23 lipca 2010

Stanisław Barszczak—-W Tatrach—-

Tęskni serce na pamięć matki ku górze, ku niebu spozierającemu na nas z jego wież, by wyrazić podziw czasu i różność przestrzeni. A dokoła niebosiężne skały, jakaś

wnęka, z pewnością po jakimś bogu z przeszłości. I mimo faktu, że spinaczka ku Rysom w Tatrach nie jest osiągnięciem nazbyt możebnym, doskonała jedność takiego życia

jest niemożliwa, nie możemy złączyć się w jedynym a najdoskonalszym posłuchu tej drogi, to jednak czasem natura użycza miejsca łasce. Powstaje taki piękny, słoneczny

dzień w życiu pojedyńczego człowieka. Czy może być jakiś moment czysto obecny w doświadczeniu? Osiągnięcie wszelkie wydaje się doświadczeniem poza czasem, poza

możliwością, ponieważ wciąż nie powiemy ostatniego słowa…Ale my ostatnio zdobyliśmy raz jeszcze Szczyt Rysów, niezbyt gościnny z braku miejsca -na inne szczyty gór

można już wjechać kolejką. Za to przed nami żelazny krzyż, piękne widoki dokoła, w pobliżu na pięć metrów, niczym skrót jakiejś perspektywy, jawi się o cztery metry

wyższy szczyt Rysów słowackich, tu siedzimy grupą jakieś pół godziny, telefony są poza zasięgiem sieci, nagle ulewa, zaczyna się na powrót zejście polskim,

trudniejszym zboczem, przy pomocy tych samych łańcuchów, ucieczka przed burzą…jaka ta nasza droga, czwórka śmiałków, w tym dwóch zuchów, mam nakaz iść przodem, nie

czekam, szybko schodzę przy pomocy zamocowanych tam łańcuchach po kamienistym szlaku, lodowiec ze swym porannym chłodem jakby stopniał, za to ulewa wzmaga się.

Opuszczamy schronisko nowe pod Morskim okiem, by po jedenastu godzinach wędrowania ruszyć w szóstkę z Łysej Polany ku Zębowi, zawitać w góralskim domu. Zastanawiam się

teraz, czy czujesz dzisiaj to, co ja czułem, gdy szliśmy ręka w rękę, w duchu lepsi przez tę krainę, tego jedynego, powiedzielibyśmy, rzymskiego i majowego popołudnia.

Śpiewaliśmy, ja objąłem myśl, która to wiem, dręczyła mnie po wielekroć. Miałem przed oczami obraz jaskini “Bielińskiej” koło Smokowca, gdzie żyje osiem rodzajów

nietoperzy kpiących z naszej drogi…Teraz pomóż mi trzymać się tutaj, gdzie są jeszcze kamienie niczym ruiny rzymskich budowli i pewne chwasty. Z podarowaną czekoladą

wypoczywamy nad Morskim okiem, szmaragd tego górskiego jeziora jest niezapomniany, z jego rybką, z widokiem uśpionym nieskończonego runa pierzastych traw na tafli

tatrzańskiego akwenu, cisza i pasja, radość i pokój, odwieczne obmywanie się powietrza, upał wokół, jakby duch rzymski stąpił teraz tutaj po jego upadku…A nad nim w

pół godziny drogi, niczym następny stpień ogromnych schodów do nieba rozciąga się Czarny staw, akwen wodny w skałach nieco mniejszy. Piętrzące się stromo w górę

słowiańskie, choć nie takie popękane, ale białe, nagie skały zdają się symbolizować trzeci, ostatni, ale jakże nagle wysoki stopień tatrzańskiej drabiny ku kolistemu

przeznaczeniu człowieka…To jedyne życie przedstawia górską drogę, a więc wspinanie się spod Czarnego stawu przez trzy godziny w górę, długi spacer wcześniej z Łysej

Polany w pobliżu huku górskiej wody, Wodogrzmotów Mickiewicza, lewą stroną Morskiego oka, potem Czarnego stawu. A przed nami cuda natury uperfumowane w grze, jeszcze

jakieś krokusiki, małe rybki, kaczki; i nasze zezwolenie na natury jej drogę- choć coraz interweniuje także tutaj już człowiek, gdzie niebo patrzy z jego wież! Jeden

powóz konny z turystami zaświadcza o ciągłości mej pamięci, wcześniejszym bo sprzed lat trzydziestu olbrzymim ruchu dokoła…Jak mówisz? Pozwól być niezawstydzoną

duszy, niech będzie jak ziemia naga pod niebem u góry…po prawdzie jak to jest, czy wolno, można- czy jest pod naszą kontrolą kochać czy nie kochać?…Matko Naturo,

chcę, żebyś była dla mnie, ty która jesteś tak bardzo, nie więcej, nie twoją, nie moją, nie niewolnicą, nie wolną w pełni. Powiedz, gdzie leży wina, błąd? Jakie jest

jądro rany mojej, od kiedy ona musi już być? Chcę adoptować twoją wolę…popatrz w moje oczy, wysłuchaj serca bijącego przy twoim, wypij moją pełnię w wiosnach twojej

duszy. Chwytam ciepło twojej duszy, zrywam różę marzeń wiecznych. Teraz raz jeszcze schodząc z góry gnam szybciej, zbaczam z szlaku…jestem pod wpływem telefocznej

ciszy, ktoś mnie zawraca głosem na szlak…choć miłość tę chwilę obecną może wypowiedzieć dużo lepiej, jak język…Jak jestem daleko od tej minuty, kiedy człowiek był

w czasie, innymi słowy- jak mógłbym oczyścić rzeki dzisiejszego Egeru…Oto muszę iść dalej, rosnąć jeszcze jak oset gnany przez kierunek światła. I tym razem zdawałem

się dokładnie uczyć czlowieka, a rozróżniam nadal tylko nieskończoną pasję i ból skończonych serc. Choć już słyszy się jeszcze może maleńkie słowa o ludziach, o was,

niczym znak ludzkiego zwycięstwa Boga: Ostańcie z Bogiem! Myśląc o Polsce po polsku trzeba więc nam nie zapominać o Ojczyźnie niebiańskiej naszego człowieczeństwa. O

losowa, bezsensowna, niespójna nowoczesności, naucz się żyć z tą polską a niebezpieczną górą, z jej odwieczną pieśnią o pętach woli.

Leave a comment