Wybór poezji cz.3

Elegia o ziemi rodzinnej
Gdzie jesteście białe damy, zielone ogrody?
„W kraju czarów jest moja wieża Eiffla.
Tu nikt nikogo nie zmusza.
Każdy ma z własnej woli patrzeć
w znak i ten sam znak dawać.”
Tam powrócę, będę chodził,
będę wspominał wakacje,
żeby błądząc samotnie
poczuć się bliższym siebie.
Tutaj zbierałem jagody, a uczucia
Sączyły się przez skórę.
Tutaj też odchodziły gwiazdy,
Co mi tak przyświecały.
Tutaj przebiegłem sto zaułków,
jakieś mnie licho gnało.
W marcu 1992 roku miałem wsiąść na okręt
i puścić się w daleką drogę.
Była więc w tym jakaś poetyczność-
a uciec z domu inaczej,
jak przez śmierć-nie można.
W moim kraju romantycznym został staw,
Brzegiem stawu tataraki jasne pną się w górę
Ku falistej ścieżce- gdzie dwa cienie,
Oczy niewygasłe dotąd biegną,
By spotkać się jeszcze, dwa cienie dotąd myślą,
Że miłość trwa wiecznie.
Po drodze nowogródzkiej pójdę,
będę łowił te błahe wspomnienia,
które odkładałem przezornie na przyszłość.
I powrócę. I odjadę, a każdy mnie powrót oddali,
Bo nie umiem kochać tej ziemi,
Bez której umarłbym z żalu.
Idzie wieczór. I fiołki rumieńców toną w stawie-
A dwa cienie wśród ciemnych kaczeńców
Dotąd szepcą dobranoc na zawsze.
Wracam nocą nad staw nasłuchując
Czy woda nie pluszcze i czy dawnych
Nie spotkam kochanków.
Lecz tam cicho, woda milczy
Wierna cieniom i pierwszej miłości

Gdybym miał niebios wyszywana szatę
Z nici złotego i srebrnego światła,
Ciemną i bladą, i błękitną szatę
Ze światła, mroku, półmroku, półświatła,
Rozpostarłbym ci tę szatę pod stopy,
Lecz biedny jestem: me skarby – w marzeniach;
Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy;
Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach. (Yeats)

Żeglując do Bizancjum
Bóg mnie opuścił – nie wiem czemu…
Źle Mu w niebiosach! Wiem, że źle Mu…
Ojciec mój tak swą śmierć przeoczył,
Że idąc do dom – w grób się stoczył.
Siostra umarła z łez i z głodu,
A wszyscy mówią: “Bez powodu!”
A brat mój tak się z bólem ścierał,
Żem nasłuchiwał, gdy umierał…
Kochanka moja teraz ginie,
Żem ją pokochał w złej godzinie.
A ja – nim miasto w mroku zaśnie –
Idę ulicą, idę właśnie… (B. Leśmian)

Anioł
Czemu leciał tak nisko ten anioł, ten duch
Sięgający piersiami skoszonego siana?
Wiatr rozgarniał mu skrzydeł świeżący się puch,
A od kurzu miał ciemne jak Murzyn kolana…
Włos jego – hartowana w niekochaniu miedź!
Oczy płoną, miłosnym nieskalane szałem!
Snem wezbrała mu w skrzydłach niewiadoma płeć,
Kiedy lecąc sam siebie przemilczał swym ciałem…
Możem zbyt go zobaczył lub uwierzył zbyt,
Bo w niechętnej zadumie przystanął w pół drogi…
I znów w oczach mu błysnął nieczytelny świt,
Gdy do lotu pierś tężył i prostował nogi.
Rosa jeszcze mu ziębła na wargach, a on
Już piętrami swych skrzydeł ku niebu się wzbielił
I ogarom ciała oddał bezmiarom na strwon,
A jam się do niebiosów wówczas onieśmielił…
Odtąd, gdy wchodzę z tobą w umówiony park,
Gdzie światła księżycowe do stóp nam się łaszą –
W twych wargach szukam jego przemilczanych warg
I nie wiem, co się dzieje z tą miłością naszą?…

Dwa krzyże stały nad mą mogiłą –
Ale trzeciego krzyża – nie było…
Gdym zdobył wieniec szczęścia i chwały –
Dwie mnie dziewczyny umiłowały.
Jedna mówiła, że bólem kocha…
Weselem – druga, bo więcej płocha.
Jedna weselem, a druga bólem…
Każda mię swoim przezwała królem!
Bo nie znalazły w chwili omdlenia
Pieszczotliwszego dla mnie imienia!…
Lecz mimo pieszczot ciągłej zamieci,
Ja – niestrudzony – śniłem o trzeciej!…
O tej. co biegnąc z wiosny zaraniem,
Pieści – pieszczotą, kocha – kochaniem!
Nie drży, nie blednie – smętna lub płocha,
Lecz płomienieje, kiedy pokocha!…
Od snów tych serce pękło na dwoje,
Więc pochowałem to serce moje!
I postawiłem dwa złote krzyże –
Dwa cienie padły na traw pobliże!
Dwa złote cienie, dwie złote smugi:
Jeden – dla jednej, drugi – dla drugiej…
Patrzyłem na nie na wpół przytomnie,
A wicher z niebem rozmawiał o mnie!
I powiadało niebo wichrowi,
Że grób mój snem się wokół różowi…
A wicher głośniej powiadał niebu,
Żem bogatszego spragnion pogrzebu!..
Dwa krzyże stały nad mą mogiłą,
Ale trzeciego krzyża nie było…
Nadal jednak kocham tak wiele. Pocieszam się wciąż,
że nie wszystko-Że wiele spraw zostawiłem, do których nie wrócę,
Bo innym blaskiem jaśnieje już słońce.
Magowie
Był krzyż, wszelki ludzki mozół. Rodzice z Jezuskiem
„tracą grunt pod nogami”; To ostateczne osiągnięcie,
przewidywane i przyjęte, rzuca z konieczności
szczególne światło, owiewa szczególnym duchem
całe nasze postępowanie. Mamy trzech magów,
ze Wschodu gdzie ich tron, którzy nie chcą ryzykować
dla jakiegoś „innego świata” żadnego z konkretnie
posiadanych dóbr- chyba była bolesna ucieczka
poza sfery widzialnego świata. A my jak byśmy wiedzieli
jakim prawem gnani przyszli do Betlejemu,
choć dziś nikt tego nie sprawdzi.
Co przynieśli, też w szczegółach nie wiadomo. Obaczyli trzy
gwiazdy a poszli za najjaśniejszą. I przebyli szmat drogi
łącząc się z liliją. A teraz po nich ślad maleńki
i tylko fama idzie przez dzieje. Wielcy magowie
powędrowali do progu życia.

O matce
A nie zaśpiewam więcej nigdy piosenki o ‘powołaniu’,
Odeszłaś mamo, zimna była wiosna,
Ani śladu po bitwie, ani śladu po makach.
„Tak mało wiesz o synu chodząca wśród gromnic
Tyle że spajam głazy rymów
Tyle że nie mogę zapomnieć płomienia dymu
Jak nikt inny jesteś pośród ludzi
Mówić cóż mówić drżeć z niemocy słów
Żebyś młoda i piękna w uśmiech mogła wrócić znów.”
Chcesz mi oszczędzić kilka lat złudzenia; ty wiesz,
że doczekam i sam poznam bez słów zaklęć i płaczu
szorstką powierzchnię i dno słowa.
Matusiu, już teraz niejeden rok uchodzi od dłoni,
która zaczęła spisywać historię życia,
dwojaką siłą czekania i kochania.
Dzięki ci za ciszę, w której nawet szeptem
pomyśleć nie wolno źle o życia bojach.
Żyję jeszcze w różnych czasach, jak owad w bursztynie,
Już teraz nie rzucam na ścianę cienia, cały w jaskini,
Jak w bursztynie nieruchomy-
Pocieszam się, że wiem, co mi jest dane, a co odjęte na zawsze.

Ku Betlejem

Za smugami karawan
chodziła jasna nowina-
Powiła Panna Syna.
Śpiewali Mu ochoczo,
Skakały pastusze melodie.
Cherubiny krągłą ziemię chylili nad Małym-
Nie śpi Dziecię, glob ziemski rączkami otula,
W czas pierwszego kazania nóżkami ku górom wywija-
Nie rezygnuje ze swych bamboszy,
Podnosi główkę i nóżki zarazem,
składa się w ostatnią kołyskę szczęścia.

Przy stajence

Z szeptu mój opłatek, przyjdą nagłe gwiazdy,
Matka pełna uśmiechu i chemii
dłonie zamyślała w balii
co wieczór…
a nad dłońmi tymi
trzej królowie spóźnieni płakali.
Woda nie była zwykła. Ze źródeł,
gdzie kadzidło rośnie i mirra,
palma także.
Przychodziły do niej z pustyni lwy płowe
gasić czerwone języki,
po głosie ich, po tęsknocie ich – człowiek
zjawiał się śpiewny i zwykły.
Na sianie szemrzącym, na szmerze
obok róży i bydła (On) leżał.
Trzej królowie chłostali zwierzęta,
ramionami ku gwieździe śpiewali,
zamyśliła dłonie matka uśmiechnięta,
wonne płótno (chyba zbyt pośpiesznie kołysała w balii)

Joseph Karl Benedikt Freiherr von Eichendorff: Modlitwa
Boże, żaliwie chciałbym się modlić,
ale oto pozostają obrazy ziemi
zawsze między tobą i mną,
a ja duszę muszę z świtem, brzaskiem,
trwogą, jak w otchłani widzieć,
Mocny Boże, lękam się ciebie!
Ach! Znów z tej racji łamię łańcuchy!
By wszystkich ludzi ocalić,
Zaszedłeś w gorzką śmierć.
Błądząc przy drzwiach Piekła,
Ach! jak szybko bywam stracony,
czyż nie ulżysz w mojej potrzebie! (tłum. Ks. S. Barszczak)

Leave a comment