Szkatułka i tiara cz.4

Od dwóch tygodni chmury kłębiły się na niebie, wielkie, pierzaste, to znów czarniawe i gładkie, nieco tylko przejaśnione na krańcach. I popadywał nocami deszcz, ale dotychczas szkód wielkich nie wyrządził. Jan Sowicki mieszkał w Aalter, w Niderlandach. Każdego ranka i każdego wieczora obchodził wszystkie groble; śledził, czy się gdzie woda przesącza, próbował, jak trzymają zastawy przy upuście, i z czołem zatroskanym spoglądał na niebo złowróżbne. Ale grobla, choć świeżo podsypana, trzymała się mocno. Gdzie niegdzie tylko cicha, na pozór spokojna woda ziemię kawałkami wygryzła, uderzając krótkimi, niecierpliwymi falami w miejsca najsłabsze, aż się wreszcie jakiś szmat ziemi rozpękł i odwalił, niby odłamany kawał razowca. Tego samego ranka mówił do żony: jeżeli się wiatr nie zmieni, to woda zacznie z wolna opadać. Jeszcze dwie zastawki wyjąłem. Młynarzowa wyjrzała przez okno.
-Koniecznie musisz jechać?- zapytała prosząco. Wiesz dobrze, dziś upływa termin raty. Jak do wieczora nie wpłacę, przepaść może moje prawo, i co? Procesować się będę? Harnowski mądry, już mu od dawna pachnie, żeby nas stąd wysiudać. Ale niedoczekanie jego. Nie potom się mordował tyle lat! Nie po to przetrwaliśmy najgorsze. Teraz dopiero zobaczymy, czyj młyn, kto tu przy stawach zostanie: ja czy on!- Janku…
-No co, no co? Ciągle ty na niego patrzysz, jak na dobrodzieja naszego? Cóż on mi zrobił za łaskę? Że tych trochę desek z lasu? Zobaczymy jeszcze-mruknął.
– Nie ty na tej ziemi siedziałeś! – uderzył pięścią w stół, aż podskoczyły puste szklanki po kawie- Dziesięć lat żyliśmy jak cyganie: bez dachu, bez kąta własnego. Nie po to chyba odbudowałem spalony młyn, nie po to usypałem groble, wstawiłem nowe mnichy, oczyściłem wszystko, od jazu począwszy aż do kanału za turbiną, żeby to teraz oddać, teraz, gdy już gotowe, wielmożnemu panu dziedzicowi tej ziemi. Ja stworzyłem te stawy! Ja postawiłem młyn. Na pięćdziesięciu hektarach wszystko się odmieniło według mojej woli i planu: gdzie były łąki, jest woda, kędy szła rzeczka, jest staw. Gdzie po kamieniach pliszki się tylko uwijały- warczy teraz nowa turbina. Ósma była kiedy wyjeżdżał z domu. Za młynem, na spadzistej starej grobli, syn Michaś zabawiał się ciskaniem płaskich kamyków na pomarszczoną powierzchnię stawu. Padały z ciężkim pluskiem, a czasem odbijały się wielokrotnie, biegły po wodzie coraz szybciej i szybciej, ryjąc za sobą wąski, drgający ślad. „Dzika” woda w rzeczce podniosła się i rozlała szeroko, podtapiając ogromny szmat łąki.

Wzdłuż brzegów, poszarpanych i krętych, rosły wysmukłe olchy, w płytkiej miejscami wodzie przeglądało się już to niebo wiosenne, jasnobłękitne, już to stadko chmur białosinych; zależnie od pór roku i godzin dnia, rzeczka zmieniała barwę: była szafirowa, lub jasno-złota, zarumieniona od refleksów zachodzącego słońca, a czasem zimno ołowiana, niemal czarna. Od niepamiętnych czasów płynęła środkiem łąk ta wąska rzeczułka. Łąki miały spadek łagodny, ciągnęły się długą, zieloną wstęgą aż do miejsca, gdzie ktoś kiedyś, w pradawnych latach usypał groblę. Snać zdziwiona nieoczekiwaną przeszkodą, struga zaczęła szukać nowych dróg: popłynęła w kierunku widniejących na horyzoncie lasów, okrążających niewielkie wzgórze z kępą sosen na szczycie; wysunęła, jakby na rekonesans, lśniący języczek wody wąskim przesmykiem między polami, ale i tam wkrótce napotkała zaporę, obsiane żytem przestrzenie, wydęte kopulasto i nieprzystępnie. Musiała tedy powrócić i wspinać się mozolnie wzdłuż wyznaczonych ręką ludzką granic, aż wreszcie utworzyła niewielki staw, dość głęboki, by swą powierzchnią pokrył sterczące z ziemi i rosochate pniaki po wyciętych w tym miejscu olchach.

Wyjechawszy w pagórkowatą okolicę, Jan Sowicki musiał wstrzymać konia i wlókł się noga za nogą po drodze gliniastej, przez deszcze wiosenne rozmytej, śliskiej i wyboistej. Gniady człapał po błocie, parskając niekiedy i chrapiąc. Czuł już dobrze w zmęczonych nogach przebytą drogę, a na grzbiecie ciężar. Nie mogąc konia przynaglać, Sowicki skulił się w sobie, a głowę jeszcze głębiej zasunął w kołnierz, choć krople rzęsistego deszczu dawno przemoczyły na wskroś ubranie. Jechał zamyślony, niespokojny i zły. W ciszę nie padło żadne słowo. Właściwie nie był to dzień, lecz noc głęboka; chwilami przepastnie czarna, bezksiężycowa noc, zrazu pogrążona w ciszy, a potem dopiero pełna gwaru, tupotu ludzkich nóg, głośnych okrzyków, cichych szeptów, a nade wszystko miliardów światów wirujących podług woli Wszechmocnej woli. On zapala zorze na wschodzie i gasi je, a na najlichszą Rawkę spuszcza rosę, jeśli usycha przed dokonaniem dni swoich.

Tuż za domem szumiał wielki świerkowy las, będący własnością Harnowskiego, a przed oczyma Jana, daleko, jak okiem sięgnąć, srebrzyło się w blasku miesięcznym rozległe, żytnie pole, należące również do Harnówki.- Wszystko to jego, nie moje!- myślał Sowik, wodząc posępnym okiem po bezkresnej przestrzeni- ale gdy zechcę, gdy z całej mocy zapragnę, może być moje. Księżyc z wolna zachodził. Noc bezwietrzna, ciepła i cicha szczelniej otuliła ziemię w szafirowy płaszcz, usiany gwiazdami, przez które, jak przez tysiąc okienek, spoglądał na swój cudownie piękny świat.- Bóg dobry i miłosierny, karzący i sprawiedliwy.

A ja wam powiadam, że w tym pokoju dzieje się coś niedobrego. Ks. Kasper przeżegnał się i nieznacznie splunął za siebie. Mebli nie było tu prawie wcale. W jednej niszy stało zwykłe obozowe łóżko, na którym leżała skórzana poduszka, w kącie stał wielki, zielony kufer, malowany w pomarańczowej barwy kwiaty, a wielki stół na kobylicach i trzy zydle uzupełniały umeblowanie. Towarzysze Ks. Kaspra zapomnieli na chwilę o zniknięciu szkatułki w kolorze wiśni i wpatrzyli się rozpłomienionymi oczyma w twarz jego, jak w tęczę. Stach nie mówiąc ani słowa, przecierał dłonią czoło, na które nagle wystąpił rzęsisty pot. Przytulił głowę do kolan Ks. Kaspra, płacząc cicho, lecz boleśnie. W pewnej chwili ks. Kasper mówić zaczął: na was spoczywa obowiązek zmazania strasznej hańby, jaką na nasze nazwisko rzuciło dziwne zdarzenie w „komnacie upiorów”.
-Panicze jeszcze nie śpią?- zapytał stary przyjaciel dzieła Santa Galla, stanąwszy na dole. Rzeczywiście z pod podłogi strychu dobiegł odgłos stąpania po trzeszczących szczeblach drabiny. W chwilę potem tuż obok nóg Staszka otworzyła się prostokątna, w podłodze umieszczona klapa, wpuszczając na ciemny strych żółtawe światło świecy. Pan Włodarski zbliżył się do chłopców, trącił każdego z nich swym ciężkim buciorem, a gdy ci nie zareagowali na to wcale, zarechotał chrapliwym śmiechem.
– O jaką szkatułkę panicze pytają?- zapytał wreszcie- widzi mi się, że ciekawsze rzeczy możecie znaleźć w lochach kościelnych.
Smukły 17-letni Jakub o ciemnej cerze, a za to jasnych włosach i niebieskich oczach, teraz zaćmionych łzami szczęścia uśmiecha się i patrzy na przyjaciół roziskrzonymi oczami, gdy pan Włodarski skierował się do młodzieńca w półkożuszku:
-Tak, zawiniłeś- stał się teraz brzydki i oczy jego nabrały przy tym jeszcze większego wyrazu dobroci i znużenia.
-Nigdy nie oszukiwałem ani jej, ani siebie samego- Grzesiu zamierzał wtrącić się do rozmowy i złapał się za głowę, lecz ruch ten wcale nie wyraził tego, co chciał powiedzieć.

Zegar wydzwonił godzinę dziesiątą, gdy pan Włodarski przebudził się. Głowa pękała mu z bólu, przed oczyma krążyły barwne płatki, w uszach rozlegał się od czasu do czasu krótki, urywany szum. Chwiejnym krokiem wyszedł na kryty ganek i oparł się o balustradę. Wpatrzył się nieruchomym wzrokiem w czerwone dachy okolicznych domów, Tyber, skrywający teraz na całej niemal szerokości dzienne odbicie Rzymu. Piękny rozciągał się widok: śnieg, który spadł wczorajszej nocy, otulił wszystko puszystą bielą. Kosmate konie zatętniły jasnymi ulicami, mijając jakieś niesamowite domy. Kasztanowate zaś pasły się na idealnie prostokątnych łąkach. Jednak zamiast przyjemności obcowania z przyrodą odczuwał rozpacz. Dlaczego nigdy się tu nie bawiłem jak dziecko?- pomyślał- a te kolory, dlaczego ich nigdy nie namalowałem? Nie mógł napatrzeć się na pięknie zapowiadający się dzień. Tyber płynie wyrzucając szary piasek na niski, obrośnięty szuwarem prawy brzeg. Pod ścianą domu, która dwie godziny temu stała w cieniu, lecz na którą teraz padały palące, ukośne promienie słońca, leżał zmęczony człowiek. Powietrze było ostre, nieruchome i dźwięczne.

Kasper-misjonarz, odczuwał w pełni swe powołanie. Z upokorzenia papieża czerpał siły, by znosić upokorzenia własne, z jego niedostatku, by wyrzekać się wszystkiego. Krok po kroku, przez cały czas Kasper składał Panu jedną ofiarę po drugiej. Ale skromne dzieła założone przed laty stały się przygotowaniem do wielkiej działalności. 6 kwietnia 1814 roku Napoleon ostatecznie abdykował, a 11 kwietnia udał się na wyspę Elbę. W deklaracji z czerwca 1814 roku ksiądz Bonanni zachęcał do rekolekcji dla księży i misji dla ludu rzymskiego, które miały objąć dwanaście największych placów Rzymu. Całe duchowieństwo ożywiało w tym czasie uwielbienie Krwi Przenajdroższej. Oddanie Kaspra dla Jezusa uwidoczniło się w tym czasie pragnieniem wstąpienia do zakonu Jezuitów. Ostatecznie zajął się objęciem posiadłości w Giano. 26 lipca 1815 roku „pracownicy Ewangelii” otrzymali od Ojca Świętego błogosławieństwo dla siebie, dla współbraci i sprawy, której służyli. Już 28 lutego tego roku Kasper pisał:”(…)chcę, by zgromadzenie misjonarzy powstało pod wezwaniem Krwi Przenajdroższej Jezusa, która gładzi grzechy, która zbawia dusze, Krwi, która umacia słowa misjonarzy i czyni je owocnymi, aby ich praca odniosła skutek”. Krew Jezusa- była to krew Zbawiciela i wyraz miłości Boga, który stał się człowiekiem, była nieskończoną wartością, ofiarowaną dla naszego odkupienia. Rozmyślania o Krwi wylanej przez Jezusa na Krzyżu, za nas grzeszników, były dla Kaspra źródłem uczestnictwa w ukrzyżowaniu, a równocześnie radosnym zachwytem.

W tym roku z polecenia Ojca Świętego ksiądz Kasper Del Buffalo apostołował w Benevento. Ale misje się rozszerzają. Oprócz działalności misyjnej powstają nowe „Dzieła w Rzymie”. Kasper zapewnił sobie współpracę dyrektora Bractwa św. Jana. Innym „dziełem dla tłumów” były nauki dla ubogich „z term” w listopadzie 1818 roku. Wzrost działalności apostolskiej sprawił, że Kasper zachorował, nie chciał jednak się do tego przyznać. Osłabienia mijały, a Kasper nie przestawał głosić misji ludowych, które trwały około dwudziestu dni. I tak np., by uniknąć demonstracji, Kasper, z jednym tylko towarzyszem, udał się do Piglio i w Wielką Sobotę, 6 kwietnia 1822 roku rozpoczął misje, przemawiając cztery albo pięć razy dziennie. W maju tego roku poznał w Vallecorsa młodą dziewczynę, Marię De Mattias, córkę burmistrza, która została późniejszą założycielką Adoratorek Krwi Chrystusa. Kasper znał dobrze Leona XII i miał pełne zaufanie do jego intencji i działalności. 26 lipca 1825 roku Kasper przekazał Ojcu Świętemu memoriał, „Pełne szacunku uwagi o Arcybractwie Krwi Przenajdroższej Pana Naszego Jezusa Chrystusa”: „(…)nie wystarcza budzić żarliwość apostolską, by prowadzić i oświecać ludzi kochających już Boga, ale uświadomić dusze całych narodów o niewysłowionej cenie naszego odkupienia i pobudzić je do skruchy i pokuty”. Prawość i łaskawość Piusa VIII były przysłowiowe. Pomimo faktu, że papież miał przemówić do Kaspra: „Wasze Zgromadzenie- jest dziełem pychy”, to jednak obdarzył ich swym zaufaniem. Nowy papież stanął więc w obronie Misjonarzy Krwi Przenajdroższej.

4. W blasku słońca wolności

W dniu 14 października 1831 roku papież Grzegorz XVI udał się do Albano i odwiedził dom i kościół San Paolo, gdzie był obecny święty Kasper. Pojawia się biała postać, nad prawym okiem niedbale zwisa mu kosmyk włosów. Przyjechał się upomnieć o pierwszy z obiecanych posiłków misyjnych. Muzykant kornecista „do woli” hałasuje na swoim instrumencie. Otwierają się drzwi i w ogrodzie pojawia się ksiądz Kasper, wysmukły, w niezbyt białej koszuli, czarnych workowatych spodniach i obrzydliwych butach z koziej skóry. Wraz z sutanną wierzchnie odzienie pretendowało do stylu Watteau. Pospiesznie szedł pod nisko zwisającymi gałęziami drzew, wchodząc i wychodząc ze stożków światła rzucanych przez kiepskie latarnie. Noc była ciemna, ciepła i spokojna. Jedna tylko część nieba iskrzyła się gwiazdami, druga- większa, zwisająca nad górami, zasnuta była ogromną chmurą, która zlewając się z górami, powoli płynęła dalej i dalej i ostro oddzielała się swoimi wygiętymi

Leave a comment