Opowieści

Twarz prefekta poczerwieniała, zajął najwygodniejszą pozycję za stołem i przyciszonym głosem począł mówić dalej:
-Świt począł właśnie bielić drzewa, ścieżynę i bryły wapienne rozrzucone tu i ówdzie po polach, gdy najęty przewodnik idący przy koniu cesarza Henryka zatrzymał się i rzekł:
-Pozwólcie mi odetchnąć, miłościwy panie, bom się zasapał. Odwilż jest i mgła, ale to już nie daleko…
-Doprowadzisz mnie dp gościńca, a potem wrócisz- odrzekł cesarz.
-Z pagórka zaraz zamek ujrzycie. To rzekłszy chłop począł ‘zabijać’ ręce, to jest uderzać dłońmi pod pachy, gdyż był zziąbł od rannej wilgoci, po czym przysiadł na kamieniu, bo się przy tej robocie jeszcze bardziej zasapał.
– A nie wiesz, jest-li Namiestnik Chrystusowy w zamku?- zapytał cesarz.
-Gdzieby zaś miał być, kiedy chory?
-Coże mu?
-Ludzie mówią, że go rycerze Kanossy sprosili-odrzekł stary chłop. I w głosie jego czuć było jakby pewne zadowolenie. Był poddanym cesarskim.
Dworski przewodnik wstał i począł znów iść przy koniu. A tymczasem minęli pustać pokrytą utulonymi bryłami wapienia i weszli w las, który w zarannym świetle wydawał się siwy i od którego bił surowy, wilgotny chłód. Rozedniało już zupełnie; inaczej trudno byłoby Henrykowi przejechać leśną drożynę idącą nieco w górę i tak ciasną, że miejscami olbrzymi jego bojowy koń zaledwie mógł się przecisnąć wśród pni. Lecz borek skończył się wkrótce i po upływie kilku pacierzy znaleźli się na szczycie białego pagórka, którego środkiem biegł wyjeżdżony gościniec.
-To i droga-rzekł chłop-traficie teraz, panie, sami.
-Trafię-odrzekł cesarz.-Wracaj, człeku, do domu. I sięgnąwszy ręką do skórzanej torby przymocowanej na przedzie siodła wydobył z niej dwa srebne pieniądze i podaj go przewodnikowi. Chłop oczom prawie nie chciał wierzyć i porwawszy pieniądz przypadł głową do strzemienia cesarza i objął je rękoma.
-O Jezusie, Maryjo!- zawołał.- Bóg zapłać waszej wielmożności!-Ostawaj z Bogiem.
-Niech was boska moc prowadzi. Kanossa przed wami. To rzekłszy raz jeszcze pochylił się do strzemienia i zniknął. Cesarz został na wzgórzu sam i spoglądał we wskazanym mu przez wieśniaka kierunku na szarą,wilgotną oponę mgły, która zasłaniała przed nim świat. Za tą mgłą krył się ów złowrogi zamek, ku któremu popychała go przemoc i niedola. Blisko, już blisko! a potem co się ma stać i spełnić, to się stanie i spełni…Na tę myśl w sercu Henryka zrodziło się nowe, niesłychanie gorzkie a nie znane mu dotychczas nigdy uczucie upokorzenia. Oto on, cesarz Henryk, na którego wspomnienie drżeli pograniczni mnichy, księża i inni watykańscy dygnitarze,jechał teraz na ich rozkaz z powinną głową. On, który tylu ich zwyciężył i podeptał, czuł się teraz zwyciężonym i podeptanym. Nie zwyciężyli go wprawdzie w polu, nie odwagą i rycerską siłą, niemniej jednak czuł się zwyciężonym. I było to dla niego czymś tak niesłychanym, iż zdawało mu się, że cały porządek świata został wywrócony. On jechał ukorzyć się przed Namiestnikiem Chrystusowym na ziemi., on, który mówił:biskupów tak potrafię obuzdać, jako innych, poddani moi są.
Nosił wsobie jednakże od młodości wielką tajemnicę, której nie chciał nigdy się sprzemierzyć. W przeciwnym razie wolałby sam jeden potykać się ze wszystkimi zakońskimi siłami. Alboż nie trafiało się, że pojedyńczy rycerz mając wybór między sromotą a śmiercią uderzał na całe wojska? A on czuł, że może mu się przygodzić i sromota, i na myśl o tym wyło w nim serce z bólu, jak wyje, wilk uczuwszy w sobie grot. Lecz był to człowiek mający nie tylko ciało, lecz i duszę z żelaza. Umiał łamać innych, umiał i siebie.
-Nie ruszę się-rzekł sobie-póki nie spętam tego gniewu…I wraz schwycił się jakby za bary ze swoim hardym sercem, ze swoją zawziętością i żądzą boju. Kto by go widział na onym wzgórzu, we zbroi, bez ruchu, na ogromnym koniu, rzekłby, że to jakiś olbrzym ulany z żelaza, i nie poznałby, że ów nieruchomy rycerz toczy w tej chwili najcięższą ze wszystkich walk, jakie kiedykolwiek w życiu stoczył. Lecz on zmagał się z sobą póty, póki się nie zmógł i póki nie poczuł, że wola go nie zawiedzie.
Tymczasem mgły rzedły i jakkolwiek nie rozproszyły się do cna, jednakże zamajaczyło w końcu w nich coś ciemniejszego. Cesarz odgadł, że jest pod murami Kanossy. Na ten widok nie ruszył się jeszcze z miejsca, ale począł się modlić tak gorąco i gorliwie, jak modli się człowiek, któremu na świecie pozostało już tylko boskie miłosierdzie. I gdy wreszcie ruszył koniem, poczuł, że w serce poczyna mu wstępować jakowaś otucha. Gotów był teraz znieść wszystko, co go mogło spotkać. Zwolna poczęła się w nim budzić nawet i nadzieja. Duchowni pewnie wywrą na nim pomstę za wszystkie klęski, jakie im zadał, za hańbę, która spadała na nich po każdym spotkaniu, i za strach, w jakim przez tyle lat żyli. Ale to właśnie dodawało mu ducha. Myślał tak:jego skują niechybnie i nie chcąc trzymać w pobliżu wyślą do jakich odleglych zamków, gdzie może do końca życia przyjdzie mu jęczeć w podziemiu, ale tajemnica z mojej stanie się bożą. I nadzieja ogarniała go coraz potężniej., jakoże w Kanossie bywa najgłośniejszy władca dusz i ciał. Mury rysowały się we mgle coraz wyraźniej, bliska już była godzina ofiary, więc zaczął się jeszcze pokrzepiać i tak do siebie mówić:
-Jużci, że wola boska! Gościniec stawał się nie tylko coraz szerszy, ale się i zaludniał. Ciągnęły ku miastu wozy z drzewem i słomą. Skotarze pędzili bydło. Od jezior wieziono na saniach zmarzłą rybę. W jednym miejscu czterech łuczników wiodło na łańcuchu chłopa, widać za jakieś przewinieniem, na sąd, gdyż ręce miał z tylu związane, a na nogach kajdany, które zawadzając o śnieg ledwie pozwoliły mu się poruszać.Ze zdyszanych jego nozdrzy i ust wychodził oddech w kształcie kłębów pary, a oni popędzając go śpiewali. Ujrzawszy Henryka poczęli spoglądać na niego ciekawie, dziwiąc się widocznie ogromowi jeźdźca i konia, ale na widok złotych ostróg i rycerskiego pasa popuszczali kusze ku ziemi na znak powitania i czci. W miasteczku było jeszcze ludniej i gwarniej, ustępowano jednak z pośpiechem zbrojnemu mężowi z drogi, ów zaś przejechał główną ulicę i skręcił ku zamkowi, który otulony w tumany podnoszące się z fosy zdawał się jeszcze spać. Lecz nie wszystko naokół spało, a przynajmniej nie spały wrony i kruki, których całe stada wichrzyły się na podniesieniu stanowiącym dojazd do zamku, łopocąc skrzydłami i kracząc. Henryk podjechawszy bliżej zrozumiał powód tego ptasiego wiecu. Oto obok drogi wiodącej do bramy zamkowej stała obszerna szubienica, na niej zaś wisiały ciała czterech chłopów.. Nie było najmniejszego powiewu, więc trupy, które zdawały się spoglądać na własne stopy, nie kolysały się, chyba wówczas gdy czarne ptactwio siadało im na ramiona i na głowy, przepychając się wzajem, trącając w powrozy i dziobiąc o pospuszczane głowy. Niektórzy wisielcy musieli wisieć już od dawna, gdyż czaszki ich były całkiem nagie, a nogi niezmiernie wydłużone. Za zbliżeniem się Henryka stado zerwało się z wielkim szumem, ale wnet zawróciło w powietrzu i poczęło się sadowić na poprzecznej belce szubienicy. Cesarz przejechał mimo czyniąc znak krzyża, zbliżył się do przekopu i stanąszy w miejscu, w którym nad bramą wznosił się most zwodzony, uderzył w róg. Po czym zatrąbił raz, drugi, trzeci i czekał. Na murach nie było żywej duszy i zza bramy nie dochodził żaden głos. Po chwili jednak ciężka, widoczna za kratą klapa, wmurowana w pobliżu zamku bramy, podniosła się ze zgrzytenm i w otworze ukazała się brodata głowa duchownego knechta.
-Kto tam-zapytano szorstkim głosem.
-Jam cesarz, we własnej osobie!-odpowiedział Henryk.
Po tych słowach klapa zamknęła się na nowo i nastało głuche milczenie. Czas począł płynąć. Za bramą nie słychać było żadnego ruchu, tylko od strony szubienicy dochodziło krakanie ptactwa. Henryk stał jeszcze długo, zanim podniósł róg i uderzył weń powtórnie. Ale odpowiedziała mu znów cisza. Wówczas zrozumiał, że trzymają go przed bramą przez niezbadane wyroki Opatrzności, który wobec zwyciężonego nie ma granic. Odgadł też, że przyjdzie mu tak czekać może aż do wieczora albo i dłużej. Więc w pierwszej chwili zawrzała w nik krew; chwyciła go nagła chęć zsiąść z konia, ponieść jeden z głazów, które leżały prtzed przekopem, i rzucić nim w kratę. Ale wspomniawszy, po co tu przybył, opamiętał się i powstrzymał.
‘Zalim się nie ofiarował za dziecko?’- rzekł sobie w duszy. I czekał. Tymczasem w wyzębieniach murów poczęło coś czernieć. Ukazywały się futrzane nakrycia głów, ciemne kapice i nawet żelazne blachy, spod których spoglądały na rycerza ciekawe oczy. Przybywało ich z każdą chwilą, bo już też ten groźny Henryk wyczekujący samotnie pod Kanossy bramą był dla załogi nie byle widowiskiem. Kto go dawniej ujrzał przed sobą, ujrzał śmierć, a teraz można było patrzeć na niego bezpiecznie. Głowy podnosiły się coraz wyżej, aż wreszcie wszystkie wyzębienia bliższe bramy pokryły się knechtami. Henryk pomyślał, że zapewne i starsi muszą na niego spoglądać przez kraty okien w przybramnej wieży, i podniósł wzrok ku górze, ale tam okna powycinane były w głębokich murach i patrzeć przez nie było nie podobna, chyba w dal. Za to na blankach czereda, która z początku spozierała na niego w milczeniu, poczęła się odzywać. Ten i ów powtórzył jego imię, tu i ówdzie ozwały się śmiechy, ochrypłe głosy pokrzykiwały jak na wilka coraz głośniej, coraz zuchwalej, a gdy widocznie nikt nie przeszkadzał ze środka, poczęto wreszcie miotać na stojącego rycerza śniegiem.
Przyszło południe, mury opustoszały, gdyż knechtów odwołano na obiad. Nieliczni ci, ktorym przypadło stróżować, jedli jednak na murach, a po spożyciu strawy zabawiali się znowu ciskaniem na głodnego rycerza ogryzionych gnatów. Poczęli też przekomarzać się z sobą i zapytywać się wzajem, który podejmie się zejść i dać mu po karku pięścią albo drągiem oszczepu. Inni wróciwszy z obiadu wołali na niego, że jeśli zmierziło mu się czekać, to się może powiesić, gdyż na szubienicy jest jeden wolny hak z gotowym powrozem. I wśród takich szyderstw, wśród nawoływań, wybuchów śmiechu i przekleństw zbiegały popołudniowe godziny. Krótki zimowy dzień chylił się stopniowo ku wieczorowi, a most wisiał wciąż w powietrzu i brama pozostawała zamknięta.. Lecz pod wieczór wstał wiatr, rozwiał mgły, oczyścił niebo i odsłonił zorze. Śniegi uczyniły się modre, a później fioletowe. Nie było mrozu, ale noc zapowiadała się pogodna. Z murów zeszli znów ludzie, prócz straży, kruki i wrony odleciały od szubienicy ku lasom. Wreszcie poczerniało niebo i cisza nastała zupełna.
‘Nie otworzą przed nocą bramy’- pomyślał Henryk. I na chwilę przeszło mu przez głowę, by nawrócić ku miastu, ale zaraz porzucił tę myśl. ‘Chcą tego, bym tu stał- mówił sobie w duszy.- Jeśli nawrócę, jużci nie puszczą mnie do dom, jeno otoczą, pojmają, a potem rzekną, że mi nic nie powinni, bo mnie siłą wzięli,a choćbym zaś po nich przejechał, to i tak muszę wrócić…’ Choć głód począł mu już od dawna skręcać wnętrzności,a zamróz wieczorny przeniknął przez pokryty blachami kożuch, postanowił czekać, choćby miał skonać pod tą bramą. Nagle jednak, nim jeszcze zapanowała zupełna noc, usłyszał za sobą chrzęst kroków na śniegu. Obejrzał się: szło ku niemu od strony miasta sześciu ludzi zbrojnych we włócznie i halabardy, w środku zaś między nimi szedł siódmy podpierając się mieczem.
‘Może im bramę otworzą i z nimi wjadę-pomyślał Henryk.-Siłą nie będą mnie przecie chcieli brać ni zabić, bo ich za mało; gdyby wszelako uderzyli na mnie, to znak, że nie chcą niczego dotrzymać, i wtedy- gorze im!’ Ó w zaś siódmy, który wydawał się starszym, wyciągnął spiesznie przed siebie lewe ramię i zwróciwszy dłoń do góry palcami ozwał się:
-Wyście,rycerzu, cesarz Henryk?
-Jam jest…
-Chcecie-li wysłuchać, z czym mnie przysłano?
-Słucham.
-Silny i pobożny ojciec Rudolf von Speerbach każe wam powiedzieć, panie, że póki nie zsiądziecie z konia, brama nie będzie wam otworzona.
Henryk pozostał chwilę bez ruchu, następnie zsiadł z konia, po którego w tej chwili poskoczył jeden z włóczników.
-I broń ma nam być oddana- ozwał się znów człowiek z mieczem. Cesarz zawahał się. Nuż potem uderzą na bezbronnego i zadźgają go jak zwierzę, nuż chwycą i wtrącą do podziemia?Lecz po chwili pomyślał, że gdyby tak miało być, to by ich jednak przysłano więcej.Tak pomyślawszy rzucił naprzód topór, następnie miecz, następnie mizerykordię- i czekał/co mógł mieć cesarz/. Oni zaś chwycili to wszystko, po czym ów człowiek, który do niego przemawiał, oddaliwszy się na kilkanaście kroków zatrzymał się i począł mówić zuchwałym, podniesionym głosem:
-Za wszystkie krzywdy, któreś Kościołowi wyrządził, masz z rozkazu ojca Rudolfa przywdziać na się ów zgrzebny wór, który ci zostawiam, przywiązać u szyi na powrozie pochwę od miecza i czekać w pokorze u bramy, póki ci łaska ojca nie rozkaże jej otworzyć. I po chwili Henryk pozostał sam w ciemności i ciszy. Na śniegu czerniał przed nim pokutniczy wór i powróz, on zaś stał długo, czując, że mu się w duszy coś rozprzęga, coś łamie, coś kona i mrze i że oto po chwili nie będzie już cesarzem, nie będzie Henrykiem, lecz nędzarzem, niewolnikiem bez imienia, bez sławy, bez czci. Więc upłynęły jeszcze długie chwile, nim zbliżył się do pokutniczego woru i począł mówić:
-Jak mogę inaczej postąpić? Czy mam odwrót? Po czym pochylił się, wdział na się wór, w którym były poprzecinane otwory na głowę i ręce, następnie u szyi zawiesił na powrozie pochwę od miecza- i powlókł się przed bramę. Nie zastał jej otwartej, ale teraz było mu już wszystko jedno, czy mu ją prędzej, czy później otworzą. Zamek pogrążył się w milczeniu nocy, straże tylko obwoływały się kiedy niekiedy po narożnikach. W wieży przybramnej świeciło wysoko jedno okienko, inne były ciemne.
Godziny nocy płynęły jedna za drugą, na niebo wzbił się sierp księżyca i rozświecił posępne mury zamku. Cisza uczyniła się taka, że Henryk mógłby słyszeć bicie własnego serca. Ale on zdrętwiał i skamieniał całkiem, jakby z niego wyjęto duszę, i nie zdawał już sobie sprawy z niczego. Nagle drgnął i rozbudził się zupełnie:

Leave a comment