Szkatułka i tiara cz.2

9 października oświadczył, że ma zamiar zastąpić wszystkie zabobonne i pełne hipokryzji kulty- w których lud się jeszcze utrzymuje-kultem „Republiki i Moralności” i wydać dekret nakazujący zniszczenie wszelkich przedmiotów kultu religii, zakazał „pod karą więzienia” noszenia szat duchownych poza świątyniami i zlaicyzował wszystkie obrzędy pogrzebowe. W tym czasie niektórzy księża wyrzekali się w bluźnierczych słowach swej wiary, wśród oklasków i gwizdów tłumu! W Paryżu, 10 listopada katedrę Notre- Dame ozdobiono górą z masy papierowej, na której, w pobliżu chóru, wzniesiono „świątynię filozofii”. Chłopak i jego mała grupa przejmowali się echami zajść, rozmawiali nocami z osłupieniem o nieopisanych tragediach. Jedna rzecz była zrozumiała dla tych dzieci: wielki i potężny naród zabijał Boga i nakłaniał inne ludy, by uczyniły to samo.

Tymczasem na placu w Rzymie zagrzmiały bębny. Ludzie wracali już z pracy. Słońce schowało się za śnieżnymi szczytami kościołów. Od ziemi do nieba rozciągnął się błękitnawy cień. Nad ciemnymi ogrodami zapaliły się gwiazdy i powoli wszystko uciszyło się w stolicy. Dziewczęta wyszły na ulicę i gryząc pestki rozmawiały ze sobą. Filip z Kasprem jacyś weselsi zbliżali się ku dziewczynom.
-Czemu kurki nie śpiewacie!- krzyknął Filip do dziewczyn- śpiewajcie, powiadam wam, z okazji pomyślnie zdanego przez nas egzaminu z greki.
-Witajcie, chłopcy!- Witajcie, chłopcy!- zabrzmiały powitalne okrzyki.
Kasper podszedł do dziewczyn i zdjął czapkę. Rozmawiał z nimi cicho i spokojnie, lecz w powolności jego ruchów było więcej ożywienia i siły, niż w gadatliwości Filipa. Ten przypominał rozbrykanego źrebaka, który nagle zatrzymał się z podniesionym do góry ogonem. Kasper spokojnie stał obok dziewczyn; oczy jego śmiały się i prawie, że nic nie mówił, patrząc na dziewczyny. Kiedy ujrzał Emilkę, powolnym ruchem zdjął czapkę i zbliżył się do niej, zatknąwszy palce za pas. Emilka w odpowiedzi na jego ukłon schyliła nieco głowę, usiadła na ławeczce i zaczęła gryźć pestki. Kasper patrzał na Emilkę, nie spuszczając z niej oczu.
-Czyście na długo przyszli?- zapytała.
-W godzinę musimy do domu- odparł Kasper.
-Mówią, że dziewczyny będą musiały słać łóżka dla żołnierzy i częstować ich winem-rzekł Filip, wystawiając jedną nogę naprzód jak Kasper i zsuwając czapkę na bakier. Któryś z chłopaków wybuchnął śmiechem i objął siedzącą obok niego dziewczynę.
-Odejdź, smoło!- zapiszczała dziewczyna.
-Rozbeczałabyś się!- zaśmiał się Filip.
Kasper przez cały czas w milczeniu patrzał na Emilkę. Spojrzenie jego mieszało dziewczynę.
-Słyszałem, Emilko, że u was mieszka dowódca żołnierzy?- rzekł Kasper, przysuwając się do niej. Emilka, jak zwykle, nie dała natychmiast odpowiedzi i przeciągłym spojrzeniem spojrzała na młodzieńców. Kasper śmiał się oczami, jak gdyby pomiędzy nim a dziewczyną powstawało coś szczególnego, niezależnego całkiem od rozmowy.
-Mówią, że wkrótce zaczną budować most na Tybrze-rzekła jedna dziewczyna.
-Mnie zaś mówiono- rzekł Filip, podchodząc do Uli- że wkrótce wykopią ogromny dół i zakopią w nim wszystkie dziewuchy za tom, że nie kochają chłopaków. Mówiąc to, zrobił taki śmieszny grymas, że wszyscy roześmiali się…Tę chwilę przerwał Kasper:
Zostanę tu do rana. Daj mi pestek- dodał, wyciągając rękę.
Emilka znów uśmiechnęła się i odsłoniła zlekka koszulę.
-Nie bierz wszystkich-rzekła.
-Tęskniłem wciąż za tobą. Jak „wierzę Bogu, jestem dzieckiem Ojca i bratem dla każdego człowieka”- rzekł szeptem i przysunąwszy się do niej jeszcze bliżej, zaczął zupełnie cicho coś mówić do niej, śmiejąc się przy tym oczami. Nie przyjdę- głośno nagle powiedziała Emilka, odsuwając się od niego.
-Przyjdź, Emilko-wyszeptał Kasper.
Emilka odmownie poruszyła głową, lecz uśmiechnęła się.
-Emilko! Emilko! Mama woła cię na kolację- zawołał, podbiegając mały braciszek Emilki.
-Zaraz przyjdę-odparła dziewczyna; idź, mały, idź sam, zaraz przyjdę.
Kasper wstał i uchylił czapki.
-Na pewno i mnie będzie lepiej pójść do domu-rzekł z udaną obojętnością i , ledwo powstrzymując uśmiech, zniknął za węgłem domu.

Tymczasem zapanowała noc nad miastem. Ciemne niebo usiało się gwiazdami. Na ulicach było ciemno i pusto. Filip został na ławce z dziewczętami, Kasper zaś odszedłszy cichym krokiem od Emilki, zgiął się jak kot i pobiegł w stronę pałacu. Minąwszy dwie ulice i skręciwszy w zaułek, poprawił na sobie mundurek i usiadł w cieniu parkanu. „To ci dopiero święta!- pomyślał- pożartować nawet nie chce!- Poczekaj, dziewucho!” Nagle usłyszał kroki zbliżającej się kobiety. Zaczął więc wsłuchiwać się w nie i roześmiał się. Emilia szła z opuszczoną głową w stronę miejsca, na którym siedział Kasper, który, ujrzawszy ją, podniósł się. Emilka drgnęła i zatrzymała się. Niech cię diabli wezmą! Przestraszyłeś mnie. Czemuś nie poszedł do domu?- zapytała Emilka i głośno roześmiała się. Kasper objął jedną ręką dziewczynę, drugą zaś ujął ją za podbródek.
-Coś ci chciałem powiedzieć…rzekł drżącym głosem.
-Masz tobie, rozmawiać mu się zachciewa w nocy- rzekła Emilka.
I uwolniwszy się z jego objęcia, Emilka zrobiła kilka kroków w tył. Doszedłszy do parkanu swego podwórza, zatrzymała się i zmierzyła dumnym spojrzeniem Kaspra, który szedł za nią i błagał ją, aby nie odchodziła.
-Powiedz, coś chciał powiedzieć, Marku nocny?- i dziewczyna znów roześmiała się.
-Nie śmiej się ze mnie, Emilko! Powiedz słowo, a tak cię będę kochał, że zrobię dla ciebie, co zechcesz. Wierzaj mi!- I Kasper brzęknął pieniędzmi w kieszeni. Teraz będziemy żyli razem. Ludzie cieszą się, a ja cóż mam za pociechę. Żadnej radości od ciebie nie widzę, Emilko. Dziewczyna nic nie odpowiadała, łamiąc szybkimi ruchami palców chrust na drobne kawałki. Nagle Kasper, zacisnął pięści i zęby.
-Po co wciąż czekać i czekać! Czy nie kocham cię, Emilko? Rób ze mną, co chcesz- nagle powiedział, groźnie marszcząc brwi i schwycił ją za obie ręce. Emilka nie zmieniła spokojnego wyrazu twarzy i głosu.
-Nie wariuj, Kasper, lecz słuchaj, co ci powiem. Puść mi ręce. Być może, wyjdę za ciebie za mąż, głupstwa zaś nigdy w życiu nie zrobię- rzekła Emilka, patrząc mu prosto w oczy.
-Za mąż wyjdziesz? To co innego. Pokochaj mnie teraz Emilko- rzekł Kasper, spokorniawszy nagle i z uśmiechem patrząc w jej oczy.
Emilka przytuliła się do niego i pocałowała go mocno w usta.
-Braciszku!- szepnęła przy tym i porywczo objęła go. Potem nagle wyrwała się z jego objęć i pobiegła do domu. Mimo że młodzian błagał ją, aby zaczekała jeszcze chwilkę, Emilka nie zatrzymywała się.
-Odejdź, bo zobaczą!- rzekła- zdaje mi się, że nasz lokator przechadza się po podwórzu.
Kasper zastał Filipa w pobliżu i przespacerowawszy się z nim, poszedł do domu.

Cały ten wieczór spędził z „wujem Jerzym” na ganku swego nowego mieszkania. Przy stole, na którym stały: samowar, butelka wina, z cygarem w ręku słuchał opowiadań starca, który usiadł u jego stóp na schodkach. Dokoła uderzała rozkoszna jasność, bowiem księżyc był w pełni, więc zadomawiał się wszędzie, oświetlając kolumny ganku, stół i białą strzyżoną głowę starca. Ćmy fruwały nad stołem. Wuj wciąż napełniał szklanki, życzył Kacprowi zdrowia i mówił bez końca. „Ach, ludzie nie mają duszy”- opowiadał o swej miłości, o swym przyjacielu, o polowaniu, w czasie którego zabił dwa jelenie i o swej wybrance, która przybiegała do niego po nocach. Stary wszystko to tak żywo i barwnie opowiadał, że Kasper nie spostrzegał się, jak mijał czas.
– Takie to dzieje, mój drogi- mój stary- nie znałeś mnie za złotych moich czasów, a szkoda, bo wiele rzeczy pokazałbym tobie. Obecnie wuj Jerzy zaledwie lizał dzban, dawniej zaś cały pułk o nim mówił, bo któż miał najlepszego konia, najlepszą szablę? Oczywiście, że Jerzy. Kogo wysłano w góry, aby zabił nieprzyjaciela? Oczywiście-Jerzego. Kogo najbardziej kochały dziewczyny? Oczywista rzecz-Jerzego, ponieważ byłem prawdziwym bandytą, pijakiem, złodziejem i śpiewakiem…do wszystkiego byłem zdolny. Teraz nie ma już wojaków. Wprost nieprzyjemnie patrzeć. Od ziemi nie wyrośli. Włoży takie głupie buciska i niewiadomo czemu cieszy się, albo też po świńsku zchleje się jak bela. Ja zaś byłem Jerzy złodziej. Przyjaciółmi moimi był nie jeden, lecz wielu książąt. Przyjaźniłem się z różnymi ludźmi, z każdym człowiekiem bez różnicy, byleby był pijakiem. Ty, powiada, powinieneś wyrzec się rozkoszy tego świata. Miałem przyjaciela setnika, który był niemniejszym zuchem ode mnie. Zabili go, och, kiedy skończy się ta wojna z Napoleonem. Ten ci zawsze twierdził: zdechniesz-powiada- na mogiłce wyrośnie trawa, oto wszystko-Starzec roześmiał się- był z niego kawał straceńca.
-A więc, kiedy umrzesz, wyrośnie trawa? -powtórzył Kasper. Wuj Jerzy widocznie nie chciał wyraźnie wypowiedzieć swojej myśli i zamilkł na chwilę.
-A ty jak sądziłeś? Pij! -krzyknął nagle stary, przykładając z uśmiechem szklankę do ust…
Więc o czym to mówiliśmy?- mówił dalej stary- teraz już chyba rozumiesz co przedstawiam sobą? Jestem myśliwy. Znajdę ci każdego zwierza i ptaka. Wszystko to masz w głowie. Tak siedzi się i rozmyśla. A kiedy nagle w lesie usłyszysz trzask gałęzi łamanych nogami dzików, mocniej coś w tobie uderzy- chodźcie tu! Wywąchają cię, myślisz sobie i siedzisz bez ruchu, a serce: dun! dun! dun! Uderza w twej piersi. Na początku wiosny ujrzałem nagle stado dzików. Zmówiłem więc „Ojcze nasz” i już zamierzałem wystrzelić, gdy naraz samica wydała jedyny dźwięk. Myślałeś, że zwierzę nic nie rozumie? Mądrzejsze jest od człowieka, chociaż nazywa się świnią. Ono wszystko rozumie. Powiedzmy dla przykładu: człowiek może natknąć się na ślad zwierzęcia i nie spostrzeże go, zwierzę zaś, skoro tylko natknie się na ślad człowieka, natychmiast ucieka.; oznacza to, że posiada ono ogromny rozum. Człowiek chce zabić je, ono zaś chce spacerować sobie po lesie. Ty masz swoje prawo, ono zaś swoje. To powiedziawszy starzec opuścił głowę, dziwnie zamyślił się.
Kasper również zamyślił się i zszedłszy z ganka z założonymi w tył rękami, zaczął w milczeniu przechadzać się po podwórzu. Po chwili rozległ się trzask płota. Kasper raz jeszcze dojrzał Emilkę, która zdjęła chustę i usiadła na ławce. I nagle uczucie smutku i samotności, jakiś niewyraźnych pragnień i zazdrości ogarnęło duszę młodzieńca. Ostatnie ognie zgasły, wszystko spało zdrowym, cichym snem. Nagle dobiegły uszu Kaspra dźwięki pieśni, rozbitej na głosy. Podszedł do płota i zaczął słuchać. Młode głosy żołnierzy rozbrzmiewały wesołą pieśnią, największą zaś siłą odznaczał się głos Filipa. Wuj Jerzy nagle podniósł się i spojrzał w twarz Kasprowi.
-Lekko nam duszę zgubić, oh, lekko! Żegnaj, synu, jestem już syty i pijany- dodał po chwili, wstając- czy pójdziesz jutro na polowanie?
-Pójdę.
Starzec wyszedł. Pieśń zamilkła. Rozległy się kroki i zabrzmiała wesoła rozmowa. Po chwili znów dała się słyszeć pieśń, lecz już znacznie dalej i silny głos wuja Jerzego dołączył się do dawnych głosów. „Co za ludzie, co za życie!” pomyślał Kasper, westchnął i sam wrócił do swej izdebki.

Leave a comment