przeciwnym kierunku niż kwiaty już, zejść w dół i zakończyć, korzeń, w łonie ziemi, w ciemności. Dusza człowieka jest jak tropikalna dżungla. Z jedynymi pasatami, jak w zaimprowizowanej dżungli w ‚szkolnym planetarium‘ w szkockim Edyndburgu. A kiedy są dziury w duszy, potrzeba jeszcze większych iluzji, absolutnych. Mawiał święty proboszcz z Ars: Nadejdzie dzień, w którym ludzoie tak będą zmęczeni ludźmi, że wystarczy mówić im o Bogu, aby zobaczyć jak płaczą. Boże, ty jesteś tajemnicą myśli, dla której każdy cud jest zebrany w Tobie, jak w amforze zbiera się trzciny. Możliwe, że jutro wstanie świt ostatniego dnia: wtedy, nie wcześniej, przrwiemy chętnie pracę, dla lepszej przyszłości…Ileż to razy, o kraju mego urodzenia, do ciebie przyjeżdżałem, aby szukać tego, co do mnie należy i tego, co utraciłem. Ten stary wiatr, te stare głosy, zapachy i pory roku kiedyś, biada mi, przeżywane. Słodka i jasna jest noc i bezwietrzna, spokojny ponad dachami i w ogrodach wstaje księżyc i z daleka ukazuje każdą ukrytą górę. Co ty robisz księżycu na niebie? Powiedz mi co robisz, milczący księżycu? Jeśli życie jest niedolą, dlaczego się w nas utrzymuje? Jakże piękna jest młodość, która cały czas ucieka. ‚A tymczasem szybuje drogi czas młodości, droższy od sławy i jeszcze droższy niż czyste światło dnia. Serce matczyne, serce ukrzyżowane, serce błogosławione, serce krwawiące, serce modlące się na krawędzi przepaści, już nie dla ciebie, już nie dla ciebie będziesz żyło, ale dla syna w tysiącu formach przebaczenia i miłości odrodzisz się. Ave. Nie pozwól, abym ugiął serce przed gwałtowną falą tłumu: trzymaj wysoko moją głowę, dumną z tego, że jest Twoim sługą. Zobacz, drzewa stoją, domy które zamieszkujemy stoją. My tylko przemijamy, powietrze które się zmienia. A wszystko sprzysięga się, aby milczeć na nasz temat, tak jak przemilcza się wstyd czy przemilcza się niezrównaną nadzieję. A przecież odnalezione królewskie klejnoty, jak na przykład przed dwustu laty w przypadku Szkotów, zaświadczają, że byliśmy człowiekiem! Przechodzi generacja za generacją, trzeba odnaleźć dokładny kierunek bytu i wyborów ku jednej jedynej mecie. „Widzieć świat w ziarenku piasku, firmament w polnym kwiatku, nieskończoność we wklęsłości dłoni i wieczność w godzinie.“(W. Blake) O tym, że byliśmy człowiekiem obwieszcza nam również wieczna pewność odkupienia, która wyłania się z obrazów Michała Anioła z kaplicy Sykstyńskiej. Co ci powiem jeszcze mamo, piekło jest jakby tutaj. Ktoś powiedział, żę istnieją dwa sposoby, aby nie cierpieć z jego powodu. Pierwszy jest prosty: zaakceptować piekło i stać się jego częścią aż do momentu, w którym już się go nie widzi. Drugi jest ryzykowny i wymaga nieustannej uwagi i pogłębienia: szukać i umieć rozpoznać, kto i co w tym piekle nie jest piekłem, i pozwolić mu trwać i dać mu przestrzeń. Ja myślę, że ten drugi sposób jest bliski także moim wyborom. Niektórzy mówili nawet, że ci, którzy kiedyś umierali wiedzieli, gdzie mają iść- dokładnie na prawicę Boga- teraz ta ręka została amputowana- Boga nie można znaleźć. Trzeba nam się narodzić powtórnie, a jeżeli przyjdzie, to i po raz trzeci. Najdroższa mamo, to mają być narodziny Boga we mnie. Zapytasz z pewnością, w którym miejscu doskonałej duszy Bóg-Ojciec wypowiada swoje wieczne słowo? Trzeba nawet głosić miłość niekochaną. Wielki J.W.Goethe powiedział w końcu: „dojdzie się do momentu, że w chrześcijaństwie wszyscy będziemy wreszcie jedną tylko rzeczą.“ Zatem spójrz, o jaki zabiegam mój orszak w niebie. Tymczasem tam w niebie ty pomódl się za mnie, który codziennie modlę się za Ciebie z głębokim i czułym przywiązaniem. Życzę pomyślnego roku i serdecznie ściskając całuję Twoje dłonie…. Niezmiennie wdzięczny, Stanisław.